Apolonia Maliszewska

ul. Piastów 5/1
57-400 Nowa Ruda
tel. (074) 872 53-64
biuro@mamiko.pl

Blok rysunkowy


- blok rysunkowy
- intro
- w stanie
- ogniskowanie
- dożylność
- wejście/wyjście
- 319
- imielin
- reaktywacja
- kabacki dukt
- memorabilia
- droga krajowa nr 94
- zamknij, przypomnij
- rentgen
- trakcja
- sodierżanije
- eye-liner
- nam-myoho-renge-kyo
- - jung/gnój
- obraz kontrolny
- osnowa
- sekwens
- zapalenie
- stan surowy
- materiał nośny









sodierżanije


idealnie równy puls sekundnika zamarł
do życia przywraca nas radiobudzik
informacjami o śmierci która nabiera
sportowego charakteru

słońce nicuje firankę nakłuwa ciała światłem
przez poliestrowe sitko cedzi się świat
za ścianą słychać krztuszące się dysze płuc
trzeba wstać rzucić cień złapać pion

potem sprint na 165 drogę zagradza faun
śmieciarka nowej generacji w towarzystwie
srających na wszystko gołębi dziecko
szarpnięte za rękę przez chwilę udaje latawiec

analiza wykresu trasy hospicjum to przystanek
w jedną stronę motyw powtarzający się z uporem
tagów wstawianych motipem klatka po klatce
w dobrym tonie jest zatopić się w myślach

wpatrzone w siebie są tylko hologramy na szybie
wyciągam artykuły pochodzenia zagranicznego
dowiaduję się czyja samotność ma lepszy warsztat
w tym czasie dzień wchodzi we mnie łatwo

jak aplikator z procto-glyvenolem





stan surowy


solaris urbino wchodzi w zatokę
kierowca zwleka z otwarciem drzwi
znęca się nad wracającymi z pracy

płaczące dziecko obejmuje matkę
jak zmęczony pływak boję znikają
wśród zieleni która łagodzi kryje

prawdę o tym mieście świat koi
z kartonów gdzie resztki słońca
krzepną w strupy cieni na ciałach

sztywno wygiętych jak mimośród
ich widok brzydzi już nie budzi
współczucia ani jeden dźwięk

nie przejdzie przez grań krtani





reaktywacja


miasto się żegna konający tor
wyścigów konnych i zastrzyk
przestrzeni kiedy iglice drzew

wbite w grafit nieba zajmują
miejsce muru na którym sztuka
uchwycić sprayem rysy twarzy

podróż dłuży się ściąga haracz
to miasto wita nas obco cmentarz
lotne patrole niedzielnych gości

odwiedzają żołnierskie kwatery
spięcie jest dosłowne wrażenie
że nastąpi rozpad jeśli uda się

rozluźnić





intro


ojciec to świetny ślusarz jeszcze
lepszy tato którego drażni tylko
marnowanie chleba i zostawiane
na talerzach resztki pracuję z nim

lecz nie znam dobrze przeznaczenia
plastikowych zaślepek wciskanych
w rozcięte wnętrze stalowego profilu
gdy on wbija wzrok w blaszane niebo
dach warsztatu ja udaję że nie widzę
jak bardzo zamknął się w sobie

jego znikających powoli ust zawiniętych
jakby próbowały się ukryć wśród bruzd
niepotrzebnie komplikujących mu twarz
kiedy pyta dlaczego nie dbam o matkę
przecież wystarczy raz na tydzień wysłać
pocztą jakąś poczytną powieść





materiał nośny


koty kładą się na rozrzuconych
kartkach z wierszami czy one są chore
te wszystkie miejsca

w plecaku mam dla ciebie madryt
widziany oczami pascala
przewodnika z charakterem

noszę w sobie niewydarzone
to gęstnieje zastyga jak skrzep stop
nie wiem co kryją twoje oczy
które są jak jajka-niespodzianki

ty bądź jak prąd pieść mnie lub kop





trakcja


gorący podmuch lekko jak piórko
gitarzysty trąca twarze metaliczny
riff gdy tramwaj hamuje na gryfie
torowiska przegubowce kłusują
planowo we wnykach przystanku
zostaje para kanarów niewidomy
układa niewidzialną kostkę rubika

we wnękach kontenerów giną puste
małpki ręce bezdomnych nurkują
w śmietnikach z precyzją sztukasów
pasażerowie zmieniający się płynnie
jak hokejowe piątki przez szklaną
bandę będą oglądać portfolio miasta

spięte klamerkami kamienic ulice
sczerniały zgryz blokowisk i kościół
gdzie trzymany pod kluczem bóg
żyje zgodnie z grafikiem widzeń
mur wokół niego rośnie ma dziury
w kształcie krzyży to na witraże
na razie z pajęczyn

zamknięty na kłódkę śmietnik
nie pozwala się wypróżnić
niedzielni kierowcy po randce
z parkometrem marzą o rajdzie
zamiast o raju w ustach zbiera
im się ślina gęsta i słodka
jak zostawiana przez czerwce
na świerkach spadź





obraz kontrolny


gęsta jak krochmal mgła opada zakrzywia się przestrzeń
chrzęst śnieżnej tkanki zagłusza zgrzyty między nami
ojciec ściska moją dłoń z tą samą siłą co wczoraj siekierę
kiedy postanowił porąbać pamiątkowy fortepian matki

wysypana solą asfaltowa alejka jest jak czarna smycz
kończąca się kagańcem warsztatu gdzie z kotami cierpi
na bezsenność i podziwia coś z niczego znicze ich źrenic
które zapalone w połowie światła korespondują z nocą

jutrzejsza odwilż w odtajnionych aktach odsłoni
chłodzony cieczą mechanizm miasta wytrąci się osad
ścięte mrozem białko śniegu spłynie dobiją
obce oczy rzeczy wist pierwsze rozdanie i otwarcie

na świat dojście do skutku do siebie





osnowa


czasu na sen mamy dokładnie tyle ile trzeba
oczom na przyzwyczajenie się do ciemności

widmo powstałe po rozszczepieniu światła
zmienia znaczenie i staje się perspektywą

czegoś złego gdy klucz ptaków wsuwa się
zbyt płytko w niebo obraca i spada prosto

do kieszeni horyzontu słońce jest judaszem
przez którego wszystko się dzieje we wnętrzach

cudzych domów wśród odmów i niedomówień
naradzając się doświadczamy widocznych sekrecji





wejście/wyjście


wplecione w rozetę ronda czarne wstęgi ulic
pasemka śniegu rozstępy na brązowym ciele
zadbanej ziemi autobus pokryty opryszczką
rdzy w środku kobiety o zębach zniszczonych
jak falochron na pocztówce znad morza oraz
robotnicy którzy wiozą zakupy poupychane
w gumiaki wszyscy na swoim miejscu powrót
do mieszkań jest dla nich podróżą w ciepłe
kraje





dożylność


„podnosiła się już lekko jasność świtowa za oknem”

przez szpary w rolecie włamuje się słońce
kosmyki światła liżą twarze jak kot budzą
zbliża się koniec azylu w ciemniach powiek

wnętrza porastają pleśnią cieni powoli tracę
nietykalność opuszczam łóżko plac wolności
z którego wynoszę się w rejony gdzie spokój
lustra uderzy w twarz krew wyjdzie z obiegu

dziąsłami





memorabilia


migasz się język ciała nadużywany drętwieje
nim zdążysz wyrzucić z siebie puch rozpylając
głoski spójrz na to z innej strony jak korytarz
przez judasza spowiadający tych domowników

którzy już podwinęli nogawki oknom za nimi
bawiące się dzieci depilują trawnik staruszek
o twarzy zmarszczonej jak skórka pieczonych
jabłek przesypuje ich odbicia w kalejdoskopie

oczu bezwolnie głaszcząc po brzuchu ciężarną
sukę przybłędę jakby była prawdziwą kobietą
ziarenka w jego źrenicach nie są tym piaskiem
gdzie krzyżyk odnaleziony wśród innych figurek

uzmysłowił że łatwiej osiąść z pustką otwartych
ust na mieliznach milczenia niż wydawać się sobie
przy śniadaniu gdy jemy przysmak z dzieciństwa
chleb z masłem i odrobiną cukru tą białą śmiercią

na czarne godziny dnia który rozpoczniemy
podpisując się ściegiem kroków na ścieżce
do przystanku gdzie w deszcz chowają się
wszyscy pod dach z trzech drzew i wietrznie

trwa ospała warta traw





droga krajowa nr 94


zdarzył się w jakąś godzinę po tym
jak słońce stanęło na krawędzi pól
i dopalił się lont horyzontu
znaki intonowały ostrzegawczy refren
coraz mniej wyraźnie

samochód pozbawiony długich
ścinał zakręty w końcu skosił rowerzystę
który z tak bladą cerą nie mógł mieć
w sobie dość światła by zasygnalizować
na czas własną obecność

w kamerach reflektorów karuzela
szprychy zamienione w elipsy koła
brokat krwi na zjechanych semperitach
błotniku porcelanie oblodzonej jezdni
i kryształki szyby na pamiątkę

głęboko w głowie





jung/gnój


para reflektorów ślizga się
po oblodzonej tafli asfaltu jak bojer
cienie cięciem po ściennej bieli tynków

na płytce szyby rozmaz osiedla
gdy noc ją zaklei twarze zmienią się
w wygaszacze ekranu miasto zgaśnie we śnie
z czarnym proszkiem w kapsułkach powiek

mężczyzna z odbarwioną tęczówką
nie wiem czy żyje tak pewnie jak żuje gumę
ale sprawia że opuszczam wzrok
po liniach ciał jak szalupę ratunkową

próba przeniknięcia z pełnego w pełniejsze
spełnienia kiedy nie można się znaleźć
na zewnątrz nabrać w usta
naszprycowanej spalinami marynaty
odpowietrzyć się





rentgen


języczki biletów wsuwają się w usta
kasownika centrum handlowe hospicjum
centrum onkologii wycinek miasta
gdzie można spotkać ludzi z naroślami
we wszystkich możliwych miejscach

wystarczy byle stłuczka żeby twarze
stały się wykrywaczami min i drgały
nozdrza zmienione w detektory

niektóre powieki uchylone dyskretnie
jak żaluzje przepuszczają resztki
wewnętrznego światła inne są za ciężkie
to zapadnie ukrywające wyrok





w stanie


piąta chłodne powietrze robi gastroskopię wiatr
podszywa się pod pechowców z rannej zmiany

mama na moim dziecięcym pelikanie wyrusza
do sklepu za wiaduktem po mięso na kartki

z powrotem najgorszy jest podjazd pełne torby
zwisają do ziemi celofan wkręca się w szprychy

mijamy się po drodze idę do szkoły z kolegami
którzy jej nie poznali ponieważ mieszkamy tu

od niedawna patrzcie jaka śmieszna mała pani
na małym śmiesznym rowerku krzyczą cieszę się

że zaraz będzie miała z górki pod spodem szyny
usztywniają krajobraz spięły horyzont nie dadzą

rozpęknąć się zmarzniętej ziemi podmiejskie
punktowce odnoszą zwycięstwo przez k.o.





autor: mariusz appel




imielin


wciśnięty w przegub nocnej linii łowię
wzrokiem plamki ludzi wysypujących
się na przystankach zmęczone oczy
natychmiast zmieniają ich w mroczki

ursynowska architektura odbija się
na wyglądzie pasażerów wszystko
jest kwadratowe także rysy twarzy
przecinają się pod kątem prostych
reguł użyteczności publicznej jak u

chłopca który ma zajęczą wargę
i aparat na zębach albo gnojka
z drewnianym kolczykiem w uchu





zapalenie


wysięk światła słońce jak osocze gromadzi się
w tkankach domów coś się skrzy tli oskrzydla

to sny snujące się nocą na dnie oka nachodzą
na siebie kąt widzenia rozwiera się zaskakuje

precyzja z jaką pleśń pokryła chleb w jeden dzień
po upływie terminu przydatności odpinasz guziki

dopominasz się o powietrze płuca kłócą się
starzy wkrótce zaczniemy się jarzyć wiecznie

będziemy nieistotni na mecie przeznaczeni na starcie
na pył





eye-liner


mgła o konsystencji waniliowego shake'a
powoli wpływa do ust morskie powietrze
ma teraz żywiczny posmak terpentyny
mróz założył kałużom szkła kontaktowe

ołówki masztów sterczą wetknięte w temperę nieba
na cumie kilka łódek pomniejszonych przez odległość
są jak te strugane w dzieciństwie z czółenek kory
które puszczaliśmy na bezpieczne wody cynowej balii

po powrocie z nocki udaje się jeszcze uchwycić
nerwową ruchliwość zabunkrowanych w blokach ciem
zanim znieruchomieją sparaliżowane światłem
dym z pall malla układa się we wzorki z epoletów





zamknij, przypomnij


ze sztolni snu wydobyły cię na powierzchnię
oskardy odgłosów pierwsza samotna noc
podczas próby pocałunku połykasz mrówkę
i boisz się że od tego można umrzeć
ze strachu ślina nabiera smaku strychniny
powietrze przygniata jak sztanga

przechodzisz bojowy chrzest rodzice szukają
miłości na innych szerokościach w okolicy
sześćdziesiątego dziewiątego równoleżnika
powinien opiekować się tobą chrzestny
zanim zniknął w najbliższej kuflandii rzucił
tylko nie zaśnij z gumą do żucia w buzi

lepka maź błota lekka szadź i śnieg
taka będzie jutrzejsza droga do szkoły
jeśli przeżyjesz tym razem pokonasz ją
w ulubionych chińskich tenisówkach
które założysz zamiast nowych relaksów
ze skaju w kolorze niebopodobnym





kabacki dukt


deszcz zaczyna zacinać o pomięty asfalt
igły kropel opadają na płyty chodnika słychać
trzaski jak na pamiętnych winylach z tonpressu
w ogródkach wiatr unosi parasole meduzy
z brezentu falujące na powierzchni powietrza
wyjątkowo zimny maj wpuścił sondy chłodu
głęboko w nasze wnętrza ciasno zawinięte
w puchowe ciasto kurtek

siedzimy w naleśnikarni gdzie właśnie siadło
ogrzewanie wszyscy gorączkowo zakładają
się czyj może być pies uwiązany do słupa
ze znakiem zakaz postoju nikt nie obstawia
otyłej kobiety z dzieckiem niosącym za nią
siatki z zakupami przez plac budowy
który właśnie opuściły żurawie rozejdziemy się
po zmroku bo nocą łatwiej pójść na całość
przy wejściu do metra pierwsze truskawki
jeszcze nie idą





ogniskowanie


kilka nowych płyt książek pretekst
by zostać w domu przystroić okna
w ciemności stronić od ludzi myśleć
o kobiecie cichszej niż kot i poczuć
to wszystko od środka

migrenę która uderza w zatoki nagle
jak przedwczesny przybój zbyt gorącą
kawę kiedy już się przeleje przez tamę
języka dotyk palców pomarszczonych
z nadmiaru detergentów jak atakowana
mistralem powierzchnia wydm ziarenka
rozgrzanego powietrza przesypujące się
w żeliwnych klepsydrach kaloryfera
pełznący po ścianie zamiast pająków
dźwięk





319


nadchodzę w momencie gdy szkolny cieć
opowiada jak w klinice stanęło mu serce
ale na szczęście pod ręką był Religa wiara
w profesjonalizm profesorów czyni cuda

niewidomy na lekkim gazie zajął puste
miejsce parkingowe nie wiadomo czemu
wystukuje laską o grzbiet latarni sobie
tylko znaną melodię płosząc gromadkę

ptaków z jej kapelusza połowa zostaje
złowiona w otchłań nieba reszta ginie
w głębi ciemnych tuneli jego okularów





nam-myoho-renge-kyo


to stare story z historią przerywaną każdego dnia
gdy w luki między nimi wciska się z bagażem światło
noc zaciera ślady tuszuje obecność zaciekami cieni
niebo namierza optycznym celownikiem słońca wypala
stygmaty na odsłoniętych fragmentach ciała kobiety
z kotem w ramie ramion opuszczasz powieki jak semafor
zatrzymujesz ten obraz który porusza zaciskasz usta uda
się wstajesz myjesz lejesz jesz echo sonda na korytarzu
lizol dobiera się do linoleum





sekwens


szus świateł abordaż billboardów
miasto wabi bawi jest środkiem
pozwala osiągnąć cele pustych mieszkań

ukołysani harmonią przegubu
w niedogrzanym wnętrzu
lgniemy do ciepłej pokrywy silnika

między kojcami siedzeń para staruszków
przesuwa się w tempie funkcji replay
ich cienie już dawno przeszły na naszą stronę







© 2001 - 2017 - Mamiko