Apolonia Maliszewska

ul. Piastów 5/1
57-400 Nowa Ruda
tel. (074) 872 53-64
biuro@mamiko.pl

Maciej Nowakowski przedstawia


- Podczas cięcia
- "Jose i spółka” według Samuela Huntingtona
- WZLOT I UPADEK BOBA GUCCIONE
- Być albo nie być dla BBC. /To BBC or not BBC/ - według artykułu Nicholasa Frasera dla Harper's.
- Wybitna pornografia "Misty Beethoven" do "Kill Bill".
- Mbeki, Mblair i Mbush.
- Upadki "Wesela" i wzloty "Untergangu".
- Andrzej Żuławski, twórca kontrowersyjny
- Halloween dla Tiger Lillies.
- Nuda, Europa, Mężczyzna i Kobieta czyli filmy Bruno Dumonta.









Podczas cięcia


     Nie wiem, jaki jest polityczny i intelektualny profil czasopisma „Angora” i czy taki profil w ogóle istnieje. Wiem, że przedrukowując materiał z innych gazet i czasopism, „Angora” daje względnie szeroki przegląd polskiej prasy. Ten przegląd staje się dostępny dla ludzi o ograniczonej ilości czasu albo ograniczonym budżecie i to zapewnia takim, obecnym w wielu krajach periodykom, ich popularność.
     Ostatnio wpadła mi w oko w „Angorze” krótka recenzja amerykańskiego filmu „Tatuaż” /angielski tytuł „In the Cut” jest trudny do wytłumaczenia także dla Amerykanów/. Recenzja jest jedną z krótkich, marginesowych opinii o filmach znajdujących się na polskich ekranach i ukazała się w numerze 8mym w tym roku. Ponieważ wydaje mi się bardzo symptomatyczna dla stanu myślenia o kobietach w Polsce pozwolę sobie przytoczyć ją w całości. Recenzję napisała pani Beata Klaps, oczywiście nie wiem, kto ukrywa się pod tym pseudonimem.


     „NIE OSZUKUJMY SIĘ.
TATUAŻ, erotyk kryminalny z Meg Ryan i Markiem Ruffalo mało zachwyca, a to z tej prostej przyczyny, że za dużo tu erotyki a za mało kryminału. Proporcje są tak zachwiane, że ciekawy wątek kryminalny został zupełnie zepchnięty na obrzeże filmu, przez co nie jest w stanie nikogo wciągnąć. Za to burzliwy, nasycony erotyzmem romans rozbudowany jest do o b r z y d z e n I a. I nie chodzi tutaj o odczucia natury estetycznej /sceny miłosne są świetne/, tylko o r o z d ę t e , p s y c h o l o g i c z n e problemy bohaterki filmu. Zresztą nie ma co się oszukiwać, i tak wszyscy idą na „Tatuaż”, żeby wreszcie zobaczyć Meg Ryan nago. A cała reszta... No właśnie."

     Najpierw krótko o filmie, który nie był sukcesem kasowym w Ameryce, co naturalnie w świecie masowych, infantylnych i eskapistycznych obrazów mogłoby świadczyć na jego korzyść. Film został wyreżyserowany przez Jane Campion, jedną z niewielu kobiet - gigantów, które miały wystarczająco dużo samozaparcia oraz życiowych i artystycznych zdolności, aby zostać dyktatorami filmowej kamery. Jane Campion robi filmy, których głównymi bohaterkami są kobiety i zdobyła światową sławę filmem „Fortepian”- historycznym, niekonwencjonalnym romansem, osadzonym w wiejskiej Nowej Zelandii. Od tego czasu w jej produkcjach grały takie hollywoodzkie gwiazdy, jak Nicole Kidman albo Kate Winslet. W jej najnowszym filmie w rolę bohaterki wcieliła się znana do tej pory z lekkich, romantycznych komedii Meg Ryan.
     Film „Tatuaż” jest w karierze Meg Ryan wyjątkowy; nie tylko dlatego, że paraduje w nim na golasa /ten golas zresztą może podbudować starzejące się kinomanki na całym świecie - przy odpowiedniej diecie i dozie ćwiczeń fizycznych można na golasa także i po czterdziestce/. Jest wyjątkowy, ponieważ gra w nim kobietę poranioną przez życie. Była już naturalnie poraniona w poprzednich romantycznych komediach, ale prosta i powtarzalna formuła hollywoodzkiego filmu była w stanie przylepić leczący plaster do jej miłosnych zadraśnięć. W filmie Campion zadry są na tyle głębokie, że powodują życiowe zagubienie bohaterki. Jest ona kobietą ciągle młodą, ale znajduajcą się na progu „wieku średniego” - czasu kiedy coraz realniejsze tchnienie starości zdziera maski miłości i przyzwoitości z seksualnych potrzeb. Wieku, kiedy to samo tchnienie starości podpowiada, że znalezienie partnera na resztę życia może być równoznaczne z wyrzeczeniem się tych, nigdy wcześniej tak wyrazistych, potrzeb. Meg Ryan waha się w tym filmie pomiędzy krótkim romansem bez przyszłości ze znacznie od niej młodszym, czarnym studentem, a dużo głębszym i potencjalnie dużo bogatszym romansem z policjantem, którego gra Mark Ruffalo. Ruffalo jest bardzo seksy; Meg podglądała go w intymnej sytuacji z inną kobietą i na podstawie tej obserwacji a także poprzednich życiowych doświadczeń wie, że powolne ruchy węża znaczą w krainie fizycznej miłości dużo więcej niż podskoki królika. Meg pragnie swojego mężczyzny z tatuażem, a jednocześnie się go boi. Strach jest zresztą uczuciem filogenetycznie właściwym; nie tylko podejrzewa go o znajdowanie pewnej satysfakcji w ucinaniu głów swoim partnerkom, ale wyczuwa także inne, mniej ekstrawaganckie niebezpieczeństwa. Mark jest zdemoralizowanym przez swoją pracę policjantem, jest także żonatym mężczyzną z dziećmi. Podobno od dawna nie śpi w małżeńskim łożu, ale na kozetce, ale ostatnio pojechał dla dobra dzieci z żoną na wakacje na Florydę, poza tym kto dokładnie wie, gdzie udaje się w środku nocy ze swojej kozetki. Jednak Meg wabiona jest magnetyzmem niebezpiecznego policjanta, który nie tylko ma naturalny talent do ars amandi, ale także jest „mężczyzną po przejściach”, które nauczyły go emocjonalnej szczerości i wyhodowanej na życiowej pokorze delikatności.
     Ostatecznie dotrą do happy endu, mijając po drodze kilka pociętych na kawałki ciał. Ona umazana krwią przytuli się do niego na podłodze w kałuży moczu i ta krew i mocz mają chyba oznaczać, że ich „making the cut” /idiom na osiągniecie sukcesu w szkolnym albo życiowym egzaminie/ nie było łatwe.
     Tym, co najbardziej uderzyło mnie w recenzji Beaty Klaps, było mniej lub bardziej świadome odcięcie się od problemów bohaterki filmu, której psychologiczne problemy są „rozdęte i obrzydliwe”. Nasunęły mi się następujące pytania: Czy w Polsce, gdzie ciągle istnieje dla kobiety piętno rozwodu i powszechne jest prowadzenie podwójnego albo potrójnego życia nie ma zagubionych kobiet w średnim wieku ? Czy istnieje może wśród nich dziewiętnastowieczna zmowa milczenia ? Czy w epoce powszechnie dostępnej na wideo i w internecie pornografii chce się komuś poświęcić dwie godziny, aby zobaczyć cycki i tyłek należącej w końcu do tego samego ludzkiego gatunku, hollywoodzkiej aktorki ? Cycki i tyłek są zresztą w porządku, ale warta zobaczenia jest jej podrapana przez życie, chociaż pełna nadziei na szczęście, twarz. Twarz prawdziwa w Ameryce i w Polsce, twarz, a nie maska kochającej żony i matki albo usatysfakcjonowanej dochodami firmy Pani Biznesmen.






Być albo nie być dla BBC. /To BBC or not BBC/ - według artykułu Nicholasa Frasera dla Harper's.


Oficjalne cenzurowanie informacji należy we współczesnym świecie, z wyjątkiem kilku krajów, do przeszłości. Nie tylko głowy państw / bez względu na stan zaludnienia ich miejscowych lochów/ ale także gwiazdy rozrywki tłoczą się na corocznej gali nagród przyznawanych przez Amnesty International. Każdy uwielbia wolność mediów... tak długo jak panuje ona gdzieś indziej. Przykładem takiego zachowania u gwiazdy jest Courtney Love, chwaląca wolność wypowiedzi z okazji filmu Milosa Formana o wydawcy pornograficznego "Hustlera" Larry Flyncie i jednocześnie rzucająca kłody pod nogi dziennikarzom pragnącym informować o jej osobistym życiu z tragicznie zmarłym Kurtem Cobainem.

Przykładów głów państw jest wiele. Artykuł w Harper's został napisany przez dziennikarza BBC z okazji ataku, który na tą agencję informacyjną przypuścił premier Zjednoczonego Królestwa, Tony Blair. Większości światowym rządom i potężnym grupom nacisku, aby kontrolować środki masowego przekazu nie jest potrzebna oficjalna cenzura. Autocenzura istnieje w każdym systemie i opiera się na wielu mechanizmach. Mogą nimi być dochody z zamieszczanych w gazecie reklam /słynne pytanie Naoma Chomsky'ego jak wielu Arabów zamieszcza swoje reklamy w "New York Times"/. Może być interwencja chińskiego rządu u prowadzącego popularną w Azji telewizję satelitarną Sky Ruperta Murdocha w sprawie programu pokazującego życie seksualne przewodniczącego Mao. Może być telefon od "przyjaciół" Slobodana Milosevicza podczas jedenastu lat jego władzy w Jugosławii, gdzie nie istniał żaden formalny urząd cenzury. Może być przykład 130 dziennikarzy zamordowanych w Rosji od 1991 roku, której prezydent Putin powiedział podczas spotkania na uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku, że Rosja nie ma żadnych tradycji wolnej prasy. Może być fakt, że premier Włoch Silvio Berlusconi jest właścicielem sieci telewizyjnej kraju, którym rządzi. Może być wreszcie omijanie afer polityków we Francji i tłumaczenie tego zachowania francuskim dobrym smakiem.

BBC ma ogromne znaczenie historyczne nie tylko dla Wielkiej Brytanii, ale jest także wzorem przekazywania bezstronnej informacji dla całego świata. BBC utrzymuje się z opłat widzów i słuchaczy - płacą około $180 rocznie, a korzystcanie z serwisu bezpłatnie karane jest więzieniem. Pamiętam z mojego pobytu w Anglii przed wielu laty, reklamę telewizyjną w której odbiorca BBC nielegalnie ogląda telewizję na rybackiej łodzi na środku Morza Północnego. Jego spokojna konsumpcja informacji przerwana jest przez wynurzającą się obok łódź podwodną, której załoga uświadamia mu, że oglądanie telewizji bez wykupienia abonamentu jest przestępstwem. /Media w USA obrały inną drogę i utrzymują się z reklam. Poza telewizją kablową a także kilkoma "publicznymi" stacjami , darmowe kanały można oglądać tylko jeżeli cierpi się na "attention deficit disorder" albo odczuwa potrzebę udania się co 5 minut do lodówki podczas kolejnej reklamy. I dziwić się, że w USA najgrubsi są ci najbiedniejsi/.
Tony Blair zaatakował BBC w związku z programem radiowym, w którym na podstawie wynurzeń rządowego naukowca, dr Davida Kelli poddano w wątpliwość rozmiary zagrożenia produkowaną w Iraku bronią masowego rażenia. Kelly wkrótce po programie popełnił samobójstwo a Tony’ego Blaira nazywają w UK Tony "Bliar"/ Tony B-klamca/. Kelly stwierdził, że raport o broni masowej zagłady został "sexed up" - "useksiony" w celu zwiększenia pożądanego zaangażowania Wielkiej Brytanii w wojnę.
BBC ma długą historię konfliktu z politykami, zaczynającą się od zarzutów Winstona Churchila, że agencja nie udziela wystarczającego poparcia rządowi. BBC jest w przeciwieństwie do sensacyjnej brytyjskiej prasy źródłem umiarkowanej i względnie obiektywnej prawdy. Prawdy z komentarzem, bo prawdę można także znaleźć w internecie, ale dla większości jego użytkowników praktycznie niemożliwe jest, w nawale informacji, oddzielenie ziarna od plew.
Większość światowych społeczeństw kształtuje swoje opinie na podstawie telewizji a ta coraz częściej, także w tak zwanych krajach demokratycznych, zajmuje się eskapistyczną rozrywką albo przedstawia obrazy porównywalne do Bizantyjskich mozaik, chwalących wielkość imperatora. Popularny w USA telewizyjny kanał Fox w sprawozdaniach z Iraku pokazuje wyłącznie amerykańskich żołnierzy, pomijając fakt, że w tym przestronnym, pustynnym kraju mieszka także kilku Irakijczyków.
W takiej sytuacji BBC jest ostatnim, podstarzałym co prawda i zmęczonym, bastionem masowej inteligencji.
Inteligencji w świecie, w którym fikcja staje się tak silna, że wkrótce nawet Keanu Reeves i Lawrence Fishburne nie będą w stanie zniszczyć jego "Matrix".







Halloween dla Tiger Lillies.



W zeszłym tygodniu, w dniu 31 października, czyli Halloween byłem na koncercie angielskiej grupy Tiger Lillies. Koncert odbył się w St.Ann’s Warehouse w modnej okolicy Brooklynu o nazwie DUMBO, niedaleko brooklińskiego mostu z piosenki Edwarda Stachury.
Na Tiger Lillies składa się trzech muzyków, z których największą artystyczną indywidualnością jest Martyn Jaques, umalowany na chińskiego klauna wokalista, który pisze muzykę i układa skandalizujące teksty zespołu. Charakter humoru Tiger Lillies można naturalnie porównać do humoru innej brytyjskiej grupy komediowej Monthy Python. Jest on jednak dużo bardziej radykalny i niecenzuralny i właściwie jego podobieństwo do utworów Monthy Pythona można porównać do podobieństwa programu społecznego Pol Pota z programem społecznym Jacka Kuronia. Jednak pomimo albo właśnie dlatego maja Tiger Lillies liczne grono słuchaczy na całym świecie – od Nowego Jorku przez Tel Aviv, Hamburg do Moskwy I Petersburga.
Śpiewają o sprawach, które nie trafiają do tekstów innych zespołów; o starzeniu się i chorowaniu na raka, zjadaniu martwego ciała przez robaki na cmentarzu i tłumaczeniu się sadystycznych zwyrodnialców ze swoich czynów faktem, że nie byli kochani przez mamusie. Śpiewają o seksie ze zwierzętami i krzyżowaniu Chrystusa (z punktu widzenia krzyżującego).
Zaskakujące jest, że mają też sporo piosenek poważnych a nawet wręcz lirycznych, opowiadających na przykład o smutnych Rosjanach wyprzedających mundury upadłego radzieckiego imperium na niemieckich straganach, o złu, które kryje się w ludzkiej duszy i o przemijaniu erotycznej miłości.
Tematy i formy piosenek powstają w wyobraźni Martyna Jaquesa, Londyńczyka, który według reklamowej broszury zespołu wychował się w Soho w mieszkaniu znajdującym się nad burdelem, co najwyraźniej pokazało mu zbyt wiele zakamarków ludzkiej psychiki w zbyt młodym wieku.
Na perkusji gra Adrian Huge, którego David Byrne nazwał Jamesem Joycem bębnów, bo używa tego instrumentu w sposób czasami bardzo niekonwencjonalny.
Na kontrabasie i pile gra Adrian Stout, który grał poprzednio z wieloma poważniejszymi zespołami w Wielkiej Brytanii. Po przyłączeniu się do Tiger Lillies występował ubrany w lederhosen, przebrany za tanią prostytutkę oraz uprawiał sceniczną miłość z nadmuchiwaną owieczką.
Nazwiska dwóch ostatnich muzyków wydają się być pseudonimami, Huge kiedyś nazywał się Hughes, ale z wiekiem przybrał na wadze, Adrian Stout jest ciągle “stout”.

Koncert był punktualny i niezwykle profesjonalny. Nawet najbardziej drastyczne i najbardziej komiczne momenty potraktowane były przez członków zespołu ze śmiertelną powagą ale także z przystającym artystom światowej klasy luzem. Na przebraną w halloweenowe kostiumy publiczność składały się rożne grupy wiekowe, od studentów do rencistów. Składały się też rożne narodowości , słyszanymi językami, oprócz naturalnie angielskiego był rosyjski, niemiecki i hiszpański. Grupa jest bardzo popularna w Rosji, jedyna płyta live zespołu została tam właśnie nagrana. Można sobie to pewno wytłumaczyć faktem, że sprawy śmierci, okrucieństwa i ekstremalności ludzkich zachowań są tam większą częścią życia obywateli niż w innych krajach. Na tym w końcu polega geniusz rosyjskiej duszy.
Problemy piosenek Tiger Lillies są jednak uniwersalne. Wszyscy się zestarzejemy, wielu z nas zachoruje na raka i postawionych wobec bólu i rozczarowań życia będzie miało czasami ochotę ukrzyżować Chrystusa. Z drugiej strony większość z nas, przynajmniej mam taka nadzieję, nie pragnie uprawiać seksu ze zwierzętami.

Sens Halloween polega na udomowianiu i oswajaniu grozy ludzkiego życia.
Nikt nie potrafi zrobić tego lepiej niż angielska grupa muzyczna Tiger Lillies.



Maciej NOWAKOWSKI : "Halloween dla Tiger Lillies", Listopad 2005r.






Andrzej Żuławski, twórca kontrowersyjny.



Podczas dni wolnych ostatniego lata czytałem i nie przeczytałem do końca dwie książki Andrzeja Żuławskiego: "Jako Nic" i "Pan Śmiertelny”. Poczytywałem jego książki już wcześniej i posiadam kilka z nich na własność. W całości przeczytałem tylko jedną, "Zaułek pokory" i wywarła ona na mnie ogromne wrażenie. Jak na książki Żuławskiego miała zresztą wiele zalet; miała jedną spójną myśl przewodnią, jasno wyrażała swoje idee i była stosunkowo krótka. Książka ta uświadomiła mi jedną, niezwykle ważną w życiu każdego Polaka sprawę: PRL nie była ewenementem wydarzającym się poza wątkiem historii Polski, była tej historii nierozerwalną częścią i to właśnie PRL należałoby nazywać Trzecią Rzeczypospolitą. Wcześniej, pomimo przeczytania wielu innych historycznych i literackich książek, pomimo długiego życia w PRL i krótkiego życia w po-PRLowskiej Polsce nie zdawałem sobie z tego sprawy i wydawało mi się, że zły los skazał mnie na wegetację pod sowiecką okupacją. Po przeczytaniu książki Żuławskiego zrozumiałem, że to Polska właśnie!

Z filmów Żuławskiego obejrzałem trzy : "Diabła", "Szamankę" "Opętanie". Posiadam też parę innych, ale te które naprawdę chciałbym zobaczyć są nie do dostania. W żadnym ze światowych internetowych sklepów nie znalazłem "Trzeciej części nocy" ani "Na Srebrnym Globie". Może kiedyś wyda je amerykańska firma Criterion Collection, która specjalizuje się w produkowaniu doskonałych kopi DVD wybitnych filmów. Filmów znanych ale też tych znanych mniej o których wiedzą tylko najbardziej wtajemniczeni kinomani.
Filmy Żuławskiego są w oglądaniu trudne z wielu względów; przez nerwowe ruchy kamery, ciągłe fortissimo emocji, wielowarstwowość fabuły. Filmy zawsze tematycznie zahaczają o zdradę i rozstanie kobiety i mężczyzny, najwyraźniej najtrwalsze i najmocniejsze przeżycie ich autora.
Najbardziej podobało mi się "Opętanie", może dlatego, że mówi o problemach mi bliskich: wyjeździe za granicę i rozpadzie rodziny. Mówi o nich w sposób alegoryczny, chociaż niezwykle brutalny. Jest to w końcu kino, które według uwielbianego w USA Pedro Almodovara nie jest życiem i kto chce żyć tak jak w filmie jest po prostu idiotą.
Bardzo zapadło mi w pamięć przeczytane wiele lat temu, w jednym z wywiadów, tłumaczenie Żuławskiego skąd wzięła się w filmie postać ośmiornicy-potwora z którym Isabelle Adjani odbywa płciowe stosunki. A.Ż. podał za przykład pozornie szczęśliwą amerykańską parę, która mieszka w willowej dzielnicy. Żona nie pracuje, mąż pracuje bardzo dużo, mają 3 samochody i jeżdżą na wakacje do Meksyku.
W takiej sytuacji musi pojawić się jakiś potwór.
Czytałem te słowa jeszcze w Polsce i już wtedy wydały mi się bardzo trafne.

Książki Żuławskiego są trudne, chaotyczne i często denerwujące. Czytać je warto, bo pisze o sprawach ważnych, w tym również dla polskości i dla historii Polski. Pisze o nich z punktu widzenia jednostek z krwi i kości, śluzu i spermy. Daje spory wgląd w sposób widzenia komunistycznej Polski przez jej inteligenckich uczestników o szlacheckim rodowodzie, którzy ocierając się o władzę jednocześnie się od niej dystansowali.
Pisze o tym w sposób uczciwy, bez przekłamywania przeszłości dla współczesnych politycznych korzyści, bez przekłamywania jej dla wybielania własnej osoby. Wieloletnie borykanie się z ograniczeniami PRL-lu, wymuszony wyjazd / powrót do Francji, wrodzona, jak się wydaje, konfliktowość i pewne ekshibicjonistyczne cechy charakteru składają się na okoliczności tej szczerości.
Książki i filmy Żuławskiego są bolesne, obsesyjne, czasami ocierające się
o psychopatologię. Czytanie ich przypomina czasem robienie obchodu w szpitalu
i odwiedzanie osoby umierającej na raka. Lekarzowi chce się wtedy jak najprędzej pójść do następnego pacjenta, pacjenta, którego prognoza jest lepsza i w którego pokoju atmosfera jest lżejsza.
Może dlatego trudno jest czasem doczytać te książki do końca.

Maciej Nowakowski : „Andrzej Żuławski, twórca kontrowersyjny”, 2005






Wybitna pornografia "Misty Beethoven" do "Kill Bill".


Istnieje kilkanaście wybitnych filmów pornograficznych. Z tego faktu zdaje sobie sprawę każdy wnikliwy miłośnik historii kina. Naturalnie nie ma ich tak wiele jak arcydzieł "oficjalnej" kinematografii i nie ma się temu co dziwić. Porno to w końcu jeden z gatunków kina, niczym western, film samurajski albo gangsterski, melodramat albo film karate. Jeżeli porównać na przykład ilość wybitnych westernów z ilością wybitnych filmów pornograficznych okaże się, że jest ich mniej więcej tyle samo; western, antywestern, spaghetti-western w reżyserii Sergio Leone, porno, antyporno, spaghetti – porno z Rocco Siffredi w roli głównej- włoskim odpowiednikiem Clinta Eastwooda, który też ma zawsze naładowany pistolet i gotowy jest do pojedynku z najgroźniejszą nawet senioritą...
Za najwybitniejszego reżysera porno uznany jest pracujący w Europie w latach siedemdziesiątych, uczeń Rogera Vadima, Radley Metzger. Oprócz porno, Metzger zrobił także sporo oficjalnych filmów o seksie, kręcąc je najczęściej w Jugosławii pod panowaniem Tito, gdzie statyści byli dużo tańsi niż we Włoszech albo w Niemczech. Są to filmy doskonałe w swoim "genre", między innymi film o Evicie Peron, dokładnie pokazujący jej powab i jej bezwzględność, a także inne obrazy pokazujące potrzebę perwersji w ludzkiej seksualności, łącznie z biseksualnym filmem "Score"- transgresja nawet według na wiele pozwalających lat siedemdziesiątych.
Radley Metzger, który filmy "hard core" firmował pseudonimem Henry Paris, został uznany za Jima Jarmuscha gatunku porno. Za najwybitniejszy film Henry Parisa i w ogóle za najwybitniejszy pornograficzny film wszechczasów uznany jest "The Opening of Misty Beethoven" (Otwieranie Misty Beethoven), oparty na "My Fair Lady" Bernarda Shawa. Obraz ukazuje zwiazek taniej amerykańskiej prostytutki w Paryżu z jej bogatym i inteligentnym nauczycielem, który nie tylko szkoli ją w ars amandi ale zakochuje się w produkcie swoich nauk. Kolejna wersja mitu o Pigmalionie; ojcowska miłość do swojego tworzywa, które przerasta swojego nauczyciela, niczym Bruce Lee, który przewyższył wymagania klasztoru Shaolin, albo początkowo prymitywna Fair Lady przekroczyła oczekiwania swego mistrza w sztuce Shawa.
Film "Opening of Misty Beethoven" jest arcydziełem stwarzającym swój własny świat, w którym jego bohaterowie latają pierwszą klasą linii lotniczych pomiędzy Nowym Jorkiem a Paryżem lub Rzymem. W ich świecie fantzji powszechnie wymienialną walutą jest seks, który odbywa się na terenie luksusowych włoskich posiadłości, luksusowych mieszkań na Manhattanie a także w luksusowych przedziałach euro-amerykańskich linii lotniczych, gdzie stewardessy wykonują oralne przysługi pasażerom. Nie wiem jak wyglądały na zachodzie lata siedemdziesiąte ale mają one opinię okresu rozpusty bez konsekwencji, czasu kiedy Bóg spał i nie troszczył się intensywnością seksualnego grzechu na Ziemi. Film o Misty Beethoven stwarzając swoją pornograficzną realność, przyczynia się do umocnienia tego mitu o hedonistycznych latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku.
Pisze o tym wszystkim z okazji wejścia na ekrany nowego filmu Quentina Tarantino "Kill Bill , Volume 1 i Volume 2".
Stany Zjednoczone nie są krajem rozpasanego seksu. Są krajem opartym na protestanckim etosie pracy i wstrzemięźliwości ale także krajem, którego tworzenie związane było z ciągle istniejącą w grupowej podświadomości przemocą. W przedostatnim numerze wydawanego przez prestiżową New School w Nowym Jorku kwartalnika "Social Reasearch" znajduje się artykuł Dov Cohen'a mówiący o poczuciu wstydu w Ameryce. Według niego Amerykanie, potomkowie prześladowanych przybyszów z różnych zakątków kuli ziemskiej, są bardzo "honorowi" - pamiętając poniżenia w krajach swoich przodków przeciwdziałają jego nowym objawom przez przemoc. Nic dziwnego, że ilość zabójstw w USA czterokrotnie przewyższa ilość zabójstw w skapcaniałej Europie Zachodniej. Ta potrzeba zmazania obrazy jest oczywiście widoczna w hollywoodzkich filmach, których większość nie opowiada o tym jak ludzie się fizycznie kochają, ale o tym jak się zabijają.
W filmach Tarantino nie ma seksu a jeżeli już jest jego perwersyjna namiastka jak w scenie homoseksualnego gwałtu w "Pulp Fiction" albo szpitalnej scenie w "Kill Bill" jego zadaniem jest nagłośnienie pokazywanej w filmie przemocy.
"Kill Bill" to arcydzieło filmowej sztuki klasy "B", przekraczające bariery chińskich filmów kung-fu, japońskich filmów o samurajach I spaghetti - westernów. Film jest całkowicie oddalony od rzeczywistości, gdzie współcześni gangsterzy walczą na samurajskie miecze, które podczas swoich międzykontynentalnych podroży wkładają do specjalnie przeznaczonych do tego pojemników przy fotelach w pierwszej klasie lini lotniczych. Jest to wybitny eskapistyczny film, w którym ludzkie motywacje i zachowania przypominają.






WZLOT I UPADEK BOBA GUCCIONE


      Robert Charles Joseph Edward Sabatini Guccione stworzył magazyn dla mężczyzn "Penthouse". Pismo powstało w Zjednoczonym Królestwie w 1965 roku i po kilku latach uznane zostalo za przeciwieństwo "Playboya"."Playboy" był dla magazynów dla dorosłych tym, czym ugrzecznieni i przylizani Beatlesi byli dla muzyki rozrywkowej."Penthouse" niczym chuligańscy, uczestniczący w orgiach i narkotyzujący się Rolling Stonesi, wszedł głębiej w seksualną podświadomość purytańskiej Ameryki, otwierając drzwi do komnat "id", do których wcześniej bało się zajrzeć "superego".
      Droga Boba Guccione do magazynu "Penthouse" wiodła z robotniczego miasteczka Bergenfield w stanie New Jersey. Najpierw usiłował zostać księdzem. Potem zaliczył cygańskie podróże po Europie, epizod w Casablance, gdzie należał do grupy Amerykanów, skupionych wokół legendarnego pisarza Williama Burroughsa, wreszcie dotarł do Londynu. W Londynie Guccione, który przez wiele lat próbował zostać malarzem i pomimo dużego talentu sławy ani pieniędzy nie zdobył, postanowił wydawać magazyn pokazujący nagie kobiece ciała. Atmosfera była do tego sprzyjająca, rewolucja seksualna osiągnęła apogeum; czasy Austina Powersa przed jego zamrożeniem, kiedy młodzi ludzie po krótkiej rozmowie wstępnej szybko wybierali miejsce na wspólne spędzenie nocy. Guccione okazał się utalentowanym fotografem; używał światła niczym starzy mistrzowie malarstwa, ale jego tematem były nie pokazywane wcześniej świństwa. Była to naturalnie wspaniała kombinacja.
      Guccione większość zdjęć dla początkowych wydań swojego magazynu robił sam, często traktując sesje fotograficzne jako grę wstępną z modelkami. Takie podejście do zawodu nie pomogło oczywiście jego drugiemu małżeństwu, z którego ma trójkę dzieci. Jego synowie porównali stworzenie przez ojca magazynu dla mężczyzn do kupienia baru przez nałogowego alkoholika. Po drugim rozwodzie poznał jednak szczupłą blondynkę z Południowej Afryki, Kathy Keeton, która została partnerką i miłością jego życia. Tolerowała jego zaprawione marihuaną seksualne eskapady, on odpłacał się jej lojalnością w każdej innej dziedzinie życia. Jej śmierć w 1997 roku na raka piersi złamała mu serce.
      Chociaż „Penthouse” był dużo brudniejszym magazynem niż „Playboy” (to on zapoczątkował pokazywanie owłosienia łonowego modelek, a potem złamał kolejne bariery pokazując tzw. „split – beaver” i w końcu pod naciskiem finansowych kłopotów seks „hard core”), atmosfera pałacu Guccione przypominała w porównaniu do słynnej „Playboy Mansion” Hugh Hefnera atmosferę klasztoru. Mieszkały tam dzieci Guccione, niektóre modelki „Penthousa” i królująca nad wszystkim Kathy, ale nie odbywały się tam podobne do playbojowskich orgiastyczne party. Guccione zresztą jest z natury mnisim samotnikiem i jedynym znakiem miłości fizycznej uprawianej w pałacu z „pets” magazynu były spływające z górnego piętra muzyka Tangerine Dream i zapach palonego cannabis.
      Guccione zaszedł ze swoim magazynem bardzo wysoko; można by powiedzieć, że windą swojego sukcesu minął zawarty w tytule swego pisma „penthouse”, udając się w tereny dużo bardziej zbliżone do nieba. Magazyn osiągnął największy w historii nakład tego typu pisma w 1977 roku – 4.5 miliona egzemplarzy. Guccione wydawał także inne magazyny, wyprodukował wyśmiany przez krytyków, ale do dzisiaj kultowy i namiętnie kupowany na wideo i dvd film „Caligula”. Pragnąc szerszego uznania, zaczął finansować budowę pierwszego na świecie reaktora nuklearnej fuzji, mający rozwiązać kłopoty energetyczne świata. Brał szarlatańskie leki mające zapewnić mu wieczne życie, a także poważnie rozważał możliwość sklonowania własnej osoby. Jeden z jego współpracowników pamięta, jak kiedyś, rozważając swoją przyszłość, użył warunkowej formy zdania „jeżeli umrę”. Być może, niczym w greckiej tragedii, obraził swoją pychą bogów, bo nad niebo, do którego się wspiął, nadciągnęły chmury.
      Kupił kasyno w Atlantic City, na którego prowadzenie nie dostał pozwolenia od stanu New Jersey. Epidemia AIDS i odżywający w epoce Reagana purytanizm a także sprzedaż kaset wideo zmniejszyły cyrkulacje jego magazynu, którego obecnie wydaje się zaledwie 500.000 egzemplarzy. Jego biznesowa zasada inwestowania w nowe przedsięwzięcia swoich pieniędzy bez wspólników, połączona z teorią ekonomii według której wydatki muszą przekraczać dochody o co najmniej 100%, uczyniły go bankrutem. W międzyczasie zdołał się pokłócić z oskarżonymi przez niego o nielojalność i przytłoczonymi jego gigantyczną osobowością dziećmi. Obecnie rozmawia tylko z jedną z córek. Zachorował na raka języka i po kilku laserowych operacjach i radioterapii jego znajomi dobrze rozumieją, dlaczego wywiadów udziela prawie wyłącznie przez internet.
      Po latach borykania się z bankami, wierzycielami, kłopotach rodzinnych, śmierci ukochanej towarzyszki życia, bankructwie widocznym do tego stopnia, że w pewnym momencie policja otoczyła jego nowojorski dom, żeby go z niego wyeksmitować, zawarł umowę z meksykańskim biznesmenem, który zezwolił mu na dożywotnie prowadzenie magazynu za roczną pensję miliona dolarów, a także pozwolił mieszkać w należącym kiedyś do niego pałacu za czynsz wynoszący jednego dolara rocznie.
      To „one tough bastard”, jak określa go dziennikarz z miesięcznika „Rolling Stone”. Na pewno można mu pozazdrościć ciekawego życia, a także artystycznego oka do robienia zdjęć. Zdjęć z pewnością dużo lepszych niż te zamieszczane w „Playboyu”. Z drugiej strony „Playboy” kupowany jest podobno nie dla zdjęć, ale dla zamieszczanych w nich artykułów.






Nuda, Europa, Mężczyzna i Kobieta czyli filmy Bruno Dumonta.


Filmy francuskiego reżysera Bruno Dumonta "Życie Jezusa", "Ludzkość" i "29 palm"
są jedyne w swoim rodzaju: bardzo oszczędne w wyrazie, odważne seksualnie i zwierzęco - ludzkie ale nie prymitywne w swoim przesłaniu. Ich tematem jest głównie nuda i siermiężność życia oraz próbujący tą nudę pokonać seks. Przynosi on jednak ulgę tylko na krótki okres czasu i wkrótce sam zaczyna nudzić, stając się monotonnym "in and out" żeby użyć wyrażenia bohatera filmu Kubricka "Mechaniczna Pomarańcza".

Film "Ludzkość" pokazuje współczesną wersję Chrystusa, prostego policjanta, który wykrywa sprawcę ohydnego morderstwa, swoją dobrocią i miłością do ludzkości. Film jest powolny i minimalistyczny. Sceny nawiązujące do Bunuela są tutaj uwspółcześnione czyli dużo bardziej szokujące. Na przykład scena, zabitej w seksualnym mordzie dziewczynki w filmie "Dziennik pokojówki" Bunuela, pokazała ciało dziecka, której po nodze pełznie oślizgły ślimak, tutaj pokazany jest rozdarty dziecięcy srom, skontrastowany później z dorosłym i przyzwalającym, ale wzgardzonym sromem dorosłym.

Film "29 Palm", wyśmiany przez światową krytykę, czyli może posiadający szanse na obecność w kanonie arcydzieł w przyszłości, pokazuje parę - ona jest francuską Rosjanką a on Amerykaninem - jeżdżących po Kalifornii w poszukiwaniu pejzaży fotografów. Są bogaci, młodzi i piękni, poruszają się najmodniejszym w okresie kręcenia filmu samochodem Hummerem. Są na tle opustoszałych pejzaży Kalifornii Adamem i Ewą. Nie są szczęśliwi; kłócą się i mają dużo seksu, który cechuje z jego strony pewna, balansująca pomiędzy podnieceniem a wrogością, przemoc. On wydaje się nie być do końca przekonany o jej miłości i oddaniu. Ona co chwilę go, jakby trochę wbrew sobie,
o tym oddaniu i miłości zapewnia. Kłócą się praktycznie bez przyczyny, po prostu dlatego, że nie jest łatwo być mężczyzną i kobietą. Ich kłótnie kończą się kiedy zostaną napadnięci i on zostaje brutalnie zgwałcony przez napastników. On mści się za ten akt agresji oczywiście na niej, nie mogąc znieść faktu, że była ona świadkiem jego upodlenia.
Film można rozumieć wieloznacznie. Na przykład jako brutalizację stosunków międzyludzkich w bezbożnym społeczeństwie, w którym liczy się tylko konsumpcja, także konsumpcja seksualna. Konsumpcyjny sukces jest pełen goryczy ale inni, którzy go nie odnieśli chcą się za niego zemścić. Można wyobrazić sobie ich bohaterów jako symbole Europy i Ameryki, które się ze sobą kłócą ale się ze sobą komunikują. Czyhają na nich narody biedne i bez perspektyw , zazdroszczące im komfortu i pragnące je poniżyć.

Film "Życie Jezusa" pokazuje pustkę życia w małym francuskim miasteczku; okropną nudę jaką niesie za sobą europejskie społeczeństwo o względnie wysokim stopniu bogactwa. Nudę przynosi brak możliwości dla klas niższych. Kiedyś można było ich członków wysłać do kolonii w celu ujarzmiania tubylców i kreowania francuskiej dumy narodowej. Teraz kolonii już nie ma i młodzi, znajdujący się na społecznych nizinach Francuzi ujarzmiają okolicznego Araba. Film bardzo dobrze pokazuje młodość "zmarnowanych żywotów" (określenie Zbigniewa Herberta): życie zaczyna zamykać swoją sferę rozwoju i otwarcia na nieznane w momencie seksualnej inicjacji, nowych wrażeń może dostarczyć tylko przemoc...
Bruno Dumont zrobił do tej pory trzy filmy. Mam nadzieję, że zrobi co najmniej siedem jak Tarkowski.

Maciej NOWAKOWSKI : „Nuda, Europa, Mężczyzna i Kobieta czyli filmy Bruno Dumonta”. Grudzień 2005






"Jose i spółka" według Samuela Huntingtona



     Samuel Huntington, profesor z Harvardu jest jednym z najważniejszych współczesnych głosów w teorii światowej polityki. Przed kilku laty spełniło się proroctwo jego wydanej na początku lat dziewięćdziesiątych i przyjętej wówczas z zażenowaniem książki o Wojnie Cywilizacji. Huntington pisze z typową anglosaską przejrzystością ; na podstawie wiedzy o ludzkiej psychologii, historycznych wydarzeń, ilościowej analizy populacji, dochodów narodowych i dostępności zasobów naturalnych stawia właściwe polityczne diagnozy z pewnością dobrze wykształconego, aroganckiego klinicysty. Jego wywody dalekie są od potoczystych, zdumiewających erudycją, ale przytłaczających mieszaniną znaczeń wykładów Michaela Foucault. Twierdzenia Huntingtona można porównać do telegraficznej prozy Ernesta Hemingway'a. Tym bardziej, że na pytanie „komu bije dzwon”, odpowiada on „tobie”.
W najnowszym numerze (marzec/kwiecień 2004 roku) jednego z czołowych amerykańskich pism traktujących o polityce zagranicznej, „Foreign Policy”, ukazał się artykuł Samuela Huntingtona pod tytułem „The Hispanic Challenge” traktujący o niebezpieczeństwie latynoskiej a zwłaszcza meksykańskiej emigracji dla tożsamości i politycznej przyszłości Stanów Zjednoczonych. Ameryka według Huntingtona jest oczywiście krajem emigrantów z całego świata, ale jej sukces polega na tym, że byli oni w stanie przyjąć anglosaskie wartości, które uformowały ten kraj. Tak, według S.H., nie dzieje się z przybyszami z Meksyku i innych krajów Ameryki Południowej. Te anglo–protestanckie koncepcje życia to przyjęcie języka angielskiego, poszanowanie prawa przez rządzących i rządzonych, etyka pracy i wiara, że ludzie mają prawo i obowiązek usiłowania stworzenia raju na ziemi. Na pytanie, czy Stany Zjednoczone byłyby krajem o takim samym obliczu, gdyby w XVII i XVIII wieku zasiedlili je nie angielscy protestanci, ale francuscy, hiszpańscy albo portugalscy katolicy, Huntington odpowiada przecząco; gdyby tak się stało, ten kraj wyglądałby jak Quebec, Meksyk albo Brazylia.
     Latynoska emigracja różni się od poprzedniej europejskiej ale także i azjatyckiej emigracji na wiele sposobów. Artykuł wymienia różnice 1/geograficznej ciągłości, 2/ skali ilościowej, 3/ nielegalności, 4/ regionalnej koncentracji i 5/uwarunkowań historycznych. 1/ Geograficzna ciągłość wynika z najdłuższej w ludzkiej historii granicy pomiędzy krajem bardzo bogatym a bardzo biednym. Ten fakt nie tylko działa jako potężny magnes w kierunku bogactwa, ale także pozawala emigrantom na utrzymywanie bliskiego kontaktu z rodzinami i szeroko pojętym „domem” w Meksyku. 2/Skalę ilościową meksykańskiej emigracji można porównać tylko z napływem Irlandczyków i Niemców w dziewiętnastym wieku. Tamta emigracja była jednak fenomenem przejściowym, a poza tym Irlandczycy i Niemcy nie tylko nie mieli kłopotów z angielskim, ale także wykazali niewielką awersję do popularnego wówczas 16- godzinnego dnia pracy. 3/Nielegalność. Meksykanie stanowią 58% nielegalnych emigrantów. W roku 1994 ilość nielegalnych mieszkańców USA szacowana była na 4 miliony, w roku 2003 szacowana była na 8 do 10 milionów.
4/Regionalna koncentracja latynoskich mieszkańców różni się od rozproszenia innych przybywających tutaj przez wieki nacji; największa ich ilość zamieszkuje południowo-zachodnie rejony kraju, tzw. „Southwest”, zwłaszcza Kalifornię. Ich przyrost naturalny jest wyższy od innych grup ludności, co odczuwane jest zwłaszcza w szkołach, np. szkoły w Los Angeles stają się praktycznie meksykańskie. 5/Uwarunkowania historyczne opierają się na fakcie, że Meksykanie są jedyna grupą narodową, mogącą zgłaszać pretensje do terytorium Stanów Zjednoczonych: większość Teksasu, Nowy Meksyk, Arizona, Kalifornia, Nevada i Utah należały prawie do połowy XIX wieku do Meksyku i stały się częścią USA w wyniku Teksańskiej Wojny o Niepodległość i Wojny Meksykańsko-Amerykańskiej. Te wydarzenia są ciągle boleśnie obecne w historycznej świadomości Meksykanów.
     Dodatkowo do wyżej wymienionych problemów dochodzi i ten, że Meksykanie nie chcą się uczyć angielskiego nie tylko w pierwszym ale i w drugim, trzecim a nawet czwartym pokoleniu, nie identyfikują się ze Stanami Zjednoczonymi i mają inne podejście do życia. Huntington cytuje tutaj byłego ministra spraw zagranicznych Meksyku, Jorge Castaneda, który stwierdził, że pomiędzy meksykańskimi a amerykańskimi wartościami kulturowymi istnieją ogromne różnice; ekonomiczna i socjalna stratyfikacja społeczeństwa, przewidywalność politycznych wydarzeń, koncept czasu (słynne meksykańskie „manana”) i podejście do historii, zawarte w powiedzeniu, że Meksykanie rozmyślają o historii, a Amerykanie o przyszłości. Istnieją także różnice, które można określić jako stereotypowe podziały pomiędzy katolicyzmem a protestantyzmem: katolicy skłaniają się do nieufności do osób spoza ich rodziny, brakuje im inicjatywy, nie cenią edukacji i akceptują biedę jako cnotę, która zapewni im wejście do nieba.
     Według Huntingtona odbywa się „reconquista” południowo-zachodnich Stanów Zjednoczonych. „Reconquista” to naturalnie powtórzenie terminu określającego wypędzenie Muzułmanów z południowej Hiszpanii w XV wieku. Istnieją uzasadnione politycznie prognozy, że pod koniec XXI wieku południowo-zachodnie Stany ustanowią osobne państwo „La Republica del Norte”. Termin ten zresztą istnieje już obecnie w potocznym języku meksykańskim, używa go na przykład w swoich piosenkach popularny także i w Polsce Manu Chao. Z ideami wyrażonymi w artykule Huntingtona trudno jest polemizować. Trudno zwłaszcza podczas trwającej Wojny Cywilizacji. Nasuwa się komentarz, że jest on w stanie zaprezentować ten problem w całej wyrazistości, dzięki panującej obecnie w USA atmosferze konfrontacji, wynikającej właśnie z tej cywilizacyjnej wojny.
     Michael Foucault odwraca w swoich opublikowanych niedawno w Ameryce wykładach znane twierdzenie Clausewitza i twierdzi, że polityka pokoju jest kontynuacją polityki wojennej. Kiedy to się nie udaje, na scenę wchodzi znowu Clausewitz, twierdzący, że wojna jest przedłużeniem nie mogącej osiągnąć swoich celów na drodze pokojowej dyplomacji. Ciekawe, jakie wojny przyniesie wiek dwudziesty pierwszy... Ciekawe, czy po pokojowym impasie ostatnich pięćdziesięciu lat stworzy wielką literaturę?






Upadki "Wesela" i wzloty "Untergangu".


Obejrzałem ostatnio dwa importowane w USA filmy z ubiegłego roku: polski "Wesele" w reżyserii Wojtka Smarzewskiego i niemiecki "Upadek". Tematyka i nastrój obydwóch są naturalnie diametralnie rożne a jednak oglądanie ich w krótkim odstępie czasu pobudza do myślenia i pozwala wyciągnąć wspólne wnioski.

Najpierw omówię film "Wesele".
Nie wiem z jakim odbiorem film ten spotkał się w Polsce. Najpewniej w wielu kręgach z odbiorem bardzo pozytywnym. Mnie wydał się najlepszym filmem polskim 21go wieku i jednym z najlepszych polskich filmów w ogóle. Balansujący na tej granicy komedii za którą już znajduje się dominium tragedii film poraża wręcz prawdziwością swojego przekazu. Bohaterowie filmu bawią się załatwiając jednocześnie swoje niecne sprawy, każdy kantuje każdego, potencjalni kaci tańczą z potencjalnymi ofiarami, policjanci niespecjalnie różnią się od złodziei, młodzi niespecjalnie różnią się od skorumpowanych życiem starszych...
Film jest naturalnie powtórka "Wesela" Wyspiańskiego 100 lat później. W czasach Wyspiańskiego widoczna była śmieszność bratania się szlachty z chłopami, taka była wtedy między nimi różnica. 100 lat później, po dwóch niepodległościach, i podwójnej utracie jednej z nich, po przegranej wojnie i 40tu latach komunizmu, po głupim powstaniu i wieloletnim kulturowym papugowaniu Francji a potem USA dawna szlachta wyginęła i na współczesnym weselu nie może już być obecna. Polski polityczny i obyczajowy wzór zrównał się do bardzo niskiego wspólnego mianownika. Można zadać sobie pytanie jak to będzie za następne 100 lat. Może zamiast bigosu podawane będzie na stoły ludzkie mięso?

Niemiecki film "Upadek" opowiada o ostatnich dniach 3ciej rzeszy. Jego sceneria jest dramatyczna; jęczący ranni, ruiny potężnej stolicy Niemiec, dookoła tabuny radzieckich żołnierzy, których ręce palą się do rabunku, gardła do gorzałki a rozporki do higienicznych, aryjskich sromów. A jednak... Wszyscy przedstawieni w filmie przegrani gracze niemieckiego państwa są idealistami. Generałowie SS walczą do końca i dumnie obnoszą swoje żelazne krzyże. Makieta Germanii, nigdy nie wybudowanej stolicy 3ciej rzeszy, wzbudza uznanie swoim ogromem. Naziści rzucają sobie nawzajem smutne spojrzenia niczym tragiczni kochankowie, którym nie udało się stworzyć pięknego świata swoich marzeń. Zastanawiające jest, że w tym obrazie jest tak niewiele ironii. Ironia nie jest zresztą niemiecką cechą narodową. Nawet trująca swoje dzieci Magda Goebbels pełna jest pewnego ciepła i czułości, nie zabija ich przecież jak Medea z nienawistnej zemsty ale właściwie robi to z miłości. Poza tym jaka to piękna, długonoga kobieta. Po co ten Goebbels uganiał się za tą Leni Riefenstahl mając w domu taka lanię? Nawet stary Adolf, chociaż myli się już w swoich wojennych obliczeniach i obrzuca wyzwiskami swoich generałów, pełen jest uprzejmości i troski o swój personel. Bohaterscy lekarze SS operują rannych do samego końca, potrafiąc w sytuacjach ekstremalnych zachować szacunek dla ludzkiego życia, no, przynajmniej dla życia osobników wyższej rasy...

Obydwa filmy są oznaką swojego czasu; żaden z nich nie mógłby powstać 20 lat temu. W Polsce tworzone były wtedy smutne ale wzniosłe filmy Kieślowskiego. W Niemczech kręcono komedie o rozterkach indywidualnych ludzi, żyjących w bardzo bogatym, chociaż pozbawionym idei społeczeństwie, na przykład "Mężczyźni" Doris Doerie. Delikatne szydzenie z niemczyzny Fassbindera zakończyło się kilka lat wcześniej jego kokainową śmiercią.
Z drugiej strony obydwa filmy są częścią długiej kulturowej tradycji. Mamy do czynienia z kolejnym polskim filmem, który jest wartościowy, chociaż może być odbierany jako antypolski. Mamy do czynienia z kolejnym niemieckim dziełem sztuki, które może być odbierane jako przesadnie proniemieckie.
Mój dobry przyjaciel Polak jest ożeniony z Niemką. Mieszkają oboje w USA, gdzie narodowość nie ma specjalnego znaczenia. Mimo to doradziłem mu żeby obydwa filmy oglądał sam a nie z żoną. Mają przecież dwójkę małych dzieci...

Maciej Nowakowski : [Upadki "Wesela" i wzloty "Untergangu"], 2005







Mbeki, Mblair i Mbush.



Przebieranie się mężczyzn za kobiety w celu rozbawiania publiczności ma długą kulturową tradycję. Wielu pamięta kreacje Tony Curtisa i Jacka Lemona w filmie "Pół żartem pół serio”. Niektórzy pamiętają także zamordowanego podczas okupacji polskiego aktora Eugeniusza Bodo w jego najbardziej risqué roli, tak bardzo odbiegającej od jego typowego wcielania się w zakochanych w swoich kucharkach hrabiów. Najbardziej znanym w anglojęzycznym świecie, scenicznym transwestytą jest angielska Dame Edna Evarage. Swojego wybitnego transwestytę ma także Republika Południowej Afryki. Jego męska wersja nosi nazwisko Pieter – Dirk Uys i jest afrykanersko – żydowskim homoseksualistą; kombinacja w RPA nietypowa a więc przez swoją oryginalność stwarzająca szansę na sceniczny sukces. P – D Uys występuje na scenie od kilku dziesięcioleci. Udało mu się przetrwać zarówno czasy głębokiego apartheidu jak i rządy czarnej większości. Naturalnie zarówno wtedy jak i teraz tematów do satyry nie brakowało..
Jego żeńska sceniczna persona nazywa się Evita Bezuidenhout ( ach, te trudne afrykanerskie nazwiska) i jest uważana za najsłynniejszą białą kobietę RPA. Uys występuje czasami też jako siostra Evity, Bambi Kellerman, niezwykle bogata wdowa po hitlerowskim zbrodniarzu, który po upadku Hitlera pełnił funkcje ministra wojny w Paragwaju. Bambi mieszka na stale w Londynie i tam też dożył swojej emerytury jej mąż, nigdy w Anglii nie rozpoznany ponieważ jak mówi Bambi “Brytyjczycy nigdy nie patrzą człowiekowi prosto w twarz ”.
Evita należała kiedyś do National Party, partii która wymyśliła i wprowadziła w życie apartheid. Była jej ambasadorem do Bopatikoswati, fikcyjnym południowoafrykańskim Bantustanie. (Bantustany zapewniały kontrolę nad czarną populacją, ponieważ ich mieszkańcy byli obywatelami Bantustanów a nie Południowej Afryki. Także na terenie Bantustanów biali mogli zrzucić wymogi swojej protestanckiej religijności i bawić się w hazard w kasynach gry oraz oglądać zakazane w burskiej republice filmy pornograficzne.
Obecnie Evita jest wysoko postawioną przedstawicielką ANC (African National Congress), rządzącej partii czarnej większości, stanowiąc swoim życiorysem przykład starego francuskiego powiedzenia, że wszystko musi się zmienić żeby wszystko pozostało takie samo.
Uys kiedyś krytykował niemoralną, chociaż skuteczną dla białych politykę apartheidu, między innymi parodiując P.W.Botha, ostatniego prezydenta żelaznej białej ręki. Jego receptą na kabaretowy sukces było 49% złości i 51% rozrywki.
Obecnie krytykuje szybkie bogacenie się nowej rządowej elity, mówiąc, że "im wyżej wspinają się po słupie ambicji tym częściej widać tylko ich dupy". Wspominając niespełnione obietnice dane przed wyborami czarnej biedocie, zapytuje "obiecali wybudować milion domów przez pięć lat, czy może było to pięć domów przez milion lat ?” Krytykuje także kontrowersyjne podejście prezydenta Thabo Mbeki do największego problemu RPA – AIDS, które w Afryce jest przenoszone drogą heteroseksualną i osiągnęło wymiary pandemii. Leki na AIDS są bardzo drogie i rząd Mbeki uporał się z problemem AIDS proklamując, że AIDS nie jest powodowane przez wirusa HIV, ale wynika ze słabej odporności Afrykańczyków. Południowoafrykański minister zdrowia, lekarz o nazwisku Manto Tohabalela - Msimang po krótkim wahaniu zaproponował zwalczanie epidemii przez zwiększenie spożywania ziemniaków, czosnku i oliwy. Takie podejście rządzących do epidemii, która dziesiątkuje ubogich mieszkańców Południowej Afryki dało Peterowi – Dirkowi Uys moralną przewagę i temat do atakowania aktualnej administracji kraju. Jego nowy program, z którym objeżdża południowoafrykańskie szkoły, naucza o bezpiecznym seksie i porównuje wirusa HIV do wirusa apartheidu. W rządowym podejściu do AIDS widoczne są pewne zmiany na lepsze, chociaż ciągle, według słów satyryka, rożni się on od rządów poprzednich faktem, że tamte zabijały swoich obywateli a ten pozwala im umrzeć samym.
Przedstawienia Uysa wystawiane są także w Australii i Londynie. Ich tematyka wykracza poza problemy RPA i w tym miesiącu zaczyna się w Londynie szoł zatytułowany "Elekcje i Erekcje”. Roboczy tytuł tego programu brzmiał "Mbeki, Mblair i Mbush". Obywatele USA i Wielkiej Brytanii mogą mieć tylko nadzieję, że ich przywódcy będą w stanie pozbyć się tej litery "M".
                                                       Maciej Nowakowski







© 2001 - 2017 - Mamiko