Apolonia Maliszewska

ul. Piastów 5/1
57-400 Nowa Ruda
tel. (074) 872 53-64
biuro@mamiko.pl

RECENZJE



Alicja Mielcarek - Pępowina
   - Co jest cięte

Robert Jóźwik - Obiecuję ci niewidzialność
   - Sztuka znikania

Oskar Wiaderny - Przedwieczny
   - Codzienność to za mało

Paweł Majcherczyk - Ponieważ
   - Praca na materii

Marianna Łopaciuk - Listopady
   - Godne spokoju

Piotr Barański - Miasto roślinne
   - BOGACTWO POETYCKICH ANALOGII W TOMIKU „MIASTO ROŚLINNE” PIOTRA BARAŃSKIEGO

Joanna Kocik, Karolina Deling - 5 minut, czyli 23 opowiadania dla zabieganych
   - Opowiadania w czasach nadmiaru

Justyna Nawrocka - Paragon
   - Rakietki z przeszłości

Bartłomiej Siwiec - 16 schodów
   - Poszerzenie pola resentymentu

Piotr Barański - RYM
   - Automat do znaczeń

Franciszek Olejniczak - Podgłosy
   - Ćwiczenia w błocie na kolonii karnej

Krzysztof Bieleń - Pył zawieszony
   - Ręce do pracy, łeb do metafizyki

Jola Gęsicka - Debut
   - Teoria idealnego momentu

Aleksandra Zbierska - Biegnij
   - Ewa Bieńczycka pisze o "Biegnij"
   - Strefa ruchu

Mariusz Ropczyński - Kwestia wyboru
   - Już blisko, powoli

Agata Sobczyk - Na Kujawach tuż po zmierzchu
   - Pamięć i przygodność

Beata Korta-Wyrzycka - Kółko konsekrowanych wdów
   - Proste historie

Karolina Wiaczewska - Mroczne postscriptum
   - Wzbogacanie pierwiastków

Maciej Sowicki - DAM
   - Otworzę Ci to serce

Grażyna Bajer - Nie potrafię Cię pokochać
   - KOMUNIKATYWNOŚĆ I PROSTOTA W ZBIORZE LIRYKÓW GRAŻYNY BAJER „ NIE POTRAFIĘ CIĘ POKOCHAĆ”

Bartłomiej Siwiec - Matka i róża
   - Eksploracja prostoty i odejścia

Zofia Mikuła - Nie goń mnie Alafufu
   - Zimno, ciepło, ciepło, cieplej

Maksymilian Tchoń - Femme. Parafraza z pamięci
   - Człowiek-książka

Paweł Nowakowski - Między innymi
   - Nie wejść, nie wskoczyć

Monika Sadowska - Naczynka i demencje
   - Lepkość i algorytmy

Kamil Galus - Trzęsawiska
   - Grząskie formy

Danuta Hein - Histeryjki obrazkowe
   - Wyjście do wewnątrz
   - Wywiad z Danutą Hein

Piotr Barański - Komunikacje
   - Logiczny przelot
   - ZALETY SZTUKI SŁOWA W MINIATURACH PIOTRA BARAŃSKIEGO „KOMUNIKACJE”

Grzegorz Marszałek - Apostołowie złej nowiny
   - Nie taka zła nowina

Karolina Wiaczewska - Kalecznicy
   - Ludzie ze szkła i niebieskie tunele

Stan Florek - Miasto bez przystanków
   - Wywar z głowy

Marta Kucharska - "Saudade"
   - Połknij żółtą kulkę

Michał Trusewicz - "Zakwity"
   - Przyrost traumy

Bartłomiej Siwiec - "Instrukcja zabicia ptaka"
   - Lekcja z empatii

Sylwester Gołąb - Garda
   - Trzymaj gardę

Zyta Bętkowska - Dwa chutory
   - Poboczność i przeszłość

"Bałkański szkicownik" - Mariola Mikołajczak
   - 28 przyjemnych historii

"Heretycy" - Krzysztof Rytka
   - Piwnica wielu gatunków

"Homo ferus" - Krzysztof Szewczyk
   - Homo Ferus - Człowiek zdziczały

"Zaplanowane nieporozumienie" - Agata Wielgołaska
   - Cosmo(s)

"Oswajanie chmur" - Jarosław Kapłon
   - Na tej ziemi, pod tym niebem, wszyscy jesteśmy zwierzętami

"Lata po mnie rzeczywistość" - Magdalena Lange
   - Macki, gesty, dźwięki

"Wiersze, których nie lubi mój tata" - Jakub Domoradzki
   - Dajcie mi, no tego, poetę

"Dom godzin" - Ksenia Szczepanik-Ładygin
   - Figury rozkładu

"Znowu" - Piotr Barański
   - PIOTR BARAŃSKI - „POETA OSOBNY”

"Lalka taka jak ty" - Katarzyna Monel
   - SILNA NUTA DEKADENCJI W TEKSTACH PISANYCH KATARZYNY MONEL

"tyka Ero" - Izabela Iwańczuk
   - EROS I ŚWIAT W TOMIKU POEZJI IZABELI IWAŃCZUK „TYKA ERO” - RECENZJA SABINY SKOWRON

"Walkirie. Noc ciszy"
   - Na lekcji poezji u japońskich mistrzów haiku. O nowym tomie wierszy „Walkirie. Noc ciszy” Makymiliana Tchonia

"Coś pomiędzy" - Piotr Woźniak
   - O lekturze świata i ciała kobiety w poezji Piotra Woźniaka z tomu „Coś pomiędzy”

"Przez zamknięte drzwi" - Grażyna Bajer
   - Smak polskiego romantyzmu odczuty na obczyźnie w tomie „Przez zamknięte drzwi” Grażyny Bajer

"Tak jak tutaj" - Piotr Barański
   - „I piszę. Jakbym miał już powód” czyli poszukiwanie nowych dróg dla swojej poezji

"Starość szaf" - Piotr Tomczak
   - Polska miniatura prozatorska. O tomie „Starość szaf” Piotra Tomczaka

"Martwa natura z łapką na osy" - Ryszard Częstochowski
   - Narkotyki, hippisi, poszukiwanie sensu istnienia. O tomie wierszy „Martwa natura z łapką na osy” Ryszarda Częstochowskiego

"Lekkie piosenki" - Piotr Barański
   - Poetyka niby-buntu

"Poziom morza" - Piotr Barański
   - Oszczędność słów i wiersze w pobliżu milczenia

"Nocne południe" - Piotr Barański
   - Poetyka skrótu

"Moja wina" - Damian Sawa
   - Świat zanurzony w ponurości

"Błąd paralaksy" - Tamara Hebes
   - Bez polityki, ekonomii i religii za to przy dźwiękach gotyckiego rocka i Theriona. O poezji Tamary Hebes z tomu „Błąd paralaksy” (2015)

"Stan alfa"- Bartosz Sawicki
   - Lapidarność i enigmatyczność czyli nowa kontynuacja poezji lat 90-tych. O „Stanie alfa” Bartosza Sawickiego

"Zrozumieć życie" Grażyna Bajer
   - Między ziemią a niebem, czyli o tomiku poezji Grażyny Bajer „Zrozumieć życie”.

"Zapisane najgłębiej" - Yolanda Podejma Eloyanne
   - Obcy Paryż. Szkic o tomie wierszy Yolandy Podejmy-Eloyanne pt. „Zapisane najgłębiej”



  STARSZE RECENZJE





Poszerzenie pola resentymentu



Bartłomiej Siwiec to człowiek orkiestra, w jego szerokim literackim asortymencie poezja goni dramat, proza przeplata się z esejem, a on nadal znajduje jeszcze czas na życie, i na grę w szachy na poziomie turniejowym. Autor „Matki i róży” na poetyckiej niwie pokazał się z interesującej strony, choć można było odnieść wrażenie, że jego poezja opiera się na pewnej prozatorskiej kompresji, a nie na czysto językowym formowaniu wersów. Po lekturze „16 schodów” wie się już, że Siwiec należy do bractwa prozatorskiego, i to, co przynależne prozie, jest dla niego naturalne, odpowiada jego falom mózgowym i z niego w potoczysty sposób wypływa.

„16 schodów” to książka, w której główny bohater nadaje ton zdarzeniom. To on sunie niczym rekin przez wody tej historii, rozstawiając inne postaci po kątach i zamiatając świat pod dywan. Ta opowieść o samotnym, złośliwym i starzejącym się asystencie bydgoskiej prokuratury ma coś w sobie z przypowieści, opowiastki oświeceniowej, która mogłaby się nazywać „Przypadłość Stefana Murawskiego”. W odróżnieniu jednak od dydaktycznych tekstów, mających za zadanie przekazanie pewnej idei czy zbioru zasad społeczno-moralnych, „16 schodów” to pozycja niejednoznaczna, która jednak ma ochotę pozostawić czytelnika z przesłaniem czy morałem. Nie jesteśmy samotną wyspą i musimy iść przez rzeczywistość wspólnie, tak można byłoby streścić głęboką ideę tej książki.

Poza społecznym rysem Siwcowej opowieści, czyli opisaną hierarchią w prokuratorskich strukturach, konsekwencjami samotności, portalami randkowymi i próżnym targowiskiem relacji, w „16 schodach” zwraca uwagę silna filozoficzna podbudowa, głównie w postaci często przemycanego Nietzschego i francuskiego egzystencjalizmu. Boskość, zwierzęcość, ubieranie się przez bohatera w piórka dyspozytora woli mocy zdecydowanie trącą naukami niemieckiego filozofa, za to silne zaznaczenie jałowości egzystencji, wizualizowanie świata jako mrocznej głębiny, ale też zwracanie uwagi na nieubłagane konsekwencje naszych działań, od których nie uciekniemy, przywołują na myśl „Mur” Sartre'a. Styl, klimat, struktura fabularna, drobny rys pedagogiczny czynią opowieść Siwca czymś na wzór odnalezionego po latach opowiadania paryskiego myśliciela.

Jeśli wspomnieliśmy już Nietzschego, musimy pod jego egidą przejść do najważniejszego elementu układanki w książce bydgoskiego autora. Do pojęcia resentymentu, sformułowanego właśnie przez legendarnego filozofa. Zmienianie opinii o czymś, czego nie możemy mieć, rekompensowanie sobie swoich braków, ograniczeń, porażek i niemocy poprzez tworzenie iluzorycznych opinii, wartości, ocen, czy podtrzymujących nas na duchu fikcyjnych historyjek. Właśnie taki jest Stefan Murawski, zatruty resentymentem, który pozwala mu przeżyć w korowodzie smutnych, samotnych, wypełnionych alkoholem lat. Potrafi w sprytny sposób zracjonalizować sobie swoje fatalne wybory, zły charakter, indolencję, brak kontaktu z drugim człowiekiem. Aby ratować swoje kruche fantazje, atakuje i mści się na użytkowniczkach lokalnego portalu randkowego.

W tym miejscu musimy sięgnąć do szafy i przywołać kolejnego z Francuzów. Ten jeszcze żyje i w swojej brudnej kurtce przewala się po wietrznym irlandzkim wybrzeżu. „16 schodów” zdecydowanie ma coś z ducha powieści Michela Houellebecqa. Pojawia się samotny bohater z niesatysfakcjonującą go pracą, który wraca do pustego domu i odgrzewa sobie żarcie z supermarketu, wiedząc, że jest wykluczony z seksualnego i społecznego pola gry. Później jednak poprzez nagły zbieg okoliczności poznaje kobietę i kompletnie się zmienia, mięknie, porzuca swoje wydumane nienawistne historyjki, wychodzi z pancerza resentymentu. Oczywiście tylko na chwilę, proza tego typu nie lubi karmić się przesadnym szczęściem i happy endem. Siwiec podobnie jak Houellebecq wydaje się być ostrożny wobec liberalizacji obyczajów społecznych, zwrotu kulturowego po '68 czy pewnych modnych idei, które chcą zmienić człowieka szybciej niż możliwa jest u niego zmiana na poziomie biologicznym, ewolucyjnym. Barbarzyńca w ogrodzie w mózgu ma system reakcji z czasów zbieraczy i łowców, a pod pachą książki poststrukturalistów i neolewicowych inżynierów społecznych. Z tej chaotycznej kombinacji może wyjść wszystko: szczęście, dziwność, a może poczucie życiowego niespełnienia.

Podobne książki często utożsamiane są z materiałami antykobiecymi, i mimo że autor piętnuje na końcu szowinistycznego oseska Murawskiego, wciąż unosi się nad „Schodami” atmosfera męskiej supremacji albo raczej poczucia porażki w wyobrażonej współczesnej bitwie między płciami, co w bohaterze wywołuje złość i wyzwala u niego chęć agresywnej rekompensacji. Grząski to grunt, jeśli weźmiemy pod uwagę ostatnie kulturowe przetasowania, ale Siwiec się nie przejmuje i czyni ze swojego bohatera kogoś na kształt modelowego reprezentanta internetowych promęskich grup, skupionych na przykład wokół idei The Red Pill. Jej członkowie według swojej wyobrażonej idei połykają czerwoną pigułkę i od tego momentu widzą świat w sposób trzeźwy, wskazujący na to, że to kobiety rządzą zasadami gry na seksualnej i prokreacyjnej planszy, i jedynym zadaniem świadomego mężczyzny jest nie dać się im zniewolić. Na przywoływanych często w książce portalach randkowych kobiety, według badań, otrzymują wielokrotnie więcej wiadomości, co potwierdza fakt, że zaledwie 40% mężczyzn wobec 80% kobiet przekazało w historii swoje geny. Według teoretyków The Red Pill trudno o mocniejszy dowód na poparcie tezy, że kobietom jest po prostu łatwiej na tym świecie. Podobne argumenty, niebiorące pod uwagę innych obszarów, na których kobietom nie jest zbyt słodko, mogą być mikrą podstawą do dyskusji na temat współczesnej roli płci, jednak zwykle są to schematyczne myślowo liczmany dalekie od trzeźwości – bo przecież resentyment to ciężki narkotyk, o czym dobrze Siwiec wie, wpuszczając na końcu swojego bohatera Murawskiego w maliny i wyczarowując przed nim pierwsze oświecenie, mówiące o tym, że można żyć z kimś i dla kogoś bez ogłupiającej teoretycznej nakładki, za to z dozą empatii i zrozumienia.

Mira Marcinow, autorka „Historii polskiego szaleństwa”, w wywiadzie dla „Dwutygodnika” zauważyła, że „jeśli istniałyby zaburzenia psychiczne, które można by rozpoznawać u całych narodów, Polska dostałaby diagnozę: narcystyczne zaburzenie osobowości, przedłużona reakcja żałoby i uzależnienie od alkoholu”. Wypisz, wymaluj, opis naszego Stefana Murawskiego, wytrwałego, skupionego tylko na sobie ochlapusa, niepotrafiącego zapomnieć przez kilka dekad o Patrycji, która nie chciała go w liceum. Możliwe, że jest to taki nasz pluszowy, współczesny Obywatel Piszczyk, pomieszany z Adamem Miauczyńskim i bohaterami powieści Krzysztofa Vargi, którzy nienawidzą, plują jadem i mają ochotę zabić każdego, kto je przy nich kanapkę z majonezem w komunikacji publicznej. No, ale przy takiej interpretacji protagonistów książek Houellebecqa także musielibyśmy nazwać polskimi.

Po tym małym grzebaniu w różnych jawnych, utajonych i zmyślonych przestrzeniach symbolicznych „16 schodów”, trzeba po prostu zaznaczyć, że jest to jędrnie, sprawnie i humorystycznie napisana rzecz, która sprawia sporą frajdę czytelniczą, o ile nie przerażają nas oślizgli bohaterowie, zamknięci w życiu jak w klatce, napędzani rozszalałym resentymentem i nienawiścią.

Bartłomiej Siwiec. 16 schodów. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2018

Andrzej Nugat





Codzienność to za mało



Gombrowicz w dzienniku pytał, dlaczego nie mamy pięciuset rąk. Zwolennicy teorii wieloświatów odpowiedzieliby, że pewnie mamy, ale akurat nie w tej rzeczywistości. Każda wyprawa na pola fantazji, w obszary potencjalności jest naturalną ucieczką spod brzytwy Ockhama; kiedy przestaje nas interesować ekonomia dowodzenia, dokładamy w wyobraźni tysiące zmiennych, nowych rozwiązań, nieistniejących bytów. Nie różnimy się pewnie w tym względzie od ludzi z dawnych czasów, którzy gdybali sobie o tym, tworząc swoje historie, że może istnieć coś więcej, coś, co jest niewidzialne na pierwszy rzut oka. System wyobraźni, gdy mózg gatunku już się ugruntował, prawdopodobnie niewiele się zmienił przez wieki, z tą małą różnicą, że fantazji, snów, pomysłów, przebłysków nie uznajemy już automatycznie za prawdę czy objawienie, traktując je bardziej jako źródła poznawczych gier i przyjemności. Wystarczyłoby jednak kilkutygodniowe pełne zanurzenie w myślach, światach wyobrażonych, aby odkleić się od wymagań codzienności i wybiec nago na osiedlowy skwer, przypominając tym samym jakiegoś starożytnego mistyka.

Wyróżnijmy teraz na nasze chwilowe potrzeby dwa typy wyobraźni: wyobraźnię pomniejszającą i powiększającą. Kafkowski robak, w którego zamienił się Gregor Samsa, to zdecydowanie wykwit fantazji ukorzenia się, a wszelcy mitologiczni herosi i komiksowi superbohaterowie muszą być wynikiem marzeń, które chcą więcej. „Przedwieczny” Oskara Wiadernego jawi się jako krzyk ośmielonej wyobraźni, niezgadzającej się na spokojne, zrytualizowane życie w małym miasteczku w Kotlinie Kłodzkiej. Młody autor usiadł w fotelu, podbił stawkę rzeczywistości, krzycząc WIĘCEJ i wszedł na kilka lat do swojej głowy, aby stworzyć fantastyczne uniwersum.

Niełatwo oddać szereg fabularnych zwrotów, retardacji, zapętlających się motywów, które pod koniec „Przedwiecznego” sprytnie się dogrywają. W tej historii o młodym, niezbyt chętnym do nauki w liceum, chłopaku, prowadzonym przez mentora, ducha astralnego, który szepcze mu na ucho tajemnice wszechświata i tajniki głęboko ukrytych mocy, najbardziej uderzają fabularna sprawność i plastyczność zadziwiającego makrokosmosu. Jest to świat wynikający z codzienności, realistycznych obowiązków, sennych noworudzkich poranków, w których pojawia się nagle szczelina, przez którą płyną fantazyjne formuły. Zwykły licealista, Piotr Rey, odkrywa swoje galaktyczne przeznaczenie i wpada w wartki nurt zdarzeń. Od momentu stopienia się bohatera z Astralem, kosmicznym aniołem stróżem, podróże w czasie, magiczne pojedynki, wywoływanie potworów z najdalszych zakątków wszechświata oraz ciągłe rozważania o dobrze i złu pojawiają się prawie na każdej stronie „Przedwiecznego”.

Oskar Wiaderny w swojej pierwszoosobowej narracji prawdopodobnie przemyca sporo z siebie i ktoś mógłby czytać jego książkę jako podrygi wielkościowej fantazji, gdyby nie autorski dystans i swoisty profesjonalizm w podejściu do mechaniki historii. Młody pisarz wie, że bohater nie może dostać wszystkiego od razu, musi mieć swoje lęki, słabości, niedoskonałości i bardzo mocnego przeciwnika. Postać musi przejść swoją drogę i się zmieniać (niekoniecznie na lepsze), a kwestie fabularnej moralności nie mogą zostać schematycznie rozdane. W „Przedwiecznym” pojawia się także sporo fragmentów, które są alegorią współczesnych problemów społeczno-politycznych, niektóre motywy poddane są podwójnemu kodowaniu, które możemy starać się odczytać albo potraktować je po prostu jako część przygód.

Cenna jest w książce noworudzkiego autora troska o wewnętrzną logikę fantastycznego świata, według Lemowskiego przykazania w tym gatunku nic nie powinno dziać się samo z siebie. Autor zdaje się o tym wiedzieć, dbając o odpowiednie wstawki wiedzy, które trzymają nas bez zakłóceń w tym nadprzyrodzonym świecie. Jeśli jesteśmy już przy dużych nazwiskach, trzeba wspomnieć o tym, że w rozdziałach „Przedwiecznego” z podróży w czasie do średniowiecznego zaczarowanego lasu przypomina się Tolkien, przy szaleństwie fabularnych zapętleń Dick, a w innych momentach tysiące komiksów, bajek czy filmów. Tutaj musimy dla rzetelności opisu zwrócić uwagę na kilka fabularnych sztanc w „Przedwiecznym”. Międzynarodowa szajka przestępcza odnaleziona w magazynie w małym miasteczku musi budzić zdziwienie dociekliwego czytelnika, przypominając mu wyimek raczej z pulpowych powieści. Zwracają uwagę także inne popkulturowe prefabrykaty, które jakby odrobinę wystają z rzutkiego materiału powieści. Chciałoby się też w książce Wiadernego większego zróżnicowania języka, ponieważ postaci współczesne, średniowieczne i galaktyczne mówią względnie podobnym do siebie stylem.

Poza tymi nieco frasującymi odbiorcę drobiazgami, które na pewno ulegną transformacji w następnych książkach, dopiero dziewiętnastoletniego, autora, generalnie mamy do czynienia z jędrną fantastyką, plastycznym, bardzo wizualnym, stworzonym z polotem, uniwersum. Wysnuty z podświadomości, ale przecież nie bez planu i namysłu, „Przedwieczny” to rzecz, w którą łatwo wsiąknąć, kolejny jasny punkt na mapie, nie tylko noworudzkiej, literatury.

Oskar Wiaderny. Przedwieczny. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2018

Edmund Czip





Wywar z głowy



Dla niektórych pisarzy ważne są fabularne wolty, inni dogrywają swoje teksty tak, aby każdy szczegół łączył się z innym, a tekst przypominał kostkę Rubika; jeszcze inni skupiają się na języku i lubią przypominać, że to wszystko nieprawda. Są także tacy, dla których język to medium, dzięki któremu mogą oddać najgłębsze nieuświadomione pokłady własne. Ci, dla których ośmielona wyobraźnia jest wyborem pierwszym, naturalnym. Stanisław Florek ze swoim „Miastem bez przystanków” wpisuje się bez trudu do ostatniej grupy, dla niego proza to zdjęcie rentgenowskie lęków, snów, fantazji i przeczuć.

Od pierwszych zdań książki wie się, że nie mamy do czynienia z prozą „robioną”, wytwarzaną fabrycznie, zakrojoną na łatwe znaczenia, oczywisty odbiór. To wejście do domu dziwności, strachu i przyjemności. Bohaterowie zawsze się czegoś boją, wisi nad nimi fatum, w oddali słychać wojnę, a karty przeznaczenia zostały dawno rozdane. Niektórzy próbują uciec od nieuchronnego, inni zapadają się w marzenia lub bezruch, szukają ratunku i odpowiedzi w snach.

Gdy czytamy te opowiadania, przychodzą do głowy Kafka i Musil, atmosfera historii i jej gęstość, falowanie, migotanie wydarzeń i półznaczeń mocno kojarzą się z dwoma niemieckojęzycznymi autorami. Nie jest to prawdopodobnie odtwórcza fascynacja, nawiązanie czy też próba użycia ich idiomów, raczej mamy do czynienia z podobnym konstruktem psychicznym, skłonnością do słuchania podszeptów czasu, wyszukiwania podskórnych sensów. W autorze i jego bohaterach tkwi olbrzymi strach przed wojną, grozą terroru, niebezpieczeństwem, byciem zaszczutym przez inne grupy ludzkie. Przypomina się przykład Romana Polańskiego, którego wyobraźnię ku tworzeniu historii zamkniętych, światów odciętych (ze stałą świadomością czyhającego niebezpieczeństwa) przestawiły wojenne doświadczenia strachu i ukrywania się. Florek sam nie mógł doświadczyć wojennej zawieruchy, ale prawie w każdym tekście spod zdań wypływa genetycznie odziedziczona wojenna niepewność, która objawia się u niego skłonnością do zamykania przestrzeni historii. Inną, może nazbyt śmiałą, interpretacją, mogłoby być stwierdzenie, że autor wziął na siebie, wprowadził do swojego pisania część kolektywnej pamięci Australii, w której mieszka – wyspiarskość, zamknięcie, życie pośród potomków więźniów, ludzi osadzonych.

Miłośnicy prozy konwencjonalnej, w której najważniejsza jest przyczyna i skutek, jasność, klarowność i proste, najbliższe skojarzenia mogą być „Miastem bez przystanków” zafrapowani, nie nadążą za pędzącą wyobraźnią autora i niekonwencjonalnymi rozwiązaniami zdarzeń spod znaku „mechaniki marzeń sennych”. Ludzie ufający znakom, wiedzeni emocją i intuicją, a nie intelektem, będą książką Florka oczarowani, gdyż ta gwarantuje im wejście do intymnego świata, a wręcz do czyjejś głowy, bez żadnych blokad, granic, autorskiej gry czy przesunięć, bez wstydu. Śmierć miesza się erotyzmem i chwilową przyjemnością, dominacja z uległością, wyobraźnia z szybkim uderzeniem kolbą w szczękę. A opowiadania w stylu „Pierwszych lat wojny” (tutaj bohater mieszka z mechaniczną kobietą i mechanicznym psem, a w oddali buzuje wojna) to perełki, których nie powstydziłby się żaden inny autor.

Stan Florek. Miasto bez przystanków. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2016

Andrzej Galera





Narkotyki, hippisi, poszukiwanie sensu istnienia. O tomie wierszy „Martwa natura z łapką na osy” Ryszarda Częstochowskiego


Ryszard Częstochowski, który urodził się w 1957 roku w Bydgoszczy jest doświadczonym autorem o sporym dorobku literackim. Wydał 13 tomików wierszy, teatry grały jego dramaty, także radiowe. Jednakże pierwszy tomik jaki czytałem tego autora pt. „Przebudzeniem jest śmierć” z 2010 roku nie podobał mi się, ponieważ łączył w sobie takie pierwiastki, które według mnie nie stanowiły o sile jego poezji, ale sprowadzały ją w nijakość. Pamiętam z tamtego tomu tyle, że pojawiała się w nim muzyka rockowa, ale tylko jako kult dla młodocianych samobójców, którzy więcej płyt sprzedają po śmierci niż przed, w wierszach pojawiały się różne komplikacje fabularne pomiędzy bohaterami lirycznymi, no i pojawiło się bezkrytyczne wpisanie całego świata wynikającego z wierszy Częstochowskiego w światopogląd religii katolickiej. Nie odmawiałem poecie znajomości warsztatu, oczytania, po prostu książka pod względem ujęć tematów i światopoglądu mi nie podeszła jak to dzieje się z książkami czasami. Niedawno pracowite Mamiko wydało kolejny tomik Częstochowskiego pt. „Martwa natura z łapką na osy”, z którego czwartej strony okładki zaczerpnąłem informacje biograficzne do niniejszej recenzji i jego lektura była o wiele ważniejszym dla mnie doświadczeniem niż poprzedniego, ba nawet śmiało i uczciwie mogę napisać, że to jeden z ciekawszych nowych tomików poetyckich jaki czytałem w ostatnich paru miesiącach.
Nowy tomik Częstochowskiego jest ciekawy pod względem rozpiętości tematycznej: w „Rozsypanych truskawkach” widzimy starszego malarza w jego pracowni, „Człowiek” jest udaną medytacją na temat kondycji ludzkiej na przestrzeni wieków – „człowiek pomyślał że jest też / szatan którym czasami / on się staje”, w „Uczcie gasnącego ognia” widzimy próbę napisania własnego autoportretu. W „Jestem przeciw” mamy opis pobytu w szpitalu psychiatrycznym, opis głodu narkotykowego i doświadczeń erotycznych, które doprowadziły podmiot liryczny do uprzedmiotowienia, wyprania z uczuć, zaś „Koniec sezonu” odnosi się do zlotu hippisów w 1977 roku. W „Losowaniu” za to mamy opis różnych śmierci jak w wyliczance, alfabetycznym spisie, czy leksykonie, gdzie każdy opisywany przypadek znajduje się pod kolejną literą alfabetu.
W tomiku Częstochowskiego znajdujemy także wiersze niby strony z pamiętnika opisujące pobyty w Krakowie i na krakowskim Kazimierzu, nastroje ekologiczne, a w wierszu „Brzoskwinie i pomidory” czytamy o dziadkach poety. Nie wiem jak wcześniejsze tomiki Częstochowskiego, ale najnowszy wydaje się dosyć uczciwy, obok boga pojawia się szatan, co ukazuje bardziej manichejski punkt widzenia, niż stricte katolicki, opisywane doświadczenia wydają się wybuchać swoimi prawdziwymi emocjami, bez poddawania ich obróbce ideowej, bez dystansowania się do nich jak w poprzednim przeze mnie czytanym tomie. W „Przebudzeniem jest śmierć” wszystkie opisywane wydarzenia wydawały się pochodzić z bardzo odległych czasów, w nowym tomiku, mimo odległych dat, czytając wiersze opisujące sytuacje, czy różne zdarzenia, czyta się o nich jakby rozgrywały się całkiem niedawno.
Bardzo ciekawe są wszystkie ślady w poezji Częstochowskiego mówiące o subkulturze hippisowskiej, bo jakby pamięć o niej w polskiej kulturze nieco się zatarła jakby wygodniej było dla władz pokazywać obraz PRL-u oparty na pacyfikacji kopalni Wujek i widoku pustych półek w sklepach w stanie wojennym, niż poszukiwaniach ludzi związanych z różnymi subkulturami, prądami artystycznymi. A hippisów TV pokazuje jedynie, gdzieś tam daleko za oceanem w USA. „Martwa natura z łapką na osy” wydaje mi się też o wiele bardziej bogatsza treściowo niż „Przebudzeniem jest śmierć”, dobrze poeta sobie radzi w wierszach narracyjnych, gdyż mimo epickiego rozmachu wiersze są treściwe, ale nie przegadane. Mimo tego, że tytuł tomu odnosi się do tytułu zbioru esejów Zbigniewa Herberta „Martwa natura z wędzidłem” jakichś nawiązań do jego twórczości nie widzę, gdyż Częstochowski pisze na przekór estetyzmowi i wpisaniu się w tradycję kultury śródziemnomorskiej, której propagatorem był autor „Struny światła”. Jeśli już poezję Ryszarda Częstochowskiego porównać do jakichś szkół poetyckich w Polsce to wydaje mi się najbliższa Nowej Prywatności poszerzonej o doświadczenia wyniesione z turpizmu, oczywiście narracyjność wiersza jest jednym ze stałych elementów poezji po 1989 roku.

Ryszard Częstochowski. Martwa natura z łapką na osy. Nowa Ruda : Mamiko, 2016

Mateusz Wabik





Bez polityki, ekonomii i religii za to przy dźwiękach gotyckiego rocka i Theriona. O poezji Tamary Hebes z tomu „Błąd paralaksy” (2015)


       Nie pamiętam niestety nazwiska autora ukrywającego się pod pseudonimem Tamara Hebes, który ostatnio wydał tom wierszy „Błąd paralaksy” nakładem noworudzkiego wydawnictwa „Mamiko”, ale wiem z dobrze poinformowanego źródła, że mamy do czynienia z pseudonimem i dlatego w dalszej części niniejszego tekstu będę używał raczej słowa „autor”, a nie „autorka” jakby wskazywało imię i nazwisko widniejące na okładce tomiku o czym od razu postanowiłem poinformować potencjalnego czytelnika tego tekstu, bo nie chciałbym pisać, że „autorka to”, czy „owo”, wiedząc więcej niż podano na okładce, a także nie chciałbym używać zbyt często frazy „autor ukrywający się pod pseudonimem Tamara Hebes”.

W zbiorze wierszy „Błąd paralaksy” mamy ponad 80 liryków i garść grafik Agaty Prajel. Wiersze autora „Błędu Paralaksy” wydają się dosyć oryginalną propozycją poetycką, tzn. nie są wyraźnie pisane pod kogoś, czy jakąś szkołę poetycką obecnie często eksploatowaną, ale niekiedy kojarzą mi się z abstrakcyjną mową poetycką Tymoteusza Karpowicza, a niekiedy z późnymi wierszami Macieja Meleckiego przez beznamiętny, chłodny sprawozdawczy ton, styl momentami hermetyczny, momentami konkretny, który zogniskowany jest raczej na obserwowanym świecie zewnętrznym niż stanach emocjonalnych podmiotu lirycznego. Tak jak w przypadku tomów wymienionych autorów, tak w przypadku „Błędu paralaksy” musimy powoli czytać poszczególne wiersze, które wymagają skupienia, gdyż wiersze Tamary Hebes nie należą do najłatwiejszych. W omawianym tomie wierszy można znaleźć jednak utwór, który wydaje się manifestem poetyckim autora i można potraktować go według mnie jako klucz do poetyki autora ze Świdnicy.

Piszę w ten sposób o wierszu „Muszę pamiętać!”, w którym między innymi czytamy „od polityki trzymam się z daleka”, albo „zdążyłem się przekonać, że bez/pieniędzy nie jestem nikomu potrzebny”. Dalej w wierszu podmiot wspomina o unikach czynionych wobec bezdusznych urzędników i ich paragrafów. Podmiot liryczny wiersza podobnie jak wielu autorów z generacji roczników 60-tych, wyraża niechęć do polityki wpływającej na życie społeczne obywateli, ale także idzie trochę dalej i także wygłasza niewiarę w pieniądz. Traktując to wyznanie metonimicznie według zasady pars pro toto („część zamiast całości”), możemy się spodziewać, że jest to wyraz nieufności wobec ekonomii. Także poeta stroni od religii zinstytucjonalizowanej, np. w „Bóg zapłać!”, mamy wizję przyszłości, w której świat religii katolickiej ukazany jest groteskowo. Wg podmiotu lirycznego wiersza kiedyś będzie można „uwalniać się” od grzechów po „promocyjnej cenie”, a msze będą odprawiane dzięki „wsparciu finansowemu emerytów i rencistów”. Ciekawy jest to wiersz, ale nieco brakuje mu momentami klimatu, czegoś co by znacznie uwypukliło groteskę lub wprowadziło jakąś zdecydowanie bluźnierczą wizję, żeby wiersz zyskał jeszcze bardziej na wyrazistości.

Podmiot liryczny „Błędu paralaksy” wybiera eskapistyczne życie, przez co w omawianej poezji dużo mamy obserwacji, głównie stanów pogodowych i krajobrazów ujętych w różne w miarę kunsztowne wersy pełne bogatej metaforyki i innych środków artystycznych. Wraz z podmiotem lirycznym „Błędu paralaksy” wędrujemy po zabytkowym mieście, cmentarzu, na którym „szary kamień ruin przemawia/głosem swojego istnienia” („Fabula gothica”), obserwujemy zachody słońca i zmienne pory roku, rozmyślamy wraz z autorem na temat istoty świata bliskiego człowiekowi, ale któremu na co dzień nie wiele poświęca się czasu i namysłu – czyli np. istoty ciszy, powietrza, ale także snów, które „trzeba śnić uczciwie i dokładnie” („Imperatyw”), poza tym czytamy o relacjach z drugą osobą, postrzeganiu świata.

W omawianym tomie wierszy można także zaobserwować różne motywy i postacie znane z kultury, np. wiersze poświęcone pamięci Zdzisława Beksińskiego. Pierwszy z nich to „Beksiński maluje obraz dla niewidomych”, który nawiązuje do jednego z obrazów nie żyjącego już polskiego malarza współczesnego, drugi zaś „Zamknięte atelier Zdzisława Beksińskiego. Epitafium dla wizjonera” jest – jak wskazuje podtytuł – epitafium. W tomie mamy także wiersz skierowany do Jana Jakuba Kolskiego, w „Skalnym Mieście” nawiązanie do literatury Goethego, w wierszu skierowanym do Jarosława M. Gruzli mamy wspomnienie istotnych cech gotyckiego rocka, a także znajdujemy odnośnik do jednej z płyt szwedzkiego Therion – „Secret Of The Runes”, której niestety nie znam (zespół znam, nawet widziałem na koncercie w Krakowie). Najważniejsze, że te wszystkie nawiązania do malarstwa, muzyki, literatury, których wszystkich nie wymieniłem, nie przesłaniają poezji autora, a te wymienione nawiązania, czy odnośniki kulturowe nie tyle pojawiają się w wierszu jak medal na piersi zasłużonego komunisty, ale rzeczywiście funkcjonują w wierszu i stają się jego istotnymi budulcami. Jako, że kiedyś słuchałem trochę rocka gotyckiego, pamiętam posępnym głosem czytane teksty różnych kapel na antenie radia Alfa w jakiejś audycji o rocku gotyckim w latach 90-tych XX wieku, to klimat książki mi odpowiada i przypomina mi tą audycję, jednakże brakuje mi nieco większej pracy wyobraźni w książce autora ze Świdnicy, bo obserwacje są świetnie przetrawione i przełożone na język poezji. Ale wizyjności, o której pisze na 4-ej stronie okładki Piotr W. Lorkowski nie ma w „Błędzie paralaksy” zbyt wiele, a szczególnie tej porywającej. Ale omawiany tom wierszy, to w miarę udana książka czego autorowi gratuluję.

HEBES Tamara. Błąd paralaksy. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2015
Mateusz Wabik





Cosmo(s)



Poetycki debiut Agaty Wielgołaskiej balansuje pomiędzy myśleniem znanym z kolorowych czasopism, czy stron typu VICE a kosmosem, czyli poezją pisaną i rozumianą po bożemu, w której ma być ładnie, poetycko i interpretowalnie. Autorka zaskakująco i z dużą dozą samozaparcia łapie na gorącym uczynku współczesność, czy raczej ponowoczesność. W "Zaplanowanym nieporozumieniu" wypisaną mamy całą litanię ponowoczesnych spięć, głównie tych tożsamościowych, w których próbuje się odnaleźć czasem wybuchowa, a czasem wyblakła, bohaterka. Postać wrzucona w świat poddany Baudrillardowskiej kopii, z tysiącem rozpoznanych i utowarowionych stylów życia, gdzie nieważna jest myśl, tylko emocja, dyktat czasu teraźniejszego. Egzystencjaliści twierdzili, że świat to absurd, ale mimo wszystko trzeba wziąć odpowiedzialność za swoje czyny. Podmiot liryczny "Zaplanowanego..." upozorowany często na dziewczynkę, także wie, że świat to absurd, ale zupełnie nie ma ochoty brać za cokolwiek odpowiedzialności, skoro świat powielił się tysiąc razy i stał się niedojrzały. Można tylko zatopić się w marzeniu, bo rzeczywistość zawsze przegra z wyobrażaniem. Wielgołaska pokazuje nam kolejne obrazki i niczym Magritte mówi, "to nie jest podróż", "to nie jest Stambuł", "to nie jest miłość". Jej bohaterka, świadoma że rzeczywistość jest zbyt przejrzysta, wybiera ruch, wystrzał, bycie nienażartą. "Tak sobie teraz myślę//że wszystko to bym naraz zżarła//i wypiła". Hurt, pożarcie w całości, pochłonięcie ciała jako jedyne sposoby na dotknięcie wymykającej się realności.

Z zaplanowanych nieporozumień podsuwanych przez autorkę mniej ważne wydają się nieporozumienia na planie uniwersalnym (ogólnoludzkim) oraz na płaszczyźnie nadania i odbioru - autora i czytelnika. Wielgołaska skupia się na rozpoznaniu nieporozumień damsko-męskich oraz kłopotów w komunikacji międzykulturowej. Kontakty międzypłciowe porównuje do przygotowywania posiłku, otwierania drzwi, sytuacji planetarnej, układania puzzli. Relacje tu są szybkie, nietrwałe, aktorzy związków to dzieciaki, które nie chcą się do siebie przywiązywać. "Ja wiem, że pana nie interesują już inni ludzie", "Zwykle wszystko układa się po jakichś innych myślach". Przeważa niechęć i brak zainteresowania sobą, sprytniejszy wygrywa uczuciową przepychankę.

Opis wkraczania w nową rzeczywistość kulturową, choć niewolny od prostych dychotomii wschód-zachód, północ-południe, zrealizowany jest ciekawiej. Nie ma w nim typowego psioczenia na zaściankowość miejsca, które się opuszcza. Istnieje nawet drobny sentyment – nie jednak do katolicyzmu czy monogamii, ale do polskiego dzieciństwa, przygotowywania przetworów na zimę. Czytelnik właściwie nie wie, dlaczego planująca nieporozumienie się przemieszcza. Od czasu do czasu ma się wrażenie, że niczym Levi Strauss nienawidzi podróży i podróżników. Wydaje się sądzić, że wszędzie może być dobrze lub źle, a Bliski Wschód wybiera przez przypadek lub gnana chwilową fascynacją. Często zainteresowana jest możliwą samodeprecjacją, która mogłaby wyniknąć ze zderzenia kulturowego. Chciałaby być ośmieszona przez orientalizm, sprowadzona na ziemię, skoro po przekroczeniu rzeki nie jest ani swoja, ani ich, ani niczyja. A wszystko to, "pogmatwam bardziej do której tam potęgi". Poprzez zdobytą wiedzą i myślenia zbyt wielowątkowe, czeka ją tylko przyszłość i przeszłość, a "czas pomiędzy jakoś tam zleci".

Na gruncie stylistycznym w "Zaplanowanym..." zwracają uwagę przesunięcia w powiedzeniach i frazeologizmach (kości zostały strawione). "Wiersz na diecie" to koronny przykład wykorzystania tego stylu, zbudowany w całości na zamyśle gry z usankcjonowanymi społecznie zbitkami wyrazowymi.

W debiutanckim tomiku Agaty Wielgołaskiej, który dla niektórych będzie zbyt Cosmo, dla niektórych odpowiedni wyważony, a jeszcze dla innych zbyt poetycki, najbardziej zwracają uwagę aktualność i świeża, szczera krytyka "teraz", a przy okazji radosne zanurzanie się we współczesnej, skopiowanej rzeczywistości. Każdy może przejrzeć się w przygotowanym przez Wielgołaskę lustrze-poradniku, zastanawiając się, czy w tym tygodniu warto odpuścić ćwiczenia, przedstawić się jako windsurfer czy może tylko trzykrotnie zrobić zdjęcie makaronu i wina.

WIELGOŁASKA Agata. Zaplanowane nieporozumienie. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2016

Andrzej Bezpieczny





Proste historie



Wystarczy przeczytać kilkanaście wywiadów z pisarzami albo wejść na forum adeptów pisania, aby mieć gotową listę powodów rozpoczęcia przez zainteresowanych klepania w klawisze. Na przykład Faulkner rozpoczął, bo długo przyglądał się Sherwoodowi Andersonowi, starszemu koledze po piórze, który prowadził bardzo łatwe, proste i nieskomplikowane życie. Jeśli pisanie ma polegać na piciu i włóczeniu się, wchodzę w to, powiedział późniejszy Noblista. Inni zaczynają, bo czują, że po prostu muszą wyrzucić z siebie coś, co w nich puchło, narastało, fermentowało. Może wtedy dojść do łatwego wypluwania doświadczeń, łatwej konfesyjności lub wejścia w gotowe, najczęściej przemetaforyzowane, sposoby tworzenia. Zdecydowanie nie jest to przypadek Barbary Korty-Wyrzyckiej, która mimo że konfesyjność stosuje, wie, że literatura potrzebuje odpowiedniego przerobienia doświadczeń, zastosowania zmiennych soczewek i ognisk światła.

„Kółko konsekrowanych wdów” podzielone jest na dwie części, zaczynamy od dłuższych opowiadań, a kończymy krótkimi impresjami, miniaturami na kilka stron. Tytułowa historia to barwna relacja z pielgrzymki do Medjugorje. W „Darowiźnie” znów przemieszczamy się na Bałkany, aby tym razem obdarować fundacje dla narkotycznych rekonwalescentów. „Toda” jest opowieścią o walce z przeszłością przez wspólną sąsiedzką pracę. „Bezdomni kochankowie” to historia o pewnych starczych powidokach, pisana z przymrużeniem oka, zaś „Trzy pióra” to wyprawa w całkiem inne rejony: harcerstwo, las, młodość walcząca z przeciwnościami, klimat Bahdaja. W miniaturach realność powoli ustępuje fantazji, autorka zaczyna się przekomarzać z rzeczywistością, zabarwiając świat groteską i zjawiskami, które nie mają prawa się wydarzyć.

Historie Wyrzyckiej posiadają kilka punktów wspólnych. Czytelnik wyczuwa, że za fabułami stoją zdarzenia, które prawdopodobnie się wydarzyły i jest zadowolony, że autorka dba o odbiorcę, przygotowując pole czytelniczych zabaw, a nie łzawe kawałki, uczuciowe szantaże, służące zwykle tylko emocjonalności autora. Bohaterki opowiadań mierzą się z nieułożoną przeszłością, traumatycznymi doświadczeniami, wyrzutami sumienia, niepodjętymi działaniami, brakiem woli, niemożnością czynu. Fabuła służy im jako forma oczyszczenia, uwolnienia się, uładzenia, zapomnienia o przeszłości. Postaci przechodzą pewną drogę, aby coś zrozumieć, wywołać w sobie zmianę, przejść metamorfozę. Wyrzycka, opierając się na łańcuchach doświadczeń z własnego życia i doskonale rozumiejąc zbiór klasycznych motywów, przyciągających odbiorców do gawędy, tworzy uniwersalne, namacalne historie, w których bardzo łatwo się odnaleźć. Kreowanie bohaterów, z którymi czytelnik się łączy, scala, kibicuje im lub ich nie lubi, nie jest wcale takie proste, a autorce „Wdów...” przychodzi to ze sporą lekkością. Często przy lekturze przypominają się amerykańskie komediodramaty z lat 50. lub 60., w których zawsze historia była przedstawiona klarownie, postaci świetnie i wyraźnie narysowane, konflikt zrozumiały i przyciągający do ekranu. „Garsoniera”, „Bulwar zachodzącego słońca” czy inne dokonania Billego Wildera przychodzą na myśl, gdy przemieszczamy się po świecie przedstawionym wraz z bohaterami „Kółka konsekrowanych wdów”.

Mówi się, że mężczyźni są obserwatorami, ważny jest dla nich zmysł wzroku, jednak autorka tworząc niezwykle wizualne spektakle, świetnie oddając fenomeny przyrody, zdecydowanie tę prostolinijną teorię zaburza. Świat przez Wyrzycką jest przede wszystkim widziany, obserwowany, podglądany, a obrazy wkradające się przez obiektyw oka, błonę w okolicach serca wywołują w bohaterach przemiany, które autorka z dużą wprawą opatruje słowami.

Swojskość, naturalność, potoczystość, pozytywna łatwość odbioru to synonimy „Kółka konsekrowanych wdów”, zbioru, który stawia przede wszystkim na czytelniczą przyjemność, możliwość grania z bohaterami w jednej drużynie, a przez to, że przeniknięty jest wiarygodnym doświadczeniem, staje się ciekawszy niż typowe eksperymentalne gry. Opowiadania dłuższe, czyli pierwsza część książka, robią większe wrażenie, choć dla wielu może właśnie końcowe miniatury będą bardziej interesującym doznaniem.



Barbara Korta-Wyrzycka. Kółko konsekrowanych wdów. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2017


Andrzej Romar





Lekcja z empatii



Pierwsze, co uderza przy lekturze „Instrukcji zabicia ptaka”, to poczucie mnogości rzeczywistości. Bartłomiej Siwiec testuje elastyczność formy tomiku poetyckiego, wrzucając w jego ramy narracje o nieważnych, zapomnianych mieszkańcach współczesności, historie o holocauście, opowieści wojenne naznaczone chaosem, absurdem i niesprawiedliwością, wspomnienia własne z czasów dzieciństwa i dorastania oraz namysł nad środowiskiem poetyckim skonstatowany wersami: „prawdziwych poetów//już nie ma//są za to małe//oślizgłe robaczki”. Wydawać by się mogło, że są to wersy bohatera kierującego się resentymentem i poczuciem środowiskowej krzywdy, nic jednak bardziej mylnego, on po prostu bardzo wierzy w poezję. Podmiot liryczny, krystalizujący się z wielogłosu „Instrukcji”, jest przepełniony odrazą w stosunku do zła i instynktowną miłością do świata. Nie jest to „niuejdżowa” miłość, ale raczej ta oparta na wierze w zasady, bycie przyzwoitym i w grę fair play. Autor jest szachistą i szachy służą mu w jednym wierszu do złożenia samokrytyki, przez którą trzeba przejść, aby mieć prawo do piętnowania wad ludzi i świata. Jednak miłośnicy królewskiej gry mogą być nieukontentowani, bowiem „Instrukcja” nie jest poetycką próbą oddania mechaniki szachów lub emocji związanych z grą na wyższym poziomie. Nie jest to wejście w świat obsesji spod znaku Bobbiego Fischera czy „Obrony Łużyna” Nabokova, w której zdania i konstrukcje fabularne miały imitować ruch pionków na szachownicy.

Zastanawiający jest tytułowy ptak i związana z nim metafora, która spaja cały tomik. Mam wrażenie, że symboliczny ptak, którego można zabić, mając do tego prawo i instrukcję, przypomina sytuację homo sacera. Według Siwca poprzez rozluźnienie zasad oraz niegodziwość panujących i całych społeczności, niektórzy są skazani na zagładę. Autor opowiada o tych, którzy nie żyli już za życia, umarli, zginęli albo zginą za kilka chwil. Stuprocentową esencją zła był holocaust, wielki mord dokonany z chirurgiczną precyzją, według ścisłych zasad i instrukcji. Przywoływanie największej zagłady ma wywoływać w czytelniku emocje, ale także wskazywać na to, że zło, opisane w innych fragmentach tomiku, jest kontynuowane i tylko dla niepoznaki przebrało się w bardziej ludzki strój. Pamięć o holocauście tkwi głęboko w autorze, który zdaje się twierdzić, że skoro nie można pisać po zagładzie, to powinno się chociaż próbować pisać, zaczynając od holocaustu, bo nie może go w pisaniu zabraknąć. Jakąś małą próbą odwrócenia morderczych tendencji ludzkości może być indywidualny akt nieposłuszeństwa wobec zła i krętactwa, przyrzeczenie przyzwoitości. Moralny świat „Instrukcji zabicia ptaka” przypomina empatyczną naukę płynącą z amerykańskiej lektury szkolnej pt. „Zabić drozda”. Momentami podmiot liryczny jest zbyt idealistyczny, formułuje odezwy przeciwko złu i niesprawiedliwości, ewokując stan mentalny człowieka przed wejściem w uniformizujący cyniczny świat. Nawoływań ku dobru jednak nigdy za wiele, więc te opowieści o źle potraktowanych śmieciarzach czy bezdomnych są, moim zdaniem, bardzo potrzebne. Całość podana jest z niezwykłą prostotą, Siwiec buduje klarowne historie i obrazy, często sięgając po rytm ulicznej przyśpiewki, który łamie się, znika, aby za chwilę znów się pojawiać w czystej lub specjalnie połamanej formie.

Siwiec z tematów używanych często w poezji stwarza swój własny idiom, żywiący się znaczeniami, które pojawiają się na styku opisywanych rzeczywistości. Mnogość tematyczna nie sprawia wrażenia chaosu, ale pozwala pozorną prostotę nasycić czymś większym i ważnym, emocjami, możliwością zadania sobie kilku pytań. „Instrukcja zabicia ptaka” to mała lekcja z empatii.

Siwiec Bartłomiej. Instrukcja zabicia ptaka. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2016



Andrzej Nugat





Polska miniatura prozatorska. O tomie „Starość szaf” Piotra Tomczaka


„Starość szaf” to druga książka Piotr Tomczaka. Wcześniejszą był tom wierszy „Miłość, miłość, zapałki, książki i i ikra”, za którą autor dostał wyróżnienie w 2014 roku podczas X Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego „Złoty Środek Poezji” w Kutnie za najlepszy debiut książkowy roku 2013. Tom wierszy Tomczaka odznaczał się kunsztownością i onirycznością wzorowaną niekiedy na poetyce prozy Brunona Schulza. Nowa książka Tomczaka jest trudniejsza w klasyfikacji, gdyż wszystkie teksty zapisane są jak proza bez podziału na wersy. Jednakże obszernością książka Tomczaka przypomina raczej tomik wierszy niż zbiór opowiadań – ma zaledwie 30 stron. Z początku teksty Tomczaka czytałem jako prozę poetycką, ale zauważyłem, ze można je czytać też jako miniatury prozatorskie. Na pewno rozstrzygnięcie tego czym są teksty Tomczaka jest ważne dla opisu jego twórczości, jednakże nie jest to taka prosta sprawa, gdyż o ile w polskiej literaturze mamy sporo poematów prozą, prozy poetyckiej, to z rzadka ma się do czynienia z miniaturami prozatorskimi, mniejszymi niż nowele takimi jakie np. w literaturze niemieckiej pozostawił po sobie Franz Kafka. Taka właściwa kwalifikacja tekstów Tomczaka z „Starości szaf” musiałaby zostać poparta skrupulatnym badaniem, dowodzeniem, wywodami na konferencjach co nie jest w gestii recenzenta, czy krytyka, który opisuje nowości wydawnicze pod kątem własnych gustów i próby zainteresowania czytelników własnymi doświadczeniami lekturowymi.

Na użytek tej recenzji będę się posługiwał określeniem „miniatury prozatorskie” odnośnie tekstów Tomczaka, a trafność tego rozpoznania pozostawiam badaczom literatury współczesnej. Od pierwszego zdania do ostatniego teksty Tomczaka odznaczają się tym, że autor wprowadza nas w tajemniczy klimat. To co czytamy ma swój, leniwy rytm, a nastrój w jaki nas wprowadza autor to coś pomiędzy wspominaniem, a poszukiwaniem. W tekście „Starość szaf” czytamy o przeprowadzce i przenoszeniu mebli do nowego mieszkania, w „Niechlujstwie” o przygotowaniach do remontu. Zdarzenia z przeszłości, o których mówi narrator to wygranie jakiegoś konkursu na wiersz, wspomina także dawne miłości („Dziewczyna”), poszukiwanie ideału. Przygotowania do remontu i wspominanie dziewczyn z dawnych lat prowadzą narratora w kolejnych tekstach do namysłów na różne tematy jak np. istota inspiracji („Inspiracja”): „Inspiracja jest jednak pożądana, nawet ta chwilowa, nawet ta egzogenna, tak mało jest czynników animujących!”. W „Podstarzałości” narrator medytuje w stylu przypominającym bohatera wierszy Zbigniewa Herberta pana Cogito, na temat starości, w innych tekstach narrator rozmyśla o matematyce i przyrodzie.
Dużą zaletą tomu próz Tomczaka jest niedookreślenie miejsca akcji, jest to albo Paryżem, albo miasto z kopalnią o tej nazwie. W internecie sprawdziłem, że kopalnia o tej nazwie istniała do 1995 roku w Dąbrowie Górniczej. Klimatem i poczuciem wyobcowania niekiedy proza Tomczaka przypomina „Śmierć w starych dekoracjach” Tadeusza Różewicza. Także powiązanie wspomnień dawnych miłości, z remontem, a przechadzek po mieście z rozmyślaniem na różne tematy pokazuje pewien styl w prozie, który dzisiaj nie ma zbyt wielu swoich czytelników, chodzi mi o prozę artystyczną, po którą sięga Andrzej Sosnowski i niewielu autorów w Polsce. Na pewno ów topos wędrówki po mieście odsyła do „Ulissesa” Jamesa Joyce’a, ale nie jest to jedyne i najważniejsze odniesienie prozy Tomczaka. Jedynym małym mankamentem prozy z „Starych szaf” jest to, że jednak nie wynosi czytelnika poza skojarzenia z tekstami Herberta i Różewicza, że klimat i styl dywagacji na różne tematy ma jednak w polskiej prozie poważnych reprezentantów i poza tym brakiem dookreślenia miejsca akcji, niewiele ta kunsztownie zrobiona proza wnosi do literatury polskiej. Ale patrząc na książki Tomczaka, obie przynoszą do polskiej literatury postawę wyobcowanego, samotnego intelektualisty, który za arenę swoich wędrówek wybiera rozpadające się dzielnice miast, noszące znamię starości niż ucieczkę w kierunku natury, wsi, kultury chłopskiej. Nie ma w tekstach Tomczaka dramatu wyobcowania jaki zdarza się w co 3-im tomie wierszy debiutującego poety, samotność Tomczaka wydaje się dostojna, wyważona i przemyślana jako koncepcja egzytencjalna, a nie eskapizm. Co prawda Tomczak to nie jest już autor bardzo młody, ale dość późno debiutujący książką. Jest obecny od lat w pejzażu polskiej literatury, ale jako autor wierszy w czasopismach i pokonkursowych almanachach. Według mnie obie jego książki powinny się wcześniej ukazać, 10-15 lat temu. W przestrzeni dyskusji jakie rozgrywały się wówczas w polskiej literaturze, na pewno byłby dosyć solidnym punktem odniesienia, a dziś jak wielu autorów jego rówieśników nie wydawanych przez WAB, WL, czy Biuro Literackie jest skazany na mniejsze zainteresowanie jego literaturą, co oczywiście nie jest przekreśleniem ważności jego działalności pisarskiej.

Piotr Tomczak. Starość szaf. Nowa Ruda : Mamiko, 2016
Mateusz Wabik





PIOTR BARAŃSKI - „POETA OSOBNY”


Sylwetka twórcza trzydziestoletniego prawnika z Warszawy, uprawiającego poezję z potrzeby
ducha i dla refleksyjnej przyjemności, jest z kilku powodów interesująca. Po pierwsze młodego
twórcę cechuje poczucie humoru rodzące się z intelektualnego dystansu do samego siebie, przedstawionego świata i Istoty Transcendentnej.

Najnowszy zbiór jego miniatur poetyckich opatrzony tytułem „Znowu”, ukazał się w 2016 roku, wydany przez noworudzką oficynę „Mamiko” , oznaczoną symbolem liry. By zrozumieć sens
tytułu tomiku, należy sięgnąć do wcześniejszego dorobku poetyckiego artysty i jego opinii o sobie
samym. Piotr Barański wydał zbiory wierszy, które uważa za znaczące dla jego drogi twórczej:
„Nocne południe”, „Poziom morza”, „Lekkie piosenki”, „Tak jak tutaj”. Po każdej publikacji odczuwał niedosyt i nie szczędził sobie samemu słów krytyki. Obiecywał, że zakończy pisanie
wierszy, ale wewnętrzne pragnienie nie pozwalało mu zamilknąć. I tak powstał tomik „Znowu”,
który wyrósł z potrzeby wypowiedzenia się językiem poetyckim kolejny raz. Poeta komentuje ten fakt z dużą dozą autoironii; twierdząc, że miał się poprawić, a tymczasem znowu napisał
trzydzieści liryków. Zaprzecza, jakoby miała to być postawa kokieteryjna wobec czytelników
i krytyki literackiej, a może właśnie tak jest, bo poetyckie miniaturki zawarte w tomiku „Znowu”
prezentują dobry poziom współczesnej poezji, zarówno pod względem treści, jak i języka oraz
szeroko rozumianej formy.

Większość zebranych tu tekstów ma charakter autotematyczny. Jest to poezja o poezji:
o impulsie prowadzącym do procesu twórczego, kojarzonym z bożą iskrą talentu, którym
Wszechmocny obdarzył poetę, o interpretowaniu sztuki z innych dziedzin niż poezja,
o charakterze metafor, o tzw. „parawierszach”, o źródłach i celach, które inspirują poetów do pisania.

Poetyckie miniaturki w tomiku „Znowu” są często inspirowane motywami biblijnymi
i nurtującą artystę kwestią istnienia, czy nieistnienia Boga. Do tej grupy można zaliczyć teksty:
„Krągłości”, „Kana” ( oczywiście galilejska), „Zbyt religijnie”, „Mechanizm”, „Katowicka”,
„Do tablicy”. Poetę inspiruje także samo życie: jego strona biologiczna i najbliższe otoczenie,
człowiek i materia. Ponieważ ten typ liryki przypomina mi poetycką twórczość Mirona
Białoszewskiego, użyłam w tytule eseju określenia „poeta osobny”, używanego wobec twórcy
„Karuzeli z madonnami”.

Piotr Barański oprócz metaforyki, często posługuje się paradoksem, pozwalającym czytelnikowi
na rozbudzenie refleksyjnej interakcji i zrozumienie wspomnianego wyżej dystansu poety
do człowieka, świata i Boga.

Wiersze Piotra Barańskiego to wartościowa poezja, więc zwracam się do autora z apelem:
„Panie Piotrze! Proszę na przestawać tworzyć i przygotować kolejny zbiór wierszy. Czytając Pana
teksty, czujemy się lepsi, mądrzejsi i bogatsi duchowo”.

Barański Piotr. Znowu. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko,2016

Sabina Skowron





28 przyjemnych historii




W książce „Powiedz mi swoje imię” Mariola Mikołajczak opowiadała historie z bułgarskich Rodopów. W „Bałkańskim szkicowniku” jej zainteresowania rozszerzają się, fabuły krótkich historii anektują kolejne krainy i kraje. Przemierzamy starymi autobusami, busami, pociągami i zdezelowanymi autami Albanię, Macedonię, Czarnogórę, Kosowo, Serbię, Turcję i znów Bułgarię. To właśnie ten kraj oraz Turcja wydają się narratorce najbliższe, opowiada o nich najcieplej, sprawiają wrażenie krain chaotycznie uporządkowanych, wybranych, wartych szacunku i odwiedzenia; chociaż autorka od czasu do czasu wbija Bułgarii szpilki, głównie w kwestii utraty wielowiekowego charakteru oraz zbyt mocnego włączenia się kraju w kapitalistyczny taniec. W całym „Bałkańskim szkicowniku” unosi się przyjemne, wcale nieckliwe, wspominanie „bardziej prawdziwej” przeszłości, która była niedawno tuż za rogiem, w na poły mitycznych, owianych burym kurzem, latach 90-tych. Czasem bohaterka traci idealistyczną niewinność, obserwując zniszczone cerkwie, na miejscu których wyrastają apartamentowce, lub średniowieczne freski zamalowane lateksową białą farbą.

Mimo że narratorka opowieści nie jest skupiona na oddawaniu swoich myśli i odczuć, chowając się za światem, który relacjonuje, jest interesująca – może właśnie przez skromność, bezpretensjonalność i wycofanie się z przesadnego manifestowania swojego ja. Często wypowiadająca się w pierwszej osobie, choć czasem przedstawiana w trzeciej, nastawiona jest na relacjonowanie świata, rysowanie go na użytek odbiorcy. Zastanawiające jest, gdzie kończy się w „Bałkańskim szkicowniku” prawda, a rozpoczyna fikcja; gdzie zmyślenie znów staje się prawdziwą historią. Narratorka-bohaterka wydaje się być jedną osobą, bliską autorce. Wiemy o niej tyle, że zajmuje się pracą na uczelni, pali papierosy, nie lubi być bezradna, nie lubi zabijania zwierząt oraz testów z gotowymi odpowiedziami, a wszystko, co dla niej najlepsze, zaczęło się w Płowdiwie. I tu mógłbym zaryzykować tezę, że Mariola Mikołajczak spisywała historie prawdziwe w pierwszej osobie, a te mniej realne, wyobrażone czy metaforyczne w trzeciej, przekazując bohaterce swoje cechy i myśli o świecie.

Głównym plusem tej książki jest odpowiednie wyważenie historii. Nie mamy suchych naukowych wywodów lub blogopodobnych trywialnych opowiastek turystycznych. Autorka sprytnie, w duchu swojskiego opowiadacza o ludzkim podejściu, łączy powagę ze śmiechem, smutek z nadzieją, wysokie tematy z krótkimi codziennymi anegdotami. Czytelnik może rozgościć się w rozpisanych na rozdziały Bałkanach, dowiedzieć się czegoś o tamtym świecie, zasmucić się i zaśmiać. Jeśli najważniejszym zadaniem literatury jest jej możliwość wpływania na myśli, decyzje i zainteresowania ludzi, Mariola Mikołajczak spisała się na medal. Czytelnik chce odwiedzić miejsca oddane z czułością i polotem przez autorkę. Ma ochotę odkryć klasztory ukryte w wysokich górach, cerkwie, zapomnianych rękodzielników ludowych, Jezioro Ochrydzkie czy Stambuł, aby zderzyć świat ze „Szkicownika” z własnymi przygodami. Autorka jednak w jednej z opowieści o greckich Salonikach mówi z żalem, że zapatrywania, mity, marzenia, obrazy wyjęte ze źródeł i zderzone z własnym wejściem w świat bardzo często bledną i wywołują w nas niechęć i odczucie bycia oszukanym. Może więc warto przeżyć swoją własną bałkańską historię?

Mikołajczak Mariola. Bałkański szkicownik. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2016


Andrzej Mus





Zimno, ciepło, ciepło, cieplej



Zofii Mikule udało się ze smakiem i sprytem zmieścić w ramach pięćdziesięciu stron rozgrzaną poezję barową, kolaż uczuć, groźne przebłyski z dzieciństwa i tajemniczą postać/metaforę Alafufu, który podąża niczym cień za podmiotem lirycznym. Aby odpowiednio oddać proporcje tematyczne tomiku, musimy wprowadzić gradację, hierarchię motywów. Konikiem wydaje się być tutaj mimo wszystko „ćmi-baryzm”, rozciągnięty słodko-gorzki romans, emocje i uczucia wysokich temperatur, duch często przywoływanego w cytatach Bukowskiego. Poezja jest o uczuciach, tylko o uczuciach, zdaje się mówić Mikuła, podając czytelnikowi kolejne sceny, przypominające amerykański romans lub musical z lat 50. Powolne przejście z czerni i bieli na kolor, uliczki oblane światłem neonów, mężczyzna w płaszczu, kobieta w czerwonej sukience. Papierosy, popielniczka, kieliszki, pończochy, świt za firankami, jazz, miasto i miłość. Tematycznie tomik Mikuły bywa komedio-dramatem romantycznym, jednak przez nietuzinkowość języka, odejście od językowych zastanych formuł mówienia o uczuciach, pojawia się głębsza, ciekawsza, wielopłaszczyznowa, bardziej migotliwa rzeczywistość. Nie amerykańskie komedyjki romantyczne nastawione na zysk, a raczej Antonioni czy Bergman i odkrywanie tego, co nienazywalne.

We fragmentach spod znaku „baru i bruku” Mikuła stara się przyłapać życie na gorącym uczynku, kiedy ważne jest tylko czyste doświadczenie sprzed momentu wytwarzania się opowieści, oblekania ich w znaczenia. Autorka opowiada językiem o chwilach sprzed obróbki językowej, gdy do głosu dochodzą wszystkie pozajęzykowe elementy ciała i percepcji, a język jest jeszcze uśpiony w swojej skorupie, nie wystawia głowy zza rogu.

Interesujący jest kobiecy podmiot liryczny w „Alafufu”, który z rozkoszą celebruje swoją kobiecość. Prawdziwa ćma barowa, ale nie spod znaku femme fatale, raczej kobiety, która poddaje się męskiemu pierwiastkowi, męskiej sile. Bohaterka czerpie przyjemność z powolnego zatapiania się, bycia uwodzoną i nie chce w żaden sposób dekonstruować klasycznych zasad uczuciowej gry. Być kobietą, a przy okazji bez stresu wkraczać w rzeczywistość społecznych wyobrażeń o kobiecości. Z radością korzystać z całego dopisanego sztafażu, być kobietą razy dwa, czy może nawet razy trzy, „jestem kobietą och jak bardzo nią jestem”, pisze w jednym z wersów autorka.

Gdy kończą się fragmenty o zapomnianych kochankach w zapomnianych pokojach, relacjonowane przez wyjątkowo kochliwy podmiot liryczny, na kartach tomiku zjawia się dzieciństwo. Wcale nie słoneczne i sielankowe. Jest to dzieciństwo naznaczone traumą i poczuciem bycia zagrożonym. Nad dzieciństwem wisi klątwa tajemniczego Alafufu. Czym lub kim może on być? W każdym mieście i miasteczku był stary człowiek, który chodził w płaszczach, miał koty lub psy albo karmił ptaki. Dzieci bardzo się go bały, mimo że nie był złym człowiekiem. Choć może Alafufu to nie człowiek, a model idealnej postaci, którą możemy spotkać u różnych ludzi tylko fragmentarycznie. Forma poetyckiego zbawienia, doskonały niewyrażalny moment, wyjście z ciała, czyhające (nie)cielesne niebezpieczeństwo. Może to pewnego rodzaju głód wielkości, który nigdy nie może zostać zaspokojony. Albo wzór, który nosimy w sobie i chcemy w komunikatywny sposób przekazać go słowem, obrazem czy dźwiękiem. Możliwe także, że to coś, co nie daje nam spokoju, pewne niewyrażalne natchnienie, które powoli się zbiera, nabiera masy i objętości niczym puszczona kiedyś w ruch kulka śnieżna. Często jednak Alafufu kojarzy się czymś materialnym, wskrzeszoną energią, duchem, który towarzyszy nam bez słowa. Złem, które wystawia łapę na dzieciństwo, pewnie wcale nie chcąc źle. Dziecinny ogląd mnoży cienie i dziwne bierze za straszne, niezrozumiałe za śmiertelne. Niezależnie jak zinterpretujemy mnogą alafufowską metaforę, autorce udało się sprytnie wpleść ją w skórę tomiku, uzyskując tym samym spójność i rozszerzając możliwości znaczeniowe książki.

Tomik kończy się opowieściami o dogasaniu postaci, powolnym odchodzeniu. Po żarze zostają wspomnienia i kupka popiołu. Przy końcu zawsze wspomina się o początku. Do pewnego momentu w życiu kumuluje się zdarzenia i odczucia, potem się już tylko wspomina. Tak też kończy się ten nieduży tomiczek, głębokim westchnieniem nad zasadami egzystencji i przemijaniem.

Zofia Mikuła trzyma liryzm na wodzy. Wie, kiedy podać w koszyku czysty obraz, kiedy posłodzić, kiedy poszarpać końcówki, a kiedy zalać je złotem. Język jest niezwykle wyważony, klarowny, naturalny, nieposzukujący awangardowych, często nietrafionych, rozwiązań. „Nie goń mnie Alafufu” to tomik bardzo zgrabny, bardzo jędrny. Prawdopodobnie długo wygrzewany, głaskany, przycinany, formowany. Dużą sztuką byłoby znalezienie niepotrzebnych wersów, nitek, które wystają z materiału. Zaskakują: swojskość, ponadczasowość, uniwersalność i przetłumaczalność „Alafufu”. Tak prawdopodobnie powinna wyglądać poezja, która ma ochotę nawiązać prawdziwy kontakt z drugim człowiekiem.

Zofia Mikuła. Nie goń mnie Alafufu. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2017

Andrzej Konik





Świat zanurzony w ponurości


Tom wierszy „Moja wina” to druga książka poetycka w dorobku Damiana Sawy. Wiersze poeta pochodzący z Bieszczadów układa ze smutku, rozterek, bylejakości rzeczywistości w jakiej przyszło mu egzystować, pisze na przekór światu. W omawianym tomiku oprócz głównego głosu lirycznego słyszy się kilka podmiotów lirycznych, jest także spore grono bohaterów lirycznych, którzy w podobny sposób odczuwają i postrzegają świat. A jest on ponury i nie wypada w nim być lirykiem, gdyż poeta to „pierdolony świr” jak czytamy w ósmym wierszu pierwszej części tomiku czyli w wierszu „(8”. Dla Sawy ważne są uczucia, przede wszystkim miłość, jednak postrzega to uczucie jako niebezpieczne. W „Mojej winie” sporo jest także wierszy o śmierci, czy to samobójczej przez powieszenie na drzewie jakiegoś rówieśnika (prawdopodobnie, bo nie jest to doprecyzowane), czy matki. Poeta czasami wybiega w kierunku filozofii, rozmyśla o sensie życia, a cytaty z modlitw wplecione do kilku wierszy przynoszą nastrój kompletnego zatracenia i poczucia absurdalności istnienia. W takim świecie bohaterowie wierszy Sawy mają sny np. o Stanach Zjednoczonych, czy marzenia o złożeniu samolotu i odbyciu nim podróży.

Wiersze Sawy wpisują się w pesymistyczny nastrój jego generacji, która jest postrzegana jest przez starszych Polaków jako beznadziejna. Na przykład starsza pacjentka szpitala w jednym wierszu „15) sala 56.” stwierdza zatrzymując się przy łóżku młodego pacjenta: „Jesteście nie do życia, w sumie to patrzę na was i mam wrażenie że do niczego się nie nadajecie”. Jednak czasem w tomiku, widać pewien gest poetycki, który ledwie prześwituje przez wiersze, że ten mroczny nastrój książki to także robota poetycka, bo widoczna jest selekcja tematów, przykrojenie książki do pewnej atmosfery. Damian Sawa posługuje się momentami czarnym humorem, gdyż spiętrzenie pesymizmu w jego tomiku jest zbyt maksymalne.

W „Mojej winie” wiele musimy się domyślać, nie wszystko jest dopowiedziane, jak np. to, kim jest pacjent ze szpitala, poetyckim alter ego?, wisielcem, który jednak przeżył próbę samobójczą, czy to te same osoby, czy różne? Właśnie te niedopowiedzenia są sporą zaletą tomiku, przy nieozdobnym, w miarę zrozumiałym lekko momentami nostalgicznym stylu, to kontrastuje bardzo ciekawie. Małym minusem książki jest to samo co w książkach wielu rówieśników Sawy. Czyli brak poszukiwania przyczyn tak ponurej wizji świata, brak jakiejś udanej próby ogarnięcia bolączek egzystencji. Jak to jest z tymi kolejnymi polskimi pokoleniami, że tak odczuwają ponuro świat? W PRL-u narzekano na niego, mroczne wczesne wiersze Zagajewskiego, twórczość Wojaczka, Bursy, Świetlickiego z „Zimnych krajów” określano jako niezgodę na zakłamany świat. A po 26 latach wolnej Polski widać, że lepiej sobie radzą w niej starsze pokolenia, a młode, które wychowały się w latach 90-tych, w okresie przywrócenia wolnego rynku, demokratyzacji sceny politycznej, uwolnieniu rynku książki wcale sobie nie radzą dobrze, a jakaś logika dziejowa podpowiada, że jednak powinno być na odwrót, że to roczniki wychowane po upadku socjalizmu, powinny czuć się jak ryby w wodzie w tej urynkowionej rzeczywistości, gdzie wiele towarów, po które można pójść do pobliskiego hipermarketu, pozostawało dawniej w sferze marzeń Polaków. Damian Sawa nie zanurza się w dywagacje natury społeczno-politycznej, widzi jednak, że w tym świecie, w którym egzystuje, nie ma dla niego przyszłości, a odtrutką na te hektolitry pesymizmu jak w wielu wczesnych tomikach poetów po 1989 jest sfera kontaktów rodzinnych, miłość, choć trudna, a także co nie jest jeszcze bardzo częste na szczęście emigracja zarobkowa, w tym wypadku do Niemiec. I właśnie to jest najdziwniejsze w tomiku Sawki, że pojawia się kolejny raz w polskiej poezji opozycja ponury świat, a emigracja. Mimo niezawisłości politycznej, znów widzimy ową wykrystalizowaną w kulturze PRL-u opozycję, charakterystyczną przede wszystkim dla Polski po stanie wojennym. I to też zastanawia, że światoodczucie poety wpisuje się tak łatwo po 2000 roku w starą już szkołę polskich buntowników, przecież w stylu Sawki można wyczuć dalekie echo pierwszych dwóch tomików poetyckich Marcina Świetlickiego, a także poezji Rafała Wojaczka, rzadziej Andrzeja Bursy. Czyżby jeszcze jeden poeta najmłodszego pokolenia sugerował, że łatwiej było zmienić w Polsce ustrój, niż mentalność Polaków? W świecie wyłaniającym się w „Mojej winie” jest kilka takich charakterystycznych spraw dla mentalności polskiej po 1989 roku: niewolnicze trzymanie się schematów z poprzedniej epoki w nowej rzeczywistości, czyli widać, że najważniejsza sprawa to praca, dobrze płatna, jakby podstawa świata, że sztuka nadal jest źle widziana, obroną przed taką rzeczywistością twardych pracowników fizycznych jest eskapizm, marzenia o lepszym świecie, a nawet emigracja, że dozwolone w PRL-u zgrywanie żula i menela przez człowieka najczęściej mocnego w gębie, lubiącego dogryzać, dalej się utrzymuje w sferze kontaktów międzyludzkich. Ciekawe, że nośnikami tej negatywnej językowej peerelowskiej energii w tomie „Moja wina” są kobiety.

W „Życiu na niby” Kazimierz Wyka opisywał wielką chęć Polaków na wyjazdy do pracy do Niemiec w czasie pierwszych dni okupacji, Krzysztof Grabowski pisał w biografii Dezertera pt. „Poroniona generacja”, a mówił w wywiadach Paweł Kukiz o ucieczkach z Polski lat 80-tych wszelkimi sposobami wielu osób przynależnych do generacji tzw. roczników 60-tych. Ciekawe, że ten temat ucieczki z beznadziejnego świata do lepszego podejmuje wychowany w wolnej Polsce Damian Sawka. I zastanawia mnie dlaczego w poezji młodej generacji takich poetów jak Damian Sawka, czy Grzegorz Bursztyński, czy wielu innych urodzonych w drugiej połowie lat 80-tych i na początku lat 90-tych pojawia się ponura rzeczywistość znana już z poezji wcześniejszej? Być może w którymś momencie polska krytyka widząc rzeczywistość Polski po Okrągłym Stole, wpisała ją w stare, uproszczone schematy katolicyzm (klasycyzm) i komunizm (barbaryzm) (choć patrząc w głąb źródeł historii barbaryzm można powiązać z katolicyzmem, a niekoniecznie klasyk musi być katolikiem). Po iluś tam latach pojawili się neolingwiści, fantastyka katolicka i neoapokryfiści. Literatura młodych zatoczyła jakieś niszczące dla niej koło, z którym do dzisiaj się boryka, jak na początku lat 90-tych tak i obecnie bez ponurej wizji świata wg Rafała Wojaczka, ani rusz, co mnie bardzo zastanawia. Ilość naśladowców twórcy „Innej bajki” pokazuje jak dobrym był poetą Wojaczek. Młodzi poeci nie wybierają na mistrzów Orkanów, Deotym, Leonartowiczów, Harasymowiczów znanych tylko specjalistom od polskiej poezji, ale sięgają po wzorce bardziej znaczące. Wojaczek stworzył jeden z najciekawszych archetypów buntu w polskiej poezji nie tylko peerelowskiej, ale w szerszej perspektywie powojennej, gdzie najważniejsze akcenty to ponury nastrój, niezgoda na świat i trudna miłość, a także niezależne poszukiwania intelektualne. Wydaje się, że Damian Sawa to kolejny uczeń Wojaczka. Ciekaw jestem jego następnych tomików. Dokąd w nich zajdzie? Odwołując się do słów na 4-ej stronie okładki - jakie będą jego kolejne przystanki poetyckie?

Damian Sawa, Moja wina, Nowa Ruda : Mamiko, 2015
Mateusz Wabik





Ręce do pracy, łeb do metafizyki




Mgły, zimne rzeki, szron pod butami, zapomniane chaty, a to wszystko pod kopułą z zatrutego, rakotwórczego dymu, pyłów wypluwanych przez niedoskonałe instalacje. Krzysztof Bieleń w „Pyle zawieszonym” zaczyna od swojej ziemi widzianej w początkach sezonu grzewczego, aby później regularnie – z biologicznym zegarem w sercu – do niej wracać. Opowiada o powolnej utracie ciepła, przygotowywaniu się na popiół, o stanie zawieszenia, byciu w przedsionku, który kiedyś trzeba będzie na zawsze opuścić. Śmierć odmieniana jest tutaj przez wszystkie przypadki, choć raczej bez dosłowności; powolny stoicki rytm zapomnianej ballady napędzany jest spokojem, beznamiętnymi konstatacjami, przytaczaniem małych sytuacji, wydarzeń, podpatrzeń, myśli, słów, obracanych w ustach niczym anyżowe cukierki.

Przestrzeń, krajobraz, wizualna otulina wydają w tym tomiku sprawą podstawową, pierwotną, wszystko rodzi się w przestrzeni, to ona kształtuje człowieka na swoje podobieństwo, a potem go wzywa, znów chcąc mieć go dla siebie. Pierwotny świat, owe krainy rodzinne bohatera tych wierszy mają właściwości magnetyczne, mamią go, łudzą, szepczą na ucho, a on prowadzony jakimś podświadomym programem musi tam wracać. Pyta: „czemu ciągle nie mogę//opuścić tych stron”, cytuje: „kto na małej wyspie zaczynał, na małej wyspie skończy”, wiedział już jako dziecko, że „marzymy o wyjeździe stąd, ale nie na zawsze, Boże broń”. Na poziomie racjonalnym, pragmatycznym czuje, że kolejne powroty nie są najlepszą z decyzji, ale z zewem krwi, boskimi zachciankami, głosem z trzewi się nie dyskutuje, tylko usłużnie pakuje manatki i wychodzi na drogę, aby słuchać wiatru, który wieje z dobrze rozpoznanych stron i krajobrazów.

Pory roku powoli mijają, czas podążą nieubłaganie i wiernie w jednym kierunku, a lokacje się zmieniają – Podkarpacie wymienia się miejscami z mglistym Albionem, Skandynawią czy pustynną egzotyką nad Morzem Martwym, gdzie osiadł suchy pył. Stamtąd rażony nagłym prądem bohater wraca do swojego ukochanego i przeklętego prowincjonalnego matecznika. A tam pojawiają się postacie o personaliach jak z filmów Kolskiego, wiejscy mędrcy, ludzie wieczni, parabiblijne persony, które wpatrują się w czas, aby kiedyś odejść. Podmiot liryczny nie jest wszechwiedzącym, tellurycznym władcą poznania. Stawia na proste obserwacje i poczucie myślowej odpowiedzialności za swój kawałek świata, jakby chciał dodać kilka ziaren do lokalnej zadumy i refleksji, nadać chwilowej harmonii chociaż metrowi kwadratowemu przed sobą i małej plamie bieli nad lasem. Bohater prowadzi drobne batalie epistemologiczne, zwierzając się niejakiemu Fortunatowi, choć zwykle przeczuwa niemożliwość poznania, wiedząc, że wielu podchodziło do opisu świata, były to jednak tylko niedoskonałe próby. Próba jest w tym wypadku dobrym słowem, w świecie Bielenia nie ma niczego na pewno, podejmowane są tylko skromne rekonesanse w wielkiej zbitce fenomenów („być może nawet jest i jakiś sens//raczej odczuty niż ukryty gdzieś na dnie”), trwa otwieranie oczu, wysyłanie szpiegów umysłu ku temu, co najbliższe, ale także rachityczne wojenki podjazdowe z kosmosem, któremu drobiną soli w oku jest ten prowincjonalny spleen i „dumacz”, który siedzi na kamieniu.

Mimo często wykorzystywanej figury niepewnego mędrca, przetrąconego filozofa, apostoła, w które wciela się bohater „Pyłu...”, ma on jednak także drugą naturę, jest fachowcem, lubiącym dobrze wykonaną robotę. Często siedząc na progu i dumając, gani się za swoje lenistwo, bo wie, że czas poświęcony na przelewanie obserwacji w myśli mógłby wykorzystać owocniej, skupić się na pracy fizycznej, kojących, czasem rutynowych, czynnościach, na przykład na wytwarzaniu z materii przedmiotów. Rzeczy poza wszechobecnym, bardzo ważnym, niezbędnym krajobrazem to drugi znak rozpoznawczy tomiku Bielenia. Przedmioty się piętrzą, przyciągają wzrok autora. Nazwy narzędzi, części domu czy roślin mają charakter zaklęć, można upić się wrzuconym w wiersze słownikiem, który przylgnął do wiejskiej kultury materialnej. Rzeczowniki są tu smakowane, gniecione w dłoniach, odnosząc się do bezpośrednio wskazanych materialnych ekwiwalentów, jawiących się jako świadkowie tamtego kiedyś, do którego tęskni bohater. Przedmiot jest czymś konkretnym, wyróżnia się na tle niepoliczalności nieba, powietrza, planet.

Wracając do sprawy fachowości, szacunku wobec dobrego rękodzieła, właśnie w taki sposób Bieleń, profesjonalista frazy, pisze. Tworzenie poezji wydaje się być w jego wypadku długotrwałą, bardzo przemyślaną metafizyczną snycerką. Autor nie pozwoliłby sobie na szczerby i niedociągnięcia, a biorąc pod uwagę jego głęboki namysł nad tekstem, to, w jaki sposób komunikuje się z nieznanym oraz przygotowanie lekturowe i filozoficzne, trzeba sobie szczerze powiedzieć, że mamy okazję i przyjemność obcowania z kimś w rodzaju klasyka własnej poetyckiej niszy. Język od czasów „Błystek wahadłowych” stał się lżejszy, prostszy, bardziej przystępny, dlatego możemy wyobrazić sobie Bielenia jako autora czytanego przez sporą rzeszę osób, zmęczonych przyśpieszeniem, infomanią, migotliwością zbędnych kolorów, chcących doświadczyć spotkania z ludzką latimerią, przechowującą w sobie szepty starodawnych mitów. Pewnie są też tacy, którzy oskarżyliby go o eskapizm i ukrywanie się w prowincjonalnym worku, ale byłaby to ocena niesprawiedliwa, myślenie życzeniowe i próby uczenia starego byka tańca na szkle.

Krzysztof Bieleń. Pył zawieszony. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2017

Helmut Duch





BOGACTWO POETYCKICH ANALOGII W TOMIKU „MIASTO ROŚLINNE” PIOTRA BARAŃSKIEGO




Kolejny zbiór epigramatów młodego poety Piotra Barańskiego ukazał się w 2018 roku, wydany przez oficynę „Mamiko”, ukierunkowaną głównie na odkrywanie i udostępnianie szerokiemu czytelniczemu gremium młodych talentów. Tomik pod tytułem „Miasto roślinne” zawiera 28 miniatur poetyckich, których dominantę stylistyczną, tak jak we wcześniejszych zbiorach tego artysty słowa, stanowi niezwykłość skojarzeń znaczeniowych i bogactwo sensów homonimicznych.

Autor w całym zbiorze wierszy stosuje semantykę lingwistyczną opartą na relacjach łączących znak językowy ze światem zewnętrznym. Już tytuł zbioru sugeruje, że ze świata natury poeta wybrał przede wszystkim organizmy roślinne i w większości miniatur dokonał analogii elementów roślin z istnieniem miasta i mieszkającymi w nim ludźmi. Wyakcentował liczne podobieństwa między zjawiskami botanicznymi a architekturą miast i funkcjonowaniem człowieka. Podobieństwa te najczęściej przyjmują postać homonimów: słów jednakowo brzmiących, ale różniących się znaczeniem. Oto niektóre z nich:

-pęd miasta – to jego ciągły ruch, nieustająca dynamika; pęd rośliny – to jej część lub cały młody organizm, korzenie mieszkańców miast – to ich trwanie w jednym domu, wśród znanych sobie ludzi; korzenie roślin – to ich części podziemne, drzewo – ważny element natury ożywionej, drzewo – to surowiec do wyrobu papieru, mebli i innych rzeczy służących człowiekowi.

Obok świata botanicznego do analogii z życiem miasta autor epigramatów wprowadził inne zjawiska natury, prowadzące do zaskakujących skojarzeń. Należą do nich: linia horyzontu, słońce jako gwiazda czasem dotykająca tej linii, gołębie tak często żyjące w miastach i zrzucające pióra, potok, kałuża, krajobraz jako część widzianej przestrzeni.

Cechy dystynktywne poetyckich miniatur Piotra Barańskiego to ich bezrymowość, zwięzłość, wyrazista pointa i subtelne operowanie dowcipem. Ten ostatni walor wyraźnie daje się zauważyć w tekstach:

„Podatek liniowy”
Ani wody, ani lądy
nie doznają uszczupleń
fundując horyzont.

   „Reklamowa”
   Pytanie o to, czy
   z wiatrem przesuwająca się
   po chodniku ulotka
   jest bardziej
   obrazem wiernej służby,

   czy dezercji
   z kampanii.

„Stajnie”
Tytuł znajduje się na grzbiecie
książki czy płyty,
żeby
jaki jest, każdy widział.

Pointę całego zbioru zawiera ostatni epigramat :” Życie w obfitości”:

„O najważniejszym najczytelniej.
Tylko w Chrystusie możemy kwitnąć
w pełni.”

Ukoronowaniem piękna każdej rośliny jest okres jej kwitnienia. Kwiat czyni ją bogatą w barwy i zapachy. Według rozumienia poety człowiek może żyć w obfitości tylko w Synu Bożym.

W tomiku „Miasto roślinne” autor zachwyca bogactwem języka, lotnością umysłu i zdolnością budowania niezwykłych analogii opartych na skojarzeniach semantycznych wymagających również od czytelnika aktywności intelektualnej.


Piotr Barański. Miasto roślinne. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2018

Sabina Skowron





Grząskie formy



Pisanie o książkach młodych autorów sprawia dwa problemy. Pierwszy wiąże się z zawartością ich dzieł, sposobem komunikowania się ze światem, drugi dotyczy odbioru, zdradliwej postawy, formy, w które może wpaść czytelnik, interpretator. Zwykle młoda twórczość chce natychmiast zaznaczyć swoje miejsce na mapie, kojarząc się z okrzykiem „jestem tutaj!” i wystawianiem samemu sobie, swojemu charakterowi laurki. W życiu przechodzi się przez różne fazy, zaczynamy jako dziecko, które ma silną potrzebę pokazania się, bycia w centrum, i aby to osiągnąć, użyje wszelkich metod – a tu chyba najbardziej klasyczną jest wchodzenie w buty i ubrania dorosłych w celu stworzenia małego teatrzyku. Wraz z dorastaniem „dogrywamy się” i dochodzi powoli do homeostazy pomiędzy tym, co w środku, a tym, co na zewnątrz. Chyba podobnie sprawa ma się z pisaniem, przechodzimy przez kolejne stadia – interesująca może być w tym wypadku kwestia wchodzenia w czyjeś za duże obuwie – aby po czasie okrzepnąć i zacząć spokojnie robić swoje.

Drugi problem to kwestia psychicznego nastawienia tego, któremu przyszło o kimś młodszym napisać. Czeka na niego kilka gotowych formuł, korytarzy, w które z przyjemnością ma ochotę wbiec. Najczęściej pojawi się styl mentorski, pozwalający na szybką możliwość oddzielenia się od tekstu młodego autora. Styl ten będzie realizowany przez próbę pokazania erudycji własnej (czyli tak naprawdę zaznaczenia swojego miejsca na mapie), sarkazm, ironię, złośliwości, zapewnienia, że kontakt z młodością własną został dawno i na zawsze zerwany. Przyjęcie podobnej formy w żaden sposób nie będzie miało związku z rzetelną oceną tekstu, będzie próbą pokazania przed samym sobą, że nie jest się już tym „nieopierzonym”, lecz kimś „większym”. Strój mentorski kusi najbardziej tych, którzy jeszcze niedawno sami poddani byli podobnym młodzieńczym wpływom, myślom i fascynacjom, bo im najbardziej zależy na tym, aby pokazać, że są już kimś całkowicie innymi.

Na drugim biegunie krytycznym możemy zaobserwować styl matkowania, przesadnego ciągnięcia młodości za uszy. Autorzy przesiąknięci empatią w stosunku do młodości, niedojrzałości, pozytywnie waloryzują wszystko, co z młodością związane. Jest to według nich czas uświęcony, moment boskiego kształtowania się, formowania się mąki, z której zawsze będzie chleb. Zachowują się często niczym matka, która do końca będzie bronić swojego syna, nawet gdy ten po raz czwarty w tygodniu odprowadzany jest do domu przez policję.

Po tym długim wstępie postaram się powiedzieć kilka słów o „Trzęsawiskach” Kamila Galusa bez zaperzania się, wywyższania się, ale za to z niezbędną ostrożnością, która pomoże mi uchronić się przed wejściem w gotowe sposoby opisu.

Najważniejsza w „Trzęsawiskach” wydaje się niechęć do życiowej nieprawdy, do wydumanych problemów, gestów, manier, klasy próżniaczej, ale także do lingwizmu w poezji, który kwestionuje możliwość zaistnienia bezpośredniej relacji między językiem a doświadczeniem. Autor zdaje się mówić, że nie interesują go językowe gierki, w związku z czym stawia na bliskość, przystawanie do rzeczywistości, poszukiwanie czegoś prawdziwego, pewnych życiowych błysków świadomości oraz codziennych epifanii. Jego niechęć nie uwydatnia się jednak poprzez negację wymienionych zjawisk, ale dzięki ścisłemu trzymaniu się swojego kursu, komunikatywnemu językowi, pisaniu najprostszym z możliwych.

Galus szuka siebie w podobnej rzeczywistości, jaką wybierali autorzy szkoły nowojorskiej, Beat Generation, Bukowski, a w polskim wydaniu Bursa czy Podsiadło. Przeczucie grozy wiszącej nad światem pomieszane z chwilami wielkiego szczęścia, uczucia, miłości. Mimo że zdarzają mu się potknięcia, a nawet mielizny, duża bezpośredniość i tak potrafi wyprowadzać z siebie wersy, które drgają, budzą coś w czytelniku, sprzedając mu pigułki na pobudzenie emocji. Galus ma umiejętność tworzenia plastycznych obrazów, do których szybko kleją się znaczenia, metafory, kolejne obrazy, co razem tworzy pozostający w pamięci cykl, budzący u odbiorcy nienazwane przeczucia, tajemnicze tęsknoty.

Bohater „Trzęsawisk” jest bardzo żywiołowy, ciągle poszukuje, ciągle czegoś chce. Nie wygłasza jednak życiowych prawd, które miałyby być wiążące dla wszystkich. Wie, że coś, co go dotyka i fascynuje, wcale takim nie musi być dla innych. Nie zdarzają mu się bezsensowne szarże na odmienne sposoby życia, emocjonalne szantaże, szaleńcze krzyki czy myślenie, że ma monopol na prawdę. Interesuje go raczej ustanowienie i przemycenie swojego małego świata, pławienie się w czasie teraźniejszym, zaznaczenie chwil, gdy jest pełen siły i ochoty, a to wszystko po to, by kiedyś wspominać je z rozrzewnieniem. Nad „Trzęsawiskami” krąży też poczucie rozczarowania idealisty, który musiał zderzyć się z rzeczywistością, kierowaną ostrymi zasadami, a nie dobrocią i szczęściem. Nie wszystko jest tym, czym wydawało się być. Z wielkich wizji zostają w rękach okruszki, a my niczym dzieci możemy bawić się resztkami i udawać przed sobą, że z drobin da się stworzyć coś wielkiego i stałego, coś, w co będziemy mogli uwierzyć. Tak jak w wersach: „wydaje ci się że życie samo ciągnie cię do przodu/niczym pseudokulig gdzie zamiast powozu/ciągnie cię volkswagen golf”.

Najbardziej udały się autorowi tytułowa metafora i tytułowy wiersz. Czujemy dokładnie, o co chodzi, gdy czytamy, że „nikomu nie zabroniono marzyć/ nawet nam ramię w ramię/ brodzącym obok siebie”. Taplanie się, zapadanie się, wkładanie rąk i kostek w bagno. Wersy pełne wyrazistych, sensualnych obrazów, ciekawie narysowany świat na wyciągnięcie ręki. "Trzęsawiska" wciągają nawet mimo drobnych braków w literackim doświadczeniu autora.


Kamil Galus. Trzęsawiska. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2017

Andrzej Tatarka





Ludzie ze szkła i niebieskie tunele



Czasem trudno jest określić gatunek książki, bo właściwie, które części literackiego mięsa miałyby świadczyć o przynależności pozycji do danej rodziny gatunkowej? Prawie w każdej prozie mamy do czynienia z opisami, dialogami, monologami wewnętrznymi postaci, i z tych samych cegieł możemy stworzyć harlequin, kryminał, literaturę piękną, książki bardzo złe i te lepsze.

Podobny problem pojawi się, gdy sięgniemy po "Kaleczników" Karoliny Wiaczewskiej. Szybka etykietka przypisująca ich do romansu kryminalnego nie będzie do końca trafna, ponieważ autorka stara się w swojej książce zaburzyć konwencjonalny bieg wydarzeń literatury gatunkowej. Decyduje się na niedopowiedzenia, fabularne luki, zaburzenia przyczyn i skutków, rozmycie akcji. Umieszcza bohaterów w różnych miejscach w przestrzeni opowieści, a czytelnikowi daje zaledwie drobne nitki, aby sami wykonali zadanie, opletli planszę historii według własnego uznania.

Akcja książki rozgrywa się w środowisku nauczycielskim, do którego przedostaje się tajemniczy mężczyzna, który ma pewien nieodgadniony plan. Wraz z postępami w jego realizacji świat historii powoli się rozpada, a bohaterowie - zwykle zimni, poranieni, źli i bezwzględni - popadają w jeszcze większy stupor, beznadzieję i bezsens. Zachowują się nielogicznie, ich głównym modus operandi jest próba zniszczenia i pognębienia innych. Postaci w "Kalecznikach" giną w niewyjaśnionych okolicznościach, a zamiast miłości uprawiają chwilową wymianę handlową podszytą chęcią zysku.

Problematyczny w książce Wiaczewskiej jest brak narracyjnej wizualności, nie jest to książka obrazowa. Autorka minimalizuje opis rzeczywistości prawie do zera. Nie wiemy, jaki charakter mają pomieszczenia, czy pada deszcz, czy świeci słońce, czy dana ulica ma zapach, swój klimat. Osobom o analitycznym usposobieniu, które skupią się na rozwikłaniu fabuły, ten brak nadbudowy świata nie przeszkodzi w lekturze, jednak ci, dla których najważniejsza jest atmosfera książki, mogą poczuć się odrobinę niedocenieni. Choć gdy przypomnimy sobie na przykład "Sokoła maltańskiego", który świadczy o tym, że wycofanie przez autora opisu świata może przynieść interesujące rozwiązania, zauważymy, że brak opisu w "Kalecznikach" oddaje chłodny charakter bohaterów, i na tym poziomie możemy uznać go za sprytny zabieg.

Książka Wiaczewskiej to ciekawy debiut i próba wyjścia poza schematy wszechobecnie panującego gatunku. Osoby, które nie potrzebują, aby autor wyszeptał im każdy szczegół książki na ucho, tylko ich docenił, dając narzędzia do interpretacji, a nie gotowy produkt, będą z lektury zadowoleni, o ile nie stawiają na piedestale literackich opisów świata. I tu warto poczekać na następną publikację Karoliny Wiaczewskiej, w której autorka połączy swoje umiejętności tworzenia zaskakujących i wielowątkowych fabuł z żywym opisem świata historii, pełnego zapachów, dźwięków, kolorów i krajobrazów.


Karolina Wiaczewska. Kalecznicy. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2017

Andrzej Ruber





ZALETY SZTUKI SŁOWA W MINIATURACH PIOTRA BARAŃSKIEGO „KOMUNIKACJE”




W marcu 2017 roku ukazał się kolejny tomik poezji warszawskiego poety Piotra Barańskiego opatrzony tytułem "Komunikacje”, zawierający 29 epigramatów. Bogactwo słownictwa w każdym zbiorze pana Piotra jest jego dominantą werbalną, znakiem rozpoznawczym jego twórczości. Erudycja, wrażliwość na słowo dotykające świata natury i metafizyki czynią tę poezję niezwykłą i cenną. Liczba mnoga zastosowana w tytule zbioru jest jak najbardziej słusznym zabiegiem językowym. Dziś o komunikowaniu się ludzi w nowoczesnym świecie powstają prace magisterskie na różnych wydziałach uczelni humanistycznych. Temat jest zatem bardzo aktualny.

Komunikowanie się ludzi, czyli porozumiewanie, od zawsze było i jest potrzebą homo sapiens. Przez wieki zmieniały się instrumenty i sposoby prowadzenia dialogów międzyludzkich. Piotr Barański wyeksplikował w swoich miniaturach środki najnowsze, zestawiając je z tradycyjnymi i posługując się niejednokrotnie odległymi skojarzeniami, świadczącymi o błyskotliwości jego umysłu i polifonicznym postrzeganiu świata. Stąd też najczęściej zastosowanie znalazły tu leksykalne środki językowe: homonimy i antonimy. Poeta z łatwością umieścił w swoich tekstach wyrazy i frazy mające dwa lub więcej znaczeń i pełniące różne funkcje semantyczne. Najczęściej są to wyrazy etymologicznie identyczne, bywają też werba polisemiczne.

Już w samym tytule można doszukać się homonimicznego sensu:
- komunikacja jako środek transportu ( np. tramwaj),
- komunikacja jako słowne porozumiewanie się ludzi.
Ten drugi sens na przełomie tysiącleci doznał technicznego przyspieszenia. Zwykłą rozmowę, nawet telefoniczną, zstępują coraz intensywniej instrumenty wyrastające z progresu nowoczesnej techniki: słuchawki pozwalają nawet podczas podróży słuchać muzyki lub nagranej na taśmie książki. Niezliczone możliwości niesie komputeryzacja: sieć, reklama, audycja, film, ekrany, tweety, laiki, wydarzenia, fakty, wiadomości, e-maile, czatowanie, logowanie, bogate możliwości korzystania z telefonów komórkowych. Podziwiamy tyle nowych sposobów komunikowania się.

Jednak autor tej niezwykłej poezji, choć je wszystkie dobrze zna, twierdzi, że nie są one w stanie zastąpić ciepłego uścisku podanej ręki przyjaciela ani spotkania się face tu face. Najdoskonalszy nawet nośnik mechaniczny nie może przekazać człowiekowi ciepła, dobra, pomocy, wzruszenia, radości, a tych doznań każdy z nas potrzebuje.

Homonimiczne skojarzenia poety przyjmują czasem charakter metafizyczny. Zachwyca i wzrusza miniatura „Komunia”:
„Podczas mszy ciągle dzwonił telefon.
A Bóg najbardziej ze wszystkich
chciał się połączyć”.

Dualne znaczenie ma wyraz „pokój” w epigramacie o takim właśnie tytule:
- pokój jako pomieszczenie w domu,
- pokój w sensie spokoju.

Tercyna zamykająca liryk brzmi:
„Jedynym pokojem, z którego przytulności
można nie wychodzić, chodząc po świecie
jest pokój Chrystusa”.

W liryku „Wzór na skarb” czytamy:
''Największy iloczyn
powstaje z mnożenia przez jeden
czynnik: Miłość”

Oto, co według poety jest najważniejsze w życiu: nie najnowsze techniczne gadżety i możliwości, ale niesienie dobra i pomocy innym, miłość i połączenie z Chrystusem.

Piotr Barański, tworząc taki zestaw miniatur, używa często antonimów, kontrastujących z sobą wyrazów o znaczeniu przeciwnym. I tak znajdujemy w tekstach zbioru:
- dźwięki ulicy – cisza osiedla osłoniętego ekranem od drogi,
- przesłuchanie – kojarzone z nieprzyjemną rozmową w śledztwie,
- przesłuchanie – przez słuchawki utworu muzycznego lub literackiego,
- desygnaty zaimków przysłownych: „tu” i „tam”,
- sensy wyrazów: daleko i blisko, kupno – sprzedaż.
W wierszu „Sadzenie” autor zastosował dwa ciągi etymologiczne:
- miasto – mieszczenie się,
- drzewiej – sadzenie drzew.

Tomik wierszy „Komunikacje” oprócz znanych z poprzednich zbiorów walorów poezji Piotra Barańskiego przyniósł fascynujące skojarzenia, bogactwo słów i fraz homonimicznych, antonimy i supremację dobra, miłości, wiary, bezpośredniego kontaktu ludzi nad korzystaniem z komunikatorów technicznych. Pozostaję jak zawsze pod urokiem sztuki słowa niezwykłego poety.

Piotr Barański. Komunikacje. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2017

Sabina Skowron





Rakietki z przeszłości





Istnieją książki, które są wartościowe dla wszystkich i każdy ukorzy się przed ich mocą? Niektóre z nich w złotej klatce świętości chronią grupy bojowników, zapisy prawa, społeczny ostracyzm, karzące oko autorytetów, które gapią się ze ścian. Mimo tych regularnych kanonicznych zasieków, niejeden potraktował „Biblię”, „Don Kichota” czy „Wojnę i pokój” szybkim żołnierskim splunięciem. Sprawa ta wydaje się kluczowa w kontekście książki Justyny Nawrockiej. Czy jej „Paragon” jest uniwersalnie niezłą rzeczą, czy jednak, żeby się do niej dobrać, wskoczyć na jej grunt, trzeba być „jakimś” i mieć doświadczenie w „czymś”? Ale po kolei.

Nawrocka, co charakterystyczne dla debiutantów, rzuciła się w wody swojej pamięci, chcąc dorwać całość, ugryźć każdy najmniejszy kawałek swojego świata, przemycić większość drzazg, tarć, błysków i iskier, które szalały w niej od lat. Przy podobnym wystrzeleniu wszystkich kul w kwadrans w ciemnej sali pełnej luster, mając na celu stworzenie powieści totalnej, można przegrać z kretesem albo z dozą szczęścia przechytrzyć los. Co uchroniło Justynę Nawrocką przed zgubą? Wiek, dzięki któremu potrafiła trzeźwo filtrować myśli i zdarzenia godne zapisu, wyobraźnia, ciekawe życie, odważne kroczenie w nieznane, czy pomoc jakiejś szaleńczej świeckiej opatrzności?

„Paragon” to książka o wspomnieniach, samym wspominaniu, trybach pamięci, sposobach, w jakich radzimy sobie z dobrą i złą przeszłością, momentach, gdy mózg postanawia ubrać cykl nieprzystających do siebie obrazów w zwartą nostalgiczną grudę albo metaforę niechęci, która ma nas chronić przed popełnianiem ciągle tych samych błędów.

Młoda dziewczyna, ambitna i zbuntowana licealistka, prawdopodobnie alter ego autorki, szwenda się po Wałbrzychu na początku lat 90. (w książce funkcjonującym jako Anarchogród) i szuka siebie, sensu życia, ciągle chcąc więcej po to, by w pełni poznać i wykorzystać wszystkie możliwości miejsca, w którym przyszło jej się urodzić. Kluczami, tajnymi runami, wskazówkami do odkrycia pewnej wiedzy ostatecznej, prawdy czasu i przestrzeni są uliczki, zakamarki, podwórka, murki, usiane roześmianymi albo groźnymi brygadami w glanach i flejersach. Autorka niezwykle sprawnie opisuje te miejskie watahy, różniące się między sobą strojem, fryzurami, słownictwem, słuchaną muzyką czy przyjmowanymi dragami. Wszyscy z nich tańczą na ostrzu noża, proszą swoich bożków o szybkie unicestwienie i łagodną śmierć, ale przed tym, jak to się stanie, chcą się dobrze zabawić, po prostu mocno żyć i kochać. A jednym z nich jest tytułowy Paragon.

Narratorka i jej koleżanki stanowią nieformalną świtę tego starego punka, spijają każde słowo z jego ust, czują się jak jego córeczki i na każde zawołanie, nawet przez ciemną noc, biegną mu po kolejne tanie wina z kartami na etykiecie. Wesoło, obrazowo czy komiksowo została przedstawiona ta ballada o poszukiwaniu ulicznego ojca, który zawsze pocieszy i obroni swoje dziewczynki przed niebezpieczeństwem. W późniejszych fazach książki bohaterka coraz bardziej cierpko podchodzi do żywej legendy i idola, widząc rzeczywistość w większej ilości barw, choć ciągle czuje, że winna jest mu ten opis, tę charakterystykę, tę książkę, aby opowieść o nim, choć niewielka, nie przepadła w kapitalistyczno-plastikowym korowodzie piętnastominutowej sławy.

„Paragon” rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych, a ich szybkie miksy i zderzenia to jedne z najciekawszych fragmentów tej książki. Bohaterów nie poznajemy tylko w ich dziwacznych młodzieńczych czasach, gdy potrafili wyskakiwać z okien, a głowy i usta mieli pełne frazesów i marzeń o złotej przyszłości, ale też współcześnie, gdy są zmęczonymi życiem ludźmi z zakolami i kredytami w frankach szwajcarskich. Oczywiście, wielu z nich nie doczekało rozdziału współczesnego, bo rozbili się na przeszkodach, wciągnęli zły materiał, spadli na tory i bruk, przykrył ich bury kurz. Książka Nawrockiej ma właściwości wybuchowe, najlepiej do jej opisu pasują wszelkie metafory związane z prochem, trotylem, nitrogliceryną, reakcją łańcuchową. Tak buzują te historie, rozpuszczają się z sykiem w szklance, strzelają w niebo niczym fajerwerki, rakietki, korsarze. Przez swoją temperaturę i żywiołowość „Paragon” przypomina bezkompromisowe, wariackie, witalne, stare amerykańskie powieści. Wieczny czas teraźniejszy, wielostronicowe pochwały życia niczym „W drodze” Kerouaca i podobne, krótkie, płomienne rozdziały i generacyjne odezwy, jak w „Lęku i odrazie w Las Vegas” Thompsona. Różni je to, że w powieści Nawrockiej mamy także spojrzenie po latach na gorący czas i teren, zdystansowany oddech. Ciekawy byłby rzut oka Raoula Duke i Sala Paradise'a na swoje dzikie i nieświęte uczynki sprzed lat. Kto wie jednak, czy nie byłoby to wspominanie sprzed telewizora z podwiniętym podkoszulkiem na wielkim brzuszysku, czyli szczery obraz przyszłości, która zastała w ten sposób na przykład Jacka Kerouaca.

„Paragon” to jednak nie tylko młodziaki i subkultury, ponieważ wałbrzyska autorka zachowuje się jak wytrawny obserwator czy antropolog kultury, wchodząc w różne przejawy życia: opisuje dzieci, starców, rodzinne sytuacje, różne środowiska, miejsca, zawody. Są to często opisy groteskowe, ale też bardzo czułe i wzruszające, wysyłające czytelnika w strony literatury czeskiej czy choćby „Lubiewa” Witkowskiego. Powieść Nawrockiej przypomina tę ostatnią także w strukturze szkatułkowej rozdziałów, mikrowstawkach na marginesie, paczce ciągłych dygresyjnych opowiastek. Dla każdego bohatera autorka potrafi znaleźć osobny język, idiom, wychodzi jej naturalny, potoczysty dialog, postaci, które się widzi, i w które się wierzy. Zaskakuje też plastyka tego świata, migoczące ciemne kolory, lokacje w sepii, wyświetlający się film na czytelniczym odbiorniku. Często wręcz zapomina się, z jakim medium mamy do czynienia – to literatura, komiks, film animowany, teatr czy kino? Obrazy wylewają się ze słów, które stoją murem za swoimi wizualnymi reprezentacjami.

Można byłoby jeszcze tak długo kroić i przeprowadzać niedoskonałą wiwisekcję debiutu Nawrockiej. Co z kwestią płciową? Bohaterką, która wydaje się wierzyć w męski świat, ale to ona obserwuje i opowiada, i powoli może zmieniać reguły gry. Co z językiem? Tu i ówdzie mamy próby lingwistycznych eksperymentów, zapożyczeń, stylizacji. Co z Wałbrzychem, będącym wielkim, cichym, ważnym bohaterem tej książki, który może być odkrywany na stronach przez jego mieszkańców, ale też ludzi z zewnątrz. Zajmujące są momenty, gdy autorka wyobraża sobie górę Chełmiec, który budzi się ze snu i zalewa lawą Wałbrzych niczym Wezuwiusz Pompeje. Co z ogromem popkulturowych wstawek? Echami piosenek, programów telewizyjnych, książek, plakatów? Ilość możliwych sposobów opisu tej punkowej ballady pokazuje, z jak bogatym materiałem się mierzymy.

Wróćmy jednak do początkowego pytania – czy „Paragon” jest dla wszystkich? Przez swoją brudną i zakurzoną moc – pewnie nie. Trzeba mieć w sobie mały gen ryzyka, aby dobrze się przy nim bawić, bo inaczej będziemy utyskiwać nad tymi historiami niczym stara pani pedagog z trwałą – dlaczego oni nie pójdą do pracy, dlaczego nie zamieszkają w białym domku, dlaczego nie zrealizują słodkich marzeń o dorosłości i długim statecznym życiu?

Dlatego, że, kurwa, nie chcą.

Justyna Nawrocka. Paragon. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2018

Herek Duch





Sztuka znikania



W przedszkolu zabierano nas na strych, gdzie w dziwnie podniosłej atmosferze na starym wyświetlaczu pokazywano nam radzieckie bajeczki. Plastelinowe ludziki, owady, zwierzyna przewalały się w nich po dżdżystej ściółce, a to wszystko wśród nerwowych szarpnięć smyczka. Z czymś podobnym kojarzy się pierwsza część książki „Obiecuję ci niewidzialność” Roberta Jóźwika. Autor zaprasza nas na specyficzny festiwal pod paprocią, na którym natura tworzy swoje korowody i układy choreograficzne. Jeszcze bez obserwatora, wkładającego próbki mchu do słoika i robiącego wymaz z mikroorganizmów, aby później delektować się nimi przez szkiełka mikroskopu. Żyje tu za to królestwo chwastów, zielska, strzelających nasion, kropli wody, które moczą małe skrzydła. Bachiczna uczta istnienia, harmonia i spokój, ale też darwinowskie akty obwieszczane nagłym dźwiękiem szarpniętej struny.

Gdy natura w zbiorze Jóźwika ustępuje miastu, wczuwamy się w klimat znany z „Frantica”. Ona zniknęła, choć bardziej odeszła, a bohater, który wyłania się wstydliwe spod wersów, poszukuje jej po omacku w wąskich korytarzach dziesięciopiętrowców, na ulicach, zaułkach, w artefaktach, które po niej zostały. W pierwszej chwili te dwa światy wydają się nie mieć ze sobą zbyt wiele wspólnego, ale autor podrzucając tu i tam wskazówki, pozwala nam uszyć mgliste połączenia między kolejnymi utworami. Natura w świecie tych wersów utożsamiana jest z kobietą, autor stosuje klasyczne rozpoznanie antropologii kulturowej, ale robi to mimochodem, w „Obiecuję ci niewidzialność” nie ma schematycznych naukowych dychotomii, zatapiamy się w krainie niejednoznaczności, przeczuć, dominacji zmysłów.

Nad wszystkim w tym tomie, a głównie nad jego sferą znaczeń i atmosferą, czuwa tytułowa niewidzialność, która szatkuje odbiór i zapewnia wersonautom naprawdę mnogie możliwości interpretacji. Poprzez dziecięce zabawy w duchy, zamykanie oczu, fantazje o znikaniu ku niewidzialności wiecznej lub kończeniu relacji i stawaniu się dla siebie cieniem czy zjawą. Ktoś mógłby pomyśleć także o autorskiej niewidzialności, usuwaniu się z głównej sceny czy też języku niewidzialnym, który pędzi z prędkością światła do swojej materialnej reprezentacji. A kto wie – może gdy przejedzie się zapalniczką między wersami Jóźwika, ujawnią się sprytnie ukryte tam kawałki.

Cieszy styl autora. Mało kto jest tak nastawiony na spokój, a nie poetycką szarżę. Umiarkowane, powściągliwe pisanie wywołuje zdecydowanie mocniejszy efekt niż odpalane co chwilę petardy, które buzują kolorami, narzucają się i terroryzują odbiorców. Właśnie w taki sposób powinna być realizowana tego rodzaju poezja intuicji, poszukiwania alternatywnej duchowości, mitu, biologii, gdzie ciało wydaje się być wpisane w przestrzeń i kalendarz. Blizny, płuca, guzy, tętnice – rzeczywistość przesiąknięta jest tutaj myśleniem cielesnym, ulice, elementy krajobrazu i czasowe formacje porównywane są do cząstek organizmu; a to wszystko napełnia duchowość – podstawowa, naturalna, archetypowa, a może także w pewien sposób pogańska. „Obiecuję ci niewidzialność” jawi się jako powidok przedszkolnego wypadu na strych, ale tym razem radzieckie bajeczki pokazując nam więcej życia, wtajemniczają w skuteczne techniki sztuki znikania.

Robert Jóźwik. Obiecuję ci niewidzialność. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2018

Aleks Ferni





Obcy Paryż. Szkic o tomie wierszy Yolandy Podejmy-Eloyanne pt. „Zapisane najgłębiej”


        Głównymi tematami w jakie zanurza się Yolanda Podejma-Eloyanne są miłość, utrata bliskiego przyjaciela, tęsknota za ojczyzną, wspominanie dzieciństwa, zmarłej babci, przyjaźń, starość. Znajdujemy też w książce sporo wierszy opisujących Paryż. Jako, że na emigracji każdy kto na niej przebywa ma poczucie przynależności do dwóch przestrzeni, z których jedna jest fizycznie odległa, ale mentalnie bliska, a druga mentalnie odległa, choć fizycznie bliska to te dwie tematyki najczęściej znajdziemy także w omawianym tomiku wierszy. Ta przestrzeń mentalnie bliska to utracona i opuszczona ojczyzna, z którą wiążą się uczucia rodzinne, wspomnienia dzieciństwa, przestrzeń fizycznie bliska to miasto Paryż, na temat którego wiersze są pisane z chłodnego dystansu, choć widać w tomiku, że poetka nie jest w nim wyobcowana, gdyż ma tam przyjaciół, obiekt miłości (raczej obiekty miłości – tracone i odnajdywane), ale jednak bycie na emigracji, to bycie gdzie indziej niż w domu pojmowanym w szerszym znaczeniu. Na emigracji spotykani ludzie mają inne przeżycia pokoleniowe, inaczej dorastali, innych faktów ich uczono w szkołach niż Polaków (np. w encyklopedii francuskiej z lat 80-tych, którą widziałem niegdyś, na mapie Polski nie było zaznaczonego Krakowa, ale był Grunwald), Francuzi mieli inne doświadczenia społeczno-polityczne, inne lektury młodości. Paryż w „Zapisanych najgłębiej” jest zadziwiająco zimny i odpychający, jak pisze poetka w „Obrazie Paryża” ma „różne twarze” – znajdują się w nim jak w każdym mieście sklepy i kawiarnie, są także muzea, ulice ze swoimi historiami, przez miasto przewija się mnóstwo turystów podziwiających zabytki sztuki i architektury (np. „cudaczną wieżę”), poetka opisuje także kloszarda żebrzącego o jałmużnę: „Przy banku siedzi clochard/(...) Nazbierał więcej doświadczeń/niż grosików w puszce” („Nędza”). Zastanawiające, że w przytoczonym wierszu francuska waluta – eurocent jest oswojona wyrażeniem „grosik”, który może odnosić się do nazwy waluty w Polsce, ale także do czegoś mało cennego. Paryż opisywany przez Podejmę-Eloyannę także jest podzielony na ten bardziej obcy i ten bardziej przyjazny. Ten obcy, zimny, pomimo codziennej jego obserwacji i przemierzania, nie jest oswojony, gdyż jest on przestrzenią wiążącą się z historią francuską, kulturą europejską i turystyką. Ten bardziej przyjazny Paryż to miejsca samotnych spacerów i rozmyślań poetki, czy ten obserwowany z okna, ale takiego przyjaznego Paryża w tomiku poetki urodzonej w Kępnie nie jest zbyt wiele. Najbardziej zadziwia mnie w poetyce autorki omawianego tomu wierszy to, że jej pisanie jest jakby zawieszone nad milczeniem, to pisanie delikatnie wysnuwa się na kartkę, bez natłoku pomysłów, nadmiernych egzaltacji, jest to twórczość, w której widać bardzo uważne notowanie obserwacji, odczuć, bez nadmiaru słów, oszczędne, ale nie awangardowe, bez natłoku pomysłów lingwistycznych i surrealistycznych, bez próby poszukiwania na siłę nowych tematyk, nowych sfer eksploatacji przez poezję. Kilka kobiecych tomików wierszy recenzowałem ostatnio i tomik Yolandy Podejmy-Eloyanne bardzo różni się od nich ową oszczędnością w wyobraźni i wyrazem językowym. Poetka mieszkająca we Francji nie problematyzuje tworzywa językowego, wiąże słowa, zdania z obserwacją i myślą, każde zdanie wypowiedziane, nanosi nowe znaczenia, które budują wiersz. Jeden wers może nanosić wiele skojarzeń. Tak się np. dzieje w „Laskowskiej Maderze”, który liczy 18 słów. Mamy w nim informację o miejscu pobytu podmiotu lirycznego, czynności spoglądania w niebo, które może być zarówno czynnością kojarzącą się z letnią obserwacją bezchmurnego nieba, ale także można tą czynność odczytać jako wyraz symboliczny tęsknoty. Poetka wspomina o chwilach spędzanych dawniej zapewne z kimś bliskim, o jednym zdjęciu, dodaje na końcu wiersza „nie płaczę za tobą/pamiętam”. Mimo braku płaczu, ból i żałość pojawia się w samym zanegowaniu tych zwyczajnych oznak bólu rozstania i żalu. Ostatni wers „pamiętam”, pokazuje mimo tej straty, czynność ocalającą rozdarte uczucie. „Pamiętam” to coś pomimo odczutej straty, zwycięskiego w poczuciu samotności. Najważniejsze, że tak dużo odczuć, myśli przynosi ten wiersz zaledwie po lekturze 18 słów. Nie zagaduje nas poetka na śmierć jak np. parę współczesnych poetek. Takiej liryki w Polsce dzisiaj brak i mi się wydaje, że jest to pochodna sytuacji w polityce, jeśli ktoś tęskni i chce wyrazić żal, pisze awangardowo-retoryczne wiersze, które rozlatują się na małe kółka i sprężynki, kręci się wiersz w rytm gramatyki, retoryki, ale mało wyraża, wiersze Yolandy Podejmy-Eloyanne za to wyrażają więcej i na przekór polskich modnych poetyk. Wiersze poetki z Paryża są wyrazem tęsknoty nie tylko za utraconą kochaną osobą, ale za poezją humanistyczną, zapisem tekstu, w którym utrwala się obrazy i uczucia. Myślę, że autorka „Zapisanych najgłębiej” uniknęła wielu rzeczy na emigracji, które się przytrafiły polskiej poezji, w której mamy sytuację jak w horrorze Raya Bradburyego „Jakiś potwór tu nadchodzi”. W prozie amerykańskiego autora właściciele lunaparku porywali ludzi, zabierali im dusze i przerabiali na dziwolągi, tak w dzisiejszym świecie kulturalnym jego włodarze często zabawiają się literatami żądając od nic dziwactw, wypaczeń charakteru, ekscentryczności żeby sami unieśli się nad nimi swoją wyższością jakby coś odziedziczyli od austriackiego zaborcy, który nie znał się zbytnio na literaturze. Myślę, że polska poetka wiele zyskała na emigracji, zyskała umiejętność pisania duszą. A czy to mało? Nie, to dużo i to jeszcze za dużo jak na dzisiejszą poezję polską.

Yolanda Podejma-Eloyanne. Zapisane najgłębiej. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2015

Mateusz Wabik





Wzbogacanie pierwiastków



Jeśli porównalibyśmy prozę do pomieszczenia, moglibyśmy wyróżnić wiele różnych przestrzeni: zimne kostki, zabałaganione strychy, miejsca swojskie, nieprzystępne lub takie, które są poddane całkiem innym zasadom logiki, czasu czy grawitacji. Kłopot pojawia się wtedy, gdy funkcjonalność pomieszczeń miesza się z ich estetyką oraz skłonnością do zabawy czy szaleństwa architekta. Wchodząc do kuchni, zwykle nie oczekujemy w niej sedesu, małego basenu czy trampoliny. Idąc do domu strachów, dziwności, gabinetu luster, chcemy widzieć rzeczywistość zakrzywioną, poddaną niecodziennym pryncypiom. Oczywiście może istnieć dobra literatura, która będzie niczym zimny betonowy pokój albo mieszkanko starszej pani, owładniętej mocnym syndromem horror vacui. Gdy odczuwamy jednak brak albo nadmiar, naturalnie coś się w nas burzy, chcielibyśmy prostszych, bardziej klarownych dróżek percepcji.

W „Kalecznikach” Karolina Wiaczewska momentami szczędziła czytelnikom przestrzeni, jej bohaterowie, jak to określiłem, przemieszczali się w niebieskich tunelach. „Mroczne postscriptum”, kolejna książka autorki, w żadnym razie nie cierpi już na tą drobną przypadłość. Mieszkania, korytarze, budynki, ulice, wnętrza pociągów po prostu się widzi, czytelnik odtwarza sobie świat przedstawiony na podstawie sprytnie podanych przez autorkę opisów i detali.

Całe „Mroczne postscriptum”; można odczytać przez pryzmat autorskiego rozwoju. Wiaczewska nie trzyma się tym razem jednego świata i jednej historii, ale zabiera nas w różne czasy, miejsca, państwa, kultury, zderza nas z wieloma problemami, konfliktami czy rozwiązaniami fabularnymi. Oczywiście, pewien scenariuszowy wariant się ponawia, występuje niczym refren, ma on jednak za zadanie postawienie nieoczywistej tezy, ustanowienia idei, która unosi się, wynika prawie ze wszystkich opowiadań. Chodzi o niemożliwość ucieczki przed losem – gdy kości dawno zostały rzucone, przeznaczenie prędzej czy później się o nas upomni. Bohaterowie głównie przez chęć zysku, swoje zło pierwotne, pychę, niedostosowanie do warunków egzystencji sprowadzają na siebie tragiczne konsekwencje. Bardzo długo nie mają jednak ochoty brać odpowiedzialności za swoje czyny, nie zgadzają się z historią zapisaną w gwiazdach. Uciekają, walczą, myśląc, że uciekną przed pułapką, gilotyną, siekierą, która wisi nad ich głową. Według autorskiej wizji flirt ze złem i z chęcią życia na skróty nie może się dobrze skończyć. Rzeczywistość ma skłonność do harmonii, a ten, kto ją zaburza, zostanie wciągnięty przez piekielne łapy prosto do brudnej wody.

Wiaczewska podróżuje mentalnie, w różnych miejscach na mapie rozbijając swój namiot, aby przy ognisku rozpocząć snucie opowieści. W każdej z lokacji korzysta z lokalnych dóbr kulturowo-literackiej przeszłości. W holenderskiej historii czerpie z biografii niderlandzkich mistrzów malarstwa, w skandynawskiej z annałów współczesnego, znanego na całym świecie, kryminału. Amerykańska fabuła brzmi jak żywcem wyjęta z telewizyjnej serii grozy Alfreda Hitchcocka, a rosyjska niczym zapomniany rozdział z „Mistrza i Małgorzaty”. Właśnie rosyjski „Psi los”, ostatnie z opowiadań wydaje się najciekawsze z całego tomu. Jest literacko mocne i żywe, zbudowane z cennego kruszcu, namacalne, soczyste, mieni się.

Autorka w ciągu niespełna roku wykonała solidny skok jakościowy, rzuciła się w nieznane mętne wody i wyszła z przygody bez szwanku i we względnie suchym ubraniu. Jakie następne niespodzianki wyskoczą spod pióra Wiaczewskiej? Pozostaje nam tylko cierpliwie poczekać, wierząc, że rozwój to drugie imię autorki.

Karolina Wiaczewska. Mroczne postscriptum. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2017

Andrzej Ruber





Na tej ziemi, pod tym niebem, wszyscy jesteśmy zwierzętami



Trawestacją kilku wersów z piosenki dręczącej pokolenia, wylewającej się z salonów i z otwartych okien kamienic, można opisać tomik "Oswajanie chmur" Jarosława Kapłona. Bohaterowie, którzy pojawiają się w tomie, zaskakująco często porównywani są do zwierząt, niezależnie, czy śpią, jedzą, dotykają się czy kochają. Całość dziania się odbywa się w statycznym świecie mieszkań pod pokrywą chmur, które obserwowane są przez stare okna i balkony. Nie są to jednak Miłoszowskie chmury, które pragną być interpretowane i mieć znaczenie. U Kapłona po prostu są i stanowią punkt odniesienia dla mieszkań. Z każdym następnym wierszem zatapiającym się powoli w czerń, nabierają złowieszczego charakteru. Podobnie dzieje się ze światem zewnętrznym, który choć opisywany rzadko, bliżej końca oswajania staje się nieprzystępny. Wszystko w tomiku Kapłona wyjątkowo mocno poddane jest dyktatowi podmiotu lirycznego, wnętrzu i prywatności, co wydaje się kontynuacją tendencji antyideologicznych, które wybrzmiały najmocniej w poezji polskiej na początku lat 90. Nurt odstawiony na rzecz liryki aktywno-społecznej, choć ponowiony wraz facebookowymi opowiadaczami codzienności, staje się dla Kapłona czymś oczywistym. Nie ma poczucia wtórności, opowiadając o bohaterze ukrytym w mieszkaniu z papierosem, kawą i kotem, poddanym rutynie, rytuałom i codziennym ślamazarnym aktywnościom. Jednoosobowe państwo, jednoosobowa konstytucja, mieszkanie pośrodku kosmosu - znamy to, choć Kapłon ukrywa swojego opowiadacza w tej jaskini nie z powodu nienawiści do ludzi i świata (jak na przykład u Bukowskiego), ale dlatego, że wydaje mu się to naturalne. Ten ktoś leży na dywanie, patrzy w okno, pali papierosa, głaszcze kota, choć wie, że "Musi istnieć coś więcej niż ja i ten pokój".

To, co na zewnątrz, jest nieważne. To, co publiczne, jest nieważne. To, co wewnątrz, też mogłoby być nieważne, gdy nie element rozświetlający układankę, kobieta ze śladem po cesarskim cięciu. "Namacalne są tylko biodra wszystko inne to halucynacje". Gdy namacalność się oddala, a w końcu znika, mieszkanie przejmuje halucynacja, miraż okrutnych codziennych czynności, wchodzenia, wychodzenia, pukania do drzwi, odmrażania gotowego żarcia, fastfoodowych stosunków i relacji z ludźmi. Chwilami "Oswajanie chmur" przypomina zbyt dobrze znaną piosenkę, aby za moment zaskoczyć ciekawym spięciem znaczeń lub dla przykładu porównaniem uczuć do kroków w mieszkaniu – odmierzania wszystkiego pokojem, poprzez pokój.

Mało jest tak mocno autorocentrycznych tomików i tekstów o izolacji. Niejeden czytelnik "Oswajania chmur" chciałby podjechać pod balkon podmiotu lirycznego i krzyknąć, "proszę wyjść z mieszkania". Na wiele by się to jednak nie zdało, to zwierzę symboliczne rozpięte na siatce automatycznych czynności po prostu zostanie we wnętrzu. Interesujący u Kapłona jest brak tęsknoty za ideą, nie ma żadnej walki o wartości. Wartością jest tylko skóra, oczekiwanie, aż coś się zdarzy, jeszcze kilka tych chwil przed śmiercią.

"Oswajanie chmur" z gracją wpisuje się w literacki program i nurt prywatnościowy. Pomimo odczucia, że zna się już tę historię zamknięcia w czterech ścianach na pamięć, warto zmierzyć się interpretacją izolacji zaproponowaną przez autora. Wiersze są przycięte i ustrukturyzowane ze smakiem, widać doświadczenie literackie i długi czas przygotowania tej upartej ekspresji. To już więcej niż bezpośredniość, to wysublimowana literacka gra, z którą warto się zapoznać.

Jarosław KAPŁON. Oswajanie chmur. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2017
Andrzej Cuda





Dajcie mi, no tego, poetę



Poeta musi chodzić wśród zbóż, sypiać z mleczarką, umierać na strychu na płuca. Dużo uniesień, światła świeć, zbliżenia na pióro i krew na kartce. Do Rimbauda i Verlaine'a doskakuje Młoda polska, później Wojaczek, czy Świetlicki, który ucina patos, dodaje papierosy, ale ciągle utrzymuje bohatera liryki w czterech ścianach i w samo-zanurzeniu. W takie obrazowanie, rekwizytorium i mity wchodzi z radością Jakub Domoradzki, młody autor tomiku "Wiersze, których nie lubi mój tata". Może nieświadomie, może odrobinę ironicznie rozgaszcza się w przygotowanej definicji poety i poezji. Wielokrotnie powtarza na kartkach tomiku, że jest poetą i pisze wiersze, tak jakby repetycja podobnych deklaracji zbliżała człowieka do substancjalnego stania się poetą. Mam wrażenie, że autor boi się, że poetą może nie być lub może przestać nim być, dlatego przychodzi mu w sukurs performatywna możliwość języka, powtarzanie wciąż zaklęć w przestrzeni: JESTEM POETĄ, JESTEM POETĄ, JESTEM POETĄ. Trzeba docenić jednak odwagę deklaracji; samookreślanie siebie jako poety w rzeczywistości postpoetyckiej, w świecie wielu funkcji i możliwości, zakrawa na szaleństwo i heroizm. Zawsze zastanawiam się, dlaczego na przykład hydraulicy nie mają swoich ciepłych wizji i mitów założycielskich (a może mają?), w których prahedraulik śpi na łąkach, sypia z kobietami i naprawia tysiące rur dziennie.

Dlaczego gdy młody autor pisze o kobietach, posiadaniu ich wielu, odbiorca tak bardzo się buntuje? Cóż to za błąd percepcyjny, który pozwala nam słuchać tylko starców lub zmarłych? Dlaczego nie możemy cieszyć się młodym szczęściem? Dlaczego uznajemy doświadczenie za jedyny godny powód rozpoczęcia pisania? Aby nie ulegać starczym podszeptom głowy, pocieszę się razem z autorem wersem "Nie jestem jeszcze poetą//bo nigdy nie tworzyłem poematu//liżąc jej wilgotną waginę,//czy rozchylając//gwałtownie nogi."

Bardzo ciekawa w tomiku Jakuba Domoradzkiego jest relacja jego bohatera z ojcem, zaznaczona w tytule oraz w wierszu ostatnim. Reszta tomu przepełniona jest nadawaniem z wnętrza, opisami dziewczyn i ich kontaktów z poetą, wchodzeniem w układ fascynacji innymi twórcami (Fellini, Rembrandt), zaś zaznaczona przyjaźń, relacja z ojcem rozbijają młodocianą manierę i wysyłają tomik w inny świat. Czytelnika autentycznie cieszy dobra rodzinna relacja, a stwierdzenie "Laurka dla taty//byłaby szara i zimna,//gdyby nie to piękne dzieciństwo..." pozwala myśleć, że autor przestaje się bać, wychodzi z nory fascynacji i mitów. Zaprzecza powoli swoim wersom, "Moje życie jest//wyłącznie moje". Gdy to życie stanie się życiem dla kogoś lub ku czemuś, wiersze także okrzepną i się wzmocnią.

Dobre są fragmenty, gdy Domoradzki zderza stwierdzenia i opinie z szybkimi obrazami i skojarzeniami. Na co zwrócił już uwagę autor wstępu, Mychajło Zaricznyj, ładnie błyszczy wiersz "Spocony kaganek". Wtrącone błyski karabinu, antylopy, świerszcze rozszerzają płaszczyznę poetycką, pozwalają realizować się myślom poprzez obraz. Jest to zdecydowanie najciekawszy chwyt w poezji Domoradzkiego, który powinien być z sukcesem przez niego rozwijany.

Zastanawiam się, dlaczego tata autora miałby nie lubić wierszy syna. Pisane są klasycznie, trzymaja się rytmu, podejmują tematy uniwersalne. Czy tata autora nie lubi wierszy syna, bo chciałby, aby syn został lekarzem? Czy nie lubi ich, ponieważ sądzi, że syn zaczął swoją przygodę poetycką przedwcześnie? Chwilami przychodziła mi do głowy myśl, że część z tych wierszy polubiłby nawet dziadek; poza kilkoma dupami, waginami, drobnym buntem, nie mamy tutaj próby krystalizacji niezrozumiałej dla poprzednich pokoleń nowoczesności. Zdecydowanie chciałbym zobaczyć przyszłe wiersze Jakuba Domorodzkiego osadzone w mieście, poza sobą i swoimi fascynacjami, otwarte na nową rzeczywistość, na nowych ludzi i inną dykcję.

Jakub DOMORADZKI. Wiersze, których nie lubi mój tata. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2016

Andrzej Dobrodziej





O lekturze świata i ciała kobiety w poezji Piotra Woźniaka z tomu „Coś pomiędzy”


Dawno już nie czytałem takiego nie narzucającego się tomu wierszy jak „Coś pomiędzy” Piotra Woźniaka. Nie narzucającego się w tym sensie, że autor nie próbuje mnie na siłę przekonać do swojej poetyki, nie stara mi się udowodnić, że jest wybitnym mistrzem w swoim rzemiośle, nie stara mi się sprzedać jakiejś oklepanej retoryki, stylistyki pod płaszczykiem reformatorstwa i nowatorstwa, nie stara się swoją demagogią zmienić moich zapatrywań na religię, politykę, sztukę itp. I nie jest to minus tego tomu, ale plus, bo takiej nachalnej, narzucającej się poezji dzisiaj jest mnóstwo, takiej wiercącej dziury w brzuchu, takiej starającej się uzyskać od czytelnika zielone światło na parnas, choćby lokalnej knajpy.

Poezja Woźniaka wymaga od czytelnika poszukiwania sensów, zwracania uwagę na niuanse podczas uważnej lektury. Wierszy w debiutanckim tomie jest 28. Nie są to wiersze długie. Budowane są z krótkich fraz, bez zbędnych słów, gdzie buduje się sensy na łamaniu wersów, na dwuznaczności słów, z krótkich informacji podkreślonych jakąś jedną linijka uzyskujemy większe perspektywy. Niby to nic nowego, ale poezja Piotra Woźniaka ma tą zaletę, że jest jasna i czytelna np. w przeciwieństwie do poetów z Torunia, którzy w swoim almanachu w podobny sposób budowali wiersze jak Woźniak, ale wychwycić cokolwiek z ich poezjowania było bardzo trudne. Woźniak także nie osuwa się w banał, nijakość, sztampę, i nadętość, czasem jego poezja wydaje się być bliska poetyce Krzysztofa Siwczyka z „Wierszy dla palących”, czy Marcina Świetlickiego. A o czym pisze Woźniak? O erotyce, także na przekór, np. o jej dziwacznych niuansach np. w wierszu bez tytułu ze str. 9 – „jesteś tak bardzo / nie w moim typie / że mogę spokojnie / iść z tobą / do łóżka”, o podróżach, randkach, rodzicach, religii katolickiej, samobójstwie ojca chrzestnego, rowerzystach, absurdach egzystencjalnych, marzeniach. W „Chciałbym” mamy wyliczankę różnych spraw związanych z abstynencją, dobrą pracą, zadowoleniem z pracy twórczej. Wiersz jednak kończy się pointą przeciwstawną do lektury wersów poprzednich, to o czym pisze poeta, nie jest wierszem pochwalnym wobec własnej egzystencji i twórczości, ale jedynie życzeniem, żeby taka się stała, a ostatni wers „Chciałbym / tak kiedyś powiedzieć” ukazuje nastawienie poety do wcześniejszych wersów.

Wszystkie tematy w poezji Woźniaka są poddane poetyckiemu skupionemu przypatrywaniu się, wiele w „Coś pomiędzy” poczucia daremności zabiegów związanych z egzystencją, religia stoi pod znakiem zapytania, ale nie jest odrzucana. Bycie z ukochaną to nie tylko wspólne szczęście, ale też odczucie bycia zbędnym, nijakim, niepotrzebnym. Pisanie pięknych wierszy też wydaje się daremne. Erotyka w poezji Woźniaka scala różne perspektywy, staje się ekstraktem istnienia, gdyż seks staje się lekturą drugiej osoby „w której język nabiera / innego / znaczenia” („Erotyk literacki”) i w niezrozumiałości istnienia, w jego absurdzie, takie chwile bliskości wydają się dla podmiotu lirycznego ważne. Ale poeta przeskakuje od zrozumienia, potrzeby bliskości do niezrozumiałości, daremności zbliżenia.

Myślę, że warto przeczytać tom Woźniaka także dlatego, że jest szczery i autentyczny i mimo powrotu w nim do tendencji w polskiej poezji lat 90-tych XX wieku, pokazuje, że te tendencje się jeszcze nie zakończyły. Poezja Woźniaka jest taką, którą lepiej się czyta, niż o niej pisze, gdyż jest bardzo rzeczywista, oschła w środkach artystycznych, ale nie pozbawiona budowy metaforycznej, czy symbolicznej na bazie opisywanych sytuacji. Jego poezja jest pełna niedomówień, a ową tematykę, można byłoby inaczej rozpisać, ale poeta z Ostroszowic stroni od upiększeń i warstwy zdobniczo-alegorycznej. I chyba o mocy jego tomu stanowi to, że dosyć dobrze w „Coś pomiędzy” jest dobrana stylistyka do tematyki, nic tu się nie rozjeżdża, a zgrzytają tylko sensy, znaczenia, kiedy poeta akurat takich środków artystycznych używa.

Piotr Woźniak. Coś pomiędzy. Nowa Ruda : Mamiko, 2016
Mateusz Wabik





Na lekcji poezji u japońskich mistrzów haiku. O nowym tomie wierszy „Walkirie. Noc ciszy” Makymiliana Tchonia


Tom wierszy pt. „Walkirie. Noc ciszy” Maksymiliana Tchonia składa się z 89 krótkich wierszy, z których wiele przypomina japońskie haiku, niektóre zaś zbliżają się do aforyzmu. Jednakże książka Tchonia nie jest zbiorem haiku, ani aforyzmów jakie czasem ukazują się w Polsce w rozmaitych wydawnictwach, jest zbiorem poetyckim, w którym mamy także nieco dłuższe niż trzywersowe wiersze. Pamiętam wiersze Tchonia z wydanego również przez Mamiko tomu „http” w 2015 roku, które raczej nie dążyły do lapidarności wysłowienia i skrótu poetyckiego. Nowa książka pokazuje poetę zmagającego się z materią językową w nieco inny sposób niż dotychczas, tym razem wiersze wydają się mniej przegadane, nie epatują wielowymiarowymi metaforami, czy też nie ma w nich rozmachu narracyjnego. Twórczość Tchonia zmieniła się zarówno formalnie jak i treściowo – tym razem poeta dąży do skrótowości, próbuje zapisywać mikroobserwacje zamiast relacji z przechadzek po obcych miasta. Najczęściej są to obserwacje przyrodnicze, metafizyka nadal interesuje poetę, ale nie w takim wymiarze jak w poprzednich wierszach. Są także wiersze w tomiku Tchonia, które tylko formalnie przypominają haiku, ale treściowo bazują na skojarzeniach, czy metaforze, a obserwacje przyrodnicze nie są w nich istotne. W niektórych wierszach z „Walkirii” nadal ważną cechą jest egotyzm, czyli maksymalne skupienie się na sobie, które nieco przeszkadzało w „http” przede wszystkim wtedy, kiedy wdzierały się do wiersza patetyczne tony. Ciekawsze wiersze Tchonia z „Walkirii. Nocy ciszy” to właśnie wspomniane obserwacje przyrodnicze, w których poeta stał się uczniem japońskich poetów – Matsuo Basho, Kobayashiego Issy, czy Masaoki Shiki, którego haiku w tłumaczeniu Ryszarda Krynickiego stało się mottem tomu, a także krótkie wiersze skojarzeniowe, czy aforyzmy. Nie jestem wielkim znawcą haiku i nie mogę prześledzić wszystkich nawiązań Tchonia do japońskiej poezji, sygnalizuję po prostu jakimi torami potoczyły się dalsze losy poezji Tchonia.

Krótkie wiersze obserwacyjne budowane na kilku mikroobserwacjach jak wiersz „I” przypomina nieco poezję Marka Wawrzyńskiego, który od lat uprawia poezję mikroobserwacji. W wierszu Tchonia, mamy trzy wersy i trzy płaszczyzny: „kinkiet słońca / gołe niebo / perełka rosy na martwym policzku”. Najpierw dowiadujemy się o skojarzeniu słońca z kinkietem, czyli małą lampą np. w łazience nad umywalką, potem pojawia się obraz bezchmurnego nieba, czyli najdalszej z widzialnych przestrzeni i nagle słowo poetyckie Tchonia zatrzymuje na obrazie kropli rosy na jakimś „martwym policzku”. Wiersz po prostu w ciągu chwili, po przeczytaniu zaledwie 9 słów ukazuje nam wielopłaszczyznowość widzialnego świata, doświadczamy przestrzenności, która w kulturze Azji Wschodniej jest bardzo istotna. W wierszu „IV” mamy zapis marzenia, czy życzenia, a w trzecim wersie podmiot liryczny wspomina o „pra-przyczynie” i chciałby, żeby ona „miała usta / Janis Joplin”. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że wiersz to subtelny erotyk, marzenie o kobiecie, któraby miała usta niczym sławna piosenkarka ery hippisów z USA. Jednak ostatnie słowo, w ostatnim wersie dodaje do owego marzenia nieco filozofii – można domyślić się, że poeta marzy nie tyle o kobiecie co o rozwikłaniu dylematu, który trapi filozofów od wieków, co było przyczyną stworzenia świata, bo o tych faktach milczy nauka, a wszystko co wiemy to tylko hipotezy naukowe, albo dane wzięte z mitologii, czy religii. Wiersz „L” to znowu próba opisu, a raczej szkicu, gdyż jak na wiersz opisowy ów tekst jest zbyt zdawkowy, tym razem poeta opisuje rysunek, lub zdjęcie „drzewka bonsai” jako tapetę na ekranie komputera. Wg poety „schyłkiem dziejów” jest „japoński dom”. Trudno mi do końca zrozumieć poetę, bo słabo znam kulturę Japonii, ale być może poecie chodzi o potrzebę harmonii. W wierszu „XXXII” mamy ciekawy zabieg poetycki – „szron” wg podmiotu lirycznego jest oznaką roztapiania się nocy jakby rzeczywistość w poezji Tchonia była poddawana jakimś prawidłom magicznej fizyki. Takich obrazów jednak w poezji Tchonia nie jest zbyt wiele, ale dobrze, że są. W innych wierszach zauważamy motywy znane już z poprzedniego tomu wierszy – czyli sztuki i literatury jako despotyzmu i egotyzmu, samotności jako wyniku poszukiwań intelektualnych, w wierszach Tchonia także jest sporo odniesień do historii i kultury jak wcześniej. Mimo, że Tchoniowi daleko jeszcze do poziomu innego współczesnego pisarza pochodzącego z Tarnowa – Jacka Dukaja, to trzeba przyznać, że czas przeznaczony na lekturę nowego tomu „Walkirie. Noc ciszy” nie jest czasem straconym. Wiele wierszy w nim pomieszczonych bardziej mnie przekonuje niż wiersze z „http”.

Maksymilian Tchoń. Walkirie. Noc ciszy. Nowa Ruda : Mamiko, 2016
Mateusz Wabik





Eksploracja prostoty i odejścia



Bartłomiej Siwiec wraca z nowym tomikiem, w którym prezentuje się w inny sposób, choć tak naprawdę pozostaje taki sam – czuły i empatyczny. W porównaniu do poprzedniej książki, „Instrukcji zabicia ptaka”, „Matka i róża” pozbawiona jest elementów historycznych, opowieści o Zagładzie. Jesteśmy tu i teraz, a zagłada, tragedia, odejście wydarzyły się całkiem niedawno, w pierwszym rzędzie w postaci śmierci matki podmiotu lirycznego. Cały tomik przepełniony jest atmosferą śmierci, przemijania, niepewną chęcią pozostawienia czegoś po sobie. Jego świat zdaje się być w fazie terminalnej, każdy element poddany jest zasadom rozkładu. Autor z tytułowej róży wyciska znaczenia niezwiązane z młodością, wigorem, pięknem, ale ze starością, więdnięciem, usychaniem.

Mamy do czynienia z tomikiem o anarchicznej strukturze. Cykl pisanych po bożemu wierszy o codzienności, o wykluczonych i cierpieniu przetykany jest rozbitą na części historią o śmierci królika oraz nagłymi wstawkami, opiniami, dotyczącymi głównie życia literackiego i sensu pisania. W cyklu klasycznym autor często wchodzi w skóry różnych postaci, opowiada z różnych perspektyw. Mówi ustami wykluczonych, społecznie zmarginalizowanych mężczyzn, kobiet z przeszłością i po przejściach. Miasto sprawia wrażenia sceny teatralnej, a zainteresowanie bohatera, który cierpi, przemyka ulicami, obserwuje, siada, przeciera łzę, idzie, boi się i drży, kieruje się tylko ku odrzuconym i przegranym. Poeta widziany jest tutaj także jako niechciany, odrzucony element społeczeństwa. Naturalnie więc musi sympatyzować z podobnymi sobie; poezja to nie zwycięstwo, garnitur, neseser, lśniące auto. Poezja to balast tak jak kupa cegieł dla pleców murarza.

Wspomniana wcześniej, rozbita na części, historia o króliku dodaje tomikowi lekkości, jest kontrapunktem dla twardych sentencji z nagrobka, konduktu pogrzebowego, jesieni i wytartych fotografii. To jedyna część „Matki i róży”, w której do głosu dochodzi pogodzenie się z warunkami życia i przemijaniem, myśl, że odchodzenie może być swobodnym i potrzebnym rozpływaniem się, roztapianiem w wieczności. Co ciekawe do podobnych myśli nastraja bohatera śmierć zwierzęcia – bardziej naturalna, niezakłócona, niepoddana zasadom kulturowej obróbki, tylko płynącej nienazwanej magmy rzeczywistości. Śmierć człowieka – kamienny smutek, śmierć zwierzęcia – naturalność, spokój, nowe otwarcie.

Siwiec naśladuje, wykorzystuje rytm i sposób wierszowania znany z ulicznych piosenek, twórczości naiwnej, dziecięcych wyliczanek. Ubiera od czasu do czasu teksty w świadome, brukowe, nieprofesjonalne rymy, ustawia siebie w roli bożego wesołka, eksploratora prostoty i swojskości. W pewnym momencie w jednym z tekstów zdradza swoje zapatrywania na styl i język. Ma być prosto, skromnie, w ukryciu, swojsko, ze skłonnością do samobiczowania się, reprodukowania katolickiego poczucia wstydu. Jego propozycja jest na tyle charakterystyczna, że prawdopodobnie niektórzy czytelnicy będą musieli dać z siebie więcej, nie obejdzie się bez empatii i samozaparcia, aby przyjąć do siebie te proste utwory pisane z sercem na dłoni, podszyte dzieciństwem.

Tomik kończy się zrezygnowaną, ale trzeźwa i świadomą, konstatacją, że pisanie to tylko forma zapełniania pustki, rozmowa z samym sobą i głuchym, zajętym czymś innym, światem. Jedyną realnością są najbliżsi, kochający drugi człowiek. „Matka i róża” potwierdza Siwcowy idiom, który można byłoby streścić zdaniem – o potrzebie empatii w skradającej się entropii.

Bartłomiej Siwiec. Matka i róża. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2017
Andrzej Nugat





Poboczność i przeszłość



„Dwa chutory” to dwa domy, dwa folwarki, które są prawdopodobnie wspomnieniem tego, co było. Można też pomyśleć, że jeden reprezentuje przeszłość, a drugi myślenie o przeszłości. Teraźniejszości w tomiku Zyty Bętkowskiej jest niewiele, woli ona skupić się na obrazach w sepii, domach i ludziach, których już nie ma, zapomnianych przedmiotach. Nie jest to wspominanie afektowane, a raczej zagadkowe tworzenie zdań, często gorących i nieprzystających do siebie, które rozrywają miejsca i czas. W pewnych fragmentach tomiku autorka przedstawia proste sceny, które prawdopodobnie się wydarzały. Małe zwierzę przemyka pod płotem, linia słońca przesuwa się po ścianie, wiatr nadciąga od strony łąki. Czuć w tych fragmentach umiłowanie do detalu, na przykład, „by przypadkiem wargi nie dotknęły owłosionej brodawki//na policzku ciotki”. W innych pokazuje obrazy, które może na świecie istniały, ale przez dezynwolturę języka, atak na scenę i zdarzenie, wydają się kompletnie nierealne. Są to rzuty oka na zatrzymany świat, który reprezentuje formę schyłkową, tak jakby autorka mówiła – było już tak wiele przemijania, że już za wiele go nie będzie. W jeszcze innych momentach Bętkowska pokazuje, stwarza obrazy, które rządzą się swoimi zasadami, są obrazami dla obrazów poza kwestią fikcji i prawdy. Te momenty przypominają wyimki z tomików Romana Honeta. Najrzadszą, choć wyczuwalną, formułą spotykaną w „Dwóch chutorach” jest językowa gra. Powstaje wrażenie, że obcuje się z językiem, który rodzi się sam w sobie, nie odpowiada niczemu, żadnej rzeczywistości obiektywnej, zamknięty, skupiony, skierowany do wewnątrz.

Wyjątkową wartością „Dwóch chutorów” jest łączenie różnych słowników. Zwykle tomiki osadzone są w jednej rzeczywistości językowej, zaś Zyta Bętkowska w swój nurt główny, czyli to, co dotyczy natury i łemkowszczyzny, wrzuca anglicyzmy, postaci mitologiczne, slang naukowy, matematyczny czy muzyczny. Tworzy to zaskakujący, choć często odrobinę niekomunikatywny, przekaz. Tworzony w bardzo indywidualnej niszy, która rządzi się swoimi, przez siebie tylko zrozumiałymi, pryncypiami, ustawiając zasieki znaczeniowe i puszczając dym, nie pozwalając odbiorcy na bezpieczne rozgoszczenie się wśród zdań. „Dwa chutory” przypominają twórczość Brunona Schulza czy Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, autorów jakby wyizolowanych mentalnie i geograficznie, którzy aby oswoić to, co najbliższe, przystąpili do językowej podróży w głąb siebie. Możemy traktować tomik Bętkowskiej jako zagadkę bez podpowiedzi, zagadkę, która w żaden sposób nie chce być rozwiązana.

Roztopiona w pustce bohaterka tomiku wspomina, patrzy, myśli, ale co ciekawe, nie opuszcza jej napięcie, monologom towarzyszy wysoka temperatura emocjonalna. Chwilami wydaje się być na skraju załamania nerwowego, kieruje ją chęć zrozumienia wszystkiego, próbuje zakomunikować ciągłe zatrucie myśleniem i czuciem, osadzeniem w czasie. Ktoś jej towarzyszy tak, jak Dyckiemu matka. Jest to człowiek porwany, niedoskonały, niedokończony, w kawałkach, będący na ostrzu noża. Sama bohaterka wierszy twierdzi, że „nigdzie nie będę szczęśliwa, jeśli zabiorę tam siebie”. I rzeczywiście taka jest, szczęście osiąga tylko raz, będąc w „Czarnym Kogucie”, reszta życia upływa jej na odrętwieniu i niepokoju. Mówi, że „nie ma// łagodnych przejść między plamami szczęścia// a plamą rozpaczy”. Najczęściej tkwi w plamie rozpaczy lub niespokojnym byciu pomiędzy.

„Dwa chutory” to miks rejestrów językowych, zagadkowość oraz poszukiwanie przez autorkę poezji na różnych płaszczyznach życiowych. Dobrze, że nie wyłuskuje ze świata fragmentów standardowo kojarzących się z poezją, lecz traktuje poetycko całość życia i potrafi napisać wiersz na przykład o grze w „Kierki on-line”. Jest to tomik dla odważnych, lubiących historie ściśle związane z autorem osadzonym poza głównym nurtem życia społecznego.

Bętkowska Zyta. Dwa chutory. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2016

Andrzej Leser





Już blisko, powoli



Co dwie minuty powstaje tyle zdjęć, ile zostało zrobionych przez cały dziewiętnasty wiek. Taśmociąg ujęć, kolorów, filtrów zaciska gardło; prezentacje, odbicia świata rozlewają się niczym kolorowa zupa i musimy czasem podpłynąć w sam róg sufitu, aby nabrać powietrza, wpaść w bezruch i chociaż przez chwilę nie dodawać niczego od siebie. „Kwestia wyboru” Mariusza Ropczyńskiego to tomik zdecydowanie fotograficzny, jest to jednak fotografowanie ze starych dobrych czasów – misterium obserwacji, rytuał migawki, późniejsze powolne przeglądanie odbitek zawiniętych w szary papier. Każdy z wierszy możemy potraktować jako zdjęcie, z którego zrobieniem autor długo się nosił, czekał na odpowiedni nastrój wizualny, rozlanie się światła i cieni, dobry rozkład liści, kałuż i błota.

U Ropczyńskiego na początku nie było słowa, wszystko zaczęło się, obudziło wraz z otworzeniem oczu, zarysowaniem konturów przestrzeni, wizualnym ulokowaniem się w krajobrazie. Słowa przychodzą później, gdy świat dawno się już zmaterializował i zostały po nim kształty, przebłyski, bryły wabiące do siebie słowa i systemy skojarzeń. Autor zdaje się podświadomie mówić, że język jest synem obserwacji, czymś naddanym, czymś coś się skrapla i można go przetrzeć szmatką, aby dotrzeć w sferę praprzestrzeni, praobserwacji, może niebytu. Świat „Kwestii wyboru” zastyga niczym zalany żywicą, nie jest to jednak późniejszy bursztyn przecinany ciosami światła, ale czarna materia, dziura sepii, wokół której krążą cienie. A w środku ślamazarne zmiany pór roku, bezruch przyrody i postaci, które wolno się przemieszczają, czasem budują coś z ziemi, spotykają się na zjazdach rodzinnych, mając wobec siebie spore wątpliwości.

Autor pozbywa się siebie, odkłada na kołek karabin auto-ujęć, wyrastając z czasów, gdy trzeba było trzy razy przeprosić, zanim zaczęło się mówić o sobie. Jest w tej postawie pewna godność, wrodzona lub wyuczona skromność, szacunek wobec odbiorcy. Ropczyński nie mówi – popatrz, to ja, opowiem ci o sobie, zobacz, jak myślę i czuję. Proponuję raczej wspólną obserwację terenu, podaję czystą kartę z emocjami do własnego użytku, nie narzuca się, czasem tylko dyskretnie podsuwa puenty. Nie przemyca też żadnej ideologii, jest cichym orędownikiem swojego ogródka. Nie wojuje z podgrzanym, przyśpieszonym światem, dla niego kontemplacja, dokładność, cichy pochód wydają się wyborem oczywistym, naturalnym, prostym, będącym poza kwestią racjonalności i obszarem świadomego podejmowania decyzji. Nie jest to dumna z siebie slow poetry, szczerząca z zadowoleniem zęby poezja małych ojczyzn, lecz skromne budowanie wersów w oparciu o to, co znajduje się najbliżej skóry, co można zaobserwować podczas patrzenia, mrużenia oczu, wgapiania się w horyzont.

„Kwestia wyboru” może mieć swoich zwolenników wśród ludzi, którzy myślą i działają podobnie do autora, przebywając w swojej niszy poza głównym rozdaniem, wieczną sztafetą i wybuchami aktualności. Tomik Ropczyńskiego to kilka listków pastylek, które mogą leczyć rozbitą koncentrację, poszarpane nerwy i zajady, które się tworzą, gdy biegnie się całe życie pod wiatr.

Mariusz Ropczyński. Kwestia wyboru. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2017

Andrzej Kuk







Oszczędność słów i wiersze w pobliżu milczenia



W swoim kolejnym tomiku poetyckim „Poziom morza”, Piotr Barański kontynuuje swoją drogę poetycką znaną z „Nocnego południa”. Jest to poetyka skrótu, operująca rozmaitymi środkami artystycznymi, często odnosząca się do konkretu, ale nie stroniąca od poczucia absurdu istnienia, nieufna wobec zinstytucjonalizowanej religii, czasem zahaczająca o grę słowną. Jednakże w „Poziomie morza” mniej zauważa się dywagacji na tematy religijne, choć takie wiersze też można znaleźć w tomiku, ale pojawiają się, co świadczy o rozwoju literackim poety, wiersze na tematy nie poruszane we wcześniejszej książce. Takie dwa tematy szczególnie można zauważyć: patriotyzm i autotematyzm, czyli krótkie wiersze dotyczące spraw istoty poezji. Z początku widząc tytuł „Postawa obywatelska” miałem przewrócić kartkę na kolejną stronę, gdyż nie sądziłem, że w tym temacie, tak zgranym przez poetów roczników 60-tych można coś dobrego napisać. Trudne jest pisanie na tematy oklepane i zgrane by nie powielać już tego co zostało napisane. Na szczęście poeta wybrnął z tej niekorzystnej dla siebie sytuacji pisania przez nieznanego poetę, na tematykę już poruszaną wcześniej i to wiele razy. Ten wiersz od razu także rzuca się w oczy, gdyż mimo lapidarnych wersów jest jednym z dłuższych wierszy Barańskiego. W wierszu poeta prowadzi dyskusję na temat powinności wobec Ojczyzny, ale zaczyna od zdania dotyczącego pisania wierszy: „Piszę prawdopodobnie więcej wierszy/od przeciętnego Polaka”. I tutaj zaraz mamy pierwsze zaskoczenie, gdyż w kolejnych linijkach poeta nie ogłasza się nowym wieszczem (choć może szkoda), ale wybiera skromność, gdyż czytamy, że jest bardziej przeciętny od kogokolwiek. Poeta neguje postawę romantyczną co jest częste w poezji polskiej i zaraz wchodzi w trawestację słów amerykańskiego polityka Johna F. Kennedy’ego, wypowiedzianych w 1961 roku podczas jego zaprzysiężenia na prezydenta USA: „Nie pytaj, co twój kraj może zrobić dla ciebie, zapytaj, co ty możesz zrobić dla swojego kraju” negując ją kilkukrotnie. Trawestacja Barańskiego neguje od razu słowa prezydenta i odwraca znaczenia „nie pytam co Ojczyzna/może zrobić dla mnie”, ale neguje te słowa także, gdy następnie pisze, że „pytam co ja/mogę zrobić/dla mnie”. Wiersz w tym momencie zbliża się do poetyki lingwizmu, jednakże nie ma w nim samej koncentracji na języku, dla samej koncentracji na języku, ale ukazanie własnej postawy obywatelskiej ukazującej, że to co się robi, robi się dla siebie i nie jest to wyrażone jakoś zbyt egocentrycznie, ale także mimo podobnej wymowy do wierszy wczesnych Marcina Świetlickiego, nie jest to podrabianie niczyjego stylu. Jest to raczej po pierwsze wpisanie do wiersza nowej historii Polski, gdyż dzisiaj można uznać, że jak nasz kraj jest sojusznikiem NATO, to można przywołać w wierszu zdanie amerykańskiego prezydenta, by je strawestować, zanegować i ukazać własną postawę. Niby nic, ale tak naprawdę dopiero do mnie teraz to dotarło, że do tak znanych słów Johna F. Kennedy’ego nikt się z polskich poetów nie odwoływał, ani negatywnie, ani pozytywnie, chociaż w naszej historii powojennej są wiersze ku chwale ZSRR i towarzysza Stalina, to nie było zbyt wiele odwołujących się do któregokolwiek przywódcy USA, przynajmniej po 1989 roku.

Jeśli chodzi o wiersze autotematyczne Piotra Barańskiego, to w „Poziomie morza” można znaleźć ich trzy. W pierwszym „Złogi” poeta odwołuje się do kształtu logo zespołu Rolling Stones, w którym jest narysowany wystawiony język i stwierdza, że w jego przypadku „język Polski” nie jest podobnie używany. W jednej strofie mamy nagromadzone mnóstwo znaczeń opalizujących ze sobą i przekształceń. Po pierwsze „język Polski” jest przekształceniem frazeologizmu „język polski” oznaczającego język jakim mówią obywatele Polski, Polacy, czy jeden z języków należących do rodziny języków słowiańskich, ale także język w jakim piszą poeci i prozaicy w Polsce. Właśnie to przekształcenie bardziej zwraca uwagę na język mówiony w Polsce, niż ten nauczany w szkole, czy znany z literatury pięknej. Jest to język nastawiony wg poetę na zadrwienie z kogoś, znieważenie, albo pokazanie swojej wyższości nad kimś, co oczywiście znamy z czasów współczesnych, gdyż gazety i inne media od lat ukazują jak jedni politycy próbują pokazać się ważniejszymi od innych, nie przez zasługi, własna działalność, tylko wydrwienie innych polityków. W życiu codziennym, często zdarza się znaleźć kogoś kto wystawia nam język, nie jak dziecko, ale przenośnie, gdyż próbuje podwyższyć własną wartość drwiąc z innych ludzi. Poeta daje sygnał, że poetyka drwiny go nie interesuje, zwraca uwagę na inne możliwości językowe kiedy pisze „ale jest tam ślina”. Poeta wyzyskuje dwa znaczenia słowa „język” – jako organ i jako kod do porozumiewania się i neguje poetykę drwiny, jednakże wskazuje, że „ślina” może być interesująca traktowana metaforycznie np. w wyrażeniu „opluć kogoś” co znaczy już nie zadrwić, ale kimś, czymś „pogardzić”. Wiersz pokazuje, że pogardzie językowej może tkwić źródło pisania. W „Treści”, który momentami zbliża się do poetyki Mirona Białoszewskiego, a także tych poetów, którzy w swojej twórczości majstrowali przy możliwościach wyginania i dłubania w języku szczególnie po to by wydrwić slogany komunistyczne tu mam na myśli poetów Nowej Fali u zarania pisania – mamy krótkie ars poetica. Podmiot liryczny wiersza zauważa, że w poezji o ile można zauważyć brak treści, to jednak „ludzie powinni być o kimś”. Co można uważać za usterkę gramatyczną, ale na pewno jest to celowy zabieg, który tak naprawdę trudno do końca wyjaśnić. Poeta jakby za pomocą poetyki lingwistycznej ją samą deprecjonuje, zauważając brak w niej treści, tylko same przebiegi odkształconych fraz. Zdanie nie zrozumiałe przytoczone wyżej odczytuję, że ludzie nie powinni być niezrozumiali, powinni mieć z sobą coś wspólnego, powinni być nasyceni treścią, a nie formą. I myślę, że to jest ciekawy głos w dyskusji nad poezją współczesną, gdyż mam wrażenie, że nastąpił kiedyś zrzut poetyki lingwistycznej w sporym nadmiarze, która niczym stonka zniszczyła nasze plony poetyckie tuż po 2000 roku. Wg mnie był to celowy zabieg, żeby kogoś jeszcze wylansować. Gdyby otworzyć karty historii polskiego lingwizmu w PRL, na pewno poza Białoszewskim, odnalazłoby się wielu innych twórców np. Stanisław „Swen” Czachorowski, o którego upominano się w latach 90-tych na łamach warszawskiej „Literatury”, w której uważano go twórcę polskiej lingwistycznej szkoły poezji, a także Witold Wirpsza, o którego istotność wiele dzisiaj środowisk zabiega. W innym nieco słabszym wierszu niż omawiane dotyczącego już nie poezji, ale poetów pt. „Postawa faryzejska” poeta ukazuje, że grafomani są po stronie dobra, a poeci po stronie zła. Co można nazwać taką konstatacją znaną już z historii literatury. Jednakże poeta kończy wiersz po swojemu, humorystycznie dziękuje katolickiemu bogu, że nie jest „jak oni/wszyscy”. Więc jednak nie do końca udaje mu się być bardziej przeciętnym od przeciętniaka, czasami nieco wynosi się ponad innych, co chyba nie jest takie najgorsze w jego poezji.

Czwarty tomik uznawany przez poetę Piotra Barańskiego za drugi na pewno zastanawia tym, że jest pisany momentami oszczędniej, że akurat w tym tomiku wszelkie, oprócz zasygnalizowanych, nawiązania do poezji innych twórców nie są tak wyczuwalne jak wcześniej. Wiele wierszy nie jest pisanych przejrzystą frazą, bliskie niektóre wiersze jak „p.p.m.” są poetyce enigmatycznej, trudnej i zagadkowej. W tomiku są także wiersze tak oszczędne w wyrazie, że aż bliskie milczeniu, braku słów, w jednym z nich pt. „Wiersz mojżeszowy” uwidacznia się podobieństwo do wierszy Roberta Tekielego w rozbijaniu cząstek słownych. Można zauważyć w poetyce Barańskiego pewien rozwój związany z poszukiwaniem nowych tematów, ale dążący jeszcze do większej oszczędności słowa, wybijania ich ze znaków interpunkcyjnych w krótsze frazy. Jest to wszystko nadal frapujące, mniej przebojowe, ale zastanawiające. Myślę jednak, że „Poziom morza” to także uzupełnienie „Nocnego południa”.

Piotr Barański, Poziom morza, Nowa Ruda 2016

Mateusz Wabik





Wyjście do wewnątrz



„Histeryjki obrazkowe” cechują ujęcia kontrastowe, zderzanie tego, co stare z drobinami współczesności. Powstaje wrażenie, że bohaterka tych wierszy to ktoś, kto dorastał w świecie wyobraźni, nie zaniedbując klasycznej edukacji i kontaktu ze sztuką, lecz teraz musiał wystawić czułki na świat, który jest czymś całkowicie innym niż tamten stworzony w imaginacji, ukształtowanej harmonią, malarstwem, beletrystyką i pięknym mitem. Bohaterka stara się odnaleźć w świecie bez piękna, na ulice wychodzi szczelnie oklejona bandażem i płótnem. Pełna tęsknoty za starymi czasami, za ludźmi, którzy trzymali klasę, dobrze akcentowali słowa, a w kieszeniach mieli róże. Ulica, przystanek, sklep nie mogą być tylko sobą, muszą zostać zderzone z językiem, wyobrażeniem dobrej przeszłości. Bez podobnej formy ujarzmienia świata poprzez miękkość, delikatną formę, „puchatość” słów, rzeczywistość jawiłaby się bohaterce jako estetyczne piekło. Aby się z niego wyrwać, pyta uparcie, jak z codzienności zrobić mit. Jak z bardzo prostych, codziennych ruchów na planszy mieszkania, miasta, zawodu uczynić coś znaczącego, oblec świat w pomnik, zalać go sepią. Na balkonie zamiast sąsiadki z konewką zobaczyć obraz mistrzów.

Spod wielu warstw obrazów, skojarzeń, historii wyłania się odrobinę pogubiona postać uwikłana w tygodniowy rytm pracy. Weekend jawi się jako bezpieczna przystań, hak, dzięki któremu może zostać w domu, utulić się dźwiękiem, nastrojem z dawnych czasów. Zamiast „mijanych przystanków zwykłości” wreszcie usłyszeć pękające „naczyńka krwionośne jabłek”.

Nie jest to tylko wspominanie i dotykanie starych zapomnianych zdjęć przy herbatce, z historyjek często robią się „histeryjki”, a w bohaterce coś wybucha i drży tak mocno, że ma ona ochotę przewrócić stolik razem z zastawą. Może jest to niezgoda na przemijanie albo na kobiecość już na zawsze przynależną w oczach innych pewnym domowym miejscom, obłożoną dobrze znanymi przedmiotami. Jakby nie mogła mówić bez zapośredniczenia w materii, w innych, być postacią samą dla siebie. Chowa się więc w odruchu obronnym w sobie, przechadza się po wspólnym pokoju, w którym na kanapach leżą Frida Khalo, Pani Dolloway i cała brygada ważnych kobiecych modeli. Czyta siebie poprzez postaci historyczne, czuje z nimi związek, powinowactwo, siostrzeństwo, choć ostatecznie raczej zasypia, przemyka bokiem, nie dąży do ostatecznej emancypacji.

„Histeryjki obrazkowe” to tomik zmysłowy, gotowany w odpowiedniej temperaturze, pełen zapachów, tomik z malutkiej jamy, w której panuje cisza, niemoc lub niechęć do wychylenia główki, ale też odwaga, aby mówić, wspominać, do czegoś dążyć. Czyste nurzanie się w fantazji, w sztuce niezakłóconej współczesnością, acz z grudkami soli kąpielowych z promocji w Tesco.

Od „Kobiety z wagą” do „Narodzin Wenus”. Tomik Danuty Hein kończy się w wannie, pętla się dopala, świat stwarza się na nowo. Sporo w „Histeryjkach” naglącej potrzeby zawinięcia się, przylgnięcia do czegoś, schowania się do wewnątrz. I prawdopodobnie autorce udało się najlepiej odtworzenie i przekazanie wsobnego klimatu małego świata, podszytego głosami przodków, wspomnieniami, wpływem mistrzów, ograniczeniami płci, historii, gatunku czy czasu.

Danuta Hein. Histeryjki obrazkowe. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2017

Andrzej Moka





Teoria idealnego momentu




Od zawsze niektórym podróżnikom nie wystarczało samo bycie gdzie indziej, przemieszczanie się, radość czerpana z obcości. Odczuwali także potrzebę zapisu, upamiętnienia, przekazania informacji o dalekim tym ludziom, którzy pozostali na miejscu. Często podróżnicy wybierali jednak dzienniki, reportaże, prozę lub pisanie przewodników po nieznanym. Poezja to rzadszy wybór, a właśnie na taką formę zdecydowała się Jola Gęsicka w swoim „Debucie”.

Jesteśmy przez autorkę zabierani w różne przestrzenie – Maroko, Ukraina, Gruzja. Tam, gdzie ciągle ciepło i lepko, piasek wypada spod kartek. Fikcja i prawda miksują się w mocnym słońcu podczas luźnego wylegiwania się na plaży. Dwie postaci obserwują swoje ciała, dotykają się, strzepują z łopatek kropelki potu. Bardzo ważny jest u Gęsickiej krajobraz, ciągle zderzany z odczuciami ciała – ja – świat – ja – świat –jaświat – zaklęcie powtarzane tyle razy, aż kiedyś staną się prawdą. Bohaterka stapia się z terenem, łączy się z całością. Mówi między wierszami, że wszystko jest wszystkim, jesteśmy, mimo że różni, zbudowani z jednego magicznego materiału – skala mikro staje się skalą makro i na odwrót.

W poetyckiej podróży autorki poza panteistycznymi wtrętami odczuć można silną chęć złapania odpowiedniego momentu, chwili, gdy wszystko (pora dnia, kąt padania słońca, dźwięki, zapachy, towarzystwo) będzie idealne, stanie się kilkusekundową pocztówką, gifem, który już na zawsze w głębokich klaserach umysłu zostanie zapisany pod nazwą szczęście. Te poetyckie obrazki jawią się niczym urywki z dawno zapomnianej kasety VHS: lepkość, żółć, mus, bursztynowe światło, niewyraźne uśmiechnięte postaci w migotliwych cieniach.

Tu i ówdzie czytelnik może odnaleźć ślady duchowych przewodników autorki, którzy szli pod prąd mcdonaldyzacji rzeczywistości, poszukiwali czegoś więcej poza podstawowym rozdaniem społecznym. Castaneda, Mistrzowie zen, Timothy Leary (głównie we fragmentach o pamięci genetycznej i cofaniu się w czasie razem ze swoim DNA) szepczą na kartach tomiku, zaproszeni przez autorkę, która wybiera układ tu i teraz jako najlepszy sposób na znalezienie ponadczasowego szczęścia.

W pewnym momencie podróżnicze obrazki ustępują na rzecz wierszy o relacjach, tych najbliższych, cielesnych, poprzez które realizuje się reszta komunikacji. Chwila i zanurzenie się w czasie najlepiej smakują, gdy są z kimś dzielone. Przyleganie do siebie, dwuosobowe księstwo, mały prywatny świat to jeden z ulubionych tematów autorki.

Pod koniec niespodziewanie pojawia się nuta bólu, cierpki smak na języku. Mimo że bohaterka wie, że jesteśmy tylko pyłkiem na drodze wszechświata i wierzy w nieustający cykl przyrody, przemianę materii i zgadza się radośnie na połączenie z wiecznością i nieuniknionym, to śmierć najbliższej osoby ją rozstraja i nie do końca może się z nią pogodzić. Wierzy jednak w mit wiecznego powrotu i to dodaje jej otuchy.

„Debut” to poezja o unoszeniu się, płynięciu, byciu w ciągłym czasie teraźniejszym. Wiersze bliskie natury, międzyludzkiej serdeczności, nieufne wobec zakusów korporacyjnych regulacji i uniformizującej globalizacji – choć między innymi dzięki niej autorka może podróżować. Ciała porównywane do części krajobrazu jak w indiańskich mitach, pożywny czas teraźniejszy, przeczucie, że gdy żyjesz chwilą, nie będzie przerażało cię przemijanie. Świata nie odbiera się racjonalnie, ale przez intuicję, znaki, przeczucia. Takie i jeszcze inne idee wyłaniają z pierwszej poetyckiej przygody Joli Gęsickiej. Kiedyś rozegrają się kolejne, w których pewnie ziemia będzie już dla autorki za mała – powstanie wtedy poezja kosmiczna, poezja science fiction?


Jola Gęsicka. Debut. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2017

Adam Golden






Poetyka skrótu




„Nocne południe” Piotra Barańskiego to jego trzeci tomik poetycki. Został wydany w 2015 przez noworudzkie wydawnictwo Mamiko. Sam poeta, o czym dowiadujemy się z czwartej strony okładki, uważa swój trzeci tomik za debiut. Wydaje mi się, że związane jest to z wysoką krytycznością twórcy wobec własnych początków, o których nie wiele wiem. Nikt od młodego twórcy nie wymaga, żeby pisał na poziomie pisarzy wybitnych, wiadomo kiedyś pojawiły się w latach 90-tych olśniewające debiuty młodych twórców i od tego czasu, czasem zdarzają się tendencje by zapierać się swojej niedoskonałej twórczości. To co zrobił Piotr Barański, nie jest niczym nowym, swojego debiutu wyparł się Piotr Macierzyński, wczesnej twórczości Jerzy Franczak. Ale jak już się popełniło niedoskonałą książkę, nie można sobie ot tak napisać, że 3 tomik jest debiutem, gdyż gdyby coś takiego przyjęło się na szerszą skalę, co drugi poeta nie osiągając wielkiego sukcesu w czasie debiutu, podczas kolejnych książek by się ich wypierał i powstałby przez to bibliograficzny bałagan.
Piotr Barański w swoim trzecim tomiku, który uważa za debiut posługuje się poetyką skrótu. Rzadko, który wiersz w „Nocnym popołudniu” ma więcej niż 6 wersów. Nie są to współczesne wiersze haiku, czy aforyzmy, ale wiersze bardzo krótkie, które kojarzą mi się z lapidarnymi wierszami Marcina Świetlickiego, Marcina Sendeckiego, czy Bohdana Zadury. Niekiedy jego niektóre wiersze mogą przypominać aforystykę spod znaku np. Stanisława Jerzego Leca np. w wierszu „Przykład z najlepszych”, kiedy wersy bardziej dążą ku abstrakcyjnym rozważaniom filozoficznym, niż opisują konkretną sytuację poetycką. Wśród wierszy Barańskiego zdarzają się przede wszystkim wiersze, w których zestawiona jest teza i antyteza, albo zaczynają się od lapidarnie zaznaczonej sytuacji, żeby w ostatnim wersie ją spointować tak, żeby to drobne zdarzenie, zazwyczaj umykające zwykłym śmiertelnikom, było metaforą odsyłającą do spraw ogólnych, albo w kilku słowach ukazuje absurdy współczesnego świata, niekiedy tworzy lapidarne wiersze autobiograficzne, albo wiersze zestawia z pozoru z niewiele pasujących do siebie wersów, które po głębszym zastanowieniu dopiero się wyjaśniają jak np. „1 XI”, w którym mamy dwa krótkie zdania oddzielone od siebie światłem. W jednym czytamy „Depilacja woskiem”, w drugim „Masaż kamieniami”. Z początku zastanawiałem się czy to nie jest wiersz hermetyczny, jednak data w tytule wszystko wyjaśnia. Z roku na rok przemysł pogrzebowy coraz skuteczniej atakuje odwiedzających groby bliskich – reklamami, które nie wiele mają z powagi śmierci. Często takie reklamy zakładów pogrzebowych, zapewne bez intencji autorów sloganów reklamowych, wywołują poczucie niestosowności, albo są skonstruowane jakby ich autorzy mieli „wisielczy humor”. W taki sposób Barański zestawia swoje wersy, na zasadzie zbicia treści absurdalnych sloganów reklamowych. Jednakże te wersy mogą dotyczyć sytuacji innych niż chowania zmarłych, np. rozlania wosku na skórę – przez co usuwanie go np. z ręki może przypominać depilację, „masaż kamieniami” może odnosić się do przypadkowego upadku podczas odwiedzin grobów podczas Święta Zmarłych, czy też Dnia Wszystkich Świętych (wolę jednak tą bardziej świecką nazwę, chociaż odnosi się do czasów sprzed 1989 roku).
Wśród wierszy Barańskiego w „Nocnym popołudniu” można znaleźć także krótki, nieco złośliwy wiersz pt. „Supergrupa”, w którym poeta wyzyskuje to, że wyraz „zespół” jest homonimem słowa „zespół”, pierwszy oznacza „grupę ludzi, np. zespół muzyczny”, drugi „zespół chorobowy”. Ten wiersz jest ciekawy przez to, że ukazuje w nim najpełniej poeta swoją wrażliwość na wieloznaczność języka. Także jest to wiersz, który tak do końca trudny jest do wyjaśnienia, co w innych wierszach poecie z Warszawy to się nie zdarza. Poeta opisuje w wierszu sytuację z rzeczywistości, lub zupełnie zmyśloną - spotkanie znajomego z „zespołem Downa”, a potem stwierdza, żeby nie chciał aby się „rozpadł ten zespół”. Poeta być może kpi sobie z ludzi upośledzonych, albo po prostu chciał napisać wiersz, który byłby zbudowany na wyzyskaniu w tekście obu znaczeń słowa „zespół” przez co wiersz wskazuje na wymiar gry językowej i zabawy tekstualnej, a takich tekstów w „Nocnym południu” nie ma za wiele.
Piotr Barański w swojej książce przygląda się także religii katolickiej w „Najlepiej spożyć” czytamy „Zastanawiam się, czy Bóg/jest ważny we mnie”, w „Po świętach” czytamy: „Idę wśród ludzi,/boję się Boga.//Bo jest człowiekiem.”, czy w „Sumie” - „W krzyżu można łatwo dostrzec plus”, które to słowa są przytoczeniem zdania jakiegoś proboszcza. Trudno do końca odgadnąć nastawienie do religii katolickiej podmiotu wierszy Barańskiego, ale wydaje się, że chodzi o nieufne uczestniczenie w niej. Katolicki bóg zastanawia poetę, który opisuje swój strach przed Chrystusem, nie ufa skomercjalizowanej religii, nie ufa temu medialnemu krzykowi podczas świąt, ale nie wypisuje się z religii, nie wchodzi na tereny znane ateistom, agnostykom i bluźniercom. Wydaje mi się, że w swoim zastanowieniu nad religią katolicką przypomina podejście polskiego filozofa Mateusza z Krakowa, który już w czasach średniowiecza zarzucał dostojnikom świeckim kupczenie odpustami. Może w kolejnych tomach nastąpi powrót do bardziej doktrynalnego katolicyzmu, a może ta mała nieufność przerodzi się w niewiarę, albo poszukiwanie boga poza religią? Kiedyś podobnie podważał zinstytucjonalizowaną religię Marcin Świetlicki, w „Złym ptaku” z „Zimnych krajów” i „Zimnych krajów 2” pisał „Co to/za światło, które można opowiedzieć,/które ma regulamin?”. Można zapytać po co komu religia jeśli wzmaga lęk?
Trzeci tomik Piotra Brańskiego jest udany. Poeta prezentuje w nim światopogląd, trochę odległy od mojego, nie podważa w ogóle religii, ale jest co do niej nieufny, dziwi się też absurdom dnia codziennego, poszukuje świata nieskomercjalizowanego i takich wartości nie wystawionych na sprzedaż. Wydaje się zimny momentami i wyrachowany, jednakże nie sądzę by o takie majstrowanie na zimno chodziło w poezji. Warsztat poety jest dobry, gdyż nie jest w sumie tak łatwo napisać krótki wiersz, który nie byłby powielaniem stylu haiku i nie byłby aforyzmem. Myślę, że żaden starszy poeta od Barańskiego, który czasem wybiera krótką formę, nie powstydziłby się wielu tekstów zamieszczonych w „Nocnym południu”. Jednak bardzo frapują mnie wcześniejsze tomiki Barańskiego, czy były niedoskonałe pod względem oszczędności słowa poetyckiego? Czy były pisane w zupełnie innym stylu, którego na przykład Barański dzisiaj nie poważa? Nie sądzę, żeby było to aż tak złe tomiki, godne wypierania się ich, znając dzisiejszy warsztat poetycki autora.

Piotr Barański, Nocne południe, Nowa Ruda 2015
Mateusz Wabik





Godne spokoju



Literatura jako skrytka na strychu? Pole utożsamień? Trening relacji i potencjalnych doświadczeń? Czas leci, a my udzielamy różnych literackich odpowiedzi. W jednym tygodniu jesteśmy już pewni, że zwycięży krótka forma – może nawet poezja – bo po prostu nie mamy czasu na nic dłuższego. W drugim zdajemy sobie sprawę z naszej potrzeby ciągłości i zadomowienia się w historii, nosząc w torbach wielokilogramowe sagi, aby przez długie tygodnie być z bohaterami w wyobrażonej kohabitacji. Z jednej strony niechęć i znudzenie, gdy w facebookowej notce nie dostaniemy po pięciu zdaniach gratyfikacji w postaci puenty czy żartu, a z drugiej przyjmujemy bez szemrania czterdziestostronicowe passusy o tym, że tamten Norweg umył zęby. Prawdopodobnie w pisaniu wciąż chodzi o to, aby oddać swój świat w sposób na tyle interesujący, aby zobaczyli się w nim inni lub poczuli chęć obcowania z sobie nieznanym.

Czego zatem pragnie Marianna Łopaciuk w swoich „Listopadach”? Według mnie chce fabularnie potwierdzić kawałek najbliższej jej rzeczywistości. Czy udaje jej się zainteresować nim innych i zaprosić ich do gry w utożsamienie lub „poznaj-nieznane?” Myślę, że tak, bo nie brakuje jej czułości, rozwagi, ciekawości wobec świata i szacunku do odbiorcy, ale przed podsumowaniem warto najpierw powiedzieć kilka słów o tej spokojnej prozie.

Była nauczycielka, Magda, jest już w późnym okresie swojego życia, lecz w żaden sposób nie ogranicza to jej możliwości poznawczych. Sprawna, roześmiana, wręcz zawadiacka, choć czasem też melancholijna, przyjemnie spędza emeryturę, ciągle wyjeżdżając, spotykając się ze znajomymi, biorąc udział w plenerach, pisząc, nawiązując nowe relacje i pielęgnując poważny kontakt z domowymi zwierzakami. Przyjemna jest ta jej ferajna starszych przyjaciół, otoczonych futrzastymi pupilami, którzy ciągle mają w sobie chęć, aby dyskutować o kosmosie, sprawach podstawowych, powinnościach sztuki. Spotykają się tak, jakby chcieli przegadać ostatnio przeczytane książki i artykuły, pobyć chwilę razem, nawet poflirtować czy powygłupiać się. Dojrzała kulturalna wielkomiejska tkanka: „Wielkie piękno” w ramach naszych skromnych polskich możliwości.

Gdy już jesteśmy w sferze porównań czy szybkich skojarzeń, warto przypomnieć zgrabny serial „Olive Kitteridge”, z którym „Listopady” odrobinę się kojarzą. I tak samo jak w tej amerykańskiej produkcji, książka Łopaciuk nie jest tylko impresją na temat „późnego szczęścia”. Opowiada ona w naturalny sposób także o tragedii, traumie, cierpieniu, odchodzeniu, starczym zasklepianiu się w sobie i ciężkich myślach. Wszystko to jednak można pokonać – listopady topią się w wiosennym słońcu – godnym, pełnym ducha przeżywaniem, łapaniem chwil, byciem przyjaznym dla wszelkich istot.

W sprytny sposób „Listopady” uciekają od typowych form przedstawiania jesieni życia, które, mówiąc szczerze, bywają niegodziwe. Na przykład starość rysowana jako powrót do dzieciństwa – rozwydrzonego, rozkrzyczanego, opartego na wielkiej naiwności i egoistycznych zachciankach. Istnieje także wyobrażenie późnej dojrzałości jako psucia się, tracenia człowieczeństwa i ludzkiej substancji, stawania się zrzędliwą, cyniczną postacią. Gdy obraz jest jednak sielski – sad, ogrodniczki, kłosy zbóż, stara chatka – zwykle jest to klisza bycia osobą starszą, doświadczoną, która spełnia się tylko wobec swoich dzieci czy wnuków. Tak jakby wszyscy mówili, że nie ma szczęśliwej starości samej dla siebie.

„Listopady” pokazują trzeci wiek w całkowicie innym wymiarze. To po prostu etap w życiu, w którym wciąż można żyć na całego, ale już z przyjemną rozwagą i spokojem, być świadomym, ciągle rozwijającym się człowiekiem, nieulegającym łatwym ideologiom i podszeptom. Też skromną postacią, która wie, że „cóż tu powiedzieć, jak wszystkie słowa brzmią jak slogany, frazesy, złodzieje”. Może rzeczywiście nic nie mówić, patrzeć w słońce lub cieszyć się spokojnym rytmem „Listopadów”, które pracują na swoich nieśpiesznych obrotach niczym bocznokołowiec leniwie przecinający szerokie wody.

Marianna Łopaciuk. Listopady. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2018

Karim Kejter





Lepkość i algorytmy



Monika Sadowska podjęła się trudnego zadania, postanowiła zmieścić w ramach jednego, niezbyt długiego tomiku poezję emocjonalną, ciążącą raczej ku tradycyjnym rozwiązaniom językowym i tematycznym oraz konceptualny eksperyment z wykorzystaniem aplikacji Messenger.

Przyjrzymy się jednak najpierw tytułowi, który nie łatwo rozgryźć: „Naczynka i demencje”. Mamy myśleć o naczynkach ceramicznych poddanych zapomnieniu? O pewnym połączeniu materiałów rzeźbiarskich z żyłami, aortami, skórą, krwią? Powstałyby wtedy półludzkie, na wpół ożywione stwory wystawiane za szybą, przypominające grafiki, które towarzyszą wierszom. A może interpretacja powinna być najprostsza, mówiąc o przemijaniu i powolnej utracie elastyczności ciała, o popękanych naczynkach i zmarszczkach, które wystąpiły już w tytule pierwszego tomiku Sadowskiej. Możliwe też, że naczynka odpowiadają pierwszej – „ludzkiej” części tomiku, a demencje są pseudonimem zapominania, zapadania, zapętlania się algorytmów.

W pierwszej części mamy do czynienia z wierszami o relacjach, małych codziennych zdarzeniach, o wspominaniu i samej roli poety. Autorka ociera w nich się o ckliwość, sentymentalizm, jednak nigdy w swojej poezji nie przekracza granicy smaku. Nie ma w jej utworach trzystu procent cukru w lukrze, to raczej mocno oddziałująca na odbiorcę nadwrażliwość. Sadowska stara się być komunikatywna i wyprowadzać z trudnego proste, z ciemnego jasne. Jej bohaterka jest szczera, wrażliwa, swojska, choć na pewno zdarza się jej nieraz zranić czy rozbić, to jednak przez odwagę wypowiedzi połamane części samej siebie łączy z kunsztem. Kawałki lepi nie poxipolem, ale zalewa złotem niczym w japońskiej technice naprawiania przedmiotów Kintsugi. Adepci tej sztuki sądzą, że rzecz z historią, przedmiot, który wiele przeszedł, jest bogatszy, dojrzalszy, ma w sobie więcej piękna i znaczenia. Chwilami podobnie myśli bohaterka, która upatruje piękna nie w rzeczywistości idealnej, ale w świecie połamanym i na nowo zlepionym, dziwnym, niesymetrycznym, innym. Szuka też bratnich, poszarpanych postaci, a relacje, bliskość z mężczyzną/ami stanowią dla niej ważną część odniesienia.

Druga część „Naczynek i demencji”, która nie została napisana, ale „przechwycona” (kwestia autorstwa pozostaje otwarta), może kojarzyć się z działaniami sytuacjonistów, z Burrougshowską metodą cut up, czy całą serią współczesnych eksperymentów, w których to algorytm jest odpowiedzialny za ostateczny kształt tekstu. Interesującym elementem konceptualnej gry Sadowskiej jest wykorzystanie wielu słowników aplikacji Messenger, należących do różnych osób. Gdyby autorka skupiła się tylko na swojej dobrze rozpoznanej aplikacji, efekt nie mógłby być zadowalający. Gdy jednak mówimy o efekcie w kontekście twórczości eksperymentalnej, konceptualnej, musimy stwierdzić, że rzadko może on być samodzielnym dziełem, oddzielonym od pomysłu, który za nim stoi. Podobnie jest w tym przypadku, teksty wygenerowane poprzez akceptowanie przygotowanych przez program słów nie są wybitne, ale przecież nie o to w projekcie chodziło. W śmiałych konceptualnych przedsięwzięciach ważne, aby pomysł stał się ciałem, wtedy nabiera prawdziwej wartości. Efekt wydaje się sprawą drugorzędną.

Czy Monika Sadowska wybrnęła z trudnego zadania, które przedsięwzięła? Udało jej się połączyć wiersze serca z mechanicznymi ciągami słów, za którymi stało realne doświadczenie językowe bliskich jej użytkowników Messengera? Moim zdaniem udało się, pierwsza część tomiku dodała drugiej lepkości, emocji, zaś druga pierwszej narzuciła dystans, dostarczyła technicznej szczepionki przeciwko sentymentom. „Naczynka i demencje” to tomik inny niż wszystkie.

Monika Sadowska. Naczynka i demencje. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2017

Andrzej Czupka





Ćwiczenia w błocie na kolonii karnej




Te obrazy już gdzieś się widziało: problemy ze wstawaniem, picie wczorajszej kawy, zgaga, golenie się przy słabym świetle, zacięcie, skrzepy krwi spadające w ceramiczne kółko. Potem pogoń do drzwi, do auta, zmarznięta ręka trze szron z szyby, korki, para spod masek, za oknami czarno-białe mazy. 8 godzin, powrót, wieczór z alkoholem, nierozgarnięte romanse z samym sobą. Powtórz pięć razy, odpocznij dwa dni, powtórz pięć razy.

Franciszek Olejniczak w swoich „Podgłosach” wyświetla przed nami podziemną etiudę. Kamera 8mm śledzi każdy ruch bohatera, czarno-białe kadry zlewają się w smołę i beton, a słońce funkcjonuje jako niedoskonała część scenografii, ukryta w piwnicy zza dymem z dymiarki, burymi ścianami nośnymi i czarnym deszczem lanym przez reżysera na litry. Mimo że konwencję mamy tutaj względnie realistyczną, świat "Podgłosów" poprzez hipertrofię wszelkich brudnych rekwizytów ciąży ku obrazkom znanym z dystopijnych, cyberpunkowych fabuł. Świat jest zniszczony, ulega formom rozkładu, apokalipsa jest blisko, a bohater przemieszcza się po pustych płaszczyznach, krusząc pod butami szkło. A "miasto// tak dobrze znane, że miało się wrażenie//jazdy donikąd".

Pustka, zimna pustynia, nigdzie, ślepa uliczka, nieużytki, manowce. Postapokaliptyczna rzeczywistość ma oddawać to, co siedzi we wnętrzu bohatera tych wierszy. A są to wyjałowienie, entropia znaczeń, emocji, mentalny tryb czekoladowego królika podarowanego na Wielkanoc - ktoś odgryzie ci głowę, a w środku pustka i brak nadzienia. Jeśli duch zniknął, zostało jeszcze ciało, i to właśnie ono odgrywa tutaj rolę jedynego producenta ciepła i energii. Kulawy duch, paramistyczne doznania nie przychodzą z zewnątrz, ale wychodzą z ciała wraz z wydzielinami. Ciało się wywraca, potyka, błaźni, nie chce grać z głową w jednej drużynie. Ciało się poci, skrapla, drży, płacze, jest zalane. Mózg myśli, ale jest też breją w czaszce, ciało czuje, ale to tak naprawdę porcja flaków, które można wylać z chlustem do miski. Operator ciągle żąda zbliżeń na skronie, żyły, paznokcie, obojczyki, powieki. Tworzy ze zwałów skóry nowe lądy, człowiek-wąż zawija się w niecce i pożera swój ogon.

Podmiot liryczny chyba zdaje sobie sprawę ze swojego położenia, bo ciągle rozgląda się, pragnie małych mistycznych, religijnych stanów, epifanii, jak dziecko poszukuje na ślepo sacrum. Biblia, kamieniowanie, grzechy, krzyże, chęć odkupienia pojawiają się na kartkach "Podgłosów" niczym jazgot budzika każdego ranka. Są to wstawki raczej ironiczne, choć w głębi wersów wyczuwa się powagę sytuacji i zwierzęcą chęć przylgnięcia bohatera do czegoś trwałego, stałego, bezpiecznego, do czegoś, co znajduje się poza, jest wieczne, ma boskie właściwości. Sprawa religijności w tekstach Olejniczaka ma się podobnie, jak w rozległej twórczości Świetlickiego. Niby smutki, niby częsty nihilizm, a jednak Wojciech Bonowicz znalazł i skupił w jednej antologii aż 77 nieoczywistych religijnych wierszy autora "Delty Dietla". W swoich ateistycznych zwadach Olejniczak jest równie nieoczywisty.

"Podgłosy" mogą być atakowane za mocny estetyczny odjazd ku śmierdzącym trzewiom, posługiwanie się zbyt dobrze znanymi motywami i cytatami z literatury, filmu i muzyki, przykurzony bunt, nadprodukcję zdań czy zbyt przesadne skupienie się na samym sobie. Nie możemy jednak zapominać, że w tych wierszach pojawia się kilka szczelin, z których wydobywa się ciepły gaz, coś ludzkiego, całkiem odmiennego od reszty, co kompletnie unieważnia melodie brudnych paznokci. Olejniczak umie tworzyć sensualne obrazy, dobrymi wersami sypie jak z rękawa, ale najlepszy jest właśnie wtedy, gdy zauważa drugiego człowieka, pisząc erotyki czy apokryfy o naszych współczesnych nieświętych, których codziennie spotykamy na ulicach. Czułość i miłość są ukryte głęboko, i dobrze, że autor rozpoczął już wąskie odwierty, aby wydobyć te uczucia z dalekich czeluści. Jeśli ujawnią się kiedyś w całej okazałości i krasie, będą potrzebną równowagą dla szeptanek z błota, a mając na względzie to, że autor ma rękę do wersów, będziemy mogli spodziewać się materiału, który odtworzy życie we wszystkich jego przejawach.

Franciszek Olejniczak. Podgłosy. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2018

Robert Harian





SILNA NUTA DEKADENCJI W TEKSTACH PISANYCH KATARZYNY MONEL


Zdolna artystka współczesnego show biznesu: malarka, wokalistka i gitarzystka – Katarzyna
Monel, według informacji internetowych piętnaście lat pisała swoje teksty do szuflady. Niedawno
odważyła się opublikować dwa tomy poezji w noworudzkim wydawnictwie „Mamiko”: „Cyrograf”
i w 2016 roku „Lalka , taka jak ty”.

Poznałam wnikliwie najnowszą pozycję Pani Monel i doznałam wstrząsu. Autorka szokuje i prowokuje odbiorców swoich tekstów ich tematyką, sposobem widzenia rzeczywistości i odczuwania silnych emocji, a także ich formą – trudno jednoznacznie określić: przypadkową
czy zamierzoną...

Teksty pretendujące do miana poezji nie są opatrzone tytułami. Można je określić jako
incipity, bowiem w większości otwierające je wersety pozwalają, by rozumieć je jako tytuły.
Cały zbiór jest jakby rzeką monologów ciągnących się przez wszystkie 186 stron napisanego tekstu.
Identyfikacja podmiotu lirycznego też nie jest tu łatwa: można podjąć próbę określenia płci lirycznego „ja”: w niektórych tekstach jest to kobieta, w innych mężczyzna. Problem sprawia też
określenie lirycznego „ty”, adresata monologów. Odnoszę wrażenie, że tu także występuje zamienność: On lub Ona.

W zbiorze dominują teksty o tematyce erotycznej, ale autorka nie kreuje erotyki subtelnej
opartej na czułości , lecz drapieżną i prowokującą. Miłość jako uczucie tu nie istnieje, jest tylko akt
cielesny; często bliski śmierci. Historia literatury już wieki temu określiła miłość, nienawiść
i śmierć jako bliskie sobie stany emocjonalne i egzystencjalne. Jednak Katarzyna Monel z tych
logicznie rozumianych pojęć uczyniła w swoim zbiorze monologów cechę nadrzędną, najważniejszą, dystynktywną. Są tam wezwania do popełnienia zbrodni zabójstwa przez liryczne
„ty” i wykrzyczane groźby zniszczenia erotycznego partnera lub partnerki w sposób przerażający
i nieludzki. Nad tym wszystkim unoszą się opary narkotycznych transów, występujących
u obojga partnerów po przyjęciu opiatów, heroiny lub kokainy. Pojawiają się w tych transach
halucynacje, odrywające postacie od rzeczywistości, tworzące zjawiska ciemne i straszne.

Mówiące podmioty są bytami biseksualnymi, toteż przywołują sceny aktów miłosnych
hetero- i homoseksualnych. We wszystkich są silne emocje prowadzące do autodestrukcji
i szokujące czytelnika. To cechy dekadencji, zobrazowanej moralnym upadkiem człowieka
zagłębionego w narkotycznych seansach wyzwalających najgorsze instynkty uśpione
w świadomości i podświadomości człowieka.

Prawdziwym przerażeniem napawa czytelnika kanibalizm, z lubością eksplikowany
przez autorkę w incipicie: „Ludzkie mięso tak boskie w smaku” - s.111 zbioru. „Rytualne zbrodnie”, „ołtarze spływające krwią”, spożywanie ludzkiego mięsa”, „niemowlę duszone
w kukurydzy” - to frazy, które muszą szokować i przerażać.

Poezja Katarzyny Monel jest na pewno kontrowersyjna, a jej cel niezupełnie czytelny.
Jeśli chciała szokować odbiorców, to udało jej się to znakomicie, ale jeśli chciała przekazać
jakieś ogólnoludzkie wartości, poniosła klęskę. Autodestrukcja i dekadencja nie są przecież
walorami poetyckimi ani moralnymi, a sama nirwana po epoce Młodej Polski dawno wypadła
z literackiej mody i jest „passe”.

MONEL Katarzyna. Lalka taka jak ty. Nowa Ruda, 2016

Sabina Skowron





Człowiek-książka



W „Femme. Parafrazie z pamięci” większość wierszy mimowolnie, tematycznie zahacza o sam tekst, poetycką produkcję, akt twórczy, środowisko literackie, interpretacyjne procesy dokonujące się w głowach krytyków i czytelników, osadzenie w literackich strukturach, o samo wydawanie książek – ze zbitej masy myśli tworzy się przedmiot z papieru o nadanym numerze ISBN.

Biorąc pod uwagę wykształcenie autora (filologia polska) i jego płodność (prawie dziesięć książek w kilka lat) podobna autotematyczność, która skrzy się na większości stron tomiku, nie może dziwić. Maksymilian Tchoń zanurzony we własnym basenie z drinkiem w dłoni konstruuje swój świat. Nie są to próby dogodzenia odbiorcom poprzez podawanie im na talerzyku materiału do utożsamienia, obiektywnego piękna czy humorystycznych wstawek. Tchoń postanawia zwierzyć się poprzez wersy ze swojej manii, ze swojego mocnego wrośnięcia we wszystko to, co poetyckie. Zamiast życiowych marzeń, codzienności, planów, międzyludzkich kontaktów jest tylko nadanie, odbiór, części mowy, metafory, nowe kombinacje, poetyckie aktualności i ciągła chęć pisania inaczej i dla kogoś innego. Zamiast oddechu, układu krążenia, serca i skóry – obwoluta, strony, recenzje, cytaty, wyimki, nowe interpretacje, isbn'y. Podmiot liryczny zdaje sobie sprawę, że fechtuje prawie w próżni, nie dociera do milionów, ale mimo wszystko owładnięty tajemniczą kosmiczną energią musi uprawiać swoją poetycką orkę. Nie ma już żadnych alternatyw i złudzeń, wie tylko, niczym Gombrowicz, że „musi być pisarzem, nie może nie być pisarzem, już nic, oprócz literatury, nie może go zbawić, poza nią jest tylko godnym pogardy dziwakiem, cherlakiem, kimś zwichniętym i upokorzonym”.

Tu i ówdzie pojawiają się w tomiku inne rejestry. Mamy trochę boga, kraju, miłości, małych obserwacji, kolaży z cytatów, piosenek egzystencjalnych. „Femme” wydaje się ciekawsza w momentach cierpkich, trzeźwych ocen poetyckiej mitręgi, dekonstruując mity narosłe wobec literatury, wtedy gdy autor rozgrywa sam ze sobą partię szachów, aby odpowiedzieć na pytanie, czy produkcja poetycka ma jakikolwiek sens. Gdy siedzi zaś w czułości, emocjach i balladowych klimatach, tomik staje odrobinę gorszy, choć i tutaj zdarzają się ciekawe, nawiązujące do Herberta, konstatacje, takie jak ta, że w życiu pewną wartość mają tylko krótkie wzruszenia, a całą resztą zajmą się i tak „łobuzy od historii”.

Interesująca jest wielokrotna repetycja motywów kosmicznych, wtrętów o drzewach i nadużywanie słowa „pointa”, zapisywanego często jako „puenta”. W bardzo luźnej interpretacji na planie trójkąta moglibyśmy rozrysować kosmos jako jeden wierzchołek, z którego płynie natchnienie, drzewo jako materiał na kolejne tomiki oraz pointę/puentę, będące potrzebnym zakończeniem procesu. Jednak nawet pointy przez różny styl zapisu sugerują, że znaczenie, wartość, interpretacja rozpłyną się bardzo szybko i będę mogły stać po chwili w zupełnym do siebie przeciwieństwie.

Tchoń w swoim tomiku opowiada o specyficznym gatunku człowieka, który zrzeka się życia i zamieszkuje niczym insekt między stronami. Jeśli żeń-szeń to człowiek-korzeń, musiałoby istnieć także słowo z dalekich dialektów opisujące człowieka-książkę. „Femme. Parafraza z pamięci” rozpoczyna badania nad tym terminem i jego dokładną definicją.

Maksymilian Tchoń. Femme. Parafraza z pamięci. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2017

Andrzej Turo





Piwnica wielu gatunków



Giordano Bruno i Giacomo Casanova leżą w miejscu kaźni przykuci do machin torturujących. Wymieniają między sobą zabawne uwagi, dyskutują ze swadą ze Świętą Inkwizycją, porównują mordercze rozciąganie ciała do stretchingu. To nie początek amerykańskiej komedii z lat 80-tych ani scena z twórczości Gore Vidala, postmodernisty, który lubił pop-kulturowo odświeżyć wydarzenia historyczne, ale fabuła „Heretyków”, tytułowego opowiadania Krzysztofa Rytki. Autor zabiera nas w swoim zbiorze w podróż po wielu gatunkach opowiastek. Mamy bajki z przymrużeniem oka („Miodek”, „Pan M.”), śledztwa dziennikarskie („Wyspa lemurów”, „Kuraki”), trawestacje znanych historii („Latarnik”, „Rybak”), narracje Bahdajo-podobne („Przygodowcy”, „Jeziorany”), prozy poetyckie („Okna”), historyjki popularnonaukowe i fantastyczne („Odwiedziny u Sanczeza”, „Aureola”), alegorie („Raport kreatora”), opowieści szkatułkowe („Chłopiec z harmonijką”) oraz thrillery zabawne („Horoskop”, „Archiwum”) i mniej zabawne („Zemsta”). Wielu historiom trudno byłoby przypisać gatunek. Rytka łączy, miesza, zwodzi, nie chce być przyporządkowany do jednego typu narracji. Przy pierwszym kontakcie ze zbiorem najbardziej zadziwia i rzuca się w oczy wielość i różnorodność, Rytka odnajduje się w prawie w każdym pisarskim stylu. Niezadowoleni mogą poczuć się tylko ci, którzy przyzwyczajeni do szelmowskiego studenta archeologii, bohatera „Pionka”, poprzedniej książki autora, nie odnajdą w „Heretykach” zbyt wiele „brudnego realizmu”; im książka może wydać się po prostu zbyt grzeczna.

Podstawowym pytaniem jest, dla kogo są „Heretycy”. Kto jest ich czytelnikiem idealnym? Odpowiedź nie będzie łatwa z powodu wspomnianej już wyżej różnorodności oraz różnicy w jakości poszczególnych opowiadań. Na przykład ja z większą chęcią i uwagą poświęciłem się opowiastkom fabularnie trudniejszym, mniej jednoznacznym, a kiwałem głową nad tymi zbyt schematycznymi, przypominającymi kawały, anegdotki opowiadane na koloni. Tam gdzie zjawiały się teściowe, zawsze ładne żony podające jedzenie, bohaterowie z nazwiskami odpowiadającymi ich zawodom (leśnik Jodła, fotograf Soczewka), nie byłem do końca usatysfakcjonowany. Lecz gdy fabuły zaczynały się pętlić, bohaterowie rozszczepiać i pojawiać się znikąd, gdy na placu historii zjawiali się sobowtórowie i spotykały nas wydarzenia niejasne, trudne w interpretacji, czułem się docenionym czytelnikiem. Na szczególne wyróżnienie zasługują historie: „Raport kreatora” – świetna gra z odbiorcą, który może odgadywać, z jakim etapem w historii Ziemi mamy do czynienia, „Horoskop” – interesująca fabularna wolta, „Auroela” – kapitalne opowiadanie o spotkaniu naukowców. Czuć w nim naukowe przygotowanie autora oraz umiejętność fabularnej gry wieloma postaciami naraz. „Heretycy”, „Przygodowcy”, „Chłopiec z harmonijką”, „Zbrodnia w posesji 13A.” To kolejne popisowe numery Rytki.

Autor ma naturalne pisarskie umiejętności, w niektórych historiach słychać echa opowiadań Stanisława Lema, a w dorosłych bajkach głosy z mniej realistycznej twórczości Charlesa Bukowskiego. Rytka bezpretensjonalnie i z wyczuciem rytmu prowadzi swoje historie. Ma duży talent do obrazowania, w krótkich celnych słowach stwarza bohaterów z krwi i kości oraz przestrzeń, którą można bez trudu zobaczyć. Ma ucho do dialogów. Bardzo łatwo wejść w świat jego historii, rozgościć się w nim i podążać z rozwojem akcji. Od początku lektury było dla mnie jasne, że Krzysztof Rytka powinien być scenarzystą filmów animowanych, bo wie, za które pociągać sznurki i jak bawić widza.

Poza niektórymi nazbyt prostymi (lecz może niektórzy je docenią) historiami, „Heretycy” to przyjemna i „zapamiętywalna” wyprawa z gawędziarzem, który potrafi stwarzać światy z niczego, jak również sprytnie wlewać w swoje historie to, co kiedyś zostało przez niego obejrzane, usłyszane, zaobserwowane. Może tylko za realizmem drobny żal?

Rytka Krzysztof. Heretycy. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2016


Andrzej Dusza





Pamięć i przygodność



Nina i Buba znają się od lat. Spotykały się, wpadały na siebie na linii Warszawa-Toruń-Ciechocinek-Nieszawa. Znajomość, raz lepsza, raz gorsza, nagle się urywa – Nina przestaje odpowiadać Bubie na jej sms'y i maile, więc Buba postanawia w ramach swoich ograniczonych możliwości odnaleźć koleżankę. Kobiety swoje już przeżyły, powoli zbliżają się do pięćdziesiątki, a różni je prawie wszystko. Buba potrafi ułożyć swoją najbliższą przestrzeń, jest osadzona w rzeczywistości i spogląda na nią na wpół pragmatycznym okiem. Ma skłonności do paranoicznych myśli, jej wyobraźnia galopuje ku ciemnym, turpistycznym historiom, ale mimo swojej mrocznej natury, ma stałą pracę, płaci podatki i nie pozwala sobie na wielkie odstępstwa od wyznaczonego toru. Nina zaś jest roztargniona, odrealniona, zatopiona w wiecznym czasie teraźniejszym. Często zmienia mężów, miejsca zamieszkania, biorąc tylko kilka pamiątek w starej torbie. Wykonuje rękodzieło, przepada za zwierzakami i ma za sobą milczące, samotne, introwertyczne dzieciństwo w malutkiej nadwiślańskiej Nieszawie.

Tytuł książki zapowiada dwie sprawy. Zostaniemy przeniesieni na Kujawy i będziemy mieli do czynienia prawdopodobnie z kryminałem. Jednak w roli poszukującego nie zobaczymy speca, profesjonalistki, starego, zaprawionego w bojach, wygi, prawdziwej tropicielki. Będzie to Buba, kobieta taka, jak każdy z nas, która dopiero uczy się samozwańczego fachu, nie wiedząc przez większość czasu, co czyni, dokąd zmierza i czy jej śledztwo ma jakikolwiek sens. Jej poszukiwania przez jakiś czas ograniczają się tylko do wklepywania do wyszukiwarki internetowej tysiąca haseł, do mentalnych podróży ku przeszłości oraz nadinterpretacji i konfabulacji, które często służą jako jedyne dowody w jednoosobowej, straceńczej misji.

Fabuła kryminalna funkcjonuje u Sobczyk jako pretekst do opowiadania o terenie, ludziach, przedmiotach, do snucia małych opowieści o postaciach, najczęściej odsuniętych od społecznego spektaklu i życiowej uczty. Przestrzeń, bohaterowie, przedmioty występują w Na Kujawach tuż po zmierzchu” na równych sobie prawach, wzajemnie na siebie wpływając. Kujawy przedstawione są jako nieruchoma, melancholijna nizina, nad którą górują majestatyczne białe wiatraki. Wisła, lasy, pola, jeziora, małe, żyjące przeszłością, miasteczka osiadły niczym eksponaty za szkłem w prowincjonalnym, odwiedzanym przez kilka osób dziennie, muzeum. Przeszłość kojarzy się z ruchem, życiem, prawdą, wyższą kulturą – do Nieszawy przyjechali Himilsbach czy Pritulak, aby nakręcić „Wiosnę, panie sierżancie”, mieszkał architekt Noakowski, pisarz Ossendowski i jego żona z małą małpką, a odwiedzał ich często sam Makuszyński. Teraźniejszość zostaje namalowana jako telewizyjna pulpa, napędzana ciechocińskim disco-polo i twórczością małomiasteczkowych raperów. W tych fragmentach Buba, jako ulubienica wszechwiedzącego narratora, ubiera melancholijno-snobistyczny płaszcz spod znaku Krzysztofa Zanussiego.

Agata Sobczyk przedstawia współczesną egzystencję bez skłonności do tworzenia ballady czy nadmuchiwania znaczeń. Życie się po prostu wydarza, ludzie walczą o swoje sprawy, nie jest to przystań wiecznego szczęścia i współczucia. Trzeba znaleźć kilka bliskich osób, kilka kontaktów i z nimi budować swoją małą niszę, która i tak w każdej chwili narażona jest na rozbicie przez drobne przypadki, cierpkie paradoksy – życie to absurdalny wybryk, zdaje się zauważać narratorka. Przypomina się Vonnegutowskie So it goes z „Rzeźni numer pięć” – skoro już urodziliśmy się i nie mamy na nic wpływu, bądźmy chociaż przyzwoici i cieszmy się czymkolwiek, mówił Vonnegut. Jednak u Sobczyk nie jest to wezwanie pełne otuchy, raczej smutne Zdarza się, wypowiedziane w bańce bezsensu.

„Na Kujawach tuż po zmierzchu” to książka o pamięci. O bólu i przypadkowości zapamiętywania, zapominania, przywoływania przeszłości z rozsianych, przesterowanych drobin. Nawet zdjęcia, przedmioty, artefakty nie dają pewności obcowania z przeszłą prawdą, a dzieje się tak przez nadmiar lub niedobór narracji, interpretacji, przekłamania, zbiorowe milczenie i zamiatanie spraw pod dywan. W Bubie, u narratorki, a może i u samej Sobczyk, można wyczuć dziwną potrzebę archiwizacji, która wynika z niezgody na upływ czasu, zacieranie się rzeczywistości. Czuć na kartach powieści silną fascynację współczesną technologią i możliwościami zapisu danych. Formą walki z inercją niech będą olbrzymie zasoby obiektywnych ujęć wszystkiego, zdaje się mówić autorka. Wyłomem w mroku świata przedstawionego jest naukowy idealizm, który być może przybliży nas kiedyś do prawdy. Drugim pstryczkiem dla chaosu jest postawa Buby, która ma w sobie sporo mocy i ciekawość, dzięki którym powoli, choć może trochę nieporadnie, drąży pokłady błota, bezwolności i zastygłej kujawskiej magmy.

„Na Kujawach tuż po zmierzchu” rozkręca się powoli, ale gdy poznamy już plansze i pionki, z chęcią wchodzimy dalej i głębiej, chcąc wiedzieć, co takiego rozegrało się na tych dzikich nieszawskich polach. Emblematem Sobczyk jest proza gadana, potoczyste passusy, przypominające mowę potoczną. Dodając do tego plastyczne historie postaci drugoplanowych, klimat oraz brak kryminalnych klisz, które zostały zastąpione przez głosy podstępnej codzienności i moc przypadku, możemy śmiało i z przyjemnością tropić z autorką mechanizmy działania pamięci z kujawską zbrodnią w tle.

Agata Sobczyk. Na Kujawach tuż po zmierzchu. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2017


Andrzej Szron





Przyrost traumy



„Zakwity” podzielone są na trzy części, rozpoczynamy inicjacją, kończymy „pierwszym razem”, a pośrodku jest jeszcze miłość. Każdą część otwiera zwersyfikowany kawałek wyjęty z różnych porządków tekstowych, napotykamy się na hasło ze słownika, opis serialu oraz kilka zdań wyciętych z poradnika dla młodzieży. Ten zamysł może świadczyć o świadomym podejściu autora do poezji inicjacyjnej, próbie podjęcia gry z mocno zajechanym motywem. Można byłoby się kłócić, czy pierwsza miłość i „pierwszy raz” same nie są inicjacją, wstępem do czegoś, choć prawdopodobnie autor przez umieszczenie na początku tomiku definicji inicjacji, niejako zeruje jej znaczenie i wprowadza swoje zasady. Gdyby traktować część inicjacyjną według chronologii tomiku, jest to wtajemniczanie naznaczone wieloletnią traumą, śmiercią i dramatem, które prowadzi ku pierwszej miłości, unieważniającej stare horrory. Według klucza podejmowanych tematów, końcem inicjacji byłoby opuszczenie domu rodzinnego, wieloosobowa ucieczka z małych miasteczek. Pokusiłbym się jednak o stwierdzenie, że autor rozszerza potencjał definicyjny tego słowa, zrównując inicjację z całym życiem, z każdą podejmowaną próbą.

Trusewicz wprowadza do swojego tomiku kilkudziesięciu bohaterów rozsianych po całym kraju. Każdy z nich zwierza się, gada, przeżywa, cierpi. Zabieg wydaje się interesujący, choć jego odbiór zależny będzie od sposobu, w jaki zapragniemy „Zakwity” czytać. Gdy wpadnie nam do głowy, że jest to próba wcielenia się autora w dwadzieścia dziewięć postaci, młodych chłopaków i dziewczyn, tomik zwyczajnie nie zadziała. Czytelnik zbyt szybko klepnie w stół i krzyknie, sprawdzam! Spyta, na jakiej podstawie autor tworzy obrazy miast i bohaterów. Czy są to jego fikcje, czy często się przeprowadzał w dzieciństwie, a może to opowieści znajomych albo cykl społecznych wyobrażeń na temat ludzi i miast? Zdradzają go trochę wiersze osadzone w miejscach charakterystycznych, wokół których zawsze unosi się chmurka hashtagów. Gdy narracje przejmuje Artur z Bytomia, to oczywiście jego wspomnienia układają się w trójkąt skojarzeń: węgiel-piłka-twarda łapa ojca. Gdy mowa jest o mieszkaniu w Kołobrzegu, zza zdań wyłania się plaża, kraken i bosman. Jednak kiedy do głosu dochodzi na przykład Weronika z Siedlec, nie słyszymy ani słowa o charakterze miejsca, nie ma szybkich skojarzeń. Bo właściwie co można byłoby napisać o Siedlcach? Stąd odczucie, że gdy człowiek wchodzi w trzydzieści garniturów, spod szwów wychodzi kreacja szyta zbyt grubymi nićmi. Krzysztof Siwczyk, którego Trusewicz w swoim pisaniu przypomina, w debiutanckich „Dzikich dzieciach” postanowił wyprowadzić język i wiersze nie z wielu miejsc, ale tylko z gliwickiego osiedla, które znał najlepiej.

Drugim problemem, który pojawia się przy „wcieleniowym” odczytaniu „Zakwitów”, jest zbyt duże podobieństwo poszczególnych historii. To opowieści z klubu ludzi o trudnej przeszłości w świecie, w którym rodzice nie rozumieją swoich dzieci i lubią umierać. Każdego toczy niespełnienie, ktoś nie dotrzymał obietnic, bliskich wspomina się tylko ze zdjęć. Trupy sypią się gęsto, wszyscy zapadają na nieuleczalne choroby. Każdego z nas dotykają większe lub mniejsze tragedie, ale ilość kwitnącego nieszczęścia jest w tomiku zbyt przytłaczająca. Niektóre z tekstów są wzruszające, ale poprzez nadmiar przestajemy wierzyć w ich tragedię, zamienia się ona w wyciskacz łez, w tzw. okruchy życia. A trauma realizowana na dodatek przez narratorów z całego kraju wywołuje takie wrażenie, jakby cała rzeczywistość spełniała się tylko i wyłącznie w klimacie smutnych ludzi, dzieciaków, którzy oddychają rakotwórczym powietrzem i jedzą z azbestowych talerzy, a jedynymi probiotykiem na szarość i zakażenie jest miłość.

Możliwe, że „wcieleniowe” odczytanie „Zakwitów” jest odbiorem naiwnym, skoro autor trzy razy mruga okiem, tu cytuje opis serialu, a tutaj śmieszne poradnikowe rady o tym, jak wchodzić w życie. Dojrzewanie podlane tradycją, popkulturowo przerobioną traumą, podszeptami z papieru i ekranu, złotymi cytatami musi wydać się schematyczne i jałowe, i o tym pewnie mówi Trusewicz, wykorzystując chór głosów.

Można tomik potraktować także jako rodzaj autorskiej samoanalizy, rozbitej na wielu bohaterów albo pewną tematyczną grę w berka – postaci przekazują sobie historie, grają w głuchy telefon, w którym dozwolone są tylko bardzo poważne tematy. Autor umieszcza swoje figurki w różnych miejscach w kraju, każdej wręcza tekst, aby przez nią wyrazić się z dystansem, jak zza ściany.

Nie sposób odmówić autorowi umiejętności przelewania rozbłysków świadomości na słowa i trzeba być ślepym, by nie dojrzeć stojącej za tym specyficznej wrażliwości. Trusewicz jest czuły na detal, pożera rzeczywistość, potrafi o niej opowiedzieć, zostawiając jednak spawanie znaczeń czytelnikowi; umiejętnie gra w niedopowiedzenia. Baza umiejętności i poetyckie przygotowanie stoją na wysokim poziomie, ale „Zakwity” to specyficzny tomik, w zależności od chęci, podejścia i empatii odbiorcy można opowiedzieć o nim jako o przesadzonym, zbyt onkologicznym albo bardzo dobrym.

Michał Trusewicz. Zakwity. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2016

Andrzej Szanel





Homo Ferus - Człowiek zdziczały



Wiersze z tomu "Homo Ferus" Krzysztofa Szewczyka powstawały pomiędzy 1999 a 2004 rokiem, choć równie dobrze mogłyby powstać w latach 70-tych albo dwa dni temu, ponieważ nie ma w nich żadnych wyznaczników epoki, nie spotkamy charakterystycznych przedmiotów, wydarzeń, miejsc związanych z określonym czasem. Jest tylko ten, który mówi, i jego kobieta, mieszkanie, miasto, przez które przetaczają się "kreskówkowi ludzie". Przy całym szeregu zalet tomiku niektorzy odbiorą to jako jego wadę – czytelnik może podczas lektury poczuć się odrobinę dotknięty postawą bohatera. Nie wiem, dlaczego odbiorca zawsze reaguje uczuleniowo, gdy przekazujący myśli pragnie oddzielić się od masy, zbyt mocno zaznacza swoją indywidualność. Swoiste mówienie z góry, z piedestału zdarza się Szewczykowi głównie w tekstach prozatorskich, to właśnie tam wyczuwalna jest nuta pogardy w stosunku do innych. Gdy jednak podejdziemy do "Homo Ferus" odważniej, bez zaperzania się, ta stylizowana wyższość przestaje doskwierać, znów możemy cieszyć się odbiorem.

Interesujący jest tytuł tomiku, zakreślając pole znaczeń, sugerując określony odbiór. Szewczyk pokazuje darwinowski świat, w którym gatunki ludzkie rywalizują w złym mieście o dominację. Nawet często wspominany bóg ma charakter złośliwego zwierzęcia-zabawki. Oczywiście zwierzęciem jest także sam piszący i jego kolega podmiot. Robert Rybicki swego czasu w którymś z wywiadów porównał poetę do małpy, która wystukuje swoje wersy. U Szewczyka poeta jest raczej wilkiem, nienażartym, chaotycznym, impulsywnym, niebezpiecznym. Pisze ciałem i chce krwi, szczerzy się wersami. A w podmiocie siedzi kolejny podmiot, jakby szaman stworzony z kilku postaci, niczym Leland Palmer w "Miasteczku Twin Peaks": "On siedzi we mnie//trzyma w zębach ścięgno".

Jak oddać słowami to zanurzenie w naturalistycznie pojmowanym bycie? To pytanie patronuje tu niemal każdemu tekstowi. "Rozwydrzone serce" próbuje uchwycić, zdefiniować siebie. Gdy jednak chowa się gdzieś ja-centryzm i przestają dominować zaproszenia w rodzaju "Może wejdź do mojej małej republiki", pojawia się czułość, empatia ("Co to znaczy być tobą"), także zrozumienie dla innych i ich potrzeb: "A niech też mają coś ze mnie//inni ludkowie". "Plan zwycięstwa nad codziennością" wydaje się bliższy realizacji w relacji z kimś ważnym u boku, inaczej pozostaje bierna obserwacja w świecie przystanków-bloków-autobusów. Przyglądanie się umysłowi, który działa jak układ trawienny myśli, przeżerając i fermentując w sobie czasoprzestrzeń i zaludniające ją postacie.

Szewczyk ma oko do przestrzeni i scenek, a przez wymianę kilku szybkich rzeczowników zręcznie buduje obrazy rzeczywistości. Koty, zapalniczki, rośliny, pnącza, język jako kawał mięsa. Zostaje w nas przeczucie kokoniastego świata przedstawionego, mas, obiektów pływających w cieczy między blokiem a blokiem. świata, w którym "świadomość terroryzuje czasoprzestrzeń//narzuca jej formy piękna". "świat jakiś ślepy i trochę obleśny//dzieje się we mnie: w całości". Często podczas lektury ma się wrażenie, że przebywamy we śnie, na przykład śnie zwierzęcia, które wyśniło mówiącego o nim. Z miejskich utarczek i majaków można wydostać się tylko wylatujac w niebo bądź przez chwilowe niemyślenie, zanurzenie się w zwierzęcej części nieświadomości.

"Homo Ferus" jest jak bilet do wewnętrznego ZOO. Przychodzą takie chwile w życiu, gdy "zdziczenie" wydaje się niezbędne, kojarzy się z terapią. Ta sugestywna książeczka na pewno to umożliwia.


Szewczyk Krzysztof. Homo Ferus. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2016
Andrzej Bogatay





„I piszę. Jakbym miał już powód” czyli poszukiwanie nowych dróg dla swojej poezji


„Tak jak tutaj” to trzeci tomik Piotra Barańskiego wydany w 2016 roku. Poeta wcześniej wydał „Skrajności” i „Drogi oddechowe”, tomiki wierszy, od których się odcina o czym informuje nas na czwartej stronie okładki, a także „Nocne południe” w 2015. W 2016 wcześniej wyszły dwa tomiki wierszy Barańskiego „Poziom morza” i „Lekkie piosenki”. W sumie można zapytać czy to nie za dużo wydaje się naraz tomików poetyckich? Gdyż potem może się okazać np. za rok, że to nie to i poeta będzie się już odcinał nie tylko od dwóch pierwszych swoich tomików, ale całej swojej twórczości zamykającej się już w wieku 30 lat w 6 tomikach wierszy? W sumie poeta mógł zebrać wiersze wydane w 2016 roku w jeden tom i wypuścić je razem. Widać jednak w tych tomikach to, że się w jakiś sposób różnią. I w sumie jeśli wiersze są na jakimś tam poziomie, dwie książki poety z tych co znam i czytałem były udane, to nie ma co go krytykować za nadmiar poezjowania. Przecież każdy poeta pisze więcej wierszy niż wydaje. A w świecie poezji jednak liczy się bardziej jakość, doniosłość, ważność, niż ilość napisanych wierszy.
Już przy pobieżnej lekturze „Tak jak tutaj” widać, że poeta porzucił niezbyt udane wiersze, w których nawiązywał do muzyki rockowej, także tematyka religijna przestała być już dominująca, a próby lingwistyczne, których było bardzo mało prawie zniknęły z jego poezji. Książka „Tak jak tutaj” wygląda nieco jak kolejny nowy etap w twórczości Barańskiego, choć nadal Barański jest poetą poetyki skrótu, nawiązuje do poetyki „Brulionu”, rzadziej do tradycji aforystycznej i haiku. Jeśli w „Lekki piosenkach” z trudem znaleźć można było wiersze nie tyle udane od strony warsztatowej, ale mające w sobie coś więcej niż tylko sprawną gramatykę, to w „Tak jak tutaj” pojawił się i nowy ton, jak i wiele całkiem porządnych tekstów, choć słychać, że wpływ poezji Marcina Świetlickiego pozostał. Ten nowy ton uwidacznia się w „Pokorze i pysze”, w którym poeta pociesza się słabym poziomem czytelnictwa w Polsce odkąd zaczął pisać wiersze. Ten ton to autoironia, która się pojawiła także w świetnym wierszu „Puławska 427”, w którym obserwacja, że hipermarket na ul. Puławskiej zmieniał nazwy z „Geant”, na „Real” i „Auchan” wydaje się podmiotowi lirycznemu wiersza nie dość wystarczającym powodem napisania wiersza. Na pewno poeta ma w pamięci zdanie na temat estetyki, albo antyestetyki Świetlickiego wyrażającą się w zdaniu „z wszystkiego można robić wiersze”, to jednak Brański kończy wiersz wersem „I piszę. Jakbym miał już powód”. Sam daje sygnał, że ta poetyka obserwacji codzienności i świata bliskiego nie do końca go zadowala, pisze wiersz o zmianie nazw i właścicieli przez hipermarket, ale tak jakby wolał coś innego napisać, albo jakby miał rozterki estetyczne na temat doniosłości tej estetyki, którą obrał. Te dwa wiersze z tomu „Tak jak tutaj” wg mnie są najciekawsze.

W pozostałych całkiem porządnych wierszach ze swojego nowego tomiku poetyckiego Piotr Barański zastanawia się nad popularnością, w „Niebudzonym duchu walki” zastanawia się nad zejściem do podziemia, w którym mógłby on i ktoś jeszcze nieokreślony „odbić Boga, wyciągnąć//z chleba”, poeta uczy się od zwierząt niewrażliwości na śmierć, notuje skrupulatnie ślady istnienia, oswaja codzienne życie w krótkich poetyckich notatkach inspirowanych poezją pokolenia „Brulionu” zbitych z hermetyzmem niektórych linijek jak np. w wersu „Życie kulturalne,”. W tym wierszu w sposób informacyjny zapisuje krótkie noty niby w dzienniku poetyckim o życiu kulturalnym, wieczorach zapadających „jak decyzje”, pisze o potrzebie rozerwania się, ale wiersz kończy się zagadkowym wersem „pójść na jakiś poród”, który ma wiele znaczeń – albo jest to potrzeba związana z ojcostwem, albo ów poród jest jakąś grą językową związaną np. z „pójściem na pochód”, albo ów poród jest pseudonimem czegoś innego, nieokreślonego, albo po prostu poeta miałby chęć odwiedzić jakąkolwiek matkę w szpitalu, na porodówce. I naprawdę przy takiej końcówce, czytelnik zostaje z niczym.

Tom „Tak jak tutaj” bardziej do mnie trafia niż „Lekkie piosenki”, które wcześniej zanim dostałem do recenzji, próbowałem czytać w „Matrasie”. Poeta także bardziej zadomowił się w lapidarnym języku współczesnej poezji, gdzie znaczenia opalizują na styku kolejnych wersów, przechodzących od informacji do codzienności, czy od obserwacji do refleksji, czy pointy. Lapidarność tu nie jest niedoróbką poetycką, ale jest zarówno pokłosiem nawiązywania do nakazu poetyckiego Juliana Przybosia, który apelował o oszczędność słowa jak i z poetyką poetów należących do pokolenia roczników 60-tych, a także do młodszych kontynuatorów poetyki Marcina Świetlickiego, np. z Torunia skupionych wokół pisma „Inter”. Wydaje mi się, że wiersze z kolejnych tomików wydanych w 2016 roku nie były pisane przez Barańskiego w jednym ciągu twórczym, widać jakieś odstępy czasu pomiędzy nimi. „Tak jak tutaj” to kolejny udany tomik Barańskiego, jednakże w kolejnych tomach starałbym się o większą dozę oryginalności.

Piotr Barański. Tak jak tutaj. Nowa Ruda : Mamiko, 2016
Mateusz Wabik





Połknij żółtą kulkę



Psychiatra, ksiądz, prostytutki, prokuratorka, pisarze, śpiewaczki, dzieciaki, które kiedyś kimś zostaną oraz jeszcze inni bohaterowie tworzą wspólnie uniwersum „Saudade”. Osobnym wielkim, pochłaniającym wszystko, bohaterem jest Lizbona, miejsce, które się skrzy, przyciąga i często nie chce wypluć swoich małych mieszkańców. Marta Kucharska powoli, w każdym rozdziale, odpala kolejne życiorysy, uruchamia bohaterów, którzy pod koniec książki stworzą wspólnie swojską ferajnę, a każdy okaże się związany z każdym. Ciekawe jest to powolne dokładanie przez autorkę kolejnych puzzli, dopracowywanie świata, oplatanie czytelnika siecią relacji między postaciami. Nie sposób nie zauważyć, że za próbą budowania własnego stylu i historii stoi też chęć przywołania ulubionych autorów, gra z literaturą hiszpańsko i portugalskojęzyczną. Poza Pessoą, który wydaje się tu nadawać ton, można natrafić na ślady związane z twórczością Vargasa Llosy, Cortazara czy Vila-Matasa. Bohaterowie są dziwaczni, coś każe im wariować, żyć ciągłą tęsknotą i namiętnością. Najmocniej wybrzmiewa ponowienie w kilku rozdziałach struktury fabularnej „Szelmostw niegrzecznej dziewczynki”. Mężczyźni tęskniący za zimną i niezależną kobietą, która nie do końca ich chce, to motyw, który chyba najlepiej realizuje Kucharska.

Często przygody i fabularne zwroty ustępują miejsca gadaniu, mówieniu, południowej gawędzie. Narrator, czy to kobieta, czy mężczyzna, nie chce się zatrzymać, musi gadać, aby żyć, aby przetrwać w świecie historii kilka minut dłużej. Nie interesuje go prawdopodobieństwo, fakty, fikcja, prawda, ważne jest zatapianie się w słowa, tworzenie przedstawienia i klimatu przez dźwięki wypowiadanych zdań. „Saudade” ma coś z literatury oralnej, brzmi najlepiej, gdy jest czytane na głos, gdy wybrzmiewa w przestrzeni.

Podczas lektury zwracają uwagę momenty zawieszenia, małe przerwy w narracji i ciągłe dygresje, tak jakby narrator musiał odkaszlnąć, chwilę pomyśleć albo nagle coś mu się przypomniało. W tekście znajdziemy sporo informacji, anegdotek, specyficznej wiedzy. Czytelnik może bawić się w odgadywanie, czy autorka przedstawia w danej chwili fakty, czy jednak (nie)intencjonalnie konfabuluje. Sigmund Freud miał odczyt na uniwersytecie w Coimbrze? Możliwe, że tak było. A może autorka potrzebowała tego wydarzenia, więc po prostu je stworzyła. Na kartach „Saudade” prócz bohaterów fikcyjnych pojawiają się postaci znane z historii, co jeszcze bardziej utrudnia odnajdowanie się w tym lesie prawdy i zmyślenia. Prawdopodobnie to książka, która mówi, że realność wydarzeń nie ma żadnego znaczenia, powinniśmy zapomnieć o destrukcyjnym stylu myślenia, w którym musimy oddzielać fakty od zdarzeń i bytów wyobrażonych.

„Saudade” świetnie się czyta, z tekstem się płynie i, co bardzo ważne, coś po lekturze w głowie zostaje. O dobrych książkach mówi się, że stanowią całość, coś zamkniętego i gdy sobie to przypomnimy, pojawiają się mikroznaczenia, zapachy, klimaty, odczucia, myśli. „Saudade” jest taką książką, jest niczym żółta gorąca kulka, którą można połknąć, aby za jakiś czas przywołać sobie jej smak, przypomnieć atmosferę Lizbony w słońcu i bohaterów chorych na szaleństwo.

Marta Kucharska. Saudade. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2016
Andrzej Palabra





Automat do znaczeń




Piotr Barański wraca z nową poezją, tym razem zebraną w zbiorze o szybkim, dobrze brzmiącym tytule, „Rym”. Zbiór ten jest kolejnym ogniwem konsekwentnej strategii twórczej autora. Wszystkie tomiki Barańskiego wydają się spowinowacone ze sobą, tak jakby mocno szczepione dłońmi z resztą twórczości poety, razem tworząc coś w rodzaju sznura, pochodu dążącego w przyszłości do utworzenia koła spełnienia. A stanie się to wtedy, gdy formuła poetycka będzie już w całości gotowa i zastygnie w ostatecznym kształcie.

Autor głównie przez swoje notki biograficzne prowadzi politykę samookreślenia, zdefiniowania swojej twórczości, rozbicia mylnych interpretacji, które przylgnęły do jego starszych kawałków. Czuje się w tych autotematycznych wstawkach chęć pokazania swojej zmienności, własnej drogi metamorfoz. Barański jednak nie zmienia się tak bardzo, co wcale nie musi zostać odebrane in minus, jawi się raczej jako kontynuator swojego stylu, w którym pierwsze skrzypce gra zwięzłość, minimalizm.

Sposób podania wersów w „Rymie” jest beznamiętny, prawie mechaniczny, a autor, mam wrażenie, chce mówić o czymś ludzkim, emocjonalnym, uczuciowym. Z tego mętliku formy i treści wypływa całkiem ciekawa sytuacja kontrastowa, przypominająca wyobrażoną scenę z Odysei Kosmicznej, w której komputer HAL 9000 zacząłby deklamować poezję swoim głosem ze specyficzną kadencją. Prawdopodobnie jego wiersze nie byłyby oparte na opisie, wytwarzaniu klimatu czy określonego poetyckiego tła, ale na ciągłej produkcji znaczeń. Taka właśnie jest poezja Piotra Barańskiego, każdy jej wers ma dążyć do specyficznego morału, puenty, otoczki logicznej, która niesie za sobą znaczenia lub odkrywa pewien potencjał nowego spojrzenia w pozornie przezroczystych językowych zbitkach. Tym samym czytelnik naturalnie zostaje postawiony przed zadaniem, jego pobyt w „Rymie” ma charakter gry zręcznościowej, łamigłówki do rozwiązania. Każdy wiersz jest małym labiryntem, poziomem do przejścia, niedużym sejfem, do którego zbliżamy się z widelcem. Tak naprawdę po skończonej lekturze powinniśmy otrzymać planszę, na której wyszczególnione byłyby nasze osiągnięcia i wyniki: ilość rozwiązanych zagadek, wziętych złotych monet, tajnych bonusów, liczba uników przed toporem, ślepą uliczką czy wnykami ustawionymi w trawie. Poezja interaktywna? Automaty z poezją? Poezjonoid? Prawdopodobnie autor „Rymu” powinien włączyć się w ten nowy nurt.

Co się wydarzy, gdy Barański utworzy wspomnianą już całość, słodkie koło, swoje królestwo, do którego będzie dzierżyć klucze? Zastygnie, będzie obserwatorem własnego pola na mapie, czy wyruszy, aby odkryć nowe tereny? Możliwe także, że wszystko zburzy, aby zasiać nowe ziarno na gruzach jednostkowego świata. Jak uczy Susan Sontag w „Przeciw interpretacji”, literatura nie powinna być tylko służką autora, który przygotowuje zagadki znaczeń do rozwiązania, czy też wypożyczalnią szkiełek egzegezy, nakładanych we własnym światku przez czytelnika. Może chodzi o coś małego, prywatnego, nienazywalnego, tajemniczego, coś, co wybucha w całkiem innym miejscu, niż tam, gdzie podłożyliśmy proch.


Piotr Barański. RYM. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2018

Andrzej Konti





Praca na materii



W „Ponieważ” świat jest gotowy, przypomina jedną z plansz w pac-manie. Nie ma tutaj jednak zdecydowanej marszruty, wyzwań czy uganiania się za punktacją. Gracz liryczny w tych wersach siada w kącie pod ścianą lub flaneruje leniwie po korytarzach. Duchy tu to nawet nie duchy, można podejść i je sprawdzić – będą zrobione z prześcieradeł, szczotek i wózków na gumowych kółkach. Wszystko w tomiku Majcherczyka jest materialne, nawet słowa jawią się niczym kolorowe klocki produkowane w gardle i strunach. Autor schodzi często do poziomu składni, wadzi się ze zbitką, tak jakby w tej sferze atomowej języka mógł odkryć jego nowe właściwości dzięki pytaniu: kto to rzeczywiście mówi, do kogo należy zaimek? Kto się okaże właścicielem tych wersów, gdy zdejmę z nich prześcieradło?

Rzeczy, rzeczy, rzeczy. „Ponieważ” to mimo wszystko nie anty-konsumpcjonistyczny epos, bohaterowie Majcherczyka nie są przez rzeczy skradzeni jak u Pereca, nie filtrują swojej tożsamości przez to, co można nabyć. Wchodzą z nimi tylko w relacje – siedząc w fotelu, jestem trochę fotelem. Jedząc rosół, jestem trochę rosołem. Nie mówiąc już o cząstkach miasta i innych ludzi, które bezustannie znosimy do siebie do domu, przechowując później w przeciążonej pamięci. Przy jednym z rzeczowierszy z „Ponieważ”, „Poeta w biedronce” przypomina się „Księga grawitacji” Dawida Majera. Gdyński poeta w swoim debiucie przez wymienianie rzeczy, rozdrabnianie się w przedmiotach chciał uciec na chwilę od śmierci matki. Majcherczyk po prostu jest tymi wymienionymi przedmiotami, żyje obok nich, zamienia się w nie, dłubie w materii, aby coś pod nią odkryć. I odkrywa, tak jak wielu, drugiego człowieka, z którym może się udać coś na chwilę, duchowy przebłysk.

W „Ponieważ” poza uwikłaniem w „gotowe”, w którym możemy codziennie funkcjonować, i poza przeczuciami, że nie ma myśli bez materii, mocno zaznacza się wspomniana wyżej relacja „ty i ja”. Na początku cielesna – znów widzialne, a nie niewidzialne – na której będzie można zbudować wspólną sytuację wyjścia poza to, co jest nam znane. Powolne skrobanie, zdzieranie naskórka i kości, aby wreszcie zostało to coś, co zobaczymy tylko przy zamkniętych oczach. „Rozmyślam o tobie i o nas” mówi ta wrażliwa postać, która wyłania się zza wersów Majcherczyka. Bardzo swojski to podmiot liryczny z mądrą, ale leniwą dykcją jąkającego się, który jedzie na rowerze po kostce brukowej. Autor prezentuje niefrasobliwą sprawność poetycką, rzuca wersy lekką ręką. Nie da się nie lubić jego bohatera, bo wiemy, że jest on zdolny do wszystkiego dla drugiej osoby. Przejedzie pół kraju na małym traktorze, pokona pół miasta na wózku widłowym, jak w „Opowieści o zwyczajnym szaleństwie”, aby się z nią spotkać. Porządny gość, który spalił karton z „ja” na polach za miastem, aby trzeźwiej i czulej wejść w rzeczywistość.

„Ponieważ” to niby komunikatywna, leżąca do góry brzuszkiem, poezja, lecz wgryzając się głębiej w jej tkanki, czytając wiersze po kilka razy, zaczyna wyczuwać się w nich większą ilość poziomów atmosferycznych czy znaczeniowych. Majcherczyk rzuca nam radośnie rękawicę, jego wersy pobudzają głowę i wysyłają nas w różne krainy, nie tylko do widocznych, na pierwszy rzut oka kamiennych, przesiąkniętych materią miejskich korytarzy.

Paweł Majcherczyk. Ponieważ. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2018

Tadek Hel





Lapidarność i enigmatyczność czyli nowa kontynuacja poezji lat 90-tych. O „Stanie alfa” Bartosza Sawickiego


        Zbicie zwykłych obserwacji wziętych z życia codziennego z wyszukaną metaforyką, czy enigmatycznym stylem rozpoznawalnym tylko dla grona wtajemniczonych otrzymało w polskiej poezji lat 90-tych XX wieku miano liryki ponowoczesnej. Krytycy (m.in. Karol Maliszewski, Jarosław Klejnocki) zauważali w takiej poezji także przemieszanie różnych rejestrów języka, fragmentaryczność wizji świata wyłaniającą się z tekstów poetyckich i nawiązania w niej do kultury popularnej. Taka poezja i literatura miała być wielojęzyczna i posiłkować się nawiązaniami i cytatami z różnych poziomów kultury wplecionymi do tekstu. Poezja Bartosza Sawickiego z tomu „Stan alfa” ma wiele cech poezji ponowoczesnej lat 90-tych, nie jest to kolejny modernistyczno-strukturalny tom lingwistyczny pisany pod koła uniwersyteckich krytyków, którzy uwielbiają poezję o języku i jego możliwościach, nie jest to także kontynuacja poezji neoapokryfistów, którzy od 10 lat biją brawo kolejnym połączeniom kultury literackiej z religią katolicką w Polsce. Lapidarność, nieciągłość i enigmatyczność to najbardziej jaskrawe cechy poetyki Sawickiego w tomie „Stan alfa” stąd niekiedy kojarzyć się może z twórczością Marcina Sendeckiego, ale nie wydaje mi się by Sawicki był epigonem Sendeckiego. Mimo pewnych cech charakterystycznych dla banalnej wizji ponowoczesności związanych z kpiarstwem, lekkością traktowania spraw ważnych dla kultury, wiersze Sawickiego są pisane przeważnie w doniosłym, poważnym tonie i należą do tej poważniejszej wizji ponowoczesności związanej z świadomością epoki wyczerpania pewnych chwytów i motywów należących do charakterystycznych cech literatury nowoczesnej. Wraz z nastaniem ponowoczesności orzeczono i dostrzeżono konwencjonalność wszelkiej literatury, jej możliwości poznawcze okazały się nie wystarczające, raczej postulowane przez nowoczesność, niż spełnione w literaturze, albo spełnione tylko w obrębie pewnego projektu. Badacze i krytycy zauważyli, że literatura i filozofia bardziej uwikłane są w język niż wcześniej zauważano. Myślę, że poezja Sawickiego wyrasta z doświadczeń namysłu nad istotą ponowoczesności, jednakże jest próbą wyjścia z formuł powtarzanych przez wiele lat przez krytyków niczym mantra i próbą opisania świata, życia, drobiazgów egzystencjalnych mimo wiedzy o małych możliwościach poznawczych literatury i wyczerpaniu jej wielu możliwości. Stąd pojawia się w poezji niekiedy Sawickiego ponowoczesna lekkość, banał, sztampa. Samo dedykowanie książki i dwóch wierszy zmarłym psom – Tipciowi i Leo jest niczym innym jak powtórzeniem pewnego gestu znanego z archiwum polskiej literatury, ponieważ barokowy poeta Jan Andrzej Mortszyn pisał nagrobki dla swoich psów. Mi to nawiązanie akurat nie gra w tym tonie, bo ten tom to coś więcej niż beztroska zabawa archiwami kultury i w sumie jest tylko lekkim odciążeniem poezji Sawickiego. Oprócz owego nawiązania do baroku, pojawiają się w wierszach Sawickiego także inne motywy i postaci znane z kultury jak Hertha Müller szukająca drogi do serialowego, fikcyjnego miasteczka Twin Peaks („Kryptografia”), w „Kaczkach” mamy być może nawiązanie do jednego wiersza Franka O’Hary, jednakże zamiast Lady Day pojawia się w wierszu Sawickiego, amerykańska poetka Sylvia Plath. Jednakże nie jest to nawiązanie mocne stąd moje „być może”, gdyż podobny wiersz o ważnym dniu napisała niegdyś krakowska poetka Alicja Zemanek – „Dzień w którym zniknęłam” z tomu o takim samym tytule, a nieważny dzień opisała w swoim wierszu Wisława Szymborska. W „Harnasiu z Doliny Charlotty” pojawiają się, oprócz opisu zawartości damskiej torebki, dywagacje na temat filmowego „Janosika” (granego przez nie żyjącego już Marka Perepeczkę) na okładce jakiejś gazety. Tematami wierszy Sawickiego są także sprawy osobiste, erotyczne wyobrażenia zbijane z różnorodnymi niezwykłymi wizjami, marzenia o opuszczeniu ciała, w jednym wierszu przywołany zostaje ojciec, w innym przygnębia podmiot liryczny zziębnięty pies, czytamy także o narkotykach. Makabryczna metaforyka nekrofilska pojawia się w wierszu „Weganitaryzm”, w którym czytamy o „kopulacji nowej idei /z trupem stygnącej przeszłości”. Oprócz większej dozy tekstów osobistych i tych o zabarwieniu erotycznym, wiersze Sawickiego są różnotematyczne, nie układają się wokół jakichś centralnych motywów dominujących w tomie wierszy Sawickiego. Jednak widać lekką obsesję erotyczną podmiotu lirycznego na pewno bulwersującą nowe pokolenia literackich bigotów jednakże utrzymaną według mnie w ryzach w artystycznego wyrazu. Z rekwizytów technologicznych charakterystycznych dla współczesności, o które postulował kiedyś Paweł Dunin-Wąsowicz w swoich tekstach pojawiają się w „Stanie alfa” pliki MP3 („Głuchoniemy”), internetowy portal społecznościowy Twitter („Twitter”), smsy („Cargo”) oprócz tego rzeczy należące do przemysłu seksualnego - tabletki wczesnoporonne („Wykopaliska”), tabletki gwałtu („Moderat”). Co najważniejsze odważna metaforyka i tematyka wierszy Sawickiego nie jest nastawiona na szokowanie czytelnika. Czytając tom Sawickiego także nie ma się wrażenia przerostu formy nad treścią, notowanie przez wiersze nowinek technologicznych nie zaciemnia obrazu wierszy. Wszystko to funkcjonuje w obrębie tomu Sawickiego jako część świata przeżywanego i opisywanego przez poetę, nie ma się wrażenia szokowania publiczności nawet najbardziej makabrycznymi sprawami i tematami pomijanymi przez poetów, którzy próbują się przypodobać dzisiejszym włodarzom kultury, którzy żyją sentymentem za latami 80-tymi i upolitycznioną poezją. Tom Sawickiego na tle dzisiejszej produkcji literackiej wyróżnia się świadomością literacką, a kontynuowanie poetyki i tematów z lat 90-tych jest na pewno wartościowsze niż kontynuowanie awangard i lingwizmów wyrosłych za totalitaryzmu. Takiej poezji jak Sawickiego było niegdyś więcej, a dzisiaj poza Biurem Literackim, ukazują się pojedyncze tomy z poezją postpeerelowską. W samym Mamiko takich świadomych, ponowoczesnych książek wyszło niewiele – oprócz tomów Przemysława Karpińskiego i Jacka Mączki, które wyszły nie tak dawno, możnaby wymienić jeszcze książki Ryszarda Chłopka i Wojciecha Brzoski, które wyszły w pierwszych latach istnienia wydawnictwa. To pokazuje pewien kryzys polskiej poezji. No ale tak to jest, ci co wygrywają w literaturze w danym czasie, w dłuższej perspektywie znajdują miejsce na śmietniku historii o ile nie są Mickiewiczami, Miłoszami, czy Przybosiami.

Bartosz Sawicki. Stan alfa. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2015
Mateusz Wabik





Poetyka niby-buntu


Dopiero w kolejnym swoim tomiku z 2016 w końcu Piotr Barański postanowił odnieść się do muzyki rockowej, albo wykorzystywać z niej motywy. A jak już muzyka rockowa pojawiła się w tomiku 30-letniego poety to nie mogło zabraknąć nawiązań do poezji Marcina Świetlickiego, poety i rockmana, który na stałe wpisał muzykę rockową w pejzaż polskiej poezji. Marcin Świetlicki wraz z Grzegorzem Kaźmierczakiem z Variete i Maciejem Maleńczukiem z Homo Twist i Pudelsów, stanowią najciekawszych polskich muzyków rockowych z książkami poetyckimi, ale zazwyczaj punktem odniesienia dla polskich poetów jest poezja Marcina Świetlickiego, gdyż jest najbardziej doceniona przez krytyków i najciekawsza z tego grona, co nie znaczy, że twórczość pozostałych dwu, wspomnianych rockmanów jest słaba.

Z nawiązań do świata muzyki rockowej w poezji Piotra Barańskiego należy wspomnieć o wierszu „Przyćmienie”, w którym przywołano Johna Casha. W wierszu poeta naigrywa się z tego, że wielu poetów pisze wiersze nie tyle z odniesieniami do muzyki rockowej, ale z umieszczeniem w nich nazwiska rockmana, czy nazwy zespołu i wtedy taki wiersz bywa opisywany jako wiersz z nawiązaniem do kultury rocka, świetnie to uchwycił Barański kiedy pisze: „Był już w kilku wierszach/Johnny Cash./Nie pamiętam co robił.”

W wierszu pt. „Wiersz punkrockowy”, który jednak jest nietrafiony mamy polemikę z subkulturą punk rockową. Poeta wymienia słowa, które często znajdują się w tekstach grup punkrockowych: „system” i „Babilon” i uważa je, że są bez znaczenia: „nie ma znaczenia, co znaczą”. Wiadomo, że każda subkultura muzyczna ma swoje symbole, motywy i wiadomo, że oba słowa pojawiały się tak często, że stały się zgrane, a przez to, że zespoły podpisywały kontrakty płytowe same stały się uczestnikami „systemu” i „Babilonu”, jednakże uważam, że nie ma co poświęcać uwagi zjawisku, że dane słowa były w tysiącach tekstów zespołów punkowych, które czasem bezwiednie i bez namysłu wykorzystywały symbolikę punkową by się w niej zmieścić, czy aby się z nią identyfikować i odróżnić się od szarego tłumu. Chodzi o to, że łatwo zanegować dzisiaj każdą subkulturę, jeśli bierze pod uwagę rozpowszechnienie motywów, powielanie, jednakże jak się czyta teksty starych zespołów punkowych, które odgrywały swoją pionierską rolę na scenie rockowej, to teksty np. Krzysztofa Grabowskiego z Dezertera do dzisiaj emanują energią i mają jakieś historyczne umiejscowienie, nie były pisane tylko dla samej identyfikacji z subkulturą. I wg mnie mają nadal znaczenie.

Wiersz pt. „Hendrix” ukazuje nastawienie podmiotu lirycznego do piosenki Boba Dylana „All Along The Watchtower”, że wg niego lepszą wersję piosenki zarejestrował Bob Dylan. Niby nic w tym wierszu od strony poetyckiej się nie dzieje, ale ciekawe, że młode pokolenie, młodsze od starych hippisów, punków, znajduje coś dla siebie w klasyce rocka, że potrafi wybrać pomiędzy jednym wykonawcą, a drugim, że nie jest tak źle jak wieszczą od lat gazety rockowe, że zainteresowanie młodych spadło, a co za tym idzie sprzedaż płyt, co też związane jest z nielegalnym rozpowszechnianiem plików muzycznych w internecie. W jednym wierszu jeszcze poeta odnosi się do zespołu T.Love Alternative, o czym poeta wspomina w tytule wiersza, że przy jego muzyce pisze wiersz. Jednakże wiem tylko o tym zespole tyle, że jest wcześniejszą wersją zespołu T.Love i trudno mi wyśledzić w wierszu nawiązania, odniesienia, czy też ich brak.

W wierszu „Wyjście” mamy za to nawiązanie do wiersza „Upiór” Marcina Świetlickiego z tomiku „Zimne kraje”. Dla mnie i starszego pokolenia był to ważny poeta, łączący w swojej twórczości bunt swojego pokolenia, tradycję rocka i polskiej poezji, jednakże odkąd jego wiersze, całkiem zasłużenie znalazły się w podręcznikach szkolnych i w spisach lektur uniwersyteckich, odwoływanie się do jego poezji nie jest takie trudne, nie jest niczym heroicznym jak kiedyś w latach sporów trawiących polska scenę poetycką o kształt wiersza współczesnego, czy właściwe nastawienia polityczne i kulturowe twórców. W wierszu „Wyjście” pojawiają się powtórzone na początku każdej strofy słowa wiersza Świetlickiego „odwrócić się, odejść”, pojawia się alkohol, seks. Przy pierwszej lekturze wiersza Barańskiego miałem wrażenie, że jest to budowa wiersza na zasadzie wyzyskiwania motywów z wierszy Marcina Świetlickiego i jego rówieśników. Jednakże wpisany w wiersz jest bunt przeciwko tym motywom – niechęć do alkoholizmu, seksu, miłości, bezbożności. Wiersz się kończy słowami „Odwrócić się, odejść./W razie tego wiersza.”. Więc znowu Barański uruchamia swoje zasoby związane z czysto zabawowymi umiejętnościami traktowania poezji. Nagle ukazuje bunt przeciwko tak napisanemu wierszowi, czyli podważa sensowność wcześniejszych konstatacji. Ten tomik jest nieco słabszy niż dwa poprzednie, ponieważ poeta wszedł w tematykę już bardziej zadomowioną w polskiej poezji współczesnej, a wiersze dotyczące muzyki rockowej, oprócz tego pierwszego przeze mnie wspomnianego, nic takiego nie powiedziały, nie odsłoniły, co by nie było tylko tym, że są nawiązaniami do kultury rocka. Także w wierszach Barańskiego czuć to, że poeta stara się być bardziej zdecydowany w pisaniu, częste powtórzenia stosowane w wierszach wzmacniają jego głos. Ale tak naprawdę w swoim tomie ukazuje bardziej niż poprzednio swoją bezradność wobec swoich dalekosiężnych zamiarów twórczych, wobec materii współczesnego języka. Zanikł gdzieś wyciszony obserwator absurdów istnienia, polemista religijny, zanikł umiejętnie urywający frazę poeta, pojawił się poeta dosadny, niezbyt udolny aforysta jak w wierszu „Ślusarstwo”. Każdemu to się poecie zdarza, ale mam wrażenie, że zaparcie się swojej młodzieńczej twórczości było krokiem w nieznane i w „Lekkich piosenkach” wyprowadziło go na manowce i takie zapieranie się do końca poecie nie wyszło. Oczywiście czytałem gorsze teksty, ale takie zestawienia zdań, fraz, które do niczego nie prowadzą, albo opisują oczywiste sprawy nie zdarzały się dotychczas poecie.
Marcin Świetlicki jako wokalista Świetlików jest twórcą awangardowym, który w swoim zespole połączył dwie nieprzystawalne estetyki punk rocka i jazzu. Jest też krytykiem subkultury punkowej z lat 80-tych i wydaje mi się, że właśnie lepiej młodemu twórcy by wyrazić swój bunt nie zaczynać od tekstów Świetlickiego, wytrawnego punka, który zna pozytywne i negatywne strony subkultury, z której się wywodzi (może to nawet oiowa subkultura), ale zacząć od tych twórców roczników 60-tych, którzy jako tekściarze punkowi wyśpiewywali swój bunt w latach 80-tych, mam tu na myśli tekściarzy Dezertera, Armii, Brygady Kryzys, Kryzysu, Siekiery, gdyż to co robi w tekstach Świetlicki jeśli nawiązuje do tematyki punkowej to jakby kolejny krytyczny krok w rozumieniu własnej subkultury i dlatego wiersze Barańskiego wiszą w próżni historycznej kiedy dotyczące rocka, gdyż jakby brak im jeszcze większej świadomości kultury rockowej. A dlaczego młodzi poeci nie nawiązują do tekstów Grabowskiego, Budzyńskiego, Adamskiego, Lipińskiego, tylko Świetlickiego? Dlatego, że wydaje im się, że są buntownikami, albo, że niby są buntownikami, a niby nie. Tak mi się wydaje.

Paweł Barański. Lekkie piosenki. Nowa Ruda : Mamiko, 2016

Mateusz Wabik





Strefa ruchu




Po prawej stronie poetyckiej skali ustawmy poezję stricte językową. Grudy, zawijające się nawzajem taśmy i zamglony obraz człowieka stojącego za wersami. Nie wiemy, czy lubi piżamy, jeździ na pikniki polskiego radia, jaki jest jego status towarzyski i egzystencjalny. Grasuje w pewnej rzeczywistości językowej, której prawdopodobnie użyje przy wyplataniu swojej twardej wikliny, stąd od biedy można pokusić się o wróżenie z wersów, będzie to jednak czytanie niczym z czarnego ekranu, po którym suną losowe kombinaty znaków. Po lewej stronie wykresu musi znaleźć się w takim razie miejsce dla poezji realizowanej poprzez język przezroczysty, który niczym psiak ma wiernie służyć oddawanemu środowisku i światu, ma służyć do wylewania swojego doświadczenia lub gotowania fantazji.

„Biegnij” Aleksandry Zbierskiej wydaje się być w tym układzie gdzieś pośrodku – zakładając dodatkowo, że oś pionowa dotyczy poetyckiego rozgadania (góra wielkie gadanie – dół minimalizm), choć często autorska igła przesuwa się bardziej ku górze i prawej stronie: małe zwycięstwa mówienia nad milczeniem i języka nad światem, powiedzmy, że w stosunku 60 do 40.

Z tomiku wyłania się pewien świat, jest on jednak potasowany między różne postaci, chórki odgrywają, odśpiewują swoje role. Jest raczej miejsko: bruk, wnętrza, knajpy, kawiarnie, kamienice ze sztucznymi kwiatami w oknach; słońce przetacza się z wraz z ciemnością. Mimo gęstego wielogłosu, nie są to relacje bardzo od siebie oddalone, rzeczywistość wydaje się być podszyta podobną, autorską energią, rozedrganiem i afektywnością. Taki też jest język, który często bawi się sam ze sobą w zamkniętym pudełku, nitki buzują, puchną we wnętrzu i nie chcą lub nie mogą się wydostać. Głosy, pogłosy, koktajle skojarzeń, witalny językowy makaron, wszystko to sunie przez „Biegnij”, wprowadzając atmosferę wiecznego czasu teraźniejszego, wystrzału, ruchu, produktu chwili. Wiersze wydają się przychodzić Zbierskiej łatwo, ma się wrażenie, że autorka improwizuje, podłącza się pod ulotne fale mózgowe i kreśli piórem na kartce linie niczym sejsmograf czy wariograf, który twierdzi, że prawda zawsze jest po stronie ruchu, chwili i spontaniczności. Jest w tym także coś z wampiryzmu, podpinania się pod pasy transmisyjne rozmów, klimatów, książkowych strzępów. Wysyłane przez autorkę „podmiociki” wyłapują rzeczywistość, zasysają ją, są ciągle głodne, nienażarte, muszą pochłaniać kolejne obrazki, przestrzenie, kawalkady słów. Autorka, jawiąca się w tym kontekście niczym kleszcz na języku, nie działa, by dotrzeć do powtarzalnych wzorców, idei, wiecznego zrozumienia, ale raczej przepuszcza przez siebie ten całodobowy ruch wrażeń. A czyni to po to, aby dzięki temu normalnie funkcjonować.

Z języka wyłania się pewna rzeczywistość, pewne sytuacje, ale wydaje się, że nie ma tu przypisanych do nich „twardych” znaczeń. Fermentacja, rozbiórka sensów odbywa się w momencie przyjęcia musu, gdy paprochy słów, powiedzonek, pół-sytuacji lokują się u odbiorcy i od niego zależy, co zrobi z podanym na chochli czy przez kroplówkę płynem. Oczywiście, zdarzają się także puenty, próby podsumowań, szeregowania wrażeń w kategorie, ale „Biegnij” to raczej przemyt chwil, do których nie przylgnęły jeszcze żadne sensy, nie stworzona została struktura czy schemat poznawczy. Opisanie czegoś raz na zawsze jest gorsze od śmierci, zdaje się mówić autorka.

W 2012 roku wyszedł zbiór wierszy „Rzeczy R”, nieżyjącego już noworudzkiego poety, Zygmunta Krukowskiego. Autor tłumaczył, że dla niego życie jest synonimem witalności, energii, ruchu, rozedrgania, wibracji, co najlepiej oddawane jest w języku przez głoskę R. Patrząc w ten sposób można wiele zrozumieć z twórczości Zbierskiej, a tytuł jej poprzedniego tomiku, „Wibrujące ucho”, zdaje się być najlepszą egzemplifikacją filozofii ruchu. W polskim „biegnij” nie ma R, ale autorka dalej kumpluje się z drużyną wykrzykników, tańcem rzeczywistości i niechęcią do życiowej nudy. Baudrillard porównywał siedzenie przy ekranie do platońskiej jaskini – rusz się, odwróć, życie jest gdzie indziej. Właśnie to „gdzie indziej” pokazuje Zbierska.

Aleksandra Zbierska. Biegnij. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2017

Andrzej Mozga





Logiczny przelot


Abstrakcyjny bohater wierszy (można by rzec, że głęboko ukryty w swojej głowie, w zmyśle analitycznym), pozbawiony ciała i zmysłów, chodzi po pustych kwadratach miasta obok znaków, szyldów, stacji benzynowych i sklepów. Czasem przejedzie się tramwajem albo wstąpi do kina lub zasiądzie przed laptopem. Ten duch i jego logiczny zmysł wydają się być wpuszczeni w naturalny codzienny obraz rzeczywistości; nie szukają fajerwerków i wyjątkowych sytuacji. Przypomina się Adam Miauczyński, zamieniony po śmierci w czystą świadomość, która lata nad Polską i lustruje ją z wysoka, lecz nie potrafi się już zdenerwować. Ma ochotę tylko na wyliczanki i trochę gier słownych w przelocie. Opowiada o zwyczajnej Polsce w czasach szalonej deweloperki, krajowej rozbudowy, ścinania, dokładania, spychania, pogłębiania, ściskania przestrzeni, ludzi i przedmiotów. Nie chodzi o ambitną autoprezentację bohatera, ale o namysł nad językiem, a właściwie o komunikaty, których nasłuchuje i w których pływa. Podmiot liryczny odwołuje siebie na rzecz rozważań o komunikacji.

Barański gra (z) językiem potocznym, urzędowym, medialnym, reklamowym, a jego głównym narzędziem w przyborniku poetyckim jest dwuznaczność. Trzyma się świętego przykazania, mówiącego o tym, że tekst ma być możliwy do odczytania na kilka sposobów. Autor zdaje się mówić, że poprzez niemożliwość dogadania i połączenia ze sobą różnych znaczeń poszczególnych słów, język nigdy nie uchwyci rzeczywistości taką, jaką jest. Przez wielość możliwych komunikacji, błędów, wypaczeń i wieloznaczności jesteśmy skazani tylko na doraźne wymiany zdań, bo kwintesencja zrozumienia przecieknie nam przez język i ulotni się z winy niewłaściwego doboru nie tych fraz.

Tropiąc algorytmy codzienności, Barański wypowiada się mimo wszystko na temat współczesnego świata i jego nierozstrzygalnych aporii. Zastanówmy się, czemu służą wymienione przez niego komunikacje publiczne. Zwykle zbijaniu zysków, konkurentów, wykluczonych. Komunikacje codzienne jako pierwsza pomoc dla przemocy i małych zbrodni.

Wiersze Barańskiego potrzebują ze strony odbiorcy namysłu, powolnego skanowania słów, zdań i zbitek. Z wersów nie wyłania się historia, za którą możemy podążać. „Komunikacje” przypominają bardziej książeczkę ze wzorami, zadaniami matematycznymi do rozwiązania.

Nie jest to tomik dla każdego. Amatorzy obrazu, poetyckich długich narracji nie znajdą w nich swojej ulubionego pożywienia, zaś zdecydowanie zasmakują w „Komunikacjach” miłośnicy cyzelowania słów, oszczędności językowej, minimalizmu, obracania się wiele razy wokół każdego stwierdzenia, wokół osi słów. Zmęczeni językiem walki, językiem jednoznacznej przynależności politycznej z chęcią przyłączą się do przeglądu codzienności, transmitowanego przez zdystansowanego, wycofanego opowiadacza, który nie ma ochoty na wielkie narracje, ciężkostrawne słowa i podsumowania, ale na małe językowe kiczki-paliczki, zabawy w głuchy telefon.

Piotr Barański. Komunikacje. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2017

Andrzej Konti





EROS I ŚWIAT W TOMIKU POEZJI IZABELI IWAŃCZUK „TYKA ERO” - RECENZJA

SABINY SKOWRON

Izabela Iwańczuk należy do poetów średniego pokolenia współczesnej literatury polskiej.
Chlubi się bogatym dorobkiem tekstów napisanych mową wiązaną, publikowanych w czasopismach literackich, almanachach i antologiach oraz w formie tomików poetyckich – dobrze
przyjętych przez czytelników i krytykę literacką, nagradzanych i przekładanych na języki obce.

Najnowszy zbiór jej wierszy to drugi już tomik wydany przez oficynę „Mamiko”, promującą młode talenty. (po „Perłach wiecznych”). Będący szczególnym, sylabowym anagramem tytuł :
„tyka Ero”, zawiera 40 liryków o tematyce integralnie z nim związanych, wydanych w 2016 roku.
Poetka odczuwa realia otaczającego ją świata i eksplikuje najważniejsze jego cechy: pośpiech,
skrót, zmienność, bieg czasu, pracę i towarzyszący tym wszystkim aspektom stres.

Tytułowa erotyka ma w wierszach Izabeli Iwańczuk wyraźny wymiar cielesny: zbliżenia i dosłownego aktu miłosnego, naszkicowanego subtelnie i delikatnie. Autorka nie obudowała biologicznego aktu znakami sentymentalnych doznań miłosnego zauroczenia ani zniewolonej
uczuciem psychiki obcujących z sobą kochanków. Skupiła się na doznaniach cielesnych: „czuję cię
na końcu języka”, „odfruwa ptak mojej koszuli”, „oboje między udami”, „wspinasz się po linii ust”.
Zmysłowość miłosnych zespoleń przypomina w tomiku poetki ze Słupska liryki klasyka poezji polskiego międzywojnia: Bolesława Leśmiana – zestawione w zbiorze „W malinowym chruśniaku”
Podobnie jak mistrz liryki erotycznej lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku, Izabela Iwańczuk
uczyniła w większości tekstów naturę tłem zmysłowych uniesień: kwitnące magnolie, sen sarny,
w którym budzi się pantera, parne słońce, ciepły jesienny klon, umuzycznione babie lato, owocująca winorośl – to tylko niektóre poetyckie frazy otulające zmysłowość miłości otoczką
piękna świata.

Autorka erotyków uwzniośla biologiczny aspekt miłości, sięgając do bogactwa sztuki wysokiej :muzyki, baletu, kolorystyki i maestrii witraży. Ze szczególną fascynacją eksponuje w swoich erotykach muzykę, wykonywaną na różnych instrumentach: na otwartym fortepianie Chopina,
na skrzypcach „w zwiewnej szacie liturgii”, kastanietach wybijających rytm flamenca, na fletni pana, na oboju i organach. Muzyka jest tu nie tylko tłem zmysłowej miłości ani jej elementem
dekoracyjnym, staje się współbohaterem lirycznym, rozbudzającym zmysły i budującym harmonię odczuć cielesnych i artystycznych.

Spowita w muzykę i otulona pięknem świata natury bliskość dwojga ludzi staje się pod piórem
poetki elementem cudu łączącego zachwyt przyrodą i wytworem muzycznego talentu człowieka
z doznaniami uniesień w akcie miłosnego zbliżenia.

Dominantą artystyczną liryków jest wybijająca się wyraźnie obecność pierwszoosobowego
podmiotu lirycznego. Tylko w niektórych wierszach pojawia się liryczne „ty”, przynoszące próbę
dialogu z mężczyzną stanowiącym drugą część miłosnego spojenia. Wszystkie wiersze są miniaturkami poetyckimi, napisanymi wierszem białym, piękną polszczyzną, bogatą w zachwycające metafory, aluzje i analogie. Piękno słowa, obok głównego tematu wierszy i jego związku ze światem natury i sztuki, stanowią o głównych wartościach tej niezwykłej poezji, którą warto poznać i dać się ponieść wynikającej z niej refleksji.

IWAŃCZUK Izabela. tyka Ero. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2016
Sabina Skowron





Trzymaj gardę



Czasem tak bywa, że pewne tomiki chce się czytać według klucza biograficznego. "Garda" Sylwestra Gołębia właśnie taka jest, podmiot liryczny wydaje się mocno przylepiony do autora, siedzi mu wręcz na plecach. Czytelnik ma ochotę grzebać w wersach, przy okazji grzebiąc w trzewiach realnej postaci, która gdzieś tam jest i właśnie je kolację. Tomik sprawia wrażenie czułej, sfabularyzowanej spowiedzi, zamknięcia pewnego okresu lub zamknięcia całego dotychczasowego życia w sześćdziesięciu stronach. Z podsumowań wyłania się poezja z miejsc niechcianych, z terenów opuszczonych fabryk, z krzaków, na których powiewają jednorazówki, zza płotu, gdzie kable mieszają się z kapslami i gruzem. Taką przestrzeń, świat przedstawiony, zapowiada już okładka – zjazd po szarej rampie wprost w brudną wodę. Czytanie Gołębia jest jak słuchanie "Nowej Aleksandrii" Siekiery, Polska jawi się niczym apokaliptyczna pustynia z Mad Maxa. Z tą różnicą, że już nie idą ludzie tam za bramą, jeszcze senni, bo w okręgu wałbrzyskim zamknięto wszystkie zakłady, fabryki i kopalnie. W "Gardzie" nie pojawia się słońce, a nad dachami, mostami, trakcją kolejową grasują deszcze, burze i mgły. Wśród pluchy i błota bawią się na hałdach ostatnie bandy chłopaków. "Ja//mam niedobór słońca krwi żelaza" mówi podmiot liryczny i ucieka do świata jeszcze ciemniejszego, na północ, do Norwegii.

W "Gardzie" zwraca uwagę czułość w stosunku do człowieka pracy, sympatia dla klasy robotniczej, Gołąb opowiada historie ludzi stacjonujących w małych budkach przy fabrykach,w składach z węglem. Jakakolwiek inteligenckość kojarzy się z czymś podejrzanym, z czymś co morduje prawdziwą życiową substancję. Czuć na kartach tomiku tęsknotę za niezapośredniczonym światem, za rzeczywistością z krwi i kości. Autor dzieciństwo i młodość przedstawia w liczbie mnogiej, przypuszcza, że prawdziwe życie to chodzenie z grupą kolegów, wspólnie spędzany czas i wspólne kody. "Garda" jawi się jako odezwa do świata hultajów, jako laurka wymalowana chłopackiemu światu, który musi przeminąć. I prawdopodobnie pisanie mogłoby być lekarstwem przeciwko zabijaniu wizji idealistycznych, światów wyobrażonych, które wraz z dorosłością kurczą się, zamieniając się w paragrafy, definicje i skostniałe formy. W tle obrazów z dzieciństwa czai się śmierć, dzieciństwo ją permanentnie zwiastuje, bo w nim jej najwięcej, ona nieuchronnie uderza, gdy nie jesteśmy gotowi i nie mamy jeszcze przygotowanych kanapek.

Mimo że w "Gardzie" chodzi o coś prawdziwego, o oddanie miejsc, momentów i uczuć, dla Gołębia ważne jest nie tylko, o czym pisze, ale także jak pisze. Często od treści wierszy ważniejsze jest brzmienie słów. Autor bije w dzwonek, w język niczym dziecko, które cieszy się brzmieniem, możliwością wydobywania dźwięku, aktem sprawczym, tak jakby w mroku postindustrialu, w uliczkach przykrytych czernią tylko słowa miały kolor i wydobywały człowieka z brudnej magmy świata. Wyrazy bliskobrzmiące typu "Santarias-Pistorius, klamka-kłamca” pojawiają się prawie na każdej stronie. Gołąb zdaje się pytać, czy jeśli coś brzmi podobnie, to może jest tym samym? Z drugiej strony pokazuje, jak bardzo może się zmienić sens wersów, gdy wrzucimy w nie kolejny bliskobrzmiący wyraz. Andrzej Sosnowski walczy z Albertem Sosnowskim na słowa i pięści w świetle reflektorów. Upodobanie do brzmień, dźwięków wypowiadanych słów transmutuje gdzieniegdzie wersy w refreny, rytmy, intonowane piosenki. Chłopaki idą przez tory jak w "Stand by me" i "Stranger Things", ciesząc się możliwością mowy, powtórzeniami, wymyślaniem żartów i rymów.

Drugą poetycką pieczątką Gołębia jest wyliczanie rzeczowników, rzeczy, przedmiotów. Aby zaznaczyć upływ czasu lub scharakteryzować miejsce autor bez opamiętania sięga po rzeczowniki, które płyną i piętrzą się tak, jakby ważniejsze były dla niego przedmioty niż dzianie się. Kolejnym chwytem jest łączenie w ramach jednego wiersza dwóch, najczęściej dalekich od siebie, obrazów, a cała zabawa pozostawiona odbiorcy polega na wiązaniu nikłej nitki znaczeniowej, która je łączy.

Bohater jest męski, lubi męski wpływ, męskie persony kina sensacyjnego i skurwieli w bagażnikach, ale tak naprawdę najczęściej chowa się w skorupę jak pancernik, pika mu serce, a on kuli się i chroni przed deszczem, bezsensem, jednym okiem obserwując świat. Jeżeli jest to jakaś garda, to taka, co chroni przed ciosami ze strony śmierci, przyszłości, przemijania, życia i jego nieuniknionych wyborów. To taka garda, dzięki której można zachować w sobie cenną esencję, to, co było i o czym się pamięta, na przekór kartonowemu światu. Jest to tomik dla facetów, aby znów poczuli, jak to jest być chłopakiem, ale może także dla kobiet, które mogą poczuć, jak to w chłopackiej skórze jest. Wspominanie, wyliczanki, deszcz, Polska i Norwegia, z "Gardą" można się zaszyć.

Gołąb Sylwester. Garda. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2016

Andrzej Kankan





Ewa Bieńczycka pisze o "Biegnij"



Aleksandra Zbierska należy do tych poetek, które konsekwentnie wydobywają twórczością to, co w sobie noszą z determinacją wewnętrznej potrzeby, nawet jeśli obie strony, autor i czytelnik nie zdają sobie sprawy, co się w poezji tak wydobytej naprawdę dzieje.

Nie czytałam środkowego tomiku „Panoptikum”, natomiast znam pierwszy tomik „Wibrujące ucho” i wydaje mi się, że są to cały czas te same warianty tej samej historii opowiedziane tak jak w filmie „Biegnij Lola Biegnij”.
Trudno nie zorientować się, że klimat wierszy jest ciemny, mimo, że świat pokazany w nich jest barwny, kolaże są lekkie i nie wydumane, w najnowszym tomie wzbogacone o reminiscencje historyczne, dużo tu radzieckich wspomnień z komunistycznej szkoły: Tiereszkowa wyniesiona nawet nie tyle w kosmos, co pod sufit pokoju, tak jak na postmodernistyczną ironię przystało.

Wśród nieustannej gry skojarzeń, gdzie zawsze, w każdym wierszu jest jakieś główne przesłanie, niekoniecznie dla czytelnika czytelne, niemniej wyczuwa się drugie dno, odnaleźć można prawdziwe piękno, zapewne mimochodem, gdyż poetka wystrzega się płytkiego sentymentalizmu. I tak niebieskie róże z kiczu przeobrażają się w atrybut estetycznej wartości w proletariackiej kamienicy [Sztuczne kwiaty], włosy, być może i ich brak, zmieniają się w imponujące pukle [fryzjerczyk], modlitwa przeradza się w masochistyczną udrękę niekoniecznie bolesną [Medytacja].
W wierszach podmiotem lirycznym ciągle jest ktoś inny i dzięki temu mamy różne perspektywy świata, który właśnie się w wierszu objawia. I tak widzimy go oczami noworodka [okno życia], byłej prostytutki [Gdy miłość odchodzi], czy pijaka [Charakter].

Są też konwencjonalne obrazki z ulicy, najbardziej sugestywne w swojej prostocie, chociażby ten zawarty w według mnie w najpiękniejszym wierszu z tomiku zatytułowany „ I już”, gdzie Poznań jest przestrzenią o tyle bezpieczną, o ile nadwrażliwy bohater pokona toksyczność Drugiego, zarówno napotkanego znajomego, jak i anonimowego przechodnia i kogoś, z kim dzieli mieszkanie.

A kto nie jest nadwrażliwy? I o tym jest ta poezja, o panicznym uciekaniu od przeznaczenia, od losu, od Drugiego, od własnej nadwrażliwości.

Aleksandra Zbierska. Biegnij. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2017

Ewa Bieńczycka





KOMUNIKATYWNOŚĆ I PROSTOTA W ZBIORZE LIRYKÓW GRAŻYNY BAJER „NIE POTRAFIĘ CIĘ POKOCHAĆ”



Autorka wzruszających wierszy inspirujących do refleksji nad człowieczym losem, pięknem natury i jej wpływem na postawę jednostki wobec świata i przemijania od 12 lat mieszka w Norwegii. Za swoją ukochaną ojczyznę uważa jednak Polskę, w której przyszła na świat i przeżyła wiosnę i lato swojego życia, czyli dzieciństwo i młodość. Często przyjeżdża do Polski, do Kotliny Kłodzkiej – swojej najbliższej, domowej ojczyzny. Ziemia Noworudzka jest dla niej takim miejscem, jakim dla Mickiewicza była Nowogródczyzna z Zaosiem, Płużynem, Mirem i tajemniczym jeziorem Świteź.

Wydany w noworudzkiej oficynie „MAMIKO” w 2017 roku zbiór wierszy „Nie potrafię Cię pokochać” jest szóstym z kolei tomikiem, w którym przewija się motyw miłości i tęsknoty za domem w znaczeniu gniazda rodzinnego i w sensie szerszym: domu jako ojczyzny.

Zbiór otwiera liryk zatytułowany tak, jak cała książeczka. Znajdujemy w nim określenie relacji między odczuciami autorki a jej emigracyjną ojczyzną – Norwegią. Poetka docenia wszystko, co daje jej skandynawski kraj, ale odsuwa go na drugi plan, konkludując refleksje słowami: „Nie potrafię Cię pokochać, Norwegio”... Nie jest to odrzucenie, lecz skutek wcześniejszego pokochania Polski uczuciem tak silnym, że nic już z nim równoważyć się nie może.

W całym tomiku dominuje liryka refleksyjna spojona z liryką osobistą. Można w nim wyodrębnić toposy, czyli motywy istniejące w literaturze europejskiej, będące świadectwem ciągłości tradycji kultury śródziemnomorskiej i uzewnętrznieniem archetypicznych wzorców w niej utrwalonych. Najważniejsze z nich to:

- Postrzeganie człowieka jako aktora w teatrze świata. Motyw theatrum mundi , zaczerpnięty z filozofii Platona i dramatów Szekspira, w tej poezji łączy się z toposem przemijania, człowieczej drogi przez życie, a podczas jej trwania ludzkich emocji, trudności niesionych przez los, upadków, błędów i dążenia do poprawy. W drodze do momentu „opadnięcia kurtyny”przeszłość spaja się z teraźniejszością i przyszłością.

- Podkreślenie elementów aksjologicznych. Autorka wyraźnie postrzega i potępia wszelkie zło. Dziwi ją i zasmuca fakt, że we współczesnym świecie jest tyle nieszczęść wyrastających z niewłaściwych postaw ludzi wobec bliźnich.

- Wyeksplikowanie osobistego stosunku do cierpienia ukazanego z dystansem do własnego losu, osnutego nutą oniryzmu.

- Naszkicowanie trójkąta filozoficznego, tak często obecnego w literaturze antycznej i chrześcijańskiej: Bóg – Człowiek – Natura. Świadczą o tym liryki opisujące norweskie pejzaże i teksty o charakterze modlitewnym, mające kształt psalmów dziękczynnych lub błagalnych.

- Obecność postawy stoickiej wskazującej na łączenie się w życiu człowieka smutku z nadzieją i radością, na potrzebę pogodzenia się z losem i przemijaniem, na umiar w przeżywaniu doznań przykrych i przyjemnych.

Zachęcam do poznania bogactwa myśli i doznań wrażliwej poetki zawartych w zbiorze „Nie potrafię Cię pokochać”. Zamieszczone tu liryki mogą nas wiele nauczyć, pozwolą zatrzymać się w biegu i refleksyjną myślą poszukać tych wartości, które są w życiu najważniejsze.

Grażyna Bajer. Nie potrafię Cię pokochać. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2017

Sabina Skowron





Macki, gesty, dźwięki



Postać przemieszcza się po murku, leży na dywanie, podlewa kwiaty, strąca z parapetu zaschłą muchę. W głowie cykl obrazów, wtedy, kiedyś, teraz, jak stary film z wyświetlacza; wiele trzasków, za chwilę stary budynek, w którym wyświetlono animację, przykryty zostanie piaskiem. Magdalena Lange zaprasza czytelnika w pogoń albo wcale nie zaprasza, bo może niewiele ją to obchodzi, może chciałaby, aby traktować jej tomik niczym znalezioną na spacerze z psem krzyżówkę sprzed dwudziestu trzech lat. Przyjmijmy jednak, że zaprasza, że przemieszcza się drogą skojarzeń i mówi, chodźcie za mną. Wers prowadzi wers na trzy sposoby: podobny obraz, podobne znaczenie, podobne brzmienie. Często poszczególne skojarzeniowe typki mieszają się ze sobą, tworząc wrażenie obcowania z efektem improwizacji, gdy czasu na utworzenie kolejnego pomostu jest tak niewiele, że wybiera się pierwszą możliwość, którą przyniesie neuron. Wiersze Lange, zwykle nienazwane, przypominają przedsenny cichy terror, hipnagogiczne scenki. Autorka, mimo że jej podmiot liryczny jest zaskakująco nieruchomy i stały, przemieszcza się z gracją przez akwen po rozstawionych wcześniej kamieniach. W udziale odbiorcy jest przebiegnięcie szlaku stylem znanym z japońskiego teleturnieju Takeshi's Castle - wiemy, że gdzieś się pomylimy, ponieważ wiele z kamieni to pułapki. Czytelnicy wpadają do wody jak dzielni Japończycy w kaskach.

Porzucając metafory pościgowe, potraktujmy "Lata po mnie rzeczywistość" niczym animacje. Animowaną historię o zaniku, o chwili przed tragedią. Wszystko jest nieruchome, słońce skrzy, po ulicach przetacza się kurz, a podmiot liryczny jest gdzieś ukryty, ma postać słabo-osobową, siedzi w drzewie, w owocu, ma ze sobą tylko skrawki ciała, mózgu oraz pamięć i przeczucie jutra. Po świecie grasują macki, nienazwane obiekty rozszczepiają się i łapią bohaterów. Świat przedstawiony tomiku przypomina spektakl zapłodnienia lub rozprzestrzeniania się nowotoworu. Przypomina krainy znane ze światów Hayao Miyazakiego czy prozy Sylwii Siedleckiej.

Magdalena Lange lubi wykorzystywać, odkrywać na nowo pokłady znaczeniowe słów i powiedzień, sam tytuł poprzez podwójne (potrójne?) znaczenie zaczyna opowiadać historię, łączy teraźniejszość z czasem kiedyś. Jest to prawdopobnie największy skarb językowej rzeczywistośći Lange, wyczerpywanie słów, mówienie – tworzenie wielu obrazów – poprzez sprytne skonfigurowanie liter i oszczędny dobór słów. Jej wysokooktanowa wyobraźnia nie potrzebuje wiele, aby uruchomić w odbiorcach maszynę skojarzeniowo-wyobrażeniową. Z rozrzuconych i przesterowanych drobiazgów tworzy wielogodzinne filmy. "Podglądam przyszłość,//wprost za nią patrząc", "Strzelam palcami//już od dalekiego czasu", "Przyjacielu stań przede mną,//kiedy makieta się przesuwa.", "Nie wierzę tym obrazom//nie doceniam dźwięków//niedowidzę//do końca."

W "Lata po mnie rzeczywistość" nie znajdziemy opisów, analiz sytuacji społeczno-ekonomiczno-pracowniczych. Z notki Magadaleny Lange możemy wyczytać, że lubi ona chwilę, dzianie się, smak, gest, dźwięk. Przekłada się to na wiersze, które poddane są jezykowi i wyobraźni, a nie publicystyce czy ekonomii. Dla wszystkich lubiących abstrakt, poezję bez zasad, surrealizm, rozwikływanie zagadek znaczeniowych będzie to przyjemna przejażdzka, niepokojący poetycki seans.

Magdalena LANGE. Lata po mnie rzeczywistość. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2016

Andrzej Królewicz





Otworzę Ci to serce



„Ja nie piszę wierszy// dziecino ja je rodzę”, tak, wersem z Jaworskiego, Maciej Sowicki wchodzi w swój tomik. Dodając do tej deklaracji cytat ze Świetlickiego, który pojawia się kilka stron dalej, blurba Krzysztofa Śliwki oraz jarzeniówkowy róż bijący z okładki, możemy szybko zgadnąć, z jaką atmosferą będziemy mieli do czynienia. Autor przeszczepia melancholijno-buntowniczną czułość lat dziewięćdziesiątych, zabarwioną dziecięcym zachwytem, na twardy grunt post-post-post-transformacyjnej Polski (i statecznej Holandii), wyprzytulanej i wylizanej przez wielką kapitalistyczną mamkę. Mamy prywatność, miłość, muzykę, wzruszenia i krew na wargach, ale wszystko rozgrywa się już w całkiem innym enturażu. Nie brud, bruk i płaszcz po dziadku, ale euro-neony, szklane korporacje i rzyganie kolorowym drinkiem.

Sowicki w jednym z pierwszych wierszy określa swojego czytelnika idealnego. To współczesny, podobny bohaterowi wagabunda, który się rozbija nocami po centrach. Czasem się upije, czasem pokombinuje. Jest ciągle odurzony czasem, dzianiem się, doświadczeniem, które narasta i znika wraz z zerwaną świadomością. Są w DAM chwile, jest wspominanie bliższe i dalsze, myśli, że ten dzieciak, wracający ze szkoły z ciężkim tornistrem, nie różni się od tego gościa, który teraz otwiera się na świat i upija po raz pierwszy. Ważna jest dla niego miłość, ale autor wie, że w 2017 roku nie da się zrelacjonować uczuć przy pomocy pary, ławki, parku, lutni i kwiecia. Wykrzywia opis, puszcza oko, wpuszcza relacje we współczesne rekwizytorium, ale mimo wszystko chce oddać czułość bez cynicznych zakłóceń. Czasem jest zbyt emocjonalny, rozstrojony, wiedziony serotoninowym pikiem i upadkiem, będąc bohaterem tej cząstki polskiej poezji, którą możemy nazwać doraźnie korpowerteryzmem.

Sowicki umie myśleć, czuć, przeżywać i pisać wiersze, więc temat wydaje się w jego przypadku sprawą drugorzędną. Prawdopodobnie poradziłby sobie z tomikiem o cmentarzach, powstańcach, łące, wsi czy kolonizacji Marsa. Wybiera jednak nie wyobrażone fantomy, ale zjawiska sobie najbliższe – doświadczenia w miejsko-internetowym środowisku widziane i czute przez dwudziestokilkuletnie ciało. Incipit z Jaworskiego wskazuje na to, że nie interesują go racjonalnie, mózgowo cyzelowane wersy, ale pocenie się, plucie językiem, wyprowadzanie go z doświadczeń organizmu niczym wielobarwną wydzielinę.

Tytuł jest sprawą kluczową, przy pierwszym jego odczytaniu nasuwa się AmsterDAM, miejsce częstych w tym tomiku akcji, w których rozlewają się holenderskie nazwy stacji metra, uliczki, rozróby. Następnie przychodzi na myśl dawanie - to głównie autor nam DAJE, jest szczodry i miły, chce się dzielić sobą i tekstem jak kawałkami ciasta na dworcu. Można pomyśleć też o DAMACH jako kole zamachowym tomiku i życia. Bez swojej DAMY podmiot liryczny spadłby głęboko i zostałyby puste kartki. Kojarzy się też angielski DAMN, bo nie wszystko się układa, telefony się tłuką, kupony nie wchodzą, miłość okazuje się jazdą po trudnym terenie. DAM przypomina też specyficzny dźwięk. Ktoś się tłucze w ruinach, ulicą idzie grupka doboszy, wychowankowie biją talerzami o stół, pod monopolowym rozbija się butelka. A może to dziecięce TA-DAM, coś powstaje z niczego, wyłania się z obłoczka dymu; dziecko ciągnie dorosłych za rękaw, aby pokazać im swój teatrzyk cieni.

Jeśli sam tytuł daje podstawy do długich zabaw w odczytanie, mieni się, znaczenia w nim migoczą, reszta tomiku musi zapowiadać podobne przyjemności. Sowicki daje nam luźną magmę - czasem oczywiście skrojoną pod emocjonalny czy interpretacyjny odczyt – z której sami możemy łowić gorące pierwiastki i węgle.

Autor zdaje sobie sprawę, że nie pisze dla każdego. Stateczna, poważna osoba, z bamboszami na stopach, miłośniczka starodawnych wzruszeń, wzdrygająca się przed wulgaryzmem i anglicyzmem, odrzuci DAM, nie biorąc dla siebie nic. Sowicki jednak nie walczy o poklask narodu, ale szacunek w powykręcanych niszach. I zdecydowanie go sobie tam trochę zaskarbi.


Maciej Sowicki. DAM. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2017

Andrzej Blask





Smak polskiego romantyzmu odczuty na obczyźnie w tomie „Przez zamknięte drzwi” Grażyny Bajer


Grażyna Bajer na emigracji w Norwegii odkryła w sobie na nowo pasję pisania poezji, mimo, że pisze wiersze od 13 roku życia – jak można przeczytać na czwartej stronie nowego tomu wierszy „Przez zamknięte drzwi” - wiersze zaczęła upubliczniać późno. Wspomniany nowy tom wierszy Grażyny Bajer jest kontynuacją poprzednich tomików jeśli chodzi o tematykę miłosną i emigracyjną, jednakże w jej poezji można wychwycić nowe tony jak odwołania do romantyzmu, liryczną opisowość przyrody, której wdzięku i harmonii poetka nie chce zakłócać emocjami, a sam wiersz próbuje być czymś w rodzaju fotografii. Poetka pisze nadal wiersze białe i rymowane, nadal jej wiersze są bardzo różne jeśli chodzi o warsztat twórczy, doniosłość. Jednakże „Przez zamknięte drzwi” wydaje się być najlepszym z dotychczas wydanych tomów Grażyny Bajer.
Najciekawszym przykładem powiązania swojej poezji z pierwiastkiem romantycznym jest wiersz „Klątwa Wenery”, nawiązujący stylem i prowadzeniem tematu do ballad Adama Mickiewicza, czy mroczną aurą do „Marii” Antoniego Malczewskiego. Mamy w wierszu-balladzie ukazany splot wypadków wziętych jakby z jakiegoś podania ludowego. Oto młody dziedzic, bardzo bogaty i znudzony życiem, trwoni czas na podboje miłosne wśród służących, nie zwraca uwagi na brzemienną żonę. Kiedy żona odkrywa zdradę umiera nieszczęśliwa. Jej mąż nadal po pogrzebie oddaje się rozpuście, jednakże dopada go obłęd będący karą za spowodowanie śmierci swojej żony. Czytamy, że nawiedzają go omamy i złe duchy, a dziedzic popełnia samobójstwo. Wiersz mimo rymów jest dosyć jasny i stanowi kontynuację romantyzmu, nie jest jej zaprzeczeniem, ani polemiką z nim. „Klątwa Wenery” ma swoją wartość, gdyż nie jest naśladownictwem jakiegoś innego wiersza znanego ze spuścizny polskich romantyków, jest pisanym współcześnie wierszem-balladą romantyczną, co nie zdarza się zbyt często w polskiej poezji współczesnej. Bohaterowie wiersza-ballady Bajer przypominają Karusię z „Romantyczności”, czy morderczynię z ballady „Lillje”.
Innym ciekawym wierszem w tomiku Bajer jest wiersz „Melancholia/Tautogram” będący… tautogramem, czyli tekstem, w którym każdy wyraz zaczyna się od takiej samej litery. W tym przypadku wszystkie wyrazy budujące tekst wiersza zaczynają się na literę „m”. Także ten wiersz jak poprzedni jest odwołaniem do tradycji poetyckiej, gdyż zarówno poeci renesansowi jak i oświeceniowi lubowali się w zabawach literackich. A takie nastawienie do twórczości jako zabawy nieco zanikło w polskiej literaturze, jedynie niektóre teksty Andrzeja Sosnowskiego odwołują się do takiego pojmowania literatury.

Kolejnym ciekawym tekstem Grażyny Bajer z jej nowego tomu wierszy jest „Dlaczego…”, który jest pisany tonem polemicznym i jest dyskusją z Polakami przebywającymi na emigracji. Obraz Polaków na dzisiejszej emigracji to także temat należący do ważnych tematów literatury współczesnej. Bajer ukazuje wstyd Polaków, którzy w bogatszym kraju niż Polska wstydzą się swojej mowy, starają się wpasować do nowego kraju, zamanifestować jedność z nim np. nosząc koszule z napisem „Norwegia”. Bogaty kraj staje się synonimem nowoczesności, standardu współczesnego kraju, Polska, kraj ojczysty, czymś mało ważnym, „ciemnogrodem”, czyli czymś zacofanym, na co nie należy się powoływać w nowych warunkach. Podmiot liryczny posługujący się głosem samej poetki nie zgadza się na takie postępowanie Polaków na emigracji – „ja cała wzburzona chcę dać mu po mordzie” pisze Bajer, która to linijka zarówno jest dosyć brutalna, ale także nieco przesadna, gdyż pisze te słowa kobieta. I zbicie tych dwóch jakości – brutalności i przesadności wywołuje mimo wszystko efekt komiczny. Mam tą przewagę jako czytelnik nad poetką, że jestem nadal w Polsce i kraj targany różnymi przeciwnościami, zmieniający się co kilka lat pod dyktando rozmaitych partii politycznych, trudno nie nazwać czymś dziwnym. Jednakże krytyka bezkrytycznej pogoni za wyższymi zarobkami, która powoduje szok u przybyłych na emigrację Polaków, że w kilka miesięcy mogą zarabiają tyle co w Polsce przez kilka lat jest zrozumiałe, bo najczęściej prowadzi na manowce.

Jednym z najlepszych tekstów opisowych w „Przez zamknięte drzwi” jest „Skandynawska jesień” i jest to chyba nieliczny przypadek takiego opisu w polskiej literaturze. Stanisław Przybyszewski mimo, że przebywał w Norwegii, nie był zbytnio nią zachwycony. W wierszu mamy próbę odmalowania poetyckim pędzlem pejzażu jesiennego w okolicach fiordu. I wiersz mimo, że jest pisany zupełnie współcześnie, rwanymi frazami bez znaków przestankowych, bez rymów, śladów sylabizmu odwołuje się do tradycji starożytnej, gdyż to rzymski poeta Horacy uważał, że „poezja powinna być jak malowidło”.

W innych wierszach Bajer odnajdujemy między innymi proste ludzkie emocje, wspomnienia z Polski, powiązanie majestatu natury z religijnością, zapis snu, niespełnienie. Warto zwrócić uwagę, że podobnie jak Grażyna Bajer, często polscy pisarze odnajdują wartość patriotyzmu właśnie będąc na emigracji. Tu mi się przypomina Czesław Miłosz przechodzący korytarzem uniwersytetu w Berkeley z najnowszym numerem „Twórczości” i narzekanie jego synów, że ich ojciec zajmuje się tylko Polską, wspomnienia Mickiewicza zapisane w lirykach lozańskich, jeden z esejów Stanisława Przybyszewskiego o Fryderyku Chopinie, który wraz z innymi jego pierwocinami stał się pod koniec XIX wieku ważny dla rodzącej się nowej literatury niemieckiej.

Myślę, że warto zapoznać się z najnowszym tomem poetyckim Grażyny Bajer, ponieważ mimo, że Norwegia należy do krajów germańskich, to ich doświadczenia historyczne są podobne do polskich – chodzi mi o unię ze Szwecją i Danią i doświadczenia II wojny światowej. Tak jak w Polsce dużą i ważną rolę odgrywa rolnictwo, tak w Norwegii nie sposób pomyśleć o kulturze nie związanej z ludowością i naturą. I myślę, że Grażyna Bajer odczuwa po prostu pewne zbieżności w traktowaniu natury i kultury przez Polaków i Norwegów, a z tego co wiem Norwegowie są patriotami i być może autorka widząc jak oddani są swojemu krajowi Norwegowie, przeklina polskich emigrantów goniących tylko za zarobkiem i sama przeżywa swoje oddanie ojczyźnie, Polsce jak Norwegowie Norwegii.

Grażyna Bajer. Przez zamknięte drzwi. Nowa Ruda : Mamiko, 2016


Mateusz Wabik





Figury rozkładu



"Dom godzin" to kolejny tomik wierszy Ksenii Szczepanik-Ładygin, poetki publikowanej w antologiach, autorki przewodników krajoznawaczych po Tatrach, lekarki medycyny, a także absolwentki krakowskiego Studium Literacko-Artystycznego UJ. Po analizie notki biograficznej i dorobku autorki możemy stwierdzić, że mamy do czynienia z poetką-hobbistką (proszę jednak wskazać w Polsce chociaż jednego poetę zawodowego). "Dom godzin" nie jest to jednak prosty komunikat poetycki podobny tym, wytwarzanym przez zastępy domorosłych, wieczorowych, niedzielnych, doraźnych poetów, który grzeszy zwykle brakiem literackiej wkładki lub nadmiarem afektowanych chwytów (albo nieporadne oddanie swojego życia w skali jeden do jednego bez najmniejszych artystycznych przesunieć albo obranie jednej z gotowych, przygotowych w społecznej jaźni, poetyk, najczęściej opartych na mechanizmie nostalgiczno-panteistycznym). Poetka jakby świadoma swojej drogi rozwojowej oraz poetyckich hierarchii pisze w wierszu "Moja poezja" ""i nauczyłam się//nie egzaltować, unikać patosu//i nie zachłystywać się//pięknem". Wersy te brzmią niczym szczera relacja z czasów poetyckiego (i życiowego) kształowania się, a gdyby zmienić je na wypowiedź w drugiej osobie liczby pojedyńczej, wybrzmiałyby jak porada z podręcznika dla początkujących autorów. Jednakże "Dom godzin" nie jest projektem autotematycznym, nie jest pisaniem o pisaniu. Stara się dotknąć podstaw egzystencji, stara się musnąć, jak pisze Roman Honet w blurbie, tych, "którzy są wśród nas, byli przed nami i po nas nastaną". Dotknięcie dokonuje się z perspektywy życiowego posterunku autorki. Nie mamy tutaj prób wchodzenia w style mówienia i myślenia innych, nie uświadczymy także bezoosbowych, algorytmiczych opisów namnażanych przez wirusowy język. Autorka pobiera swoją rzeczywistość, biorąc za nią odpowiedzialność, i wyprowadza z niej poetycki konstrukt. Najsilniejszymi drogowskazami tomu są: szpital, natura/ogród oraz podróż. Tomik naznaczony jest trójkątnym znakiem wodnym opartym na tych podstawach. Wpisany jest także w inny układ, w schemat koła: wiosna-zima, zdrowie-choroba, życie-śmierć, rozczarowanie - odzyskanie wiary (poprzez poezję, ale nietworzoną już w stanach egzaltacji). "Dom godzin" otwiera wiersz "Zawód medyczny". Autorka zwierza się ze swojego rozczarowania medycyną, która jest tylko przedłużeniem nieuchronnego. Nową, świeższą rzeczywistość odnajduje w poezji, poezja jest bliższa gwiazd, "a na co dzień//lekarstwa ze słów//nieudolne mikstury//na bezradność". Nie znajdziemy w tomiku wiary w bezwarunkową misję lekarską: empatia, idee, wieloletnie staranie się rozbijają się o kartotekę, pośpiech i poczucie bezsensu. Pacjent chce być wyleczony natychmiast, ludzie chcą być zbawieni od razu. Według autorki nie jest to możliwe, bo gdzieś tam nad nami czuwa nie "wybawca, ale oprawca". Zdecydowanie lepiej mają się sprawy z naturą, cyklem przyrody, małymi wydarzeniami w świecie fauny i flory. Tutaj podmiot liryczny odzyskuje spokój, niezakłócona niczym obserwacja odracza pogoń, niepewność i marazm. Witalną siłę przyrody autorka zderza z kamiennymi obrazami nieruchomym starców zaległych w przestrzeni miejskiej. Wszystko, co ludzkie, w "Domu godzin" jest stare, schorowane, dawno po terminie. Nawet żywioł natury w postaci małego ptaszaka zderzony z kulturą, traci na znaczeniu i ginie. Sposobem na odkupienie może być wyjazd, ucieczka. W tomiku Ksenii Szczepanik-Ładygin miejscami oddalonymi są Włochy, także Francja, przedstawione jako przestrzenie inne, stojące w kontraście do codzienności, na poły mityczne."W domu godzin", niezależnie czy pomyślimy o nim jako o świecie, szpitalu, czy samej rzeczywistości tomiku, czas uderza szybko, celnie i nieubłaganie. Oczywiście istnieją kryjówki: inni ludzi, natura, czy obce kraje. Są to jednak tylko krótkie przerwy, wyjątki od reguły rozkładu. Tłem bliższym naszym warunkom ciała jest "czarny deseń wron na ściernisku".

"Dom godzin" to tomik z rodzaju sielanek zanurzonych w cichej bezradności. Autorka ze znanego i popularnego poetyckiego rekwizytorium wyciąga poszczególne obrazki, naznacza je swoim życiowym i przemyślanym artystycznie piętnem, tworząc tykającą martwą naturę, która czeka na "tę wielką ciszę którą usłyszycie//na białych łąkach//w białym lesie//kiedy milczą ptaki//a lisy kryją się w norach". Z zadowoleniem odkładam na półkę "Dom godzin" i zastanawiam się, czy następny tomik Ksenii Szczepanik-Ładygin nie otworzy wiersz "Zawód literacki", gdy pisanie nie będzie dla niej już tylko momentem oddechu i transu, ale także zawieszeniem w środowisku poetyckim, ze wszystkimi jego schematami i problemami.

Szczepanik-Łdygin Ksenia. Dom godzin. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2016

Andrzej Fuleryn





Nie wejść, nie wskoczyć



Próg postawiono tu bardzo wysoko. Mówię o możliwości wejścia w poezję Pawła Nowakowskiego. Autor wie, że do tego, aby nawiązać jakikolwiek kontakt z jego tekstami, czytelnik musi nastawić swoją maszynkę poznawczo-krytyczną na najwyższy program i porzucić przyzwyczajenia narosłe wokół typowego obcowania z codziennymi tekstami. Wie, jak powikłany proponuje towar i kompletnie się tym nie przejmuje. Zaczyna książkę właśnie od wiersza „Próg”, jakby mówił, wdrapcie się na niego, jeśli chcecie, ale ja nie mam zamiaru ułatwiać nikomu odbioru, zdobywając się na komunikatywne rozwiązania.

Zaskakujące jest, że już na dwunastej stronie czujemy się tak, jak po przeczytaniu dwustu stron tekstu w tramwaju, jakby na plecach siedziała nam drużyna futbolistów amerykańskich, którzy nie chcą przestać gadać. Wytrwałość w nadawaniu zapętlających się komunikatów jest godna zastanowienia, ale ociera się o coś w rodzaju intencjonalnej przemocy. Pytanie brzmi – jak długo czytelnik będzie się na nią zgadzał? Czasem przecież wypadałoby odpuścić, wpuścić w tekst kilka rzewnych kawałków, poczęstować ciastem, wyjąć z szafy kukłę podmiotu lirycznego. Autor nie daje jednak ani kapci, ani nie częstuje herbatą, tylko skacze na gościa od wejścia, przygniata go do kafli w łazience i wylewa przez kilka kwadransów językowy bulion na twarz.

Nowakowski mocno masakruje młodego czytelnika, a ten odpowiada, że to tylko „jocheryzmy” z 2 procentami poparcia. Kto będzie miał rację? Pewnie te dwa wspomniane procenty... z 436 czytelników poezji w Polsce. Tylko oni, zmęczeni poetyckim nurzaniem się w przyziemnych doświadczeniach, poprawnie rozłożą rejestry językowe i otrzymają swoją dawkę przyjęzykowej przyjemności. Zwykle do opisu podobnych lingwistycznych pętli potrzebne są porównania, aby z cierpkich kłębów wydobyć obraz, który będzie jaśniejszym komunikatem. Waldemar Jocher, autor blurba, wyczuwa u Nowakowskiego dym i substancje smoliste. Dalej nie mamy nawet skrawków jasności, ale mamy dym. Porównałbym „Między innymi” do chodzenia na czworakach po ciemnym pomieszczeniu, słuchania naraz ośmiu ścieżek dźwięku przez komiwojażera-erudytę, który w fazie psychotycznej wypluwa wyuczone przez życie frazy sprzedaży. Mam też skojarzenia ze strumieniem biurokratycznych komunikatów wykreowanych przez tuzin torturowanych automatycznych sekretarek i telemarketerów.

Jest to tomik o tworzeniu, niewychodzeniu na świat i do świata, skupiony na samym akcie wstępnym poezji, nad budulcem i organicznym językowym tworzywem. Istnieją ludzie, którzy zagrają z nim w grę, wpuszczą go do siebie czy przepłuczą nim usta. Natomiast ja „Między innymi” wpuścić do siebie nie umiem, wyczuwam w okolicach czoła płytkę, deskę, która skutecznie odbija każdy zawinięty i wylizany do czysta wers; nic nie chce się przebić czy przekraść, dziury i tylne wejścia zostały zasklepione, ale odnoszę wrażenie, że właśnie o to, między innymi, autorowi w tej całej zabawie chodziło.

Paweł Nowakowski. Między innymi. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2017

Andrzej Kirke





Opowiadania w czasach nadmiaru



Tworzenie literatury kojarzy się z działaniem indywidualnym, samodzielnym, skrytym, oddzielonym od reszty świata i mającym swoje czułe sekrety. Na podwalinach, którymi są imię i nazwisko, a najczęściej jednak samo nazwisko, autor stawia wytrwale rusztowania i buduje swoją wieżyczkę z kości słoniowej, aby stać się kiedyś, przy wielkich zasobach szczęścia i samozaparcia, człowiekiem-zaklęciem. Czytelnicy z przyjemnością będą wypluwać z siebie to magiczne słówko, na przykład Bolaño, Bolaño, Bolaño, a działanie uroku spowoduje, że u każdego pojawi się odpowiedni splot obrazów i skojarzeń.

Joanny Kocik i Karoliny Deling chyba w ogóle nie interesuje podobna samotna dłubanina, stawiają raczej na kumpelski zapis i wspólne roztopienie się w jednej książce. Nie wiemy jednak, jak to było, jak to się zaczęło, dlaczego stworzyły ten pisarski duet, dlaczego wstąpiły do dwuosobowego klubu prozatorskiego. Po pierwszej lekturze „5 minut” ma się wrażenie, że te 23 opowiadania zostały napisane przez jedną osobę, zbiór jest zwarty, tematycznie uporządkowany. Dopiero po wyostrzeniu oka i głębszym przeżuciu poszczególnych zdań i historii zaczyna się zauważać indywidualne cechy stylistyczne autorek, choć ciągle towarzyszy nam poczucie ich jedności i podobieństwa. Może właśnie podobieństwo połączyło autorki – podobne przyciąga podobne – syjamskie siostry krótkich form odnalazły się po latach.

Wraz z autorkami odwiedzamy kilka tematycznych rewirów. Mamy swojskie opowieści o warszawskiej, hultajskiej klasie robotniczej, nie zabrakło ciekawych spojrzeń na kobiecość, są impresje o współczesnej sytuacji politycznej, trochę fantastyczności, i wreszcie starość jako temat końcowych opowiadań. W swojackich, funfelskich kawałkach przoduje Kocik, wchodząca w skórę warszawskich ulicznych balladzistów w rodzaju Grzesiuka czy Marka Nowakowskiego. Pokazuje w swoich powidokach sporo lingwistycznych sztuczek, ma ucho wyczulone na to, jak się gada na podwórkach. Wychodzą jej potoczyste akapity, oddające język mówiony, czym zdecydowanie zasługuje na Street Credit i talizman z kapsla po Żubrze. Nie skupia się jednak tylko na zachwycie nad samym językiem, ale opowiada także świetne historie, z których czempionem jest prawdopodobnie „O pięknie” – duch Nowakowskiego wtłoczono w polski odcinek „Black Mirror”.

Deling, choć podobna, wykazuje się większą wsobnością, eksplorując raczej świat wewnętrzny niż ten zaokienny. Garść obrazów, drobny szkic, sporo niedopowiedzeń. Jej pisanie wysyła czytelnika w rejony Carverowskie, czy też do knajpy bardzo smutnego Kereta, którego ktoś porwał na Svalbard. W szkicowniku Deling widać zarysy kobiecości, ale jest to kobiecość specyficzna, zakałapućkana, wstydliwa, zamknięta w czterech ścianach. Wyznaczana przez zbiór rekwizytów i ciało, z którym trzeba ciągle walczyć, doprowadzać je do porządku. A gdzieś tam w chmurach wisi stworzona przez techników od wizerunku Matka Boska Celebrycka z konfetti w ustach, która stresuje naturalne kobiety wyzywającym spojrzeniem. Hardy styl Delingowski – zdecydowanie więcej u niej ostrego języka niż u Kocik – oparty na sprawnym skrócie i szybkim rysie najlepiej wybrzmiewa w opowiadaniu „Speedway”. Mechanika żużlowego wyścigu zderzana jest z obrazkami upadku polskiej demokracji i uliczną anarchią. To opowiadanie jest bardzo filmowe, podobnie jak „O pięknie” Kocik.

Autorki łączy dystans w stosunku do świata, udają im się żarty i powaga. Odrobinę kpią czy też podszczypują warszawskocentryczność, uczulone są na fałszywe tony aspirującej klasy średniej, zderzają brudne z czystym, miłość ze śliną i błotem. Chciałoby się na koniec powiedzieć, że potrzebujemy mniej samotnych wilków w oblężonych twierdzach, za to więcej tego rodzaju naturalnych drużyn, które potrafią pisać i odnajdują się w wielu stylistycznych konwencjach.

Joanna Kocik, Karolina Deling. 5 minut, czyli 23 opowiadania dla zabieganych. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2018

Emil Tanger





Co jest cięte



Trzeba przyjść przed dwunastą, aby dostać jeszcze pierogi ruskie w dwóch barach przy rynku. W znanej kawiarni jej właściciel uprawia prestidigitatorskie sztuczki, zamieniając dwadzieścia metrów kwadratowych patio w scenę znaną z włoskich filmów. W oknach i na ławkach siedzą emeryci i renciści, wyciskając z każdej sekundy obserwacyjne maksimum. Nad miastem wbitym, jak meteoryt, pomiędzy wzgórza czeka w lesie Dolina Muminków, czyli skalna wyrwa, gdzie robiło się ogniska. Dzwony i hejnały zatrzymują czas na coraz bardziej pustych, oblanych słońcem, kamiennych uliczkach, aby za chwilę poderwać gołębie do lotu. Można byłoby tak dłużej, ale każda noworudzianka i każdy noworudzianin szybko odczytają kody, którymi sypie jak z rękawa w swoim debiucie, w „Pępowinie”, Alicja Mielcarek, tworząc na ich podstawie opowieść o powrocie do miejsca narodzin, przemianie i kobiecej solidarności.

Lućka, odrobinę sfatygowana pani psycholog, przyjeżdża z Wrocławia na urlop do swojego rodzinnego miasteczka i to, co miało być tylko powrotem do nostalgicznych wspomnień, zamienia się wraz z kolejnymi przygodami i zwrotami akcji w stały pobyt. Wiąże się z tym próba uładzenia przeszłości poprzez rozwiązanie starej zagadki kochanków znad rzeki, których podpatrywała w dzieciństwie bohaterka. Autorka wykorzystując cały kryminalny sztafaż (małe przesłuchania, szukanie śladów i dowodów, ciągłe pytanie „kto zabił?”), ma czas, aby narysować w swojej prozie rzeczy, które najbardziej ją interesują: prowincjonalne miasteczko jako scena teatralna, opisy relacji i obyczajów, potrzeby i ludzkie dążenia, małe codzienne rytuały, wiara w przeznaczenie czy odkrywanie w sobie niezakłóconej archetypowej kobiecości. Szczególnie zwracają tu uwagę sensualne, „mądro-eteryczne”, motywy kombinowania swojej kobiecej drużyny, z którą raźniej idzie się przez rzeczywistość, odkrywa siebie i jeszcze rozwiązuje zagadkę sprzed lat. Wspólne wywoływanie ducha na „babskim combrze” to jedna z najżywszych i najbardziej kolorowych scen tej książki.

Alicja Mielcarek w swoim pisaniu świadomie lokuje się w noworudzko-wałbrzyskim kobiecym realizmie magiczno-kryminalnym. Tak nieco niezgrabnie można nazwać ten nurt stworzony przez Olgę Tokarczuk i Joannę Bator, o których kilkukrotnie autorka w swojej powieści wspomina. Podstawowymi cechami tego zróżnicowanego, ale rozsławionego w świecie dzięki wielu tłumaczeniom i kinematografii, gatunku, wydają się być: dążenie do nowego porządku, „zmysłocentryczność”, kobiecy punkt widzenia, poszukiwanie jedności i harmonii w trudnym świecie, prymat intuicji nad logiką, konieczność oczyszczenia i wyzwolenia, kreowanie postaci starszej kobiety w typie szeptuchy-mentorki. I wszystko to realizowane z wykorzystaniem mechanizmów prozy kryminalnej. „Pępowina” zanurzona w tym stylu próbuje mimo wszystko wychodzić na brzeg, otrzepywać się, by wygryzać literackie i mentalne korytarze po swojemu. Nie ma tutaj intencji bycia przeciwko czemuś, chęci ukarania kogoś ze swoją kobiecą załogą, na przykład oślizgłego męskiego agresora, jak w „Wielkich kłamstewkach”, które „Pępowina” momentami przypomina. To bardziej potrzeba zrozumienia wszystkich w ich niedoskonałościach, formowanie siły, która wynika z własnego umysłu i ciała, a nie z posiadania wroga, z którym można się zatracić w wiecznym czarno-białym tańcu.

Mielcarek zaprasza czytelników i czytelniczki do wspólnej, niedługiej podróży, podając materiał, który ma odetkać im zmysły. Jej zdania można jeść, przyglądać się im, czy wąchać. Karuzela detali, sprytna struktura tej kryminalno-metafizycznej opowiastki szybko łapią odbiorcę za włosy, niezależnie czy będzie to znajomy eksplorator lokalnego kolorytu, czy kobieta z Suwałk bądź Zabrza. Autorka wychodząc od najbliższego jej sudeckiego świata, naświetla go z wprawą, i tworzy uniwersalną historię o powrocie na „stare śmieci”, o walce z tym czymś z przeszłości, co za nic nie chce dać nam spokoju. Debiutancka „Pępowina” została przecięta (o ile nie odgryziona), a widoki na wolną literacką przyszłość są praktycznie nieograniczone. Ciekawe, gdzie zawędruje autorka, jakie umości sobie nisze. Pozostaje nam z ciekawością wypatrywać jej nowych ruchów, wiedząc już, że wspomniany nurt zasiliła świeża krew, a noworudzka gleba to wciąż czarnoziem dla tych, którzy chcąc oddychać tym, co wyobrażone, widzą to w zasięgu swojej pamięci.

Alicja Mielcarek. Pępowina. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2018
-
Robert Uran





Nie taka zła nowina



Gdy ujrzymy tytuł debiutanckiego tomiku Grzegorza Marszałka oraz okładkę, z zatopionym w jesiennej czerni i bieli parkiem, możemy pomyśleć, że w środku czeka nas brud, błoto i grubszego kalibru zniechęcenie. Na szczęście tak nie jest – w „Apostołach złej nowiny” da się wychwycić pozytywny ton, lecz jeśli nawet nie do końca pozytywny, to przynajmniej zróżnicowany, zbilansowany i bliższy życiowego złotego środka niż burej mazi prosto z marginesu życia. Jednak odrobinę złej nowiny także otrzymamy, złej nowiny, którą autor głównie łączy z dojrzewaniem, przejrzewaniem, starzeniem się, przemijaniem, wkraczaniem w wiek średni. Tu i ówdzie w tomiku pojawiają się tęskne, nostalgiczne wycieczki do przeszłości, dzięki którym autor może zaczerpnąć trochę świeżego powietrza, wigoru i energii z krainy dzieciństwa i młodych drzew dobrych wiadomości. Innym możliwym odczytaniem tytułu może być nawiązanie do współczesnej defraudacji prawdy, jaka dokonała się w społeczeństwie i przekazach medialnych. Apostolskie przekaźniki złej, czyli nieprawdziwej, nowiny zepsuły świat, nad czym ubolewa autor. Czarne nuty w tomiku są jednak szybko kontrowane wspomnianymi już obrazami optymistycznej przeszłości oraz ciepłymi, dobrodusznymi opisami narodzin dzieci, rodzinnego życia, przyjemnej codzienności wśród bliskich.

Tomik Marszałka jest barwny i wielowątkowy. Manifesty mieszają się z łamańcami językowymi, napomknięcia o komercjalizującym się świecie i religii z opisami sąsiedzkich scenek i ulic Wałbrzycha. Niektóre zaś wiersze są realizowane poprzez wybór jednego tematu (np. wegetarianizm, Chiny, kamień) i rozwijanie go poprzez przytaczanie wszelkich możliwych skojarzeń i frazeologizmów z nim związanych. Przypomina to powolne przygotowywanie pułapki, chodzenie wokół tematu, i w końcu prawidłowe go uchwycenie; jednak gdy jeden chwyt wykorzystywany jest za często, może wydać się odbiorcy zbyt jasny. Dlatego moim zdaniem te wiersze Marszałka są lepsze, w których zderza on kilka rzeczywistości, na przykład przeszłość i swoje wspomnienia, z zupełnie innym kluczem znaczeniowym, innym pomysłem na wiersz. Przestrzeń wersów wtedy się rozszerza i autor sprytnie umyka jednoznaczności, wprowadzając czytelnika w chmurę szerszych sensów.

„Apostołowie złej nowiny” są formą przedstawienia własnego światopoglądu przez autora, wypełnieniem kwestionariusza osobowego, zaznaczeniem swojego miejsca na świecie i wpakowaniem w butelkę doświadczeń, przeżyć, myśli i podejść do świata, co czyni się po to, aby rzucić ową butelką w nieznane morze i dryfujące po nim czytelnicze wysepki. Świadczą o tym, niespotykane często w poezji, oświadczenia, manifesty poglądów i końcowy „coming out”, w którym autor całkowicie zdziera z siebie tajemnicę i nagi wychodzi w stronę czytelnika.

Poezja Marszałka jest swobodną twórczością autora pozbawionego złudzeń. Wielowątkowa, zróżnicowana poezja zaskoczy swoim nostalgicznym, trzeźwym, czasem buntowniczy rysem, pozwalając niektórym się z nią nie zgodzić, a innym utożsamić ze szczerą, słodko-kwaśną relacją człowieka, który nadaje prosto ze środka swojego życia.

Grzegorz Marszałek. Apostołowie złej nowiny. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2017

Andrzej Twin





Między ziemią a niebem, czyli o tomiku poezji Grażyny Bajer „Zrozumieć życie”.


       Między ziemią a niebem rozciąga się ludzkie życie: od narodzin do ostatecznego odejścia.
Autorka tomiku „Zrozumieć życie” napisała liryki o ziemskiej egzystencji człowieka, odwołując się często do motywów biblijnych i łącząc pierwiastek boski z ludzkim.
Z hymnu św. Pawła „O miłości” wydobyła najcenniejszy jego motyw:
„ Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość -
te trzy;
z nich zaś największa jest miłość”.
Wokół tych trzech wartości skoncentrowała sens wierszy, napisanych przystępnym językiem,
cechujących się głębią myślową i poetycką.
       Wiarę postrzega w ufności człowieka pokładanej w Bogu, w pogodzeniu się każdej jednostki ludzkiej z własnym losem i tym, co ostateczne: z przemijaniem i śmiercią.
Większość jej liryków przepojona jest nadzieją, sięgającą strefy optymizmu i przekonania, że spełnią się marzenia i że Stwórca nie opuści człowieka w potrzebie i wysłucha jego próśb.
Miłość w wierszach Grażyny Bajer przyjmuje różne odcienie: najmocniej została wyeksplikowana
miłość do własnych dzieci: do córki i syna. ( „Moja mała córeczko”, „Jest taki dzień”).
W liryku bezpośrednim „List do Boga” napisała:
„Na głowę z pokorą popiół posypuję -
ja śmierci i bólu wcale się nie boję.
Za grzechy z przeszłości mocno dziś żałuję;
oszczędź tylko, proszę, Boże dzieci moje”.
Inne sfery miłości to: ukochanie Boga i bliźniego, czyli uczucie rozłożone wertykalnie
i horyzontalnie, po przecięciu linii tworzące krzyż. Aktu miłości dopełnia ukochanie świata natury
i ojczystych stron.
       Mieszkająca stale w Norwegii autorka nie zapomniała o Polsce, nie zatrzasnęła za sobą
na zawsze emigracyjnych drzwi. Często wraca myślami do Ziemi Noworudzkiej, swojej najbliższej ojczyzny, obszaru swojego dzieciństwa i wczesnej młodości. Przyjeżdża też co pewien czas
do Słupca, Bożkowa i Nowej Rudy, by spotkać znajomych z dawnych lat i ukoić tęsknotę
za Polską. Tomik wierszy „Zrozumieć życie” wydała, podobnie jak poprzednie liryki,
w noworudzkiej oficynie „Mamiko” w 2015 roku. (ISBN 978-83-63906-49-8.)
Zawarła w nim liryki refleksyjne dotykające problemów bliskich każdemu człowiekowi, trafiając
poetyckim słowem do serc i umysłów czytelników: wzruszając, zadziwiając i budząc zadumę
nad trwaniem i przemijaniem.
         Z przyjemnością obserwuję ewolucję tej poezji, jej doskonalenie pod względem tematycznym
i wersyfikacyjnym. Poszczególne teksty mają charakter opisowy, emocjonalny, religijny, metafizyczny i osobisty. Wyrażają wiarę i nadzieję człowieka, który „jeszcze dąży”, uczą miłości rozpinającej się na krzyżu, zawierają życiowe porady o cechach prawdziwej przyjaźni, podtrzymują nadzieję, która według poetki „nie umiera nigdy”, przynoszą zawoalowaną ironię
o niedoskonałościach doczesnego świata i człowieka.
       Autorka wzbogaciła swój najnowszy tomik poezji w zakresie formy. Dominuje wiersz biały,
bezrymowy, ale zdarzają się też liryki rymowane ( zwłaszcza tetrastychy) o układzie współbrzmiących wyrazów: abab, czyli rymów krzyżujących.
Zwraca uwagę bogactwo wersyfikacyjne tekstów. Obok tradycyjnych strof czterowersowych
pojawiają się kunsztowne wiersze oparte na wzorcach greckiej poetki antycznej Safony o układzie
zgłosek: 11, 11, 11, 5, triolety i sekstyny.
       Liryki zawarte w tomiku „Zrozumieć życie” są wyraźnie umocowane w kontekstach literackich bardzo dawnych, wręcz archetypicznych i klasycznych z czasów rozkwitu nowoczesnej poezji, prozy i dramatu. Autorka sięga do Pisma Świętego: wspomnianego już hymnu św. Pawła
„O miłości”, do próby Abrahama, do bożych aniołów, do których modlimy się codziennie
o opiekę.

Odwołuje się do szekspirowskiego „Hamleta” i „Quo wadis”naszego pierwszego noblisty w dziedzinie literatury. W smutnych tekstach o cmentarzu i losie zrozpaczonego dziecka – sieroty
pobrzmiewa żałosna nuta poezji Marii Konopnickiej.
       Tę książeczkę o przemijaniu, o ludzkim losie, o marzeniach, nadziei, wierze i miłości
każdy wrażliwy czytelnik powinien mieć w domu. Wiersze trafiające do serc objaśniają istotę
ludzkiej egzystencji rozciągającej się między ziemią a niebem, uczą żyć w sposób prawy,
podpowiadają jaki ukształtować i realizować system wartości. Polecam zbiór poezji „Zrozumieć
życie” do przeczytania, przemyślenia i wzruszenia.

Grażyna BAJER. "Zrozumieć życie". Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2015

Sabina Skowron





© 2001 - 2018 - Mamiko