Apolonia Maliszewska

ul. Piastów 5/1
57-400 Nowa Ruda
tel. (074) 872 53-64
biuro@mamiko.pl

Rozmowy o książkach


- O książkach i medycynie rozmawiają emigracyjni pisarze Hubert Dobrzaniecki z Islandii i Maciej Nowakowski z USA.
- Rola biblioteki etnicznej na emigracji
- Adam Lizakowski-Radość i smutek pieśnią spłacimy
- Zaczarowana Dolina
- Poliglota z duszą sowizdrzała
- DRODZY CZYTELNICY! - tekst zamieszczony pod KRZYŻÓWKĄ AUTORSKĄ - DLA DZIENNIKA - ( Marian Dziwniel ).
-
- Wojciech Brzoska (1978) - poeta pochodzący z Sosnowca otrzymał Nagrodę Otoczaka
- Karol Graczyk rozmawia z Gail Levin
- Świat który odchodzi czyli list do wszystkich
- Światło nad ciemnym mrowiskiem
- Pożegnanie przyjaciela - Adam Lizakowski
- Polskość w Ameryce to hobby
- VI Ogólnopolski Konkurs Literacki "Złoty Środek Poezji"
- Adam Lizakowski - Circus Maximus A.D. 2011
- Adam Lizakowski - Circus Maximus A.D. 2011
- Autorzy MaMiKo na Targach Książki w Katowicach









Adam Lizakowski


Circus Maximus A.D. 2011

Mam gołębia w dłoniach --
co mam w sercu? 200 tys. osób
         w sobotnim wieczornym czuwaniu modlitewnym
na starożytnym stadionie w Rzymie, poprzedzającym beatyfikację Jana Pawła II.

      Co mam w sercu? Jedną miłość,

 jedną lilią przypominającą Ciebie.

Dzięcioł uderza niczym młot.

              Czego szuka?
Mam trzy dusze i siedem żyć.

Liturgię rozpoczął śpiew "Jesus Christ you are my life".

           „ Jezus Chrystus jest moim życiem”.
              Pieśń na ustach. Oczy świata na balkonie.

Co mam w moich myślach?
Mam wakacje w głowie, kobietę w czerwonych szpilkach,
mam marzenia, mam wodę w mózgu.

                     Co mam w sercu? 200 tys. osób
          w sobotnim wieczornym czuwaniu modlitewnym
na starożytnym stadionie w Rzymie, poprzedzającym beatyfikację Jana Pawła II.

                     Co mam w swoim brzuchu? Cyrk? Stado lwów,
           tygrysów, słoni, głód wiary. Czy lubisz owoce?
Mandarynki czy pomarańcze? Masz ochotę na figę?

           Jestem człowiekiem jem ciało Boga.
Zapraszam  Go do domu na kolację,
             karp po żydowsku --
      podejmuję niesłychanie ważne decyzje
o swoim życiu - tyle zwierząt we mnie mieszka.

                Zmartwychwastanie czy powstanie?
                      Czy znasz odpowiedz?

Okrzyk "Santo subito", rozbrzmiewał po śmierci papieża
"spóźniony" -
       święci
         są świętymi, za życia -
               Kościół tylko to potwierdza.
Mam gołębia w dłoniach.





O książkach i medycynie rozmawiają emigracyjni pisarze Hubert Dobrzaniecki z Islandii i Maciej Nowakowski z USA.



Hubert Dobrzaniecki : Kiedy narodził się w twojej głowie pomysł napisania książki, czy
„Baie dankie, Afryko” jest pozycją ,od której chciałeś zacząć, czy jest zrzuceniem balastu, formą oczyszczenia przed rozpoczęciem pisania innych rzeczy?

Maciej Nowakowski : Pomysł opisania pobytu w RPA zrodził się naturalnie kiedy jeszcze tam mieszkałem. Wiele spraw było dla przybysza z Polski szokujących. Szokujący był nawał pracy i bardzo szybkie zawodowe wejście na „głęboką wodę ; system nauczania medycyny w krajach anglosaskich polega na „partycypowaniu”, a nie „obserwowaniu”. Jest to oczywiście dla kształcenia dobre, bo można pewne rzeczy obserwować przez lata, nie mając o nich pojęcia. Szokująca była też przemoc, która istniała przede wszystkim wśród czarnoskórych mieszkańców RPA, którzy zabijali się między sobą. Szokujące też było dowiedzenie się jak nisko ocenia się przybyszów z Europy Wschodniej.

Hubert Dobrzaniecki : Zgadzam się z anglosaskim systemem przygotowania personelu medycznego. Na Islandii, student 3-go roku medycyny, otrzymuje uprawnienia pielęgniarskie, właściwie po 3 roku medycyny, tzn., że potrafi dać zastrzyk domięśniowy i dożylny, potrafi pobrać krew, zarówno z żyły jak i z tętnicy, świeżo upieczony lekarz po studiach w Polsce(nie wiem jak jest teraz) był kompletnym kołkiem w sprawach praktycznych, a pielęgniarki po liceach medycznych umierały ze śmiechu, kiedy dawały mu strzykawkę do ręki. Studenci medycyny i pielęgniarstwa pracują już wszyscy podczas późniejszych lat studiów, szybko zdobywają doświadczenia w akcji, spotkałem się z kilkoma przypadkami lekarzy z polskim dyplomem tutaj na Islandii, którym papierów nie uznano, za to wysłano na 4-ty rok medycyny, może książkowe przygotowanie mieli dobre, ale nie wiedzieli z czym się je medycynę.
       Jeśli chodzi o przemoc, to nie jestem zdziwiony, przemoc między ludźmi w bardzo dużym stopniu wynika z biedy, tak jak w RPA, tak jest w Polsce gdzie nie ma pracy.        Jeśli chodzi o ludzi ze wschodniej Europy, to oczywiście wsadzili nas do tego samego worka z byłymi obywatelami Związku Radzieckiego, takie były czasy, w niektórych państwach dalej to pokutuje, mimo wszystko jest duża różnica między przygotowaniem do zawodu polskiego i radzieckiego lekarza. Podstawówka, liceum, klasa biologiczno - chemiczna - matura i 6 lat studiów kontra dziesięciolatka, a po niej brak matury, ale chęć wstąpienia do Instytutu Medycyny w wieku 16 lat, i po 6-ciu, czy 5-ciu latach mamy lekarza, który ma 21 lat, nic nie potrafi i najczęściej zabierają go do wojska na 2 lata, jeśli trafił do Afganistanu miał szansę oprócz utraty życia, nauczyć się czegoś , miałem kolegę z liceum, który dostał się na studia medyczne do Leningradu, bo się nie dostał dwa razy w Polsce i miał rodziców w partii, prócz tego nie znał rosyjskiego, ale załatwił sobie papiery w Łodzi, lekarzem dzięki Bogu nie został, alkoholikiem też nie, zaczął handlować kolorowymi telewizorami, których wtedy brakowało w Polsce.

Maciej Nowakowski : W RPA ciekawe było też, po wielu latach wychowania się w atmosferze prześladowania, kultu konfliktu z władzą i niespecjalnie sprecyzowanej wolności, znaleźć się wśród „prześladujących” i zabierających innym wolność. Okazało się , że oni też mają swoją opowieść.
      Napisz mi co spowodowało, że postanowiłeś opisać świat swojej wczesnej młodości, świat w twojej książce barwny, pełen podziemnych, cyrkowych melodii ale, jak pamiętam z perspektywy czasu, w rzeczywistości raczej ponury, zakratowany zabijającym indywidualną ciekawość i przedsiębiorczość komunizm. Także pełnym przedkomunistycznych a typowo polskich, katolickich ograniczeń. Można sobie na przykład wyobrazić piekło bycia w ówczesnej Polsce lesbijką czy pedałem. Od poniedziałku do piątku ganiłby cię za to pierwszy sekretarz, a w niedzielę ksiądz. RPA zresztą także było krajem pod wieloma względami represyjnym, co starałem się zresztą opisać w mojej książce. Ta represja była jednak bardziej elegancka , anglosasko-holenderska w odróżnieniu od komunistycznej-ruskiej, niezmiennej od Iwana Groźnego.
      Wymowa Twoich opowiadań jest częściowo smutna, niczym w ciekawej ale smutnej bajce, ale jest też „jajeczna”, z jajem typowo licealnym. Przywodzi na myśl magiczne książki z naszego dzieciństwa, które pisywał Edmund Niziurski.

Hubert Dobrzaniecki : Wiesz ja nie postrzegam czasów komunistycznych za totalnie szare, ogłupiające, więc odwrotnie , w wielu przypadkach uważam je za bardzo barwne i twórcze. To jest tak jak z brakiem czasu, ludzie którzy go mają za dużo nie potrafią go należycie wykorzystywać, ci, którzy go mają mało, wykorzystują każda minutę i robią wspaniałe rzeczy, oczywiście była nad nami czewrwona gwiazda, państwowa telewizja, cenzura, tylko, że te rzeczy mogły zarówno działać dobrze jak i źle na umysły ludzkie, wszystko zależy od indywidualnego odbioru pewnych spraw, myślę ,że w tamtych czasach twórcy bardziej się starali, jeśli nie mogli upowszechniać tego co robili z różnych powodów , i tak dalej dobrze robili swoje rzeczy , nawet do szuflady, nawet na półkę , dla siebie dla duszy. Wychowałem się w małym miasteczku, blisko granicy, której nie mogłem przekroczyć, co było zabijające , ale i twórcze, pobudzało wyobraźnię, człowiek wymyślał sobie różne obrazy, czytał, zdobywał książki, ksera zabronionych pozycji, prócz tego komuniści mogli wszystko nam zabrać, czasami tak im się wydawało, nam nie mogli odebrać gór, naszych pięknych Gór Sowich, w które się chodziło, w których człowiek czuł się wolny, gdzie obcował z naturą., która nigdy nie miała i nie będzie mieć na sobie naklejki systemowej, natura po prostu jest i jest boska. Jest mi przykro, ale nie zauważam na prowincji większych zmian w hierarchii wartości, nie widzę różnicy pomiędzy komuną a demokracją w załatwianiu pewnych spraw, w podejściu do człowieka. Pierwszy sekretarz został burmistrzem i jest tak samo arogancki, nie odpowiada na listy, nawet polecone. Rada miasta zatwierdza chore pomysły, budując obwodnice samochodowe w mieście, w którym ubywa ludności, które leży z boku wielkich tras, pleban nie zmienił stosunku do pedalstwa i lesbijstwa, choć dokonując aktów lubieżnych z katechetką przestraszył się i przestraszył ją doprowadzając do skurczu narządów rodnych, zostając w parze odwiezionym na pogotowie ratunkowe, bo nie miał pod ręką środków uspokajających, lub tabletek nasennych, wszyscy wiedzą co się stało, ale proboszcz głosi przez mikrofon, że tamten ksiądz musiał nagle wyjechać i że nowy przyjdzie na jego miejsce, itp., itd., czasami wydaje się, że jest bardziej szaro niż było, czyli dawniej nie było aż tak szaro, demokratyczne władze czepiają się Litwy i Ukrainy, że niszczą nasze cmentarze, a co myśmy zrobili z niemieckimi czy żydowskimi, czy nowa ekipa zdobyła się na odwagę aby walnąć tabliczkę , w tym miejscu był cmentarz niemiecki lub żydowski, zlikwidowany przez władze PRL-u.... jestem Maćku prowincjuszem z urodzenia, a jak Ty odbierałeś ten czas w wielkim mieście, którym jest Szczecin?

Maciej Nowakowski : To ciekawe o czym piszesz i z wieloma rzeczami się zgadzam. Dobrze pamiętam wykorzystywanie ograniczonych możliwości do końca. Pamiętam jak pożyczyłem nielegalne wydanie "„Archipelagu Gułag" Sołżenicyna na jedną noc i chciałem ją tej nocy w całości przeczytać, co mi się zresztą niezupełnie udało, pamiętam jeżdżenie za granicę bez pieniędzy, tylko dlatego, że dostało się jakimś cudem paszport. Sztuka w komunizmie była pod wieloma względami dobra, bo trzymała się określonej ustrojem formy- można to porównać np. do pisania Hemingwaya, który krótkimi, gazetowymi zdaniami przekazywał ludzki dramat, albo do filmów Tarkowskiego, których styl można zawsze rozpoznać. Ludzie tęsknili do lepszego świata i przez tę tęsknotę łatwiej się żyło. Kiedy patrzę na moją żonę, która urodziła się i wychowała w Ameryce, widzę jak jej było trudno – nie miała za czym marzyć i do czego tęsknic. W USA też zresztą łatwiej napisać książkę mieszkając na preriach Nebraski niż w Nowym Jorku, bo w Nowym Jorku jest ogłupiający nadmiar informacji. Ja zresztą, czuję się jeżdżąc raz w miesiącu do Nowego Jorku do syna, jakbym wyjeżdżał na dawny Zachód - patrzę na modne ubrania, nowe książki i filmy idę do niezłej restauracji... Jeżeli chodzi o Szczecin – zawsze był pięknym miastem, choć w dużym stopniu prowincjonalnym, bez mocnej elity kulturalnej, która mam nadzieję się tworzy. Mądrzy i zdolni ludzie są wszędzie, trzeba ich podlewać jak kwiaty i te ich zdolności wychwalać jak u zdolnego dziecka. Wysyłać ich do innych Szczecinów, w Góry Sowie, ale też do Paryża , Londynu i Moskwy żeby nie mieli kompleksów i nie wydawało im się , że świat ich omija bokiem. Ostatni raz byłem w Szczecinie i w ogóle w Polsce
prawie 2 lata temu, wiele rzeczy się nie zmieniło. Człowiek może tworzyć nowe rzeczy tylko na podstawie doświadczeń, komunizm sączy się w genach przez pokolenia . Byli niewolnicy w Ameryce, którzy wrócili do Afryki i stworzyli państwo Liberia momentalnie stali się panami plantacji i zniewolili miejscową ludność. Jest duża szansa, że burmistrz w Polsce będzie podobny do pierwszego sekretarza , bo taki jest utarty pokoleniami schemat sprawowania władzy. Moja nowa książka ma tytuł Na zawsze jutro.

Hubert Dobrzaniecki : Dodam jeszcze , że kolorowość mojego komunistycznego świata wynikała z mieszanki ludzkiej jaka zamieszkiwała Bielawę, byli tam wszyscy i zewsząd, niektórzy wstydzili się swoich korzeni, ale przy wódce zaczynali gadać, wychodziła z nich ta cała egzotyka miejsca, w którym wyrośli i szklarnia do której zostali przesadzeni, ich opowieści stymulowały moją mózgownicę, sam nie tylko lubię opowiadać, ale równie jak opowiadać lubię słuchać, to, że mieszkałem w wielu miejscach za granicą i mieszkam nadal w bardzo egzotycznym miejscu-na Islandii- nie wynika z tego, że uciekłem albo wyjechałem za chlebem, nic podobnego, mieszanka narodowościowa, kulturowa, dodała mi skrzydeł w chęci poznania , życie się różnie układa, nie musiałem wyjechać za granicę – chciałem, moi przodkowie też przyjechali z dalekich stron.

Maciej Nowakowski : Przeczytam uważnie i odpiszę Ci później. Mam teraz bardzo dużo pracy ; muszę przyjąć do szpitala dwóch pacjentów.

Hubert Dobrzaniecki : ok


Maciej NOWAKOWSKI : "Baie dankie, Afryko". Wydaw. MAMIKO, 162 s.
Hubert DOBRZANIECKI : "Stacja Bielawa Zachodnia". Wydaw.MAMIKO, 136 s.




Adam Lizakowski

Rola biblioteki etnicznej na emigracji
Napisane na zamówienie kierowniczki Małgorzaty Kot
Na jublileusz 90 lecia biblioteki polskiej w Chicago/ USA

Od wielu lat przebywam na emigracji obecnie nazywa się to że mieszkam na stałe poza granicami Polski, bo emigracja jako taka się zakończyła z chwilą upadku komunizmu. Jak większość nowo przybyłych emigrantów wybrałem się za ocean bez książki mając jedynie tomik wybór wierszy Adama Mickiewicza z dedykacją i prośbą mojej dziewczyny, abym o niej zawsze pamiętał. Tomik wierszy, dla wielu ludzi nie jest książką, bo tylko proza może być książką a nie poezja.
Dlaczego emigranci nie zabierają ze sobą książek w podróż do ziemi obiecanej tj. promise land? Natomiast biorą ubranie, buty, noże, widelce, pościel, stare fotografie. Czyżby z góry wiedzieli, że na ziemi obiecanej nie będzie okazji na czytanie książek innemi słowy nie będzie czasu na ich własną kulturę. Skąd oni to wiedzą? Dlaczego Ameryka dla wielu egmirantów z różnych stron świata kojarzy się tylko jako miejsce ciężkiej pracy, harówki, a nie np. przygodą intelektualną. Dlaczego dla wielu Ameryka pachnie dolarem zapracowanym w pocie czoła. Dlaczego amerykański sukces oznacza przede wszystkim bogactwo materialistyczne a nie duchowe? Nie znam nikogo kto by przybył do Ameryki po kulturę, kto powiedziałby, że przybywa tutaj po to aby iść do muzeum, teartu, opery, galerii, czytać książki, albo uczestniczyć w życiu kulturalnym swojej grupy etnicznej czy tego kraju.
Zdecydowa większość emigrantów 200, 100 lat temu i obecne przybywa tutaj po pieniądze, po wykształcenie, aby poprawić sobie życie, aby realizować swoje marzenia te materialistyczne, bo w ich starych ojczyznach tego nie mogli zrobić. Dlaczego dla wielu wciąż Ameryka kojarzy się z materializmem?

Odpowiedzi może być wiele jedną z nich na pewno będzie ta, że na emigrację wybierają się najbiedniejsi z najbiedniejszych, często ci najbiedniejsi z najbiedniejszych nie mają wyształcenia, nigdy nie byli w teatrze, operze, rzadko chodzili do kina czy biblioteki. Zdecydowana większość z nich pochodzi z regionów w których w promieniu wielu kilometrów nie było ani teatrów ani oper. Nie oznacza to, że ci emigranci z wielkich miast czy stolic państw byli częstymi bywalcami siedzib muz.
Bieda to nie tylko brak chleba, ale także brak możliwości uczestniczenia w życiu kulturalnym swojej miejscowiści, regionu, państwa. Aby pozwolić sobie na uczestniczenie w kulturze trzeba mieć nie tylko czas ale i pieniądze, które można przeznaczyć na fryzjera, bilet do kina czy galerii, kupno nowego garnituru czy modnej sukienki. Bez tego dodatkowego funduszu trudno jest mówić o tzw. życiu kulturalnym. Ludzie ciężko pracujący od rana do wieczora po 10 – 12 godzin dziennie nie mają czasu na kulturę. Emigracja nikogo nie rozpieszcza, wręcz przeciwnie daje się bardzo mocno we znaki. Wiele, wiele lat upłynie zanim emigrant będzie w stanie czynnie uczestniczyć w życiu kulturalnym kraju do którego przyjechał, ale większość z nich nigdy nie będzie w stanie to zrobić, bo język stanie im na drodze do pełnego chłonięcia kultury. Język, którego nigdy tak na dobrą sprawę się nie nauczą, bo praca im na to nie pozwoli, a później samo życie będzie dopominać się swoich praw.
Dlatego dla większości emigrantów ze wszystkich stron świata najważniejszą po kościele, świątyni czy synagodze będzie ich własna biblioteka z książkami i czasopismami w ich własnych języku. Tam mogą, jeśli czas im pozwoli i wystarczy chęci w ciszy i skupieniu czytać czy wypożyczyć książkę w ich własnym języku. Niestety wydawać by się mogło, że rola bibliotek etnicznych ma wspaniałą przyszłość i każdy wie jak ważny jest kontakt z książką pisaną w języku emigranta. Jednak niewiele osób korzysta z usług bibliotek etnicznych, dlatego one przeważnie stoją puste, często brakuje im nowości wydawniczych a personel pracuje za niskie wynagrodzenie.Wiele bibiliotek entinicznych stoi na progu bankructwa, bo nie mają funduszy nawet na zapłacenie nie tylko personelu, ale światła i ogrzewania. Niewiele osób korzysta, bo nie mają czasu na czytanie, przecież przybyli do Ameryki po pieniądze a nie po czytanie książek.
Nie jest też w naszej tradycji aby dopomagać bibliotekę finansowo w różnych formach czy na zasadzie odpisu od podatków czy nawet darowizn spadkowych.
Rola bibilioteki etnicznej jest ogromna, bez niej zdecydowa większość emigrnatów po wyjeździe z ich własnych krajów nigdy nie wzięłaby książki do ręki. Bibliokoteka etniczna jest takim drugim domem bożym w którym mieszka słowo, słowo które znają od urodzenia, bo ich własna matka go nauczyła.

Kwiecień 16/ 2005
Chicago





DRODZY CZYTELNICY


       W ramce diagramu dzisiejszej krzyżówki zamieściłem mały fragment tekstu z książki, którą napisałem. Jest to opis mojej drogi z celi więziennej w Komendzie Wojewódzkiej MO w Wałbrzychu do biura oficerów śledczych SB na przesłuchanie. Działo się to przed ćwiećwieczem, działo się to w czasie gdy Wojciech Jaruzelski wypowiedział wojnę naszemu Narodowi, wprowadzając stan wojenny i internując tysiące działaczy „Solidarności” za to, że żądali swobód obywatelskich, żądali poprawy bytu pracujących, żądali prawa do swobody zrzeszania się w niezależnych i nie będących przybudówką PZPR, związkach zawodowych ; ja byłem jednym spośród nich.
       Ale nie tylko o internowaniu piszę w mojej ksążce. Piszę o okresie poprzedzającym internowanie.
Piszę o moim zaangażowaniu się w organizowanie NSZZ „Solidarność” i o działalności w tym Związku Zawodowym. W moich wspomnieniach cofam się do lat dzieciństwa na Kresach ; tam się urodziłem w ostatnim roku II Wojny Św. Piszę o prześladowanich większości polskiej na Ziemi Grodzieńskiej i o specyficznych metodach ateizacji
i depolonizacji nas – małych dzieci. Piszę o opuszczeniu przez nas Ziem Zagrabionych
i o przyjeździe do Polski w jej aktualnych granicach. Piszę o opuszczeniu Polski z
paszportem uprawniającym do jednokrotnego przekroczenia granicy. Piszę o blaskach i cieniach mojego życia we Francji. Piszę także o mojej współpracy z „Głosem Katolickim” wydawanym przez Polską Misję Katolicką we Francji, piszę o spotkaniu we Francji pierwszego polskiego księdza, którym był ksiądz Henryk Szulborski - dzisiaj wicerektor PMK.
       „Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę”- taki tytuł nosi moja książka – jest moją autobiografią, ale to nie jest książka tylko o mnie. W moich wspomnieniach piszę o ważnych wydarzeniach, które wydarzyły się w historii naszego Narodu, o wydarzeniach ktore przeżyłem, których stałem się mimowolnym uczestnikiem. Podobne do moich przeżyć miało setki a może i tysiące Polaków ale o tych przeżyciach nie wiedzą (!) setki tysięcy a może i miliony naszych Rodaków... Dla tego napisałem tę książkę!
       Na zakończenie przytoczę jeszcze dalszy ciąg tekstu z diagramu krzyżówki:
„....Szliśmy niekończącymi się korytarzami bez słowa, ja starałem się iść jak najbliżej tego idącego przodem, deptałem mu po piętach – myślałem, że ten idący za mną nie będzie do mnie strzelać, żeby nie zranić tego idącego przodem....”
       Pozdrawiam Czytelników tej witryny, informuję, że książkę można nabyć w sieci księgarni Matras
lub u Wydawcy : biuro@mamiko.pl
Życzę dobrej lektury!
Marian Dziwniel.
Marian DZIWNIEL.
Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę Wydawnictwo Mamiko, 2007





Adam Lizakowski - Circus Maximus A.D. 2011


Mam gołębia w dłoniach --
co mam w sercu? 200 tys. osób
w sobotnim wieczornym czuwaniu modlitewnym
na starożytnym stadionie w Rzymie, poprzedzającym beatyfikację Jana Pawła II.

Co mam w sercu? Jedną miłość w tym wadzonie,

z jedną lilią przypominającą Ciebie.

Dzięcioła który uderza niczym młot.

Mam trzy dusze i siedem żyć.

Liturgię rozpoczął śpiew "Jesus Christ you are my life".

Jezus Chrystus jest moim życiem.
Pieśń na ustach, gołąb w dłoniach.
Co mam w moich myślach?
Mam wakacje w głowie, kobietę w czerwonych szpilkach,
mam marzenia, mam wodę w mózgu.

Co mam w sercu? 200 tys. osób
w sobotnim wieczornym czuwaniu modlitewnym
na starożytnym stadionie w Rzymie, poprzedzającym beatyfikację Jana Pawła II.
Co mam w swoim brzuchu? Stado lwów,
tygrysów, słoni, głód wiary. Czy lubisz owoce?
Mandarynki czy pomarańcze? Masz ochotę na figę?
Jestem człowiekiem jem ciało Boga.
Zapraszam Go do swojego domu na kolację.
podejmuję niesłychanie ważne decyzje
o swoim życiu, tyle zwierząt we mnie mieszka.
Zmartwychwastanie czy powstanie?
Czy znasz odpowiedz?

Okrzyk "Santo subito", rozbrzmiewał po śmierci papieża
"spóźniony" - święci
są świętymi, za życia –
Kościół tylko to potwierdza.
Mam gołębia w dłoniach—

Chicago/4/30/2011






Karol Graczyk: Niedawno była Pani z wizytą w Polsce i podczas spotkań w Warszawie, Łodzi i Krakowie mówiła Pani o współczesnej sztuce amerykańskiej, cóż może nam Pani o niej powiedzieć?



Gail Levin: Miałam wykłady o Edward Hopper, Judy Chicago i artystkach amerykańsko-żydowskich. Omawiałam płótna Hoppera, które mimo prostoty niosą wielowarstwową wymowę. Hopper, choć uważany za bardzo amerykańskiego, podziwiał prace Rembrandta
i Edgara Degas. Inne źródła zawierają literaturę począwszy od Moby Dick MElvilla po poezję Roberta Frosta, choć należy pamiętać, że Hopper uwielbiał także Verlaine i poezję Goetego.
Omawiałam feministyczną artystkę Judy Chicago i związek pomiędzy jej sztuką a polityką
i historią amerykańską. Jej twórczość czerpała z ruchu praw obywatelskich w latach 1950 i odzwierciedlała poglądy sprzeciwiające się wojnie w Wietnamie w późnych latach 60. oraz powstający ruch feministyczny na przełomie lat 60 i 70
Inicjatorem wykładu o artystach amerykańskich żydowskiego pochodzenia, których przedstawicielką była nie tylko Judy Chicago ale także Theresa Bernstein, Louise Nevelson, i Lee Krasner (żona Jacksona Pollocka - temat mojej kolejnej biografii), było muzeum sztuki w Łodzi, które dowiedziawszy się o moich pracach w tym zakresie, poprosiło o prelekcję. Zwróciłam uwagę na wschodnio-europejskie korzenie tych artystek
i ich rodzin.

K.G.: Jakie miasto w Stanach jest obecnie najsilniejszym ośrodkiem kultury?

G.L.: Dla mnie osobiście jest nim Nowy Jork, gdzie wykładam na CUNY. Jest to nie tylko ogromne centrum kulturalne, ale także wielokulturowy tygiel ludzi z całego świata. Atmosfera tego miejsca sprzyja rozwojowi kultury, tworzeniu wielu interesujących projektów. Jest to miejsce, gdzie w galerii, restauracji, w sali koncertowej zawsze dzieje się coś interesującego.

K.G.: W U.S.A. uczelnie są zazwyczaj czymś więcej, niż tylko miejscem do nauki, znacznie bardziej stawia się w nich na badania, sport, sztukę. W jaki sposób można zwyczajny, dobry uniwersytet zamienić w ośrodek sztuki lub na przykład wyrobić na nim specjalizację i sprawić, by studenci chcieli tam badać, a nie tylko przyjmować do wiadomości?

G.L.: Jeśli dobrze rozumiem, pytasz o sposób, w jaki wzbudzamy zainteresowanie studentów sztuką. Mam zajęcia ze studentami pierwszego roku różnych specjalizacji, choć w większości zarządzania. Moje zajęcia nazywają się Sztuką Nowego Jorku i mamy specjalnie wydzielony fundusz, dzięki któremu w ramach zajęć uczestniczymy
w przedstawieniach zarówno Metropolitan Opera, czy Broadwayu, jak i bardziej kameralnych imprezach. Moim celem jest wzbudzenie w moich studentach namiętności do sztuki, uczynienie sztuki częścią ich życia, pomimo najróżniejszych ścieżek zawodowych. Państwo nie sponsoruje wielu przedsięwzięć artystycznych, prywatny mecenat jest więc kluczowy dla przyszłości naszej kultury. Mam nadzieję, że dzięki krzewieniu sztuki wśród moich studentów przyczyniam się do tego, jednocześnie wzbogacając ich życie.

K.G.: Co w Stanach sądzi się na temat sztuki europejskiej? Jak jest stawiana względem amerykańskiej?

G.L.: Żeby studiować amerykańską sztukę należy znać i rozumieć europejską. Przed
dwoma wiekami niemal wszystkie nowe prądy wywodziły się z Europy. W XIX wieku wielu amerykańskich artystów wyjeżdżało po naukę do Paryża i Dusseldorfu. W wyniku wojny do ameryki wyemigrowało i osiedliło się w NY wielu ważnych współczesnych mistrzów takich jak Mondrian, Fernand Léger, Marc Chagall czy Max Ernst. Europejska sztuka ma znacznie głębsze korzenie sięgają starożytnego Rzymu i Grecji oraz Egiptu. Współczesny artysta europejski taki jak Kandinski rozumiał sztukę amerykańską, widać to chociażby
w almanachu Der Blaue Reiter opublikowana w Monachium 1911.

K.G.: Co sprawia, że pisze Pani biografie tych, a nie innych ludzi? Mam przede wszystkim na myśli ostatnią biografię Judy Chicago oraz głośną Edwarda Hoppera.

G.L.: Zaczęłam pisać na temat sztuki Hoppera gdy w 1976 zostałam pierwszym i jedynym kustoszem jego kolekcji w muzeum amerykańskiej sztuki Whitney. Zamiarem było stworzenie catalogue raisonne, kompletnego studium jego prac, ostatecznie opublikowane w 1995. zafascynowana Hopperem napisałam o nim 9 książek. W trakcie prac natrafiłam na 62 tomy pamiętników trzymanych przez jego żonę. Większość jej prac jak i prac jej męża po przekazaniu na rzec Whitney Museum zostało zniszczonych zanim jeszcze zostałam kustoszem tego muzeum. To skłoniło mnie do zwrócenia uwagi na problem niszczenia prac artystek i do poszukiwania artystek, które przeciwstawiały się byciu ofiarami tych działań. Moje badania doprowadziły mnie do Judy Chicago, której zainteresowanie historią kobiet trafiło mi szczególnie do serca.

K.G.: Zgadza się Pani z podlądami Judy Chicago?

G.L.: Powrócę jeszcze do Hoppera i jego poglądów. Nie wiem dlaczego mnie o nie zapytałeś. Całkowicie nie zgadzam się z nim w kwestii polityki, kobiet, małżeństwa, jedzenia, abstrakcji etc. A wracając do Judy Chicago - z niektórymi się zgadzam, z niektórymi nie, np.: uważam, że wiele osiągnięć dokonanych przez kobiety zostało wykreślone z historii lub zapomniane. Takie jest zresztą przesłanie jej arcydzieła
The Dinner Party, aktualnie wystawianego w otwartym w marcu 2007 roku, centrum sztuki feministycznej im E.A.S. w muzeum brooklyńskim.

K.G.: Dlaczego tak bardzo interesują Panią artyści pochodzenia żydowskiego?

G.L.: A dlaczego by nie? Równie dobrze mógłbyś zapytać dlaczego interesuje się artystami chrześcijańskimi. Hopper, pomimo iż wychowany w rodzinie mocno zakorzenionej w wierze Babtystów, odrzucał zdogmatyzowanie religii - każde z trojga dzieci, które miał, przyjęło inna wiarę: jedno katolicką, drugie protestancką a trzecie żydowską. To nie przeszkadzało mu w ozdobieniu swoimi malowidłami kościoła babtystów w Charleston w południowej Kalifornii. Przyznaję, większość swojej kariery naukowej spędziłam wykładając o sztuce katolickiej średniowiecza, renesansu i późniejszych epok. Moje zainteresowanie artystami żydowskimi, w szczególności artystkami spuścizny wschodnioeuropejskiej, zapoczątkowane zostało pracami nad biografią jednej z nich. Jak się okazało, ma to także związek z pochodzeniem moich przodków. Podczas mojej pierwszej wizyty w Polsce, kiedy to odwiedziłam Siedlce, skąd pochodzili moi Dziakowie dowiedziałem się, że emigrując
w dwudziestym wieku uciekali przed pogromem. Ponieważ zmarli kiedy byłam jeszcze niemowlęciem, wizyta w miejscu, w którym mieszkali, miała dla mnie szczególne znaczenie. Poznałam historię, której nigdy wcześniej nie znałam.

K.G.: Podczas prac badawczych nad historią sztuki z pewnością okryła Pani niejedną ciekawostkę. Może się Pani czymś z nami podzielić?

G.L.: Problem wizji i widoku. Jak w starym porzekadle: obraz jest wart tysiąca słów. Fascynuje mnie sposób w jaki my widzimy świat oraz to w jaki sposób pomagają nam go widzieć artyści. Kiedyś uczyłam historii sztuki studentkę, która straciła wzrok. To było fascynujące wyzwanie.

K.G.: Czym się Pani teraz zajmuje?

G.L.: Jak już wspomniałam, obecnie jestem w trakcie urlopu naukowego i piszę biografię Lee Krasner. Wiosną wracam do Nowego Jorku z Mediolanu, gdzie obecnie mieszkam. Pielęgnuję ogród, sadzę warzywa, odwiedzam znajomych w pobliżu. Mam oddanych przyjaciół rozsianych po całym świecie, od czasu do czasu odwiedzają mnie, gdy zatrzymują się w Nowym Jorku.

Dziękuję za zainteresowanie

Gail Levin, Distinguished Professor
Profesor nadzwyczajny
Baruch College and the Graduate Center
The City University of New York





Adam Lizakowski


Radość i smutek pieśnią spłacimy


                           Na 60 lecie Parafii św. Antoniego w Pieszycach
                           Ks. prob. Edwardowi Dzikowi



Dolny Śląsk, Pieszyce 60 lat temu,
wyobraźnia rozpalona do czerwoności,
dla tych co wyszli z niemieckich obozów śmierci,
dla tych co ze zdobytego Berlina wrócili,
dla tych co w bydlęcych wagonów przywieziono
z dalekiej Rosji i Wschodniej Polski,
dla tych co uszli z płonącej Warszawy,
dla tych co ocaleli z Centralnej Polski,
ze spalonych wsi i miast.

W czasie wędrówki myśleli o tym co było stare,
myśleli o tym co będzie nowe,
myśleli o tym co utracili,
myśleli o tym co zyskają.

Zniszczono ich siłą ognia i mocą żelaza,
dzięki sile ognia i mocy żelaza,
los włożył na ich głowy wieniec zwycięstwa,
wojna zażądała od nich darów,
wojna dała im dary łupów.

Nadszedł czas budowania, wyrywania chwastów,
czas siania zbóż, czas wychowywania dzieci,
czas leczenia rań, czas mycia rąk i sumień,
czas stawiania świec na grobach bliskich,
czas ubierania choinek, Bożego Narodzenia.

Nad kominami fabryk włókienniczych,
wieżami kościołów, Antoniego i Jakuba,
czubkami lip parkowych i kasztanów,
wznosiły się modły starego pokolenia
lub płacz nowo narodzonych,
wesoło powietrze kroiły jaskółki,
dojrzewały czereśnie i maliny,
życie u podnóża Wielkiej Sowy
nie było wichrem, ani groźną burzą.

I nadszedł czas, gdy trzecie pokolenie tutaj zrodzone,
mówiące bez akcentu kresowego, bez kompleksów,
przyjęło tę ziemię za swoją, i wydarzyło się to o czym
wszyscy myśleli, wolność uśmiechnięta dumnie
spacerowała po ulicach włókienniczego miasteczka.

Kuzynki niesprawiedliwości, dalekie krewne wolności:
głód, bieda i bezrobocie śmiało zaczęły zaglądać
do okien i oczu wielu, zabierając obietnice godnego życia,
państwo stało się bezradne jak cichy i pogodny człowiek
któremu można wybaczyć wiele, ale nie wszystko.

Wybiła godzina w której młodzi spakowali walizki
i wyjechali na Zachód ten bogaty, ten przez biednych
podziwiany, gloryfikowany, którym rządzą ludzie
doświadczeni, uczciwi, słuchający rad swego społeczeństwa.

Wszyscy głodni i biedni, emigranci za chlebem i pracą
są tacy sami, pracują za pół darmo, udają, że są szczęśliwi,
stale wypytując się o losy kraju swego, wszystko chcą wiedzieć,
a są owocem chaosu, oni też są skarbem narodu,
klejnotem rodziny, nadzieją, wiarą, miłością dla wielu.

Biedna ojczyzna emigrantom smakuje jak ambrozja,
to nic, że kiedyś była gorzka, chwalmy pieśnią Pana radośnie,
chwalmy Pieszyce całym sercem, pełnym głosem pięknie,
bo szczęśliwy ten, co ma swe miejsce na ziemi,
Pan nad nim czuwa, jemu niczego nie braknie.

Dzierżoniów 9/18/2006





Pożegnanie przyjaciela - Adam Lizakowski



Szanowni Państwo,

smutna wiadomość w nocy z czwartek na piątek 4 grudnia zmarł w Chicago mój wieloletni przyjaciel, wspaniały człowiek, bardzo życzliwy ludziom, dr Wojciech Wierzewski. Wieloletni dziennikarz,organizator, radiowiec, działacz, promotor polskości w Ameryce.

Był pierwszą osobą, która czytała moje wiersze i tym który zawsze dobra rada służył. Nie zazdrosny ani zapalczywy, potrafił w życzliwy i po przyjacielsku doradzać. Dzisiaj takich ludzi już nie ma, wielu osobom pomógł. Wiele osób dzięki jego życzliwości i wsparciu mogło ujrzeć swoją twórczość w polonijnej prasie.



Poznaliśmy się 1984 roku, gdy zaprosiłem go do współpracy w nowo powstałym miesięczniku pt. RAZEM wydawanym w San Francisco w latach 1983 -1989. Nigdy nie pytał sie co ja z tego będę miał? Albo kto na tym zarobi? Osobiście spotkaliśmy się dopiero w 1991, gdy z San Francisco przyjechałem do Chicago. On był pierwszą osobą do której po przyjedzie z Kalifornii zadzwoniłem i która przyjęła mnie bardzo serdecznie w swoim biurze. dzięki jego wstawiennictwie znalazłem swoją pierwszą pracę w Chicago, zostałem członkiem redakcji "Kalejdoskopu", weekendowego dodatku do "Dziennika Związkowego", na początku lat 90'. Moglem, pisać, tworzyć, publikować i mieć za to satysfakcje finansowa. Mało prawdopodobne, ale tak właśnie było.

O tego czasu Wojciech, tak do niego się zwracałem stał się promotorem mojej twórczości, człowiekiem, któremu bardzo dużo zawdzięczam. To on uczył mnie/ nas historii Polonii amerykańskiej, nikt tak jak On z taką pasją nie pisał o polskich emigrantach w Ameryce. Historii Polonii amerykańskiej, której tak na dobra sprawę nikt nie zna, ani się nią nie interesuje. Współczesna Polonia, mało, lub niewiele wie o swoich korzeniach.

Był wspaniałym kolegą i serdecznym przyjacielem, bardzo ludzki, ciepły i wyrozumiały, bez którego dzisiaj czuje ogromną pustkę w swym sercu. Jeszcze nie mogę pogodzić się z myślą, że go nie ma, człowiek, na którego zawsze można było liczyć.

Wiadomość o jego śmierci dotarła do mnie kilka godzin temu, i przez cały ten czas nie mogę na niczym sie skupić. Nieustanie powracają do mnie myśli o nim. Jest mi bardzo ciężko, śmierć Jego przygniotła mnie nie mogę się pogodzić z Jego nieobecnością.

Zanim wyjechał z kraju był wykładowcą na Uniwersytecie Warszawskim. Wyjechał z Polski pod koniec lat 70. na zaproszenie jednego z amerykańskich uniwersytetów. Pracował jako wykładowca na stanowym uniwersytecie w Iowa. Po stanie wojennym już nigdy do ojczyzny nie powrócił. A po zakończeniu kontraktu uniwersyteckiego osiadł na stale w Chicago, w którym stał się jednym z najważniejszych członków społeczności polonijnej. Przez ostatnie prawie 30 lat był redaktorem najstarszej polskojęzycznej gazety na świecie dwutygodnika "Zgoda" wydawanej przez Związek Narodowy Polski. Przez prawie 20 lat prowadził program radiowy pt. "Kalejdoskop kulturalny" na polskojęzycznej radiowej stacji WPNA 1490 A,. w którym prezentował sylwetki ze świata polskiej kultury z obu stron oceanu. Dzisiaj nikt już takich programów nie robi, nikt też tak jak on nie potrafi zabiegać o promocję polonijnej kultury.

Bardzo płodny i pracowity był autorem setek jeśli nie tysięcy artykułów, wywiadów radiowych i prasowych, recenzji i komentarzy.Wiele osób rozpoczynało czytanie "Dziennika Związkowego" lub "Kalejdoskopu" od jego artykułów. Miałem szczęście poznać Go osobiście i uważnie obserwować Jego zmagania się z polonijną niewrażliwością na kulturę. A przecież Jego twórczość dziennikarska nie kończyła sie tylko na środowisku polonijnym. Przez wiele lat współpracował z wieloma pisma akademickimi w kraju, publikował swe liczne eseje w prasie naukowej np. w środowisku akademickim UMK w Toruniu.

Był członkiem wielu organizacji polonijnych, społecznych i naukowych m.in Polskiego Instytutu Naukowego, Polskiej Fundacji Kościuszkowskiej, Związku Narodowego Polskiego.

Odszedł człowiek instytucja, człowiek, który bardzo dużo zrobił dla Polonii i Polaków w Chicago i Ameryce. Wybitna indywidualność, wspaniale pióro, ogromna wiedza i erudycja Trudno jest nawet wyobrazić sobie dzisiejszą polonijną prasę bez jego artykułów o książkach, recenzji z filmów, nowości wydawniczych itd. To jako jeden z nielicznych potrafił i cenił twórczość powstającą poza granicą Polski. Bez niego Polonia amerykańska będzie o wiele, wiele uboższa. Polskie Chicago straciło bardzo wiele i niestety nikt już nie będzie w stanie Go zastąpić.

W smutku pogrążona została najbliższa rodzina; żona, córka i dwójka wnuków, grono przyjaciół i znajomych oraz liczna rzesza czytelników polonijnej prasy.



Adam Lizakowski





Polskość w Ameryce to hobby

Z poetą Adam Lizakowskim rozmawia Małgorzata Kiesz



Adam Lizakowski, debiutował w warszawskim „Tygodniku Kulturalnym” w 1980 roku. Przebywa poza granicami kraju od 1981r. Poeta, prozaik, dziennikarz, społecznik, tłumacz poezji amerykańskiej, organizator życia polonijnego w Chicago. Założyciel, właściciel artystyczno - literackiej księgarni „Golden Bookstore”, niestrudzony promotor polskiej kultury poza granicami kraju Założyciel grupy poetyckiej „Niezapłacony Rent” w Chicago. (Blisko 200 spotkań literackich z twórcami o dużym dorobku, i wielu debiutantów). Laureat wielu konkursów i nagród literackich m.in., w roku 1996 otrzymał I nagrodę na Międzynarodowym Konkursie Pamiętnikarskim im. Gen. Stanisława Maczka, pt. Zachodnie Losy Polaków. Za całokształt twórczy otrzymał Nagrodę Nelly i Władysława Turzańskich w Kanadzie, w 2001 roku.
Autor tomików poetyckich m.in. „Złodzieje czereśni” wyd. 1990., „Legenda o poszukiwaniu ojczyzny” wyd. 2001., „Chicago miasto nadziei” wyd. 2005., „Dzieci Gór Sowich” wyd. 2007, oraz najnowszej książki dwujęzycznej pt. „Chicago miasto wiary” wyd. 2008. Jeden z najważniejszych polskich twórców mieszkający w Chicago.

Małgorzata Kiesz:
Wróciłeś z kraju z nagrodą literacką, którą otrzymałeś od Polskiego Komitetu do spraw UNESCO za rok 2008. Otrzymałeś też dyplom uznania podpisany przez ministra kultury.
Adam Lizakowski
Nagrodę otrzymałem 11 kwietnia 2008 r., w Warszawie, w której spędziłem 9 dni wśród miłych i życzliwych mi ludzi, w doborowym towarzystwie twórców, nie tylko poetów. Uroczystość, wręczenie dyplomu i tomiku odbyła się w wypełnionym po brzegi Domu Literatury na Krakowskim Przedmieściu.
Miałem, też kilkanaście spotkań poetyckich w warszawskich szkołach i bibliotekach, (m.in. w bibliotece na Woli, Starym Mieście, Pradze,) poznałem wiele ciekawych osób m.in. z polskiego oddziału Pen Club.
M.K.
Jak się czujesz jako poeta od prawie 30 lat mieszkający w Ameryce?

Przeciętny polski poeta potrafi wymienić bez zająknięcia co najmniej pięciu amerykańskich poetów, np: Walt Whitman, Emily Dickinson, Robert Frost, William Carlos Williams, Allen Ginsberg. Znam wielu polskich poetów, którzy potrafią wymienić dwudziestu amerykańskich poetów. Natomiast nie znam żadnego amerykańskiego poetę, który mógłby wymienić trzech polskich poetów. Znajomość amerykańskiej literatury, poezji w Polsce jest ogromna, w porównaniu ze znajomością literatury, poezji polskiej w Ameryce. Polacy żyją amerykańską literaturą. Amerykanie natomiast nas nie znają. Aby być sprawiedliwym muszę, powiedzieć, że w ostatnich trzech latach spotkałem dwóch amerykańskich poetów, którzy wiedzieli gdzie jest Polska, a to tylko dlatego, że ich wiersze były tłumaczone na język polski. Poeci ci, to: Peter Gizzi i C.K. Williams.
Proszę sobie wyobrazić życie na bezludnej wyspie „polskość” w Ameryce. Jest jednak kilka odcisków naszej obecności na brzegu wielkiego oceanu: kilka wierszy Różewicza, dużo więcej Miłosza, dużo mniej W. Szymborskiej i St. Barańczaka, ostatnio coraz więcej tomików Adama Zagajewskiego. Jest Z. Herbert, ale i on nie jest rozpieszczany. W roku 2007 wydany został gruby tom jego wierszy wybranych w tłumaczeniu Allisa Valles. Zanim jednak Herbert będzie tak mocno osadzony w świadomości studentów amerykańskich uniwersytetów jak Cz. Miłosz, miną lata, jeśli, nie dekady. Tyle bardzo ogólnie można na ten temat powiedzieć.

M.K.
To już nikt w Ameryce nie czyta, nie zna polskiej poezji?
A.L
Naszą poezję, zna garstka studentow, studiujących poezję czy literaturę na tzw. „creative writing” kierunku uczącym jak pisać, tworzyć, etc. Amerykańscy poeci nie znają polskiej poezji. Poezja polska jest zaliczana do tzw. Eastern European Studies i jest tylko dodatkiem do tego kursu. Nie jest obowiązkowa, w oczach przeciętnego studenta w Ameryce, Polska to egzotyczny kraj.. Sytuacja ulega zmianie gdy student decyduje się na studia magisterskie na slawistyce, wtedy znajomość polskiej czy rosyjskiej poezji jest wymagana. Przeważnie na roku jest 5 -7 studentów.
Mówienie o tym jako sukcesie poezji czy kultury polskiej w Ameryce byłoby dużą przesadą. W świadomości amerykańskiej nie istniejemy, przeciętny Amerykanin, na pytanie o polskiej kulturze czuje się zakłopotany. Większość z nich nie wie gdzie jest Polska, oni po prostu nie znają geografii ani historii naszego regionu. Co wcale nie oznacza że Amerykanie „są głupi, bo nie wiedzą gdzie jest Polska”. Proszę nie wyciągać zbyt pochopnych wniosków.
Przyszli emigranci wyjeżdżający z kraju za pracą do Ameryki są mecenasami kultury polskiej. Nie takich mecenasow chcieliby widzieć polscy twórcy w Ameryce. Polska grupa etniczna dopiero w trzecim pokoleniu odnosi tzw. sukcesy intelektualne. Dlatego nikt nie słyszał o Amerykanach z polskimi korzeniami, mówię o pisarzach, malarzach, poetach, aktorach, etc., na stale funkcjonujących w życiu intelektualnym tego kraju. Jesteśmy jedną z najwolniejszych grup etnicznych pod względem intelektualnym w Ameryce. Nie ma nas na salonach sztuki w tyglu narodów Ameryki. Mieszkając prawie trzydzieści lat w Ameryce, nie potrafię wymienić nazwiska, ani jednego młodego tłumacza (przed 40. rokiem życia) naszej literatury o polskich, czy polonijnych korzeniach. Czy tacy są? Nie wiem? Nawet nie wiem jak to sprawdzić. Dziesięć milionów osób w tym kraju podaje Polskę jako korzenie swojego pochodzenia, a ja nie potrafię podać jednego nazwiska młodego tłumacza literatury polskiej.
Polacy nastawieni są na bardzo ciężką mało płatną pracę i spłacanie długów bankowych. Za to nas Amerykanie naprawdę cenią i banki też. My wolimy, spłacać domy niż studia naszych dzieci. Nim staniemy na nogach przez ten czas dzieci i wnuki zdążą się wynarodowić. Pozbyć się polskości do tego stopnia, że nie potrafią poprawnie wypowiedzieć swojego polskiego nazwisko, jeśli je zatrzymają, co też jest wyjątkiem.

M.K.
Z tego, co mówisz, zrozumiałam, że działalność na niwie polskości nie gwarantuje finansowej satysfakcji.
A..L.
Kultura niestety, tak było „od zawsze”, jest dodatkiem do życia, i musimy to zrozumieć. Polacy w Ameryce nie mają „świadomości kulturalnej” i nie wierzą w „siłę wykształcenia”, tak to najprościej można ująć. Najpierw trzeba kupić stół, łóżko, znaleźć pracę, to jest dużo ważniejsze niż czytanie wierszy, czy oglądanie filmów, uczenie się. Inwestowanie w siebie, jest wśród Polonii amerykańskiej mało popularne. Prestiż to domy, samochody, siedem dni pracy po 10 -12 godzin dziennie. Nasza wizja świata jest bardzo materialistyczna. Praca zawsze ważniejsza niż nauka. Nauka może poczekać. Dlatego naszej kultury tak mało jest w Chicago, chociaż to druga stolica Polski. Pamiętajmy, kultura jest dodatkiem, a nie chlebem powszednim.
Kultura musi być biznesem takim samym jak sprzedaż samochodów, czy płaszczy skórzanych. Jeśli nim nie będzie to padnie. W Ameryce nikt o to nie ma pretensji, nie bije na alarm, że jest źle. Jeśli jest źle to znaczy trzeba zmienić ludzi odpowiedzialnych za kulturę a nie mieć pretensji do społeczeństwa, że nie czyta, albo mało to ich obchodzi i są nie wrażliwi. Dzisiaj wszyscy szukają Mecenasa. Gdzie jest Mecenas? Mecenas był jeden i umarł dwa tysiące lat temu.

Dla wielu kultura jest luksusem, takim drogim mercedesem – jeśli można tak powiedzieć. Niestety. Dlatego w Ameryce ani w Chicago nie ma żadnych zawodowych polskich twórców ani organizacji wspierających kulturę finansowo. Nawet jeśli znajdą się przyjaciele polskosci, to są przede wszystkim społecznicy. Cudowni, wspaniali ludzie, którzy robią, działają, ale społecznie, często dopłacając z własnej kieszeni. Dyrektor polskiego teatru „Chopin” dopłaca do polskości, a dyrektor festiwalu filmów polskich dopłaca do polskości itd. Aby żyć, muszą nawiązać współpracę z Amerykanami. Polskość w Ameryce to hobby. Nie wypada mi się chwalić, ale bardzo często osobiście dopłacam do własnej poezji. Nie ja jeden zresztą, jest nas wielu, bardzo wielu twórców. W Ameryce, aby, być niestety trzeba mieć, kto tego nie rozumie, to go nie ma. Stąd też problem z naszą narodową kulturą tutaj, jeśli państwo polskie nie zainwestuje, nie będzie nas jeszcze przez następne lata i dekady.
M.K.
Jednak działasz, piszesz, nie boisz się Ameryki inwestujesz w swoją przyszłość i poezję. Przede mną leży twój najnowszy dwujęzyczny tomik, pt. „ Chicago city of belief”, nagroda UNESCO. W jakiś sposób potrafiłeś pogodzić życie na emigracji z myśleniem po polsku, nawet pisaniem wierszy. Do chudych literatów nie należysz.
A.L.
Zdecydowanie do „chudych literatów” nie należą, nam ponad 20 kilogramów nadwagi. Poezja dla mnie to hobby, i jak każde hobby kosztuje, trzeba za nie płacić. Tak samo jak się słono płaci za naukę jazdy konnej, studia, czy gry na gitarze. Tutaj wszyscy o tym wiedzą i trzeba nawet o tym mówić. Emigrację traktuje jako zło konieczne, nie jest ona zjawiskiem naturalnym. Nie chcę, aby mówiono o mnie jako o poecie polonijnym, czy emigracyjnym. Te fazy w mojej twórczości już się zakończyły, teraz chcę być i jestem poetą polskim.


M.K.
Istnieją więc podziały na poetów? Jak to widzą w kraju fachowcy od literatury?
A.L.
Taki podział trochę sztuczny był „od początku emigracji”, ale badacze polskiej literatury w kraju tego nie dostrzegali, nie rozumieli tego podziału. Są poeci polonijni, emigracyjni i polscy tworzący poza granicami ojczyzny. Twórczość współczesnych poetów mieszkających poza krajem jest nieobecna a jeśli już to tylko w paru osobom np. na Uniwersytecie w Rzeszowie. Mamy coraz mniej odpowiednio wykwalifikowanych krytyków literackich, recenzentów, badaczy naukowych zajmujących się emigracją, albo tymi, co tworzą poza granicami Polski.. Zainteresowanie literaturą tworzoną poza granicami skończyło się po roku 1989, czyli od chwili upadku komuny. Jest wolny rynek i każdy może sobie wydawać książki gdzie chce i ile chce, jeśli na to pieniądze. Jeśli ich nie ma nikt mu książki nie wyda. To się musi opłacać, musi być reklama, nazwisko autora coś mówiące polskiemu czytelnikowi i wiele innych czynników, które zadecydują o tym, że się nie opłaca. Nawet, jeśli, emigrant pokona te przeszkody wciąż nie będzie miał krytyki, recenzji, spotkań promujących książkę a cały nakład w ilości 300 egzemplarzy będzie się sprzedawał przez wiele lat, jeśli się w ogóle sprzeda
M.K.
Więc, są poeci polonijni, emigracyjni i polscy. A ty chcesz być teraz tylko polskim. A czym się różni poeta polonijny od polskiego?
A.L.
.
Gdy byłem poetą polonijnym przedstawiano mnie jako poetę polonijnego i ja na to się godziłem. Ale do pewnego czasu, gdy życie Polonii przestało mnie na tyle interesować, że zwróciłem uwagę na miejsce w którym mieszkam, na kraj do którego przyjechałem. Tak samo można być poetą warszawskim lub mazowieckim, podhalańskim, czy krakowskim, jednocześnie nie będąc poetą polskim. Nie tylko język określa do jakiej kultury dany poeta się zalicza, ale także temat poruszany w twórczości danego poety. Poeta polonijny pisze o swoich życiu w małym środowisku polonijnym, w którym żyje. Emigracyjny zatacza większe kręgi pisze o emigracji, jest wnikliwszy. Poeta polski poza granicami Polski pisze o swoich korzeniach, ale także o nowym świecie, w którym się znalazł, patrzy na świat z wielu różnych poziomów swoich doświadczeń.
I teraz, aby udowodnić to, o czym mówię, musiałbym podać kilka przykładów twórców polonijnych, emigracyjnych i polskich. Zapewniam cię, że jest ich wielu.
M.K.
No to pozostańmy tylko przy twojej twórczości. W swoim najnowszym tomiku, „Chicago miasto wiary”, piszesz przede wszystkim o emigrantach, a ostatnie pięć, wierszy mają tytuły: „Emigracyjny poeta myśli o swojej poezji”, „Emigracyjny poeta pisze językiem codzienności”, „Emigracyjny poeta zastanawia się”, lub „Emigracja rzuca urok na poetę emigracyjnego”. Słowo emigracja pojawia się nie tylko w tytułach wierszy, ale także w samych wierszach. A ty twierdzisz, że jesteś poetą polskim, nie emigracyjnym. Jak to wytłumaczysz?
A.L.
Tytuły wierszy, które wymieniłaś dotyczą emigracji, pierwszej jej fazy człowieka, który przebywa w obcym lub nieznanym sobie środowisku. Tak ten tomik skomponowałem tematycznie i ułożyłem z punktu widzenia mojego świata, emigranta nie koniecznie z Polski. Musisz też pamiętać, że autor wierszy nie zawsze jest ich bohaterem, bo jest coś jeszcze takiego co nazywa się podmiot liryczny.
A poetą emigracyjnym byłem na samym początku swojego pobytu w Ameryce przez pierwsze siedem lat. Wtedy to wysyłałem swoje wiersze m.in. paryskiej „Kultury” jako polski emigrant z San Francisco.

M.K.
Chicago jest tematem twojej twórczości od dawna. Dwa najnowsze tomiki „Chicago miasto nadziei” i „Chicago miasto wiary”, są poświęcone temu miastu. Teraz czekamy na trzeci, „Chicago miasto miłości”. Powiedz jak to się stało, że obrałeś Chicago jak miasto swojej twórczości.
A.L.
Trudno jest mi powiedzieć, że wybrałem sobie Chicago na miasto mojej twórczości, tak to prostu się stało, los tak chciał. Miasto, które sobie wybrałem na moją amerykańską przygodę, to San Francisco, Kalifornia. W nim mieszkałem, w nim poznawałem Amerykę i Amerykanów. W nim się uczyłem życia, studiowałem, ono było moją pierwszą i wymarzoną Ameryką. Przez pierwsze dziesięć lat mieszkałem w najpiękniejszym mieście Ameryce, i to dla mnie było najważniejsze, że potrafiłem się w nim odnaleźć, nie byłem głodny, przeważnie pracowałem, nie spałem na ulicy. O czym więcej może marzyć emigrant, rozpoczynający życie od łyżki, noża, poduszki, koca. ?
W pewnym momencie, gdy poznałem Czesława Miłosza, w jednej z naszych rozmów powiedział mi, że amerykańskim poetą nigdy nie będę. Pisanie po angielsku jak i wielu innych emigrantów nie ma sensu. Nie można pisać po angielsku o polskich rozterkach, nie można po angielsku „przetwarzać” całego dorobku kulturalno-historycznego wyniesionego z ojczyzny i wyssanego z mlekiem matki. Zrozumiałem, co do mnie mówił, zatęskniłem za Polakami i polskością. Polskość, kultura polska to nie opanowanie języka, ale cały szereg drobnych, na pierwszy rzut oka niewidocznych czynników, które w żaden sposób nie dadzą się powiedzieć w innym języku niż polski.
W San Francisco było nie wielu Polaków, uciekałem od polskości i rodaków świadomie, chciałem zostać jak najszybciej Amerykaninem. Chciałem pisać wiersze po angielsku, nawet próbowałem wymazać Polskę ze swej pamięci. Pan Miłosz uświadomił mi, że zawsze będę Polakiem, i żebym nie szukał wiatru w polu, tylko jak najszybciej powrócił do polskości. Bo dojdzie do takiej sytuacji, że o jednym języku „zapomnę” a drugiego nigdy się nie nauczę. Stanę okrakiem nad oceanem i co wtedy?
Los tak chciał, że wybrałem Chicago, stolicę polskich pierogów i kiełbasy, jestem już tutaj prawie 20 lat. Poznałem wielu wspaniałych ludzi, Polaków, wcale nie żałuje, to cudowne miasto, piękne i przebogate. Polacy tutaj ekonomicznie świetnie sobie radzą, są właścicielami wielu biznesów i domów, płacą podatki, ale niestety nie potrafią wykorzystać na tyle Ameryki, aby ona zaczęła pracować dla nich, na naszą polskość. Miasto czeka na emigrantów, można by powiedzieć z otwartymi ramionami. Jeśli człowiek tutaj sobie nie daje rady to gdzie? Chicago to gwarancja pracy, od co najmniej 150 lat. Dlatego tutaj tak dużo jest nas Polaków, Litwinów, Meksykan, Rosjan, Ukraińców, Brazylijczyków, itd.
M.K.
Jednak w twoich wierszach nie ma tak wielkiego zachwytu ani nad Chicago, ani Ameryką. Dlaczego? Jest natomiast dramat rozdartej duszy, bezwzględność kapitalizmu nad ludzkim uczuciem. Kapitalizm, który nie zna litości ani sentymentu, który jest brutalny, pozbawiony ludzkiego ciepła, dla którego nie ma ojca, matki, męża, dzieci, jeśli trzeba do tego dopłacić z własnej kieszeni. Bez najmniejszej litości, wyrozumienia czy sympatii do emigrantów piszesz w bardzo okrutny sposób o ich poniżeniu, wykorzystaniu, poniewierce itd. W wierszu o obrączce ślubnej piszesz wprost:
„Umyj sobie ręce – powiedział,
Gdy je wycierała, ściągnął jej z palców pierścionki
I ślubną obrączkę mówiąc sprzedam ją za marne grosze”.
A.L.
Ameryka jest piękna, ale nie dla każdego. Piękno Ameryki polega na tym, że każdy sam za siebie musi odpowiadać, być na tyle mocnym, aby nikogo o nic nie prosić. Piękno Ameryki to indywidualizm i zdolność do szybkiego się uczenia na błędach własnych i cudzych. Zdolność wyciągania wniosków na gorąco i analiza ich na chłodno. Ty to nazwałaś brutalnością i brakiem litości. Jeśli ktoś myśli, że mu się coś należy, dlatego, że jest stary, chory, albo ma córkę lub syna, którzy dadzą jeść, to może bardzo się pomylić. Ameryka na mentalność protestantów, która różni się od mentalności katolickiej, oraz ludzi odpowiedzialnych za swoje życie i czynny. Jeśli się przewrócisz, kto poświeci swój czas, aby ci pomóc? Bezpłatnie. Emigracja nie jest dla każdego, tak samo jak domy z basenami i wielkimi ogrodami nie są dla wszystkich. To jest ta brutalność, o której mówisz, brak sentymentu.
W Europie pałace nie były dla wszystkich i nie każdy nosił pierścień hrabiowski na palcu. Dla wielu byłoby lepiej, gdyby nigdy ze swoich ojczyzn nie wyjeżdżali. Ameryka, to nie tylko wielka fabryką, do której, przyjeżdża się po pracę. To nie tylko wielka sypialnia, w której śni się „American Dream”, ale także wielkie rozczarowania, tragedie ludzkie, o tym jest też moja poezja. Jak wszystko w życiu bywa, każda rzecz ma swoją cenę, emigracja też. Rozłąka z rodziną, płaczące, pozostawione dzieci, pogrzeby rodziców, na których nie ma dzieci, bo są za wielka wodą, itd. Piszę o tym, nie jest to mi obce, sam na własnej skórze mam liczne „ślady zębów Ameryki”. Zresztą w psychice też. Zawsze są dwie strony medalu. Ameryka zawsze żąda rachunku za wyświadczoną przysługę, nic za darmo i trzeba płacić. Płakać i płacić.
M.K.
Wiem, dla ciebie Ameryka to nie tylko rozterki emigranta, ale i przyjemności, to dzięki Ameryce zostałeś w lutym tego roku tego roku (2008) honorowym obywatelem miasteczka Pieszyce na Dolnym Śląsku. Ty, na Amerykę nie powinieneś się uskarżać. Ameryka spełnia twoje marzenia, nawet chyba te najskrytsze.
A.L.
Dobrze mówisz, tak, to dzięki Ameryce wiele rzeczy mogłem lepiej zrozumieć, nauczyć się, narodzić na nowo – tak to można powiedzieć. Wszystko, co osiągnąłem lub nie, to zasługa tylko moja, nikogo więcej. Moje są klęski, moje są zwycięstwa, niczyje więcej. Panu Bogu mogę podziękować za sukces. Do siebie mogę mieć tylko pretensje, do nikogo więcej. Byłbym śmiesznym, gdybym swoimi porażkami obciążał komunizm, Pana Boga, Polakow, Żydów, czy czarnego kota, który rano przebiegł mi drogę. Muszę mieć pełną świadomość tego, że Ameryka tylko czeka na sposobność, aby podłożyć mi nogę, kopnąć, wyrwać z kieszeni lub konta ciężko zarobione dolary.
W Ameryce żyje się z tych, co są słabi, wahają się, nie mogą się zdecydować, popełniają błędy, nie zdążyli zabezpieczyć się lub ubezpieczyć się, nie inwestują w siebie samych, itd. Ludzkie słabości, strach to największy skarb Ameryki, inni na tym budują fortuny. Reguła jest bardzo prosta; ja tracę, ktoś na mnie zarobił. Co w tym złego? Nic. Lepiej, byłoby żebym ja zarobił a ktoś inny stracił. Życie jest piękne. Ameryka więcej bierze niż daje, ale też wynagradza, upartych i wytrwałych. Lubi ludzi z wyobraźnią, niebojących się ryzyka, podaje rękę tym, co w jednych portkach, o pustym żołądku marzą o posiadaniu złotej gwiazdki z nieba.
Zostałem honorowym obywatelem Gminy Pieszyce, a nie miasteczka Pieszyce, (pozwól, że cię poprawię), nie dlatego, że mieszkam w Ameryce. Bardzo wiele zawdzięczam Ameryce i podziwiam jej talent nauczycielski, nawet największych „baranów” szybko potrafi nauczyć liczyć. Umiesz liczyć, no to licz tylko na siebie, nikogo innego. Czy ją kocham? Chyba tylko bardzo lubię i szanuję. Ameryce należy się szacunek od każdego emigranta, który swoją tutaj ciężką pracą utrzymuje nie tylko rodzinę tutaj, ale w swojej pierwszej ojczyźnie. Kocham swoją mała ojczyznę Góry Sowie na Dolnym Śląsku. Od siebie mogę dodać, że pierwszym obywatelem Gminy Pieszyce jest ksiądz kardynał Henryk Gulbinowicz, który 25 maja 1985 roku decyzją papieża Jana Pawła II wyniesiony został do godności kardynalskiej, jestem trzecim. Drugim „honorowym” jest żołnierz kampanii wrześniowej pan Kazimierz Janeczko, który kilka tygodni temu zmarł w Pieszycach w wieku 94 lat.
M.K.
Więc warto było wyjechać z Pieszyc, zostać poetą emigracyjnym, polonijnym, a teraz polskim. Honorowym Obywatelem Gminy Pieszyce, Laureatem Polskiego komitetu do spraw UNESCO.
A.L.
Zawsze lubiłem i wierzyłem w Amerykę a mój sen o niej zaczął się realizować dopiero po 10-15 latach od opuszczenia ojczyzny. Czekałem długo, aby powiedzieć lubię Amerykę. Nic za darmo. Swoje musiałem odpokutować, wiele murów własną głową przebiłem, inaczej się nie dało żyć. Teraz jest już z górki.
M.K.
Życzę wiele więcej sukcesów i wszystkiego najlepszego.
A.L.
Dużo zdrowia i pomyślności dla wszystkich Polaków, gdziekolwiek by oni nie byli.


Małgorzata Kiesz. Dyrektorka, dziennikarka audycji radiowej pt. „Sami Swoi”, nadawanej codziennie od poniedziałku do piątku z polskiej stacji radiowej 1490 WPNA AM. w Oak Park, USA. Wywiad został przeprowadzony jesienią 2008r. Jest to jego wersja uzupełniona o wiele szczegółów, które ze względów czasowych nie znalazły się w wersji oryginalnej.

Adam Lizakowski
Trzy wiersze
Poeta odwrócony plecami do świata
dla jar
Dzisiaj nikt nie czyni poecie wyrzutów
że nie śpiewa swojej poezji
jego słowu nie towarzyszy
brząkanie na cytarze lub gitarze

dzisiaj poeta czyta swe wiersze
czasem recytuje
wynalazek papieru i książki
uczynił z poezji bełkot
większość poetów nawet nie
potrafi dobrze przeczytać
swój wiersz
pracę – pisanie wierszy -
poeta wykonuje przeważnie w pozycji siedzącej
przy stole i z zamkniętymi ustami
w zamkniętym pokoju
plecami odwróconymi do świata
pisze wiersze -czasem nazwie je
rozmowę z bogiem
czasem pieśnią
czynność pisania wierszy
trudno jest nazwać śpiewem
a poetę pieśniarzem


dzisiaj nie wiemy który ze
współczesnych poetów nawiązał
dialog z bogiem
lub został z iskry natchniony
dostąpił momentu olśnienia
wizji tak nagłej i ulotnej jak światło błyskawicy
żaden z nich nie gra na harfie
lub lutni
nie śpiewa swych wierszy
kiedyś
dla poezji i muzyki był jeden bóg: Apollo
dawniej poeci i muzycy byli
w jednej osobie

dzisiaj
nikt nie pisze apollińskiej poezji
raczej dionizyjską.







Kiełbasa i pierogi


Pewnym krokiem wszedł do kawiarni
na umówione spotkanie ze znajomymi

/nic o jego ojczyźnie nie wiedzieli
nawet gdzie ona jest? Gdzieś blisko Rosji
chyba?/

Pochodził z kraju o tysiącletniej
pięknej historii, gdzie mieszka tradycja
całowania kobiet w rękę na dzień dobry
i na do widzenia, dumny z siebie i kraju
patrzył na nich z politowaniem i wyższością.

Był młody, subtelny, dobrze ułożony
rano kształcił się /chciał zostać profesorem
literatury swojego kraju/

popołudniami przesiadywał w kawiarniach
/tam, gdzie mieszkają ludzki gwar i muzyka/

wieczorem ciężko pracował w brygadzie
sprzątającej wielkie sklepy

/tam wysiłek mięśni i pot zamieniał na
wino i papierosy, chleb i kawę/.

Amerykańskim znajomym opowiadał
z dumą o swojej ojczyźnie
wspominał sukcesy
najpiękniejsze momenty jej historii.

Z jego ust padały niezliczone pochlebstwa
opowiadał o niesprawiedliwości, jaka ją spotkała
dowodził jej prawości.
Jego słowa płynęły bezszelestnie przez pola i łąki
szybowały ponad górami i miastami
dźwięk ich mieszał się z tupotem nóg
galopem końskich kopyt, warkotem czołgów
unosiły się ponad stolikami kawiarnianymi
nasiąkały dymem papierosowym i wonią kawy.

Dla nich nie miało sensu to, o czym mówił
jakieś tam niepotrzebne żale
fatum ciężące nad jego ojczyzną
wygrane bitwy, przegrane wojny.

Widzieli jak bladł i jaki sprawiają mu ból
mówiąc:

- Nic o twoim kraju nie wiemy poza tym
że słyniecie w świecie z kiełbasy i pierogów.


Ślubna obrączka

Wzięli ślub w swojej ojczyźnie
on miał brata w Ameryce,
zaprosił ich od siebie, przyjechali do Chicago
po kilku miesiąca picia i szukania pracy,
niepłacenia za mieszkanie,
/mieszkali na dziko u znajomych brata/,
właściciel mieszkania wyrzucił ich do garażu,
zbliżała się zima, żona właściciela
powiedziała: pomogę wam jeśli chcesz zostać dziwką
dobrze zarobisz, spłacicie dług,
znam takich co na ciebie lecą i dobrze zapłacą,
dziwka to dobry zawód w Ameryce.
Tak jest proszę pani – powiedziała – tak jest -.
któregoś dnia jej mąż nie wytrzymał nerwowo
rzucił się z pięściami, pobili go do nieprzytomności,
przyszedł właściciel garażu, zaprowadził ją
do łazienki: umyj sobie ręce powiedział,
gdy je wycierała ściągnął z jej palców pierścionki
i ślubną obrączkę mówiąc: sprzedam ją za marne
grosze, tak marne jak twoje życie i twój mąż.





Wojciech Brzoska (1978) - poeta pochodzący z Sosnowca otrzymał Nagrodę Otoczaka.



Szanowni Państwo!
Załączam następującą informację do wykorzystania w Waszym Portalu, gdyż dotyczy autora dwóch wydanych przez Was książek:

18 stycznia br. Jerzy Suchanek, poeta, prozaik i krytyk literacki, po raz pierwszy przyznał ustanowioną przez siebie Nagrodę Otoczaka. Za rok 2006 w dziedzinie Poezja otrzymał ją Wojciech Brzoska, poeta pochodzący z Sosnowca. Uroczystość odbyła się w sali Instytutu Mikołowskiego, który wsparł finansowo wykonanie statuetki Otoczaka i umieścił wręczenie nagrody w programie imprezy, zorganizowanej z okazji wydania kolejnego, 21-22 numeru Pisma Katostroficznego "Arkadia" (na którego łamach opublikowany został pełny regulamin Nagrody Otoczaka) oraz dwóch tomów poetyckich Witolda Wirpszy "Faeton II" i "Utwory ostatnie". Nagrodę i Dyplom Jerzy Suchanek wręczył Laureatowi wspólnie z dyrektorem Instytutu Mikołowskiego Pawłem Targielem. Pomysł skojarzenia piaskowca ze szkłem przy projektowaniu statuetki Nagrody jest autorstwa znanej plastyczki Agnieszki Sitko, zaś wykonanie zawdzięcza ona troskliwości Jacka Bilińskiego.



Biogram Laureata


Wojciech Brzoska (1978) - poeta pochodzący z Sosnowca. Autor książek poetyckich: Blisko coraz dalej (IW "Świadectwo", Bydgoszcz 2000), Niebo nad Sosnowcem (Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2001), Wiersze podejrzane (Mamiko, Nowa Ruda 2003),
Sacro casco (Mamiko, Nowa Ruda 2006).

Współautor więziennej etiudy filmowej Scrafitto (2005).

Publikował w wielu czasopismach i antologiach. W duecie Brzoska & Mosquito zdarza mu się melodeklamować swoje utwory Jego wiersze tłumaczone były na angielski, niemiecki, czeski, słowacki i słoweński.

Laudacja

Uzasadnienie przyznania przeze mnie i moje Widzimisię Wojciechowi Brzosce Nagrody Otoczaka za Poezję w roku 2006 znajduje się w czterech książkach poetyckich Laureata. Uprzejmie odsyłam więc do lektury, którą proponuję rozpocząć od tomu "Blisko coraz dalej" z 2000 roku, a następnie sięgnąć po "Niebo nad Sosnowcem", które ukazało się rok później, "Wiersze podejrzane" z roku 2003 roku i wreszcie "Sacro casco", wydane ku mej radości w 2006. Kolejność ta nie jest obowiązkowa, każda inna będzie równie dobrze odsłaniać tej Poezji po pierwsze - odrębność intelektualną i samodzielność estetyczną, po drugie - wolność od niszczących wartości dogmatów oraz po trzecie - niepoprawność polityczną, jak to współcześnie eufemistycznie określa się niewygodną godność. Dodam jeszcze, niejako uzupełniając, że tom "Sacro casco" jest wyraźnie zaadresowaną w wierszu tytułowym polemiką światopoglądową poety Wojciecha Brzoski z poetą Wojciechem Wenclem. A przecież to dzięki takim istotnym polemikom literatura nie traci wigoru, a życie literackie - życia. Jerzy Suchanek

Przypis

Przyznawać własną, prywatną nagrodę? A dlaczegóż by nie? Wszystkie nagrody u swego źródła mają osobiste gusta i preferencje, tyle że ukryte za bezpieczną maską różnych jury, komisji, fundacji i instytutów. Gdy zacząłem z Węgierskiej Górki zwozić do domu otoczaki, które wcześniej Soła, rzeka mojego dzieciństwa, naniosła do moich wierszy, niespodziewanie znalazłem akuratny symbol i nazwę nagrody. I wspólnie z Widzimisię ułożyłem regulamin Nagrody Otoczaka, który jednak nie jest żadnym dokumentem w rozumieniu prawnym, lecz utworem literackim. Zainteresowani mogą się z nim zapoznać w numerze 21-22/2007 pisma katastroficznego "Arkadia".

Przypis Drugi

Za każdym razem Nagroda Otoczaka będzie wręczana w innym mieście, przy okazji ważnego wydarzenia literackiego, lub takowej imprezy. Wybór Mikołowa na miejsce wręczenia Nagrody po raz pierwszy był oczywisty, skoro regulamin Otoczaka publikuje pismo "Arkadia", wydawane przez Instytut Mikołowski. Termin i miejsce wręczenia nie mogły być więc inne, niż dzień i miejsce imprezy promującej wspomniany numer "Arkadii", czyli 18 stycznia 2008 roku, sala Instytutu Mikołowskiego. Szczególne podziękowania należą się tutaj Pawłowi Targielowi, dyrektorowi Instytutu, od którego uzyskałem konieczne zaopatrzenie organizacyjne i materialne, oraz Maciejowi Meleckiemu, który wsparł mnie duchowo. Osobne podziękowania kieruję do Agnieszki Sitko, plastyczki, za pomysł skojarzenia piaskowca ze szkłem, oraz do Jacka Bilińskiego za troskliwe wykonanie statuetki Nagrody. Rzece Sole dziękuję za otoczaka i za wodę, którą go obmywa.

Łaczę wyrazy szacunku.

Jerzy Suchanek






VI Ogólnopolski Konkurs Literacki "Złoty Środek Poezji"




Werdykt jury VI Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego "Złoty Środek Poezji"

na najlepszy poetycki debiut książkowy roku 2009
pod patronatem
Dwumiesięcznika Literackiego TOPOS

Jury VI Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego "Złoty Środek Poezji" na najlepszy poetycki debiut książkowy roku 2009 - organizowanego przez Środkowoeuropejskie Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne ŚRODEK w składzie: Karol Maliszewski przewodniczący, Artur Fryz, Wojciech Kudyba, Krzysztof Kuczkowski, Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki po przeczytaniu
38 debiutanckich książek poetyckich nadesłanych na konkurs i spełniających warunki regulaminowe ustaliło werdykt w następującym brzmieniu:

Jury postanowiło nagrodzić i wyróżnić następujące książki.

I miejsce:
Dawid Majer
"Księga grawitacji", Mamiko, Nowa Ruda 2009 - 5000 zł

II miejsce:
Anna Wieser "Delta", Wojewódzka Biblioteka Publiczna

i Centrum Animacji Kultury, Poznań 2009 - 3000 zł

III miejsce:
Jakobe Mansztajn "Wiedeński high life", Stowarzyszenie Artystyczno -Kulturalne Portret, Olsztyn 2009 - 2000 zł

2 równorzędne wyróżnienia po 1 000 zł każde:

Blanka Rolando "Biała książka", Święty Wojciech, Kraków 2009

Joanna Lech "Zapaść", Poleski Ośrodek Kultury, SPP, Łódź 2009

Oficjalne ogłoszenie wyników Konkursu nastąpi 26 czerwca 2010 r. w Kutnie

podczas VI Festiwalu "Złoty Środek Poezji "




Program VI Festiwalu "Złoty Środek Poezji" "język ucho i oko - korespondencje poezji"Kutno 2010


Łódź: 25 czerwca 2010 (piątek) - Łódzki Dom Kultury
17.00 - Poeci czytają wiersze: Wiesław Przybyła, Wojciech Kądziela, Dorota Filipczak, Karol Maliszewski, Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki

Kutno: 26 czerwca 2010 - Plac Wolności
10.00 - V Otwarty Konkurs Jednego Wiersza . Jury: Wojciech Kass, Marek Czuku i Iza Kawczyńska
13.00 - Korespondencje: Poezja i plastyka - wystąpienie prof. Andrzeja Mariana Bartczaka - Akademia Sztuk Pięknych w Łodzi
13.45 - Prezentacja instalacji inspirowanych poezją
16.00 - Poeci z Białorusi: Andrej Chadanowicz i Andrej Adamowicz - spotkanie prowadzi Bohdan Zadura, poeta, tłumacz,redaktor naczelny miesięcznika "Twórczość"
18.00 - Rozstrzygnięcie VI Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego "Złoty Środek Poezji"na najlepszy poetycki debiut książkowy roku 2009. Organizator: ŚSSK Środek- Willa Troczewskiego
18.30 - Ściana Poetów: odsłonięcie muralu do wiersza z najlepszej poetyckiej książki?debiutanta roku 2009. Organizator: ŚSSK Środek - Park Traugutta
19.00 - Jan Polkowski czyta wiersze z tomu pt. "Cantus"
20.30 - Rozstrzygnięcie V Otwartego Konkursu Jednego Wiersza.
21:15 - "Pomiędzy" - koncert zespołu kr39 z Lublina.?Muzyka eksperymentalna i śpiew tradycyjny.

Kutno: 27 czerwca 2010 (niedziela) - Plac Wolności
12.00 - Jak pisać o pisaniu. Poezja w pismach literackich - Debata z udziałem redaktorów pism literackich: Maciej Melecki -Arkadia, Dariusz Pado - Nowa Okolica Poetów, Karol Maliszewski - Odra, Paweł Szydeł - Pobocza, Krzysztof Kuczkowski - Topos, Bohdan Zadura - Twórczość, Krzysztof Bieńkowski - Znaj
16.00 - Korespondencje: Poezja i muzyka - wystąpienie prof. Wojciecha Kudyby z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego
17.00 - Rozstrzygnięcie Plebiscytu Poetycka Kostka Wolnego Wyboru
18.00 - Wojciech Kass czyta wiersze z nowego tomu pt. "41"
20.00 - "Nitki" - Tatiana Bielanohaja - recital pieśniarki z Białorusi
21.00 - "Światło w oczy" Piotr Dąbrówka - koncert poezji śpiewanej


Informacje przysłała
Aleksandra Rzadkiewicz
Prezes ŚSSK Środek







Światło nad ciemnym mrowiskiem


Z Ryszardem Częstochowskim, we wrześniu , w którym skończy 51 lat, nie tylko o smutkach życia i wizji literatury, rozmawia Alicja Dużyk.

„...Co by tu napisać, skoro trzy myśli na całą epokę są istotne; no dobra napiszę o czymś przeciętnym o swoim zwyczajnym życiu” [„Pisanie wiersza”, R.Cz., „Liryki mordercze ”tom wydany przez białostockie KARTKI]. Tak mówisz, ale czy naprawdę uważasz swoje życie za przeciętne?

- To trick poetycki. Rozumiem, że dasz mi ten wywiad do autoryzacji?

- Oczywiście.

- Trzeba będzie skreślać?.

- Dlaczego, czy obawiasz się, że w aurze bydgoskiego klubu spod znaku diabła Węgliszka powiesz zbyt wiele... Jak ta – całkiem ciekawa, spekulując na podstawie biografii – egzystencja ma się do doświadczeń podmiotu lirycznego?

- W toruńskim „Undergruncie” ukazała się kiedyś ankieta nt. autobiografizmu w literaturze. Jednym ze współczesnych polskich pisarzy, poproszonym o jej wypełnienie – byłem ja. Widocznie krytyka umieściła mnie w takiej szufladzie. Przypięto łatkę. Tymczasem muszę sprostować rzecz banalną: fakt, że czasami, wypowiadam się w 1 os. l. poj., wcale nie znaczy, że piszę o sobie; raczej o przeciętnym Iksińskim. A to pułapka interpretacyjna, w jaką niektórzy wpadają. Jakbym miał odpowiedzieć? Występuję jako zwykły człowiek, może trochę mniej przeciętny. A w poezji jest trochę mistyfikacji, trochę prawdy. Tym żywi się literatura - na prawdzie i zmyśleniu. Tak jest u wielu pisarzy. Począwszy od współczesności, od Tadeusza Borowskiego, który w pierwszej osobie, w opowiadaniach obozowych przedstawiał siebie jako cynika, kapo, łajdaka. Różewicz lub Konwicki pisze o sobie - a tak naprawdę dotyka uniwersum, które tyczy się całej ludzkości.
- „Położyłem się na podłodze słuchałem głosu; ptaków tuż nade mną” [Park latającego żurawia]. Rola uczestnika jest bardziej przekonująca niż obserwatora...
- To cała siła utworu. Gdybyśmy pisywali z dalekim dystansem, bez emocji, dla czytelnika byłoby to mało ciekawe. Paradoks: poeta powinien być z jednej strony szczery, z drugiej - na Boga - nie może zajmować się tylko sobą. Powiem patetycznie – musi myśleć o całej ludzkości. Utwory o sobie można zamknąć w szufladzie. Podam przykład. W latach 90. wyjechałem do Szkocji. Przeżyłem masę przygód (również wewnętrznych); poznałem wspaniały kraj, który stał się zapalnikiem, inspiracją. Jak w tyglu – ludzie, których poznałem; miejsca, które zobaczyłem zbiegły się w jedno, co znalazło odzwierciedlenie w wierszach. Nie jest jednak ważne, że np. o 17.00 znalazłem się w Edynburgu, gdyż to nie jest reportaż z życia, a dziennik wewnętrzny. Przeżycia poety muszą być szczere. To, co się naprawdę stało nie musi być prawdziwe, gdyż trąciłoby papierem – powtarzam czytelnik woli prawdę wewnętrzną!

- Jakie cele sobie stawiasz?

- Cele się zmieniają. Przed wielu laty pewnie były inne, niż dziś, gdy żyję ponad pół wieku. Teraz zaczynam odcinać kupony. To widać choćby po jednej z ostatnich książek [Wszystko już będzie, Bydgoszcz 2006], gdzie pozwoliłem sobie poświęć połowę utworom już uznanym. W części drugiej znalazły się nowe teksty, napisane po 2000 roku.

- 8 lat po prorokowanym końcu świata – czego pragniesz?

- To prosty cel: chciałbym być szczęśliwym człowiekiem i żeby moje dzieci też się w tutejszym bycie odnalazły , a także chciałbym nadal pomagać innym. Literatura nie jest koniecznością w moim życiu. Dotąd wydałem 9 tomików poetyckich i jedną książkę z dramatami. Nie zarzuciłem więc tego świata swoją twórczością, nie chcę się aż tak narzucać. Niektórzy mają tzw. nadprodukcję. Sam uważam, że warto pisać rzadko, gdy ma się autentyczną potrzebę.

- Czy inspiracja twórcza może wychodzić z punktu potrzeby zdemaskowania oswojonego zła?

- Przed laty przyklejono mi łatkę pesymisty... Owszem, na pewno nie jestem poetą „ku pokrzepieniu serc”. Moja literatura żywi się cierpieniem i nieszczęściem. Pokazuję człowieka w sytuacjach dramatycznych, na granicy życia i śmierci. Pytanie Hamleta „Być, albo nie być?” przewleka się przez moje pisanie. Myślę sobie - skoro już uprawiamy literaturę, to należy dotykać rzeczy najważniejszych w życiu człowieka, aby nie tracić czasu na błahe. Wiele jest w tej poezji melancholii, mroku, nostalgii czy smutku. To pewnie wynika stąd, że jestem gorzkim obserwatorem tego świata. W dwóch pierwszych tomikach znalazł się np. ponury opis świata w PRL-u. Później starałem się nabrać dystansu.

- Jechała w dniu swoich imienin 160 / kilometrów na godzinę zbyt szybko po winie / z drugiej strony ciężarówka nietrzeźwa / jej ciało wyfrunęło przez tylną szybę / na lipcowe pole przez chwilę była jak ptak....” [Ona, w: Liryki mordercze]. Piękny opis śmierci...

- Ta dziewczyna faktycznie zginęła w dniu swoich imienin. Wiem, że szukała wolności w życiu, ale niestety w narkotykach, mężczyznach... Istnieje tzw. wolność źle rozumiana: „im więcej skorzystam z tego świata się, nasmakuję się, tym bardziej będę nieograniczony”. Życie pokazuje, że jest odwrotnie – wszystkie rozkosze hedonistyczne kończą się później rozczarowaniem. Ona zginęła nietrzeźwa w pędzącym samochodzie.
W latach 70. prawie każdy z nas eksperymentował z narkotykami. Rozmawiałem niedawno ze znanym filozofem Markiem Jakubowskim. Kiedyś też spróbował i stwierdził, że narkotyki to manowce. Niemniej wiedza zdobyta samodzielnie jest dziś atutem. W tamtych czasach rozwijał się niezmiernie wartościowy ruch hipisowski. Dużo wniósł, nie tylko w dziedzinie dobrej muzyki, teatru alternatywnego i literatury. Idee wolności i pokoju trafiały do młodych ludzi!

- Współprowadzisz bydgoską Poradnię Monaru , powiedz ilu w prawie 400 tys. mieście ludzi budzi się na głodzie?

- Musimy rozgraniczyć osoby biorące narkotyki od narkomanów. Palących marihuanę jest ok. 5 tys. Twierdzą, że od niej nie można się uzależnić; choć od lat palą i nie mogą z tym skończyć. Heroina jest już niemodna. Prawie nikt nie wstrzykuje jej sobie w żyły, co kojarzy się z chorobą. Pozostało może 10 osób. Dzisiaj problemem dyskotek są ekstaza, czy amfetamina. Heroina – to wina mediów. Z reguły, jak ktoś robi reportaż o narkotykach, to jedzie na Dworzec Centralny i pokazuje heroinowych niedobitków. A spokojny mieszczuch myśli sobie: „Ach, tych strasznych narkomanów już nie ma”. Rozkwitła jednak inna forma. Nie rzuca się w oczy. Dotyka dzieci często od 13. roku życia. Jestem ciekawy, co będzie za 10 lat, gdy społeczeństwo obudzi się i uświadomi sobie, jakie szkody wyrządzają ekstaza i amfetamina. W szkołach, w których bywam, ponad 50% uczniów anonimowo przyznaje się, że od czasu do czasu bierze te narkotyki. Nie wchodźmy jednak w moją robotę.

- Ilu udaje się pomóc?

- Jeśli ktoś skończy cały cykl terapii, tj. 12 miesięcy – szanse wynoszą 60%. W ciągu roku znaczny procent rezygnuje z leczenia.

- Gdy to mówisz, przychodzi mi na myśl relacja Hanny Krall „Zdążyć przez Panem Bogiem”. Stojącego przy obozowej bramie lekarza mija 400 tys. innych ludzi prowadzonych na śmierć. Później, gdy kogoś uratuje, uprzytamnia sobie jaka to proporcja 1: 400 000. Czy bezsilność rzuca cień na Twój literacki świat?

- Moje pisanie jest odległe, od tego co doświadczam w pracy. Choć takie, a nie inne życie uzmysławia mi, że świat nie jest rajem. Moja twórczość narodziła się raczej z czytania. Jeszcze w liceum karmiono nas lekturami, które były w kompletnym zderzeniu z rzeczywistością. Jako młody człowiek trochę buntowałem się przeciwko zakłamywaniu, ale byłem przecież normalnym chłopakiem, który interesował się sportem, grał w piłkę nożną, chodził na mecze... Kiedyś starsi koledzy podsunęli mi dzieła Witkacego, Schulza,Vonneguta, Dostojewskiego, Kafki, Camusa, Hłaski , Wojaczka, Stachury i innych przeklętych. To była iluminacja. Połknąłem bakcyla. Odkryłem, że można pisać prawdziwie. W te książki wpadłem jak w narkotyk. Objawieniem były sztuki Witkacego, wiersze Wojaczka, choć ludzie ci tragicznie skończyli swoje życie. W wieku 17 lat, nagle zderzyłem się z filozofią egzystencjalistów. Byłem za wcześnie dojrzały, ale nie dałem się oszukać. Zdemaskowałem ściemę lektur PRL-u.
W latach 1978-79 wszedłem w elitarne środowisko. Zetknąłem się m.in. z Jankiem Kają , Krzysztofem i Jackiem Solińskim. Nawet nie zauważyłem kiedy, zacząłem pisać. Powstała malutka książka z prozą eksperymentalną , ale nadszedł stan wojenny i nie doszło do druku. Zawiesiłem pisanie na kołku. Wtedy czytało się solidarnościową bibułę i literaturę w klimacie Orwella. Po pięciu latach, gdy ta cała potworna rzeczywistość zaczęła się zmieniać, wróciłem do pisania.

- Zadebiutowałeś...

- Debiut był zabawny. Kiedyś przyszedł do mnie, do Monaru poeta Piotr Cielesz, robić reportaż o mojej pracy zawodowej. W luźnej rozmowie – a wiedziałem już, że on pisze – powiedziałem, iż również mam coś w szufladzie. Prosił , żeby pokazać. On mnie w sumie odkrył, choć wcześniej w 1979 zwrócił na mnie uwagę ŚP . Krzysztof Soliński . Prawie od razu miałem debiut w tygodniu społecznym „Fakty”. Był rok 1986.
- Wiele lat później, w wierszu „Kontrapunkt Huxleya” zauważasz: „wiedział że cywilizacja to nowy/ wspaniały rodzaj cierpienia i / już ośmieszał [...] taniec ogłupiałych konsumentów. / Wbić igłę w żyłę – orgazm halucynacji”. Nie jest dziś lepiej?
- Śmierć jest formą wolności, uwalnia nas od cierpienia. Huxley był rozczarowany cywilizacją, stąd „Nowy wspaniały świat”. Zresztą po II wojnie trudno było pozostać optymistą. Jeśli ktoś pozostaje naiwnym optymistą, w rzeczywistości, która niesie tak straszne rodzaje śmierci i tragedii, to jest chyba – za przeproszeniem - trochę ograniczony. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Nie udawać, że jest tak cudownie, kwiatki rosną, a wszyscy się kochają. Cywilizacja wymaga naprawiania! Jeśli nie postawimy diagnozy – a taka diagnoza musi być bolesna – to ten świat nigdy nie będzie nowy, wspaniały. Jeżeli będziemy udawać, że jest pięknie (a jest niepięknie), to zaczniemy kłamać i staniemy się kompletnymi eskapistami. Przecież wielka kariera Różewicza zaczęła się od pesymizmu. Ocalony wyznał: „Mam dwadzieścia cztery lata / ocalałem / prowadzony na rzeź / To są nazwy puste i jednoznaczne / człowiek i zwierzę / miłość i nienawiść / wróg i przyjaciel / ciemność i światło”.
- Ciemność i światło. Wiem, że lubisz swój wiersz pt. „Benoist”, gdzie podmiot liryczny wyznaje: „A ja tkwiłem w / miejscu załamania światła / zatrwożony umieraniem ciał”. Przestrzeń drapieżnego mroku i Samotny bliski światłu – to chyba znamienne?
- W kreowanej przeze mnie rzeczywistość jest mrok, melancholia, ciemność. Siła poezji polega na tym, że w to ponure zacienione życie - wchodzi światło. Trafnie zauważył Wojciech Kaliszewski, który w 2001 r., w „Przeglądzie Artystyczno - Literackim” wyłapał to, co w mojej twórczości najważniejsze (widać, że przeczytał). Ten mrok rozpościera się po to, aby rzucić w niego błysk światła! Gdybyśmy karmili się jedynie „Kwiatami zła” Baudelairea, to wciąż stalibyśmy w miejscu. A chodzi o przekraczanie... Diagnoza świata padła - jest niedoskonały. I co dalej? Idziemy się powiesić, bierzemy narkotyki? Uważam, że po to mamy to życie, aby spowodować zmianę na lepsze, a nie tylko kontemplować własną niemożność.
- Ludzi tak myślących spotkałeś pewnie w SPP. Dlaczego w 1996 r., z oddziału bydgosko-toruńskiego przeniosłeś się do warszawskiego, aby powrócić dokładnie po 10. latach?A w tym znowu odszedłeś do warszawskiego?
- Dziesięć lat wygnania – to chyba duży wyrok. A poważnie, zaprosił mnie do powrotu pan Kazimierz Hoffman, szef tutejszego oddziału i przyjąłem tę propozycję z zadowoleniem. Bez żadnego obrażania się na środowisko. Minęło już tyle lat od konfliktu, jaki powstał w „Kwartalniku Artystycznym”. Mocno się wtedy pokłóciliśmy i dlatego odszedłem z Bydgoszczy. Pozostaje pytanie: „Kto był awanturnikiem?”. Nikt tego nie rozsądzi. Sprawa była w sądzie koleżeński SPP, ale zapadła decyzja salomonowa - remis. Jednak po krótkim powrocie zauważyłem ,że znowu wszedłem w kłębowisko żmij i dałem sobie spokój . Wolę samotność.
- Skąd się bierze zło w środowisku ludzi, którzy pragną dobra?
- Wszyscy: szlachetne dusze, serce na dłoni, a tak się żrą. Bo istnieje jeszcze zazdrość i zawiść. I to jest piętno artysty. Jeden drugiemu pragnie pokazać, że jest większy. Czasami to jedynie odsuwa. William Wharton (cokolwiek by sądzić o jego twórczości) powiedział coś kapitalnego, iż zło świata bierze się stąd, że ludzie ze sobą rywalizują, a nie współpracują. Z drugiej strony – ktoś powie – bez walki nie byłoby postępu. Zdaniem Theillarda de Chardina postęp nie ma nic wspólnego z walką i ja się z tym zgadzam w pełni .
- A z kim Ty rywalizujesz?
- Ja z nikim. Najwyżej sam ze sobą..
- Czyli jesteś wolny od tego piętna?
- Nie, nie jest osobą bezgrzeszną. Więcej jednak, ze strony innych, spotkało mnie oszczerstw, czy szykan.
- Bez powodu?
- Myślę, że główną przyczyną była zazdrość; choćby dlatego, że tyle lat należałem do warszawskiego SPP. Uznali mnie za zdrajcę? To nieuzasadnione, że tak brudne sądy głoszone są na mój temat. Może wynika to z natury twórców? Widzą, że Częstochowski publikował w paryskiej „Kulturze”, „Tygodniku Powszechnym”, „Więzi”, „Kartkach”, „Literaturze” itp., więc pragną go poniżyć. „Drukuje, bo ma układy” – mówią M. czy L. Nie przypominam sobie, abym zaszkodził, skrzywdził, zrobił coś złego świadomie. Może czasem jestem zbyt szczery i impulsywny. Tak, na pewno jestem szczery do bólu.
Mam ponadto pecha do skandali. Np. w 2002 r. miała miejsce premiera mojej trochę obscenicznej sztuki „Zmierzch w mieście B.”. Później, w kawiarni artystycznej Węgliszek pragnęliśmy pokazać drugą sztukę –„Strzępy polskiej nocy”, którą przygotowywał ówczesny dyr. Teatru Polskiego, Adam Orzechowski. Wybuchła jednak awantura, związana z aktorami, którą rozdmuchać pomógł pewnie ktoś życzliwy. Nie doszło już do żadnego spektaklu.
- Ponoć skandal stał się dziś dobrą reklamą.
- Mam to gdzieś , ja chciałem tę sztukę obejrzeć, zwłaszcza w wybranym miejscu, gdzie idealnie pasowała sceneria.
- Odnoszę wrażenie, że w pragniesz przekazać w utworach wiele treści; posługując się językiem fizycznym – charakteryzują się one dużą gęstością. W krótkich formach mamy dawkę emocji, którą sami dozujemy. W dramatach - weźmy choćby pierwszy „Zmierzch w mieście B.” – wręcz nachodzą na siebie tematy: zdrady, tchórzostwa, żałosnego życia, pijaństwa, manipulacji, orgazmu, kataklizmów, zobojętnienia, powierzchownej wiary katolickiej, hedonizmu, idealizmu, tradycji, ciąży, dresiarzy, haraczu, wydrążonych kukieł bez wrażliwości, silnego barbarzyńcy, zabójstwa, samobójstwa, obrzydzenia bądź akceptacji siebie, samotności itp. Przedstaw Częstochowskiego – dramatopisarza.
- Rzeczywiście za dużo chciałem w tamtej sztuce pomieścić .Cała Polska w pigułce .Przesadziłem .Jednak już w kolejnych dramatach nie ma takiego nagromadzenia . Zresztą scenariusze nie są do czytania , a do realizowania , a tych realizacji miałem ledwie trzy . Nie widząc swoich rzeczy na scenie nie zrobię korekty i nie napiszę kolejnych sztuk . Teatry są nastawione na granie już wypróbowanych autorów . Jestem chwilowo zniechęcony dramatopisarstwem .
Dyrektorzy teatrów nie chcą ryzykować premier nie sprawdzonych dramaturgów i grają bez końca Szekspira , Wyspiańskiego czy Mrożka plus ewentualnie współcześni , ale zagraniczni .
Wydałem jedną książkę z dramatami, aby spróbować wejść do literatury od innej strony - teatru, filmu. Jednak ten rynek okazał się hermetyczny. Żartując, chyba nie będą grać moich sztuk tak, jak np. Głowackiego.
Wracając do mojego podłego charakteru – wiem, że jestem bardzo niedobry, bo lubię ironię. Często dotykam ludzi w kpiarski sposób, jestem szydercą, to ze mnie wyłazi. Jednak dobra ironia to sztuka; choćby Oskard Wilde był świetnym kpiarzem.
- W swoich utworach zawsze nawiązujesz do najwybitniejszych: Miłosza, Herberta, Bursy, Huxleya, Maupassanta, Koheleta, Ionesco. Czy to taki mechanizm autopromocji? Nie polemizujesz z twórcami w swoim mieście?
- Mówiłem już, moje pisanie wyszło z czytania m.in. wymienionych twórców, a nie lokalnych.
- Oprócz tych wielkich, których współczesnych twórców cenisz?
- W tym miejscu chciałbym się pochwalić kolegami z mojej młodości, z lat 70., z których wyrośli całkiem fajni artyści. Mimo, że ciągle przypina mi się łatkę egotyka, to cieszę się sukcesami moich dawnych znajomych, choć teraz mamy kontakt minimalny, albo żaden. Myślę m.in. o Yachu Paszkiewiczu, Marku Wojciekiewiczu, Grzegorzu Pleszyńskim, Zbychu Borówce, czy sławnym Andrzeju Stasiuku.
Jeśli chodzi o literacką Bydgoszcz, z młodych na pewno budzi nadzieje na przyszłość Jarek Jakubowski, ale jeśli nie wpadnie za bardzo w tutejsze układziki i nie będzie się chciał wszystkim przypodobać . Cenię też poezję nieznanej Anety Kuś. Nie wydała jeszcze książki, ale czytałem jej wiersze choćby w toruńskim „Undergruncie” - są niezłe (nie jestem jak pewien bydgoszczanin mizoginistą i doceniam poezję kobiet). Wśród starszych podziwiam pana Kazia Hoffmana. Może zabrzmi to posępnie, ale gdyby pan Kaziu nieszczęśliwie zmarł kilka lat temu, to nie zdążyłby dostać nagrody PEN Clubu, a jego twórczość nie nabrałaby rozgłosu. To byłaby ogromna strata; do tego momentu był bowiem nieznany poza środowiskiem. Ten mechanizm pokazuje żałosność czytelnictwa. Gdyby Wisława Szymborska nie dostała Nobla, to być może nadal nakłady jej książek oscylowałyby wokół 500 egz. „Bydgoską Szymborską" była zmarła już dawno temu pani Jadzia Tyrankiewicz.
- Odważną była konkluzja w wierszu „Bez osłony”: „Ładne piszesz wiersze, ale nie / zrobisz nic w literaturze, bo nie jesteś / pedałem”. Z wieloma osobami jesteś w konflikcie, zwłaszcza z najbliższego otoczenia.
- We własnym mieście skazany byłem na banicję. Publikuję głównie poza Bydgoszczą i bardziej znany jestem poza moim rodzinnym miastem.
- Chciałbyś być sławny?
- Wiesz, zdaję sobie sprawę z tego, że nie jestem ani sportowcem , ani piosenkarzem i sławnym na pewno nie będę. Zależy mi jednak na tym, aby ktoś czytał to, co pisze i aby to jeszcze zrozumiał. Obojętne czy to będzie 1000, czy 100 osób w skali kraju. Ani z tego nie widzę pieniędzy, ani wielkiej sławy. Wielka sława to żart. Nie mam złudzeń co do swojego pisania. Dokąd zmierzam? Znikąd do nikąd. Jestem też fanem Koheleta – marność marności i wszystko marność. Jestem pyłkiem, mrówką w ogromnym mrowisku. Mam pokorę i wiem, iż tak naprawdę niewiele znaczę.
- Pragniesz więcej, ale godzisz się z brakiem ziszczenia? Z tym przeświadczeniem, co dziś tworzysz?
- Nie mam aspiracji ani na Nobla, ani nawet na Nike. Chyba nawet w ogóle na tzw. popularność, która kojarzy mi się ze szmirą, kiczem. Dzisiaj wyznacznikiem popularności jest telewizja. Jak ciebie nie ma w tym okienku, to nie ma cię w ogóle. To fascynacje na bardzo niskim poziomie. Co dzisiaj znaczy słowo margines? – pytam. Moim zdaniem całe społeczeństwo zeszło na margines, a jedynie ludzie z marginesu jeszcze zachowują czasami twarz - signum temporis.
AUTORYZOWAŁ RYSZARD CZĘSTOCHOWSKI





Zaczarowana Dolina


       Wiele razy dostawałam pozdrowienia z miasta w dolinie. Chciałam się tam nawet wybrać, ale ciągle piętrzyły się przeszkody. Podróż z trzema przesiadkami, do nieznanego miejsca wydawała się wprawdzie ciekawa, ale nie koniecznie bezpieczna. Połączenie autobusowe, jakkolwiek bez przesiadek, to jednak w środku nocy i bez gwarancji na wolne miejsce. Wybrałam autobus, który nie tylko pojawił się w końcu na dworcu, ale nawet mnie zabrał i rano wysiadłam w Nowej Rudzie. Trochę zaniepokoił mnie fakt, że na żadnym ze stanowisk nie był odnotowany ani ten autobus ,ani powrotny do Krakowa. W obliczu szczęśliwego dotarcia do celu podróży , sprawą powrotu postanowiłam się na razie nie przejmować.
       Kierując się w stronę miasta, minęłam ruchliwą ulicę i skręciłam w ul. Królowej Jadwigi. Poczułam się jak w innym świecie- jeszcze słychać było samochody, ale już wybrukowana kocimi łbami uliczka prowadziła mnie w dół, do zaczarowanego miasteczka. Rozejrzałam się wokół, bo będąc tu po raz pierwszy, znałam to miejsce! Następna uliczka zakręcała, opadając jeszcze niżej. Przyklejone do niej małe domki, były na wpół uśpione. Aż przystanęłam i otworzyłam usta ze zdziwienia. Czary?- powiedziałam do siebie – zupełnie jak w książce „Krajobraz z atramentowym wieczorem” Michała Zantmana !Tym bardziej niezwykłe, że Michał nigdy w Nowej Rudzie nie był.
Szłam na spotkanie z wydawcą – Apolonią Maliszewską, do Mamiko. Pierwszą napotkaną osobą był zamiatający chodnik mężczyzna. ”Dozorca „ z „ Krajobrazu”- pomyślałam. Zaraz znalazłam się przed niezwykłą bramą z pięknym portalem” Zdrowie i choroba”. Właśnie tu miałam wejść.
       Potem spacer po miasteczku.
Ratusz, do którego trzeba się wspiąć po schodach. Okazały, solidny, malowniczy. Właśnie w Ratuszu pracuje książkowy Burmistrz, lecz nie może dotrzeć do pracy, bo ciągle staje mu coś na przeszkodzie.
Stacja kolejowa- urocza, drewniana, stylowa. Tylko pociąg o tej porze roku nie kursuje. Zamknięta na cztery spusty, świeci pustkami. Podobnie jak w „Krajobrazie..”- wiadomo, że jest , a poza Staruszką nikt z niej nie korzysta.
Zaraz za stacją piękny widok na miasteczko otulone ze wszystkich stron górami.( Rzec by można „Atramentowe” wzgórza, z których zimą można zjeżdżać na sankach ). Zanurzone w kosmosie, samowystarczalne. Mikroświat widziany z niewielkiej perspektywy.
       Wspinając się na górę św. Anny miałam wrażenie, że czas się cudownie zatrzymał... Na szczycie jeszcze jedna niespodzianka- rozłożysta lipa, wyciągająca swe potężne ramiona w geście powitania, jakby chciała się podzielić swoją siłą płynąca z wnętrza Ziemi. Gdy się patrzy na Lipę inne drzewa nie istnieją , mimo, że wokoło las. Może kiedyś ,w prawieku, była przedmiotem kultu?
       W dole leżało miasto. Nadciągający wieczór sprawiał, że mrok wdzierał się w szczeliny, nasączając ciemnością dachy niczym atramentem. Zapalały się lampy , w oddali migotały światełka.
       Następnego dnia oglądałam miasto z drugiej strony. Nad wszystkim górował budynek szkoły. ( Kolejny element znanej mi książki).Z lasu wyrastał wiadukt. Ponownie żałowałam, że pociąg nie kursuje. Nie dane mi będzie tędy jechać. Jeszcze uroczy zakątek z mostkiem, gdzie zakręca Włodzica... I ten niesamowity, rudo- czerwony kolor ziemi, zaskakujący przy każdym spojrzeniu.
       Wszystkie napotkane osoby, zdarzenia niczym wyjęte z ksiązki, zaskakujące sploty wydarzeń, utrzymywały mnie w przekonaniu, że czar trwa. Czułam się tak, jakby Zaczarowany Dorożkarz wiózł mnie po mieście Zaczarowaną Dorożką. Tak jak marzenia spełniają się niespodzianie, tak ja niespodzianie, znienacka zostałam urzeczona małym miasteczkiem, które zwą Nowa Ruda. Dopiero teraz wiem co znaczy „pozdrawiam z miasta w dolinie”

                                                       Katia Jabłońska
wspomina książkę Michała Zantmana
"Krajobraz z atramentowym wieczorem" wydaną w Nowej Rudzie w 2006 r. przez Wydawnictwo Mamiko.





Świat który odchodzi czyli list do wszystkich

Przypomniałem sobie jak przed iluś laty wyszedłem na spacer ulicą Gdańską i spotkałem ś.p Krzysztofa Nowickiego , który po wielu miesiącach leżenia w domu wreszcie dostał zgodę od lekarza na przechadzkę .Kto dzisiaj pamięta tego rasowego pisarza? Gdy Nowicki spostrzegł mnie u zbiegu ulic Pomorskiej ,Dworcowej i Gdańskiej ucieszył się bardzo i podzielił refleksją „Wie pan wyszedłem po długiej nieobecności na dwór i czułem się jak na obcej planecie żadnej znajomej twarzy i nadszedł pan na szczęście i od razu lepiej się poczułem, bo coraz mniej mam znajomych przez tą moją chorobę i brak życia towarzyskiego”. Tak trochę podobnie zaczynam się czuć dzisiaj sam .Coraz większa eliminacja znajomych i w końcu coraz większa samotność . Obecnie przygotowuje swój 10 jubileuszowy tomik poezji .W sumie 11 książka , bo były jeszcze wydane dramaty, ale jednak poetycka jubileuszowa.
Myślę , że dziesiąta i zarazem ostatnia , bo już naprawdę jest to rzecz absolutnie bezsensowna –taki trochę camusowski ” heroiczny absurd” w obecnej dobie .Chyba tylko dociągniecie do dziesiątki jest moją motywacją wydania tomu .Zwyczajowo zanim uzbiera się tom publikuje się pojedyncze teksty w różnych periodykach literackich i zdałem sobie sprawę ,że w zasadzie pism , w których regularnie publikowałem już prawie nie ma .Tak samo jak ludzi pióra , którym zawdzięczam , że pomogli mi zaistnieć w literaturze .Dosłownie apel poległych pisarzy i periodyków literackich , w których bywałem obecny! Prawdziwy kataklizm i zacząłem wyliczać. Wiktor Woroszylski , który mnie zarekomendował do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich w 1993 roku dawno nie żyje .Andrzej Szmidt świetny poeta i redaktor warszawskiej WIĘZI , umarł w 2006 roku , a prowadząca dział poezji sekretarz redakcji Wiezi nawet nie odpowiedziała mi na pytanie czy zechce przeczytać moje nowe wiersze. .Domyślam się że dział poezji to dla niej raczej kłopot i zaledwie 1% jej redakcyjnych zajęć .Zmarł Bronisław Mamoń ,który pisał o mnie i publikował moje wiersze w Tygodniku Powszechnym. Niedawno także zmarł Jan Błoński , którego opinie wydrukowałem w tomiku „Do początku” .Michał Łukaszewicz , który mnie odkrywał najpierw dla NOWYCH KSIĄŻEK , a potem LITERATURY nie żyje od roku 2006.Podobnie cała redakcja już nie istnieje .Tak samo jak nie ma POEZJI ,MIESIĘCZNIKA LITERACKIEGO ,warszawskiej KULTURY czy starej RES PUBLIKI ,gdzie jeszcze pod koniec


lat 80-tych udało mi się zamieszczać swoje utwory . Białostockie KARTKI , które przez kilka lat dobrze mnie promowały wydając moje wiersze , sztuki ,wywiad ze mną, recenzje o tomikach i cały tomik w końcu wydrukowały już nie istnieją. NOWY NURT z Poznania , gdzie też miałem swoje miejsce padły .Toruński PRZEGLĄD LITERACKO-ARTYSTYCZNY ,gdzie miałem zwolennika mojej twórczości redaktora naczelnego prof. Lecha Witkowskiego zniknęły , a profesor zajął się wyłącznie wykładaniem filozofii na UMK i UKW. Drugie młodo-literackie toruńskie pismo UNDERGRUNT ,w którym się pojawiałem też przestało się ukazywać. Paryska KULTURA , w której zaistniałem od śmierci Giedroycia przeszła do historii .Gdański TYTUŁ też mi przychylny nie istnieje .Kwartalnik Artystyczny , który współtworzyłem i do 1996 współredagowałem od czasu mojego odejścia milczy o mnie ,bo naczelny obdarza mnie wyjątkową niechęcią i wzajemnie , bo ja nie toleruje takich indywiduów rozsiewających oszczerstwa i plotki na mój temat w humanistycznym przecież świecie literatów cha…cha…?A jeszcze do tego poznikali czytelnicy i przychylni krytycy moich książek (Edyta Łukawska z Kartek gdzieś przepadła ,chyba na UW ,Aleksandra Świetlik pisząca dla Opcji wyszła za mąż i wycofała się z życia literackiego ,Honorata Grzymska wyemigrowała do Finlandii po rozwodzie ze mną etc ). Oprócz zmarłych moich literackich przyjaciół utraciłem też więzi z żyjącymi poprzez zaniedbanie podtrzymywania choćby mailowego czy listowego kontaktu lub nieporozumienia osobiste -tak mi ubyli Natasza Goerke ,Izabela Filipiak , Andrzej Stasiuk , Bohdan Zadura, który ogłosił szkic o moich tomikach Karola Maliszewskiego w lubelskim Akcencie ,Urszula Kozioł czy Mieczysław Orski , którzy też sporo dobrego dla mojej twórczości zrobili na łamach wrocławskiej ODRY .Pewnie powinienem też wymienić Roberta Mielhorskiego i jeszcze wielu propagatorów mojego pisania .Przepraszam tych których pominąłem , ale konstatacja jest taka , że gdyby nie redakcje w kilku miastach (Lublin ,Rzeszów ,Sopot czy ostatnio odnowiony kontakt ze Szczecinem) , to nie byłoby gdzie zamieszczać swoich tekstów .Na przestrzeni zaledwie kilkunastu lat mojej obecności na rynku literacki Polski widzę wyraźnie , że literatura została okrojona do minimum,to już jest skrawek pola ,gdzie miejsca jest na jedną nogę do stania .Te jeszcze trwające pisma uprawiają dosłownie donkiszoterie ustawiając w długie kolejki autorów czekających czasami ponad rok na publikacje .Gdy wysyłałem w latch 90-tych teksty z podobną sytuacją się nie zetknąłem .Góra 3 miesiące i był druk! A co dopiero mają powiedzieć młodzi autorzy ,którzy nie wyrobili sobie nazwiska ? Ktoś powie mają Internet , a mi jest szkoda …pism papierowych .Ten ŚWIAT JUŻ CORAZ MNIEJ DO MNIE NALEŻY.Tęsknie za światem , który odchodzi na moich oczach.

ryszard częstochowski
Bydgoszcz ,luty 2009







Autorzy MaMiKo na Targach Książki w Katowicach 20 -23 października 2011




Przy stoisku MaMiKo książki podpisywać będą :

20 października
10.00 – 13.00
Daria Dziedzic „Wyspa”
Marzena Orczyk Wiczkowska „Grypsy z Panoptikonu”
Jan Baron „Korekta”
13.30 -15.30
Anna Szołtysek – Grzesikiewicz „Żywoty krzeseł”
15.30 – 18.00
Kornel Maliszewski „Wintro”

21 października
10.00 -15.00
Grzegorz Woźny „Landszaft” , „Nit”
15.00 – 17..00
Ewa Parma „W strefie ognia”
17.00 – 18.00
Anna Szołtysek – Grzesikiewicz „Żywoty krzeseł”

22 października
10-14.00
Krystyna Łukasik „Trzecia prawda”
14.30 – 16.30
Marta Fox „Rozmowy z Miró”
16.30 – 18.00
Olgerd Dziechciarz „Pomazaniec”, „Mniej niż zło”

23 października
10 – 12.30
Sławomir Matusz „Pieśni odejścia i powrotu”
12.30 – 14.30
Olgerd Dziechciarz „Pomazaniec”, „Mniej niż zło”
14.30 -17.00
Kornel Maliszewski „Wintro”






Poliglota z duszą sowizdrzała

Maciej Froński opublikował tomik poetycki z prześmiewczymi wierszami



mikołów


Mikołów jest kolejnym miastem, o którym Maciej Froński może powiedzieć, że związał z nim swe życie. Urodził się w Gliwicach, mieszkał w Bielsku-Białej, kilka lat przebywał w Krakowie. Do Mikołowa przeniósł się na początku 2005 roku. Od początku aktywnie uczestniczy w organizowanych tu imprezach i spotkaniach kulturalnych, co, biorąc pod uwagę jego zawód i zainteresowania, nie powinno dziwić. Z wykształcenia prawnik, z zamiłowania literat, a poza tym znawca tematów z zakresu archeologii, poliglota i pasjonat turystyki sam nie potrafi do końca określić, co pochłania go bardziej.

– Prawo jest moją profesją, a pisanie sprawia mi przyjemność – stwierdza.

Zajmuje się nim od lat. Dotychczas można się było o tym przekonać, czytając jego tłumaczenia wierszy i pieśni folkowych. Przekłady ukazują się na łamach kilku pism – Froński swobodnie posługuje się angielskim, włoskim i rosyjskim, nie ma problemu z francuskim, hiszpańskim i niemieckim.

– Zawsze miałem łatwość do uczenia się języków – przyznaje.

Ostatnio zaistniał jako poeta. Kilka dni temu ukazał się jego debiutancki tomik wierszy, który opublikował własnym sumptem. Zatytułował go
"Rozpoznanie bojem". To zbiór krotochwilnych tekstów bądź to będących parodią znanych utworów, bądź po prostu oddających poczucie humoru autora zauważającego humor nawet tam, gdzie inni go dostrzec nie potrafią.

– Powiedziałbym, że to poezja sowizdrzalska – wyjaśnia sam Froński. – Nie umiem pisać poważnych wierszy. Zawsze byłem prześmiewcą, dlatego ta książeczka pokazuje mnie takim, jakim jestem.

Nie ukrywa, że wydał ją dla własnej satysfakcji, ale również po to, by przestać być anonimowym twórcą piszącym do szuflady. Liczy, że jego propozycja ukazywania świata znajdzie czytelników. Jego tomik można kupić u autora, w Instytucie Mikołowskim przy ul. Jana Pawła II 8, powinien być dostępny także w księgarniach.


                                                             bogdan prejs




Bogdan Prejs."Maciej Froński opublikował tomik poetycki z prześmiewczymi wierszami". Dziennik Zachodni, 15. 12. 2006






© 2001 - 2017 - Mamiko