Apolonia Maliszewska

ul. Piastów 5/1
57-400 Nowa Ruda
tel. (074) 872 53-64
biuro@mamiko.pl

RECENZJE


„Maraton” - Piotr Saługa
   - NOWA KSIĄŻKA, NOWE WYDAWNICTWO, NOWA SERIA
   - Zadyszka współczesnego melancholika
   - „Ja – przypadek, fantazja przyrody” – o „Maratonie” Piotra Saługi
   - Wielkie plany małego wydawnictwa
   - „Maraton” Piotra Saługi – rękawica rzucona współczesności
   - Misteria gęsto tkanej prozy - Zalibarek

„Błękitne Przeciwstawienie” - Antoni Matuszkiewicz
   - „Świat jest miłością”...
   - Rezerwat poezji - Karol Maliszewski

„Misja <Papieskiej Róży>” - Janusz L. Sobolewski
   - Bestseller po polsku - czyli o książce J. L. Sobolewskiego „Misja papieskiej róży”
   - Rekomendacja
   - Polecam
   - "Czat prywatny" z Januszem L. Sobolewskim
   - Misja Papieskiej Róży - Tomasz Nowak

"Gra Pana Ego" - Zdzisław Władysław Żurek
   - POST. NEUERODE. 2002 - Radosław Wiśniewski
   - "Jestem pyłkiem z drogi wszechświata"

"Exodus" - Arkadiusz Sann
   - Pierwsza recenzja Agnieszki
   - „Exodus” Arkadiusza Sanna signum temporis ostatniej dekady XX w.

"Anioły nie umierają na raka" - Tomasz Zacharewicz
      - "ANIOŁY NIE UMIERAJĄ NA RAKA" - Radosław Wiśniewski
   - WIERSZE ZZA WĘGŁA-Radosław Wiśniewski

"Marianna - księżniczka marmurów". Oprac.Iwona Matuszkiewicz. Red.Antoni Matuszkiewicz
   - "Marianna - księżniczka marmurów" - Iwona Matuszkiewicz

"Baie dankie, Afryko"-Maciej Nowakowski
   - „Biały świat na czarnym lądzie” - Andrzej Różański
   - Biali lekarze w kraju apartheidu - o debiucie literackim Macieja Nowakowskiego
   - "Maciej Nowakowski: Baie dankie, Afryko. Mamiko, Nowa Ruda 2003, s. 162.
   - "NIE BYĆ KAPUŚCIŃSKIM" - Inga Iwasiów



W Y M Ó W I E N I A. Antologia Studium Literacko-Artystycznego. Pod red.Karola Maliszewskiego
   - "Obyś uczył filistrów" - Izabela Filipiak
   - *(W szkole pisania...) - Ewa Lipska
   - *(Ken Kesey...) - Gabriela Matuszek
   - *(Co im przychodzi do głowy ?) - Marek Bieńczyk
   - "Witajcie w literaturze" - Jan Tomkowski
  

"Gaguły" - Iwona Mesjasz
   - Literackie impresje o człowieku i sensie życia w książce Iwony Mesjasz - „Gaguły”

"Każdego dnia" - Anna Magdalena Pokryszka
   - Anna Magdalena Pokryszka: Każdego dnia, Nowa Ruda (Mamiko) 2003
   - „Jabłka, jeszcze rumiane...”
   - O poezji z Anną Magdaleną Pokryszką rozmawia Anna Wójcik

"Wiersze podejrzane" - Wojciech Brzoska
   - Wojciech Brzoska, Wiersze podejrzane, Nowa Ruda (Mamiko) 2003.
   - Wojciech Brzoska: Wiersze podejrzane, MAMIKO, Nowa Ruda 2003, s. 60

   - Wojciech Brzoska. "Wiersze podejrzane"- Mamiko. Nowa Ruda 2003
   - Płonące oczy - Jerzy Lucjan Woźniak
   - Podejrzany do odwołania - Paweł Sarna
"Legendy schodzą z pomników" - Ryszard Chłopek
  
  
"Cztery pory roku" - Piotr Florczyk
   - "Wiersze z podróży" - Mariusz Poźniak
   - Piotr Florczyk, „Cztery pory roku”, Mamiko, Nowa Ruda 2003
   - Nowa Ruda (Mamiko) 2003 . Piotr Florczyk. "Cztery pory roku"

"Sen" - Andrzej Trembaczowski
   - „Nowy, wspaniały świat ?” - Mariusz Poźniak

"Sakrament księżycowej nocy. Ballady i romanse" - Mariusz Poźniak
   - Dysonans księżycowej nocy - Krzysztof Karwowski

"Ścielenie i grzebanie" - Wojciech Giedrys
   - Wojciech Giedrys, „Ścielenie i grzebanie”, Mamiko, Nowa Ruda 2004
   - Poezja w wysokim zagęszczeniu („Gazeta Wyborcza” – wydanie toruńskie)

"[kocie łby]" - Mariusz Appel
   - Mariusz Appel, [kocie łby], Mamiko, Nowa Ruda 2004

"Powieść miasto i anioły" - Magdalena Goik
   - "Spróbujmy w skupieniu wsłuchać się w rytm słów i zdań..."-Dariusz Kot
   - Magdalena Goik, „Powieść miasto i anioły”, Mamiko, Nowa Ruda 2004
   - Powieść z Bytomiem w tle.

"Enzym" - Tomasz Hrynacz
   - Tomasz Hrynacz, Enzym, Mamiko, Nowa Ruda 2004, s. 46

"Wytańczone wiatrem" - Joanna Mossakowska
   - "Świadomość środka"-Antoni Matuszkiewicz

"Kotochwile" - Mariusz Appel
   - "MARKOTY" - Joanna Mueller -

"Tydzień ważniejszy od życia" - Teresa Wierzewska Wilk
   - Między niebem a ziemią

"Podróż za ocean" - Elias Marrouch
   - O "Podróży za ocean" Olga Tokarczuk

"Piąta wyprawa Krzysztofa Kolumba do Indii Zachodnich 1960-2004" - Antoni Olgierd Misiak
   - Antoni Olgierd Misiak, Piąta wyprawa Krzysztofa Kolumba do Indii Zachodnich 1960 – 2004, Mamiko, Nowa Ruda 2005.
   - „PIĄTA WYPRAWA” ANTONIEGO OLGIERDA MISIAKA – POEZJA

"Na zawsze jutro" - Maciej Nowakowski
   - Fantastyka i realizm w książce Macieja Nowakowskiego „Na zawsze jutro”.
   - „NA ZAWSZE JUTRO” Z MACIEJEM NOWAKOWSKIM
   - Fantastyka w wersji light - raczej dla intelektualistów
"Krajobraz z atramentowym wieczorem" - Michał Zantman
   - Płynąc przez "Krajobraz z atramentowym wieczorem"
- Tajemnicze meandry ludzkiego życia w „Krajobrazie z atramentowym wieczorem” Michała Zantmana.
   - Skaza na Krajobrazie - Katarzyna Jabłońska
   - Kojarzony ze snem sen - Łukasz Mańczyk
   - Michał Zantman „Krajobraz z atramentowym wieczorem”
   - O CZASIE ZAKRĘCONYM


"25 wierszy" - Samantha Kitsch
   - SAMANTHA KITSCH 25 WIERSZY

"Lustro" - Kinga Witowska
   - SIEDEM ODBIĆ W LUSTRZE KINGI WITOWSKIEJ
   - Rzeczy wydziobywane z podłoża egzystencji

Wzlot do początku - Elżbieta Maria Śmigielski
   - "WZLOT DO POCZĄTKU"

sacro casko - Wojciech Brzoska
   - Poważna niepowaga (i na odwrót) (Wojciech Brzoska, „Sacro casco”)
   - Malarze i piaskarze : Krzysztof Fiołek:
   - Jakub Winiarski:Poważna niepowaga (i na odwrót) (Wojciech Brzoska, „Sacro casco”)
   - Wojciech Brzoska-Sacro casco. Mamiko. Nowa Ruda 2006
   - O tym dlaczego zdecydowałem się zakłócić spokój świętej pamięci Emila Ciorana

   - KOMICZNY ZMIERZCH BOŻYSZCZ
   - POLISA NA POEZJĘ
   - NIEROZMOWY Z BOGIEM - Matylda Sęk
   - pytajniki stawiane „po norwidowsku” - Bogdan Widera
   - KWIT NA BOGA

"rewers" - Tomasz Pułka
   - Wyproszone metafory(recenzja)
   - Z kocem po kamiennych schodkach – o debiutanckim tomiku Tomasza Pułki

"IPN" - Jacek Ostrowski
   - PIĘĆ KRÓTKICH PRZYPOWIEŚCI JACKA OSTROWSKIEGO I PUENTA
   - Instrument Podlenia Narodu - słów kilka o IPN-ie Jacka Ostrowskiego

"Kobiety i czas" - Grzegorz Mucha
   - Kobiety i czas – opowieść o współczesnych egoistach?
   - CZASEM KOBIETA

Maciek Froński - "Rozpoznanie bojem"
   - Rozpoznanie bojem poetyckimi wyznaniami szydercy
   - Do boju!

"Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę" - Marian Dziwniel
   - Dar świadectwa
   - MARIAN DZIWNIEL W DRODZE DO WOLNOŚCI

   - Marian Dziwniel
   - MARIAN DZIWNIEL ”HOMO VIATOR” WSPÓŁCZESNEJ EUROPY
   - Niewątpliwą zaletą książki „Znad Niemna przed Odrę nad Sekwanę” jest jej ogromna wartość dokumentalna.
   - Review: Marian Dziwniel: Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę
"Pukanie Ziemi" - Arkadiusz Kremza
   - ARKADIUSZ KREMZA I JEGO „PUKANIE ZIEMI”

"Pożegnanie z czerwienią" - Elżbieta Lipińska
   - HERAKLITOWE "PANTA REI" W POEZJI ELŻBIETY LIPIŃSKIEJ
   - Dyskrecja sztuki i sztuka dyskrecji (Elżbieta Lipińska, „Pożegnanie z czerwienią”)
"Poza kadrem" - Feliks Netz
   - Uważne filmu oglądanie

"Świat jaki pamiętam" - Zuzanna Turkiewicz
   - Wiersze młodej poetki
   - POEZJA ZUZANNY TURKIEWICZ ŚWIEŻA JAK WIOSENNA ZIELEŃ.

"Otwórz oczy" - Dagmara Babiarz
   - OCZY SZEROKO OTWARTE, CZYLI Z DAGMARĄ BABIARZ PODRÓŻ PRZEZ CZTERY KONTYNENTY
   - PODRÓŻNICZE I ETNOGRAFICZNE PASJE DAGMARY BABIARZ ZAWARTE W KSIĄŻCE „OTWÓRZ OCZY”- Sabina Skowron.

"Polskie pieskie życie" - Jacek Ostrowski
   - FUTURYSTYCZNE I ONIRYCZNE WIZJE JACKA OSTROWSKIEGO
Dagmara Babiarz - "Podróż za kilka zielonych"
   - DAGMARY BABIARZ FOTOGRAFIE Z PODRÓŻY

"Inny brzeg" - Aneta Nalborczyk-Wierzbicka
   - SUBTELNY LIRYZM ANETY NALBORCZYK – WIERZBICKIEJ W TOMIKU WIERSZY ''INNY BRZEG''- Sabina Skowron

"światło umieranie" - Szymon Bira
   - "światło umieranie" - Szymon Bira. Recenzja Karola Graczyka.

"Wierzę w przypadek" - Marek Boczek
   - REFLEKSJE FILOZOFICZNE MARKA BOCZKA W TOMIKU POEZJI

"Praski raj" - Tomasz Hrynacz
   - "PRASKI RAJ" TOMASZA HRYNACZA – PRZYKŁAD WSPÓŁCZESNEJ

"Fader" - Robert Migdał
   - Leszek Niedzielski - Krzyki w Parku Południowym
   - Ale rodzinka - Krzysztof Kucharski

"Czarna aureola" - Renata Blicharz
   - POSZUKIWANIE ZŁOTEJ ŚCIEŻKI ŻYCIA W POEZJI RENATY BLICHARZ - napisała Sabina Skowron

Dariusz Wiśny - Buntownik wolności
   - JEDNOSTKA WOBEC WSZECHŚWIATA - O WIERSZACH DARIUSZA WIŚNEGO – napisała Sabina Skowron

EINE KLEINE TODESMUSIK - Grzegorz Kwiatkowski
      - POETYCKIE KOMUNIKATY GRZEGORZA KWIATKOWSKIEGO W ZBIORZE WIERSZY "EINE KLEINE TODESMUSIK" - SABINA SKOWRON

"Na cyferblacie piasku" - Zdzisław Lipiński
   - Jeśli szukacie poezji kameralnej, pisanej ze środka ciszy,

Olgerd Dziechciarz -"poMazaniec"
   - Bezkresna rzeka - Izabela Kawczyńska

"Osłabić" - Grzegorz Kwiatkowski
   - "W OSTATECZNYM ROZRACHUNKU TACY SAMI" – RECENZJA ZBIORU WIERSZY GRZEGORZA KWIATKOWSKIEGO "OSŁABIĆ" – NAPISAŁA SABINA SKOWRON.

"Korekta" - Jan Baron
   - „WIDZĘ TO, CZEGO NIE WIDAĆ PO MNIE” - O WIERSZACH JANA BARONA Z TOMIKU „KOREKTA” - NAPISAŁA SABINA SKOWRON.

"Sehir" - Bartosz Suwiński
   - POETA WIDZI DALEJ I WIĘCEJ - „SEHIR” BARTOSZA SUWIŃSKIEGO - NAPISAŁA SABINA SKOWRON.
   - Szukając światła; Na marginesie „Sehiru” Bartosza Suwińskiego

"Teoria przemian" - Antoni Olgierd Misiak
   - „TEORIA PRZEMIAN'' ANTONIEGO OLGIERDA MISIAKA – POWIEŚĆ Z TAJEMNICĄ – NAPISAŁA SABINA SKOWRON
   - Fizyka przemian ("Teoria przemian" Antoni Olgierd Misiak)

"Grypsy z Panoptikonu" - Marzena Orczyk Wiczkowska
   - ZANURZENIE WE WSZECHŚWIECIE W TOMIKU 'GRYPSY Z PANOPTIKONU' MARZENY ORCZYK – WICZKOWSKIEJ – napisała Sabina Skowron.
   - Uprawy penitencjarne
   - Magia współodczuwania

"Księga grawitacji" - Dawid Majer
   - Mateusz Wabik. Księga zaklęć przeciwko umieraniu

"Elipsa" - Maciej Bieszczad
   - Łiskacz z elips. (Maciej Bieszczad – „Elipsa”)
   - O "Elipsie" Macieja Bieszczada.
   - Tajemnica własnego znikania. "Elipsa" Macieja Bieszczada (impresja)

"Współgłoski" - Zofia Bałdyga
   - Niezwykle znośna lekkość bytu. (Zofia Bałdyga – „Współgłoski”)
   - Mam to na końcu języka. "Współgłoski" Zofii Bałdygi.

"Bliższe okolice" ' Jacek Mączka
   - Poszukiwanie korzeni (Jacek Mączka – „Bliższe okolice”)
   - Spokój uśpionej frazy -- o książce Jacka Mączki "Bliższe okolice"

"Uchoko" - Patryk Zimny
   - Księga krzywd i dramatów (Patryk Zimny – „Uchoko”)

"Pieśni odejścia i powrotu" - Sławomir Matusz
   - Eros i Tanatos raz jeszcze

"Wyspa" - Daria Dziedzic
   - Przez mgły niedopowiedzeń
   - Piotr Balkus - Wiadomosci24
   - Udręka ciągłych transgresji. O wierszach Darii Dziedzic

"I zamknę cicho drzwi..." - Janusz L. Sobolewski
   - Pokłady wrażliwości (Janusz L. Sobolewski-"I zamknę cicho drzwi..."

Ryszard Częstochowski - "Przebudzeniem jest śmierć"
   - Absurd czy wartość

Ewa Parma - "W strefie ognia"
   - KLUCZEM DOTYK CZYJEJŚ RĘKI
   - KLUCZEM DOTYK CZYJEJŚ RĘKI

"Żywoty krzeseł" Anna Szołtysek Grzesikiewicz
   - Kraina umarłych. O poezji Anny Szołtysek – Grzesikiewicz.
   - Piękna historia miłosna

"Mikrotony" - Paweł Tański
   - "Mikrotony" Pawła Tańskiego. Impresja

"Grzechy najwspanialsze" - Krzysztof J. Lesiński
   - Krzysztof J. Lesiński „Grzechy najwspanialsze”, wyd. MAMIKO, Nowa Ruda 2011, str. 96

"Rozmowy z Miró" - Marta Fox
   - Marta Fox, Rozmowy z Miró, Mamiko, Nowa Ruda 2011
   - Weronika Górska - Oswoić blaknięcie

"Braniewnik" - Waldewmar Kontewicz
   - Realizm magiczny Kontewicza – 16-01-2012 23:17:09

"Mniej niż zło" - Olgerd Dziechciarz
   - POŻYTKI I STRAPIENIA (Z MYŚLENIA) - Janusz Pasterski

"Wintro" - Kornel Maliszewski
   - Recenzja na portalu Biblionetka

"Gadu, gadu" - Anna Dwojnych
   - Recenzja na "Books&mirrors"
   - Anna Dwojnych, gadu - gadu, Mamiko, Nowa Ruda 2011
   - Recenzja w "Charakterze pisma"

Olgerd Dziechciarz - „Wielkopolski”
   - Recenzja z kwietniowej "Twórczości". Magdalena Boczkowska. Przygody Pana Oscara.

"Rekordy" - Tomasz PIETRZAK
   - Tomasz Pietrzak: Rekordy, MaMiKo, Nowa Ruda 2012.

Piotr Stankiewicz - "Elementarz"
   - Zgoda na zwykłość. O poezji Piotr Stankiewicza z tomu „Elementarz”.

Monika Gorzelak - "Motyle nocy"
   - Zaczyn nowego hermetyzmu kobiecego. O poezji Moniki Gorzelak z tom „Motyle nocy”.

"Po nazwisku" - Przemysław Karpiński
   - O poezji Przemysława Karpińskiego z tomu wierszy „Po nazwisku”

"Kalifornijski supermarket" - Ninette Nerval
   - NIETZSCHE, SUPERMARKET I SEKS ORALNY
   - Czy Kalifornijskie Supermarkety mają rację bytu w literaturze polskiej? Parę słów o poezji Ninette Nerval.

"Punkt obserwacyjny" - Bożena Kaczorowska
   - Świat rozrobiony wodą. O poezji Bożeny Kaczorowskiej z tomu „Punkt obserwacyjny”.

Elżbieta Lipińska - "Na końcu języka"
   - Science fiction i kostka Rubika. O poezji Elżbiety Lipińskiej.

"Wielolustro" - Tomasz Urbowicz
   - Wiersze niczym układanki z puzzli

"Sód i potas. Wierzę w niespodziankę" - Grzegorz Świątoniowski
   - „Nie wierzę, że Jezus był Bogiem”. O poezji Grzegorza Świątoniowskiego.

"Miłość, miłość, zapałki, książki i ikra" - Piotr Tomczak
   - Niezwykłe opisy zwykłego świata z Schulzem w tle. Notatka o poezji Piotra Tomczaka.

"Młody Toruń poetycki. Antologia"
   - To se ne vrati! O antologii „Młody Toruń Poetycki”.

"Owoc tarniny" - Tadeusz Olszewski
   - Tragedia śmierci i postmodernizm. O poezji Tadeusza Olszewskiego z tomu „Owoc tarniny”.

"Belles lettres" - Artur Mika
   - Aforystyka czasów młodości. O poezji Artura Miki.

"Perły wieczne" - Izabela Iwańczuk
   - Paciorki samotności. O poezji Izabeli Iwańczuk z tomu „Perły wieczne”.

"Vermont" - Tadeusz Chabrowski
   - „Po cóż nam ceregiele”. O poezji Tadeusza Chabrowskiego z tomu „Vermont”.

"Czarne msze za rzeczywistość" - Mateusz Wabik
   - Poetyckie wołanie na puszczy – o dwóch tomikach Mateusza Wabika

Świątoniowski Grzegorz. Propozycje. Misiek powiedział, czyli mądrość Zachodu
   - "Propozycje nie do odrzucenia"

Grażyna Bajer - "Sercem pisane w bólu wydane".
   - Tęsknota za Polską z Kochanowskim i romantykami w sercu. O poezji Grażyny Bajer z tomiku „Sercem pisane w bólu wydane”.

Grażyna Bajer - "Nie rzucim ziemi..."
   - Polskie ballady z krainy fiordów. O „Nie rzucim ziemi” Grażyny Bajer.

Piotr Piaszczyński - "Przerwa w podróży"
   - Luźne zapiski z emigracji. O tomie wierszy „Przerwa w podróży” Piotra Piaszczyńskiego.

Olgerd Dziechciarz - "Małopolski"
   - O powieści „Małopolski” Olgerda Dziechciarza.

Grzegorz Świątoniowski - "Prometeusz"
   - Nowa wersja prometejskiego mitu. O „Prometuszu” Grzegorza Świątoniowskiego.

Dariusz Dąbrowski - "Metamorfozy"
   - Rzeczywiste fikcje. O zbiorze opowiadań „Metamorfozy” Dariusza Dąbrowskiego.

Agnieszka Ziętara - "Stacja o niczym"
   - Ucieczka przed milczeniem i śmiercią, czyli sens sensualności. O „Stacji o niczym” Agnieszki Ziętary.

Jacek Mączka - "Dróżnik"
   - Bieszczadzki brulionizm. O „Dróżniku” Jacka Mączki.

Barbara Elmanowska - "Próby generalne"
   - O swoich prywatnych sprawach z małej litery. O poezji Barbary Elmanowskiej z tomu „Próby generalne”

Witold Kiejrys - "Elis"
   - „Jak to dobrze nie być poetą”. O tomie wierszy Witolda Kiejrysa „Elis”

"Sardynka" - Kornel Maliszewski
   - Komedia życia w drodze. O powieści Kornela Maliszewskiego „Sardynka”

"Piąte koło" - Teresa Małgorzata Wilk
   - Polsko-austriacka powieściowa telenowela z wyższych sfer

Grzegorz Woźny - "Nit"
   - JOUISSANCE, CZYLI TERYTORIUM TRZMIELA

"Sardynka" - Kornel Maliszewski
   - Sardynka. Kornel Maliszewski, Mamiko, 2014









Biali lekarze w kraju apartheidu - o debiucie literackim Macieja Nowakowskiego.


    „Baie dankie, Afryko” opowieść polskiego lekarza Macieja Nowakowskiego ukazała się na początku 2003 roku, w noworudzkiej oficynie wydawniczej „Mamiko”. Autor książki, 38-letni lekarz medycyny, realizuje się w swoim zawodzie w USA, w stanie Nebraska. Wyjechał tam w połowie lat 90-tych. Przedtem, przez kilka lat mieszkał i pracował w Republice Południowej Afryki.
    O realiach tego kraju : społecznych, socjologicznych i obyczajowych oraz o życiu i pracy białych lekarzy napisał książkę „Baie dankie, Afryko” – opowieść o cechach pamiętnikarskich. Akcja utworu rozgrywa się w Pietermaritzburgu. Główny bohater – Marek młody polski lekarz, wyemigrował do RPA pod wpływem sytuacji w Polsce pod koniec lat 80-tych i perswazji zaprzyjaźnionego Afrykanera – Andre. Pierwszemu okresowi pobytu Marka w kraju Zulusów towarzyszyło nieustanne zdziwienie.
    Pracował w szpitalu dla ludności murzyńskiej. Żywe temperamenty tubylców, nadużywanie przez nich narkotyków i alkoholu było przyczyną bójek kończących się poważnymi urazami ciała , zwłaszcza w dniach weekendu. Dyżurny personel medyczny, pracujący w trudnych warunkach przy nie nieprzemijającym nawet w nocy upale, miał wówczas pełne ręce pracy. Operacje przebiegały jedna za drugą ; tu zakładano opatrunki , tam zszywano rany, w innym punkcie wypisywano akty zgonu. Nowakowski opisuje obraz cierpienia, śmierci i wysiłków lekarzy w sposób naturalistyczny.
W szpitalu w Pietermaritzburgu pracowali biali lekarze – emigranci różnych narodowości : Polacy, Niemka, Węgier, Bułgarka, Serb i Chorwatka. Autor opowieści wyraźnie skoncentrował uwagę na pracy i sposobie życia poszczególnych lekarzy i małżeństw lekarskich.
    Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, stąd pamiętnikarski charakter utworu. Narrator-Marek to wnikliwy obserwator zachowań ludzkich, toteż jego reakcja ma cechy dokładnego, szczegółowego reportażu z życia środowiska lekarskiego w Pietermaritzburgu.
    Całość utworu spina klamra kompozycyjna : pierwsze jej ramię stanowi, napisany kursywą, rozdział o party organizowanym na cześć Marka przez jego przyjaciela Jacka, na które dojeżdża właśnie swoim samochodem główny bohater; ramie drugie, zamykające strukturę utworu, stanowi również kursywą napisany rozdział o przebiegu przyjęcia, zachowaniach gości i dość dekadenckim zakończeniu imprezy.
    Między ramionami klamry pisarz zawarł dokładną charakterystykę postaci, które uczestniczyły w przyjęciu. Jest to charakterystyka bezpośrednia o odcieniu behawioralnym, napisana z pewną dozą krytycyzmu, ironii, sarkazmu.
    W tej części utworu czytelnik poznaje też losy narratora-Marka. Proporcjonalnie do mijanego czasu zdziwienie ustępowało przyzwyczajeniu. Mimo morderczych dyżurów szpitalnych, tropikalnych dni i nocy, Republika Południowej Afryki zaczęła się Markowi wydawać rajem na ziemi. Cudowna przyroda, dobre zarobki, szczęśliwy związek
z niemiecką lekarką podpowiadały mu myśl o stabilizacji. Kupił dom z basenem , zamieszkał w nim i postanowił, że pozostanie tu na zawsze.
    I wtedy przyszedł rok 1993, który radykalnie zmienił sytuację polskich emigrantów
w RPA. W wielkanocny poniedziałek został zamordowany pierwszy sekretarz Komunistycznej Partii Południowej Afryki – Chris Chani. Zabójcą okazał się Polak, co natychmiast nagłośniły media. W jednej chwili bezpieczeństwo polskich rodzin zostało zagrożone. RPA przestało być spokojnym rajem na ziemi.
    Marek złożył pomyślnie egzamin nostryfikacyjny dający mu uprawnienia do pracy
w Stanach Zjednoczonych i postanowił opuścić kraj Zulusów.
    Opowieść nie jest dokumentalna, to w głównej mierze fikcja literacka. Uważam jednak, że zawiera sporo elementów autobiograficznych, których od całej materii literackiej oddzielić nie można.
    Kto pragnie bliżej poznać osobowość i kontrowersyjne fascynacje bohatera – narratora, niech sięgnie po opowieść „Baie dankie, Afryko”.

                                                       Sabina Skowron







"Propozycje nie do odrzucenia"


Noworudzkie wydawnictwo MaMiKo dotychczas było znane głównie z poezji (proza zdarzała się o wiele rzadziej, zwłaszcza taka, która docierała do szerszego grona odbiorców). Tym razem pojawił się swego rodzaju precedens – otóż mamy do czynienia z książką całkowicie innego kalibru. Grzegorz Świątoniowski oddaje do rąk czytelników „Propozycje. Misiek powiedział, czyli mądrość Zachodu”. Jest to książka o tyle niebanalna, że wymyka się konkretnym podziałom. Jeśli koniecznie chciałoby się ją gdzieś umiejscowić, pewnie byłoby to gdzieś w okolicach odniesienia do tzw. kontekstów (literackich, społecznych, ale przede wszystkim filozoficznych). Jest to pozycja o tyle frapująca, że oto Autor przeprowadza nas przez, mogłoby się wydawać, komentarze na marginesie Biblii, pism teologicznych, dotyczących etyki itp.).

Książka – jak wskazuje już sam tytuł – dzieli się na dwie odrębne części, te z kolei składają się z mniej lub bardziej powiązanych ze sobą (czasami wynikających z siebie wzajemnie) rozdziałów-tematów. Owe natomiast, znów podzielone (tym razem na krótkie, ponumerowane „myśli” tudzież „wątki”. Szczególnie obajwia się to w konstrukcji drugiej części, która nawiązuje nieco do słynnego Simon says: odrębność każdego kolejnego „Misiek powiedział” jest tu kluczowa. Clue zdaje się streszczać w myśli pierwszej:

Misiek powiedział:

„>>Przy końcu Zachodu zbieram jego rozbitą mądrość. Idą już czasy, gdy się jej zaprzeczy. Niesprawiedliwie.<<” [1]

Autor biegle przechodzi od trawestacji myśli Sokratejskich czy Heraklitowych do filozofii boleśnie współczesnych. Porusza kwestie nie tylko teologiczne czy rzuca światło na idee myślicieli antycznych, ale także nie ucieka od odniesień do filozofii postmodernistycznej. Najwięcej uwagi jednak poświęca Świątoniowski zagadnieniom metafizyki, porządku moralnego i zderzeniu pojęcia szczęścia z mądrością. Do rąk czytelnika trafia bardzo obszerne pod tymi kontami opracowanie Księgi Koheleta. Dostajemy rozważania nad przesłaniem pesymistycznym skonftrontowanym z myślami pobożnymi czy humanizm, epikureizmem etc. Właściwie obok czytamy sugestię: „Europa ma trochę pecha”[2] i zarzut stopienia Boga, świata i rozumu w jedno, co ma, bądź miało – zdaniem autora – doprowadzić do powstania metafizycznych paradoksów. Pojawia się także wyraźne rozgraniczenie na Wschód i Zachód. Podział ten jest dla książki konstytuwny, choć wbrew temu, co sugeruje tytuł, rozważania nie dotyczą jedynie drugiego, „bogatszego” brata.

Nie mało w tym wszystkim wartościowania, oceniania. Właściwie za każdym razem, przy każdym temacie Autor wysnuwa bowiem kolejne podsumowanie i oskarżenia. Twierdzi między innymi z całą mocą: „to spekulacja zgubiła gnozę!” [3], sam obwołując się antygnostykiem.

Co istotne, przy całej swojej pewności siebie i dość szerokim spektrum zainteresowań, nie widać w tekście prób epatowanie intelektualizmem. Język jest zrozumiały, prosty, można by rzec: momentami codzienny i potoczny; nie brak związków frazeologiczych, skrótów myślowych czy porównań, które można by częściowo określić prozaizmami. Nawet wyraźna ironia z Pisma [szczególnie w rozdziale „Ekstrawagancja chrześcijaństwa”] ułożona w wyważony sposób czyta się łatwo, ale wciąż z satysfakcją. Momentami przypomina to nawet sposób Leszka Kołakowskiego czy Romana Ingardena. Bez zbędnej egzaltacji i przesadnej erudycji przechodzimy od wątku do wątku, nie tracąc nic z czytelniczej przyjemności.

Świątoniowski nie atakuje czytelnika, nie chce go na siłę pouczać ani agitować w żadnym kierunku. Można śmiało powiedzieć, że wydawnictwo poszło w ciekawym kierunku. Rodzimej scenie literackiej przyda się więcej książek tego rodzaju: frapujących, a zarazem nie przeintelektualizowanych.



[1] Świątoniowski G. Propozycje. Misiek powiedział, czyli mądrość Zachodu, Mamiko, Nowa Ruda 2013, str. 99
[2]. Tamże, str. 33
[3]Tamże, str.41
Rafał Różewicz





Marian Dziwniel

Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę


       Długi tytuł książki zdradza treść. Oto mamy do czynienia z trzyczęściową (Kresy; Polska; Francja) opowieścią o życiu autora. Jest to rodzaj politycznej biografii, bo Marian Dziwniel jest człowiekiem uwikłanym w naszą historię. Dlatego jego książka, mimo że napisana na emigracji, jest bardzo polska. Znajdziemy w niej wiele tropów, które od lat dręczą Polaków. Jest temat cierpienia pod okupantem, cierpienia zadanego przez rodaków oraz wciąż aktualny temat emigracji. Na końcu pojawia się nowy rys na mapie polskich problemów, jakim staje się pogłębiający się w naszym narodzie dyskurs światopoglądowy, powodujący kolejny rozłam. Jest to historia bardzo polska, ale napisana z perspektywy francuskiej, dzięki czemu tchnąca pewnym optymizmem.

       Autor urodził się na Ziemi Grodzieńskiej, która zrządzeniem historii, po drugiej wojnie światowej, znalazła się poza granicami Polski. Pierwsza część książki zawiera opis dzieciństwa spędzonego na tamtej, szczęśliwej niegdyś, ziemi. Czytelnik zapoznaje się z wnikliwym opisem życia bardzo młodego człowieka, któremu przyszło borykać się z narzuconym radzieckim rygorem. Dowiadujemy się o sprawach strasznych i śmiesznych zarazem. Władza radziecka bowiem gustowała w absurdach. Nie łatwo żyło się Polakom, katolikom, wśród nakazów i zakazów ówczesnego komunistycznego prawa, czy raczej bezprawia. Dziwniel nienawidził i do dziś nienawidzi Stalina i jego wiernych, którzy wywarli przemożny wpływ na życie jego rodziny. Paradoksem książki jest fakt, iż właśnie część kresowa jest w niej najlepsza. Czyta się te wspomnienia jak prawdziwą literaturę. Ze zdań wyziera nostalgia za utraconym dzieciństwem. Czujemy, że pomimo coraz trudniejszego życia, spowodowanego kolejnymi fazami ograbiania przez władzę uczciwych ludzi, potrafili być szczęśliwi. Zapamiętuje się zmagania dziecka ze zbyt wysokim rowerem, czy nauki języka polskiego z Żywotów Świętych i modlitw. Wielość tamtych wspomnień zaskakuje szczegółem. Zaczynamy rozumieć dlaczego tamtejsze polskie dzieci musiały zbyt szybko dorosnąć.
       Część polska jest bardziej zwyczajna. Może dlatego, że opisuje szarą, peerelowską rzeczywistość. Tym niemniej opis internowania działaczy świdnickiej „Solidarności” oraz ich pobyt w „ośrodku” jest przejmujący. Na ogół niewiele się wie o tym, co w pierwszych dniach stanu wojennego, działo się za murami więzień. Najczęściej powraca się wspomnieniami do wydarzeń tragicznych (np. z kopalni Wujek). To zrozumiałe. Ale ważne sprawy, często mające wpływ na przyszłość, rozgrywały się także podczas niezliczonych godzin przesłuchań, czy wśród dyskutujących na spacerniaku uwięzionych. Dni stanu wojennego miały swoje chwile wzniosłe, tragiczne, jak i zabawne. I tym razem autor ukazał nadętość i pychę ówczesnych rządzących. Motywem nowym jest niepewność, od której tamta „nasza władza” nie była wolna. Władza jaruzelska nie była tak bezczelna i okrutna jak radziecka, choć potrafiła wnieść w życie ofiar zniszczenie. Czytając owe wspomnienia, najbardziej bolącą kwestią wydaje się fakt, iż po drugiej stronie stali rodacy. To ich zła wola, służalczość, tchórzostwo budziła nienawiść i odrazę.
       Część francuska jest ciekawa, ale zarazem jakby najbardziej oczywista. Los tam opisany spotkał na Zachodzie wielu. Realia francuskie w tym wypadku niewiele różnią się od innych. Autor dość pośpiesznie przemieszcza się po latach swojego życia we Francji. Pierwsze wrażenia, pierwsza praca, itd. W końcu stabilizacja wśród udanego życia rodzinnego.
       Dziś Marian Dziwniel jawi się nam jako człowiek z dużym doświadczeniem życiowym, za którym stoi słusznie obrana droga. Jest to droga człowieka, który wybrał „Solidarność”. To pewno dlatego w finale wspomnień pojawia się cień, a zrozumienie łączy się z wybaczeniem. Stuknięcie się kielichem szampana w Ambasadzie Polskiej w Paryżu z ministrem pochodzącym z post-komunistycznej partii jest dla autora aktem zrozumiałym, a nawet oczywistym. Po rozmowie i tak „poszliśmy każdy w swoją stronę” - wspomina. Nie oczywiste są dla Dziwniela obecne spory i podziały. Ale taki bywa los rewolucji, która z czasem krzepnie i rodzi nowy opór.
       Autor deklaruje chęć pozostania we Francji. Nie czuje potrzeby powrotu do Polski, bo teraz żyje wśród ludzi sobie najbliższych. Nie można mu tego zarzucić. Jednak nachodzi mnie pewna refleksja. Otóż władza komunistyczna nie przypadkiem pozbywała się niechcianych, niewygodnych, a często najcenniejszych osób. Teraz wielu z nich, żyje na obczyźnie. Tymczasem w kraju, bój o władzę toczą ludzie powołujący się na idee „Solidarności”, którzy zarazem o tamtych dniach mają znikomą wiedzę. Może dlatego warto zapoznać się z losami ważnego, patrzącego z dystansem, „solidarnościowca”.

                                                            Grzegorz Mucha

Marian Dziwniel
Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę. Wydaw.Mamiko, 2007


Grzegorz Mucha





Szukając światła; Na marginesie „Sehiru” Bartosza Suwińskiego

                        W rzekach na północ od przyszłości
                        zarzucam sieć, którą ty
                        z namysłem obciążasz
                        pisanymi przez kamienie
                        cieniami.
                                Paul Celan

      W jednym ze swoich esejów Tomasz Merton pisze, że działanie tekstu poetyckiego nie polega jedynie, tak jak to się dzieje w przypadku tekstów naukowych, na przekazywaniu przezeń informacji i stwierdzaniu faktów. Opiera się ono przede wszystkim na właściwej tylko poezji kombinacji słów, które wchodząc w tajemnicze relacje i oddziaływania wywołują w czytelniku jedyne w swoim rodzaju doświadczenie duchowe. Zdaniem Mertona, to czego czytelnik powinien zatem szukać w utworze poetyckim jest nie jego zewnętrzne odniesienie (czy jakbyśmy - już po odbytej lekcji semiotyki - powiedzieli „referent”), lecz jego (rozumiana na sposób arystotelesowsko-tomistyczny) wewnętrzna zasada, dusza, forma, która decyduje o jego swoistości i zdolności do ewokowania u czytelnika niepowtarzalnych doświadczeń.
      Niniejszy szkic interpretacyjny jest właśnie taka próbą odnalezienia wewnętrznej zasady, która organizuje tajemnicze związki słów, symboli, motywów w zbiorze wierszy Bartosza Suwińskiego pt. Sehir, tak, że zaczynają się one krystalizować w „logiczną całość”, rodzaj poetyckiej opowieści, narracji z wyraźnym schematem fabularnym. Zaznaczyć przy tym wypada, że w obliczu niezwykłej gęstości semantycznej tekstów składających się na Sehir będącej w głównej mierze wynikiem intensywnego operowania metaforą, skrótem i technikami surrealistycznego obrazowania poetyckiego, owa wewnętrzna oś tekstu nie może być utożsamiana z jakimś ukrytym kodem, który należy złamać w celu odkrycia jedynej i słusznej intentio operis powstrzymującej „dysseminację” znaczeń i tym samym „nieskończony strumień interpretacji” tekstu . Zadaniem czytelnika jest raczej uchwycenie jednej z wielu możliwych nici przewodnich, wokół której osnute są kluczowe motywy, słowa i symbole tekstu oraz towarzyszenie autorowi w wędrówce poprzez labiryntową przestrzeń tekstu (ta nić ma wiele wspólnego z nicią Ariadny). Czytelnik bowiem również snuje swą własną opowieść. Te dwie historie, opowieść pisania i opowieść czytania są powiązane ze sobą w dialogicznym splocie. Celem jest tu nie tyle rozjaśnienie znaczenia ( znaczeń) tekstu, odkrycie jego prawdy, co samo podjęcie próby dialogu, choć zadanie to trudne i nie zawsze zwieńczone porozumieniem i zgodą (ideałem byłaby tu jedność intentio operis i intentio lectoris).
      Jacek Gutorow w posłowiu do tomiku Suwińskiego zręcznie wychwytuje pewną dwuznaczność zawartą w słowie „dojrzeć” będącym jednym z synonimów słowa „sehir”, które jak wyjaśnia Ornela Vorpsi w języku albańskim znaczy „patrzeć”:
      „(Dojrzeć), a więc (dostrzec, ale i (dorosnąć do czegoś), nauczyć się sztuki życia poprzez sztukę uważnego, zaangażowanego patrzenia. Czytając po kolei wiersze zamieszczone w zbiorze widzi się wyraznie wysiłek związany z chęcią i imperatywem dojrzenia (do) czegoś , co może dać poecie rację i sankcję własnego istnienia”
      Wydobyty zostaje tu tym samym wymiar Bildung, jakiejś „epopei ducha”, który decyduje o narracyjnym, by nie rzec epickim charakterze tekstu Suwińskiego. Najogólniej mówiąc Sehir to opowieść o pewnym duchowym przedsięwzięciu podjętym przez poetę ( i czytelnika) polegającym na niestrudzonym poszukiwaniu czegoś, co umożliwia owo „uważne, zaangażowane patrzenie”, na poszukiwaniu światła, co chwilę zagrożonego przez mrok i cień. To właśnie brzemienna w znaczenia i symbolikę dialektyka światła i ciemności stanowi wewnętrzną oś tekstu, wokół której ogniskują się pokrewne opozycje prawdy i pozoru, bytu i nicości, dnia i nocy i która sprawia, że całkiem uzasadnione jest uznanie Sehiru za kolejną historię podejmującą temat Upadku i zbawienia.
To

Kontury zlały się
w jedno
To
przekracza krąg światła
lustra pomnażają odbicia.

To zawsze między nami
jak sny inne języki
te same słowa kolce.

to Bóg stworzył karnawał śmierci
by zabawa miała dobry
koniec

by koniec był dobry
jak matczyny pocałunek
na dobranoc.

To Ojciec zatoczył się dalej
zniknął pomiędzy drzewami
daleko
tam

ciemność.
To od tej pory.

      Przytoczony wiersz to manichejski wręcz opis świata po Upadku, świata-pustyni, już po wycofaniu się Boga, świata śmierci, bólu, nicości i mroku, który stanowi rewers „raju utraconego”, jego negatyw, odbicie i pozór (por. wiersz Miraż czy Świt). Poetyckie przedstawienie Nocy Świata osiągane jest w zbiorze poprzez techniki typowe dla Różewiczowskiej poetyki negatywnej: świat przedstawiony tej opowieści to świat w stanie rozkładu i całkowitej rozsypki (świat „rozbitych naczyń” i nieznośnego zróżnicowania, „kolejnych warstw świtu zrzuconych z ramion” i „ciśniętych w kąt jak pusta butelka”) jak choćby w wierszu Żebro będącym swoistą parodią i tym samym dyskredytacją aktu stworzenia (człowieka):
Żebro
Płaszcz porzucony w pośpiechu,
wystawiony na zamroczone spojrzenia gości,
po zamknięciu, niby okrycie na cienkich
żebrach opuszczonego krzesła, gdzie nie spojrzeć

Jedno drugim: ciało w ciało, wytrącone z siebie
jak cep z ręki Pana, na jasność, noc
do pocierania, by.

      Rozpad świata wiąże się tu ściśle z rozpadem języka, który przed Upadkiem gwarantował dostęp do (prawdy) rzeczywistości. Wskutek katastrofy (opisanej przez Suwińskiego w wierszu Osada – symbolika węża) to, co pozostaje po mitycznym języku Adama to zaledwie, jak głosi tytuł jednego z wierszy, „piaski słów”, słowa, które poeta opatruje takimi określeniami jak „sny”, „cienie”, „osad”, równie nierealne i fałszywe jak zastana rzeczywistość. Oznacza to kompromitację poezji, która w jednym z wierszy opisana zostaje jako „ gniazdo”, z którego „ptaki wyfrunęły w cztery strony śmierci” , co przypomina Rózewiczowski idiom poezji ciszy, poezji, która w obliczu katastrofy języka zmierza do całkowitego zamilknięcia. Nie bez podstaw są też skojarzenia z George&#8217;a Bataille&#8217;a koncepcją doświadczenia wewnętrznego, które jako całkowicie negatywne dążenie do destrukcji ja i języka znajduje swój poetycki ekwiwalent w wierszach Pustynia i To wyrażających nostalgiczne pragnienie doznania oceanicznego, powrotu do stanu niezróżnicowania i zniknięcia w łonie matki.
      Jednak w tym miejscu następuje w opowieści Suwińskiego nieoczekiwany zwrot akcji, bez którego żadna dobrze napisana historia nie może się obejść. Negatywne doświadczenie pustyni, świata, nad którym unosi się „czarne słońce melancholii” nie prowadzi do ateizmu i nihilizmu. Perspektywa Transcendencji, choć ukryta i ustawicznie tłumiona przez „pracę negatywności” jest tu stale obecna ( jak choćby w wierszach Pustynia –„ za plecami kroki idące do nieskończoności” czy Poczekalnia )
Było
Oko, w którym odbija się
twoja zrenica. Oko, co nie
pilnuje już z góry.
Oko było nad nami kiedy
nikt nie patrzył a wszyscy
widzieli
jak serce rośnie, nasiąka posoką
miejsce śpiewu puste

      Wiersz Było poprzez wykorzystanie wieloznacznej symboliki oka, artykułuje konieczność sehir, patrzenia jako sui generis duchowego przedsięwzięcia mającego na celu zbawienie; poszukiwania światła, po to aby widzieć. Tomik Sehir nie jest jednak manifestem mistycyzmu, jeśli ten pojmować w kategoriach transcendowania ludzkiej kondycji celem jakiejś unia mistica z Absolutem. Pomimo, że odnajdujemy w tomie gnostycki z ducha, eskapistyczny wiersz Do latarni morskiej , poeta zdaje się odnosić nieufnie do wszelkich form mistycyzmu (tak w ateistycznym wydaniu Bataille&#8217;a jak i w religijnej perspektywie gnostyckiej), ponieważ wykluczają one wysiłek sehir, trud patrzenia (por. batailleowskie ślepe oko). Wiersze takie jak Rybak-głębina czy Pestka można traktować jako swego rodzaju przestrogi przed manichejską pokusą eskapizmu. Opisane w tych utworach próby regresu do jedni czy niebiańskiej ojczyzny, powrotu do stanu pierwotnej niewinności, kiedy to widzi się wszystko „niewinnymi oczyma dziecka” (bohaterami tych opowieści są dzieci) kończą się klęską (śmierć dzieci, rybie truposze), nie tylko dlatego, że formuła regresji sprzeciwia się postulowanej przez poetę formule Bildung, lecz przede wszystkim dlatego, że bohaterowie nie podejmują tu próby patrzenia (znakomicie oddają to turpistyczne obrazy śmierci i ślepoty w Rybaku).
      Te sygnały każą nam się zastanowić, czym właściwie jest owo tajemnicze sehir. Jak wyjaśnia Vorpsi:
Sehir znaczy patrzeć , albo raczej patrzeć na innych, rozkoszować się patrzeniem na innych, żyć, patrząc na innych. Zmysłowość patrzenia.
      Sehir zatem ( i tu kolejny zwrot akcji ) rozumiane jest nie jako patrzenie mitycznym okiem duchowym, które umożliwiałoby bezcielesną Platońską wizję (eidos).
      Sehir to doświadczenie natury zmysłowej, doświadczenie estetyczne, zgodnie z etymologią greckiego słowa „aesthesis” i jako takie zatrzymuje nas ono w upadłym świecie stworzenia, szatańskim świecie pozoru i fałszu. Przypomnijmy, że sehir jest jednocześnie poszukiwaniem światła, po to, by widzieć, a zatem jest czynnością mającą na celu zbawienie i przezwyciężenie nihilizmu. Niezbędne okazuje się przeprowadzenie pewnej analogii, gdyż znaczenie słowa „sehir” wydaje się mieć wiele wspólnego z semantyką niemieckiego słowa „schein”, które oznacza pozór zmysłowy (estetyczny), zjawisko, zjawę, fenomen, pojaw, a jednocześnie „poświatę, odblask, przedblask”, co oznacza, że poszukiwanie transcendencji i przezwyciężanie negatywnego doświadczenia pustyni rozpoczyna się już tu i teraz , w świecie, tego, co widzialne, konkretne i poszczególne, który w żadnym wypadku nie może zostać zanegowany na drodze mistycznego eskapizmu. Jak pisze Vincenzo Vitiello odwołując się do słów Edmonda Jabesa:
      (&#8230;) W ten sposób sens zamieszkiwania pustyni zostaje odwrócony. Z negatywnego staje się pozytywny. Migracja, błądzenie po pustyni, zgoda na wygnanie to jedyny sposób, w jaki człowiek może komunikować się z Bogiem, z kreacją Boga. Nawet odrzucenie Boga jest pewnym sposobem korespondowania z Nim, z jego dziełem :
      Stwórca jest odrzucony przez stworzenie. Wspaniałość wszechświata. Człowiek niszczy siebie, tworząc.
      Objawia się tu tym samym doniosłe znaczenie dzieła sztuki stanowiącego wszak nic innego jak wytwór wyobrażni, zmysłowy obraz (świetnie oddaje to angielskie słowo „imagination”). Sehir byłoby zatem patrzeniem poprzez oko wyobrazni. Jak pisze Teodor Adorno:
      Nawet w swoich najwyższych osiągnięciach sztuka jest pozorem; ten pozór wszakże, coś czemu w niej nie może się oprzeć, otrzymuje od tego, co jest pozoru pozbawione. Rezygnując z sądu sztuka, zwłaszcza ta obwiniana o nihilizm, mówi, że to wszystko nie jest tylko niczym. Gdyby tak było, to co zawsze jest, byłoby blade, bezbarwne, obojętne. Nie ma takiego światła, padającego na ludzi i rzeczy w którym nie odbijałaby się transcendencja. W oporze przeciw dyspozycyjnemu światu wymiany niezniszczalny jest opór oka, które nie chce aby świat stracił wszelkie barwy. Pozór jest obietnicą czegoś, co nie jest pozorem.
      Sehir jest poszukiwaniem piękna nieodłącznie związanego ze światłem1, piękna, które odwołuje się do wzroku, jednak nie na drodze tomistycznego z ducha odkrywania w rzeczywistości matematycznej harmonii , bo zastana rzeczywistość po „ucieczce bogów” jest już owej przedustawnej harmonii pozbawiona. Chodzi tu nie tyle o pasywną kontemplację, ile raczej o czynne tworzenie piękna, o twórczość artystyczną rozumianą z Blake&#8217;owska jako nadawanie rzeczom ostrych, wyrażnych konturów, o nieustanną pracę differance rozumianą jako wysiłek rozróżniania, który pozwala ocalić to, co „blade, bezbarwne, obojętne” od rozpadu i nieistnienia oraz uczynić rzeczy widocznymi w pełnym świetle. Wiersz Ogień , w którym można wychwycić dalekie echa z Paracelsusa (symbolika ognia), stanowi poetycki manifest tej filozofii twórczości, będącej niczym innym jak imperatywem ustawicznego składania „rozbitych naczyń”:
Ogień
Noc drepcze kości jak torf.
miękko głowa na poduszce,
cicho płoną resztki tego, co jutro
złoży się (we mnie) od nowa.

co porzucone dla nas utyka szczeliną
dnia, światło nie może się zapodziać,
więcej.
Jednak – pamiętajmy - warunkiem przezwyciężenia nicości jest akceptacja upadłego świata, „trudnego lasu”:
Patrz na to, co jest,
zanim będzie samym wiatrem

      Formuła amor fati czyli akceptacji rzeczywistości takiej, jaka jest z „całym dobrodziejstwem i przekleństwem inwentarza” unaocznia charakterystyczny dla filozofii sehir moment etyczny, związek piękna i miłości, claritas i Caritas ( sehir to patrzeć na innych), który odnajdujemy w wielu tekstach z tomiku ( Sierpniowa etiuda, Żniwa, Dni, Razy). Doświadczenie sehir jest autentycznym doświadczeniem piękna, (w znaczeniu jakie nadał mu Hans Georg Gadamer rozpatrując je w kategoriach symbolu, gry i święta), doświadczeniem, które jako jedyne może przeciwstawić się żywiołowi negatywności, nieciągłości i rozpadu, gdyż zakłada wymiar wspólnoty, relacji, ciągłości (aktualność piękna). Jednocześnie zawiązany zostaje tu sojusz języka i oka ( por. wiersz Teraz – „Teraz widzę, mówię/ jak gdyby nigdy nic” ); poezja jako werbalny ikon („ut pictura poesis”) staje się więc formą swoistej amor fati. Chociaż zastany język to język kaleki i nie dający człowiekowi adamickiej władzy nad bytem, wciąż zachowuje –jak to określił Gadamer- „wartość duchowej realności jako realności pneuma, ducha łączącego Ja i Ty”. Jest to język, który otwierając wymiar komunikacji i miłości, światła jako jasności znaczeń pozwala dzielnie stawić czoła absurdowi, by ująć rzecz po Camusowsku. Wydaje się, że podobną intuicję wyraża tytułowy Sehir:
Sehir
Odkleja się plastrem od ulicy
w rzeczywistości od rany, rzęsy, zasłony
chmury kuli brzegu fioletem sińcem pod
okiem, każdy ze swoją opowieścią
zawieszony jak liść ze światła i kilku
kropel ale nigdy we śnie.

      Otwierający ten szkic tekst Celana można interpretować jako poetycki opis podejmowanej przez poetę i czytelnika próby nawiązania porozumienia jako zgody co do znaczenia tekstu, które staje się tu czymś podobnym do cennego klejnotu, gnostyckiej perły wyławianej na dnie nieprzejrzystego morza. Warunkiem pomyślności tego trudnego przedsięwzięcia jest współpraca, bo jak przekonuje autor Prawdy i metody „jeden bez drugiego nie podoła”. Wiersz jest rozmową, zakłada bowiem dwie opowieści, dwa głosy, dwa „teksty cieni” splecione w jedną całość. Język w jakim toczy się ten dialog jest językiem cieni, ale znamienne, że są one solidne i trwałe jak kamienie. Są czymś co, jak pisze Gadamer, umożliwia połów. Takie byłoby też zasadnicze przesłanie Sehiru: żeby ujrzeć światło i wyłowić perłę trzeba przejść przez noc. Bo jak dopowiada inny poeta:
      Co nie ma cienia, istnieć nie ma siły



      Aleksandra Okulus: ur. 1984, studentka anglistyki i doktorantka filologii polskiej na Uniwersytecie Opolskim. Przygotowuję dysertację o związkach poezji Williama Blake'a i Czesława Miłosza. Drukowała w „Kwartalniku Opolskim”. Mieszka w Opolu.



Bartosz Suwiński. Sehir. Nowa Ruda : MaMiKo. ISBN 978-83-60224-49-6
(poezja polska)





Aleksandra Okulus





Science fiction i kostka Rubika. O poezji Elżbiety Lipińskiej.



             Niestety
"Na końcu języka” Elżbiety Lipińskiej to pierwsza książka jaką przeczytałem tej urodzonej w Warszawie, ale mieszkającej we Wrocławiu poetki. Wcześniejszych trzech nie znam, nawet wydanego w 2011 w ramach „Biblioteki Tyskiej Zimy Poetyckiej” tomu wierszy „Rejestry”. Znam tylko dwa tomiki wierszy wydane w ramach tego konkursu, trochę to szkoda, że ogólnopolskie sieci księgarskie ich nie rozprowadzają. Poezja Elżbiety Lipińskiej jest raczej poezją intelektu i wierszowanej anegdoty, konceptu niż obrazową poezją sentymentalno-uczuciową. Słychać, że poetka bardzo dobrze czuje się w dzisiejszym świecie. Bunty, rozpady, poezja natchnienia nie jest dla niej. Tu częściej coś do powiedzenia mają takie cechy charakteru podmiotu lirycznego jak błyskotliwość, dowcip, czy chęć zaskoczenia, jednak wiersze z „Na końcu języka” są raczej chropowate niż wygładzone. Wiersze Lipińskiej także nie są przeładowane środkami artystycznymi, choć jak można się zorientować poetka lubi zaskoczyć czasem czytelnika odległym skojarzeniem. Czasami przypominają jej wiersze krótkie prozy postmodernistyczne jak np. wiersz „Wizyta”, w którym na „kozetce doktora Freuda” pacjentka przemienia się w odaliskę. Poetka czerpie motywy zarówno z kultury wysokiej jak i popularnej – kryminałów i science fiction. Dużą rolę w poezji Lipińskiej odgrywa nie pojedyncze słowo, ale zdanie, szczególnie pierwsze, które pozwala rozwijać się akcji wiersza. Często to pierwsze zdanie od razu zaskakuje jak np. w autotematycznym wierszu „Bardzo długi wiersz noir” – gdzie czytamy „Postanawiam napisać wiersz noir.” W tym wierszu ze stron 10 i 11 mamy dosyć dowcipną sytuację liryczną, autorka niby stara się napisać wiersz w stylu noir (czy chodzi tu o nawiązanie do filmów noir?), ale ukazuje jak jej to trudno przychodzi i w końcu się okazuje, że tego wiersza poetka nie napisze. Także w tym wierszu obok opisu swoich niemocy pojawiają się różne refleksje np. dotyczące współczesnej literatury: „To cholerny dyskomfort wiedzieć, / że prawie wszystko już było, / że szukanie skazane jest na klapę. / W każdym razie znalezienie samorodka / graniczy z cudem”. Tak też można zauważyć, że opis trudności z napisaniem wiersza w stylu noir przyniósł, krótki wiersz dygresyjny. Być może zważywszy na tytuł, poetka jednak w jakiś sposób zatriumfowała – opisanie trudności z napisaniem wiersza noir, samo spowodowało napisanie takiego wiersza. Jest w tym jakiś paradoks. Znać też w poezji Lipińskiej echa poezji amerykańskiej, jeden wiersz np. dotyczy lektury poematu Schuylera. Nawiązania do kultury rocka znajduje się w „Na końcu języka”, w „No Chance” słychać frazę z tekstu Yoko Ono, a tytuł jednej piosenki The Beatles posłużył jako budulec wiersza pt. „Zachowane w plikach tymczasowych”. W nim po wersie, w którym można znaleźć odległe i ciekawe skojarzenie autobiograficzne, czy quasi-autobiograficzne - „Jestem poukładana jak kostka Rubika” znajduje się zdanie „Let it be”. W wierszu o nieco futurystyczno-dadaistycznym tytule „Galaktyka b1ó3I321u” można przeczytać manifest poetki: „Decyduje się na język s z dodatkiem f, / bliski mi od dzieciństwa”. Łatwo rozszyfrować skrót sf, poetce chodzi w tym wierszu o język literatury science fiction. W tym tekście pojawiają się różne pejzaże kosmiczne. W „Polowaniu” pojawia się motyw około fantastyczny - UFO, choć można także odczytać ten wiersz jako sfingowanie czy użycie motywu manii prześladowczej, gdyż podmiot liryczny kreuje świat, w którym jest śledzony przez obcych. Niestety nie znam tak dobrze spuścizny science fiction, by odgadnąć na czym polega nowatorstwo języka poetyckiego autorki, jednakże wiem, że taki podział na literaturę poważną i literaturę fantastyczną, nie do końca jest sprawiedliwy. Gdyż to proza współczesna, powieść wywodzi się z frywolnej, jarmarcznej barokowej prozy fantastycznej, nie na odwrót. Nasz romantyczny wieszcz Adam Mickiewicz, doceniał wartość fantastyki w swoich wykładach paryskich pomieszczonych w „Literaturze słowiańskiej”, uważał fantastykę za wymiar duchowości człowieka. Jakoś ten wywód wieszcza nastąpił tuż po omówieniu polskiej spuścizny oświeceniowej, autor „Pana Tadeusza” opisywał choroby psychiczne twórców oświeceniowych, gdyż kilku z nich załamało się po 3-im rozbiorze Polski.
                  W polskiej współczesnej poezji bardzo mało mamy nawiązań do fantastyki, oprócz tych kilku wierszy Lipińskiej, wiersz inspirowane science fiction uprawiał zapomniany Krzysztof Gąsiorowski, poetyka horroru znalazła się w kilku wierszach Marcina Świetlickiego. A jeśli chodzi o poetykę kryminału to sięgało do niej też kilku twórców m.in. przywołany autor „Zimnych Krajów”. Uczciwie przyznam, że poezja Lipińskiej nie do końca do mnie trafia, z uwagi, że wolę uczuciowa poezję kobiecą. Awangardowa poezja kobieca, czy skupiona na języku nie ma we mnie żadnego oddźwięku. Trzy razy czytałem czasem wiersze Lipińskiej by cokolwiek z nich wynieść, choć te wszystkie środki artystyczne – ciekawy epitet „zagubiony autobus”, animizacja jak „wiatr wrzuca chmurę przez okno”, porównania „szorstkie jak psi język”, „wisimy na nitkach bólu jak pająki”, „księżyc jak wycięty z kuponu białej tafty”, których dosyć skąpo używa autorka, są frapujące i na dobrym poziomie. Nawet odległe skojarzenia przy budowaniu metafory, czy porównania, nie rozbijają sensu wiersza jak w poezji Romana Honeta, u którego jakby porównania są wybite z kotekstu wiersza. Jednakże obiektywnie muszę zauważyć, że poezja Lipińskiej jest dosyć dobra, a nawet ma w sobie coś nietuzinkowego i niekonwencjonalnego jeśli chodzi o poszukiwania poetyckie i poezjo twórcze wśród poetek. Tzn. potrafię raczej docenić jej warsztat językowy, zrozumieć niż odczuć tą poezję, czy doczuć się po celanowsku do świata autorki, czy też zauważyć wspólny światopogląd. Wydaje mi się, że autorka ma także szansę na to by jej poezja była niezależna, a jej charakter pisma odróżniał się od poetyk innych autorek. Jeśli już bym do czegoś miał porównać poezję Lipińskiej, to raczej przypomina mi poezja autorki „Na końcu języka” poezję Wisławy Szymborska, bardziej niż Ewy Lipskiej, Julii Hartwig, Urszuli M. Benki, czy Urszuli Kozioł. Nie chodzi mi o to, że poetka z Wrocławia coś zapożycza z poezji nie żyjącej noblistki, nie, chodzi mi raczej o to, że jej intelektualizm, pewne skupienie wiersza, powolne i logiczne jego rozwijanie mimo używania paradoksu, prowadzenia gier z czytelnikiem, a także trzymanie języka w ryzach precyzji i logiki jest czasem podobny. Czego gratuluję autorce.

Elżbieta Lipińska. Na końcu języka Mamiko 2013

Mateusz Wabik






Świadomość środka


Poetka nadal, tak jak napisała w pierwszym swoim zbiorze poezji – Bez lęku / z ramionami zwiniętymi / w skrzydła / głową pełną / szeptu łąk – idzie przez świat. Może tylko z nieco większą hojnością wersu układa pełen szlachetnej pierwotności krajobraz. Mimo żywej warstwy duchowej, w jej utworach nie ma abstrakcji. Zapewne za sprawą owego szeptu łąk, lecz nie tylko. Joanna Mossakowska jest zdecydowanie poetką doświadczenia – czy jest to przeżywanie domu i lasu (w istocie będącego dla niej domem duszy), czy uczestnictwo w sprawach miłości, rytuału i modlitwy. Niebo i ziemia współistnieją tutaj w dramatycznej nieraz bliskości. Bunt ani rozpacz nie niweczy nigdy głębokiej – instynktownej, nie wyrozumowanej – akceptacji natury i losu, wyraźnie naznaczonego kobiecą tożsamością. Wiersze te pozwalają pomyśleć o spontanicznie ujawniającej się mistyce niedwoistości, dla której nie istnieje tu i tam, teraz i potem, choćby – po śmierci. Spojrzenie pada jakby od środka, z pozaczasowego centrum, epizody zewnętrznej i wewnętrznej aktywności układają się współśrodkowo, przypominając skupione odmawianie modlitw czy mantr w rytm nawleczonych na tę samą nitkę paciorków. Świadomości środka dobrze służy powściągliwość środków artystycznych. Sztuka wypowiadania słów okazuje się sztuką poszerzonej teraźniejszości. Dzięki temu rysujący się w poszczególnych wierszach podmiot zyskuje na subtelności, nie tracąc autentyczności wyrazu kwestionuje ostateczność swych granic. Wydaje się, iż pomiędzy autorką a jej poetycką bohaterką trwa bezustanne napięcie oczekiwania i zaskoczenia a mowa nigdy nie oddala się zbytnio od nadającego jej sens milczenia. Na tej właśnie płaszczyźnie, głębiej może i mocniej niż w rozsianych tu i ówdzie pojęciach i rekwizytach, ujawnia się w twórczości Joanny Mossakowskiej pokrewieństwo z orientalnym – taoistycznym? buddyjskim? – poglądem na świat.

                                                         Antoni Matuszkiewicz

MOSSAKOWSKA Joanna, "Wytańczone wiatrem". Nowa Ruda : Wydawnictwo MAMIKO, 2004.
ISBN 83-920410-3-8 Seria "poezja polska"
Antoni Matuszkiewicz





POST. NEUERODE. 2002.


1.
Minuta ciszy. Wracaliśmy też w ciszy, pospali się w miarowym szumie wytłumionej kabiny Peugota. Za nami zjawisko, nad którym godziny przedebatowaliśmy w Berlinie. Bo jak nazwać to, co Niemcy nazywają „Gottesfinger”? Te pasma światła przebijające się przez chmury jak rozczapierzona dłoń. Palce Boga rozłożyły się nad Sudetami, opuszczanymi jak zawsze, z poczuciem, że się wraca do siebie, ale jakoś obco będzie wśród ulic nazbyt prostych i zbyt oczywiście prowadzących do celu. Julek zapytał mnie a kto to był ten Zdzichu Żurek. Czytałem właśnie wstęp do jego tomiku, w przeddzień którego Antoni mówił nad grobem poety z Boguszowa, gdy na koszt miasta kładziono go w grotę początku, miękkie przytulisko, które już nie wypuści na zimę. Julek zapytał, kto to był ten Żurek. 10 dni wcześniej, w Kluczborku odszedł Krzysiek. Ich zapracowany anioł od patologusów, więźniom prowadzający młodych poetów do pierdla, a samych młodych poetów chcący jakoś wydźwignąć. I jak opisać migotnięcie człowieka, kiedy uściskał nas przed brama więzienia i fajnie, mówi, że wpadliście. Potem brama raz, obszukanie, krata dwa, krata trzy, siatki, kraty, siatki. Wiersze. Krzysiek przeprosi, że nie było go ostatnio na punkcie spotkań. Wysznytowany więzienny generał przyjdzie po wszystkim i powie, że tą piosenką Stachury to trafiłem, bo rzeczywiście na śniadanie mieli kawę zbożową i chleb i salceson i mają w planie obejrzeć ważny mecz ligi mistrzów. I będzie powrót z Rychem autobusem, przez Gaje Oławskie, sześćdziesiąt kilometrów w trzy godziny. Julek, nie opiszesz teraz nikomu Krzyśka. Ja Ci nie opiszę Zdzicha. Gdy pierwszy raz go widziałem, jeszcze z żoną, taką malutką jak wróbel, gdy Noworudzkie Spotkania z Poezją w Kościele Mikołaja i od ołtarza się czytało. Potem dziekan mszę odprawił i poeci po bokach, jakby koncelebracja jakaś. I razem w tamtej piwnicy. Gileta który fundował wino jako nagrode w konkursie i Teresa Wagilewicz z wierszem o umęczonej stule, a żona Zdzicha w jury konkursu pisanego na serwetkach. Obok niej żona fotografa i żona innego poety – Pola. I On, wielki jak Niedźwiedź. Wyprawy z Davidem po wino, które mniej go interesowały niż wbijanie kciuka w świecę do pierwszej w nocy czemu starałem się wówczas towarzyszyć najlepiej jak umiałem. A Zdzichu o powracaniu do Nowej Rudy welocypedem pamięci. Jakie mi teraz interpretacje jego postaci podpowie ckliwa pamięć. Jak dalece sam siebie oszukam, żeby opowiedzieć przyjacielowi poecie innego poetę, którego nie odwiedziłem nigdy w Boguszowie, ale z którym się pamiętaliśmy. Którego opowiedzą mi inni i wyłoni się nowy obraz. Psa, którego mu odebrano, ostatnich miesięcy w domu wariatów, krążenia wokół domu, podobno potrafił tak całymi dniami. Zapamiętam go tego razu, gdy przyjechał bez żony i smutek zasiał się we mnie, chociaż nie zapytałem, a może opowiedziałby mi, że ona sama tak.
„Chłodny obserwator (...)powie, że te wiersze są przeciętne, królestwo banału. Nigdy nie zgodzę się...” napisze recenzent tego tomiku. Ja też się pod tym podpiszę. Mówił swoim językiem do gór, psa, trawy. Wierzę, że go rozumiały, że odpowiadały mu. I niech sobie tam kręcą nosami. I niech im wykręci te nosy na pohybel. Tak, tu ich boli. Nawet miasta zostaną wkrótce głuche na ich zaklęcia. I pewnie, że chodzi o artyzm, ale Słowo, To Słowo też a może przede. Za nim cała reszta. Minuta ciszy. Palce Boga roztoczyły krąg wokół Ślęży. Mówię, Julek wyobraź sobie, że jesteś pierwotnym człowiekiem i widzisz to co my teraz. Poszedłbym do jaskini i zaczął malować ochrą, odpowie. I tutaj wiesz, boli ich wszystkich. Wiesz których. Zapomnieli, że to nie tylko ćwiczenia na drążkach, że musi być coś jeszcze. To tylko myślę, bo łykam po cichu i zapalczywie łzy. Bo nagle dotarło, powinienem powiedzieć „jebnęło” wręcz, ale znowu to chłopięce gradło nie wymówi, więc tylko napiszę teraz, bo inaczej się nie da. Nawet nie łzy Iwony, nie ta minuta ciszy tak piękna. Nie dyskusyjne „gottesfinger”, którym Milena próbowała zrobić zdjęcie na postoju, tak krótkim, bo jeszcze chwila a trzeba gonić na pociąg, bo musi zdążyć z Brzegu do Krakowa. Ale też nie. To Ty, swoim pytaniem. Nie pytaj mnie Juliuszu kim był. Jest. Rękopisy nie płoną a poeci nie umierają.

2.
Pan zapomniał wysłać zgłoszenie. A bo, psze Pani, to taki odruch warunkowy, że czy się chce czy nie, to się siada za kierownicę fiata, czy innego i się jedzie do tej Akki, Mekki. Jedenasty raz, wie Pani. No ja rozumiem, ale nie będziemy mogli zapewnić noclegu ani wyżywienia. Dobra, proszę sobie nie robić kłopotu, ja przeżyję to jakoś, nie tu, to tam, gdzieś - damy radę. I tego już nie powiem Pani, ale chciałbym napisać to requiem kameralne, którego pierwsze takty, spróbujemy tej nocy, tego poranka , tego świtu jeszcze na chwile odsunąć. Dedykowane będzie potrójnym cieniom żyrandola w jednej piwnicy i tym wykafelkowanym ścianom, początkowo obcym, które dwa lata nasączało się zaśpiewami, przekleństwami, nawet udało się pokochać. Ja tego też teraz nie powiem, ale wiem, że bez słowa, jednego dnia wszystkie te kosmiczne koperki, resztki starych gitar, wszystko znalazło się gdzieś za progiem, bo czas na internet a zakład pracy musi zarobić. Ja nawet rozumiem, ale w sercu mnie ściska, nawet teraz, gdy drzwi na sali obciachowo skrzypią gdy ktokolwiek próbuje na chwilę wyjść. Renia, ta sama Renia, która kiedyś z tym wierszem o telefonie jak sarkofag w wieku lat dwunastu, kiedy to wszystko się zaczęło, nadaje do Swojego na komórce. Żegnam się z nią, jak każdy starszy brat przełykając niedojedzoną z dawien dawna zazdrość. Milena dogorywa obok, próbując szelestem celofanu, w które zawinęło się wyróżnienie, coś tam zagłuszyć. Boguś wpadnie na chwilę tutaj a potem spotkamy się jakiś czas później na piwie rozpamiętywać dawne czasy. Czy już tylko tyle nam zostało. W jakiejś mordowni sączyć tanie piwo? No nie, coś się zrobi. Wiosną czy jesienią. Na razie nie umiem skupić uwagi na wierszach Bogusławy Latawiec, którą przepraszam bardzo z tego miejsca. Czegoś mi w tym tak schludnie utrzymanym ogródku brakuje, a ściślej mówiąc kogoś. Wiem, wiem, widziałem drzazgi na podłodze. Walnęło piorunem, a chromym i frajerom śmierć. Są zaś tacy, którzy nie mogą frajerami zostać nigdy. Niektórym ta sztuka bycia frajerem wchodzi w krew i nie moja wina, że bardziej ich kocham. I schnie we mnie bruzda zaorana kiedyś tam. W chomącie co zatrzymało się z nagła zapadłe boki, żebrowane jak nawa główna. I gdzie ten dobijany, którego zmartwychwstanie miało być ogłoszone. Podnosi łeb, ale wysychają resztki piany na chrapach. I pytam, gdzie oni są?! Gdzie. Ten dobijany gdzieś tu się pasł, skromnie przyginając odrosty w kłębie. Nawet kiedy zarzygani kolesie z „Na Dziko”, powiedzą w czasie występu, że oni to poezja jakaś tam, a jak się nie podoba komuś na sali to niech wypierdala, na co Lorkowski skrzywi się i powie, że już nie może, od tej poezji menstruacyjnej. I jeszcze prozaik Wrocławski, który coś będzie chciał zagrać na gitarze, ale poleci na pysk przed czasem. Później zgaśnie światło, przyjdzie burza. Karol będzie chodził z kartkami miedzy zahipnotyzowanymi i nawet Dzicy na chwilę ucichną. Zapamięta się niewiele, ale z tego co zostanie, wystarczy na długie lata. Tego nie zobaczą ojcowie miasta, w których oczach już zabłyśnie wyrok, gdy zniesmaczeni ruszą swoje urzędnicze tyłki w stronę wyjścia. Ja wiem, mnie to też wówczas nie smakowało. Ale przynajmniej miałem tę błogosławioną chęć przywalenia komuś w ryja, chociaż brzydzę się przemocą. Błogosławione niech będą wszystkie jasne chwile zdecydowania z którym wkracza się na drogi, bez furtek znaczących szlaki odwrotu pobitych milczeniem. A będzie ten dobijany koń jakiś czas później, gdy jeden starszy zasiądzie z jakąś młodą na kolanach. I ten jeszcze jeden obok niego, powtarzający jego słówka, jak zaklątka. I młoda szybko zostanie ogłoszona jako największy talent, a starszy będzie się tłumaczył, że to ona się jego uczepiła, chociaż gołym okiem było widać, że ku obopólnej kontentości. Ot, gry których nie powinniśmy być świadomi, gdy dostajemy tomik do ręki. No więc gdzie ten puls, że chociaż niedobrze się robiło, to przynajmniej było wiadomo, że coś się dzieje. Bez ryzyka nie ma olśnień. Więc teraz wprawdzie od obojętności kawałek ale do komunii daleko. Co z tego, że grzecznie gdy obco i pusto. Kiedyś tu będzie Rumunia. Jeszcze tylko ten dawny song „Republiki” co się odbija czkawką, gdy tak tu siedzę i nie opuszcza, nawet gdy okazuje się, że i spanie się znajdzie i jedzenie. Gdzie oni są!?
Proszę Pani, ja jestem bardzo stąd, tak jak Oni. A dlaczego nie mają tutaj swojego miejsca, to przecież ani moje ani ich zmartwienie. To miasto jest nasze. Na razie chodzimy w oczekiwaniu na ten piracki okręt, który przypłynie którymś z licznych strumieni. Opluci, opluci, opluci.
Jeszcze tu wrócimy. Doskonale wierni. Topole przed internatem, przy ulicy Zaułek puszczają zielone. Zmartwychwstanie będzie ogłoszone.

3.
Nazajutrz na stacji szybki uścisk dłoni z Julkiem. Jeszcze raz, jakimś tekstem, tak banalnym, że może paść tylko miedzy nami:
- Widzisz poetów jak psów pochowają
A Julek, tez chyba zasłyszanym gdzieś cytatem:
- Bo poeci jak psy idą prosto do nieba

Radosław Wiśniewski, czerwiec 2002


Radosław Wiśniewski





pytajniki stawiane „po norwidowsku” - Bogdan Widera


To poezja jaką lubię. Dużo bawienia się słowem, czasem nieoczekiwanym rymem, jest humor, są nawet pytajniki stawiane „po norwidowsku”. Pozornie „formalizm”- jak by powiedzieli socrealistyczni krytycy. A przecież za tymi zabawami kryją się niejednokrotnie obrazy bardzo liryczne, otwierające wyobraźnię albo budzące skojarzenia poruszające. Wiersz „po grabki”: „chodź, idziemy do piachu”- mówi matka/ do swojego synka. Albo „zwierzęta i ludzie”: w „żabce” kartonowa pani reklamuje jakiś bank.//jest piękna, martwa i uśmiechnięta.//na jej policzku siedzi wesoła mucha/i też udaje// nieżywą. Inspiracją są rzeczy zobaczone, podsłuchane i – gdyby nie zamknięto ich w „klatce wiersza”- właściwie błahe. Nieoczekiwanie nabierają znaczenia, stają się nośne. Nie ma wątpliwości, że to prawdziwa poezja. Brzoska, choć to człowiek młody (nie ma jeszcze trzydziestki) chłonie świat.
Wielu innych „patrzy w siebie” i nudzi.

Bogdan Widera

(recenzja ukazała się w „Śląsku”, nr 11/133)

Wojciech BRZOSKA.
Sacro casco. Nowa Ruda : Wydaw. Mamiko, 2006






Płonące oczy


Gdy wziąłem do ręki zbiorek wierszy W. Brzoski Wiersze podejrzane mile mnie zaskoczyła oprawa graficzna: czarne tło, wyrazista twarz poety, w niej płonące oczy. Ciekaw byłem, czy w tekstach też jest tyle ognia. Postanowiłem tym wierszom bliżej się przyjrzeć.
        Po pierwszym, pobieżnym czytaniu (gorące pierwsze odczucia bardzo sobie cenię) pozostała we mnie chęć powtórnego przeczytania kilkunastu wierszy. Wymienię tylko kilka: „drugi oddech”, „uśmiech losu”, „wiersz paradoksalnie prawdziwy”, „ *** (cztery zgrabne foki...)”, „pokolenie”, „kicz”, „*** (nie jestem tu za karę ...)”, „cienie, postępy”. Autor w scenach wziętych bezpośrednio z życia (tramwaj, autobus, kontakty koleżeńskie) stara się wyzwolić drzemiącą tam metafizykę. Bardzo udaje mu się to w wierszu „drugi oddech” :
W środku / zimy w obronę bierze nas stary / mróz który kradnie gorące oddechy / rzeźbi na szybach kryształowe / ornamenty ze słów. one właśnie / zakwitają językami liści, szronem / topniejących snów ! W niektórych tego typu wierszach przydałaby się jednak wyraźniejsza puenta, bo czytelnik poezji- przecież bardziej literacko wyrobiony- nie zawsze potrafi ją odkryć. Podoba mi się również, podobny w uzmysławianiu przemijającego czasu tekst „uśmiech losu”. Cały zbiorek jest ciekawy semantycznie, żywy, a potoczny czasem język przydaje mu pieprzu. Poeta chce nas wyzwolić z kolein tradycyjnego myślenia, odświeżyć czytanie liryki. Chociaż nie jestem przekonany, czy tak dużo tekstów ( to ogólna cecha poetów roczników siedemdziesiątych) powinno odnosić się do codzienności lub ją komentować. Czy nie trzeba czasem „dorzucić” trochę eschatologii czy ontologii ( takiej w rozumieniu R. Ingardena) ?
       Pochwaliłem tomik, o jeden wiersz jednak mam pretensje, ten ze str. 52- „nie, prawda ?”. Taki komentarz z marszu gdziekolwiek byś szedł. Brak tu pogłębienia poetyckiego, żadnej puenty, bezkrytyczne postrzeganie otoczenia: wczoraj pod płotem / widziałem jeża /tak, to był / szczur. Przecież Brzoska umie pisać mądre i krótkie wiersze. Przytoczę dla przeciwwagi- mam w lesie/ całą Częstochowę- krótki, mądry, trafny- „pielgrzymka”.
       Mam wrażenie, iż ten zbiorek jest trochę słabszy od dwu poprzednich. Autor to jednak poeta- młodzieniec. Przełomy twórcze i zawirowania literackie przed nim. Najlepiej mu życzę. Na pewno napisze jeszcze wielkie wiersze. Wypada wierzyć R. M. Rilkemu, że poezja nie jest uczuciem, jest doświadczeniem.


                                               Jerzy Lucjan Woźniak

                                              „Kurier Literacki”, nr 4 (14)/2003

Jerzy Lucjan Woźniak





Bieszczadzki brulionizm. O „Dróżniku” Jacka Mączki.



Najnowszy tomik Jacka Mączki pt.
„Dróżnik” zaskoczył mnie tym, że miałem poetę z Sanoka za poetę-wędrowca skupiającego się na drobiazgowych, ale i ciekawych opisach bieszczadzkiej przyrody. Gdzie samotność i przyroda przenikały się i uzupełniały. Nie była to twórczość bliska poezji uczniów Jerzego Harasymowicza, była bardziej pisana współczesną frazą, a nowy tom wierszy pokazał poezję Jacka Mączki z nowej, nie znanej (mi) perspektywy. Tu poeta jeszcze bardziej zmaga się ze współczesną poezją, język jej jest zupełnie ponowoczesny, choć bliskość natury pozostała. Mamy tu wiersze wypracowane na szkołach brulionowej i nowonurtowej charakteryzujących się skrótową mową informacyjną, językiem potocznym sytuującym się gdzieś w pobliżu idiomów Sendeckiego, Barana, Wróblewskiego, a zdawkowe komunikaty, obserwacje i przysłowia pochodzą jakby ze szkoły Zadury.

W „Linii frontu” czytamy „Okopałem się na wysuniętych rubieżach - // coraz bardziej przezroczysty, / unieważniam siebie”. Te zdania epatują znaną i często wykorzystywaną w latach 90-tych metaforyką militarną, tak charakterystyczną dla ponowczesności, w której z jednej strony mówiło się o przyjaźni i solidarności, ale jednak za cenę codziennie staczanych walk z nakładającymi się na siebie rzeczywistościami - społeczną, prywatną, polityczną. Tu poeta nie atakuje, ale okopuje swoją samotność. Przeciwko czemu? Światu, siebie, poszukiwaniom? W poezji Mączki nie ma łatwych odpowiedzi. Transparentność, przezroczystość kojarzy się z jednej strony z odejściem od uczuciowego egotyzmu, ale także od siebie jako jednostki. Co potwierdza konstatacja w ostatniej linijce o unieważnieniu siebie. To jest bardzo ciekawe stwierdzenie – okopać się, czyli dać sobie spokój, by społeczeństwo i media nie kazały „ego” i samolubności brać góry nad sobą. Poeta sytuuje się „na progu”, w ponowoczesnym pomiędzy. A słowa „dotkliwa świadomość / nieodwracalności następnego kroku” jakie czytamy w „Na progu” pokazują jakie emocje, refleksje nachodzą poetę i sprzeczności, na których usytuowała się także poezja ponowoczesna z lat 90-tych. Poeci z lat 90-tych już dawno rozwiązali problem – albo olali wyścig szczurów, nowy kapitalizm, nowe wymagania krytyki – nowe bo rynkowe, albo przeszli na pozycje instytucjonalnego literaturoznawstwa. Bo wolność poezji z lat 90-tych okazała się utopią. Dlaczego? Bo wyjście z dookola społecznego, w ponowoczesne „pomiędzy”, owa walka o chwilę własnej autonomiczności w odrębności okazały się iluzją. Bo dojmująca okazała się nieciągłość takiego doświadczenia, bo każde bycie pomiędzy, tu albo tu, kazałao wrócić do egzystencjalizmu, do sartrowskiego „skazania na wybór” i tak jest w poezji Mączki. „Nieodwracalność następnego kroku” to właśnie skazanie na wybór, ta poezja z lat 90-tych ze zwykłości uczyniła dramat egzystencjalny i wprowadziła napięcie pomiędzy czynnościami, światem i człowiekiem, wprowadziła za duży rozstęp pomiędzy ja poety i światem. Zaczerpnięcie kiedyś świeżego powietrza „zdrowego rozsądku” przez poetów współczesnych z lat 90-tych zamknęło rozdział poezji opisującej zwykłe zdarzenia z niezwykłym, dramatycznym napięciem. A widać, że w tym wydaje się zamkniętym rozdziale poezji polskiej przebywa Mączka, próbuje go na nowo czytać, podejmować próby zrobienia z tym polskim egzystencjalizmem lat 90-tych czegoś innego i nowego. Doszedł do niego od innej strony, nie zaczynał od niego, a teraz zmaga się z nim. Poeta jakby od innej strony doszedł do skrzyżowania polskiej poezji lat 90-tych z własnym tworzeniem poezji.

I co? Co nas czeka za rogiem? Poeta z tego egzystencjalnego impasu, wychodzi tak, z jednej strony odwołuje się do klasyka, czyli Czesława Miłosza, gdyż zaczerpnął motto do wiersza „Z zielnika” z „Gucia zaczarowanego”, a z drugiej czyni rzecz niezwykłą. Spaja metaforę z konkretem, gdyż opisując swoje ogrodnicze zamiłowania: „posadziłem miętę, bazylię i oregano (&#8230;)// Wybierając / traciłem – rzeki, miasta, gwar / targowisk w upale, / a nawet twarze.”, także pokazuje swój wybór, że po wolterowsku zamierza raczej „uprawiać własny ogródek”, niż zajmować się sprawami świata. W „Tropach” słyszymy odgłosy polowania, w „Zimnie” czytamy o szorowaniu podłogi i oglądaniu „kiepskiego filmu / Cronenberga o Jungu”, po czynnościach związanych z utrzymaniem czystości domostwa i zainteresowaniach kulturalnych w poecie odzywa się przyrodnik, którym zawsze był i jest. Wspomniany wiersz kończy się obrazem sikorki zjadającej resztki jedzenia. Także widzimy w poezji Mączki opisy spacerów i wycieczek po okolicach. Jednak jest to pisane inną frazą niż kiedyś, bardziej tonem sprawozdawczym i gazetowo-informacyjnym. Poeta także studiuje księgi, zapisuje sny, gdzieś okopany w górach, zmywa, gotuje, także medytuje jak w „Bardo”, gdzie pojawia się znów ponowoczesne „pomiędzy”, ale konkretne bo czytamy o siedzeniu na miedzy. Towarzyszem na odludziu jest znajomy Adam, który od czasu do czasu pojawia się w wierszach.

Na czym polega siła poetycka Jacka Mączki? Na tym, że model polskiej poezji z lat 90-tych wyprowadził z przestrzeni miejskiej, w wiejską, w krajobraz lesisty i górski. Także na ponowoczesne bycie „pomiędzy”, którym jest wyjazd w góry, który zawiesza decyzję i pozwala studiować książki, czy też podglądać zmiany w przyrodzie, nałożył medytacyjne, buddyjskie „pomiędzy”. Jednak jak czytamy w jednym z wierszy „Frank O&#8217;Hara nie byłby ze mnie zadowolony” nie wpisuje się Mączka do końca w poetykę polskiej poezji przefiltrowanej przez dokonania nowojorskie. Perspektywa buddyjska pojawiała się w poezji Suski, więc w wielu poszukiwaniach poetyckich doskonały warsztatowo Mączka chodzi po śladach wcześniejszych twórców, ale pod względem połączenia formy i treści robi coś zupełnie nowego. Czy czytał ktoś wiersze Świetlickiego, Barana, czy Sendeckiego o wsi? Nie. Tam tylko zapuszczał się Podsiadło, ale Mączka nie ma mentalności walczącego hippisa.

Poeta w „Dróżniku” jest pomiędzy, trzeba zaczekać by zobaczyć co wybrał, jaką podjął decyzję do następnego tomiku i należy mu życzyć by ten następny tom był równie udany jak „Dróżnik”, albo lepszy, choć nie ma na co narzekać. Wśród setek książek poetyckich jaka się dziś ukazuje w Polsce, odważne wydaje się podjęcie dyskusji o polskiej poezji lat 90-tych, która nagle się urwała, kiedy młodzi prozaicy zaczęli zarabiać na domy wydawnicze, czasopisma i recenzentów, a poeci wybrali status quo i pojawiła się jedna nowa lingwistyczna opcja po 2000 roku. Wyjście z dyskusji o ponowoczesności w smrodliwych miastach, ciasnych redakcjach to wg Mączki wyjazd na wieś, przyroda, lektura.

Jacek Mączka. Dróżnik, Nowa Ruda : Mamiko, 2014

Mateusz Wabik





Literackie impresje o człowieku i sensie życia w książce Iwony Mesjasz - „Gaguły”



     Słownik języka polskiego nie zawiera hasła „gaguły”. Jest to, jak „Ferdydurke” Gombrowicza, neologizm językowy stworzony przez pisarkę na użytek literacki. Choć sam wyraz brzmi dadaistycznie, po przeczytaniu książki opatrzonej tym tytułem, można sądzić, że „gaguły” to rozmyślania, refleksje, sądy, opinie.
     Autorka książki – Iwona Mesjasz – należy do młodego pokolenia dolnośląskich twórców. Wszechstronnie utalentowana humanistka realizuje się w poezji, prozie i publicystyce. Została nagrodzona w konkursach literackich: za prozę w Świdnicy, i za poezję w Gliwicach. Pracuje jako nauczycielka języka angielskiego.
     „Gaguły” wydane w oficynie Apolonii Maliszewskiej „Mamiko” w Nowej Rudzie to zbiór 45 miniatur prozatorskich, zatytułowanych najczęściej jednym wyrazem. Są to strzępy rzeczywistości, fragmenty listów, portrety osób, elementy wspomnień – słowem impresje z różnych życiowych obserwacji i doznań. Pisarka swobodnie posługuje się prozą realistyczną, groteską i poetyką snu. Stąd też literacka forma miniatur jest gatunkowo zróżnicowana. Znajdziemy wśród nich obrazki, opowiadania, listy, portrety osób, szkice filozoficzne.
    Obok żadnej z miniatur nie można przejść obojętnie. Każda z nich, tak jak sobie tego życzy w esejach Umberto Eco, wyraźnie oczekuje reakcji czytelnika. Jedne ewokują dyskomfort moralny, inne wstrząsają ponurym naturalizmem (np. „Ilonka”), jeszcze inne budzą wzruszenie i zadumę.
     Człowiek – literacki bohater poszczególnych utworów – rzadko jak gdyby wstydliwie przeżywa ulotne chwilę szczęścia. Przeważnie niesie przez życie bagaż swojego losu ulegając po drodze rozczarowaniom, goryczy, cierpieniu. Sportretowane przez pisarkę dzieci: Ala, Wychowanek, Ilonka, są w jakiś sposób nie przystosowane do życia społecznego, zaniedbane przez rodziców, upokarzane przez życie. Najbliższe i najlepiej znane autorce środowisko szkolne zostało pokazane w kilku miniaturach realistycznie, z gorzkim rozczarowaniem do wprowadzanej reformy i do dalekich od ideału relacji: nauczyciel – uczeń.
     Szkic „Techno – fantasy” zawiera szczegółową analizę wpływu gier komputerowych na rozwój osobowy najmłodszego pokolenia. Autorka z ironią wylicza „korzyści” jakie wynoszą mali komputerowcy z obcowania z wirtualną rzeczywistością: - poznawanie ideologii totalitarnych, - przyjmowanie negatywnych wzorców za autorytety, - widzenie świata jako miejsca walki na śmierć i życie, - postrzeganie drugiego człowieka jako wroga, - przekonanie, że litość i współczucie dla słabszych jest czymś poniżającym. Czytelnik nie może postawić pytania pełnego niepokoju: Co wyrośnie z tej generacji zafascynowanej magią komputerowego okienka?
     Jednak najwięcej miejsca w książce autorka poświęciła problemom eschatologicznym, ostatecznym: przemijaniu i śmierci. W rozważania o tym co, nieuniknione, wpisane są myśli o Bogu i o płytkiej, niepełnej wierze i religijności człowieka. Nawet w kościele członkowie wspólnoty chrześcijańskiej potrafią podczas liturgicznego misterium patrzeć wrogo na inną osobę, która chce przyklęknąć w drewnianej ławie, zajętej tylko w części. Z takiej świątyni Bóg jak jaskółka w pierwszym obrazku chce wydostać się na zewnątrz : do przestworzy, do słońca i światła.
     Głębia moralnego niepokoju autorki wstrząsa sumieniem czytelnika. Przecież od nas zależy, czy świat, w którym żyjemy będzie lepszy. Pisarka nie mówi o tym wprost, nie narzuca się z natrętnymi dydaktyzmami, ale poprzez wyrazistość obrazu nakazuje indywidualną refleksję, myślowe zatrzymanie się, zadumę nad życiem i rzeczywistością.
     Podsuwa też czytelnikowi wzruszające i budujące przykłady : starej nauczycielki zasłaniającej sobą jak tarczą niesfornego ucznia, z którym młoda koleżanka ma trudności, babci pogodzonej z ostatecznym rozwiązaniem i starającej się nie sprawiać otoczeniu kłopotu swoja osobą, sołtysa , w którym jeszcze nie zgasła ufność w ludzi, pana Karola skromnego i zapracowanego intelektualisty, palacza czytającego podczas mszy świętej tekst biblijny z głęboką wiarą.
     Wszystkim, którym nieobojętny jest moralny wizerunek człowieka i ludzkiej zbiorowości i którzy chcą pochylić się nad niełatwą problematyką egzystencjalną, polecam przeczytanie tej niezwykle mądrej i pouczającej książki.





                                                Sabina Skowron






„Nowy, wspaniały świat ?”


      Powieść „Sen” Andrzeja Trembaczowskiego jest pierwszą i jak na razie ostatnią pozycją fantastyczno – naukową w ofercie noworudzkiego wydawnictwa MAMIKO. Jej główny bohater młodzieniec Chris żyje w jakimś syntetycznym, idealnym, wirtualnym świecie, gdzie komputery pełnią rolę rodziców, wychowawców i nauczycieli. O klasie społecznej decydują tzw. „poziomy” zastępujące wykształcenie. Chris właśnie zdał na „szósty poziom”, a wiec znajduje się dość wysoko w hierarchii tego futurystycznego społeczeństwa. Młodzieniec zna tylko rzeczywistość wykreowaną przez komputery, które spełniają wszystkie jego zachcianki. I tak wraz z przyjaciółmi Henrykiem i Sylwią wypoczywa nad morzem, nurkuje podziwiając bogactwo rafy koralowej, przeżywa niebezpieczne przygody uczestnicząc w safari. Chris jednak nie ma absolutnie żadnego pojęcia o rzeczywistym świecie, co go zaczyna coraz bardziej niepokoić. Nie potrafi objaśnić sobie dziwnego snu, w którym pojawia się on sam, jako mały chłopiec oraz surrealistyczna ryba – hybryda. Tytułowy sen kończy się koszmarną pożogą i rozgardiaszem. Chłopiec – Chris zostaje w rezultacie porwany przez nieznanych ludzi. W zasadzie później cała fabuła powieści skupi się na poszukiwaniach przez Chrisa odpowiedzi na tę sama zagadkę. W młodzieńcu budzą się wątpliwości i podejrzenia, co do namacalności i tak reklamowanej doskonałości świata, w którym przyszło mu żyć. Śledztwo, które poprowadzi na własną rękę, doprowadzi go do nieoczekiwanych i zaskakujących rezultatów. To tyle krótkiego wprowadzenia...
       Powieść A.Trembaczowskiego czyta się dobrze i stanowi jej niewątpliwy atut. Trzeba przyznać, iż "„Sen" jest napisany sprawnie i z polotem. Mocną stroną pisarza są dialogi składające się przede wszystkim z replik. Wątki natomiast splatają się w miarę logiczną całość, co jest przecież bardzo ważne w prozie fabularnej. Odniosłem wrażenie, że nad fabułą powieści unosi się duch twórczości Philipa K. Dicka („Ubik”) oraz Stanisława Lema z jego „Kongresem futurologicznym”. Można byłoby również w tym miejscu przywołać Georga Orwella z powieścią „Rok 1984”. Wypada mi tylko żałować, iż autor jedynie szczątkowo potraktował kwestię realności wirtualnego świata. Wątek ten został lekko zarysowany.
A przecież główny bohater „Snu” niejednokrotnie zastanawia się, co jest prawdziwe, a co jest tylko kreacją komputerową. Problematyka ta jest teraz jak najbardziej na czasie, a odświeżyli ja ostatnio, kontynuując koncept Dicka , filmowcy obrazami „Matrix”, „Raport mniejszości”, „Trzynaste piętro, „ Pamięć absolutna” itd. Autorowi omawianej powieści zabrakło chęci albo wyobraźni, by zaskakująco spuentować powyższy wątek. Ja przynajmniej miałem uczucie niedosytu, gdyż oczekiwałem wyjaśnienia bardziej ambitnego.
       A. Trembaczowski nie omieszkał przemycić do „Snu” coś ze swoich życiowych pasji ; wyczerpująco objaśnia podstawy surviwalu, udziela rzeczowych informacji o florze i faunie raf koralowych itp. Muszę jednakże odnotować pewną nieścisłość fabularną; pisarz ustami jednego z bohaterów książki stwierdza, że zwierzęta wyginęły w jakimś kataklizmie, co nie zgadza się z później opisanymi faktami. Pojawia się również kwestia zwierząt – mutantów (ryba-hybryda), a autor zbywa je milczeniem, w ogóle ich nie przedstawiając. Poirytowało mnie także nadmierne moralizatorstwo w zakończeniu powieści – opis „dzikich”, którzy żyją, jakby znajdowali się w jednej z pierwszych komun chrześcijańskich. Te partie tekstu są najbardziej infantylne i naiwne. Ale przestaję się już czepiać... Podsumowując; muszę oddać honor A. Trembaczowskiemu, iż pomimo tych kilku niedociągnięć i mankamentów, napisał całkiem niezłą powieść fantastyczno – naukową, którą z czystym sumieniem mogę polecić miłośnikom tego rodzaju prozy.
                                                             Mariusz Poźniak
A.Trembaczowski, „Sen”. Wydaw. MAMIKO, Nowa Ruda 2003

Mariusz Poźniak





Recenzja w "Charakterze pisma"


http://piotrwiktor.blox.pl/2012/03/Anna-Dwojnych-gadu-gadu-MaMiKo-Nowa-Ruda-2011.html
Piotr Wiktor Lorkowski





    Fizyka przemian ("Teoria przemian" Antoni Olgierd Misiak)



    Kiedy sięgam pamięcią wstecz przychodzą mi na myśl rozliczne fascynacje związane z tajemnicami. Jako dziecko wielbiłem tajemnice. Dziecięca wyobraźnia dostrzega je wszędzie. Pamiętam też pierwsze fascynacje literackie i filmowe. Miałem wtedy ograniczony dostęp do telewizji. Być może dzięki temu ostatnie osiem lat mojego dorosłego życia obywam się bez tego wynalazku. Ale pamiętam jak bardzo pragnąłem oglądać filmy nadawane wieczorami po godzinie dwudziestej, a zwłaszcza te, w których losy bohaterów splatały się w tajemnicze, trwające długie lata, zależności. Fascynowały mnie zagadki, które po rozwiązaniu odkrywały rodzinny spisek, bądź wcześniej nie znany związek pomiędzy jakimś niecnym złoczyńcą i szlachetną osobą. Czytana wtedy literatura dziecięca nie zawsze spełniała wymóg tajemnicy, ale to właśnie powieści z ukrytą zagadką zapamiętałem najlepiej. Z czasem literatura stała się bodźcem drążącym w głowie znacznie głębiej niż film.
    Moje wspomnienia nie są niczym wyjątkowym. Większość z nas pamięta poszukiwanie tajemnic w najprostszych historiach, odkrywanie zagadek w najzwyklejszych miejscach. Szczęściarze, którzy mieli dostęp do babcinego strychu mogli w nieskończoność stwarzać swoje własne tajemnicze światy. Bo to tam najczęściej można odnaleźć stare, porzucone przez czas, skrzynie, które pokryte kurzem fascynują od wieków.

    Powieść Antoniego Misiaka jest historią pewnej skrzyni, której otwarcie zmienia losy ludzi, a być może nawet naszego świata. Skrzynia jest rodzajem skarbca i akumulatora zarazem. Ludzie, których przeznaczenie zbliżyło do niej, wikłali się w sprawy ważne dla świata. Ale „Teoria przemian” jest nie tylko opowieścią o skrzyni. Są z niej wyciągane kolejne postacie, które swoimi czynami, zbierają wokół siebie dalsze tajemnice. Każda postać ciągnie za sobą welon niezrozumiałych zdarzeń, które można tłumaczyć na wiele sposobów. Autor bawi się w tłumaczenie nietypowych zachowań, mnożąc tropy niemal w nieskończoność. Nie dba przy tym o prawdopodobieństwo. Zdarzenia opisane w powieści należą do mało prawdopodobnych. Nadmorskie miasto bez nazwy skupia w sobie moc sprawczą, którą porównać można do stworzonego przez Marqueza Macondo. Ale to nie realizm magiczny ma wpływ na grawitację, nie on niszczy budynki, czy przemienia człowieka w sokoła. Kluczem do tych wydarzeń jest&#8230; fizyka. Jej przedstawicielem jest postać Profesora, który jako nauczyciel akademicki jednak nie zapomina, że świata wytłumaczyć się właściwie nie da. To on, po oddaniu się badaniom nad tajemnicą skrzyni, znika ze świata rzeczywistego. Ze wspomnień studentów dowiadujemy się, że jego wykłady zawsze były jakby rozmową z kimś niewidocznym, a niezrozumiałe konkluzje wydawały się udzielaniem odpowiedzi komuś spoza sali wykładowej. Wykłady były serią pozornie nie pasujących do siebie zdań, które zdawały się tworzyć nową powieść o fizyce. Postaci w typie Profesora jest w powieści więcej. Imają się różnych zajęć. Każda z nich dąży do odkrycia tajemnicy. Proboszcz, Santiago, Roman, czy też mająca za sobą podróż do Iranu Barmanka, poszukują być może tego samego. Nawet osoby kierujące się bardziej przyziemnymi celami, napiętnowane są tajemnicą. Historię Szmaragdowego Pana tłumaczyć można na kilka sposobów, a przecież pod nimi wszystkimi skryta jest ta najbardziej banalna. Czy był zwykłym złodziejem uciekającym po dokonanej kradzieży pieniędzy z zakładowej kasy, romantycznym kochankiem, czy czyimś wysłannikiem, nie dowiemy się nigdy.

    Antoni Misiak opowiada i opowiada. Wydaje się, że fascynuje go snucie samonapędzających się opowieści. Pod koniec powieści wyznaje: Opowieści płynęły, przeplatały, łączyły różne czasy i miejsca. Autor uwielbia mnożyć tropy niemal do granic absurdu, aby potem dać do zrozumienia, że może to być nieprawda. Bo przecież prawdy się nie dowiemy. Prawda jest nieprzenikniona. Czasem tylko możemy dojrzeć więcej. Przypomina mi to, znalezione w tekście, analizującym jedno z opowiadań Nabokova, zdanie M.D. Shrayer&#8217;a, który napisał, iż bohater zdolny był dostrzec „detale”, będące „transcendentalnymi wzorami przeświecającymi przez fasady zwykłego świata”. Podobną zdolność mają postacie autora „Teorii przemian”, które są zawsze uwikłane w liczne, otaczające ich tajemnice. Czytając powinniśmy zapomnieć o prawdopodobieństwie. Nie wskazane jest też rozmyślanie nad podaną prawdą historyczną, bo historia, podobnie jak fizyka, jest jedną z powieściowych heroin.

    W powieści w zasadzie brak dialogów. Jest zbiorem wielu historii, które łączą się na różne sposoby. Czasem są ze sobą ściśle związane, a innym razem łącznikiem jest jedynie ledwie zauważalny szczegół. Autor unika sensacji, bo cała opowieść jest sensacją. Nie ma w niej szalonych pogoni ani strzałów zza węgła. Nikt nie wymienia pod stołem teczek i nie mówi do ukrytego mikrofonu. Występujący w niej szpiedzy pracują dla nieznanych sił, które już nie jeden raz w historii zaważyły na losach świata. Powieść nie ujawnia tanich teorii spiskowych. Wydaje się, że to do końca nie zbadana fizyka, idąca pod ramię z historią i być może kimś jeszcze, od tysięcy lat snuje bezustanny spisek. Jej (nie)codziennymi szpiegami są niemal wszystkie występujące w powieści postacie. Zdobyta przez nich wiedza okazuje się niejasna, a zaistniałe wydarzenia mają prawie zawsze swoje zwykłe, policyjne wytłumaczenia.

    Antoni Misiak opowiedział nam dręczące go historie w sposób prosty i skomplikowany zarazem. Język powieści jest zwyczajny, ale nie brakuje w nim poezji. Poezja otwiera nas na tajemnicę, a rozmiękczona poezją fizyka ma nam dać klucz do zrozumienia.
    Przypuszczam, iż autor mógłby powtórzyć słowa Sandora Marai&#8217;a: Powinniśmy tak ćwiczyć naszą świadomość i umiejętność patrzenia, abyśmy i w tym, co pospolite, co nas otacza, w codzienności umieli dojrzeć to, co jest jednorazowe, cudowne, wizyjne.

    Grzegorz Mucha

MISIAK Antoni.
Teoria przemian. Nowa Ruda : MaMiKo, 2010
Grzegorz Mucha





MARIAN DZIWNIEL ”HOMO VIATOR” WSPÓŁCZESNEJ EUROPY


       Tytuł książki Mariana Dziwniela „Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę”sugeruje rozważanie literackiego motywu wędrówki. Pozycja ukazała się w noworudzkim Wydawnictwie „Mamiko” w 2007 roku. Została opatrzona wstępem dolnośląskiego poety -
Antoniego Matuszkiewicza.
       Kulturowy motyw wędrówki wyrasta z dwóch źródeł archetypicznych ; z „Biblii”oraz
antycznej literatury greckiej. Jego funkcjonowanie w kulturze nowożytnej obejmuje
w rozumieniu dosłownym przemieszczanie się grupy osób lub pojedynczego bohatera
z miejsca na miejsce, czyli podróżowanie w czasie i przestrzeni, a w sensie metafizycznym oznacza człowieczy los, ludzką drogę przez życie.
       Chrześcijański filozof wczesnego średniowiecza – Święty Augustyn – twierdził,
że człowiek jako istota żyjąca znajduje się w ciągłym ruchu. Określił jednostkę ludzką
łacińskim terminem „homo viator”, czyli wędrowiec, pielgrzym.
       W książce Mariana Dziwniela „Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę”odnajdujemy
obydwa znaczenia motywu wędrówki ; realistyczny i metafizyczny. Utwór jest pamiętnikiem autora opowiadającym o jego dzieciństwie na kresach wschodnich, czyli na terenach dzisiejszej Białorusi; okresie wczesnego wieku męskiego w Świdnicy na Dolnym Śląsku i etapie dojrzałości życiowej i początku wieku emerytalnego we Francji. Losy pierwszoosobowego narratora utworu wyraźnie wpisują się w historię II połowy
XX i początków XXI wieku. Jest to przede wszystkim burzliwa historia narodu polskiego,
a w szerszej perspektywie także innych narodów Europy.
       Ciepło i nostalgicznie autor opisuje swoją małą ojczyznę – rodzinną Ziemię Grodzieńską, rozciągającą się nad Niemnem i jego dopływami. Arkadyjskość krajobrazu
i dziecięce poczucie bezpieczeństwa zmąciła sytuacja polityczna tych terenów. Po II wojnie światowej Polacy zamieszkujący okolice Grodna i Lidy znaleźli się poza granicami Rzeczypospolitej. Narrator pamiętnika wzrastał w klimacie ateizacji i komunizacji ludności opierającej się sowieckiej ideologii, obcej polskiej rodzimej tradycji. Mimo intensywnej indoktrynacji, prowadzonej przez władze stalinowskie, ludność Ziemi Grodzieńskiej nie uległa depolonizacji. Większość decydowała się na wyjazd do Polski, niektórzy nie mogąc rozstać się z ojcowizną, pozostali, a kolejne ich pokolenia tworzą dziś silne skupiska polonijne na Białorusi. Rodzina Mariana Dziwniela zdecydowała się opuścić ukochane miejsca i wyjechać do Polski w 1958 roku, czyli wtedy, gdy kończył się okres repatriacji.
Osiedli w Świdnicy na Dolnym Śląsku. Tutaj autor książki ukończył szkołę średnią, ożenił się i podjął pracę w Świdnickiej Fabryce Urządzeń Przemysłowych. Obdarzony wrodzonym
impulsem dążenia do pełnej, obywatelskiej wolności, stał się aktywnym działaczem opozycji politycznej, przeciwstawiającej się zniewoleniu narodu. Opierając się na faktach, szczegółowo, zrelacjonował okres robotniczych strajków , ponury czas internowania
w stanie wojennym; własny i swego pokolenia nonkonformizm wobec ówczesnych władz polskich.
       Trzeci etap jego życia to już lata nad Sekwaną. Wraz z falą uchodźców politycznych przeniósł się wraz z rodziną w 1982 roku do Francji. Tam dzięki pomocy wielu ludzi dobrej woli, solidaryzujących się z walczącymi o wolność Polakami, znalazł swoją stabilizację, własne miejsce na ziemi i stworzył bezpieczny dom dla swojej rodziny.
Dziś jest szczęśliwym i spełnionym człowiekiem, ojcem trojga dorosłych, wykształconych
dzieci, żyjącym dostatnio i bezpiecznie. I choć Francja jest jego ojczyzną drugą, z wyboru,
nigdy nie wyrzekł się swoich narodowych korzeni. Swój pamiętnik kończy patriotycznym
credo, powtarzającym jak litanijny zaśpiew słowa:
       &”JA JESTEM POLAKIEM”
Z książki Mariana Dziwniela bije autentyzm, głęboka miłość do Polski i permanentne dążenie do wolności kraju i każdego człowieka. Pamiętnik jest mocno osadzony
w faktografii. Prawdziwe są nazwiska, daty, wydarzenia. Dlatego można go określić jako relację dokumentalną. Podkreślają to załączone fotografie i kserokopie dokumentów, zwłaszcza z okresu stanu wojennego.
       Motyw wędrówki, dominujący w książce M. Dziwniela, ukazuje człowieka – tu samego autora- w ruchu, zgodnie z kosmiczną zasadą dynamiki świata. Ma również wymiar symboliczny. Staje się pretekstem do refleksji o ludzkim losie, o kondycji człowieka wobec
przeciwieństw i trudności i o jego ustawicznym dążeniu do celu, którym może być zdobycie kolejnych doświadczeń i dochodzenie do prawdy o świecie i o samym sobie.
                                                       SABINA SKOWRON

Marian Dziwniel.
Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę. Mamiko, 2007
Sabina Skowron





Rozpoznanie bojem poetyckimi wyznaniami szydercy


       Na tomik poetycki Rozpoznanie bojem Maćka Frońskego składają się w znacznej mierze utwory autorskie, nie brakuje w nim jednak parafraz utworów literackich, zarówno z kanonu klasyki polskiej, jak i obcej.
       Twórczość Frońskiego z pewnością zasługuje na miano trudnej – nie w kwestii interpretacyjnej, raczej ze względu na sposób ekspresji emanującej z poszczególnych wierszy, ich język i niejednokrotnie szarganie świętości. Wszystko to sprawia, że choć w większości utrzymane w biesiadnej tonacji, na nutę Anakreonta wiersze, okraszone odrobiną ironii i zabarwione często obscenicznymi akcentami, szokują i bulwersują czytelnika. Uderza przede wszystkim konstrukcja poszczególnych utworów, w których wzniosłość kontrastuje z przyziemnością i rubasznością, przeszłość ze współczesnością. Zasada kontrastów nimi rządząca sprawia, że jednych twórczość Frońskiego może zachwycać, innych – zrażać, tak czy inaczej budzi emocje, co jest przecież głównym celem poezji.
       No właśnie, poezji...Intertekstualność wierszy tworzących tomik Rozpoznanie bojem wskazuje, że ich autor doskonale orientuje się w literaturze. Jego wiedzę literacką poświadcza także umiejętne, zgodne z konwencją, wykorzystywanie różnorodnych gatunków literackich. To jest z pewnością atutem utworów. Co wobec tego razi? Nadmiar ironii, wulgarny język, prześmiewczy ton, sprowadzanie do sfery profanum tego, co święte, trywialne rymy balansujące na granicy wierszoklectwa. Wszystko to sprawia, że tomik Rozpoznanie bojem jest dla mnie jedynie zbiorem wierszy nieskłaniających mnie do refleksji i podjęcia jakiejkolwiek próby interpretacyjnej. Z tego powodu nie mogę nazwać ich poezją. Może nie mam racji, a może po prostu Erato nie obdarzyła mnie wrażliwością na ten rodzaj sztuki?

Maciek FROŃSKI.
Rozpoznanie bojem Nowa Ruda : Wydaw. Mamiko, 2006
Urszula Brzezicka





Tajemnicze meandry ludzkiego życia w „Krajobrazie z atramentowym wieczorem” Michała Zantmana.


     Prawnik z Krakowa – Michał Zantman – w swojej książce wydanej na progu 2006 roku w noworudzkiej oficynie „Mamiko”, wprowadza czytelnika w niezwykły, owiany mgłą tajemnicy, świat.
Ludzie w tej książce są zwyczajni ze swymi nawykami i upodobaniami. Rolę narratorów, obok narratora-autora, przyjmują w poszczególnych fragmentach: dziewczyna- uczennica miejscowej szkoły i młody chłopiec, o którego wieku i zajęciu nie dowiadujemy się niczego konkretnego. Narracja bohaterów pozwala poznać ich psychikę, mentalność, obawy, wahania. Odautorski typ prowadzenia relacji ukazuje postacie postrzegane z boku, z dystansu, z wyższej lub szerszej perspektywy, określane z pozycji behawioralnych obserwacji. Krąg postaci poszerza się w miarę rozrastania się książki. Poznajemy najbliższe otoczenie dziewczynki : Ciotkę i Wuja Leona oraz chłopca – narratora : jego Ojca i Matkę. Interakcje dwojga młodocianych narratorów z ludźmi ze świata zewnętrznego pozwalają czytelnikowi spojrzeć na inne osoby mieszkające w miasteczku :Nauczycielkę, Dyrektora, Sędziego, Doktora, Profesora, Burmistrza i jego gosposię Mariannę, Krawcową, Fryzjera, Kelnerkę, Portiera w hotelu. Autor zapisał miana wszystkich postaci swojej książki wielką literą. Być może dlatego, że z wyjątkiem Wuja Leona i Marianny, nie używa zupełnie imion własnych. Ten zabieg autorski pozwala czytelnikowi utożsamić się z dowolną postacią książki. Przedstawione osoby – to może być każdy z nas.(Jedermann).
     Fragmentaryczność budowy utworu pozwala nam odejść od postępowania i zachowań jednej postaci na rzecz innej, by na dalszych kartach książki znów do znanych osób powrócić. W ten sposób poznajemy stopniowo społeczeństwo małego miasteczka, w którym żyją postacie utworu. Paralelnie z nimi istotną rolę w organizacji tekstu literackiego pełnią przedmioty – powracające, narzucające się obserwacjom i myślom bohaterów :
spodek z mlekiem, filiżanka z kawą, kwiatek w doniczce, karafka, gazeta, konewka, sanki, walizka, solniczka. Przedmioty te pełnią funkcję atrybutów, pozwalających czytelnikowi identyfikować postacie.
     Osoby, rzeczy i często przywoływany kot, istnieją w dziwnym świecie, w którym światło brzasku i samego dnia jest ulotne i trwa bardzo krótko. Zewnętrzny świat ludzi spowija mgła – kotłująca się, wciskająca w szczeliny ulic, w korytarze domów, między ściany mieszkań. Przyjmuje różne odcienie: od szarego, poprzez atramentowy do głębokiej czerni. Postaci wydają się w otaczających ciemnościach zagubione, niepewne kierunku swojej drogi, wątpiące w trafność wybranego celu.
„Dokąd iść”? –pyta dziewczynka po wyjściu z mieszkania Cioci. „Gdzie są komórki, o których mówił dziadek, na prawo czy na lewo?”
„Do którego domu wejść”?- zastanawia się Doktor.
     Dialogi występujących w utworze postaci są bardzo skromne, niemal ascetycznie, są
Strzępami rozmów. Ograniczają się do niezbędnej wymiany słów, zdań, ich równoważników.
Wszechobecność cienia, ciemności, atramentowego wieczoru kryje w sobie głęboką, egzystencjalną tajemnicę. Tajemnica ta dowodzi wielkości, uniwersalności utworu. Nieznający swej przyszłości człowiek, niepewnie porusza się w świecie pełnym zagadek
i wymagającym od niego ciągłych wyborów.
Czy pójść w lewo, czy w prawo? – to w gruncie rzeczy fundamentalne pytanie natury egzystencjalnej, moralnej.
Człowiek dokonuje wyborów każdego dnia. Są wśród nich wybory dotyczące codziennych spraw błahych i wybory ważne, od których zależy czasem całe życie jednostki i bliskich mu w sensie rodzinnym, zawodowym, czy sąsiedzkim, ludzi. Autor książki akcentując tajemniczość ludzkiego bytu i konieczność częstego podejmowania decyzji, napisał utwór o trudach ludzkiej egzystencji, o meandrach życia, o odpowiedzialności jednostki za jej los.
     Mimo dominacji ciemnych barw w krajobrazie miasteczka, książka nie jest przygnębiająca czy posępna.
Czyta się ją jak tajemniczą baśń, oprowadzającą przybysza po tajnikach ludzkich myśli, po świecie nie w pełni poznawalnym.
Sprawia to język tekstu, zupełnie poetycki, choć całość została napisana prozą. Autor zawarł w książce bogaty materiał leksykalny, liczne tropy stylistyczne i poetyckie skojarzenia. Stronę estetyczną utworu podnoszą zjawiska artystyczne typowe dla poetyki snu, metafory i porównania. Oniryzm, wszechobecny w tekście, pozwala postawić pytanie: czy osoby wystepujące na kartach utworu przeżywają to wszystko naprawdę, czy też może to wszystko im się śni?
     Zachęcam Państwa do uważnego przeczytania literackiej suity Michała Zantmana, do próby udzielenia odpowiedzi na postawione tu pytania i poszukiwania nowych warstw sensów i znaczeń przy artystycznej, zamkniętej książce ”Krajobraz z atramentowym wieczorem”.
                                 Sabina Skowron






Pokłady wrażliwości (Janusz L. Sobolewski-"I zamknę cicho drzwi..."



   Tomów reportaży na rynku księgarskim dziś niewiele, a wśród tych, które trafiają do rąk czytelnika, dominują zapisy wydarzeń i towarzyszących im mechanizmów dziejowych. Rzadziej są to opowieści o ludziach: ich wnętrzu, pogmatwanych losach, pogruchotanych, często w sposób nieodwracalny, biografiach.
   Ze swej strony zawsze preferowałem ten drugi rodzaj pisarstwa faktologicznego. Uważam bowiem, że w życiu każdego, kto grzebie piórem w rzeczywistości społecznej, nastaje moment, w którym uświadamia sobie, że w obrębie tworzywa, z jakim się zmaga, próbując je zakomponować w zdania i słowa, w miarę upływu lat pojawiają się nowe twarze, nazwiska i adresy, mechanizmy natomiast pozostają te same, i to nawet mimo zmiany w międzyczasie całej formacji ustrojowej. W rezultacie, gdy przed redakcyjnym biurkiem siada kolejny człowiek, wydobywający z przepastnej teczki stosy przywiezionych przez siebie dokumentów i innych papierów, łapiemy się niepostrzeżenie na tym, że, mimo iż nie zdążył jeszcze otworzyć ust, wiemy już, co powie. Bo to jest ciągle ten sam spektakl odgrywany jedynie w lekko tylko modyfikowanych dekoracjach.
   Inaczej wygląda rzecz z ludzką psychiką, która dla reportera stanowi niezmiennie żywą, pulsującą tkankę, wyposażoną za każdym razem w szczególne, osobiste kody. Dlaczego? Bo każdy człowiek jest inny, a do jego wnętrza nie da się dotrzeć za pomocą jednego, zuniformizowanego klucza. A to już - samo przez się - stwarza szansę znalezienia nieodkrytych jeszcze pól umożliwiających zgłębianie tego, co wydaje się nowe, świeże, nieskażone rutyną, pociągające dzięki temu, że relacjonowane przeżycia, fakty i zdarzenia znaczone są piętnem indywidualizmu.
   Z tego punktu widzenia tom reportaży ''I zamknę cicho drzwi...'' Janusza L. Sobolewskiego jest w stanie zadowolić licznych miłośników pisarstwa faktologicznego. Kreśląc bowiem dziejowe zawirowania, które modelują ludzkie losy, autor ukazuje je zawsze poprzez pryzmat konkretnego człowieka. I nieistotne, czy będzie nim kaleki lekarz z Nowej Sarzyny, niosąca duchowe pocieszenie siostra zakonna, czy Jan Hałuszko z głęboko poruszającego reportażu ''Jedno życie, a koniem go nie objedziesz'' (cóż za piękne, nawiasem mówiąc, hasło wywoławcze!). Ważne, że w trakcie lektury czytelnik niepostrzeżenie zaczyna identyfikować się z przeżyciami bohaterów, próbuje rozumieć motywy ich działania, niemal fizycznie odczuwać głęboką traumę ludzi, z jakimi obcuje.
   Dużo w książce Sobolewskiego odniesień do lat wojny, która uformowała świadomość nie jednego, lecz kilku pokoleń, przeorała do bólu nieprzeliczone biografie, przełamała je na pół, zaciążyła na całym późniejszym życiu. Przemijały ideologie, które wciągnęły wielu w swoje tryby, rozsypywały się w pył prawdy i ideały, w jakie wierzyli, a oni musieli na przekór wszystkiemu trwać. I na nowo - nie zawsze z sukcesem - formować swoje człowieczeństwo.
   Błądziliśmy? Nie mogę tego powiedzieć. My, na dole, robiliśmy to, czego ludzie potrzebowali - powie bohater reportażu ''Stalinowiec''. A nieszczęsny paranoiczny morderca, któremu zapisy biblijne pomylą się z życiem - po tym, jak zabije sąsiada, ukrzyżuje jego zwłoki na podobieństwo Chrystusa - zapisujący w ten sposób w pamięci potomnych swoją ofiarę na wieki?
   To bardzo dobra, poruszająca książka, odwołująca się do najgłębszych pokładów wrażliwości i zmuszająca do refleksji nad meandrami ludzkiego bytowania - tu i teraz. Więc może jeszcze - w kontekście tomu Janusza L. Sobolewskiego - warto na końcu odwołać się do słów jednego z najwybitniejszych, moim zdaniem, współczesnych polskich poetów, Wiesława Sokołowskiego z podskierniewickiej Rawki, który napisał, że dochodzenie prawdy w sobie jest jedyną szansą uczestnictwa w misterium życia.
                           Marek Rymuszko
                           Prezes Stowarzyszenia Krajowy Klub Reportażu
                           Warszawa, kwiecień 2011 r.


SOBOLEWSKI Janusz L.
"I zamknę cicho drzwi...". Mamiko, 2011


Marek Rymuszko





Review: Marian Dziwniel: Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę


After researching the Polish „Solidarity emigration” to France for over a year, I am all too aware that little has been written on the Polish Community which formed in France in the 1980s.
I first learnt about the Book: Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę by Marian Dziwniel in the Polish Bookshop in Lille.
In his work Marian Dziwniel provides a comprehensive autobiographical testimony of a Polish „Solidarity émigré's” experience. Not only has it provided me with invaluable evidence in the area of my research but also took me on two fascinating journeys: one through space, all the way from Poland's borderlands, through the Silesia region, up to the banks of the Seine. The other a journey in time, through the convoluted history of Poland, so painful and yet profound and unique. The Author's personal testimony, his sense of belonging to various regions and cultures, his experience of incessant exile imposed by circumstance, his candid reflection on the pros and cons of his decision to leave Poland during the martial law in 1982 - shortly after he had been interned for his activities in the anti-communist opposition – all add to the book's value as a reliable personal and social document.
I read with great interest, and with utmost respect, about the difficult times the Author and his family had to go through during their initial period in France. Having arrived in France with only 150$ in his pocket, his sick wife, three children, a one way ticket, and no word of French, it was necessary to start a new life from scratch. The Author's determination in his search for job and accommodation for his family, but, above all, his commitment to providing his children with best education and careers chances can be said to be the essence of his life and are profoundly moving.

Marian Dziwniel sent me the book himself, a couple of months ago, with a short note saying: „Wherever you go or live your life - stay Polish, at all times”. It must be said about the Author that, even so far away from his homeland, he has always carried Poland in his heart. He has also actively participated in the life of the Polish Diaspora in France, by publishing in Polish magazines, frequenting and organizing various cultural events. Always proud of his roots, he, together with his wife, Maryla, has been successful in passing this sense of belonging to their children. Their son Tomasz is now living and working in Krakow!

I was truly blessed to have met Marian in person, following a couple of months of our e-correspondence, and to have read Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę which has provided me with wonderful insights into his personal story and also into the situation of the Polish community in France. I feel really empowered with Marian's benefit of hindsight which he has been so generous to share with me and all his readers.

There is no doubt that Marian Dziwniel's autobiography has made a valuable contribution in the area of migration studies and émigré autobiographical writing. It has also been of much help in my work with the students of Polish Language and Culture at Trinity College Dublin.

Ewelina Debaene

DZIWNIEL Marian.
Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę. MaMiKo, 2007

Ewelina Debaene





Niewątpliwą zaletą książki „Znad Niemna przed Odrę nad Sekwanę” jest jej ogromna wartość dokumentalna.


Marian Dziwniel to działacz dolnośląskiej Solidarności, współzałożyciel i przewodniczący Związku w Świdnickiej Fabryce Urządzeń Przemysłowych, organizator, społecznik. Jeden
z tysięcy, którzy w latach 80-tych mrówczą pracą napędzali działalność Solidarności
i stanowili o jej sile. Aresztowany i internowany tuż po wprowadzeniu stanu wojennego, po wyjściu na wolność postanowił wyjechać. Wraz z rodziną wyjechał do Francji i tam mieszka do dzisiaj. Nigdy jednak nie zerwał kontaktów z krajem i nie przestał interesować się zmianami w nim zachodzącymi.

Tak w dużym uproszczeniu rysuje się sylwetka M. Dziwniela, jaką on sam odmalował na kartach książki „Znad Niemna przed Odrę nad Sekwanę”. Jest to swobodnie opowiedziana historia życia i działalności autora, z wielką historią w tle. Choć, może należałoby powiedzieć inaczej: owa wielka historia często wysuwa się tu na plan pierwszy, jawi się jako potężny czynnik przeplatający się z życiem ludzkim i determinujący je w stopniu bardzo dużym. Autor, urodzony w jakże przełomowym 1945 roku, w polskiej rodzinie
z tradycjami, ale poza granicami nowej Polski (na terenie Białoruskiej SRR), od dziecka wychowywany w oporze wobec systemu komunistycznego i jednocześnie obserwujący
z bliska najbardziej bandyckie metody, jakimi tenże się objawiał. W wyniku paradoksu historycznego pod hasłem „repatriacja” (czyli w rzeczywistości politycznej lat 50 – tych: powrót obywateli polskich do ojczyzny z terenów... których nigdy nie opuścili) trafił do Świdnicy (a jakże: miasta „goszczącego” silną załogę wojsk rosyjskich), gdzie doczekał agonii PRL-u, ale sam moment jej śmierci przyszło mu obserwować już z dalekiej perspektywy francuskiej.

M. Dziwniel, spisując swoje przeżycia, stworzył swego rodzaju ciekawą syntezę: historię własnego życia mniej lub bardziej zgrabnie splótł z historią przez duże „H”. Nie napisał ani autobiografii w pełnym tego słowa znaczeniu, ani podręcznika historii. Dało to ciekawy efekt, choć autor w swej pracy różnie rozkłada akcenty i zdarza się, że niektóre z nich przytłaczają, jak np. zbyt obszerny, i nie pozostający w większym związku z całością, opis dziejów polskiej granicy wschodniej, będący swego rodzaju wstępem do opisu epizodów ze swojego dzieciństwa i młodości, które, z historycznej konieczności, upłynęły na terenie ZSRR. Zupełnie jakby autor starał się udowodnić, że ludzie, których rzeczywistość powojenna odnalazła poza Polską, nie przestali być Polakami tylko dlatego, że przywódcy mocarstw zadecydowali, że odtąd wszystko co polskie, ma kończyć się wraz z linią Bugu.
Jak dzieje pojedynczego człowieka przeplatają się tu z dziejami państw i narodów, tak też opisywane życie w cieniu wielkiej polityki miesza się ze zwykłym życiem codziennym, jego radościami i smutkami: mamy więc tu sielski obraz młodości we wsi Stara Dębowa, miłość, życie rodzinne, wreszcie galerię przyjaciół. I tutaj różnie rozkładają się akcenty, a tematy mieszają niekiedy może nazbyt swobodnie.

Niewątpliwą zaletą tej książki jest jej ogromna wartość dokumentalna: zarówno dla badającego dzieje stanu wojennego historyka (bo akurat stan wojenny i jego następstwa wybijają się na plan pierwszy), jak i dla każdego czytelnika zainteresowanego niedaleką przeszłością. Mamy tu szczegółowy opis zdarzeń, jakie nastąpiły w życiu autora po
13 grudnia 1981 roku. Uważne oko wychwyci w tej opowieści mechanizmy działania milicji i służb specjalnych, dostrzeże zabójczą perfekcję, z jaką pacyfikowano Solidarność, przekona się o najdrobniejszych szczegółach operacji aresztowania i internowania.
Z pewnością każdy z zainteresowaniem przekona się, jak wyglądało życie codzienne więźniów politycznych, zatrute ciągłą niepewnością i strachem o własne życie. Obraz to wyczerpujący i chwilami bardzo przejmujący, ubogacony barwnymi anegdotami, ciekawostkami i dodatkowymi komentarzami.

Dzisiaj, kiedy o najnowszej historii Polski pisze się dużo i nie zawsze z zachowaniem stosownego dystansu, lektura
„Znad Niemna przed Odrę nad Sekwanę” daje sporo satysfakcji, mimo pewnych niedociągnięć warsztatowych i dużej swobody w dobieraniu wątków. Czytelnik otrzymuje prosto opowiedzianą historię, która nie próbuje niczego udowodnić, nikogo oceniać ani manipulować faktami. Lektura to z pewnością dla każdego, kto chciałby dowiedzieć się czegoś więcej o niedalekiej przeszłości Polski, oglądanej niekoniecznie przez pryzmat teczek i donosów.

Marian Dziwniel.
„Znad Niemna przed Odrę nad Sekwanę”Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2007
Jakub Skwarło





JOUISSANCE, CZYLI TERYTORIUM TRZMIELA


Grzegorza Woźnego czytelnicy mieli (i nadal mają) okazję poznać jako poetę mającego na koncie dwa tomy wierszy: Każda godzina zdatna do picia (1999) i Landszaft (2010). Trzeba przyznać, że jego poezja nie należy do łatwych w odbiorze, bo poeta lubi penetrować tworzywo językowe we wszystkich możliwych kierunkach, przyglądać się każdemu słowu z osobna, zgłębiać jego semantykę i dopasowując do siebie te struktury, tworzyć nowe frazeologie, zupełnie inne od tych, do których przywykł przeciętny odbiorca słowa artystycznego. Poezja lingwistyczna, którą uprawia Woźny ma stosunkowo wąskie grono odbiorców, a prawdziwych miłośników takiego pojmowania poezji to niemalże pojedyncze persony. Wieloletnia „zabawa” w zespalanie słów pozornie do siebie niepasujących pozwala skutecznie przekonać, że Woźnemu obce jest zastosowanie powszechnie rozumianego słowotoku. Każde słowo użyte w tekście jest na wskroś prześwietlone, dokładnie obejrzane są wszystkie warstwy semantyczne i dopiero wówczas, z uwypukleniem konkretnego znaczenia, słowo jest używane do budowania tekstu. Trudna to sztuka tak dla twórcy jak i dla odbiorcy. Ale Grzegorz Woźny to nie tylko poeta. Z dużą zręcznością posługuje się pędzlem i całą paletą kolorów nakładanych na płótno ustawione na sztalugach, lecz to temat na inną okazję. Można tu tylko zaznaczyć, że Woźny sam zaprojektował okładkę do swojej powieści, co pozwoli odbiorcy – jeżeli jest wyczulony na walory estetyki malarskiej – zorientować się w stylu jaki reprezentuje. Autor Landszaftu podejmował też próby zmierzenia się z materią języka prozatorskiego i to na tyle skutecznie, że kilka krótkich form prozatorskich miało okazję znaleźć się w różnych antologiach. Ale prawdziwym wyznacznikiem dojrzałości Woźnego jako prozaika jest dużo dłuższa i poważniejsza forma wypowiedzi – powieść.

Nit. Tak autor zatytułował swój powieściowy debiut. Trzeba przyznać, że ten tytuł nie jest zbyt zachęcający do sięgnięcia po książkę, nie posiada magnetycznego oddziaływania na potencjalnego czytelnika, choć opinia ta może mieć charakter czysto subiektywny. Jednakże istnieje też duże prawdopodobieństwo, że tytułowe słowo stanie się elementem przyciągającym i ktoś wyciągnie rękę w stronę tej książki. To, co dla jednych jest czynnikiem zniechęcenia, dla innych potrafi być intrygujące i przepełnione ciekawością, którą należy jak najszybciej zaspokoić. Na samym początku swojej książki Woźny podaje słownikową definicję wyrazu, który posłużył za tytuł powieści. I tu niespodzianka – choć może nie dla wszystkich. Źródłem, z którego autor zaczerpnął definicję „nitu” jest internetowy portal „Wikipedia”, z którego to większość użytkowników tego dobrodziejstwa czerpie swoje informacje. Jednakże wielu ostrzega też, że „Wikipedia” jako źródło informacji nie jest do końca wiarygodne. Bywają przypadki, że twórcy haseł żartując sobie, tworzą definicje pojęć, które istnieją tylko i wyłącznie w ich wyobraźni, wymyślają postacie i preparują im życiorysy nadając im wszelkie znamiona realności. Zdarzało się, że takie hasło-żart było cytowane w poważnych pracach o charakterze naukowym. Epizodyczne to przypadki, ale jednak zdarzające się i podważające dobre intencje naukowca, który nie jest przecież pozbawiony cech nieomylności. Tak więc przy korzystaniu z tego rodzaju internetowych informacji zalecana jest spora doza czujności i ostrożności. Ale, na szczęście, zdecydowana większość haseł zawartych na stronach „Wikipedii” opracowana jest w sposób rzetelny i odpowiedzialny. Ów portal jest również pewnym symbolem początku XXI wieku. W dobie wszechogarniającej cyfryzacji życia spora część wiedzy pochodzi z Internetu właśnie. Chyba tylko starsze pokolenie ma jeszcze czas i cierpliwość na szukanie informacji poprzez kartkowanie książek i czerpanie przyjemności z przewracania kartek zwilżonym na języku palcem, albo syceniu ucha melodią ich szelestu.

Młody mężczyzna, Bogdan Trzmiel, powraca do rodzinnego miasta na Dolnym Śląsku z zarobkowej emigracji w Wielkiej Brytanii. Tak zaczyna się historia opowiadana na stronach Nitu. Woźny już na samym początku dotyka problemu czasu teraźniejszego, którym jest opuszczanie własnego podwórka/kraju w poszukiwaniu lepszych perspektyw na wzbogacenie i urozmaicenie swojego bytu materialnego. Otwarcie rynku pracy przez wiele krajów europejskich spowodowało lawinowe wręcz wyjazdy do landów mających gospodarkę dużo lepszą od polskiej, a tym samym dających duże szanse na dobre zarobki. Wielu, w szczególności młodych ludzi, podjęło ryzyko znalezienia tychże dobrych zarobków, choć niekoniecznie takiej samej pracy, ale rzeczywistość okazuje się nie dla wszystkich łaskawa i nie wszystkim pisane jest szczęście na obcym terenie. Ci, którym się to nie udało, wracają do kraju z pustym portfelem, jednakże są bogatsi w nowe doświadczenia, które będą mogli wykorzystać w przyszłości i na rodzimej ziemi. Powrót Bogdana Trzmiela do kraju może oznaczać tylko jedno: czeka go egzystencjalna walka z bezwzględną rzeczywistością, z tym, co tak lapidarnie nazywa się prozą życia. Zacznie się na dobre zapuszczanie korzeni i to w sposób dość schematyczny. Jako dojrzały(?) wiekiem mężczyzna, wchodzący dopiero w pełnoprawną dorosłość, musi pomyśleć o własnym kącie i o znalezieniu jakiejkolwiek pracy, żeby móc utrzymać siebie i swoją kobietę, z którą planuje założyć podstawową komórkę społeczną. Najciekawszy w całej tej historii jest sposób podejścia do życia bohatera Nitu. Można odnieść wrażenie, że Bogdan Trzmiel przechodzi coś w rodzaju aksjologicznej mutacji: już nie jest małym chłopcem spędzającym czas na beztroskich zabawach, ale nie jest też w pełni dojrzałym facetem, który to w sposób jednoznaczny i zdecydowany potrafi określić swoje życiowe priorytety, który zdolny jest do rezygnacji z przyjemności na rzecz poprawy egzystencjału swojego i osoby mu bliskiej – Iwony, narzeczonej, a w niedalekiej przyszłości żony. Zachowuje się tak, jakby jego naczelnym mottem życiowym było horacjańskie carpe diem quam minimum credula postero (używaj życia jak najmniej ufając przyszłości). To raczej życiowa swawolność bierze jeszcze górę nad bohaterem, a dojrzałość emocjonalna jest jeszcze daleko przed nim.

Historia Bogdana Trzmiela pisana jest w pierwszej osobie, więc czytelnik w naturalnym wręcz odruchu może wziąć głównego bohatera za alter ego samego autora powieści, choć z drugiej strony, notabene, powieść zawiera wiele wątków autobiograficznych, ale nieco przefiltrowanych i podkoloryzowanych na potrzeby książki.
W trakcie lektury Nitu powinny pojawić się pytania i jest to chyba naturalny stan rzeczy, kiedy książkę czyta się z należną uwagą. Pytanie pierwsze może dotyczyć samego bohatera powieści: kim jest ten człowiek i dlaczego jego zachowanie ma taki a nie inny przebieg. Drugie pytanie związane jest z tym, co się dzisiaj określa pojęciem „target”: do kogo skierowana jest ta książka, jaki rodzaj czytelników powinien po nią sięgnąć? I skąd w tytule słowo wzięte z warsztatu mechanicznego? Udzielenie odpowiedzi na pierwsze z pytań nie będzie należało do zadania łatwego. Mechanizm psychologiczny człowieka jest mechanizmem na tyle złożonym i skomplikowanym, że zaszufladkowanie, jednoznaczne określenie jest niezwykle trudne, a nawet niemożliwe. Dlatego też dla uproszczenia sobie zadania dużo elementów w takich przypadkach ulega uogólnieniu, zamknięciu w pewnym powszechnie przyjętym paradygmacie. Pomija się wchodzenie w szczegóły, nie analizuje detali. Kim zatem jest Bogdan Trzmiel? Z całą pewnością dla każdego czytelnika będzie kimś innym, bo każdy będzie go postrzegał przez pryzmat własnych doświadczeń, wiedzy i aparatu pojęciowego, który pozwoli nadać nazwy poszczególnym elementom charakterystyki. Wstąpienie w związek małżeński nie jest dla głównego bohatera żadną ważną cezurą, granicą oddzielającą życie młodzieńca, który musi się wyszumieć i męża biorącego na swoje barki współodpowiedzialność za kondycję związku. Erotyczne przygody, które niejako same się nadarzają, bez zabiegania o nie, są dla Trzmiela chlebem powszednim. Znalezienie się w takiej sytuacji, przyprawia młodego małżonka o amnezję względem swojej ślubnej, automatycznie wyrzuca ją ze swojej świadomości na czas erotycznych zabaw, a kiedy jest już po wszystkim, nawet nie ma poczucia jakiejkolwiek winy, kac moralny nie jest wpisany do jego świadomości. Ilość seksualnych przygód Bogdana Trzmiela może w pewnym stopniu świadczyć o uzależnieniu, jego zachowanie w tym względzie mocno ociera się o kompulsję. Zaspokajanie erotycznych żądz idzie w parze z alkoholem spożywanym w ponadprzeciętnych ilościach. Przy każdej możliwej okazji w ręce bohatera tkwi puszka piwa, które nie jest wcale traktowane jak alkohol. Ot, zwykły napój, którego popijanie umila spędzanie czasu. Nie gardzi też tymi wysokoprocentowymi. Bohater Nitu jawi się więc jako typowy samiec, który nie jest w stanie w sposób skuteczny okiełznać swojej zwierzęcej natury, a kobiety traktuje w sposób przedmiotowy. Jest tak egoistycznie zapatrzony w zaspokajanie swoich potrzeb, że nawet nie potrafi zaangażować się emocjonalnie w bycie ze swoją żoną. Jej to chyba jednak nie do końca przeszkadza, skoro toleruje jego ekscesy i nie grozi odejściem. Takie nieme przyzwolenie daje poczucie bezkarności i pozwala na kontynuowanie zaliczeń kolejnych panienek, wlewać w siebie wyroby przemysłu spirytusowego pod każdą postacią. Podobny typ bohatera kreślił w swoich powieściach Charles Bukowski, dlatego też, jeśli ktoś wcześniej miał do czynienia z prozą Bukowskiego, z pewnością zdoła odnaleźć wiele wspólnych mianowników z Nitem Woźnego. Bohatera wykreowanego przez Woźnego można oskarżać o brak odpowiedzialności za swoje czyny, brak szacunku dla płci przeciwnej i wiele innych rzeczy, ale można również podjąć próbę jego usprawiedliwienia, bo w końcu człowiek jest tylko człowiekiem i wszelakie słabości są jednym z jego elementów. Może warto okazać mu nieco współczucia, wyrazić zrozumienie dla jego postępowania? Ożenek i podjęcie pracy w szkole języków obcych mogą stanowić nikłe, ale jednak dające jakąś nadzieję, perspektywy na wejście w rolę prawdziwego męża i głowy rodziny. Trzeba dać mu tę szansę i obserwować dalszy rozwój wypadków. Być może narodziny dziecka będą stanowiły przełom w hedonistycznym pojmowaniu życia. Tytułowy nit ma pewnie za zadanie coś lub kogoś złączyć w sposób trwały, ale jednak, kiedy zaistnieje taka potrzeba, dać się zdemontować, by całość wróciła do stanu pierwotnego. Być może chodzi o głównego bohatera, który powinien scalić się z pewnymi wymogami, które stawia przed nim dorosłe życie. Przede wszystkim powinien podjąć próbę emocjonalnego „znitowania się” z żoną i z zadaniami codzienności wobec bycia we dwoje. Poprzez takie „znitowanie się” powinien niejako wymusić na sobie stosowną postawę wobec życiowego imperatywu. Dlaczego autor do scalenia wybrał nit, a nie śrubę? Może dlatego, że nit się zaciska, zaklepuje, a śrubą trzeba kręcić. Kręcenie nie najlepsze w tym przypadku wywołuje skojarzenia.

Ta książka jawi się jako przestroga dla kobiet, którym rzeczywiście może przytrafić się taki partner życiowy i gdyby istotnie do tego doszło, należy jak najszybciej obrać jakąś strategię na tę okoliczność i nie pozwolić sobie na reifikację przez takiego seksoholika i moczymordy. Dla mężczyzn (z pewnością nie wszystkich) Bogdan Trzmiel może stanowić model, z którego w żadnym wypadku nie należy brać przykładu, bo zaspokajanie wyłącznie własnych pragnień jest odzwierciedleniem próżności i jest raczej źle przyjmowane przez otoczenie. Ale znajdują się przecież i tacy, którym taki typ macho którejś tam kategorii będzie imponował i sprawiał wrażenie niezależności. Dla nich ta książka będzie zbeletryzowanym przewodnikiem po szorstkiej i brutalnej rzeczywistości naszych czasów. Wybór opcji zależy oczywiście od wartości, którymi kieruje się sam zainteresowany tym wyborem.
Nit Woźnego to swoisty signum temporis. Normy obyczajowe i moralne podlegają ciągłej metamorfozie w stronę mocno posuniętej liberalizacji. Nikogo już nie dziwią dzieci ze związków pozamałżeńskich, nie ma hamulców na używanie słów wulgarnych w miejscach publicznych (w mediach), albo w towarzystwie kobiet. Wszechogarniająca golizna też nie wzbudza sensacji i dreszcze nie przebiegają po plecach na widok roznegliżowanych panienek. Szczególnie widać to w klipach do rockowych utworów muzycznych; kiepską muzykę rekompensują kipiące erotyzmem teledyski.

Książek o podobnej tematyce, które dokumentują współczesność, jest na naszym rynku wydawniczym wiele, więc Nit raczej nie będzie błyszczał na tle innych sobie podobnych publikacji. Ale czy to nie jest tak jak z filmami opatrzonymi informacją „adult”, na których ciągle dzieje się to samo, a mimo to ów przemysł filmowy ma się całkiem dobrze i znajduje liczne grono odbiorców obu płci. Trzeba mieć nadzieję, że czytelnik po lekturze tej książki wyciągnie głęboko idące wnioski. Oby tak się stało.


                                                         Tamara Hebes

WOŹNY Grzegorz. Nit. Nowa Ruda : Mamiko

Tamara Hebes





Michał Zantman „Krajobraz z atramentowym wieczorem”


       Książka autorstwa Michała Zantmana jest pewnego rodzaju próbą. To próba spisania czegoś niemożliwego. Próba wielce ryzykowna, która prowokuje czytelnika. Bo to przede wszystkim czytelnik wystawiany jest na próbę. Dotyczy to zarówno czytelnika niecierpliwego, jak i pożerającego fabułę czytacza. W ich przypadku Zantmanowi grozi odrzucenie. Pierwszy szybko wstąpi w stan irytacji, a drugi znużenia. Do jakiego zatem czytelnika powieść jest skierowana? Sądzę że nie do tego, zaprawionego w bojach z tekstem postmodernistycznym i wszelkimi nowinkami. Raczej do czytelnika szukającego w prozie nastroju. Tu nastroju jest aż nadto. W trakcie czytania brnie się, coraz bardziej zagłębiając się w oniryczny świat. Brnie, czasem z niemałym trudem, bo autor nikomu nie zamierza „odpuszczać”. Zantman powoli buduje świat małego miasta, w którego istnienie wierzymy, a które jakby wciąż na nowo się staje. Postaci krążą po nim, bezustannie szukając siebie. Trafiają w miejsca przypadkowe, które wydają się im nowe. Bo każde miejsce w trakcie książkowej rzeczywistości się zmienia. Zarazem mimo zmian, w gruncie rzeczy wszystko pozostaje takie samo. Działa tu jakby rodzaj czasoprzestrzennej pętli, która jest zagadką. Przypuszczam, że także dla autora, który pewno musiał stworzyć powieściowe miasteczko, aby oddać gnębiący go obsesyjnie nastrój.
       Powieść nie ma linearnej fabuły. Ludzie się spotykają, rozmawiają, piją (na ogół jedynie wodę) i próbują się gdzieś udać. Zawsze na próbach się kończy. Wszyscy krążą w pobliżu rynku, bądź hotelu, a owe miejsca z zadziwiającą łatwością zmieniają położenie. W tym mieście każdy gdzieś podąża w celu załatwienia błahej (na ogół) sprawy. Prawie żadne z podjętych działań się nie udaje. W zasadzie jest obojętne, czy są to poszukiwania zaginionych dzieci, wyjście po papierosy, czy bezustanne poszukiwanie kota. Bohaterowie gubią się wśród ciemnych zaułków, jakby nie rozpoznawali własnego miasta. Ciemność zawsze zapada gwałtownie. Granica pomiędzy dniem i nocą bywa radykalna. Cel się gubi, a ludzkie figurki próbują powrócić, ale okazuje się to niemożliwe. Natrafiają na nieznanych sobie ludzi, którzy bardzo często okazują się... ich bliskimi. Do wnętrz domów, a nawet mieszkań w świecie Zantmana dostać się jest łatwiej, niż na wspomniany rynek. Wystarczy nacisnąć klamkę. Tym światem rządzi zaniechanie. Paradoksalnie, najwięcej energii ma przybywająca do miasteczka staruszka. I to ona, jako jedyna, podejmuje próbę wydostania się z niego. Przyjechała pociągiem i takim samym sposobem pragnie wyjechać. Czy się uda? Autor nie byłby sobą, gdyby na to pozwolił. Ale dzięki jej rozpaczliwej próbie czegoś się o tym świecie dowiadujemy.
       „Krajobraz z atramentowym wieczorem” można przeczytać szybko, albo bardzo powoli. Czytanie szybkie pozostawi w czytelniku niejasne wrażenie przeżytego snu na jawie. Powolne zaś, jest ryzykowną grą, która może się nie powieść. Czy zatem warto do owej gry zasiąść? Otóż warto, choć gra to przedziwna i niczego nie obiecująca. Autor nie daje do zrozumienia, że czytelnika czeka nagroda. Nagrodą pozostaje proces wejścia w ów senny, wieczorny, atramentowy świat.
       Najważniejsze wydają się zdania ze środka książki, kiedy narrator (bo czasem ktoś taki się pojawia) wyznaje „Owszem, skłonny byłem zostać tu kwadrans, godzinę, dwie godziny, ale nie na zawsze.” I dalej „Chyba popełniłem największy błąd w moim życiu. Nie powinienem był się tu zatrzymywać. Co mnie podkusiło? I pomyśleć, że, w zasadzie, już jedną nogą byłem po Tamtej Stronie.” A zatem jest jakaś „Tamta Strona”. To tam chce się udać narrator i, być może, cała reszta błąkających się. Co jest po „Tamtej Stronie”? Co tam może być? Lepszy świat? Świat, w którym rządzi działanie? Może śmierć?
       Zantman dołożył starań w zbudowanie specyficznie pustego świata. Jego pustka jest niezwykle precyzyjna. A zatem może po „Tamtej Stronie” jest jedynie inny rodzaj pustki? Druga, jasna strona pustki?
       Powieść dedykowana jest... Krecikowi. Być może chodzi o postać z popularnej czeskiej kreskówki. Może tam należy szukać odpowiedzi? Książka jawiłaby się wtedy przewrotnym, aczkolwiek mocno przegadanym, żartem. Ale nie zaszkodzi ponownie zapoznać się z przygodami tego sympatycznego, ekranowego żyjątka.

Michał Zantman
„Krajobraz z atramentowym wieczorem” [Mamiko 2006]

Grzegorz Mucha

Grzegorz Mucha





Dar świadectwa


Książka Mariana Dziwniela jeszcze raz pokazuje zawieszenie polskiej historii ostatnich wieków między Wschodem a Zachodem, konkretniej, pomiędzy Rosją i Francją. Pierwszy z tych krajów kojarzy się nam – jako organizm państwowy – jak najgorzej, bez względu na aktualną formę ustrojową. Francja natomiast to, powiedzmy, Wielka Emigracja i Maison-Laffitte. Poprzez opisane w niniejszym pamiętniku dzieje własnej rodziny autor pozwala dotknąć wielkiej historii bardzo prywatnie, niemal intymnie, jednak w okresie szczególnie znaczącym. Jest to też przyczynek do zrozumienia, jak dramatyczne przejścia Polaków w połowie XX wieku determinowały stan świadomości uczestników ruchu solidarnościowego –i w latach 1980-81, i po zaistnieniu stanu wojennego. Jest to także pamiętnik emigranta i obok innych podobnych sobie prac współczesnych jest zarazem cząstką opisu wygnańczego losu pokoleń Polaków, zdających sprawę ze swojej egzystencji na wszystkich zamieszkanych kontynentach. Marian Dziwniel należy do tych, którzy nie odżegnują się od Ojczyzny z takich, czy innych powodów. Z przekonania czy z taktyki. Jak tylko stało się to możliwe, nawiązał na powrót kontakty w kraju, wielokrotnie też przyjeżdżał do opuszczonej niegdyś Świdnicy. Tu warto przypomnieć, że miasto to posiada bardzo piękną kartę w swojej najnowszej historii – jako ważny ośrodek przemysłowy a zarazem spore skupisko inteligencji, często kresowego pochodzenia (tak jak autor książki) – było bardzo znaczącym ogniwem powstającego na Dolnym Śląsku Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność”, żywotnym również po 13 grudnia 1981 roku. Można więc odczytywać wspomnienia Mariana Dziwniela jako głos świadomego swojej historii Polaka, jako głos jego pokolenia, którego największa aktywność zawodowa i społeczna przypadła w dobie największego rewolucyjnego porywu w naszych dziejach, ale też jako zdanie sprawy z tego, co zachodziło w określonym miejscu, stając się budulcem jego lokalnej tradycji.
Z książki można również dowiedzieć się o tym, jak w opisywanych czasach brzmiał głos Kościoła – orbi et urbi – to jest na poziomie wielkiej polityki i w Świdnicy. I czym dla zaangażowanych w narodową odnowę była obecność Jana Pawła II.

Piszę te słowa ze wzruszeniem i w poczuciu solidarności z autorem, z którym miałem okazję zetknąć się wielokrotnie w tamtym niezapomnianym czasie – podczas zebrań związkowych, uroczystych nabożeństw i później, w ośrodku dla internowanych. Chciałbym podziękować mu osobiście za trud utrwalenia cząstki naszego wspólnego dziedzictwa.

Antoni Matuszkiewicz

16 listopada 2006 r.

Marian Dziwniel.
Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę Nowa Ruda : Wydaw.Mamiko, 2007.
130 s. ISBN 978-83-60224-13-7





SIEDEM ODBIĆ W LUSTRZE KINGI WITOWSKIEJ



       Noworudzkie wydawnictwo „Mamiko” tym razem przedstawia nam młodą, mieszkającą w Anglii autorkę, Kingę Witowską i jej „Lustro”.
Jest to dobrze napisana, niebanalna propozycja ujęta w ramy siedmiu dramatów, w których silnie zaznacza się motyw przewodni, przeplatający się przez kolejne utwory, przybierający różnorakie formy, ale stały w swojej zasadniczej istocie. Spoiwem łączącym bohaterów poszczególnych dramatów jest ogromna, instynktowna, granicząca z bólem fizycznym potrzeba ucieczki od rzeczywistości, okrutnej, wymagającej, odbierającej nadzieję, w zamian nie dając nic. Świat rzekomo logiczny, poukładany, jaki dla nas stworzono i jaki my współtworzymy, nie sprawdza się. Stalowe schematy, ślepo i bezrefleksyjnie przestrzegane granitowe reguły wyznaczają ramy życia codziennego, tworzą machinę rzeczywistości, w której kręci się bezwolny człowiek. Nie jest przewidziane, aby ten ludzki trybik zatrzymał się choć na chwilę, rozejrzał wokół, zastanowił nad alternatywą, a może nawet nad sposobem odzyskania wolności. W pewnym jednak momencie mechanizm zaczyna rdzewieć, mur omszałego porządku pękać, a człowiek w chaosie zrywa się do ucieczki. Wybierając zaś jeden z wielości jej wariantów staje się jednocześnie testerem i innowatorem.
Bohater dramatu „Lustro” skorzystał na przykład z tytułowego lustra, aby stworzyć sobie rzeczywistość odwróconą, według niego lepszą, pełniejszą oraz kobietę-idealną istniejącą bezwarunkowo. Gdzieś za plecami trwa, co prawda poprzednie życie, w nim jakaś kobieta, jakieś dziecko, związana z tym odpowiedzialność. Nie jest to dla mężczyzny ważne. Kobieta z lustrzanego odbicia jest, bowiem wyobrażeniem niezobowiązującym, obecnym zawsze, gdy on uzna, że jest potrzebne. Mężczyzna na chwilę tylko odwraca głowę od szklanej tafli, aby zobaczyć, że wybierając inny świat nie traci nic. Może tylko tę flaszkę wódki spod ściany&#8230;Na pewno?
Można też uciekać całkiem dosłownie, prozaicznie. Po prostu wyjechać z jakiegoś miasta A do miasta B, jak to czyni Olga z „Kukurydza w sałatce z tuńczyka”: „Wylądowałam w tym mieście tak po prostu. (&#8230;) Wiedziałam, że gdy tego nie zrobię, pogrążę się w sobie, a co gorsze, czas zatrzyma się w miejscu i bardzo trudno będzie go przekonać do kolejnego kroku naprzód(...)”. Bohaterka zrzuca z siebie ciężar odpowiedzialności za rzeczywistość pozostawioną i podąża w nieznane. Lepsze? Może tylko będzie to codzienność zmodyfikowana, ale w gruncie rzeczy oparta na tych samych zasadach, tak samo wymagająca uzasadnienia swojego istnienia poprzez stosowanie się do reguł w niej panujących. Nic nowego?

W monologu Ingrid z „Wariacji”, oderwanie się od dręczącej szarości dnia, banału miłości niespełnionej, nieodwzajemnionej bohaterka widzi w próbie realizowania się poprzez sztukę, ściślej poezję. Odnosi się, więc do podręcznikowego wizerunku artysty, który kreuje go jako osobę niemalże nietrzymającą się twardej skorupy rzeczywistości. Z zasady poeta jest zatem wolny, nieskrępowany sztywnymi konwenansami. Jednak Ingrid ostatecznie stwierdza, że nie nadaje się do „sztuki”, jest zbyt banalna, prozaiczna: „Chyba jednak dobrze, że nie umiem pisać wierszy. To na pewno byłby wiersz o niechcianej miłości.”
Czy wie jednak, że uczyniła pierwszy krok w tamtą stronę?
Natomiast dialog dwóch kobiet w dramacie „Park” to znowu wskazanie tytułowego parku, jako symbolu oderwania się od kieratu codzienności, swoistą oazę odrealnienia. Niestety tak jak w poprzednio wspomnianych utworach i ta ucieczka ma charakter tymczasowy, to tylko chwila zapomnienia, moment. Kobieta 2 mówi: „ Ucieczka w park jest dobrym sposobem na zapomnienie i wstęp do nowego pojmowania rzeczywistości, jednakże smutek realnego świata nie pozwala do końca zatracić się w parku i tak po prostu nie pamiętać, nie dostrzegać, nie przejmować się.” Utwór kończy się brutalnym, acz „odpowiedzialnym” stwierdzeniem kobiety 1:” Park nie istnieje”. Czy jednak istnienie, choćby tylko tymczasowe, to nadal nieistnienie?
Różnorodność form ucieczki od tłamszącej zwyczajności, potrzeba odnajdywania się w czymkolwiek, a często z kimkolwiek prezentują bohaterowie „Reality Pill”. Chaos w definiowaniu rzeczywistości alternatywnych, wielość recept na tworzenie własnego „ja” składa się na obraz opisywanej zbiorowości ludzkiej. Tu można zaistnieć chociażby w wierze w kota, albo bardziej przyziemnie („przycieleśnie”), w seksie, czy w używkach. Wyłania się tu problem nadmiaru, wręcz ogromu pseudowartości i „nibyidei” z którego trudno jest wyłonić te prawdziwe. Czy w naszej współczesności jest to w ogóle możliwe?
Człowiek teraźniejszy, poszukujący, w efekcie coraz bardziej samodzielny, staje się oporny, krnąbrny wobec zastanego porządku.
Utwór „Oblicze dnia” to ostrzeżenie&#8230;pamiętajcie,że:”Park nie istnieje”.
W gruncie rzeczy uciec się nie da. Przedstawiony tu opis morderstwa to brutalne zderzenie człowieka z rzeczywistością przez podkreślenie jego ułomnej cielesności. Jest on bowiem za słaby wobec czasu, który płynie niezmiennie, świata, który trwa i trwać będzie pomimo wszystko, nawet człowieka.
Utwór, moim zdaniem, pointujący myśl przewodnią zbioru „Lustro”, chociaż uplasowany na miejscu pierwszym, to „Klinika mózgów”. Prezentuje on ucieczkę od bólu, strachu, odpowiedzialności w formie ekstremalnej, pełnej, zatraconej...prosto w obłęd. Szaleństwo bohaterów ( R.K., Profesora, P.P.), staje się karykaturalną odmianą wolności, paradoksalnie ujętą w ramy społecznego przyzwolenia. „Normalni” (tu: lekarze i pielęgniarka), oswajają tę „inność”, wymyślając na nią coraz to nową nomenklaturę: ”psychoza rozszczepienia”,”rozdwojenie jaźni”. Istnieje bowiem obawa, że to co nienazwane po prostu nie istnieje. Można się tu zastanowić, czy szaleństwo jest jedyna skuteczną ucieczką od nieakceptowanych norm i zasad w kierunku „światła-umysłu wyzwolonego”.
       Zbiór „Lustro” w sposób dosadny odzwierciedla smutne symbole naszych czasów, przewartościowanie wartości, brak imponderabiliów niezbędnych, tak naprawdę, jak tlen. To obraz bezradności człowieka wobec zasad, które nie dosć, że go przerastają to jeszcze nie do końca są zrozumiałe. To także próba polemiki z bylejakością rzeczywistości zastanej na rzecz nowej, nieznanej, w założeniu lepszej. Istnieje jednak duże prawdopodobieństwo, że niestety tylko innej. O tych wątpliwościach jednak opowie Jacek, alter ego swojego brata R.K. z „Kliniki mózgów” : „Czy można przewidzieć przyszłość? Czy ludzie posiadają zdolność podróży w czasie? Czy podróż w czasie jest dobra czy zła? Czy warto wiedzieć co się stanie? Czy lepiej żyć w niepewności?(...)Czy koniec czegoś jest początkiem czegoś innego?”
Ja odpowiedzi nie znam.


                                                Ewa Żeberkiewicz


WITOWSKA Kinga. Lustro. Nowa Ruda : Wydaw.Mamiko, 2006. -100 s. ISBN 83-60224-07-2

Ewa Żeberkiewicz





POŻYTKI I STRAPIENIA (Z MYŚLENIA) - Janusz Pasterski


Olgerd Dziechciarz, poeta, prozaik i dziennikarz, od kilkunastu już lat konsekwentnie uprawia zarówno publicystykę, jak i różne rodzaje i gatunki literackie. By nie sięgać zbyt daleko w przeszłość, wystarczy przypomnieć, że w roku 2009 opublikował zbiór opowiadań Miasto Odorków tom przewrotnych ekfraz pod tytułem Galeria Humbug, a także cykl miniatur prozatorskich poMazaniec. Każda z tych książek odsłaniała inny rys jego pisarstwa – czy to ironię przenikliwego obserwatora, czy zamiłowanie do groteski i absurdu, czy wreszcie (co skądinąd u niego najrzadsze) liryczną refleksyjność. Równocześnie jednak można w nich odnaleźć i niejedną płaszczyznę wspólną, choćby niechęć do klisz
i stereotypów językowych, posługiwanie się paradoksem i humorem, wykorzystywanie siły puenty. Cechy te splatają się w styl, który nabiera niewątpliwie rozpoznawalności jako trochę szyderczy, trochę drwiący, ale przecież trafny i przejmujący sposób opisu rzeczywistości.

Nowy tom poetycki Olgerda Dziechciarza Mniej niż zło wykracza jednak poza tę linię celnych pchnięć, ukłuć, odsłon czy deziluzji. Mniej bierze się ze społecznego konkretu, a więcej z indywidualnego doświadczenia. Autor odnajduje się tu w sytuacji, w której konwencja językowa (jak we wcześniejszym Autoświecie) bądź koncept kompozycyjny (patrz Galeria Humbug) zastąpione zostają formułą bardziej osobistą, mniej już skrywającą podmiotowe „ja”. W konfrontacji ze światem poeta nie stawia już innych, czy to realnych, czy wyimaginowanych bohaterów (poza może dwoma wyjątkami).
„Ty jesteś pośrodku” – pisze w wierszu Wysoko, przyjmując konieczność osobistego dokonywania wyborów, rozumienia, oceniania. W efekcie otrzymujemy bodaj najciekawszy
w dotychczasowej twórczości Dziechciarza zbiór, będący wyrazem nie tylko jego artystycznych poszukiwań, ale także odbiciem egzystencjalnych, etycznych i estetycznych przemyśleń.

Tom Mniej niż złoZ myślenia, obejmuje trzydzieści wierszy, a druga Sen(s)tencje (z lat 2005-2009) – kilkadziesiąt tekstów gnomicznych, często o charakterze sentencji. Ten układ przypomina mi poniekąd (w formie odwróconej) Czerteż Janusza Szubera z roku 2006, który otwierała podobna seria krótkich, zwięzłych zapisków lirycznych, stanowiących symboliczne wprowadzenie do zasadniczej części zbioru. W tomie Dziechciarza ich funkcja jest jednak inna, ponieważ te różnorodne sentencje, a może i nie rozwinięte w wiersz myśli, raczej dość swobodnie poszerzają przestrzeń zasadniczej problematyki, związanej z kwestią wyborów moralnych. W tym sensie są autonomiczne, rezonując jak gdyby odrębnymi głosami, bliższymi i dalszymi, poważnymi i śmiesznymi, paradoksalnymi.

Jak podpowiada ironiczny tytuł pierwszego segmentu tomu, zawarte tam wiersze rodzą się „z myślenia”, a więc z intensywnej refleksji nad rozmaitymi aspektami codziennej egzystencji. Niejednokrotnie ich nierzeczywistość, widmowość czy nawet absurdalność nasuwa skojarzenie ze „zmyśleniem”, które jest przecież wyróżnikiem literatury. Ale to, rzecz jasna, wyłącznie gra językowa, forma zachowania dystansu, chroniącego przed powagą i retorycznością. W kokonie lekkości i autoironii łatwiej dotknąć spraw istotnych, które świat dzisiejszy zepchnął pod podszewkę medialnej i cyfrowej ponowoczesności. Dlatego autor tych wierszy z pozoru opisuje tylko zdarzenia i odczucia, lecz zarazem skłania do stawiania pytań o naturę istnienia, obecność Boga, dylematy wiary, ograniczenia poznawcze, wybory etyczne, życiowe po­stawy, stosunek do życia i śmierci, a także do sztuki. W perspektywie jednostkowej teraźniejszość oznacza funkcjonowanie w świecie skumulowanych znaczeń, których warstwy wypełniają całą kulturową przestrzeń. Te znaki wiele ułatwiają, ale też schematyzują i zwalniają z myślenia. Zamiast interpretowania mamy tylko odtwarzanie, zamiast szukania &#8212; otwieranie gotowych szablonów.

W wierszach Olgerda Dziechciarza uwagę przykuwają więc takie właśnie chwile jasności, błyski zrozumienia, że sens zdarzeń i odczuć może być inny niż to, co podpowiada nam kulturowa standaryzacja. „Kto skacze? / myślimy że my” – pyta nie bez drwiny w otwierającym zbiór wierszu Skaczemy, a przecież to funkcja praw większych niż ludzkie. Może warto o tym pamiętać, myśląc o zakresie naszej podmiotowości? Podobnych ujęć jest zresztą znacznie więcej, na przykład gdy przypadek zastąpi świadomy wybór: „za zakrętem śmierć / da ci ciężką reklamówkę / zajrzyj do środka” (Spacer) albo gdy przyjdzie zmierzyć się z pojmowaniem faktów: „nie kłam że rozumiesz / dni są jak słoiki wypełnione powietrzem / jednocześnie puste i pełne” (Kropka). Moim zdaniem najlepsze są te maksymalnie oszczędne, wręcz minimalistyczne teksty, w których fakty niespodziewanie odsłaniają zupełnie inny sens niż ten oczywisty. Dlaczego została w pamięci stara kobieta, którą „trudno wyminąć na wąskim chodniku” (Starość)? Właściwie drobiazg, pyłek zwykłego dnia, a jednak coś pozostaje z tego spotkania, za­stanawia i niepokoi. Może dlatego, że wymyka się z zestawu standardowych zachowań, że zostawia nas samych, wyrwanych z tłumu, wobec inności i tajemnicy. „Nic już nie jest proste a przecież / z czasem miało się wyprostować” – czytamy w wierszu Zwyrodnienie plamki żółtej.

Obserwując codzienną rzeczywistość, Dziechciarz stara się sięgać poza rytualizację
i maskaradę, zdejmuje koturny i pokazuje. .., no właśnie co &#8212; pustkę, jałowość, nicość przybraną w kolorowe szatki. Zawodzi świąteczny rytuał (Karp), powierzchowność wiary (Blisko, jak najbliżej), sztuka (Sztu(cz)ka), zawodzą przywódcy (Władza), normy społeczne (Oddzielenie), inni (Sąsiad, Matka ciągnie dziecko). Solidnego oparcia nie można znaleźć nawet w sobie, jeśli pozostaje się odbiciem tego samego świata natury: „jestem jak powietrze w butelce” (dodajmy – nie zakorkowanej), „nic w sobie nie mam”, „nikt mnie nie szuka” (Confessio). Nawet idea powrotu do „siebie” jest iluzją, bo musi łączyć się z odejściem i rekonfiguracją wszystkich pojęć.

U sedna tych poszukiwań tkwi nieufność do współczesnych formuł światopoglądowych, pozbawiających zdolności myślenia, wyjaławiających, pozostawiających człowieka w samotności i bezradności: „jeszcze tylko zapakować strach / i czekać nadejścia puenty” (Porządkowanie). Tytuł Mniej niż zło wskazuje zarazem na etyczną perspektywę oceny tej sytuacji. Czy jest ona „mniejszym złem”, ceną za dobrodziejstwa ponowoczesności, wygodę życia i rezygnację z przywilejów rozumu? I czy ta relatywizacja nie oznacza jednocześnie kolejnego przyzwolenia na moralną dwuznaczność? Autor tomu pozostawia te kwestie czytelnikowi, choć wśród sentencji zamykających książkę znaleźć można i taką: „zło jest konieczne inaczej cierpielibyśmy od dobra”.

Siłą tych wierszy jest ich lapidarna forma, oszczędny, minimalistyczny język, a także zdolność celnego ujmowania problemów. Nie bez znaczenia pozostaje błyskotliwość i ironia, wnoszące świeżość i oryginalność ujęć. I z takim właśnie uśmiechem-grymasem zadumy zostaje czytelnik, postawiony wobec wyborów, których musi dokonywać już sam, mierząc się z dylematami dobra i zła, życia i śmierci, sensu i pustki.

                                                     Janusz Pasterski
Olgerd Dziechciarz,
Mniej niż zło, Wydawnictwo MaMiKo, Nowa Ruda 2011.

Recenzja ukazała się w najnowsze Frazie (nr3-4/73-74, 2011)
Janusz Pasterski





Dyskrecja sztuki i sztuka dyskrecji (Elżbieta Lipińska, „Pożegnanie z czerwienią”)




       Szukając sposobu takiego odczytania i zaprezentowania książki Elżbiety Lipińskiej „Pożegnanie z czerwienią”, by stało się dla każdego tak jak dla mnie od pierwszej lektury jasne, że jest to zbiór nie tylko dojrzały i ważny, pełen wierszy mądrych, klasycznie i klasycystycznie dopracowanych, a wcale przy tym niepozbawionych lekkości czy humoru, znalazłem, wydaje mi się, to, co wyróżnia te wiersze i tę książkę: to piękna sztuka dyskrecji, będąca w przypadku wierszy Lipińskiej także autentycznym przykładem wielkiej dyskrecji sztuki. Już symboliści pod wodzą Mallarme&#8217;go twierdzili, że wiersz nie powinien mówić wprost, lecz sugerować jedynie, ale dopiero przy kwestiach naprawdę istotnych ta technika nie mówienia bezpośrednio na temat, lecz jak gdyby podpowiadania go tylko, ukazuje całą swoją wielkość. A także trudność, bo to trudna sztuka. Elżbieta Lipińska ma tę sztukę opanowaną niemal do perfekcji. (Słówko „niemal” jest tu jedynie bezpiecznikiem; w duchu sądzę, że mogłoby go w tym zdaniu nie być). Elżbieta Lipińska potrafi nie tylko precyzyjnie, a nawet kunsztownie składać wersy, strofy, układać słowo po słowie wiersze krótsze lub dłuższe, ona potrafi na przykład napisać przejmujący do rdzenia liryk o Zagładzie, który pozornie wygląda na wcale wesołą opowieść. Taka jest Elżbiety Lipińskiej „Sztuka magika”, wiersz tylko pozornie prościutki: „z tą biedna krótszą nóżką / był z siebie taki dumny, / gdy udał mu się skok / wołał: patrz, sztuka magika! // a potem trzeba było / zamieszkać w miedzianym kotle / hej, udajemy pranie! / chowaj się! sztuka magika // a teraz – mówiła mama i – / bawimy się w chowanego / z tamtym sąsiadem z przeciwka / nie znajdzie nas: sztuka magika // a gdy ich wyprowadzali / mówiła: nie bój się, synku, / to wcale nie będzie bolało. / zniknęli // sztuka magika.” Umie też Lipińska w sposób równie dyskretny pisać o śmierci i lęku przed nią; mówi o tym jej wiersz „Do morza”, zamykający tomik: „Tego głodu nie można zaspokoić. / Panuje nad wszystkim, / trawi cię jak kwas. / Apetyt nie maleje, / a pożywienia coraz mniej. / Wciąż próbujesz nowego. Smakuje na krótko, / ssanie w żołądku podchodzi do gardła. // Strach – przez lata w odwrocie – / przyczaił się tylko. Dłubał pracowicie. / Teraz sączy się z każdej szczeliny. / Strumyki łączą się, potężnieją. // Tej rzeki nie da się ujarzmić. / Można tylko biernie obserwować / drogę do morza.” I właściwie na każdy temat, czy to miłości rodzicielskiej, czy erotyki, czy pragnień mniej lub bardziej oczywistych jest w tym zbiorze odpowiedź liryczna, jest wiersz, który można godzinami obracać na języku, smakować, kontemplować i analizować. W poetyce Lipińskiej słychać przy tym – i bardzo to dobrze – w każdym z utworów (ja słyszę) najlepsze wzorce powojennej poezji polskiej: Miłosza, Herberta, Różewicza. O dziwo, najmniej znajdzie się tutaj Szymborskiej czy Hartwig, co sprawia, że Lipińska może ze swoimi wierszami, jak myślę, stanąć obok tych świetnych autorek – jeżeli nie w jednym rzędzie, to i tak bardzo, naprawdę bardzo blisko. Elżbieta Lipińska jest – powtarzam – dostatecznie sprawna technicznie, ma własny, osobny świat, nie gubi się, nie podaje ani jednego niewłaściwego wersu – a jej książka nie jest banalna, ta książka jest zdecydowanie ponad poziomem i tak przecież wysokiej średniej krajowej. Ta poetka, gdyby jej o tym powiedzieć, raczej tego nie przyzna, będzie wolała powiedzieć może o sobie niczym w wierszu „Osobność”, że po prostu: „nie daję się rozdziobać krukom wronom / lubię uśmiechy bez kotów / na wpół ukryte psy / wciąż jestem obca wciąż bardziej obca tu // ja wasza quirky-alone.” Na szczęście „quirky-alone” to tylko część jej persony lirycznej – są jeszcze inne, nie mniej ciekawe, intrygujące, głębokie. I myślę, że osobny tekst można by napisać na temat sztuki dystansu w wierszach Elżbiety Lipińskiej. Albowiem sztuka dyskrecji wiąże się też z dystansem. A ten, jak pisała Simone Weil, jest duszą piękna. Którego w „Pożegnaniu z czerwienią” nie brak. Stąd pomysł.



Jakub Winiarski



Elżbieta Lipińska,
„Pożegnanie z czerwienią”, Mamiko, Nowa Ruda 2007.

Jakub Winiarski





Tomasz Pietrzak: Rekordy, MaMiKo, Nowa Ruda 2012.



1. Liryczna persona drugiego tomu Pietrzaka, na kartach którego filozofia przyrody co rusz brata się z historiozofią, mówi zza pokoleń, z głębiny geologicznych uwarstwień. Może dlatego dyskurs tych wierszy wydaje się stabilny, pomimo fragmentaryczności wielu tekstów wyglądających na paleontologiczne znaleziska, zachęcające, aby na ich podstawie zrekonstruować całość kopalnego organizmu. Tym, którzy z wielu względów muszą lub chcą wybrać mniej strome ścieżki odczytania, proponowałbym rozpocząć eksplorację zbiorku od jego śląskiej, górnośląskiej strony. Od widoków z wysokich kondygnacji (Czternaste piętro), gdy „w dole dzieje się miasto”. Zresztą nie tylko się dzieje. Czasem się odezwie w śląskim dialekcie, przypominając, że trafiliśmy do krainy, gdzie na „lufcie tylko baby żyją. Reszta pod ziemią” (Działka Erwina Sówki). Lokalnym kolorytem bawi nas ta poezja krótko, zresztą słusznie. Ma wobec czytelnika poważniejsze zamiary: chce go ustawić na gruncie grząskim, w strefie niepewnej, tam gdzie graniczą ze sobą natura i historia. Graniczą ze sobą tak nieostro, tak niezdecydowanie, że trudno je rozdzielić. Może zresztą bezpieczniej przyjąć hipotezę sygnalizowaną przez znaczną część pomieszczonych tutaj tekstów, że ludzka historia stanowi przedłużenie procesu ewolucji, że ta sama siła spowodowała zagładę dinozaurów i masową śmierć na polach bitew czy w egzekucjach (Pogłosy XI. Katedra Patologii). Zaś przemiany gatunków lub odradzanie się narodów (Pogłosy IV. Alija Bet, 1943) przebiega według niezmiennego kosmicznego scenariusza, zgodnie z którym, po przekroczeniu terminu przydatności, nastąpi totalna likwidacja zasobów: „Czas wysyła was w końcu na przemiał, żar w proch/ i pył a wiatr – prosto na języki rzek. Po kolei, basta, – jaszczury, potem wy, a tuż za wami – gwarni i żywi, jeszcze w bezsennych betonowych blokach – my.” – konkluduje pozbawiony złudzeń wiersz Basta. Koniec zatem pewny.
2. Lecz przed końcem czeka nas jeszcze solidny kawał roboty, by jakoś doprowadzić do ładu pamięć. Jak na mieszkańca naszej części Europy przystało, poeta wpierw bierze na warsztat pamięć żydowskiej obecności, przedstawiając ją w jej dawnym rozkwicie, nie przeczuwającym jeszcze eksterminacji (Pogłosy III. Kołysanka dla Kamilki) i już po wojnie, gdy „Pito na umór,/ opalano się bez skrępowania, wycieczkowano do Rajczy i na plaże Łeby/ i robiło się te wszystkie przedśmiertne rzeczy, przypominające/ na powrót wtłaczające w nad wyraz ludzkie ciała.” (Pogłosy VI. REKORD: 1946 „Zeznanie”), zaś rozmiar Holocaustu drążył dopiero wspólną świadomość. Świadomość, jak zauważa poeta, dziedziczną, włączoną w obręb porządku metafizycznego (por. Pogłosy IX. Echo). Natomiast na wątki niemieckie natrafiamy trochę głębiej, gdzieś w okolicach pożegnalnych fotografii z umarłymi: Johannem, Ernstem, Martinem, licealistami, uwiecznionymi na kliszy w marcu 1899; „ a to zdjęcie w ręce nie jest obietnicą, a światłem, / na nocnym niebie, co mami życiem sprzed eonów” – wyjaśnia wiersz Połów. Jedno, co można dla nich zrobić, to udzielić im łaski krótkiego spojrzenia. Lecz ostrożnie. Bo cechuje ich niemiłe żywym natręctwo: „wystarczy wspomnieć imię, / a przywloką tu swoje dupska; / opowiedzieć o nich przy piwie, a już masz ich przy stole.// Lepiej czym prędzej wykadzić/ wszystkich. Oddzielić plewy./ od tego co będzie wzrastać, ukorzeniać się i sięgać wysoko.” („Następstwo”).
3. Tomik mieści poezję znajdująca się znakomicie w sceneriach nadmorskich (cykl: „Brzegi napotkane”) i śródleśnych. Tomasz Pietrzak potrafił przechwycić, przepracować przekaz zaszyfrowany w każdej przestrzeni, przyodziać go w bujne ciało wiersza. Jednocześnie pozostaje w zgodzie z postulatem piękna (por. 11) oraz inspiracjami zaczerpniętymi ze sztuk wizualnych (Frida Kahlo, Diego Ribera, Watteau, Vermeer, Turner). Posprzęgał je tak, że nawet przypadkowość danych tekstowych zasugerowana poprzez tytuł, wydaje się całkiem starannie zaprojektowana, zgodnie z mottem książki, które w tłumaczeniu na polski brzmi: „Nic się nie gubi, nic się nie tworzy, wszystko się przetwarza”. Czego tu obszernie, na blisko siedemdziesięciu stronach, dowiedziono.

______________________________________________Piotr Wiktor LORKOWSKI
Skrócona wersja omówienia ukaże się na łamach Dwumiesięcznika Literackiego "Topos"

Tomasz PIETRZAK. REKORDY. Nowa Ruda : MaMiKo, 2012






Wojciech Brzoska: Wiersze podejrzane, MAMIKO, Nowa Ruda 2003, s. 60



Młody (rocznik 1978) autor ma w swoim dorobku już dwie książki poetyckie: „Blisko coraz dalej” i „Niebo nad Sosnowcem”. Wydane w tym roku „Wiersze podejrzane” stanowią kontynuację jego drogi artystycznej, której celem wydaje się być wytrącanie czytelnika z myślowej koleiny, którą wyżłobiły teksty porządkujące świat, odkrywające głębokie prawdy na temat-jak mówią krytycy- kondycji ludzkiej. Dlatego wierszyki- żarty, jak np. ten zatytułowany „poetów pojedynek wręcz (przeciwnie)”, składający się z zestawienia dwóch nazwisk: Sławomir Ma tusz / Tadeusz Pióro . Że jednak nie tylko o zabawę słowem chodzi przekonuje inny, też krótki utwór- „wiersz paradoksalnie prawdziwy”: nie mam odwagi powiedzieć tego jej / więc najlepiej napiszę / całemu światu. Czysta liryka.




Bogdan Widera


Nota ukazała sie w najnowszym numerze miesięcznika "Śląsk"


Nowa wersja prometejskiego mitu. O „Prometuszu” Grzegorza Świątoniowskiego.


„Prometeusz – poemat o boskim i ludzkim sposobie istnienia w sześciu księgach z prologiem” Grzegorza Świątoniowskiego to współczesny utwór odwołujący się do mitologii greckiej, a ściślej utwór, który zaczerpnął z niej pomysł gdyż rozwój akcji i treść poematu Świątoniowskiego różni się od znanych wersji mitów o Prometeuszu i dzieł literackich z przeszłości, które nawiązywały do tego greckiego mitu. W mitologii greckiej Prometeusz był jednym z tytanów, który jak pisał Władysław Kopaliński w „Słowniku mitów i tradycji kultury”: „wykradł niebu ogień i dał ludziom, aby poprawić ich nędzny byt”. Za to przewinienie wszechwładny bóg grecki Zeus zesłał na ludzi Pandorę i wiele nieszczęść, a Prometeusz za karę został przykuty do skały gór Kaukazu. Temat mitu związanego z Prometeuszem, który stał się symbolem walki przeciw tyranii podejmowali m.in. Ajschylos w „Prometeuszu skowanym” (V w. p.n.e.), Calderon, Goethe, P. B. Shelley w „Prometeuszu rozpętanym” (1820), Andre Gide w „Prometeuszu źle skowanym” (1889). Wspomniany niemiecki dramatopisarz Goethe odwołał się w swojej nie ukończonej sztuce do innej wersji mitu o Prometeuszu, w której był on stwórcą człowieka, którego ulepił z gliny.

W „Prometeuszu” Świątoniowskiego, którego wydało noworudzkie wydawnictwo „Mamiko” w 2014 Prometeusz zostaje wysłany przez Zeusa na ziemię z zadaniem zniszczenia ludzi. W otwierającym tomik „Prologu” czytamy pochwałę umysłu ludzi nowoczesnych, gdyż „posiedli siłę o jakiej / marzyć nie mogli śmiertelni. / I odmieniliście Ziemię i Siebie: / inni jesteście / a wszystko dookoła spętał / wasz rozum.” W późniejszych partiach poematu Klimene odwiedza Zeusa na Olimpie wraz z dwoma swoimi synami, głupim Epimeteuszem i dumnym Prometeuszem. Zeus widzi w Prometeuszu kogoś, kto by mu pomógł w naprawie świata wstrząsanego wojnami i postanawia go zostawić przy sobie na Olimpie jako sługę. Zeus także przebacza mężowi Klimene, Japetosowi. Prometeusz otrzymuje od Zeusa zadanie uporządkowania spraw „plemienia nic nie znaczącego – ludzi”. Do ludzi bóg przychodzi pod postacią młodzieńca. Kiedy zauważa domostwa ludzi, zniechęcony jest ich brzydotą i niedoskonałością. Nad morzem usypia „na wieki”, a po drzemce kontynuuje swoje posłannictwo zabijając napotkanych ludzi. Potem gasi przez nich rozpalony ogień. Przybywając do Zeusa zdaje relację ze swojego pobytu na ziemi i prosi Zeusa by zniszczył wszystkich ludzi, którzy według niego są potworni i tymczasowi. Zeus twierdził, że sam podejmie decyzję, a w tym czasie Prometeusz odwiedza rodzinę, której opowiada o strasznym plemieniu ludzkim. Kiedy potem znowu znajduje się na ziemi spotyka starca, a w dolinie czekają na niego zebrani ludzie. Pewien młodzieniec śpiewa o zabraniu ludziom ognia. Starzec narzeka na zmienność świata i los ludzki, twierdzi, że „brud najlepszym jest bogiem”, a także, że warto żyć bo nic nie jest ważne. Ta przemowa starca porusza Prometeusza, który w nocy rozmyśla o swoim zadaniu i przysłuchuje się śpiewającej dziewczynie, która uważa miłość za rzecz najważniejszą. Rano ludzie się znowu zbierają, a Prometeusz, który miał ich zniszczyć ucieka. W ostatniej księdze pt. „W górach” rozbity psychicznie Prometeusz przebywa w górach, gdzie nadal rozmyśla o bogach i ludziach. Potem udaje się zasięgnąć opinii wyroczni. Wyrocznia odpowiada Prometeuszowi, że nie wszystko się udaje nawet bogom, a także przekonuje boga, że ludzie nie są straszni, ale ich los. Przepowiada mu, że ci, którzy przyjdą po bogach będą od nich gorsi, ale ziemię napełnią radością. Przepowiada Prometeuszowi, że umrze jako ostatni z bogów. W ostatniej części samotny Prometeusz podejmuje decyzję dotyczącą rodzaju ludzkiego. O jej wyniku czytelnik się nie dowiaduje.

Przy pierwszej lekturze tego poematu, a raczej dramatu poetyckiego, który napisany został jak poemat miałem wrażenie, że to tylko utwór dla ludzi siedzących w starożytnej kulturze. Przy drugiej tropiłem jakąś przewidywaną przez siebie wyraźną kontrę do starożytnego mitu, jakąś próbę napisania karykatury starożytnego dramatu Ajschylosa. Na pewno utwór Świątoniowskiego stanowi alternatywę do wcześniejszych dzieł nawiązujących do mitu o Prometeuszu. W utworze wydanym przez „Mamiko” Prometeusz nie jest ani zbawcą, ani stworzycielem ludzi. Jest ich przeciwnikiem chcącym ich zniszczyć, jednak w końcu odkłada wyrok i rozmyśla o losie człowieka. Nie za bardzo widzę w tym nośność, jakąś dojmującą ważność takiego przekształcenia bohatera. Jednakże Świątoniowski w swoim utworze jest ponowoczesnym weryfikatorem mitu, gdyż chce pokazać, że nie możliwe było zaistnienie takiego bohatera mitu greckiego, który sprzyjałby ludziom. Wersja mitu o Prometeuszu wrocławskiego autora trąci mitologią germańską, w której bogowie charakterem i czynami nie różnili się wiele od ludzi. Być może „Prometeusz” Świątoniowskiego to coś na kształt mitologicznej fikcji, która na kształt powieści w stylu historyczna fikcja, gdzie pisarze piszą alternatywne wersje polskiej historii np. co by było gdyby Niemcy wygrali II-ą wojnę światową, próbuje napisać alternatywną wersję jakiegoś starego mitu. Według mnie utwór Świątoniowskiego jest nieźle napisany, ale mało donośny. Może był pisany dla ustalonego czytelnika, którym jest pasjonat starożytnej literatury pasjonujący się tropieniem wszelkich nawiązań do mitologii greckiej we współczesnej literaturze. Na pewno wiele wątpliwości odnośnie celu pisaniu „Prometeusza”, albo sensu jego powstania rozwiązuje 4 strona okładki tomu, gdzie czytamy, że Grzegorz Świątoniowski „postuluje konieczność ponownego odkrycia zasad i porzucenia tego, co za zasady jedynie uchodziło.” Dzięki tej nocie na okładce można utwór Świątoniowskiego przeczytać jako próbę nie tyle zweryfikowania kultury europejskiej w myśl Derridy, który za życia jeszcze raz uważnie przeczytał dzieła ważne dla kultury europejskiej, a przede wszystkim miejsca w nich pominięte przez komentatorów, ale postulat napisania nowych mitów, ewangelii, nowych filozofii. Niezbyt to jest do końca przekonujące, gdyż każda ambitna nowa książka może być i jest głosem w kulturze i jest także dyskusją z nią, jej zasadami. Widać w utworze Świątoniowskiego, że autor pomysł miał, zarys był, ale w tym co napisał nie czuć wielkiej powagi sytuacji, poemat nie działa z jakąś piorunującą siłą jak jedna z powieści Daria Fo o jego zabawach i jego kolegów w młodym wieku z przekształcaniem przez młodych studentów starych mitów.

Grzegorz Świątoniowski. Prometeusz – poemat o boskim i ludzkim sposobie istnienia w sześciu księgach z prologiem. Nowa Ruda : Mamiko, 2014



Mateusz Wabik





Komedia życia w drodze. O powieści Kornela Maliszewskiego „Sardynka”



„Sardynka” to druga książka prozatorska Kornela Maliszewskiego. Została wydana w 2014 roku przez noworudzkie „Mamiko”. Pierwszej książki zatytułowanej „Wintro” z 2011 roku niestety nie znam.
„Sardynka” jest pisana w narracji pierwszoosobowej, czym przypomina trochę pamiętnik, niestety nie poznajemy personaliów głównego bohatera, a zarazem głównego narratora, wiemy, że ma 20-30 lat. W jednym z rozdziałów powieści narratorką zostaje Anastazja Sardyńską, czyli tytułowa Sardynka, obiekt uwielbienia narratora, którego narracja przeważa w całej książce. „Sardynka” nie ma jakiejś ostro zarysowanej fabuły, składa się z różnych historii. Mamy tu opisy młodzieńczych eskapad, imprez z alkoholem, włóczęgostwa, spędzania czasu z kumplami, matczynej troski, opieki nad bratem, który popada w nałóg dopalaczowy po rzuceniu go przez dziewczynę, problematykę rynku pracy, handel wywarem z grzybów jako eliksirem młodości, próbę podrywu Sardynki, która w happyendowym finale postanawia zamieszkać razem z odrzuconym wcześniej narratorem. W książce są też opisy seksu młodych mężczyzn ze staruszką, samobójstwa kolegi o ksywie Gorki, która powoduje potrzebę u głównego bohatera zaopiekowania się starszą kobietą, matką kolegi. Maliszewski Jr, wszystko to okrasza młodzieńcza kpiną, przesadą, humorem, ale także uczuciem. W „Sardynce” nie ma zbyt dużo strasznych klimatów rodem z pop kulturowych mordęg literackich, ale jest epatowanie wigorem narracyjnym. Często w prozie Maliszewskiego opisywane tragedie przechodzą w komiczne sytuacje jak np. opis nieudanej nocy bohatera z Sardynką w Szczawnie, podczas której usypia obok niej na łóżku, przechodzi w seks ze starszą pensjonariuszka uzdrowiska. Także przejście z tragedii w humor mamy w scenie, w której bohater zamieszkuje z matką samobójcy i się nią opiekuje, ale podczas żałoby, gdzieś w kamienicy, odbywa się impreza. Bohater prozy Maliszewskiego próbuje uciszyć towarzystwo, ale zostaje na imprezie, do matki kolegi będącej pod jego opieką wraca pijany, a zdarzenie kończy się opisem jak ona pomaga jemu podczas wymiotowania. Humor i wyczucie absurdu znać także w scenie w pociągu kiedy poeta Boka Dżunior chce sprzedać bohaterowi powieści swoje tomiki, co mu się udaje, ale za jakiś czas ucieka z przedziału, gdy bohater po lekturze książek poety, zaczyna zadawać pytania o znaczenie metafor. Poeta okazuje się zwykłym grafomanem o przerośniętej ambicji. W książce znajdują się także sceny o posmaku perwersji, np. kiedy bohater podczas powrotu do Nowej Rudy, opowiada bratu zmyśloną historię o robotnikach gwałcących studentki na jakiejś imprezie na łonie natury.

Książka Maliszewskiego jest pisana lekkim językiem, zmierza do sceny rozcinania sobie brzuchów wraz z upragnioną Sardynką, czyli Anastazją Sardyńską, która wywodzi się z wyższych sfer. Zmysł fabułotwórczy u Maliszewskiego powoduje, że książka mimo jakiejś letniości i błahości, bo składa się z opowiastek zmyślonych, ni to groteskowych, ni to smutnawo-młodzieńczych, wciąga i daje czytelnikowi frajdę z obcowania z nierealnymi zdarzeniami, które są mimo wszystko w jakiś sposób prawdopodobne. Takie budowanie fabuły z ni to realnych zdarzeń, ni to z wymysłu podniesionego do entej potęgi absurdu, przywodzi na myśl literaturę spod znaku Rolanda Topora, który np. w „Pamiętniku starego pierdoły” także osadzał fabułę z życia malarza, w rzeczywistości, jednak fabuła opierająca się na faktach autentycznych, przechodziła w beztroską komedię fikcji i prawdopodobieństwa. Najciekawsze wątki z książki Maliszewskiego to niewątpliwie opis eskapady do Szczawna głównego bohatera z bratem, po to by sprzedawać wywar z grzybów, które nazbierał kolega głównego bohatera, jako eliksiru młodości dla staruszek po cenie 100 zł. W jakiś sposób wątek pobytu w Szczawnie skarykaturował kulturę i życie w ośrodkach wczasowych. Także w motywie szczawieńskim nastąpił humorystyczny wątek niespełnienia o czym już wspomniałem. Główny bohater spędził noc z upragnioną Sardynką, ale zasnął przy niej w czasie słuchania jej zwierzeń. W Szczawnie ona zajmowała się zarówno sprzedażą sprzętu do masażów wodnych na jednym ze stoisk w domu uzdrowiskowym, ale także jej występ muzyczny był jednym z głównych atrakcji podczas koncertu dla emerytów, na którym okazało się, że jest także uzdolnioną artystką. Nie znam na pewno wielu rzeczy, które czytał autor „Sardynki”, a miały jakiś podświadomy, czy świadomy wpływ na sposób kreacji świata przedstawionego i wielu bohaterów w powieści Maliszewskiego, wywodzących się i z kręgu rodzinnego, jak i kręgu znajomych, ale wiem, że proza amerykańska ma dzisiaj swoje grono zwolenników. W powieści Maliszewskiego pojawia się kultowa książka Jacka Keruaca „W drodze”, której nie czytałem, ale znam „Włóczęgów dharmy” tego samego autora. Jeżeli powieść bitnikowska miałaby mieć wpływ na Maliszewskiego Jr, to na pewno jest to przekształcone komediowo i satyrycznie, ponieważ jeśli już się pojawiają jakieś filozoficzne wątki w powieści „Sardynka”, czy rozprawy o sztuce to kończą się bufonadą, czy kompletną destrukcją ich powagi – jak np. po lekturze książki, złożonej z różnych rozpraw o idei czasu, bohater dzwoni do wydawnictwa, które ją wydało i upewnia się, że jest to tylko zgrywa, a wydawcą jest kabaret.

Niektóre wątki i sposób patrzenia na świat narratora prozy Kornela Maliszewskiego, przypominają mi perypetie bohatera „Modeliny” Andrzeja Goździkowskiego (czytelnika prozy Krzysztofa Vargi), który próbując żyć po dorosłemu, także patrzył na świat przez pryzmat młodo-naiwnej perspektywy lubującej się w dowcipie, bzdurze, zestawiał zgrzybiałą starość i prężną młodzieńczość, a świat dorosłych poddawał wszechobecnej podejrzliwości i ją podważał. Jednak ważna dla Goździkowskiego była ponad wszystko miłość, a przeciwnie do niego Maliszewski, akurat do miłości i relacji damsko-męskich ma więcej dystansu, np. nie rozpacza po rzuceniu go przez jedną ze swoich dziewczyn o ksywie Hobo. Powieść Maliszewskiego, na pewno pokazuje autora dobrze czującego się w karykaturze rzeczywistości widzianej przez pryzmat dwudziestolatka wychowanego w kapitalistycznej Polsce. Czasem ma się wrażenie, że jego proza za bardzo ucieka w kierunku dowcipnej, komiksowej fabuły, brakuje jej momentami gruntu. Żywioł literacki jest, ale proza Maliszewskiego nie posiada jakiegoś mocniejszego uwikłania się w rzeczywistość na poważnie, próbę jej wyjaśnienia, nazwania. Także mimo wszystko, powieść „Sardynka” nie zaskakuje, gdyż raczej doprowadza do absurdu to co znamy z doświadczenia, z czym stykamy się na co dzień. Na pewno w kolejnych książkach taka mocniejsza perspektywa się pojawi, o to się nie boję. To co niepokoi u młodych autorów, to odejście i nie zważanie na polską tradycję literacką. Tak jakby ona dla nich była nie istotna, nie dlatego, że jest słaba, ale nie porusza ich problemów, nie pokazuje im znanego świata. Polska literatura męczy ich Konradem z Mickiewicza, problemami Gombrowicza, uwikłaniem w politykę i religię Miłosza, hermetycznym kręgiem akolitów i recenzentów Świetlickiego, notabene, którego wiersz jest parodiowany, czy pastiszowany w prozie Maliszewskiego. Na razie obcujemy z rzeczywistością widzianą przez zmysł doszukiwania się w niej absurdów, istotna w prozie Maliszewskiego jest spora umiejętność kontrastu, polegająca na zestawianiu po sobie scen, wątków fabularnych o krańcowo odmiennych zabarwieniach emocjonalnych, przez co wiele stron powieści Maliszewskiego czyta się jak tragikomedię, wplecioną w prozę przygodowo-młodzieżową. Maliszewski ciekawie opisuje międzyludzkie relacje, czy to kumpelskie, czy braterskie, a także synowsko/matczyne, erotyczne, albo typu klient/sprzedawca. Jest w nich mimo bufonady, świadomość głównego bohatera odpowiedzialności za drugą osobę, chęć jej pomocy, mimo, częstego luźnego traktowania tychże relacji. To jest chyba dosyć ważne w przypadku pisania prozy, że postacie wychodzą autorowi w książce jak żywe, a nie są papierowymi kukłami grającymi swój kukiełkowy teatrzyk jak w przypadku wielu starszych autorów roczników 70-tych, gdzie nad fabułą książkową rozciąga się główna idea niczym w powieści tendencyjnej. W czasie napięcia politycznego w Europie myślę, że warto nabrać dystansu czasem do świata przez lekturę lżejszej literatury – zwariowanej, lekkomyślnej, żywiołowej. Takiej jak „Sardynka”.

Kornel Maliszewski, Sardynka, Nowa Ruda 2014

Mateusz Wabik





Wojciech Brzoska. "Wiersze podejrzane", Mamiko, Nowa Ruda 2003



     Tytuł tomiku Wojciecha Brzoski nawiązuje do rozróżnienia, którego dokonał niegdyś w eseju Proszę pokazać język Stanisław Barańczak: słowa dzielą się na te „poza podejrzeniem” i te „w stanie podejrzenia”. Poezja, która stawia poza podejrzeniem swój własny język, głuchnie na groźby pobrzmiewające w językach innych albo udaje, że ich wcale nie słyszy. Bohater Brzoski obsesyjnie wręcz tropi wkradające się w codzienne życie, mowę (także w poezjowanie!) fałsze. Etyczny niepokój towarzyszy mu na każdym kroku, a pisanie tych „podejrzanych” wierszy jest dla autora swoistą strategią obronną przed szerzącym się dziś nihilizmem. W tym sensie jest to więc poezja konieczna i ocalająca. Niemniej nikogo nie ocala na siłę, ma wymiar prywatny, jednostkowy, a kolejne utwory składają się na sumienną kronikę wrażliwości. Patronami brzoskowego „życiopisania” są Podsiadło i ... Białoszewski, wiele linijek poeta z Sosnowca usłyszał bądź przeczytał i zlepił w nowe, samodzielne całości. Talent do opowiadania, niepowtarzalna wymowa zgrabnie zarysowanych sytuacyjnych scenek, towarzyszące im zdziwienie i niewymuszone refleksje- to najsilniejsze strony tomiku. A słabsze? Kilka tekstów chybionych, włączonych do książki chyba zbyt pospiesznie. Niemniej jako całość Wiersze podejrzane się bronią. Autor korzystając ze zderzeń głosów cudzych i przełamań typowych dla młodej poezji schematów powoli dochodzi do swojego własnego, niepodległego głosu. Podobny wysiłek widać w wierszach innych śląskich „roczników siedemdziesiątych”. Być może dojrzewają oni do tego aby się odżegnać od przypisywanej im dotąd stadności?

                                                   Artur Nowaczewski
                                                   („Topos”, nr 6/2003)

Artur Nowaczewski





href=#back>Powrót



Mateusz Wabik

Księga zaklęć przeciwko umieraniu
(Dawid Majer – „Księga grawitacji”)

Książka Dawida Majera „Księga grawitacji” to jeden z najdziwniejszych tomów wierszy jakie czytałem w życiu. Przy pierwszej lekturze nużyła – pomyślałem sobie - o znowu rocznik 80-ty wypisuje swoje mądrości, z którymi nie wiadomo co zrobić - śmiać się, czy płakać. Ale po kilku dniach – dałem radę i zrozumiałem o co w tym tomie chodzi. Chodzi o to, że pomimo tego, że jednym z głównych, powtarzających się wątków w tomie jest umieranie i śmierć matki, nie ma w tym tomie przeżycia śmierci.

Śmierć matki bohatera tych wierszy jest wydarzeniem zwykłym, błahym, bohater zachowuje się jakby nic się nie stało: „z twoich pieniędzy urządziłem sobie kolorową żałobę / pełną confetti, muzyki w tle” („List do matki”, str. 38). Ale nie ma w tym żadnego skandalu obyczajowego, gdyż matka, bohatera lirycznego zdaje się wcześniej uniewrażliwić swojego syna na własną chorobę, umiera kilka lat i tu nic nie ma z atmosfery dramatu, tragedii.

W jednym z wierszy w dniu mszy za ozdrowienie matki, bohater liryczny bardziej przejmuje się kupnem desantówek (buty wojskowe): „Nie poszedłem na mszę odprawioną w intencji / powrotu do zdrowia mojej matki, wpatrzony w okno, / bo rozstrzyga się czy matka / da na upatrzone desantówki” („Placebo”, str. 22). Za parę lat po pogrzebie bohater liryczny je owoc mango tak jak kazała mu matka. Ze zjedzonego mango pozostaje pestka, którą bohater wiersza chciałby zakopać, by wyrosło drzewo, tak jakby czynność chowania w ziemi ciała matki była sprzężona z jedzeniem owocu. Tak jakby niedopuszczona do świadomości magiczna i pierwotna myśl o pragnieniu powrotu zza grobu matki znalazła swoje ujście
w chęci zakopania pestki by wyrosło z niej drzewo. Potem matka ożywa pod postacią zakupionych rzeczy z jej polisy ubezpieczeniowej. Jakby jej śmierć była aktem wymiany.

Tak jest to tom niezwykły, w którym bohater liryczny próbuje przeciwstawić codzienność, własne sprawy – dramatowi jaką jest śmierć bliskiej osoby. To są zaklęcia rzucane przeciwko czasowi, umieraniu, przeciwko przeżywaniu dramatów po ludzku, po to by rzeczywistość i życie nie wyślizgnęło się z ręki bohaterowi lirycznemu tych wierszy. A czy to się udało? Nie wiem, śmierć trzeba przeżyć, bo potem nagle może okazać się, że śmierć psa, który został pochowany w pudełku po wieży Pioneer i matki jest tym samym.

Dużo w tej książce życia, spraw damsko-męskich, wyjazdów, obserwacji, a jednak ma się wrażenie, że bohaterowi lirycznemu się nie udało. Bo nie trzeba zawierzać popkulturze,
w której temat starości, umierania jest wyparty kosztem kolorowej głupoty z przyklejonym uśmiechem, gdzie wszyscy dobrze się bawią, świetnie sobie radzą i nie wypada okazywać smutku, przeżywania dramatów. Mroku w tej książce jest tyle ile fal podczas sztormu.

A może jest to jeden z pierwszych tomów, poetów wywodzących się z bogatszych rodzin (bogaci mają psy, a my koty) i dlatego tak zastanawiający. Bo, który bogacz coś przeżywa innego, oprócz kursu dolara na giełdzie.

Majer Dawid.
Księga grawitacji. MaMiKo.
Mateusz Wabik





Polecam


       książkę Janusza L. Sobolewskiego "Misja ". Przyznam, że przeczytałem ją z dużym zainteresowaniem, jako że tej jakości powieści "political" (niekoniecznie "fiction") spotyka się jak na lekarstwo na naszym rodzimym rynku wydawniczym. Szczególnie zafrapowały mnie fragmenty książki, w których akcja rozgrywa się w Chinach. Autor wykazuje się wielką znajomością chińskich realiów, kreśli udanie portrety bohaterów, zdmuchuje w jakiejś mierze mgiełkę tajemnicy, obecnej od wieków za Wielkim Murem.
       Zresztą im dalej w las, tym książka nabiera rumieńców, czyta się ją doskonale, wątki sensacyjne przeplatają się z miłosnymi, a sam wielowymiarowy finał, może gorzki, spinający wątki, tchnie nadzieją.
       W dzisiejszym, trudnym dla książki okresie, wartościowe pozycje wymagają promocji. Jestem przekonany, że "Misję " warto wypromować dla masowego czytelnika. To warunek jej sukcesu wydawniczego.

Jan Pieszczachowicz





Proszę, i oto mamy nowego pisarza w Kotlinie. Elias Marouch jest lekarzem, dobrym lekarzem, ale ma przy tym wyraźne powołanie do pisania. Mimo, iż język polski nie jest jego mową ojczystą, posługuje się nią odważnie i bez kompleksów.


Jego króciutkie historie, mini-opowiadania wydają się być zaprawione szczyptą egzotycznych przypraw – to zmieszana ze sobą tradycja wschodnich przypowieści, anegdoty, surrealistycznej powiastki. Cechuje je dziecięca świeżość, ciepły humor i radość opowiadania.

Dla nas, wyrosłych w umiarkowanych szerokościach geograficznych, opowieści Eliasa Maroucha stanowią jeszcze ciekawy i oryginalny punkt widzenia, z którego możemy rzucić okiem na samych siebie.

                                                                                                                           Olga Tokarczuk




Olga Tokarczuk





„Jestem pyłkiem z drogi wszechświata...”




Tak napisał o sobie dolnośląski poeta Zdzisław Władysław Żurek w wierszu „Pan Ego
i transcendencja”. Redakcję zbioru przygotował poeta Antoni Matuszkiewicz - przyjaciel autora. Jemu też Zdzisław Żurek zdążył zadedykować swoje wiersze. Tomik ukazał się w noworudzkim wydawnictwie „Mamiko” Apolonii Maliszewskiej pod koniec maja 2002 roku, tuż po śmierci autora. Gdy samotny poeta umierał, trwała praca poligraficzna zmierzająca do oddania jego wierszy w ręce czytelników.
W obliczu rozstrzygnięć eschatologicznych, cytat zawarty w tytule mojej wypowiedzi nabiera nowego, smutnego sensu. Dziś powinien już brzmieć w czasie przeszłym. Słowa te każdy z czytelników, bez obawy popełnienia logicznego błędu, może przyjąć jako własne, choć zostały sformułowane bardzo osobiście. Bo czymże jesteśmy wobec Kosmosu, wobec świata ogromnego i bezkresnego? Polski barokowy poeta metafizyczny Daniel Naborowski określał nasze ziemskie życie jako :
„Dźwięk, cień, dym, wiatr, błysk, głos, punkt...”
Wszystko to przemijające, ulotne, podlegające władzy czasu, o którym Zdzisław Żurek napisał, że w jego mieście Boguszowie-Gorcach są cztery wieże ratuszowe, a każdy z chronometrów wskazuje inną godzinę. Do wyliczeń Naborowskiego określających ludzki żywot, współczesny poeta z Ziemi Wałbrzyskiej dodał „pyłek”. Semantycznie bliski „punktowi” oznacza małość, znikomość jednostki ludzkiej wobec ogromu wszechświata
i wyraża skromność i pokorę autora.
Tomik „Gra Pana Ego” jest dość mocno osadzony w tradycji literackiej i szerszej-kulturowej. Sam tytuł zbioru prowadzi myśl czytelnika w kierunku klasycznego nurtu poezji Zbigniewa Herberta i jego tomiku o podłożu etycznym „Pan Cogito”, wiersz „Ego żeni się” zawiera reminiscencję literacką do sceny z komedii Gogola " „Ożenek". Miłość do świata, w tym do zwierząt i roślin, wydaje się być nawiązaniem do poglądów św. Franciszka z Asyżu. Nazwanie Boguszowa-Gorc „miasteczkiem jak z płótna Breugla” przenosi nas na chwilę w świat niderlandzkiego, renesansowego malarstwa.
Tytuł zbioru wierszy Żurka zawierający frazeologizm „Pan Ego” oznacza „Pan Ja”
i prowadzi nas w świat liryki roli. Twórca obiektywizuje własne odczucia, nadając im kształt mowy wypowiedzianej przez wymyśloną postać. W wierszach spotykamy Pana Ego wobec Wszechświata, wobec nacjonalizmu i realizmu, podczas zawierania traktatu z dobrym duchem źródła i z lasem , w księgarni, na meczu piłkarskim, podczas rozmowy z sąsiadami, w nieprzychylnym interesantowi urzędzie, na spacerze, w czytelni. W liryce roli czyli maski nie można sprowadzić przeżyć wyrażonych w wierszach do rzeczywistych doświadczeń wewnętrznych twórcy. Jednak mimo przyjęcia tego typu konwencji, liryka samotnika z Boguszowa – Gorc wydaje się być poetyckim śpiewem o nim samym, o jego poglądach, myślach i postawach. Najpełniej charakteryzuje siebie w wierszu „Ego”. Określa Pana Ego jako wiecznego opozycjonistę, ceniącego sobie „oazę świętego spokoju”, w której „nie wszystko jeszcze sprywatyzowano”. Koncepcje liryki roli potwierdza otwierające tytuł zbiorku pojęcie „Gra”.
Jednym z wyznaczników liryki w ogóle jest subiektywny sposób obrazowania świata. Zdzisław Żurek pojmuje wszechświat jako harmonijną konstrukcję zbudowaną według antycznych zasad klasycznego piękna : ładu, symetrii i proporcji. Podkreśla, jak jońscy filozofowie przyrody, klasyczną jedność życiodajnych żywiołów : ziemi, nieba, wody i ognia, który w jego poezji przyjmuje postać Słońca.
Z tomiku „Gra Pana Ego” czytelnik może wyprowadzić moralny etos preferowany przez autora i jego lirycznego bohatera. Składa się na niego dążenie do prawdy, dobroć i nadzieja,
a także postawa kontestatora wobec wszelkiego zła, zwłaszcza wobec arogancji
urzędów i wobec władzy coraz bardziej oddalającej się od narodu.
Liczne wiersze zawarte w omawianym tomiku należą do liryki opisowej. Szczególnie wzruszające są obrazy ukochanego miasta, małej ojczyzny poety, przyrody otaczającej Boguszów – Gorce i portrety ludzi : ekspedientki, bibliotekarki w czytelni, pani w kapeluszu. Malarską wrażliwość poety zauważam w wierszu „Chabry”, w którym błękit polnych kwiatów artysta zestawia z kolorem nieba. Kwiaty stają się odbiciem niebieskiego sklepienia i tworzą wraz z nim harmonię Kosmosu.
Zdzisław Żurek to także poeta codzienności. Interesowały go zwykle sprawy i zwyczajni ludzie. Bogactwo atrybutów upływającego czasu znajduję w wierszach : „Ulica dzieciństwa”, „Filozofia codzienności”, „Rozmowa z sąsiadami”. Wszystkie składają się na ustawiczne poszukiwanie sensu życia.
W obliczu przedwczesnej śmierci poety (miał 55 lat) szczególnego sensu nabierają wiersze, w których artysta żegna się z rodziną, z najbliższym otoczeniem, ze światem. Jest w nich wprawdzie dystans do nieubłaganego zakończenia ziemskiej wędrówki , szczypta gorzkiej ironii i oskrzydlony smutkiem humor, ale pod tą warstwą konwencji kryje się poczucie samotności o przeczucie odejścia w tło.
Od Horacego wiemy, że poeta „nie wszystek umiera”. Zdzisław Władysław Żurek pozostanie w pamięci tych, którzy go znali i zachowa swe dobre imię wśród tych, którzy poznali jego wiersze zgromadzone w zbiorach :”Obrazy”, „Wszystkie godziny miłości”, „Słoneczne wzgórza”, „Płonące obłoki”, „Gra Pana Ego”.
Gorąco polecam przeczytanie zwłaszcza ostatniego tomiku. Można w nim dotknąć niezwykłej wrażliwości poety, jego refleksji o bezmiarze świata i ludzkim pyłku, a wreszcie samej istoty życia. Paraboliczny charakter tej poezji przyniesie czytelnikowi wiele przemyśleń, pozwoli autora zaaprobować i zidentyfikować z nimi własny pogląd na świat, na życie i jego wartość.
Sabina Skowron








Do boju!


       Jeśli zechcemy rozpatrywać „Rozpoznanie bojem” w kategoriach poezji, to prawdopodobnie doznamy zawodu. Ujrzymy bowiem utwory rymowane, o bliskich rymach , wyraźnie zaznaczonym rytmie i tradycyjnej formie. Nie takich wierszy oczekujemy od współczesnego poety.
       Jeżeli jednak spojrzymy na zbiorek przez pryzmat satyry, to zobaczymy autora, który bawi nas zaskakującym ujęciem tematu, żongluje słowem, swobodnie porusza się po różnych obszarach kulturowych, nawiązuje dialog z klasykami (od antycznych Greków po Romantyków). Autor wciela się we współczesnego Anakreonta, Hamleta, Laurę(tę od Filona) i Świteziankę. Postaci te wychodzą z kanonu lektur szkolnych, schodzą z pomników, by w swej nowej wersji mogły być nam bliższe.( Tu zadaję sobie pytanie która z postaci jest bardziej „romantyczna” – pragnąca namiętnej miłości Świtezianka, czy nieczuły na jej westchnienia, nieprzerwanie kontemplujący przyrodę Chłopiec?)
       Wiersze Maćka Frońskiego to błyskotliwa i lapidarna forma opowiadania o rzeczach często uważanych za wulgarne i wstydliwe. Słowa są orężem w boju o rozpoznawanie rzeczy. Orężem w walce z głupotą, hipokryzją, brakiem krytycyzmu. Prześmiewczemu tonowi zawsze towarzyszy refleksja, ukazująca prawdę o nas i o świecie w którym przyszło nam żyć. Czy tego chcemy, czy nie obok metafizyki jest fizyka i fizjologia, obok sacrum, profanum.
        Lapidarna forma połączona jest z celnością spostrzeżeń i wagą poruszanych zagadnień, niekiedy natury metafizycznej. Autor patrzy na wszystko z przymrużeniem oka i zdaje się zachęcać do takiego spojrzenia czytelnika.
       Jest wierny mottu swego zbiorku:” Rzeczą poety jest zadziwiać&#8230;” Nie kryje trywialności umieszczając pod wierszem informacje -„ Przy koszeniu trawy”. Patosu nie dodają tez miejsca gdzie powstawały wiersze: Kasinka , Gliwice, Bielsko- Biała.
       Miłośnicy nowej formy literackiej ,o ustalonych oczekiwaniach i czciciele poezji przez duże P, nie znajdą tu nic dla siebie. Nie polecam osobom niewolniczo przywiązanym do określonych wartości i tym, którzy słowo pisane traktują bardzo serio. Pozostałych gorąco zachęcam do lektury. Szczególnie zaś tych, którym bliska jest twórczość J. Sztaudyngera, czy S.Żeleńskiego- Boy&#8217;a ( a nawet zaryzykuję- A.Mickiewicza).



Katia Jabłońska

Maciek FROŃSKI.
Rozpoznanie bojem Wydawnictwo Mamiko, 2006
Katia Jabłońska





O poezji Przemysława Karpińskiego z tomu wierszy „Po nazwisku”.


Mimo, że poetka Ninette Nerval pisze o „masakrze postmodernistów”, postmodernizm not dead.

     Tom wierszy
"Po nazwisku" Przemysława Karpińskiego składa się z 26 wierszy. Każdy wiersz z tego tomiku ma podobnie skonstruowany tytuł, w 25 przypadkach po słowach "po nazwisku" znajduje się znak „:” i jakieś nazwisko lub imię (świętego, postaci z „Biblii”), w jednym wierszu po dwukropku mamy słowo „epilog”. Z przywołanych z nazwiska filozofów i psychologów mamy w tomie „po nazwisku”: Ciorana, Junga, Lenina, Kołakowskiego, z pisarzy i poetów mamy: Kunderę, Nabokowa, Lema, Cortazara, Flauberta, Jelinek, Krynickiego, Prousta, Salingera, Świetlickiego, Świrszczyńską, z muzyków mamy: Cohena i Watersa (z okresu solowego), z postaci biblijnych, świętych, przywódców kościoła: Piłata, Cyrenejczyka, Pawła VI, Szawła, z artystów filmowych: Kieślowskiego, Kryszaka, Pfeiffer i mamy także przywołanego prezentera telewizyjnego: Suzina. Sens wierszy Karpińskiego jest różny, mamy tu polemiki i próbę zdyskredytowania danego filozofa, czy twórcy jak w przypadku Ciorana, który według podmiot lirycznego „był zwykłym oszustem”, niektóre wiersze poety są wersją liryki maski, gdzie podmiot liryczny wciela się w daną osobę, jak w wierszu „po nazwisku: cohen”, czy w wierszu dotyczącym Flauberta, także w „po nazwisku” znajdują się wiersze opisujące wymyślone sytuacje biograficzne, albo nawiązujące do biografii danych osób jak w przypadku wiersza z przywołanym w tytule argentyńskim pisarzem Cortazarem, czy w przypadku tekstu o reżyserze Kieślowskim. Wiersz dotyczący Krynickiego opisuje wymyślone, lub prawdziwe spotkanie autora tomu (kafkowski K. może być alter ego poety) wierszy z Ryszardem Krynickim, także w tomiku znajduje się wymyślona rozmowa ze Stanisławem Lemem. W tomiku Karpińskiego są też wiersze o danych osobach jak Jelinek, czy Pawle VI. Wywołane nazwisko w tytule bywa także okazją do własnego wiersza autobiograficznego jak w przypadku wiersza „po nazwisku: kundera”. Wiersz „po nazwisku: świetlicki” odnosi się do wiersza Świetlickiego „Świerszcze”, tyle, że nie mówi o „miejscu gdzie umierają koty”, ale o tym, że w Anglii „nie ma już miejsc / przy zmywaniu garnków”, podmiot kobiecy w wierszu mówi także, że w Anglli nie ma już miejsc do pracy dla emigrantów, a pointa „musimy żyć i zgnić w biedronce” podkreśla, że wiersz Karpińskiego jest pastiszem wiersza Świetlickiego. W kilku wierszach Karpiński opisuje wymyślone sytuacje erotyczne pomiędzy twórcami, a ich ukochanymi, a Paweł VI ma potajemnie spłodzone dziecko (nie wiem czy to fikcja, czy prawda, no nie znam biografii owej postaci historycznej). Wspomniane już spotkanie K. z Krynickim ukazuje rozmowę na temat wierszy K.. Wierszowy Krynicki czyta owe wiersze, ale widzi ich miałkość, jednak próbuje znaleźć „nieraniące słowa komentarza”. Wierszowy Krynicki znajduje jednak cykl „Samomanipulacje” i każe poecie iść w jego kierunku i doradza: „niech pan czyta poezje!”. W wierszu „po nazwisku: cyrenejczyk” - Cyrenejczyk dzięki pechowi pomaga Jezusowi, choć w innej linijce wiersza podmiot liryczny dodaje, że to może być przeznaczenie. Tom wierszy Karpińskiego przypomina takie wiersze, które opisywały fikcyjne sytuacje spotkań różnych zasłużonych twórców dla kultury, legend rockowych. Takie wiersze pisali m.in. Jacek Podsiadło i Ryszard Chłopek w „Legendy schodzą z pomników”. W nich istotne było założenie, że odbiorca zrozumie aluzje, odgadnie sens danego utworu, dlatego przywoływani w nich twórcy to nie lokalne bożyszcza, ale ludzie, których dzieła są znaczące, w skali kraju, narodu, świata. Tak samo Karpiński, przytacza raczej nazwiska ludzi znanych, wymyśla fikcyjne historie, albo nawiązuje do biografii owych postaci, w jednych i drugich powinien czytelnik uchwycić jakąś aluzję do biografii owej postaci. Te wiersze Karpińskiego należą do nie często dziś już uprawianej poezji – gdzie spotyka się żart, beztroska zabawa, z powagą, ironią, która miała na celu głównie rozrywkę. Nie ma tu nadętego tonu powagi, podniosłości, panuje w tomiku język informacyjno-kolokwialny. Poezja Karpińskiego jest postmodernistyczna, jest tworzona w obrębie archiwum kulturowego. Teksty postmodernistyczne to nie tylko rozrywka, zmieszanie kultury popularnej i wysokiej, ale także drugie dno ideowe, refleksyjne. Taki wymiar refleksji na temat kultury, społeczeństwa XX wieku, czy współczesnego jest także obecny w poezji Karpińskiego, np.: w wierszu „po nazwisku: kołakowski” podmiot liryczny frywolnie konstatuje „każdy facet ma taką jazdę / od kobiety do boga i z powrotem (albo odwrotnie)”, a to się odnosi do przytaczanych mądrości filozoficznych filozofa. Jednakże niektóre wiersze Karpińskiego mają jakiś osobisty wymiar jak „po nazwisku: suzin”, który jest utworem biograficznym, lub quasi-biograficznym, podmiot liryczny opisuje w nim sytuację, kiedy zasypiał w dzieciństwie podczas filmów zapowiadanych przez znanego polskiego prezentera telewizyjnego Jana Suzina i ojciec zanosił go do łóżka. I ta czynność wielokrotnie się powtarzała, stąd znalazły się w wierszu słowa: „ojciec śmiał się nazajutrz/pytał, czy następnym razem też chcę oglądać, / bo niedługo nie będzie miał sił mnie przenosić”. W wierszu „po nazwisku: proust” mamy do czynienia z wieloznaczeniowością postmodernistyczną (która także była w wierszu o Cyrenejczyku), ponieważ, wiersz zarówno może opisywać quasi biograficzną sytuację z fikcyjnej biografii Marcela Prousta, jak i być wierszem biograficznym poety, który opisuje sytuację kiedy bohater wiersza (alter ego poety?)i jego kolega siedzą w jakimś małym mieście na rynku i narzekają tonem kolokwialnym na brak pieniędzy na alkohol – „chwilę później siedzimy z kumplem na starym rynku / dwóch luzerów jest straszna garówa / a my bez kaski bez pracy bez szans na piwo”. Na pewno wiersze Karpińskiego, z pozoru mogą się wydawać błahe, ale czuć w nich, że autor jest czytelnikiem poezji lat 90-tych, której patronem jest Marcin Świetlicki i poeci pokolenia „brulionu”, jednakże wiersz „po nazwisku: proust” sytuuje się także w innym kręgu poezji i literatury – banalistycznej, której twórcy propagowali opisywanie zwykłych sytuacji życiowych, bez doszukiwania się w nich jakiegoś metafizycznego, czy ogólnoludzkiego wymiaru. Jednakże dla pewnej grupy taka sytuacja kiedy brakuje alkoholu nie jest sytuacją nie znaną. Muzycy rockowi, fani rocka, różne grupy młodzieżowe, znajomi z osiedla, często się skarżą na brak pieniędzy na alkohol podczas spotkań towarzyskich. Najlepsze z wierszy Karpińskiego wg mnie to te opisujące spotkanie K. z Krynickim i pastisz wiersza Świetlickiego. Reszta jest różna, czasem taka sobie, czasem bardziej zastanawiająca jak wiersz z Suzinem. Ogólnie rzecz biorąc tomik uważam za udany, słychać, że jakieś echo poezji lat 90-tych jest nadal słyszalne. Nie ma tu koturnowości, zadęcia, czuć w wierszach wymieszany żart z powagę jak za dawnych lat, kiedy nikt się nie wyścigował po stypendia i laury. Kiedy instytucje kultury jeszcze nie przejęły obowiązku nagradzania współczesnych poetów w większym stopniu, wydawcy i krytycy nie kreowali tak dużo nowych nurtów. 30-latkowie w latach 90-tych nie ufali często instytucjom kultury, a takie żartobliwe wiersze, karykatury życia literackiego, czy kulturowych wyżyn, pastisze, były na porządku dziennym. Jednakże tak naprawdę postmodernizm dlatego został wyparty, choć proponował zdrowe relacje międzyludzkie, bo podważał instytucje. Jednak postmodernizm, żart, frywolne wykorzystywanie poezji do różnych celów nie po myśli instytucji, naprawdę ma jeszcze wiele do zrobienia w Polsce, cieszą takie tomy, choć niegenialne.

Przemysław Karpiński. Po nazwisku. Nowa Ruda : MaMiKo, 2013

Mateusz Wabik





„Jabłka, jeszcze rumiane...”



Jest w tych wierszach ulotność, napomknięcie, chwilowość. Jakby nagły widok nieznajomego, wyznanie przypadkowego pasażera w pociągu. Jednak nie błahość, jeśli nawet znikomość, to znikomość człowiecza w ogóle, wrodzona nam nieporadność bycia. Niezgrabność istnienia. Chwilo (...) złapana / tkasz delikatną / mgłę życia („Chwila”). Ale w tej chwili, w tej mgle, jak światło samochodu na ścianie ciemnego pokoju pojawia się ważka świadomość – grzechu, cierpienia, samotności, śmierci. Skazani jesteśmy na oczekiwanie, ponieważ stworzenie jakby nie zostało doprowadzone do końca. Chcielibyśmy uznać się za spełnionych, gotowych, lecz widzimy, że to, co nas otacza, nie jest w pełni, a przynajmniej nie stanowi wraz z nami spójnej całości. Ptak leci prawie nisko a świat w ogrodzie / tak prawie czeka / na przyjście lata. Rajskość tego zmysłowego świata zdaje się podważona, zaprzeczona w przeczuwanej wieczności.

Poetka coraz bardziej zapatrzona jest w świat nieoczywisty, a jednak – mocą paradoksu –może dokonywać w nim egzystencjalnych odkryć, jakby sięgając w głąb zmąconej wody i dotykając naturalnego ładu kamieni w łożysku. Zresztą woda (a także jej pochodne – deszcz, mgła, chmura, wilgoć, źródło, kropla, fala itp.) to bardzo ważny – może najważniejszy – klucz tej poezji. Jak prosić / o ciało / przejrzyste / jak / woda / źródlana („Jak”).W wierszu o spełniającej się miłości czytamy: Już wiem / co to morze, morze jest we mnie / szumi / najbardziej. Autorka odkryła też, że świat potrzeb / to kalejdoskop / który // trzeba odpowiednio / obrócić // żeby szkiełka (...) ułożyły się // we właściwy / krajobraz. Potrzebuję // to magiczne / słowo / zmienia / rzeczywistość. „Układany świat” – jak brzmi tytuł cytowanego wiersza – to domena dowolności, manipulacji, magicznego zaklęcia, a nie stwórczego Słowa. Słowa bezinteresownego w swej absolutnej wolności. Pewne wyobrażenie o tym Słowie daje wiersz o symptomatycznym tytule – „Tak”: Wolność (...) gdy cisza / wypełnia przestrzeń // i jeszcze radość / wypełnia / ale niecierpliwa. W tytułowym – „tak”, w jego wolności, brzmi przede wszystkim cisza, zawiera ono bowiem obydwa aspekty ludzkiego istnienia – vita contemplativa i vita activa, postawy obu ewangelicznych sióstr – Marii i Marty, z tradycyjnym podkreśleniem prymatu tej pierwszej.

Wraz z Autorką jesteśmy jednak wciąż na ziemi, gdzie nieodwołalnie stajemy się zarówno podmiotem, jak i przedmiotem eksperymentu. Szukałam porządku / wszechrzeczy / też // w miękkim dotyku / materiału; lubiłam / twoje koszule (...) w koszulach / był inny świat / wyprany wykrochmalony („Czysta elektryka”). Jednak – Ten świat jest gorszy / niż się wydawało. Ostatni cytat pochodzi z wiersza o programowo antypoetyckim tytule: „Świat z zasznurowanymi ustami”. Wspomniana już uprzednio magia nie sprawdza się w sprawach miłości, oto w utworze „Mojej nocy amulet” czytamy: by biel / twoich zębów / jaśniała / boleśnie, a zaraz potem: mogłeś / tylko ocalić // a pozostałam / w mojej nocy / najgłębszej / z prośbą / o dzień. Czasem fizyczne cierpienie, choroba pozwala odkryć nieoczekiwane oblicze miłości. Raczej czekam na objawienie / we mnie // nie przestałam wierzyć w miłość - / ale // stała się dla mnie / potrzebnym powietrzem. A konkluzja? - jest dobrze zapomnieć – (...) jakby się nic nie stało / staje się obojętne / nic. Tytuł tego utworu – „Cud wyzwolenia” – pozwala odnieść to „nic” nie do nihilizmu, a raczej do wizji znanej już z „Tak”. Każde odejście, utrata, każdy brak jest także szansą wzrostu dla naszej prawdziwej wolności. Jakże trafna wydaje się w tym kontekście formuła z innego zapisu: nadzieją / moje ciało // wtapia się w noc („Nadzieją i liniami ciała tapetuję pokój”). Nie istnieje przecież miłość bez nadziei. Kiedy wędrujemy Przez wielki świat przez ciemność. „Ten świat pustką ciała sieje” – jak głosi tytuł wiersza – twój oddech // teraz skrył się w wilgotną ziemię // ziemia oddycha razem ze mną / i cicho wzdycha do gwiazd // tak śmierć przychodzi każdego dnia. Tak ujrzanemu światu – w imię nadziei, w imię prawdziwej miłości – sprzeciwia się poezja. Ma moc uobecniania błogosławieństwa początku: Wiersze (...) jak jabłka / jeszcze rumiane / z utraconego raju Adama. To poprzez nią mogą się ziścić następne / słowa / narodziny (liryk „Wiersze dojrzałe”). Dla zintegrowania rzeczywistości, zjednoczenia wewnętrznego z zewnętrznym. Współudziału w dziele stworzenia. Dla ciszy najgłębszej i - niecierpliwej co prawda, ale jednak – radości.


Antoni Matuszkiewicz
Anna Magdalena Pokryszka. "Każdego dnia". Nowa Ruda : Wydaw. MAMIKO, 2003





"Pierwsza recenzja Agnieszki"

Niedawno zaproponowano mi napisanie recenzji. Było to
dla mnie wyzwanie, gdyż nigdy nie pisałam recenzji, którą
miałoby przeczytać więcej niż jedna osoba. Poza tym jest mi
ciężko się za to zabrać, gdyż trudno oceniać czyjeś dzieło, gdy
nigdy nie próbowało się napisać czegoś własnego. Tym bardziej
podziwiam osoby, które się na to zdecydowały. W treści
powieści Arkadiusza Sanna zawarte są doświadczenia i
spostrzeżenia autora z jego pobytu w Holandii. Książka
przedstawia nam obraz człowieka walczącego o siebie i o lepsze
jutro. Człowieka, który musi się odnaleźć w ciężkich realiach
współczesności i ciężkich prawach, które rządzą tym światem. W
końcu jest to przede wszystkim, książka o przymierzu człowieka z
Bogiem, o wierze, która jest tak bardzo nam istotom ludzkim
potrzebna. Książka "Exodus" stanowi miłą lekturę na wakacyjne
popołudnie, a ponadto porusza istotne problemy, jakie nękają
człowieka. Rafała, głównego bohatera powieści, poznajemy jako
bezdomnego koczującego w najrozmaitszych miejscach. Bytuje tak z
dnia na dzień żebrząc, buszując w koszach na śmieci w
poszukiwaniu smakowitych resztek. Punktem zwrotnym w jego życiu
okazuje się spotkanie tajemniczego Michała, który jak się
okazuje na końcu jest jakby "nieziemski". To spotkanie odmienia życie
naszego bohatera. Uwierzył w Boga, zawarł z nim swoistego
rodzaju przymierze, a Biblię zaczął traktować jako najpewniejszy
drogowskaz. Od tej pory jego życie się zmienia. Wyjeżdża za
granicę, staje się bohaterem, znajduje pracę, zaczyna
egzystencję na poziomie, odnajduje miłość swego życia, wraca do kraju po dzieci
i przeprowadza się tam na stałe zakładając sierociniec. Cud. Tak
pokrótce przedstawia się historia Rafała. Jednakże oprócz treści
są problemy, które gnębią ludzkość przynajmniej od kilku wieków-
poznanie samego siebie, odnalezienie celu i wartości, którymi
będzie się kierował. Powieść Arkadiusza Sanna zwraca nam uwagę na rzeczy, które
mamy przed oczami, ale tak naprawdę ich nie zauważamy. Są one tym
co w życiu powinno być najważniejsze i czym powinniśmy się w
nim kierować - to wartości uniwersalne i najcenniejsze- wiara,
miłość i miłosierdzie. Takimi wartościami, po spotkaniu z
Michałem, kierował się Rafał. To niewiarygodne jak zaufał on
Bogu. Oddał się w Jego opiekę i stał się wierny Jego słowom-
Biblii. Właśnie problem wiary bardzo mnie poruszył. Książka ta
przypomniała mi o Bogu. Mój stosunek do religii jest trochę
mieszany, a tu mamy do czynienia z biednym, brudnym i obdartym
włóczęgą, który składa swe życie Bogu. Ufa mu, chociaż jest w
nieciekawej sytuacji. Potrafi się zdobyć na zwrócenie się do
niego. A co ciekawsze i budujące, po wydostaniu się ze społecznego
dołka nie przestaje kierować się Słowem Bożym, ale dzieli się
tym co zdobył z potrzebującymi. Jest to takie
dobre, że aż trudno w to uwierzyć. Gdyby było na tym świecie
więcej takich ludzi, którzy potrafią zdobyć się na tak wiele dla
innych. Może to, że tak dużo przeżył nauczyło naszego bohatera
większej wrażliwości na problemy innych potrzebujących. Jednakże
tym bardziej ci, którym w życiu się udało powinni podzielić się
z innymi, spróbować pomóc. Właśnie miłość i miłosierdzie są tak
gloryfikowane w powieści Arkadiusza Sanna.
W "Exodusie" podoba mi się to, jak autor wiernie oddał
rzeczywistość, która go otaczała i otacza. W książce widać
obserwacje, jakie poczynił autor podczas swej podróży i pobytu
za granicą. Opis nowej sytuacji, w której się znalazł bohater
powieści, są wnikliwe i oddają zarówno zachowania Rafała, jego
odczucia, jak się odnajduje w nowej rzeczywistości oraz to jak
odbierają go nowi znajomi-cudzoziemcy. Na obczyźnie znajduje
zrozumienie dla problemów ojczyzny, uczy się doceniać to co jej
zawdzięcza. Dlatego później wraca do niej i próbuje coś zrobić
dla ludzi, którzy w niej mieszkają. Polecam powieść "Exodus" autorstwa Arkadiusza Sanna
wszystkim, którzy lubią czytać i chcą poznać niesamowitą historię
Rafała.








Tragedia śmierci i postmodernizm. O poezji Tadeusza Olszewskiego z tomu „Owoc tarniny”.



Mateusz Wabik

Tragedia śmierci i postmodernizm. O poezji Tadeusza Olszewskiego z tomu
„Owoc tarniny”.
Tadeusz Olszewski od lat należy do poetów obecnych w polskim obiegu literackim. Debiutował w 1961 roku na łamach tygodnika „Nowa Kultura”. Oprócz poezji drukuje recenzje, szkice krytycznoliterackie, a w 2008 roku wydał powieść „Zatoka Ostów”. Ostatni jego tomik wierszy ukazał się w 2013 nakładem noworudzkiej oficyny „Mamiko” i nosi tytuł „Owoc tarniny”. Olszewski także zajmuje się badaniem twórczości Emila Zegadłowicza i edycją niektórych jego utworów.

Na nowy tom wierszy Olszewskiego składają się wiersze pomieszczone w trzech osobnych rozdziałach, które noszą następujące tytuły: „Treny dla Pawła”, „Coraz zimniej”, „Co było, co jest”. Wiersze z pierwszych dwóch części dotyczą przede wszystkim przemijania, wyczuwa się w nich nastrój melancholii. Wiersze z „Trenów dla Pawła” są poświęcone pamięci Pawła Modelewskiego, który w 2006 roku spadł w przepaść w pobliżu wodospadu Gavi&#257;o w stanie Ceara w Brazylii. Był to wypadek śmiertelny. Poeta opłakuje w wierszach umarłego, któremu towarzyszył podczas podróży do Brazylii, wspomina także jego pogrzeb i mogiłę w Jaktorowie, wspólny pobyt w San Francisco, a także czasy ich miłości gdyż mamy w poezji Olszewskiego do czynienia z tematyką homoerotyczną. Olszewski jest dosyć wyważonym poetą i w sumie więcej tu uczuć, niż pornografii. Poeta także wspomina wspólne nie zrealizowane plany: „Chciałbym też żebyśmy jeszcze raz przeczytali „Święto przebiśniegu” a potem / pojechali do Pragi i U zlateho tygra wypili piwo ze starym panem Hrabalem”. W „Owocu tarniny” wiele jest nawiązań kulturowych, już na samym początku tomu mamy motto z wiersza W. H. Audena, motto z „Ucieczki do Egiptu” pochodzi z wiersza Konstandidosa Kawafisa.

W części drugiej mamy do czynienia ze spokojną i nastrojową liryką, gdyż w wierszu „Nic” poeta deklaruje „żadnych porachunków ze światem”. W najbliższym otoczeniu poety zauważalny jest brak ukochanego: „Nikt nie zbiera okruchów / nie odkurza książek nie przywołuje kota Jedynie niekiedy / zapala się światło w najmniejszym pokoju.” Nastrój żałoby wprowadza poetę na zewnątrz własnego ja, a brak bliskiego człowieka, widoczny jest metonimicznie przez brak ruchu w domu, w którym jest niezmienna przestrzeń. Zaś metafora poczucia pustki uczuciowej znajduje się w wierszu „Jest noc”, w którym czytamy „Jest noc która drży i nie umie odpowiedzieć / na żadne pytanie”. Noc i mrok jest w tym wierszu odbiciem stanu uczuciowego podmiotu lirycznego. W drugiej części tomiku poznajemy także parę faktów z życia umarłego Pawła Modelewskiego. Jak się okazuje był niedojrzały i rozdarty pomiędzy brakiem kobiety, a miłością do osoby płci męskiej „Wysyłał miłosne listy do Marty F. / ale kochał innego chłopca” („Z dystansu”). Podmiot liryczny wspomina, że zmarły nigdy nie zaakceptował swoich uczuć, „że chciał / rzucić się pod pociąg podciąć żyły skoczyć z piątego piętra”. Także dowiadujemy się, że umarły nie lubił przygód Tomka Sawyera, a marzył o sukni i podobno zwierzał się z tego postaci z książki – Ani z Zielonego Wzgórza. Pewnie te komplikacje uczuciowe wynikały także z niedojrzałości zmarłego.

W ostatniej części tomu przeważają wiersze postmodernistyczne jak wiersz „Jacques Prevert rozmawia z Jarosławem Iwaszkiewiczem”, w którym poeta ukazuje w ostatnich paru strofach dialog Jarosława Iwaszkiewicza i Jacquesa Preverta. Nie wiadomo czy faktycznie obaj pisarze się spotkali, czy korespondowali ze sobą czy też jest to fikcja. Poeta w tym wierszu być może posługuje się liryką maski, gdyż poeta może wcielać się w jedną z tych dwóch postaci. W „Mitologii” mamy kilka postaci mitologicznych, w „Sepii” – Dulębianka maluje „portret Marii Konopnickiej”, a Stanisław Przybyszewski pisze „list do Dagny”.

Linda Hutcheon, która powoływała się na pisma Michela Foucaulta w tekście „Historiograficzna metapowieść: parodia i intertekstualność historii” pisała, że „Postmodernizm jest samoświadomą sztuką w „obrębie archiwum”, a to archiwum jest zarazem historyczne i literackie.” Inny postmodernistyczny badacz Brian McHale zauważył, że w tekstach postmodernistycznych „epistemologia zostaje zepchnięta na drugi plan wskutek wysunięcia na plan pierwszy ontologii”. Stąd nie ważne jest w wierszu postmodernistycznym to, czy spotkanie się dwóch osób ze sfery kultury było realne, czy fikcyjne. Wiersz stanowi jeszcze jeden wymiar rzeczywistości.

Tadeusz Olszewski, Owoc tarniny, Mamiko 2013

Mateusz Wabik





Świat rozrobiony wodą. O poezji Bożeny Kaczorowskiej z tomu „Punkt obserwacyjny”.



       Lektura poezji Bożeny Kaczorowskiej zawarta w tomiku
"Punkt obserwacyjny" jest niezwykłą przygodą, ponieważ autorka mieszkająca na „krawędzi różnych światów”, jak czytamy w notce na 4-ej stronie okładki, ma niezwykłe wyczucie językowe i jest poetką, która czuje poezję. Bo to jest poetycka poezja, mimo współczesnej dosadnej frazy, a nie tom prozy wierszem. Poetka opisuje szczegóły wzięte z życia swojego, przyrody, snów. Wiersze Kaczorowskiej jakby budują nowy świat utkany ze słów, wyimaginowanych zdarzeń, frapujących porównań, czy wspomnianych już snów. Np. w „Upadku chondrytu” podmiot liryczny wiersza przewiduje, że „rankiem trzydziestego kwietnia, spadnie z nieba / kamień i zakończy swój lot na dachu budynku.” I zapewne zdarzy się to „w warmińsko-mazurskim” województwie. Poetka sobie wyobraża przyszłość i to co ona będzie robiła podczas tego zdarzenia, a będą to zwyczajne czynności: jedzenie śniadania, myślenie o „niezapłaconej racie za mieszkanie”, autobusie, który może uciec z przystanku, ale także o sprawach dotyczących życia społecznego jak np. „trudnej sytuacji służby zdrowia”. Poetka w wielu wierszach opisuje przyrodę jak krzątaninę mrówek, ptaki, las, wielorybie zabiegi miłosne, czy życie ryb w rzece, z której „nie ma ucieczki” jak w wierszu „Ławice”. Z czterech żywiołów autorka najbardziej ceni wodę, w postaci morza, czy rzeki, czuć w poezji Kaczorowskiej fascynację życiem w morskich głębinach, czy w wartkim nurcie rzeki. Drugim ważnym żywiołem dla poetki z Konstancina jest powietrze. W snach podmiot liryczny poezji Kaczorowskiej potrafi zmienić się w rybę, czy szyny tramwajowe jak w wierszu „Pustostany”: „śniło mi się, że byłam szynami a pomiędzy / nimi ustawiono podkłady z belek. ktoś po nich / chodził”. Na pewno jest to niezwykły opis snu. Z codzienności mamy w poezji Kaczorowskiej poruszanie takich spraw jak przejedzenie kurczakiem z rożna, stanie w kolejce, zamknięcie kiosku „Ruchu”, widok meneli na przystanku w przywołanych już wcześniej „Pustostanach”, z których jeden „za górala, dałby się pokroić”. „Góral” to określenie slangowe na jeden z prlowskich banknotów, w dzisiejszej Polsce, mniej używane, tak samo jak określenie wartości cenowej jak „patol”, „patyk”, czy „bańka” (określenie miliona złotych sprzed denominacji złotówki).
       W wierszu „Koronki”, poetka wspomina zdarzenie z dawnych dziewczęcych lat związane z kąpielą dziewcząt i przywołuje słowa babci. W wierszu „Stare są piwnice i zabite okna” jako motto została użyta dziecięca wyliczanka zaczynająca się słowami „Ene due like fake”. Cały tomik Kaczorowskiej jest dosyć lekko napisany, lekko oniryczną frazą, sporo w niej środków artystycznych jak przenośni „kapitał jeziora”, zestawienia perspektywy ziemskiej z kosmiczną „pola uprawne gwiazd”, antropomorfizacji i używania języka militarnego jak w wierszu „Kotwica”, w którym „fale szturmują błękit”. Fenomen poezji Kaczorowskiej polega na zbiciu dwóch przestrzeni, perspektyw - osoby dorosłej, z perspektywą dziecięcą, albo młodzieńczą. Z tych dwóch perspektyw rodzą się wiersze, które zaskakują, wciągają swoją warstwą opisową, ta poezja działa odprężająco po lekturze każdej poezji dążącej do absolutnej mądrości, czy poezji lingwistycznej, z której lektury wynosi się nie wiele, ale wstyd się przyznać, że nie wiadomo o co chodzi, bo na pewno jakaś pani krytyk napisze długi elaborat do poczytnego pisma kulturalnego, w którym użyje tylu mądrych słów, że nie sposób się z nią nie zgodzić.
       Ta młodzieńcza wrażliwość Kaczorowskiej wcale nie jest wadą jej poezji, przenosimy się w wierszach do świata snów, wyobraźni, uważnie obserwujemy życie przyrody. Być może te dwie perspektywy oglądu świata to ukazanie zmienności w życiu człowieka. Jak się zmienia sposób postrzegania świata w zależności od faz życia. Tak się zastanawiam dlaczego takiej poezji dzisiaj jest tak nie wiele. Czy o to chodzi, że autorzy boją się przyznać, że im się coś śni w nocy, że zainteresowani są swoimi sprawami, że brakuje im czasu by przyjrzeć się życiu lasu, rzeki. Boją się popatrzeć wstecz jacy byli naiwni, czy zabawni. Warto polecić „Punkt obserwacyjny” każdemu czytelnikowi poezji niezależnie od wieku.

Bożena Kaczorowska. Punkt obserwacyjny. Mamiko, 2013
Mateusz WABIK





Wiersze młodej poetki



Tom poetycki Zuzanny Turkiewicz to pole, które poetka obsiała nasionami swego serca. Także umysłu. Również świadomości i podświadomości. To pole uprawione po swojemu- sielsko i sentymentalnie. Trochę parafialnie. Pole to niewielkie. Właściwie ogródek (noworudzki) z odniesieniami do Rolicza- Liedera i późnego Brylla, do wcale licznej grupy księży poetów:
Spacerując pustymi zakątkami parku
Spotykam demony o zmroku,
zbłąkanych duszyczek oblicza,
bezdomnych istot mieszkania.
                                                            (Nowa Ruda nocą)

Świat jaki pamiętam... tchnie szczerością. Zuzanna Turkiewicz oddaje nam w zawartości tego tomu wszystko, co posiadała w momencie tworzenia. Uczucie szukało ujścia przez strofy nieco nieporadne, ale żywe.
Złota jesień mą wioskę
ozdabia,
okrywa mój raj tajemniczy.
Jest zając i szpak,
jest promyk słońca
na kocim grzbiecie.
                                                          (Woliborska jesień)
Nieporadność jest tu zaletą. Pęknięcia między wersem Zuzanny, a „poetyckością wyższego rzędu” emanują urokiem naiwności. Żeby wyraźnie to powiedzieć nie mogę się oprzeć zestawieniu kina czeskiego z plastikowymi produkcjami amerykańskimi (wyjmując filmy Eda Woodsa), Nikifora z malarstwem Wyspiańskiego, Pocka z Herbertem. Nie chodzi tu o wartościowanie, ale kwestie stylu, którym twórca- świadomie lub mimowolnie- rozporządza.

Ludzie zbrukani obłudnie
Ciernie naręczy uniosą.
Misterium prawdy odnajdą,
Czci Boga pośladów
Wymierzą!
                                                                 (Wyrocznia)
Najgorzej jest kiedy poeta imituje jakiegoś innego poetę (poetkę). Miarą rzetelności wiersza jest jego prawda- sama- w- sobie. Na dobrą sprawę reszta jest tylko pieśnią estetów i przyciężkawych pięknoduchów.
Wiersze Zuzanny pochodzą (według miary młodego wieku poetki) z odległego czasu. Dziś pewnie takich wierszy poetka by już nie napisała. Nie byłoby w stanie zaczerpnąć ze szczerego źródła naiwnej dziewczęcości. Czas płynie. Źródła wysychają. Czekamy na wiersze Zuzanny Turkiewicz ze źródeł dojrzałości.

Świat jaki pamiętam, Zuzanna Turkiewicz
Wyd. Mamiko, 2007
Małgorzata Krukowska





Udręka ciągłych transgresji. O wierszach Darii Dziedzic



W przemówieniu wygłoszonym z okazji przyjmowania nagrody literackiej w 1958 roku Paul Celan powiedział: Osiągalne, bliskie i nieutracone wśród tych strat pozostało to jedno: język. Oto paradoks na obrzeżach mrocznych czasów! Język istotnie strzeże kolejnych – okazałych i całkiem intymnych, prywatnych – strat, ale również pozostaje świadkiem lirycznych eksploracji w – chciałoby się rzec – najskrytsze doświadczenia kobiecości. Wiersze Darii Dziedzic z tomu Wyspa działają jak silny środek halucynacyjny, wściekle uwodzą, tworzą alternatywne nisze dla osobliwych powtórzeń losów. Metafora wyspy – w tej liryce – poraża ilością możliwych znaczeń. Począwszy od figlarnego tworzenia bezpiecznej kryjówki, w której napotkać można twarze z przeszłości (Integracja, s. 25), dziecięce ongiś gry i „rytuały” dziś urastające do rangi zmysłowych – pełnych kokieterii i głębokiego żalu – damsko-męskich gier (choć wiem, że i tak krzykniesz, a mnie będzie/ ciepło-zimno,/ do kolejnego podcięcia włosów; s.5), po wszelkiego rodzaju osobliwości świata natury. Obecność zwierząt jest zresztą nieustannie wychwytywana i czujnie analizowana. Do końca nie wiadomo bowiem, czy dzikie zwierzęta są naszymi sprzymierzeńcami i współtowarzyszami losu, czy też raczej bywają stwarzającymi poczucie osaczenia zimnymi obserwatorami (znosić odgłosy dzikich zwierząt jak mleczną zupę; s. 6). Być może jednym z możliwych tropów hermeneutycznych jest psychoanalityczne zanurzenie się w symbolikę marzeń, snów i dziecięcych wspomnień – jakże mało różniących się od tych pierwszych. Niezależnie od przyjętej optyki intra- lub intersubiektywnej figura wyspy zaprasza do fascynujących i przerażających podróży ku integracji (trop intrasubiektywny, Jungowski; bo mam lęk wysokości/ i nie umiem nie patrzeć w dół; s. 24), bądź identyfikacji (trop intersubiektywny, dialogiczny). Ostatecznie zawsze jednak powraca się do siebie, w swoje własne oswojone lube ciemności, w domostwo wypełnione lustrami. To wszystko, co zostało tutaj ledwie zasygnalizowane, stanowi wyłącznie przyczynek, jeden mały krok ku obłędowi podróży w głębię siebie i ciebie – Czytelniku, w trans obcowania z naturą (zewnętrzem, obrazem siebie, do którego zmierza się, bądź od którego z odrazą odwraca się wzrok).
Tomik Wyspa jest książką fascynującą. Od dawna nie zdarzyło mi się obcować z tak soczystą poezją.



Dziedzic Daria,
Wyspa, Mamiko, Nowa Ruda 2010.


                                                    Anna Szołtysek-Grzesikiewicz

Anna Szołtysek-Grzesikiewicz





Magdalena Goik, „Powieść miasto i anioły”, Mamiko, Nowa Ruda 2004



       Jednym z największych, jeśli nie największym, paradoksem naszych czasów jest rozwijająca się w zastraszającym tempie nauka, która miast tłumaczyć rzeczywistość, czyniąc ją jasną i całkowicie zrozumiałą, tylko zaciemnia, więcej nawet, odrealnia jej wizerunek. Powinniśmy spokojni i bezpieczni mruczeć z zadowolenia poddając się z ufnością transplantacji serca wykonywanej przez bezmyślną, ale jakże precyzyjną maszynę. Niestety gdzieś w głębi naszej świadomości MASZYNA łączy się z mityczną hydrą, lewiatanem lub jakąś inną równie niepojętą, nieujarzmioną i groźną poczwarą. Każda próba zgłębienia elitarnego języka nauki kończy się niezawodnie fiaskiem. Nawet najtęższe umysły muszą ulec wobec różnorodności jego dialektów odpowiadających poszczególnym działom nauki. Sytuacja, w której jeden człowiek badał świat we wszystkich jego aspektach nie jest już możliwa. Tym samym świat rozpadł się na milion drobin niczym strącone nierozważną ręką zwierciadło. Czyżby pech miał nas już nie opuścić? Czyżbyśmy powołując do życia maszynę skazali się na wieczną niewiarę we własną ludzką mądrość i możliwości? Kiedy rankiem wyglądam przez okno i widzę sarny z ciekawością zaglądające na moje podwórko nie potrafię przyjąć do siebie tego pesymizmu. Kilka hałasów w kuchni i psy zaczynają dobijać się do drzwi. Otwieram, wpadają jak wicher niemal nie zwalając mnie z nóg, radosnym szczekaniem domagają się porannej miski mleka. Z ich spojrzenia, z wyrazu ich psich twarzy odczytuję pewność, że wszystko jest na swoim miejscu, takim jakim być powinno, jakim było wiele, wiele wieków temu i jakim pozostanie mimo wielu czekających nas spełnień i rozczarowań. Wszystko jest na swoim miejscu nawet w tak drobnych szczegółach jak kot, który znów uciekł spod ich silnych psich łap i ostrych kłów i teraz bezczelnie huśta się na firance. Te proste obrazy, powtarzające się co dzień w prawie niezmienionej postaci niczym w kalejdoskopie pokazują jak wielkim i niewybaczalnym błędem jest poddanie się pesymizmowi i alienacji wynikającej wyłącznie z pozornego niezrozumienia świata. Zawsze zazdrościłam mojej babci spokoju z jakim podchodzi do życia, z jakim przyjmuje wszystkie starcze bóle; i siły ducha dzięki której dzień w dzień podnosi z łóżka wadliwą maszynę ludzkiego ciała mając jak zawsze tak wiele do zrobienia. Kwitnące w ogrodzie kwiaty, rozsiany po kuchni zapach świeżego ciasta nadają życiu prawdziwy sens, dzięki prostym codziennym czynnościom świat odzyskuje właściwy mu wymiar.
       O tym wszystkim opowiada Magdalena Goik. Jej bohaterowie związani ze sobą niewidzialną nicią przypadku-losu pokonują drogę od rozmazanego obrazu przed oczami Wisienki w pierwszych latach jej życia po historię miasta, które dręczone i poniewierane zawsze podnosiło się z kolan dzięki stałości i jedności swego ducha. Dotychczasowe słabości okazują się naszymi atutami. Choć nie potrafimy ogarnąć wzrokiem całości wszechświata, z drobnego fragmentu potrafimy wyłuskać to co stanowi o jego istocie. Kiedy pojmiemy, że miłość jest jedynym celem ludzkiego życia odsuniemy od siebie niepokój. Siła wiary w ludzką miłość płynie nie z pragnienia bycia kochanym lecz z nieograniczonej potrzeby darzenia innych miłością. Kochając innych napełniamy miłością własne serca. Zdarza się jednak, że obraz przed naszymi oczyma mętnieje, zaciera się, brudzi, wypełnia nas strach i bezradność. Wpadamy w pułapkę zimnej, wrogiej ciemności. Wydaje nam się, że z tego gorszego od śmierci stanu nic nas nie zdoła wybawić i wtedy przychodzi odsiecz. Światło. Anioł i jego nieograniczona, wieczna miłość.
        W tej wyjątkowo ciepłej, pełnej wiary, nadziei i miłości, kobiecej prozie Magdalena Goik ukryła klucz pozwalający nie tylko odnaleźć spokój we własnym sercu, ale co równie ważne pogodzić się z ludzkim i nieludzkim światem. Wystarczy tylko sięgnąć po książkę, otworzyć pierwszą stronę i dać się unieść jej wartkiemu nurtowi.

Anna Wójcik



Anna Wójcik





Poetyckie wołanie na puszczy – o dwóch tomikach

Mateusza Wabika

Pod względem artystycznym rok 2013 był dla krakowskiego poety Mateusza Wabika owocny, gdyż w noworudzkim wydawnictwie Mamiko ukazały się, właściwie jedna po drugiej, dwie jego książki. Mniemam, że każdy inny autor dopisujący do swojego dorobku piąty i szósty tomik, byłby z tego faktu w pełni zadowolony. Kiedy jednak stanowią one wyraz nienajlepszej kondycji tegoż autora, są świadectwem upadku, zarówno pod względem duchowym, jak i przede wszystkim – materialnym, sprawa zaczyna się komplikować. Poeta ten wciela się bowiem w reportera dokumentującego przebieg własnego życia, które sądząc po tytule jednego ze zbiorów: „Porażki poety z rynkiem pracy i kobietami” bynajmniej nie jest usłane różami. Wabikowi początkowo nie wiadomo, czy należy współczuć, czy może gratulować odwagi przyznawania się do własnych porażek. Wabik – ekshibicjonista? Wydaje mi się, że rolą poety jest właśnie wystawianie siebie na pokaz, lincz ze strony nieczułych współbratymców. Tym samym takie działanie nie powinno dziwić. Dlaczego więc czytając te teksty doznaję uczucia niechęci, wstydu, złości? Krakowianin zdaje się odpowiadać: tu nie chodzi tylko o mnie, lecz o otoczenie. Bardziej uduchowieni, egzaltowani powiedzieliby
z kolei: o niewdzięczną Polskę. Brzmi groźnie.

Zbiory:
"czarne msze za rzeczywistość" i "Porażki poety z rynkiem pracy i kobietami" łączy poczucie niezgody na miejsce humanisty w kapitalistycznym świecie, który wymaga dopasowania swojego stylu życia, wiedzy, zainteresowań do aktualnych trendów na rynku pracy, i co ważne: miłości, oferując w zamian stertę jeszcze większych rozczarowań. Tak, cechą charakterystyczną tych wierszy jest iście hemingway&#8217;owska niechęć do kobiet, które powyższej elastyczności od mężczyzn wręcz się domagają. Płeć piękna w poezji Wabika jest przedstawicielką bezdusznego systemu, wyrazem konsekwencji grzechu Ewy. Poeta podpowiada: tu chodzi o przeciągnięcie jak największej ilości osób na swoją stronę, stronę idei, filozofii, sensu. Jak można zauważyć, czytając te wiersze – jest to niezwykle trudne, kiedy prawie wszyscy wokół rezygnują z poczucia istnienia na rzecz pieniędzy, mających zabić to poczucie i jednocześnie zabezpieczyć samo istnienie. Wabik jednak nie okazuje się typem idealisty, nie zamierza ganić. Wybiera raczej obserwację, pozwala wybrzmieć faktom, działaniom przypominając w tym wszystkim Garcię Pablo Casadę, hiszpańskiego poetę, autora tomiku „Pieniądze”, który również tylko opisuje i czeka na potknięcia swojego pokolenia, albowiem ów pokolenie cechuje podświadoma śmieszność. Trzeba jedynie pozwolić jej wybrzmieć, wypłynąć, ułożyć się w ciąg liter. Na to samo liczy więc Wabik.
W „czarnych mszach za rzeczywistość” odprawia je, z rzadka podnosząc głos. Kiedy jednak to robi, nie potrafi powstrzymać się od parodii, często przybierającej charakter społeczny
i polityczny: „Palą się Polacy do zwiększenia/ ilości kamer na ulicach. Monitoring/ über alles. Tylu tu aktorów, szczególnie/ w Nowej Hucie od momentu nazwania/ Placu Centralnego imieniem Reagana (&#8230;)”.1

Krakowianin wręcz szydzi z szat, w jakie ubrało się polskie społeczeństwo po &#8216;89 roku.
Z tego wyimaginowanego poczucia wyższości tych, którzy odnajdują się w świecie kompromisów i nieodwracalnych decyzji. Nie ukrywa, że także chciałby do nich dołączyć. Niechętnie, ale jednak. Pozwala się wchłonąć przez peleton, jednakże to „wchłonięcie” wciąż nie następuje. W tym tkwi problem, bowiem uświadomienie sobie, że literatura nie ma praktycznie żadnej mocy sprawczej nie pociąga za sobą żadnych konsekwencji. Stan zawieszenia, koniec historii rodem z Fukuyamy jest tym, czego przewidzieć się nie dało. Druga strona z kolei nie kwapi się z decyzjami, nie zamierza przyjmować do swojego kręgu świeżo przegranych. Pisanie jawi się tu jako akt przyzwyczajenia. Stąd też w poezji Wabika iście kronikarski sznyt. Autor „Próby głosu” uwalnia słowa, ponieważ żyje w zawieszeniu. Rezygnacja z literatury paradoksalnie jednak uwalnia nowe twórcze moce. Oto cały paradoks, z którego skwapliwie korzysta poeta.

Nie trudno więc zauważyć, iż druga książka, mimo wielu podobieństw, pod względem technicznym różni się od poprzedniej. W „Porażkach poety (..)” więcej strumienia świadomości, „prostoty” (aczkolwiek Wabik od samego początku postawił na konkret, odrzucając nużanie się w morzu mniej lub bardziej udanych metafor). Jego twórczość jest zatem zrozumiała i dosadna, a w najnowszym zbiorze jeszcze bardziej sucha, behawiorystyczna – w sensie językowym (czytelnik zaś ponownie dostrzeże tu echa Hemingwaya): „w alchemii dwie kobiety ze mną/ rozmawiały o kolportowaniu książek/ medycznych piliśmy napoje/ było towarzysko miło choć/ patrzyły na mnie badawczo/ tłumaczyły wyjaśniały słuchałem/ nie zadzwoniły”2

Toteż wydawać się może, że wiele wierszy Wabika jest zwyczajnie puszczonych. Poeta powtarza stwierdzenia, niejako czyniąc z nich puenty dla jeszcze większego podkreślenia sytuacji w jakiej podmiot się obecnie znajduje. Stwierdzenie „nie zadzwoniły” w różnych odmianach powtarza się kilkakrotnie. Zawsze to samo, odmowa współudziału wychyla się
z tych tekstów, tak że czytelnik nie może tej schematyczności nie zauważyć. Kontakty międzyludzkie są tym samym stricte schematyczne i powtarzalne, jak również komunikacja międzyludzka, coraz uboższa o materię duchową, brutalnie uprzedmiotowiona Wabik ironicznie zauważa, że najczęściej sprowadza się ona do łóżka, tak jakby została poddana flirtowi epoki. Staje się anonimowa, niemalże jak bohaterki jego utworów z drugiej części tomiku – dotyczącego kobiet, z którymi łączyły go mniej lub bardziej emocjonalne stosunki: M.M., A.S., czy E.Z. Pozbawione wyrazu, skatalogowane.

I w tym momencie niespodziewanie daje o sobie znać potęga słowa, umożliwiająca wyzbycie się duchów przeszłości i stawienie czoła rzeczywistości. Literatura bowiem uwielbia zaskakiwać. Myślę, że nie pomyliłbym się, gdybym napisał, że poezja Wabika rodzi się sama. Autor nie chce tworzyć, ucieka od literatury, kwestionując jej sens, lecz ona go przypiera do ściany, każe siebie uprawiać, mimo faktu, że ma on ważniejsze sprawy na głowie, bardziej przyziemne. Lecz do zawieszenia między pisaniem a niepisaniem również dochodzi na kartach tych skromnych objętościowo książek. Wabik dobrze wie, że takie teksty mógłby napisać niemal każdy parający się poezją. I godzi się na to, ponieważ, mimo wszystko, chce coś powiedzieć. I to jest jedyna droga, kiedy innych mu się aktualnie odmawia.

Mógłbym przyczepić się, że te wiersze, choć przyzwoite, nie wnoszą niczego nowego, nie powalają swoją świeżością, są wołaniem na puszczy, wyrazem zwyczajnej frustracji człowieka, który zdaje relację z prób znalezienia pracy, rozmów kwalifikacyjnych, ze związków z kobietami. Każdy ma przecież do tego prawo. A już na pewno poeta, dokumentujący realia w sposób, jaki na to zasługują. Brutalnie, jak rynek pracy, który nieustannie go wypluwa. Mateuszowi Wabikowi życzę więc nie lepszych wierszy (choć
w sumie każda książka winna być lepsza od poprzedniej, ażeby dało się zauważyć rozwój twórczy autora), co optymistyczniejszych, pozbawionych tego rozpaczliwego sarkazmu. Niemniej, choć gorzko, jest w literackim sensie – pozytywnie. Widać w tym szczerość, nie silenie się na błyskotki, niekonwencjonalne gry słowne. Ma być sama prawda i tylko prawda. A że jest surowo, prozaicznie? To nie jest problem Wabika, lecz drugiej strony.

Rafał Różewicz

Mateusz Wabik. "Czarne msze za rzeczywistość", wyd. Mamiko, Nowa Ruda 2013, s. 44.
Mateusz Wabik, , wyd. Mamiko, Nowa Ruda 2013, s. 40.

Rafał Różewicz





Podejrzany do odwołania


      Rzeczywistość nieustannie nas zwodzi i tego jednego możemy być pewni. Każ-de pokolenie twórców zdaje swój raport z podstępów rzeczywistości, z jej postępów w okłamywaniu nas. Jeżeli spojrzeć już choćby na tytuł trzeciego tomiku Wojciecha Brzoski Wiersze podejrzane, a do tego wziąć pod uwagę krytyczne rozpoznania na temat poezji tzw. „roczników siedziedemdziesiątych” można domyślać się, że będzie-my mieć do czynienia z kolejną manifestacją braku zaufania wobec świata pozbawio-nego Sensu, świata w którym istnieją tylko sensy różnorakie, niekiedy tylko przystają-ce do siebie. Można by założyć, że odczucie przypadkowości jako zasady, a języka jako bytu, który tylko współistnieje ze światem, będzie i u Brzoski – jedynym możli-wym do obrania – centrum. Można też oczekiwać strategii obronnej, próby zajęcia pozycji wobec zafałszowanej i samo fałszującej się, dzielącej się w nieskończoność rzeczywistości. Tomik w dużej mierze potwierdza te przypuszczenia.
      Przyznam, że dawno już nie czytałem tak „konfliktowych” wierszy. Wszystko zaczyna się tu od konfliktu i wokół niego koncentruje. W inicjalnym utworze Przeni-kanie czytamy: różnimy się od siebie jak gąbka od kredy/ ty starasz się zapomnieć/ ja staram się ocalić/ choć niewielki fragment Czasu. Rozbieżność charakterów dwojga ludzi, odmienność oczekiwań wobec partnera, nieprzystawalność wymarzonych światów jest tematem licznych wierszy. Kronika wypadków miłosnych obfituje w sprzeczki, zdrady, a także podchody (zob. Krótkie streszczenie letniej, a jakże gorącej telenoweli&#8230;). W Czarno na białym, jak na dłoni liryczny reporter relacjonuje przebieg – w sensie dosłownym – bolesnego rozstania: została po mnie tylko niewielka blizna/ na jej dłoni – wtedy wreszcie po raz pierwszy/ zrobiłem skuteczny unik, a zaraz potem/ nastąpiło jej twarde lądowanie na ziemi. kiedy wypróbowała tę samą metodę,/ mój upadek okazał się co najmniej/ równie bolesny, mimo że zamiast krwi/ płynęła sama woda.
      Od zażyłości do rozstania – tak przedstawia się najkrótsze streszczenie historii związku, którego katastrofalne zakończenie podpowiadał już utwór otwierający tomik. Nie brakuje tu także miłosnych nawrotów, westchnień do utraconej miłości, czy też tęsknoty do już inaczej doświadczanej, prawdziwej bliskości. Wiersze podejrzane są jednak czymś więcej niż zapisem traumatycznych doznań, nie układają się w liryczny pamiętnik, chociaż tomik przy pierwszej lekturze może sprawiać takie wrażenie. Ca-łość jest bardziej skomplikowana.
      Rzeczywistość nieustannie nas zwodzi, a nasza pamięć, zamiast być naszym sprzymierzeńcem, często – na pewno częściej niż nam się zdaje – kolaboruje z naszym wrogiem, czyli rzeczywistością – tak właśnie można by powiedzieć za Proustem. Ce-chą naszego poznania jest fragmentaryczność. A nasza pamięć na dodatek upraszcza jeszcze obraz, pozbawiając go szczegółów, tych drobiazgów, które są najbardziej wartościowe, bo decydują o wyjątkowości przeżycia. Pamięć pozbawia nas fragmen-tów wspomnień, a nieraz zabiera duże części tego, co dla nas ważne, co chcielibyśmy pamiętać. Ale też równie często w inny sposób manipuluje nami, przestawiając detale, umieszczając je w innym miejscu lub czasie. W najdłuższym i chyba najciekawszym utworze (Uroboros) mamy tego przykład: czas wije się zatrzymuje i powraca/ po po-nad trzech latach/ zwinny niczym wąż gryzacy/swój ogon i okrągły jak stolik/ nad któ-rym pochylamy się/ od ładnych już paru godzin/ nie widząc końca tej dziwnej/ rozmo-wy. bo ciągle zgadza się tylko środek. Tak, problem tkwi nie tylko w niemożności przypomnienia sobie epizodów w całej ich urodzie oraz pełni, ale polega również na uzgodnieniu wspólnych wersji. Jedno i drugie jest prawie niemożliwe do osiągnięcia. Rozbieżne zapiski na ten sam temat mnożą się i kłócą ze sobą. Niełatwo stwierdzić, czy podmiot liryczny opowiada o wielu wariantach tego samego zdarzenia, czy też zupełnie innych, choć niesamowicie do siebie podobnych. Na to pytanie akurat znaj-dujemy w innym tekście podpowiedź: jest dzień i noc./jest zupełnie inna/ podobna hi-storia (Linia śmierci, koło życia).
      Jeśli już mówić o strategiach poetyckich wobec rzeczywistości, co sprowoko-wałem na początku, według Brzoski najlepszą jest wykorzystanie sensotwórczej roli pomyłek i przeinaczeń, czyli po prostu brnięcie w środek zamieci niż od niej ucieka-nie. Warto dodać na marginesie, że komentowane już przez krytyków upodobanie po-ety do rozmaitych gier językowych znajduje tu wyraźniejsze potwierdzenie niż w przypadku dwóch wcześniejszych jego tomików.
      Oczywiście, nie same wiersze o – z różnych względów – trudnej miłości znaj-dziemy w zbiorku. Liczną reprezentację mają tzw. wiersze towarzyskie, będące za-bawnymi, dosyć prześmiewczymi komentarzami życia literackiego (Nie, prawda?; młody poeta Paweł Barański wysyła nieco starszemu poecie Jackowi Po anonimowy, choć przyjazny liścik&#8230;) albo też parodiami łatwo rozpoznawalnych poetyk, czy raczej najczęściej obecnie stosowanych praktyk poetyckich (Śniadanie; Niedziela, niewierny „esemes” do Pana Boga, panie Brzoska?). Wiersze o miłości wśród których znaj-dziemy i kilka subtelnych erotyków, są jednak tej książki trzonem, to w nich celuje Brzoska i to na nie przede wszystkim chciałem zwrócić uwagę. Wiersz „miłosny”, jak żaden inny, rodzi się z potrzeby bliskiego kontaktu, z potrzeby doświadczania Drugie-go. Myślenie o miłości, o swoim stosunku do bliskiego człowieka jest często probie-rzem naszego stosunku do świata. Trudna miłość – jak powiedziano by jeszcze dzie-sięć, no góra dwadzieścia lat temu – może być najlepsza szkołą życia. Ach!
A co do podejrzliwości, to podejrzewam, że jest to intrygujący tomik, który znajdzie swoich czytelników. Podejrzewam go o to.


BRZOSKA Wojciech, "Wiersze podejrzane". Nowa Ruda : Wydaw.MAMIKO, 2003
Paweł Sarna





WIERSZE ZZA WĘGŁA
(Szkic inter-subiektywny)

1.
„Pan Józek z kiosku przy dworcu: Te, czytałeś Zacharewicza?
Radosław Wiśniewski: Pewnie Panie Józku, czytałem, czytałem, nawet...
Pan Józek: ...Ech, kurna, ja tak zacząłem czytać, bo mecz był nudny w telewizji
Radosław Wiśniewski: ... No i, no i...
Pan Józek z kiosku przy dworcu: ... No i wciągnęło mnie tak, że przeczytałem całe, od deski do deski
(milczenie)
Pan Józek: A rozumisz te jego wiersze
Radosław Wiśniewski: Pewnie
Pan Józek: Ech... kurna, ja to z połowy nie łapię, ale niektóre tam fajne takie ma, no mówię Ci, meczu nie obejrzałem a przeczytałem”
(nieautoryzowany stenogram rozmowy autora tego tekstu z Panem Józkiem co ma kiosk przy dworcu z dnia 16 grudnia 2002 roku)

2.
To podejrzane pisać o wierszach, gdy ich autora zna się dobrze, ba – gdy się z nim jedna ławę szkolną dzieliło, gdy się wspólnie przeżywało pierwsze olśnienia i upojenia możliwościami słowa pisanego. Oddzielenie obserwatora od przedmiotu obserwowanego zdaje się być wówczas iluzoryczne, subiektywizm – który jest podobno wrogiem w takich wypadkach - pewny i bezdyskusyjny. Żeby obrazu dopełnić – przyznaję się bez bicia, że zostałem przez autora książki poproszony o redakcję całości i nastawiony byłem w tym procesie, w ramach którego w sposób nieunikniony pewne teksty musiały ulec - na ocalanie. Wszystko zatem co napiszę poniżej może być użyte przeciwko mnie jako krytykowi. Chciałbym jednak aby to co napiszę, zostało raczej uznane za list do ewentualnego czytelnika książki Tomasza Zacharewicza „Anioły nie umierają na raka”, bo o niej będzie mowa, a nie za recenzję. Wyznanie akuszera, a nie koronera. Przyznaję, istnieją względy osobiste dla których książka Tomka jest dla mnie zdarzeniem szczególnym. Jest to bowiem pierwszy indywidualny głos, który wychodzi w świat z grupy, którą obaj współtworzyliśmy i współtworzymy nadal – Stowarzyszenia Żywych Poetów z Brzegu. Proszę mi wybaczyć, ale dla mnie historia tych wierszy, wyrasta z konkretnego miejsca na ziemi.

3.
Poetycka dykcja Zacharewicza wybrzmiewa bardzo obok tego, co się uznaje w młodej poezji za modne. Nie umiem wprawdzie powiedzieć czy to głos wybitny, na pewno jest mi bliski i na pewno jest bardzo osobny. Osobność sama w sobie nie daje jeszcze rękojmi jakości, chociaż wydaje się, że znacznie zwiększa prawdopodobieństwo. Bliskość jakiej doświadczam czytając tom, któremu starałem się pomóc w powstaniu zasadza się na dwóch planach. Pierwszy obejmuje wspólnotę osobistych doświadczeń. Byłem przy narodzinach wierszy, często byłem ich pierwszym czytelnikiem lub słuchaczem („stary, napisałem coś to ci przeczytam”), co, z drugiej strony, znacznie zawęża mój interpretacyjny horyzont. Drugi plan – to język, raczej odległy od tego do czego przywykłem czytując debiuty ostatnich lat, a zarazem powstający zaraz obok. Tomek stosuje daleko posuniętą redukcję metaforyki do kilku motywów, jego świat poetycki jest pełen konkretu, imion i dźwięków. Wzrastając poza miastem być może instynktownie pochwycił naturalność melodii języka, może rodzice, dziadkowie wpoili mu kresową śpiewność mowy? Nie są to wprawdzie wiersze zdatne do śpiewania, wreslibrowa forma i rwany jakby od niechcenia wers, każe odrzucić taką możliwość, a jednak swoisty rytm i melodyka wybłyskuje – jak mi się zdaje – w sposób nieunikniony raz po raz.

4.
Mam cichą nadzieję, że udało mi się coś wydobyć więcej z rozlicznych, ocalonych w selekcji, czasem pisanych jakby dyszkantem, zbitek wyrazowych, kolumienek wierszy. Układając wiersze, chodząc po nich w nocy, gdy leżały bezbronnie rozrzucone na podłodze pokoju, próbowałem odtworzyć archetypową historię człowieka, który otrzymuje wezwanie do przygody, do wyjścia poza opłotki dobrze znanego świata. Podejmuje wyzwanie, przechodzi bądź nie kolejne próby, by odkryć ze zdumieniem po długiej podróży, że wraca do punktu wyjścia i że nie tyle świat się zmienił, ale on jest inny. Czy pełniejszy? Nie sądzę. Jest w tych wierszach – a widzę to dopiero teraz, gdy oczekiwana od lat książka ciałem się stała – nienasycenie, którego nie zaspokoi zmiana dekoracji. Głód czegoś trwałego, chociażby jak ziemia, sad za glinianą stodołą, kurs wykreślony ręką sternika na mapie, czegoś czym można by odeprzeć fundamentalna bezdomność, bezsens, pustkę. I chociaż ostatecznie odnajdują się jakieś kotwice trzymające podmiot, niby to ułatwiające identyfikację, samookreślenie – to zwróćmy uwagę co autor obiecuje córce Julii? Gdy wczytać się w wiersze zamykające tom - wstawione tam przeze mnie zupełnie instynktownie, na podstawie intuicji, zmysłu wewnętrznego słuchu – okazuje się, że tam jest tylko obietnica dalszej drogi, rozwiera się przestrzeń do odkrycia, nazwania na nowo. Z pozoru zatem historia zatacza koło, ale tak naprawdę podróż się nie kończy. Samemu zwiedziwszy trzewia miast (nawracające w pewnym momencie motywy ulic, nocy, bezdomności w barwach chłodnych, tonacji pastelowej osadzonej w zimowym, jak można mniemać, pejzażu), doświadczywszy przemijania (przemijalność i nieodwracalność w którymś momencie doprowadza do metaforyki śmiercią podszytej), rozpadu naiwnej symboliki (wiersze wyjścia, w których spada Ikar, Krzyż i łatwo się potknąć na przystanku do nieba kończącym się krawężnikiem) – nie ma się wiele do ofiarowania nowemu bytowi, rodzącemu się światu, malutkiemu jak piąstka dziecka czy biblijne ziarno gorczycy. Obietnica dotyczy tylko tego, że w którymś momencie wypuści się pisklę z dłoni i da mu odlecieć.

5.
Niedawno napisałem, że metafora literatury jako zbioru listów bez wyraźnie opisanego adresata jest mi bliska. Powiadam, nie umiem wysilić się na obiektywność i chyba nikogo, kto czyta te słowa, to nie dziwi. Mam wiele obaw o to czy ten język nie popadnie w hermetyzm, nie zacznie pożerać własnego ogona, czy znajdzie odbiorcę. Wydaje mi się jednak, że książka Zacharewicza spełnia postulat, nazwijmy go – epistolograficzny. Jest w niej rodzaj intymności, która nie zatruwa ust niesmakiem, wyznania, które jest zaproszeniem do wspólnej podróży. Nie w obiektywności tkwi ewentualna siła przekazu wierszy z tomu, na który autor pracował 11 lat. Tutaj najważniejszy jest osobisty ton wyznania, ton listu, który nie ma do siebie przekonywać krytyki, ale opowiedzieć komuś w cztery oczy swoją historię, z której niech sobie weźmie czytelnik co chce. Zapewne nigdy nie zobaczymy Tomasza Zacharewicza na rozdaniu kolejnej edycji Paszportów „Polityki”, ale też nie ulega mojej wątpliwości, że wielu laureatów tej szacownej nagrody nigdy nie zdobędzie uznania Pana Józka co ma kiosk przy dworcu w naszym miasteczku. I nie chodzi tutaj o umniejszanie kogokolwiek. Dobra literatura, jest listem którego pewne wątki i figury retoryczne powinny być czytelne dla odbiorcy. Otwartym pytaniem jest do kogo się adresuje tekst, bo osoba adresata nie jest bez znaczenia, jeżeli nadaje się swojej twórczości wymiar publiczny, a książka jest zdarzeniem publicznym. Adresatem wierszy pomieszczonych w tomie „Anioły nie umierają na raka” będą zapewne ci którzy oczekują znowu poezji towarzyszącej człowiekowi, literatury, która wierzy w swoje posłannictwo bycia przyjacielem, rękojmią porozumienia międzyludzkim co do spraw najprostszych i podstawowych. Znajda się w niej ci, którzy są zmęczeni udawaniem przez młodych autorów kogoś innego, przybieraniem póz i ubieraniem masek. Wiem, że książce, jeżeli w ogóle zostanie zauważona, dostanie się za brak olśnień, rewelatorstwa frazeologicznego, ktoś może wytropi kilka niezbyt udanych metafor, ugryzie autora za używanie wsobnych akcentów. Kilka słabszych wierszy, przyznaję to, pozostawiłem dla dopełnienia narracji, korespondencji międzytekstowej, tak, by książka broniła się nie tylko jak zbiór udatnych dziełek, ale także jako całościowe świadectwo egzystencji. Może nie oryginalnej, takiej jakich wiele, ale przecież swoistej i szczerej, z sercem na ręku. To pewnie nie przypadnie do gustu licznym krytykom przyzwyczajonym do gier intertekstualnych, formalnej finezji. Ale to już nie jest ani moja sprawa, ani autora. Niech się dzieje wola Słowa.

Radosław Wiśniewski

(Tomasz Zacharewicz, „Anioły nie umierają na raka”, wydawnictwo „Mamiko”, Nowa Ruda 2003)


Radosław Wiśniewski





Magia współodczuwania

(Marzena Orczyk-Wiczkowska, „Grypsy z panoptikonu”)


Jakiś czas temu dostałem od Marzeny Orczyk-Wiczkowskiej wiersze do internetowego „Megazina literackiego”, które były w tamtym numerze jednymi z najlepszych, a dzisiaj już mogę czytać jej tom wierszy – niezwykły debiut pt.: „Grypsy z Panoptikonu”, który wydano
w 2010 przez „Mamiko”. I mogę napisać, że nie pomyliłem się, na prawdę jest to poezja niezwykła, niebanalna, zastanawiająca i frapująca. Poetka z Dąbrowy Górniczej jest rówieśniczką Tomasza Różyckiego, ale debiutuje książką w latach debiutów późnych roczników 80-tych. W sumie nie jest to aż takie ważne (po prostu jest to odnotowanie historycznoliterackich faktów), gdyż przez to tom wierszy Orczyk-Wiczkowskiej jest dosyć dojrzały i klarowny, na pewno oryginalny i niepowtarzalny. Tom Orczyk-Wiczkowskiej nie jest pisany przez tzw. osobowość medialną i jeżeli wcześniej hurtownia „Ha!art” jej nie sprzedała mediom, dzisiaj raczej musi dbać sama o swoje życie literackie. Ale pewnie poetka do tego nie dąży by zaistnieć w popkulturze. Jest to także jak kilku poetów i poetek
z roczników 70-tych pisanie na krawędzi jawy i snu, niezwykłe obrazy przemykają nam pod powiekami, gromadzą się zaskakujące wyznania, stworzone z wyczuleniem na symbolikę żywiołów jak na przykład w wierszu „zimne ognie” (str. 17): „nie gniewaj się, nie umiem zapalić wody. Śpiewam tylko / reaktywne piosenki z przewidywalnym końcem”. W jej wierszach znajduje się wiele zaskakujących środków poetyckich, a do tego wiersze są odpowiednio zrytmizowane. Można czasem zauważyć, że poetka nie dochodzi do źródeł swojego bólu, bo wyczuwa się w tym tomie, że coś wcześniej zraniło poetkę, że coś ją uwiera. Nie wiem, są tego w tym tomie jakieś przebłyski, ale to jakby poetkę nie obchodziło
i wolałaby być współczująca niż zasklepiona w czterech ścianach swej rany. Poetka odwraca się od swojego zranionego ego, w kierunku świata. Czasami wiersze Marzeny Orczyk-Wiczkowskiej wydają się lekko przeładowane, ale przy uważnym czytaniu nie ma w wielu
z nich nic zbędnego: „plaża zachodzi na morze, morze na niebo, / niebo na język” („Kula”, str.49). Nie bez powodu kilka wierszy ma motta z poezji Tomasa Salamuna, poetka ma od kogo uczyć się niesamowitych obrazów poetyckich i świetnej poezji. Poetka jest wrażliwa także na margines społeczny, czyli mroczne zaułki życia: „jesteście moi, wszyscy. Ubezwłasnowolnieni, odrzuceni, dzicy. / tancerze z podrzędnych klubów, czirliderki opuszczonych / fraz” („moi”, str. 44), ale także wrażliwa jest na przyrodę – rośliny
i zwierzęta, kamienie. W wierszu „prośby. groźby” (str. 45) znajdują się apostrofy do nich. Tak jakby poetka nam mówiła, że jest w stanie się z każdym porozumieć. Jest otwarta na świat w każdym przejawie, nie ma dla niej tematów niepoetyckich. Poza tym jest tu mnóstwo odniesień z lektur, historii, polityki, różnych religii. Bardzo się cieszę z tego tomu i niezwykłej poezji, kobiety, która nie widzi nic ciekawego – w poezji skandalu, drapieżności. Zamiast odważnej erotyki – czułość. Zamiast rozwydrzenia – współczucie. Tak po prostu budujmy świątynie dla takich poetek, niech biała magia w końcu zastąpi czarną. Naprawdę Agnieszce Sobol wyrosła na niwie poezji wyobraźniowo-magicznej niezwykle utalentowana konkurentka. A pewnie już wcześniej gdzieś była ze swoją poezją, gdyż jest starsza od autorki „Aktów” o 7 lat.

Mateusz Wabik

Orczyk - Wiczkowska Marzena .
Grypsy z Panoptikonu. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2010





„WIDZĘ TO, CZEGO NIE WIDAĆ PO MNIE” - O WIERSZACH JANA BARONA

Z TOMIKU „KOREKTA” - NAPISAŁA SABINA SKOWRON.

       Zbiór 21 wierszy Jana Barona, zatytułowany „Korekta”, ukazał się w noworudzkim wydawnictwie „Mamiko” w 2010 roku. Jest to debiutancki tomik 25-letniego poety, absolwenta
edytorstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim, doktoranta nauk humanistycznych na Uniwersytecie
Śląskim, mieszkającego obecnie w Rudzie Śląskiej. Wcześniej wiersze jego pióra były publikowane
w liczących się periodykach o profilu literackim.
       Tytuł zbioru ma charakter metaforyczny. Dosłownie pozwala go zinterpretować jedynie siódmy tekst książeczki , nazwany tak, jak cały tomik: „Korekta”. Jednak i on dotyka problematyki egzystencjalnej, dominującej w całym zestawie wierszy..Pochylony nad tekstami korektor, przygotowujący materiał do druku, musi zmienić czas teraźniejszy czasowników na przeszły, gdyż są to biogramy zmarłych. Nie czyni tego mechanicznie; czuje wzruszenie i smutek. Wie, że słowa tekstów wiążą go ze sprawami ostatecznymi i dlatego zamyka monolog liryczny pesymistyczną paralelą składniową:
              „Nekrologi nie mieszczą się już w gazetach,
              nekrologi nie mieszczą się w poezji”
dodając, że „muszą mieścić się w głowie”.
       Przez pozostałe 20 wierszy przewija się refleksja o otaczającym nas świecie, który nie jest najdoskonalszym wytworem z kosmicznych kreacji Stwórcy. Wiele w nim wymaga korekty. Człowiek, jak wynika z biblijnej Księgi Rodzaju, miał być panem świata: wszystkich organizmów roślinnych i zwierzęcych oraz zjawisk przyrody. Tymczasem ludzki byt wciąż otacza egzystencjalna tajemnica, przez której niewidzialne ściany od wieków bezskutecznie pragnie przebić się myśl człowiecza. Od pokoleń żyjemy zdominowani determinizmem
i indeterminizmem. Podporządkowani Bogu /determinizm/, który:
             „trzyma nas w garści i nigdy nie wypuści”
stosujemy się w życiu do jego woli i bezwzględnie jej podlegamy.
       Egzystencjalna filozofia lat dwudziestych ubiegłego stulecia podkreślała przemożny wpływ przypadku na losy ludzkie /indeterminizm/. Przenieśli ten pogląd na grunt literacki pisarze awangardy XX-lecia międzywojennego: Witold Gombrowicz, Stanisław Ignacy Witkiewicz i Bruno Schulz.
       W wierszach Jana Barona przypadek często decyduje o tragicznym wymiarze ludzkiego losu. Oto gdzieś za granicą młody polski elektryk ginie podczas powodzi porażony prądem, odchodzi zgwałcona i zamordowana młoda kobieta w Anglii, w jednym z polskich miast chłopiec wybiega z domu i wpada prosto pod samochód.
       Współczesny człowiek dowiaduje się codziennie o nieszczęściach i dramatach innych ludzi. Dziś złe wieści podają media, ale w lirycznym ujęciu poety przenoszą je „ciemne chmury ptaków”. Jest w tym pewnie odniesienie do niedawnej ważnej roli gołębi pocztowych.
       Snując refleksje o tajemniczych drogach ludzkiego losu, młody twórca nie pomija zjawisk przyrody groźnych dla człowieka i innych istot żywych. Wzrusza nas wiersz, w którym znajdujemy w parku zamarzające od silnego mrozu ptaki.
             „zimny ogrodnik kładzie ptaki jak kwiaty”
W spostrzeżeniach, w których zło i cierpienie przenika się z nieuchronnością boskiego werdyktu i rolą przypadku, nie ma usprawiedliwienia dla człowieka. Teksty z tomiku „Korekta” pozwalają przyjrzeć się współczesnemu homo sapiens i ocenić go.
Relacje między Bogiem a człowiekiem, są z winy nas ludzi, powierzchowne i płytkie.
Chociaż „Pan widzi z wysokości”, msza święta nie jest dla wielu przenikającym do głębi sacrum, ale jednym z obowiązków, które wypełniają z przyzwyczajenia.
             „Święto. Ciało Chrystusa ginie w ustach wiernych.
             Śpiew. Misterne misterium – wzruszające tyle
             co nic.”
Takie postawy ludzkie powinny zostać skorygowane przez nas samych. Autokorekty wymagają
też zachowania człowieka wobec bliźnich.
Oto Rumun przypalający niedopałkiem policzek śpiącej żebraczki, oto w ciemnych zaułkach
miasteczka czający się strach, który wywołują ukryci za węgłami domów napastnicy z „tulipanem w ręku”. Nawet pies potrafi być dla człowieka bardziej „ludzki”, niż jedna istota ludzka wobec drugiej.
             „Przed nocą z gór schodzą pasterze. Ich psy
              miały być groźne; sięgam po kamień,
              kiedy zaczynają się łasić.”
Świadomy błędów i niedoskonałości człowieka ,poeta otula się woalem smutku. Ten stan ducha nazywa szybą i lustrem, w którym widzi swoją twarz. Przekonany, że chwile ludzkiego szczęścia są zbyt krótkie i ulotne, wyznaje:
              „Uciekam do smutku,pod jego obronę, przed szczęściem,
               które trudno byłoby pożegnać.”
Odrobinę otuchy w rozważaniach o moralnej kondycji człowieka przynosi tekst o troskliwej opiece syna nad chorym, zdziecinniałym ojcem.
               „Korekta” to zbiór wierszy do głębi poruszających wrażliwego czytelnika. Jest światełkiem w tunelu niosącym nadzieję, że skoro istnieją poeci o takiej sile humanistycznego myślenia, nie zginie nasz świat.
                                                             -Sabina Skowron

Jan BARON.
Korekta. Nowa Ruda : MaMiKo, 2010. ISBN 978-83-60224-56-4 (Poezja polska).





Ale rodzinka




Gdy biorą do ręki książkę kogoś znajomego. Chwilę ją ważę. To znaczy trzymam ją w dłoni
i huśtam ręką, a przez głowę przebiegają mi Myśli czyli Agenci Specjalni. Ja ważę, a oni biegają. Mają ustalić, ile literek na wydrukowanych stronach zaświadcza prawdę, a ile jest tylko fantazją autora. Państwo pytają skąd taka podejrzliwość i co to ma za znaczenie?
Ano, ma. Dziewięćdziesiąt procent debiutanckich powieści oparta jest na biograficznych wątkach. Moja ciekawość felietonisty (felietonista, to nie krytyk literacki) wynika z tego, że są to moi znajomi, po których najczęściej nie spodziewałem się, że mnie obarczą jakimś długiem. Rzucają we mnie książką i mówią: masz tu książkę, możesz nie czytać, ale coś napisz. To po pierwsze, a po drugie nie spodziewałem się po nich, że przyjdzie im do głowy pisanie książek!
Co robić? Siadam przed klawiaturą i ekranem. Dłubię w nosie; popijam jakieś dobre wino, żeby wena spłynęła; szukam recenzji w internecie; szperam po gazetach; robię porządek
w szufladzie, jakby to miało jakieś znaczenie - wreszcie, macham ręką i zaczynam czytać ów wytrysk weny kartka po kartce. Stron 144.
Ostatnio ważyłem w dłoni debiutanckie dzieło mojego redakcyjnego kolegi w wieku chrystusowym pod tytułem
Fader. Dobrze Państwo kumają, tytuł pochodzi od słów father
i fater, a to zgrubienia, dźwięczność jest pierwszą fanaberią językową. Stron w tej książce nie było tak dużo. Tylko 144. Z czego strona 142 i 144 były puste. Ponieważ książkę napisał dziennikarz - Robert Migdał - to można się domyślić, że te dwie strony zostawił na notatki. Żałuję, że spostrzegłem to po lekturze i w związku z tym zapisałem tylko jedno zdanie: Panie Robercie, ja bym skończył na stronie 137, przed trzema gwiazdkami, na słowach - "Poczułem ulgę".
Sami Państwo widzicie, że nie jest to jakaś merytoryczna recenzja. Nie będę tłumaczył, o co mi chodzi. Sami sobie przeczytajcie. "Fader" Migdała kosztuje tylko 23 zł. Nie sądzę, żeby ktoś z Szanownych Czytelników moich słów żałował tego zakupu. Każdy będzie szczęśliwy, że nie urodził się w takiej rodzince i po lekturze pójdzie dać na mszę, bo mniemam, iż statystyczna siła katolickiej rodziny nam się nie zmniejszyła. To znaczy, że stanowią 94 procent społeczeństwa.
Ta rodzina, którą opisuje Robert Migdał, to antychryści. Chciałbym zobaczyć minę posła Jurka, który czyta passusy o cioci Malinie bez kończyn. Dzięki temu swojemu znacznemu inwalidztwu została gwiazdą porno. W tej rodzince są tylko takie przypadki. Każdemu coś się nie udaje, choć wcale nie jest tak źle.
Nie pierwszy redaktor Migdał tak potraktował rodzinę. A co zrobił Pan nasz z Hiobem, żeby zacząć od Księgi Ksiąg, czyli Biblii? Potem już nikt nic straszniejszego nie wymyślił od tego, co można wyczytać w tej mądrej Księdze, w której znalazły się wszystkie znane dziś literackie wątki.
Nie będę ukrywał, że przeczytałem książkę Roberta M. jednym tchem ze względu na język.
A właściwie języki, bo świadczy to o słuchu i pewnej wrażliwości. Starsza część rodziny posługuje się językiem sprzed lat, takimiż idiomami i związkami frazeologicznymi. Innym językiem są napisane komentarze do niektórych zdarzeń przez narratora. Dla kogoś, kto na takie zabawy zwraca uwagę lektura ma dodatkowy smak. Treść jest tak samo nieprawdopodobna jak możliwość spotkanie takiej familii w realu.

MIGDAŁ Robert.
Fader. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2009

Krzysztof Kucharski





Z kocem po kamiennych schodkach – o debiutanckim tomiku Tomasza Pułki



Mamy debiut. Właściwie jest to – jeżeli ufać portalowi literackie.pl - 70 kilogramów debiutanta przy 181 centymetrach wzrostu co wskazuje jak mniemam albo na lichą dietę i skłonność przy tym do brzydkich nałogów albo na młody wiek. W przypadku Tomasza Pułki niedowaga jest efektem zapewne nie tylko wieku – 18 lat ale i również godzin spędzonych na czytaniu filozofii, młodej poezji i prozy czy zażywania jakiś innych niecnych rozrywek. Skutkiem tego jest „rewers” - tomik poetycki wydany właśnie przez Mamiko w Nowej Rudzie.

Mamy niezłą okładkę. Na pierwszej stronie czarno białe zdjęcie skrzyżowania ulic w jakimś anglojęzycznym mieście. Widzimy ludzi zatrzymanych w codziennym biegu do pracy, turystów z mapami, sklepikarzy, zaparkowane samochody. Wszystko jest takie statyczne i ostre oprócz taksówki, przemykającej właśnie przez skrzyżowanie (widoczny jest efekt poruszenia). Fotografię tą powielono dwa razy, właściwie nie wiadomo dlaczego.
Na odwrocie autor i jego dość skromna notka biograficzna. Całość jednak została, że tak powiem popsuta na składzie. Czcionka i zdjęcia (szczególnie autora) kiepskiej jakości, nierówne marginesy a do tego aż dwa różne numery ISBN. Szkoda.

Mamy ciekawy tytuł. „Rewers” to słowo niezwykle bogate w znaczenia i konteksty. Najpierw ma się na myśli odwrotną stronę medalu lub monety – co jest tą monetą w przypadku poezji Pułki? Później myślimy o lewej, spodniej stronie czegoś np.: haftu, tkaniny, obrazu – jaki świat odbija ta liryka?. Na końcu rewers odnosi nas do pokwitowania na pożyczony przedmiot lub pieniądze – czy rzeczone wiersze mają charakter krótkich zapisków czynionych na byle czym chociażby na kwitku? Niestety tytułowy wiersz niczego nam nie przybliża, nie wyjaśnia. Jest najsłabszy w tomiku. Niezgrabne określenia (płyta podłogi), zdania (wszyscy/w koło piętrzą chybotliwość języka), pseudofilozofowanie (Już nic się tu nie rusza, wręcz/nie pozwala na ruch, nakłada taki reżim/stagnacji) szczątkowy obraz poetycki i rozwodnienie napięcia. Ciekawa jest tylko metafora metafory, która jest jak człowiek odprowadzający/córkę na pociąg (...)człowiek/który wsiada by znaleźć jak najlepsze miejsce ,/a potem, w trakcie szukania,/pociąg nagle rusza. Można odnaleźć jednak w książce Pułki wiersz, który znakomicie zastępuje fatalny rewers i co najważniejsze odnosi się również do tego pojęcia. data zwrotu – bo o tym utworze mowa, zdaje się odpowiadać niemal na wszystkie postawione pytania. Jest kluczem do zrozumienia koncepcji poetyckiej preferowanej przez autora (będziemy się tak ślizgać na powierzchni słów(...)przesypywać przez perspektywy) będąc przy tym próbką niesamowitych umiejętności warsztatowych.

Mamy zatem 28 utworów poetyckich. W większości są to teksty dobre, a nawet zaskakująco dobre jak na osiemnastolatka przed maturą. Ma świetny słuch językowy i lekkie pióro, słychać, że czyta niejedno, również umiejętności operowania polszczyzną pozazdrościł by mu niejeden z roczników siedemdziesiątych. Jest w tym jednak jakiś chaos, nie przemyślał autor kompozycji książki, trudno wyodrębnić spójny obraz czy historię, którą chce przedstawić. Wiersze tytułowane są raz dużą, raz małą literą. Czasem pojawiają się znaki przestankowe, czasem ich nie ma. W jednych utworach dominują konkretne historie, w innych słowa. Autor balansuje pomiędzy wierszem narracyjnym a lingwistycznym. Robi to jednak niezbyt twórczo, zaliczając po drodze kilka śmiesznych wpadek (piąty dzień bez koca, fascynacje urodą czeskich modelek które złocą się w pilsnerze). Czasami brak jest także Pułce umiejętności pointowania, stopniowania napięcia i kondensowania rzeczywistości. Bywają teksty naprawdę intrygujące, które zniszczone zostały przez niepotrzebne frazy a nawet całe zwrotki jak w przypadku wiersza o podglądaniu. Powinien się zatem poeta wprawiać w skreślaniu, gdyż poezja to nie tylko tworzenie pięknych zdań. Tak sądzę.

Mamy również świat dozwolony od lat osiemnastu widziany oczami mężczyzny wchodzącego w wiek chmurny i durny. Jesteśmy niechcianymi świadkami sytuacji codziennych i intymnych, wzajemnego oswajania się ludzi, miłości i pierdolenia się. Widzimy życie dorosłych w którym podmiot liryczny to się odnajduje, to się gubi.

Jeszcze się gubię, widzisz to, prawda? Ale już coraz/ przestronniej jest w tym gubieniu. Polowaniu/ na ścięcie, podprowadzeniu cię palcem, gaśnięciu.

Nie mamy redaktora i jednego wiersza w spisie treści.


Łucja Abalar


Tomasz Pułka „Rewers”, Mamiko, Nowa Ruda 2006


Łucja Abalar





Tomasz Hrynacz, Enzym, Mamiko, Nowa Ruda 2004, s. 46



„Pustostan”, ani teraz ani przeszłe czy przyszłe kiedyś. Samotna oddzielona od siebie nawzajem, a niekiedy nawet od siebie samych pogoń za jakąkolwiek substancjalną formą bytu. Za czymkolwiek mogącym zdyskredytować drążące człowieka niczym robak poczucie bezcelowości i braku jakiegokolwiek sensu. Poczucie zawieszenia sięgające o wiele dalej niż kiedykolwiek dotąd, bo aż do granic cielesności. Dotychczas ratunkiem dla wątpiących w siłę własnego umysłu, w jego zdolności poznawcze, była fizyczność. Teraz i ona tonie w mroku. Świat fizyczny odgrodzony okienną szybą od obserwatora, jeśli w ogóle istnieje, przypomina obłędny sen z jego poćwiartowanym sensem, płynnością i wynaturzeniem. Słowa wierszy wyrywane pojedynczo ze świata, z duszy, zlepione zostały jak gdyby na siłę, wbrew własnej woli związane, skrępowane, zestawione w przeczące naturze, oddane chaosowi zdania. Ale i te nie wytrzymują naporu pozostającego w bezustannym ruchu, pędzącego z niszczącą, miażdżącą siłą lawiny strumienia świadomości. Nie wytrzymują i pękają tak jak świat, jak człowiek, jak życie. Gdzieś w podświadomości obłędu pobrzmiewa wciąż to samo wątpienie, wciąż to samo pytanie o możliwość życia po: po holokauście, po komunizmie, po World Trade Centre, po Osetii, ale i po pragnącej wolności, a więc podstawy każdego nawet schorowanego, ludzkiego bytu Czeczenii, a także po tym co jeszcze nie nastąpiło a już jest, jest w nas, jest nami. Owa przygniatająca świadomość popycha nas ku egzystencjalistycznemu poczuciu odpowiedzialności za stwarzanie siebie poprzez każdy najdrobniejszy nawet czyn. Więc heroicznym wysiłkiem narzucamy światu ramy czerni i bieli, wciąż pełni obawy, że „zabraknie sił, by zliczyć pinezki minut, które już dawno pożegnaliśmy”. Świadomi, że „budząc się coraz częściej zapominamy co chcieliśmy powiedzieć” oraz, że „każda próba odkupienia kończy się tym samym”, a więc śmiercią, zbrodnią, pędzącym znów na oślep ku otchłani światem; pozwalamy sobie na irracjonalny komfort nadziei. O tyle irracjonalny, o ile w świecie konstytuowanym przez brak logiki i rozsądku w ogóle możliwa jest irracjonalność. Nie ma króla, nie ma poddanych. Hrynacz porywa czytelnika zmuszając go do podążania obłędnym torem swych myśli czy może raczej rojeń. Na naszych oczach podmiot liryczny przechodzi metamorfozę. W „Nieznanej skali” zanurzony jeszcze w otchłaniach pesymizmu i niemocy prowadzi swój wewnętrzny monolog „Ale czego jeszcze można chcieć, skoro światy dzieją się tuż obok? Już dowiedziałem się: pomruk nieba- nic więcej. Koło mnie”, by zaledwie stronę dalej odrodzić się, otrząsnąć z niewiary i pozwolić unieść się światłu nadziei. Teraz już wiemy że ”Wystarczy jednak chwila: słońca przypływ, przebudzenie w tobie, i już więcej znaczą: czajnik, kapiszony, stara kokarda”. Mężczyzna odradza się z kobiety i poprzez kobietę, bierze ciało z jej ciała, duszę z jej duszy i nadzieję z jej nadziei. Poprzez jej obecność konstytuuje swój byt niczym w wierszu „Trzecia salwa. W czerwcu twoje urodziny”, gdy wyznaje „Gromadzę atomy. Cząstki ciebie. Archiwum zapachu i wilgoci. Gdybym się pomylił, nie byłoby mnie”. Tak więc okazuje się, że w tym nigdy „nie ujawnionym do końca”, „stłuczonym”, „rozbitym”, charakteryzującym się bezpowrotnością, chorobliwą przemijalnością świecie, jest jednak coś stałego. Jest gdzieś w mroku jeśli nie światło, to choćby cień światła, za którym można już jednak podążyć, który można wchłonąć by krążył w żyłach zakażając każdą cząstkę naszego ja wolą życia. Bo życie w świecie Hrynacza jest chorobą nieuleczalną, ale przy tym niezwykle heroizującą. Poprzez tę ułomność na kartach „Enzymu” materializuje się idea Bogoczłowieka. Człowiek odradza się sam z siebie, jest swym początkiem i końcem, otchłanią, z której wyłonił się i która wchłonie go u kresu czasu. Jest swym własnym niebem i piekłem. Autor nie tylko przezwycięża chaos obezwładniający współczesnego człowieka, on idzie o wiele dalej, on go ujarzmia, rozbraja, czyni niegroźnym i momentami żałośnie śmiesznym. Prowadzona przez wieki, lata, przez wiele umysłów i ksiąg, przez niezliczone strofy wierszy walka pomiędzy życiem i śmiercią, cieniem i światłem, dniem i nocą, dobrem i złem zostaje zakończona. Wyraźnie, niemal uparcie zaznaczana przez Hrynacza dychotomia, jak gdyby to ona miała stanowić o istocie człowieczeństwa zostaje zdetronizowana dzięki ostatnim dwu, może trzem wierszom. W wierszu „Jest ktoś, kto mówi” podmiot liryczny wyznaje: „Ponieważ dość już było o śmierci, teraz- wzorem lat- wyjawimy, co potem”. By znów zaledwie stronę dalej spuentować swoją i naszą, czytelników, podróż podnoszącym na duchu i wielce optymistycznym stwierdzeniem: „Miłość przychodzi niespodziewanie”. Zbyt niepewni siebie, zbyt zagubieni nawet jej nie szukaliśmy, przyszła sama, odnalazła nas i stworzyła. Pozwoliła by mężczyzna odrodził się nie poprzez dalekiego, transcendentnego, nieobecnego i niemego boga lecz poprzez ciepłą, pachnącą, cielesną, żywą kobietę.
Tomasz Hrynacz serwuje czytelnikowi całkiem zgrabną i apetyczną porcję chaosu. Jego fatalizm, pesymizm, wbrew jednak wszelkim rozsądnym przewidywaniom pospolitych zjadaczy chleba nie uśmiercają nas, przeciwnie, działają niczym katalizator, za sprawą którego wyłania się z nas nowe być może bardziej bolesne, ale i bardziej świadome życie. W tym szaleństwie jest metoda.


Anna Agnieszka Wójcik








Rzeczy wydziobywane z podłoża egzystencji


Tematem mini form dramatycznych Kingi Witowskiej są mini egzystencjalne sprawy ich bohaterów. Autorka niczym kura wydziobuje te bolączki i boleści z życiowego podłoża. Nie są to sprawy błahe, bo natrętne i kłujące do kości. Nic ująć nic dodać. Podłoże naszej egzystencji jest najbliżej prawdy o tejże egzystencji. Między życiem a egzystencją jest ta różnica, że życia nie obchodzą żadne psychiczne rewelacje człowieka, natomiast egzystencję bardzo i przede wszystkim:

PROFESOR
Uhm... Ja jestem humanistą. Niektóre rzeczy wydają mi się czasem takie dziwne, jak na przykład to światło... ta jego nieskończoność.
R.K.
Nie musi pan zawsze wszystkiego rozumieć. Są rzeczy, których zrozumieć się nie da, albo dla jednych są oczywiste, a dla innych w ogóle nie istnieją...
PROFESOR
Jak to?
R.K.
Niech pan na mnie spojrzy... Co pan widzi?
PROFESOR
Pana, mężczyznę ubranego w dżinsy i sweter.
R.K.
A właśnie! Czy tylko tyle?

                                                            Klinika mózgów

Picasso powiedział, że rzeczywistość (pewnie miał na myśli rzeczywistość człowieczą) powinna być przez artystę rozdzierana. I czasami rzeczywistość sobie, a artysta- pisarz, dramaturg sobie. Ale tak nie jest w tym przypadku. To co dramatyzuje Witowska jest- niestety- rzeczywistością. Robi to subtelnie, a przez strukturę egzystencji bohaterów przebija delikatnie światło... czego? Chyba metafizyki. To jest mimowolne w tych tekstach, ale jest:

KOBIETA 2
Ucieczka w park jest dobrym sposobem na zapomnienie i wstęp do nowego pojmowania rzeczywistości, jednakże smutek realnego świata nie pozwala do końca zatracić się w parku i tak po prostu nie pamiętać, nie dostrzegać, nie przejmować się.
KOBIETA 1
Są rzeczy, sytuacje i osoby, zwłaszcza te ostatnie, z którymi park niestety nie może dać sobie rady.
                                                                      Park
Tak my i bohaterowie Witowskiej męczymy się na tym padole. Podobnie męczy się Witowska. Męczyli się Beckett i Różewicz. Przy podłożu. I kura dziobała.
Dramatyczne teksty Witowskiej są zadziwiająco uczciwe w warstwie psychologicznej. Nigdy w zasadzie nie obsuwają się pod podłoże przypisanego postacią życia psychicznego. I nie rysują dróg wyjścia, bo co to by była za fanaberia wśród współcześnie piszących sztuki.

R. K.
(...) Wszechobecne światło rozchodzi się poza swoim stożkiem. Nam się wtedy wydaje, że go nie ma i naukowcy próbują udowadniać jego skończoność. Jednakże poza przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, poza przestrzenią, światło wciąż daje nam radość odkrywania co rano naszego istnienia, które jest niemniej iluzoryczne, jak dzielenie się opłatkiem z psem podczas wigilii w oczekiwaniu na kilka słów, które i tak nie spodobałyby się człowiekowi. (...)
                                                             Klinika mózgów

Może i przyjdzie czas na nowy Romantyzm czy Pozytywizm. Ciekawe jakby się to miało dokonać?
Ani Witowska, ani żaden z jej kolegów po piórze nie wskoczy na pagórek kłamstwa i fałszowania rzeczywistości.
Bez żartów. Kingo Witowska jesteś dobra- bądź jeszcze lepsza, rozwijaj swój talent. Przejdź do form pełniejszych. Podciągnij nieco prawdę z podłoża egzystencji ku ludzkiej powinności szukania nadzieji.

Kinga Witowska.
Lustro. Wydawnictwo Mamiko, 2006
Małgorzata Krukowska





Absurd czy wartość


Tytuł tomiku poezji Ryszarda Częstochowskiego „Przebudzeniem jest śmierć” jest nawiązaniem do sztuki „Życie jest snem” Pedra Calderona de la Barca. Poeta dopełnił tę myśl, wykazując w niniejszym zbiorku poetyckim, że skoro życie jest snem, to śmierć jest przebudzeniem. Do hiszpańskiego dramaturga nawiązuje Częstochowski wprost także w jednym z wierszy:

„Miał rację calderon
Życie jest snem
Nie ma sensu się nim przejmować
Jak się przebudzisz będziesz miał spokój”
(„XXI wiek”)

Bohater dramatu Calderona – Segismundo – przebywający raz w wieży, raz w pałacu, nie odróżnia jawy od snu. Życie wydaje się snem pełnym majaków, narażającym na złudzenia. Poeta, określając śmierć jako przebudzenie ze snu, wyraża przez to nadzieję, że po drugiej stronie rzeczywistości człowiek będzie wiedział już wszystko, bo ułuda nie będzie już mogła zmącić jego postrzegania – ujrzy wszystko w prawdzie. W poezji Częstochowskiego i w dramacie Calderona dzieje się odwrotnie niż w potocznej świadomości, w której to z reguły śmierć bywa przyrównywana do snu. Przeciwnie – śmierć jest przebudzeniem, w którym wszystko staje się jasne, oczywiste i wiadome, nie ma miejsca na złudzenia.

Istotnym punktem wyjścia dla całego tomiku jest także motto z Gustave&#8217;a Thibona: „Jedynie śmierć oświetla życie. A człowiek nie rozpoznaje swych korzeni aż do chwili, gdy zostaną wyrwane”. Słowa te stanowią kwintesencję tego, co autor rozwinie w swych wierszach – myśl o tym, że paradoksalnie, śmierć nadaje życiu wartość, sprawia, że je cenimy, a sam jej moment ukazuje całą prawdę o człowieku. Czytając uważnie teksty poetyckie Częstochowskiego, można wyczytać rozterkę pomiędzy odczuciem absurdu istnienia a jego wyjątkową, niedającą się zmierzyć wartością. Tak czy inaczej, trwoga i niepokój to nieodłączny element naszej ludzkiej kondycji – stąd czytelne odwołania do filozofii egzystencjalnej Heideggera. Śmiech i drwina stanowią rodzaj mechanizmu obronnego przed absurdem świata, emocjonalne odreagowanie egzystencjalnej trwogi.

„[...] Dobrze, że vonnegutowska drwina
Nas chroniła i teatr absurdu
Ten krzyk młodych wrzuconych
Bez pytania w byt
Tysiące lektur bezcennych
O czwartej rano witanych
Śpiewem cohena
&#171;Ta nasza młodość co z czasu kpi&#187;”

(„Młodości”)

Poeta zestawia i porównuje świat przyrody i świat ludzki. Choć tylko człowiek ma świadomość prawdy, może ją zdefiniować, rozważać jej istotę, ale też człowiek posiadł umiejętność erystyki – służącej jedynie przekonaniu kogoś, a nie dojściu do prawdy: „Prawda dla człowieka to tylko narzędzie / W walce kto lepiej skłamie” („Prawda”). Tak dzieje się od dłuższego czasu w życiu nie tylko poszczególnych jednostek ludzkich, lecz i całych społeczeństw. Żywioły przyrody nie mają świadomości prawdy, ale tylko one nie mogą kłamać, działają w sposób zgodny z ich odwieczną naturą: „Na tym świecie nie kłamie jedynie wiatr / Który wieje z całych sił na mont blanc / Nie mając żadnych szans go przewrócić / W tym świecie mówi prawdę jedynie deszcz / Zatapiając w powodzi słów boskie milczenie” („Prawda”).

W tomiku „Przebudzeniem jest śmierć” można dostrzec charakterystyczną dla twórczości Ryszarda Częstochowskiego refleksję nad śmiercią, przemijaniem oraz nad złem – a ściślej – nad granicami ludzkiej nikczemności. Autor ujawnia fascynację twórczością Izaaka Babla jako człowieka wrażliwego na zło, na ludzkie okrucieństwo i zdolność do najgorszych potworności (wiersz „Chrystusowepisanieizaakababla”, zawierający odniesienia do „Opowiadań odeskich” i „Armii konnej”, jest hołdem dla rosyjskiego pisarza). Częstochowski zdaje się pytać – co sprawia, że człowiek nie tylko zabija bez powodu, ale zabija też słowem, kłamie, donosi i na tysiące innych sposobów niszczy tego drugiego – w końcu tak samo śmiertelnego jak on? Pytanie to pozostawia bez odpowiedzi (bo chyba nie ma na nie odpowiedzi), lecz mimo to poddaje tę kwestię ku zastanowieniu czytelnika. Chce zgłębić naturę ludzką – zakodowane w niej dobro i zło. Pytanie o tajemnicę ludzkiej nieprawości i różnych jej przejawów stanowi tu jedno z pytań podstawowych. Świat jest sceną, na której rozgrywa się walka dobra ze złem, współistnieją dobroć i nikczemność, szlachetne porywy serca i najpodlejsze czyny.

W wierszu „Ketman II”, została doskonale nakreślona sylwetka donosiciela i jego mimikra w celu zdobycia zaufania otoczenia:

„[...] Wkradł się w serca profesorów
Donosząc nawet na swojego

Popijał ostro z żakowską bracią
Szkolił fach szpiega na esbeckich
Obozach aby być mistrzem
Konspiracji”

Bardzo pesymistyczna jest wymowa wiersza „Żyjemy ze strachu”, opartym na przeciwstawnych pojęciach, negacjach, tezie i antytezie: „Przyszliśmy na świat dla miłości / Nie dla lęku / A żyjemy w ciągłym / Strachu i nieufności / Przybyliśmy na świat dla dobra / Nie dla zła / A żyjemy w ciągłym / Złu i nieufności”. Człowiek tak bardzo jest skoncentrowany na sobie, na walce o biologiczne przetrwanie, że odrzuca świat wartości. Jego puentą jest przekorne, na zasadzie negacji, nawiązanie do Pascala: „Być jak nie myśląca trzcina”. Gdyby odrzucić uczucia, nie byłoby całej trwogi i bólu istnienia, lecz w podtekście czai się pytanie, czy rzeczywiście tego chcemy. Wizja człowieka u Pascala to wizja człowieka ogarniętego metafizyczną trwogą, wynikającą z jego wrażliwości. Ludzka istota, skazana na przemijanie („Przyszliśmy tu / Przeminąć”), balansuje na granicy wiary i niewiary w inną formę istnienia, przekraczającą granicę wyznaczoną przez czas ziemskiego bytowania („Udajemy że wierzymy że śmierć / To brama winda schody / Coś tam jeszcze”). Podobny rodzaj egzystencjalnego niepokoju wyraża wiersz „Do jutra”, ciekawy przez swoje ekwiwokacje, wieloznaczność i pozorny pleonazm „jutro będzie jutro”. Już sam tytuł można rozumieć na dwa sposoby – jako rodzaj grzecznościowego zwrotu, wypowiadanego czasem przy pożegnaniu – lub jako apostrofę, bezpośredni zwrot do adresata wiersza. Ten drugi rodzaj interpretacji wydaje się właściwy w kontekście całego utworu. Autor zastosował personifikację – jutro okazuje się tajemniczą, nieprzewidywalną, a zarazem nieprzyjazną istotą, związaną z niszczącym działaniem czasu, przed którym podmiot liryczny próbuje schować się w bezpieczne miejsce, stać się niewidzialnym.

Ciekawa jest konstrukcja wiersza „Modlitwa”, opierająca się na powtórzeniach (wyliczeniach), wyrażających bezradność podmiotu lirycznego, rozdźwięk między ideałami a ich realizacją, pomiędzy tęsknotą do duchowego spełnienia a niedoskonałą dyspozycją człowieka. Nędza ludzkiej kondycji w konfrontacji z rzeczywistością eschatologiczną w klimacie trochę przypomina „Notatki z nieudanych rekolekcji paryskich” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Powtarzające się pytanie „ale jak to zrobić” wyrażają bezradność i niemożność przekroczenia ograniczeń ludzkiej natury. Wiersz „Neurastenie” opowiada natomiast o dziecięcej wrażliwości na rzeczywistość duchową, którą traci dorosły. Można powiedzieć, że dzieci są sensitivi – czują i widzą więcej, lecz płacą za to wysoką cenę, narażając się na kontakt z czymś nieprzyjaznym i mrocznym, ale podmiot liryczny – paradoksalnie – woli tę nieprzyjazną rzeczywistość niż metafizyczną pustkę.

W języku poetyckim Częstochowskiego śmierć ma wiele znaczeń i wiele wymiarów. Wiersz „Dążąc do zbawienia” pełen jest makabrycznych wizji rozpadu ciała na części. Przedstawia poetę martwego za życia, działającego automatycznie niczym zombie. Niesamowite ponure sceny składają się na niezwykle sugestywny obraz dezintegracji osobowości. „Szedł taki nieposkładany” – często używa się tej przenośni w mowie potocznej, mając na myśli wewnętrzne rozbicie i trwanie w chaosie – śmierć w duchowym sensie tego słowa.

W wierszu „Ludzkość przed zmrokiem” – autor ukazuje różne sposoby przeżywania życia i stosunku do śmierci, dochodząc do prawdy, że prawdziwa wolność to brak lęku przed śmiercią, wzniesienie się ponad przeciwieństwa istniejące w przyrodzie. Stwierdza jednak niemożność przezwyciężenia tragizmu, gdyż ludzki świat jest „Pełen bólu i rozpaczy” i „Żaden z nas nie wyrwie się z / Człowieczeństwa”. Wstrząsający utwór „Spes vana” zawiera opis nagłej śmierci. W przedziwny sposób spotyka się początek i koniec, jakby czas zatoczył koło, miał budowę nie linearną, lecz kolistą. Powrót do punktu wyjścia, do początków ludzkiego istnienia nasuwa na myśl „wieczne powroty” Nietzschego.

Dla konstrukcji wierszy Częstochowskiego charakterystyczne są bardzo krótkie wersy, złożone czasem z jednego wyrazu, natomiast tytuły bywają bardzo rozbudowane i w znacznym stopniu wprowadzają czytelnika w treść utworu. Często występują przerzutnie, mające na celu skupienie uwagi czytelnika, wywołanie pewnego napięcia i wyczekiwania. Mimo dbałości o każde starannie przemyślane słowo, porządek i dyscyplinę formalną, Ryszard Częstochowski nie jest zwolennikiem przewagi formy nad treścią, nie uprawia poezji lingwistycznej. W swojej twórczości porusza podstawowe egzystencjalne problemy. Posiada umiejętność trafnego nazywania różnych sytuacji, stanów ciała i ducha, skomplikowanych relacji międzyludzkich. Pisze o ludziach wykluczonych, niedostosowanych, neurotycznych, zagubionych i nadwrażliwych, dla których życie jest cierpieniem – samobójcach, obłąkanych, zranionych, pogrążonych w nałogach („Gorączka”, „Wypieszczony”). Nie unika opisywania stanów skrajnych, patologicznych, nawet obłędu. Używa trzeciej osoby, kreśląc różne portrety psychologiczne. Mimo pesymistycznej wymowy wielu utworów, poeta wyraża niejednokrotnie przekonanie o wielkiej wartości, niepowtarzalności każdego poszczególnego ludzkiego istnienia, także tego skromnego, niepozornego w oczach świata („Max Częstochowski radca prawny czeka”, „Nie mogę być na twoim pogrzebie więc cześć ci oddaję patrząc na Bałtyk”). Każda śmierć to strata i doświadczenie pustki, której nie da się zapełnić. Zadziwia go subiektywnie szybkie przemijanie czasu, kiedy wydaje się, jakby wiele lat było jedną chwilą, a staruszka przechodząca ulicą jeszcze niedawno w tym samym miejscu była widziana jako dziewczynka ze skakanką („Ślady na śniegu”). Przemiany zachodzące w czasie mają odzwierciedlenie w przyrodzie i w człowieku, wszystkie zjawiska odbywają się w cyklu przemian. W wyżej wspomnianym wierszu „Ślady na śniegu” poeta wyraża filozoficzne zdziwienie tym, co jest, bytem samym w sobie: „Ciągle mnie jednak zadziwia istnienie / Tak jak i znikanie”. Jak nietrudno zauważyć, najczęściej podejmowane tematy to upadek, zło, śmierć, cierpienie, samotność i beznadziejność, a także niemożność osiągnięcia prawdziwej, doskonałej miłości. Wszystko wydaje się marnością – „Hewel hawolim / Kuloj hewel ”.

Jak już stwierdzono na początku, z jednej strony życie jawi się jako absurd, dlatego w wierszach Częstochowskiego wyraźna jest nuta egzystencjalna, z drugiej – jako dar o wielkiej wartości. Poeta zastanawia się, co jest w życiu ważne, skoro jest ono tak kruche i przemijające. Szuka tego sensu. Stara się zrozumieć ludzką nędzę, słabość, niezamierzoną lub nie do końca zamierzoną. Zdaje sobie też sprawę z niemożności poznania samego siebie do końca, zgłębienia tajemnicy własnego istnienia, gdyż człowiek jest nieprzeniknioną zagadką. Widzimy tylko powierzchnię rzeczy, a nie widzimy ich głębi, nie rozpoznajemy tego, co jest ich istotą. Do podjęcia tego wyzwania poeta delikatnie zachęca czytelnika.

„[...] Przyjrzyj się temu co niezauważalne
Temu do czego przywykłeś zanadto i
Nie umiesz nic z tego wydobyć
A co jest sensem twojego widzenia [...]”

(„Opadający kurz”)



Tytuł: Przebudzeniem jest śmierć
Autor: Ryszard Częstochowski
Wydawca: Wydawnictwo Mamiko

                                                 Elżbieta Rogucka

Częstochowski Ryszard. Przebudzeniem jest śmierć. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko.

Elżbieta Rogucka





Marta Fox, Rozmowy z Miró, Mamiko, Nowa Ruda 2011


Najnowszy tomik Marty Fox, poetki, powieściopisarki, felietonistki, autorki 30 książek, to zbiór złożony z 2 części: Rozmowy z Miró i Wiersze nowe, które warto czytać jako całość, ja jednak skoncentruję się na rozmowach Marty Fox z Joanem Miró, na wierszach, które wyrosły z wieloletniej fascynacji poetki Mistrzem i jego niezwykłym stylem imitującym twórczość dziecięcą, wykorzystującym plamy koloru i proste znaki, przez to prostym, bezpretensjonalnym, kolorowym i radosnym.

„To dawno było, w latach wczesnych 80., które były szare i bure, a Miró taki kolorowy. I taki jak dziecko, które i ja hoduję w sobie do dziś. A potem zobaczyłam obrazy i rzeźby na wystawach, więc tym bardziej zawirowałam.”*

Twórczość Miró posłużyła Marcie Fox jako artystyczny pretekst, malarski asumpt do poetyckich poszukiwań, jej wiersze nie są w żadnym razie sensu stricte ekfrazami, raczej próbują luźno korespondować z obrazami, rzeźbami czy kolażami, jeszcze częściej z ich klimatem, zresztą rzadko znajdujemy odniesienia wprost do konkretnych dzieł hiszpańskiego artysty. Sama autorka wyznaje, że zdarzało jej się identyfikować z drobnym elementem obrazu, następnie pisać wiersz, który wyrastał już nie z tej inspiracji, a uczuć leżących u źródła tej identyfikacji.

„Miró jest czerwony i niebieski, i żółty. To kolory, które uwielbiają dzieci, więc i ja.”

Sztuka Miró jest tu zwierciadłem, od którego odbijają się emocje, a te z kolei rodzą opowieści – o samotności, namiętności, przemijaniu, lęku przed starością; opowieści często niezwykle osobiste, nawet intymne, jednak pozbawione ekshibicjonizmu czy nadmiernej emfazy.

„Z kimś trzeba rozmawiać nocą, kiedy bliscy śpią. Więc rozmawiałam z Miró, on mieszał farby, a ja słowa i uczucia, poza tym mieszkał na Majorce, na której jeszcze nie byłam.”

Autorka jest świadoma wyjątkowości i unikatowości tego spotkania, już w pierwszym wierszu proponuje swoistą grę, wyprowadza alternatywny świat – świat bez Miró, a uogólniając: świat bez człowieka, z którym spędza się życie, świat, który mógł był się wydarzyć, gdyby kolejne okoliczności nie splotły się w tę (i każdą inną) zażyłość. Mogłam nie odpowiedzieć na list nie odebrać/ telefonu nie przyjechać do małego miasteczka/ Mogłam w róży od ciebie zobaczyć tylko kolce (...) // Mogłam nie zadrżeć przy podaniu ręki/ nie wymarzyć sobie by moja i twoja/ cierpliwość splotły się w dach nad głową (...) [Spotkanie z Miró]. A przecież Miró się wydarzył.

„Duda-Gracz dopytywał: dlaczego kochasz mnie i tego pacykarza Miró, to dwa różne światy. No, tak, ale każdy rozpoznawalny na krańcu świata nawet”.

Sytuacja tej specyficznej przyjaźni nie jest nawet przez samą bohaterkę ani – tak do końca –
pojęta, ani podparta racjonalnymi argumentami, skoro zapyta: Może kiedyś zrozumiem/ dlaczego nagle zrezygnowaliśmy/ z dystansu wyznaczonego/ rondem mojego kapelusza (...) [Może kiedyś]. Jednak tam, gdzie zaczynają swoje rządy emocje, podobnie jak tam, gdzie zaczyna się sztuka, nie ma konieczności szukania na siłę racjonalnych wsporników.

„Ale poważniej: Miró to malarstwo i poezja w jednym, to świat magii, wolności i ironii. Na pewno świat bez dogmatów. Kobieta więc prowadzi rozmowy z Miró na różne tematy.”

Osią wierszy-rozmów z Mistrzem jest powoli oswajana przez bohaterkę liryczną tych tekstów świadomość przemijania, konieczność zmian, którym stopniowo podlega ciało, przeczucie zbliżającej się starości i nieuchronnej śmierci. Ta świadomość nie jest źródłem szczególnego smutku, raczej staje się gruntem dla rodzącej się potrzeby docierania do sedna relacji z drugim człowiekiem, odkrycia tego, co naprawdę ją stanowi, tego, co w niej najgłębsze, najwartościowsze i najistotniejsze, staje się też wyzwaniem do odrzucenia powierzchowności w związku: Zedrzyj ze mnie wreszcie ten gorset Miró/ w który wepchnąłeś mnie tak dawno że brokat/ zdążył stracić swój blask w czerwień wypłowieć (...) [Ten gorset]. Przemijać, starzeć się obok siebie – to znaczy dojrzewać do centrum prawdy o wspólnym byciu, tak, by można było odważyć się na wyznanie: (...) Kocham tym prawdziwej im mniej Cię/ potrzebuję i nie ma w tym wyznaniu/ kokieterii ani żadnej niewieściej sztuczki (...)/ bardzo chciałabym raz jeszcze/ zanim ciemność zajrzy mi w oczy/ rozbłysnąć pod pędzlem (...) [ibidem]. Ale i na świadomość absolutnej i ostatecznej samotności, na którą skazani jesteśmy niezależnie od więzi łączących nas z innymi ludźmi: Dlaczego tylko przez kilka sekund/ jesteśmy we dwoje/ a potem staję się pojedyncza? [Pytanie naiwne I], świadomość, że człowiek przede wszystkim sam ze sobą powinien „dojść do porozumienia” i w sobie szukać remedium na Weltschmerz dowolnej proweniencji: Samotność jest wtedy gdy/ nie ma mnie we mnie [Samotność]
Jak głęboka jest relacja między bohaterką i malarzem, dobrze widać, gdy pojawia się tak intymna i trudna prośba: Spójrz na moją matkę Miro/ i namaluj jej postać poskręcaną artretyzmem/ (...) Bądź okrutny i pokaż jej marzenia/ czyli prawdziwe kłopoty/ które będą dla niej odpoczynkiem (...) niech czerń zapanuje na Twoich/ płótnach i niech wreszcie powie że najlepiej/ umiera się z pragnieniem śmierci a nie w smutku. [Wygnanie z czasu]. Poetka prosi malarza, wzywa go wręcz, by obrazami wyraził to, co ona mogłaby ująć w słowach, jednak słowa nie są adekwatnym i wystarczającym tworzywem; dokładnie opisuje swoje życzenia, wymaga, by był perwersyjny, kapryśny, szalony. Bezpośrednio za tym tekstem pojawia się niezwykły wiersz (czy bohaterką także jest matka?) o trwaniu naszych bliskich zmarłych z nami i między nami, o pamięci i zapominaniu, o zmianie „jakościowej” więzi z tymi, którzy odeszli: Od tamtego czasu/ nie śniła mi się ani razu/ czasami jednak przychodzi/ do mnie jak żywa (...) Milczymy (...) jakby nawet słowo – dlaczego –/ przestało istnieć/ Chcę by wyciągnęła rękę/ i przygarnęła mnie tak/ jak nigdy tego nie robiła/ Ona jednak ma tylko twarz/ Bo najtrudniej rozstać się z twarzami [Twarz]
Rozmowy z Mistrzem dotykają spraw ważnych, często bolesnych, są przy tym pełne dojrzałej mądrości i przenikliwości, jak ten fragment niosący myśl o względności poczucia utraty czasu, które tak naprawdę może być udziałem jedynie tych, którym życie mija w letniej temperaturze: (...) Bezpowrotnie Miró mija tylko czas który/ nie rzeźbi nie dotyka nie dźwięczy i nie boli/ przykrywa jedynie kurzem i blizna to/ co na nic innego nie zasługuje [Wszystkie poranki świata].
Niekiedy jednak znika gdzieś spokój i cała ta logika, przy pomocy której bohaterka próbuje się bronić przez nieuchronnym, a wtedy rezygnuje z dystansu i mówi wprost, nie kryjąc żalu: Nie mogę się pogodzić Miró że odchodzisz/ ode mnie codziennie po trochu że kolory jakie/ wybierasz dzisiaj są bardziej letnie i bledsze od/ tych którymi brudziłeś swoje płótna wczoraj (...) [Po trochu]; obrazuje starość utratą kolorów – we własnych oczach, i w oczach bliskiego człowieka. Co jest lekarstwem na to powolne wygasanie? Chyba jedyną metodą jest spokojne przejście od namiętności do przyjaźni, z czasem do wyłącznie duchowej bliskości, o czym pięknie mówi nośna fraza kończąca liryczną opowieść Marty Fox: (...) w nocy plączemy nogi/ rano opowiadamy sny/ a potem patrzymy / w tym samym kierunku (...) [Wyznanie kobiety]

Izabela Fietkiewicz-Paszek, styczeń 2012

* Marta Fox, fragmenty listu do IFP

Recenzja ukazala się w kwartalniku "Migotania" nr 1 (34) 2012.

Izabela Fietkiewicz-Paszek





Kraina umarłych. O poezji Anny Szołtysek – Grzesikiewicz.



       Debiutancki tomik Anny Szołtysek – Grzesikiewicz pt. „ Żywoty krzeseł” otwiera przed czytelnikiem drzwi do świata przeszłości. Niesie ze sobą dużą dawkę pesymizmu, co jest zapewne związane z odejściem kogoś bliskiego w krainę umarłych. Mdłe twarze, żałobne pieśni, truchełko żółtego ptaka, czarne koszule to tylko garść rekwizytów, które nasuwają tematykę zbiorku. Autorka skupia swoją uwagę na obserwowanych przedmiotach i osobach, chcąc zostawić po nich jakiś ślad, aby nigdy nie zapomnieć. Wczuwa się w rolę żałobnika
„ krok za krokiem wolno suną mary w pochodzie wiosennym/każde nastąpnięcie na bruk rozsadza czaszkę okrutnym ukłuciem/ trwa przebijanie warstw świata/ w takt żałobnych pieśni” ( „Liztmannstadt”, s. 7); dalej staje się fotografem, który fotografuje martwą naturę, filozofem, co nie daje zapomnieć o szkielecie białego rowerka i snuje refleksje o sennych widziadłach ( duchach?). Są to bardzo przejmujące wyznania, które na długo zostają w pamięci. Wydaje się, że autorka stara się szukać odpowiedzi na wiele dręczących ją pytań, snów i zwątpień. Staje się niemym świadkiem zabawy obłąkanych dzieci, szalonego kierowcy
( sprawcy wypadku), ofiarą ( „ czuję noże wbite w stopy”, „ żywoty krzeseł”, s. 23), człowiekiem – muszlą, szukającym nowego sposobu wyrażenia siebie, odkrycia tajemnicy śmierci. Dużo jest w tych wierszach – obrazach czerni, ciemności i szarości. Poetka chce zbliżyć się poniekąd do tych barw, unieść swój krzyż, swoje cierpienie, ale jest to trudne i czasem nie da się wyjść cało z tych zdarzeń. Pragnie, mimo tego, co ją spotkało dostrzec światło – obietnicę przemiany na lepsze, zmianę chwil smutnych w coś radosnego, lekkiego. Szuka pewnych form zamknięcia się przed złem. Anna Szołtysek – Grzesikiewicz pisze przecież: „ mieszkam w akwarium” ( ***, s. 37), oswoić niemoc, zatęsknić do bezruchu. Według mnie jest to przemyślana poezja, spójna tematycznie i czarująca słowem. „ Żywoty krzeseł” są jedną z tych książek poetyckich, którą warto polecić czytelnikom.


Szołtysek Grzesikiewicz Anna.
Żywoty krzeseł. Nowa Ruda : MaMiKo
Daria Dziedzic






"Wiersze z podróży"


     Do napisania tej recenzji namówiła mnie Pola Maliszewska. Jednakże, gdyby wiersze Piotra Florczyka nie przypadły mi do gustu, nigdy bym takiego tekstu nie popełnił. Drugi więc raz próbuję swoich sił jako tzw. krytyk literacki (pisałem już o poezji Tomasza Groszka, Kurier Przygraniczny.).
     W tomie wierszy Piotra Florczyka „Cztery pory roku” najbardziej dla mnie charakterystyczny jest sposób obrazowania poetyckiego, w którym, co rusz można natknąć się na różnego rodzaju metafory, porównania i personifikacje np. „ptaki dyskutują”, „dumne dęby rozkładają nad nami parasole”, „księżyc spaceruje po sztywnym ramieniu mola” itp. Nie brak w tych wierszach oryginalnych metafor: „kombinat koników polnych”, „hamak tęsknoty”,
„w Krakowie zakorkowanym chmurą”. Wszystkie te środki stylistyczne czynią wizję poetycką bardziej plastyczną oraz klarowną. Natomiast w liryku „Kalifornia, piąta po południu” to przerzutnie odgrywają pierwsze skrzypce, załamując rytmikę wersów. Jednak najładniejszymi dla mnie wierszami w całym omawianym zbiorze są „Poezja po zmroku” i „Mów do mnie” – subtelne liryczne wyznania. Duże wrażenie zrobiło na mnie „Epitafium młodego poety” – tekst o wyrazistej rytmice. I w tym wierszu tudzież możemy odnaleźć oryginalne przenośnie typu : „rozczochrane korzenie czasu”. Interesujący obraz poetycki wyłania się z wiersza „Gdzieś na polskiej szosie” ; „Słońce ziewa bezwstydnie pełną buzią”.
     Piotr Florczyk mieszka w Kalifornii, ale jego liryki nie są do
końca przesiąknięte tematyką emigracyjną i nie dominują w nich „zamorskie pejzaże”, które, skądinąd, od czasu do czasu się w nich pojawiają („Przyrodnik w Nowym Jorku”, „Kalifornia, piąta po południu”, „Księgarnia Szwede Slavic Books”). Podmiot liryczny w tych wierszach jest przede wszystkim uważnym
i skrupulatnym obserwatorem, który doskonale bawi się paletą środków poetyckich w swoich spostrzeżeniach. Liryki te są przez to bardzo barwne jak widokówki czy też impresjonistyczne obrazy. Każdy wiersz za zbioru „Cztery pory roku” jest właśnie taką filigranową, schludną „pocztówką z wakacji” lub, jak kto woli, „kroniką”, „dziennikiem podróżnym” tudzież notatnikiem, w którym autor zapisuje swoje spostrzeżenia widziane przez „smutne oko okna”, zza szyby samochodu gdzieś na polskiej szosie”. Poeta staje się także przyrodnikiem, który z uwagą śledzi rytm natury oraz pracownikiem zdążającym na „nocną zmianę”.
     W wierszu „Cztery pory roku” obraz poetycki jest wyjątkowo plastyczny, jaskrawy jak w telewizorze plazmowym marki Philips („wiatr wypełnia gardła ulic”, „struny czarnego deszczu”, „burza prowadzi do ataku armie deszczu”), dlatego poeta słusznie uczynił właśnie tak tytułując swój zbiór, gdyż podobnie jak w tym tekście tak w całym tomiku występuje pełna paleta barw
i kalejdoskop pejzaży ( od Kalifornii po Kraków).



Piotr Florczyk, „Cztery pory roku”, wydaw. MAMIKO, Nowa Ruda 2003 r.



Mariusz Poźniak







O swoich prywatnych sprawach z małej litery. O poezji Barbary Elmanowskiej z tomu „Próby generalne”



Ostatnio dostałem do zrecenzowania od Apolonii Maliszewskiej z Mamiko, książkę poetycką Barbary Elmanowskiej pt.
„Próby generalne” i się trochę przestraszyłem, bo ta książka ma ponad 70 stron, a jestem przyzwyczajony do skromniejszych zbiorów poetyckich takich na 30-40 stron. Jednak po rozpoczęciu lektury doszło do mnie, że nie jest tak źle, bo owa książka jest zaopatrzona zarówno we wstęp jak i w posłowie. Trochę dużo tych tekstów dodatkowych jak na niezbyt znaną mi poetkę, ale cóż dzisiaj wolny rynek idei i biznesu pozwala na wszystko. Po lekturze tomiku doszedłem do wniosku, że wydawnictwo Mamiko wydało wiele ciekawych kobiecych tomików poetyckich m.in. M. Orczyk-Wiczkowskiej, B. Kaczorowskiej, I. Iwaniuk, E. Lipińskiej, N. Nerval, A. Ziętary, a tomik Barbary Elmanowski także ma coś w sobie, choć do książek wyżej wymienionych poetek raczej się nie umywa, przebija za to kilka tych, których tu nie wymieniłem, a poznałem. Po lekturze „Prób generalnych” nadal nie miałem pomysłu na opis subtelnej poezji Elmanowskiej i doszedłem do wniosku, że o ile trochę się znam na Agnieszkach, Kaśkach i Małgorzatach, gdyż poznałem ich przynajmniej kilka, to nie za bardzo znam się na tajemniczych dla mnie Barbarach (mimo dwóch cioć i dwóch znajomych). Z. Freud uważał, że człowieka formują lata dziecinne, a dzieci się utożsamiają z bohaterami książek (jak twierdził M.P. Markowski w „Występku”), filmów, bajek. Więc także są wyczulone na pojawianie się ich imion własnych w książkach i na filmach. Każde dziecko zna bajkę o „Jasiu i Małgosi” i każda Małgorzata lubi przyjemności, gdyż ją tak dzieciństwo określiło. Ba Małgorzaty mają to do siebie, że z tym się w ogóle nie kryją. Chodzi o przyjemności wszelkiego rodzaju. Ba, nawet nie tyją. Wiadomo – kolejny facet zbija wagę, a jak pije i robi problemy to w sam raz. Bo od nerwów też się chudnie. Agnieszki na pewno często w życiu słyszały pytanie „Czy tu mieszka panna Agnieszka?”, znają piosenkę „Agnieszka” Closterkeller i każda Agnieszka ma silne poczucie terenu, jest zawsze tu i teraz, stoi mocno na nogach, ale jakby przy tym bujała również w obłokach. Kaśki są prostolinijne i bardzo lubią pieniądze, a Barbary? Imię Barbara kojarzy mi się ze świętem górników, Barbarą Wołodyjowską i Radziwiłłówną. Nie wiele to. Ale od czego jest półka z książkami mojej matki Lidii, gdzie znajduje się także „Księga imion” Iwony Huchli, w której można przeczytać wiele informacji na temat imienia „Barbara”. Pochodzenie tego imienia jest greckie – stąd poezja Elmanowskiej pachnie hermetyzmem, z filozofek pojawia się w tomiku „Próby generalne” jednak tylko Susan Sontag. Znaczenie imienia „Barbara” to „obca, cudzoziemka (nie mówiąca po grecku)” i można zauważyć, że „Próby generalne” faktycznie nie są łatwe w odbiorze, mimo prostoty zmysłowej i realistycznej frazy Elmanowskiej. W charakterystyce kobiet o imieniu Barbara przeczytałem: „Oj, niespokojny z ciebie typ kobiety! Bywasz łagodna, wrażliwa i współczująca, a zarazem niezależna, pewna siebie i wojownicza”. Teraz mi się więcej rozjaśniło w głowie – poezja Elmanowskiej faktycznie świadczy o wrażliwości poetyckiej, ale na pewno nie potulności. A jej imię „Barbara” łączy w sobie wg takiego ezoteryczno-etymologicznego odczytania wrażliwość i wojowniczość.

Lekturę tomiku Barbary Elmanowskiej na pewno ustawia motto „Życie to taniec, a nie próby generalne” zaczerpnięte z tekstu nieznanego mi Johna G. Sturma. Poezja Elmanowskiej nie jest referowaniem własnej egzystencji, sytuuje się jakby przed życiem, przed wyjściem z domu do pracy, czy szkoły, przed działaniem, w refleksji, stwierdzeniu, epigramacie około egzystencjalnym. Trzeba pogratulować poetce trafnego doboru cytatu świadczącego o jej sporej samoświadomości literackiej.
Poezja Elmanowskiej jest świadoma cielesności, choć bez nadmiernego eksplorowania tematyki ciała: „częściej dopada mnie moja skóra / ulega lekkim rysom” („Niż”, s. 11). W jej poezji zaznaczona jest raczej istota uczuć, bliskość fizyczna. Pojawia się w jej tomiku podział na sferę czynności męskich i kobiecych, którym dzieli się Elmanowska z ukochanym? mężem?, ale na pewno bliską osobą. Poetka jest świadoma swojej sfery seksualnej i pisze też o tym. Jeden z wierszy z „Prób generalnych” odnosi się do współczesnych poetek, zatytułowany jest „Poetkom bezdomnym”, a czytamy w nim: „współczesne poetki z reguły mają piękne ciała / podobno posiadły nawet trudną sztukę / czerpania radości z seksu i miłości bez / romantycznych duchów”. Poetka zastanawia się nad istotą tej współczesnej (kapitalistyczno-postkomunistycznej) materialnej miłości, odartej ze sfery pogłębionego uczucia i porywów romantycznych. Nie krytykuje jej zwykłości, ale pisząc o bylejakości współczesnych relacji seksualno/miłosnych wśród poetek i poetów, nie sięga po inwektywy witkacowskie typu „pierdolą się jak dzikie osły”. W wierszu „Orzechowo” ta erotyczna fascynacja podmiotu lirycznego przechodzi w świadomość nietrwałości związku, kiedy nie myśli się o konkretach jak o wspólnym dalszym życiu, planowaniu rodziny, poszukiwaniu mieszkania: „pamiętam, że wcale nie chcieliśmy / budować gniazda, choć przybrałeś / szatę godową…;. Wiersz się kończy symbolicznym obrazem wiatru ścierającego na piasek „ciężkie myśli”.

Elmanowska w jednym wierszu pokazuje swoje wniknięcie do świata literatury, przez lekturę intymną książek, taką bliską, która opalizuje z nie napisaną autobiografią poetki. Poetka szuka śladów siebie w tekstach innych twórców: „jacyś obcy rozpisali mnie / w tysiącu książek / aż mi wstyd” („Literatura”, s. 24). W tym wierszu pojawia się nie wprost wyrażony niepokój – bliskości własnego życia i tekstów pisanych. Ten niepokój objawia się poprzez słowa: „jacyś obcy” – to co podmiot liryczny czyta na temat siebie w tekstach innych, do niej się nie odnoszących przynosi niepokój, gdyż jakby nie było są to teksty „jakichś obcych”. To wyrażenie początkowe z wiersza – „jacyś obcy” pachnie jeszcze niedojrzałością, wystarczy przypomnieć sobie bajkę o „Złotowłosej i niedźwiadkach”, w której po powrocie do domu rodziny niedźwiadków, było zdziwienie, że ktoś obcy jadł z ich talerza i siedział na ich krześle. W wierszu „Literatura” pojawia się stwierdzenie przez podmiot liryczny własnego „wstydu”. Czyli zbliżenie literatury i własnych spraw intymnych to wg Elmanowskiej bezwstyd, który przynosi niepokój. Na pewno nie jest to sposób istnienia tekstu i ja w myśl…; romantycznej koncepcji Hegla, który rozdzielił „ja” od „dzieła”. Pojawia się w poezji omawianej poetki nazwisko jednego współczesnego poety Marcina Świetlickiego, którego wiersze kobiecy podmiot liryczny polubił w bezsenności. Elmanowska ma dar prostoty wyznania i nie lubi owijania w bawełnę.

W tomiku Elmanowskiej znajdują się także okruchy zdziwień lirycznych jak w wierszu „Koty”, gdzie podmiot liryczny zadziwiony jest zachowaniami seksualnymi kotów, które robią to „na pieska”. Albo w niezwykły sposób zestawia z sobą tęsknotę z milczeniem w krótkim epigramatycznym wierszu „*** milczę&#8230;”: „milczę / za tobą”, gdzie także uwidacznia się praca nad gramatyką. Dużo wierszy Elmanowskiej dotyczy miłości, tęsknoty, erotyzmu, jakoś brakuje zmierzenia się w „Próbach generalnych” z jakąś inną tematyką – społeczną, awangardową, duchową, jakąkolwiek inną, choć tomik jest równy i poetycko bardzo spójny. Mało tu zadziwień językowych i eksplorowania podświadomości, zadziwienia obrazowaniem, książka trzydziestoparoletniej kobiety ma coś ze skromności pamiętnika, dziennika, co podkreśla brak dużych liter w tekście. Elmanowska pisze niezłe wiersze, ale poczekam na więcej, gdyż w „Próbach generalnych” objawiła nam swoją wrażliwość zmysłową, a jej osobowość jakby pozostała gdzieś w mroku, cieniu. Sam wybór tematyki – pomimo wielu prób – nadal uchodzący za odważny w Polsce (przecież wychowani na Peerelu krytycy i poloniści nadal decydują o wielu sprawach w Polsce Rzeczpospolitej Literackiej) każe nam oczekiwać czegoś co ma w zanadrzu, czegoś czego jeszcze nie wypowiedziała. Po przystosowaniu się do świata literackiego, może przyjść ciekawy bunt. Tematykę uczuciowo/cielesną w swojej poezji nieco lepiej pociągnęła i Halina Poświatowska i Iza Smolarek.

Barbara Elmanowska, Próby generalne, Nowa Ruda 2014
Mateusz Wabik





Niezwykle znośna lekkość bytu. (Zofia Bałdyga – „Współgłoski”)


No cóż to już kolejne spotkanie z poezją kobiecą z Warszawy po roku 70-tym. I różne to były czytelnicze spotkania – poezja Marii Cyranowicz zasługiwała na uznanie i wszelkie ochy i achy, była świeża, nowoczesna itp. Poezja Joanny Mueller niezbyt mnie przekonywała, po prostu nic z tej jej książki debiutanckiej nie rozumiałem, a dla mnie tekst jest ważniejszy niż nadbudowa teoretyczna. I dlatego do poezji Zofii Bałdygi podchodzę z lekkim przestrachem, a może znów się komuś narażę pisząc źle o poetce z Warszawy, która zajmuje się „Elektroliryką” (nie wiem co to jest), jest uznana i była tłumaczona. Ale jak już zobaczyłem w tomie pierwsze z brzegu wiersze to okazało się, że są napisane po ludzku i odetchnąłem z ulgą, ale zaraz zacząłem się niepokoić – bo nic nie rozumiałem z początku z tych wierszy. Ale cóż nie jest tak źle, wiersze Bałdygi okazały się poezją niezwykle delikatną, jakby niedokończona, jakby fraza urywała się w połowie wiersza, jakby poetka zawierzała bardziej milczeniu, niż rozgadaniu. Jakby wiedziała kiedy lepiej zakończyć, niż zepsuć wiersz zbyt długim dopisywaniem kolejnych wersów, które obniżają temperament jej głosu. Jest to poezja subtelna, której trzeba dać się porwać: poetka uwielbia zwykłość, powierzchnię, w jej poezji zwykłe sprawy są podane niezwykle czułym językiem – czy chodzi o robienie śniadania mężczyźnie, czy o kobiece rozważania, które są bardzo ważne i od nich wiele może zależeć „nie zapomnieć o butach na obcasach” („(porządki)”, str. 38), czy o rozmowy o mężczyznach, czy o muzykę z kaset, czy odpadający lakier, czy naukę cudzych imion, czy sprzątanie, czy obserwacje rośnięcia włosów. Na pierwszy rzut oka, wydaje się ta poezja niezwykle zawężona do małej przestrzeni, skromna tematycznie, bez rozbuchanych od wyobraźni narastających kontekstów, a zarazem jest to poezja delikatna, czarująca, zwrócona ku codzienności zwykłym sprawom młodej kobiety, gdzieś w wielkim mieście. Poetka dopisuje wersy do zwykłych drobiazgów, nie jest egoistką, jest wrażliwa na ludzi, na barwy otoczenia, ale jest to wszystko zanurzone w jakimś cieplejszym świecie: – jest to świat na pewno ponowoczesny, ale ta lekkość bytu jest niezwykle znośna, poetka afirmuje świat i egzystencje – a lęki, które ją nachodzą jak w wierszu „boję się ludzi / którzy nie boją się śmierci” („(napływ)”, str. 18) są nieco abstrakcyjne i jakieś takie schematyczne. Tak te wiersze opisują punkt widzenia kobiecego podmiotu zanurzonego w popkulturze, choć nie opisuje zbyt wiele takich rekwizytów. Nie ma tu niedowierzania rzeczywistości, polemiki z nią, próba narzucenia własnego spojrzenia na świat. Tu świat narzuca schematy, kontury rysunków. Może ta zgoda wyrasta z doświadczenia: „W urodziny naszych umarłych wykręcamy żarówki. / Pamiętamy o przyszłości.” („(dopływ)”, str. 31). Tak ten świat jest poddany zapomnieniu i znajduje się w dyktacie przyszłości. Po prostu Ameryka po polsku.

                                                              Mateusz Wabik

BAŁDYGA Zofia.
Współgłoski. MaMiKo, 2010
MateuszWabik





REFLEKSJE FILOZOFICZNE MARKA BOCZKA W TOMIKU POEZJI

„WIERZĘ W PRZYPADEK” - Sabina Skowron

     Tytuł wydanego pod koniec 2008 roku zbioru wierszy mazowieckiego poety sugeruje
czytelnikom światopoglądowe credo autora. Potwierdzeniem tej tezy jest wiersz otwierający
tomik, opatrzony tytułem „Przypadek”. Pod pojęciem „ przypadku ” poeta rozumie los,
przeznaczenie, wobec którego jednostka ludzka odczuwa własną małość i słabość.
     Zbiór składa się z dwu części: „TYLE SIĘ STAŁO” i „PYTANIA”. Całość tworzy zestaw
liryków refleksyjnych o podbudowie filozoficznej. W wierszach dominuje tematyka egzystencjalna: ukazanie relacji między człowiekiem a światem, między jednostką a losem,
między czasem a ludzkim bytem. Podmiot liryczny snuje refleksje bliskie każdemu, kto
zastanawia się nad sensem i celem ludzkiego życia, toteż osobista liryka autora zyskuje wymiar uniwersalny.
     Do pierwszej części zbioru wprowadza nas nierymowany sonet „Tyle się stało”,
poprzedzony mottem zaczerpniętym z poezji Ernesta Brylla. Kataklizmom wstrząsającym
co pewien czas ziemskim globem poeta przeciwstawia tu „abstrakcji przypadłość” nazwaną
metaforycznie „bezwzględnym nauczycielem”.
W innych lirykach akcentuje powtarzające się w naturze algorytmicznie przemijanie pór roku,
podkreślone kontrastującymi barwami: bielą i zielenią.
Człowiek, podporządkowany biegowi czasu, ma tylko chwilowe złudzenie, że może zmienić
świat. To złudzenie mija wraz z dorastaniem, dojrzewaniem i zdobywaniem życiowej empirii.
Dlatego jest „chwilowe”.
     Według poety człowiek ustawicznie walczy z losem. Rzuca się w tej walce, szukając pociechy w ulotnych przyjemnościach: papierosach, alkoholu, spotkaniach z przyjaciółmi.
Tę walkę autor nazywa „grą w berka”. Metafora żartobliwa, ale kryjąca pod zewnętrzną
powłoką głębię ludzkiej egzystencji podporządkowanej przeznaczeniu.
     W liryku „Tylko” została podkreślona marność dokonań człowieka, zmagającego się
z losem, zarówno w sensie materialnym, jak i intelektualnym i szerzej : duchowym.
Podobnie jak Czesław Miłosz w zbiorze esejów „Piesek przydrożny”, Marek Boczek w swoich miniaturach lirycznych akcentuje znikomość efektów ludzkich działań i wysiłków.
Jednostka wobec losu, wszechświata i wszechmocy czasu wydaje się być istotą podlegającą
nieuchronnym prawidłowościom egzystencjalnym i zbyt słabą, by w zmaganiu się
z przeznaczeniem przyjąć postawę optymizmu i nadziei.
     Druga część zbioru, zatytułowana „Pytania”, portretuje człowieka jako rozumny byt
sceptyczny, pełen wątpliwości, wciąż poszukujący prawdy o świecie i o sobie samym.
Nie są to pytania proste i nie ma na nie łatwych odpowiedzi. Autor zbioru twierdzi, że:
          " krążą jak stada
           ptaków
           nad górą
           całą w dymie samozapaleń”
Są to pytania egzystencjalne o cel i sens życia. Przychodzą w czasie bezsennych nocy,
wyrastają z obserwacji świata, z codziennych zdarzeń, z uczuć i tęsknot, z lęku
przed tajemnicą przyszłości i przed śmiercią.
     Liryki zawarte w tomiku „Wierzę w przypadek” są tekstami poważnymi, ale nie przytła-
czają pesymizmem. Ukazują upodmiotowienie człowieka stającego do nierównej walki
z losem.
I choć to może tylko „gra w berka”, postawa taka świadczy o godności istoty ludzkiej.
     W niektórych wierszach dostrzega się czytelne nawiązanie do tradycji literackiej.
Można w nich znaleźć motywy biblijne /np . ukrzyżowanie, potop, wąż – kusiciel/,
echo antycznego fatalizmu i aluzje do klasyków literatury polskiej. Oprócz motta nawiązującego do twórczości Ernesta Brylla, w wierszu „Przypadek” jest odwołanie
do utworu Cypriana Kamila Norwida „Klaskaniem mając obrzękłe prawice”.
W obu tekstach znajdują się pojęcia: „celowość narodzin” i „wskazanie palcem”.
Wiersz „Linia” przynosi skojarzenie z utworem Wisławy Szymborskiej „Nic dwa razy”,
a liryk „Z góry” łatwo zestawić z wierszem Zbigniewa Herberta „Przesłanie Pana Cogito”.
Pod ten adres odsyłają czytelnika poetyckie frazy:
         „nie przebaczaj dumie nadwątlonej”,
          "nie tylko nie było lepszych”,
          „|błazeńska twarz”
Mamy zatem przed sobą refleksyjną poezję o wymiarze uniwersalnym, umocowaną
na mocnym fundamencie filozoficznym i literackim, poezję egzystencjalną, napisaną
przez człowieka głęboko wtopionego w rozmyślania o jednostce ludzkiej, otaczającym
ją świecie i decydującym o niej przeznaczeniu.
                                                      Sabina Skowron.

BOCZEK Marek.
Wierzę w przypadek. Nowa Ruda: Mamiko, 2008




Sabina Skowron





„Maraton” Piotra Saługi – rękawica rzucona współczesności


     Usłyszałem, że ta książka stanowić może pewne faux-pas wobec kiszących się własnym sosie koterii literackich.

     Istotnie – wydaje się, że mamy do czynienia ze świadomą prowokacją artystyczną, jako że to utwór napisany jakby na przekór, wbrew obowiązującym trendom i modom, narzucanym przez zblazowane, samoadorujące się elity. Tak – to książka nie z tej epoki – czasów wszechobecnego panowania pieniądza i politycznej poprawności. Jeśli dodamy jej głęboko chrześcijański wydźwięk możemy śmiało stwierdzić, że nie spodoba się współczesnym krytykom.

     Czy „Maraton” spodoba się szerszej publiczności? Nie sądzę, gdyż tekst dzieła jest – przynajmniej w pierwszej części – wyjątkowo trudny. Z pewnością nie jest to pisanie pod publiczkę.

     Komu zatem spodoba się książka i po co została napisana? Czymże jest ów „Maraton” w istocie?

     W mojej opinii powieść trafia właśnie w ową istniejącą we współczesnej literaturze polskiej tematyczną, stylistyczną i duchową lukę.

     Osnowę magiczno-romansowej fabuły tej dziwnej książki stanowi intryga, związana z poszukiwaniem polskiego narodowego palladium – diademu Bolesława Chrobrego – w którą wplątany został egzaltowany bohater-narrator. Treść książki – od początku do końca – stanowi w gruncie rzeczy metafizyczną metaforę poszukiwania Prawdy, w której dominują motywy biegu, ucieczki, ciągłej nostalgii za ideałem, nieosiągalnym Pięknem, odwieczne wątki związane z poszukiwaniem Absolutu, dążeniem do poznania Tajemnicy.

     Ale to wszystko tylko pretekst do bardziej filozoficznej wypowiedzi na temat sensu.

     Możemy śmiało powiedzieć, że mamy do czynienia z prestidigitatorem literackim, eksperymentatorem o barokowej wręcz wyobraźni. Od początku widzimy niezwykłe – jak u debiutanta – opanowanie sztuki pisarskiej. Można sądzić, że to kolejny „poéte-voyant” – „poeta widzący”. Dla mnie wypowiedź Saługi stanowi syntezę gatunków literackich dwóch ostatnich wieków – od romantyzmu, przez symbolizm, dadaizm, surrealizm do postmodernizmu. Wspomniana pierwsza część to w gruncie rzeczy odważny poemat prozą, fragmentami przypominający Joyce'owskie epifanie, naszpikowany licznymi odniesieniami kulturowymi i literaturowymi. Widzimy eksplorację własnej podświadomości – łączenie, jak u Nervala, świata rzeczywistego z marzeniem, zjawami sennymi, światem fantazji. Zwraca uwagę śmiałość i dynamika przedstawień, zaskakujących oryginalnością metafory, poszukiwanie frapujących skojarzeń słów i obrazów. Podoba się kontrastowanie tych wypowiedzi fragmentami, w których autor wpada w głęboki, osobisty, liryczny ton. Odtwarzanie obrastających w szczegóły barwnych obrazów z dzieciństwa przypomina z kolei najlepsze strony prozy Schulza. Całość sprawia silne, trudne do opisania wrażenie. Narzuca mi się tu myśl, iż prozę „Maratonu” można by z powodzeniem postrzegać jako efektowną realizację koncepcji Lautreamonta, iż „poeta jest człowiekiem, który winien umieć ujawniać odruchy swej podświadomości i wywoływać u czytelnika wstrząs, który podobny jest do objawienia”.

     Próbie przedstawienia przeżycia metafizycznego służą zastosowane środki stylistyczne – mamy do czynienia z eksperymentem na kodzie stylistycznym, w którym czytelnik porażony zostaje bogactwem formy. Zastosowanie zdań wielokrotnie złożonych, o skomplikowanej składni, nagromadzenie neologizmów, nadmiernej ilości terminów z różnych dziedzin zmusza do uważnego czytania każdego akapitu, ale i wywołuje efekt zmęczenia – zupełnie jak w biegu maratońskim. Efekt ten autor uzyskuje też przez częste używanie kilku określeń tych samych rzeczy – choć to pierwszej chwili drażni, to przecież w konsekwencji służy przybliżeniu przeżywanych stanów, wyrażeniu tego, co niewyrażalne. Po kilkukrotnej lekturze proza ta już nie przeraża a oczarowuje.

     Osobliwą rolę pełnią w tej opowieści fragmenty z pozoru niezrozumiałe – te pozbawione często rygorów logicznych części iskrzą jednak spontaniczną écriture automatique, nieskrępowaną wolnością w słownictwie. Widać tu wyraźny wpływ dadaistów. Wprowadzenie tych elementów to jeszcze jeden interesujący zabieg twórcy – owe „wysublimowane autoterapeutycznie”, jak chce autor, fragmenty wyraźnie korespondują z zasadniczym motywem poszukiwania Prawdy – w tym przypadku o psychice człowieka (zgodnie zresztą z doktryną dada).

     Widać więc, że to książka dla wymagającego, oczytanego odbiorcy, chcącego i umiejącego stawiać sobie podstawowe pytania egzystencjalne. Ale „Maraton” to nie tylko stylistyczna prowokacja. Jest w książce wciągający wątek sensacyjny i harlequinowa nieomal historia utraconej miłości. Zachęcam też do lektury wszystkich, którzy pragną zagłębić się w zapierające dech w piersiach opisy z kraju lat dziecinnych – jedne z najlepszych w literaturze polskiej oraz tych, którzy smakują w śmiałych – nieomal pornograficznych – scenach erotycznych. To aż nadto, jak na jedną książkę.

     Pozycję wydało niezależne wydawnictwo „Mamiko” Poli Maliszewskiej, stawiające sobie za zadanie promocję współczesnej literatury polskiej. Wszystkich zainteresowanych zapraszam na stronę internetową:
www.mamiko.pl






PŁYNĄC PRZEZ „KRAJOBRAZ Z ATRAMENTOWYM WIECZOREM”




       „Krajobraz z atramentowym wieczorem” Michała Zantmana to utwór niekonwencjonalny, opisujący rzeczywistość umowną, niekonieczną, a przez to niepokojacą, intrygującą, czy wręcz magiczną. Odbiega on od ram logicznego następstwa zdarzeń, tworząc odrębną czasoprzestrzeń&#8230;koloru atramentowego. Czasoprzestrzeń ta rządzi się własnymi prawami lub, jak kto woli, nie rządzi się prawami w ogóle.
W „Krajobrazie z atramentowym wieczorem” mamy aż dwoje narratorów ( kobietę/dziewczynkę i mężczyznę/chłopca), którzy czasem ironicznie, czasem zaś refleksyjnie, próbują przybliżyć czytelnikowi rzeczywistość, jaką dla nich stworzono, opisać pełne zawirowań relacje międzyludzkie, w jakich uczestniczą najczęściej zupełnie przypadkowo.
       Aby więc zagłębić się w ów krajobraz, dostrzec jego niezwykłość, należy po prostu poddać się urokowi magicznej opowieści, płynącej po małym miasteczku, po zalanych nocą zakamarkach domów, w których są, nie są, bywają ich mieszkańcy. Nic bowiem nie jest tu do końca ustalone, nikt i nic nie są niczemu przypisane. Bohaterami są zarówno mieszkańcy zwyczajnego miasteczka, jak i ich mieszkania, jak i całe domy, ulice, mosty, tramwaje&#8230;
A wszystko to zatopione jest w czerń nocy. To jej magia pozwala im współistnieć w charakterystycznej atramentowej symbiozie, oddychać, odsłaniać lub skrywać swoje tajemnice. Dzień wymusza bowiem obranie konkretnej drogi życiowej, noc nie wymusza nic. Pozwala śnić swoje marzenia, urzeczywistniać fantazje, tworzyć rzeczywistość nie przystającą do prawideł dnia. Nie ustępuje jej czas. Czas w „Krajobrazie z atramentowym wieczorem” raz płynie wraz z bohaterami, to znowu perfidnie ich wyprzedza, aby za chwilę stanąć i powoli zacząć się cofać&#8230;aż do całkowitego zapętlenia.
       Płynąc przez „Krajobraz z atramentowym wieczorem” nie sposób nie odczuć w nim atmosfery charakterystycznej dla prozy Brunona Schulza. Pewna umowność, abstrakcyjność, rezygnacja z tradycyjnie konstruowanej akcji odczuwalna jest w całym utworze Zantmana. Pierwiastek z magii przenikającej twórczość Schulza towarzyszy nam podczas całej podróży z „Krajobrazem z atramentowym wieczorem”.

                                                                           Ewa Żeberkiewicz

Ewa Żeberkiewicz





Poważna niepowaga (i na odwrót) (Wojciech Brzoska, „Sacro casco”)





KOMICZNY ZMIERZCH BOŻYSZCZ


„Jest tylko jeden problem – śmierci. Roztrząsać inne sprawy to marnować czas, dawać dowód niewiarygodnego lekkoduchostwa”. Bardzo ryzykowne motto z Ciorana. Nie tylko bardzo ryzykowne, ale i niebezpieczne. A jeszcze i karkołomne. A nawet zuchwałe. I to bardzo. Bo weź potem nie napisz w środku wiersza o śmierci, a dasz dowód nie tylko niewiarygodnego, ale i niesłychanego, a nawet zdumiewającego lekkoduchostwa. I powiedzą, żeś wiary niegodzien.
Godzien, niegodzien, weź potem napisz „odkąd razem zamieszkaliśmy/ przestaliśmy się/ spotykać” (***, s. 19), a powiedzą, żeś zamieszkał ze śmiercią. Żeś, kurna, zamieszkał ze śmiercią, iżby się z nią nie spotykać. Żeś głupio zrobił, marnując taką okazję. Głupio jako poeta, bo tak w ogóle to może i niegłupio, kto wie.
I potem powiedzą, Wojciechu, że ci ze śmiercią po drodze do wiersza. Albo i nie po drodze, jak cię przyłapią na lekkoduchostwie. Po drodze, nie po drodze, nikt ci przecież nie będzie życzył, abyś się zaraz ze śmiercią bratał. Chociaż żyjesz w świecie poezji, a w świecie poezji jak to w świecie poezji – lubią dokopać, jak wiesz. Sam przecież tego-owego szturchnąłem kiedy-niekiedy taktownie, lekutko, a nawet z pieszczotą, a potem pretensje, że czemuś go pobił!
Pobił, nie pobił (ty się nic nie bój), jest jeszcze drugie motto ryzykowne bardzo, niebezpieczne, a do tego równie karkołomne, zuchwałe i niebywałe jak tamto. Równie, o ile nie równiej niebezpieczne, karkołomne, zuchwałe i niebywałe to drugie motto od tamtego pierwszego, bo przecież ono nie tyle już z Emila Ciorana, co z Lecha Janerki, który był powiedział, napisał albo i zaśpiewał, tego nie wiem, tak: „Bóg do niczego nie był mi potrzebny”.
A niech mi się stolec wypsnie! Jakże Bóg do niczego nie był Lechowi Janerce potrzebny, kiedy był mu potrzebny chociażby do tego, izby mógł sobie Lech powiedzieć, napisać albo i zaśpiewać, że Bóg do niczego nie był mu potrzebny. Bo przecież tak całkiem bez Boga, to by tego zdania ani nie powiedział, ani nie napisał, ani nawet nie zaśpiewał, tj. w żaden sposób by zdania o Bogu bez Boga nie sklecił, bo o czym. Toż nawet o nie-Bogu bez Boga ani rusz. Chytrzejsze więc byłoby może motto z Dygata: „Jeśli nie ma Boga, tym lepiej dla Niego”.
Lepiej, nie lepiej, rzecz w tym, że miał być „tylko jeden problem”, śmierć, a tu się okazuje, że jest i drugi, a przy tym nie mniejszy, bo przecież – czy był komu do czego potrzebny, czy nie – to jednak Bóg. A przecież z tego pierwszego motta wynika, że lepiej już miesić wapno niż tracić czas na roztrząsanie takiego „problemu” jak Bóg. Że pisanie o Bogu to dowód niewiarygodnego wprost lekkoduchostwa. Chociaż że Bóg pasuje do wiersza nie gorzej niż śmierć, o tym wiedzą na Śląsku już sześcioletnie dzieci!
Wiedzą, nie wiedzą, rzecz w tym, że miał być tylko jeden problem, a tu nagle są dwa, a i trzeci się oczywiście zaraz za nimi pojawia. Bo że do wiersza równie dobrze jak Śmierć i Bóg pasuje Miłość, o tym wiedzą na Śląsku nie tylko sześcioletnie dzieci, ale i małe dziewczynki.
Że się jednak te motta gryzą ze sobą nawzajem, a razem wzięte się gryzą jeszcze z miłością, to może tak być powinno? Tj. nie dlatego tak być powinno, że to w ogóle dobrze, iż się gryzą, bo zawsze miło popatrzeć, jak się inni za łby biorą, lecz że taki był zamysł poety, iżby się w naszych czytelniczych oczach śmierć z Bogiem pogryzły, a pogodziła ich tyłkiem, przepraszam, pogodziła ich chyłkiem miłość? Może więc motta te użyte zostały ironicznie, aby sobie Janerka jaja porobił z Ciorana czy vice wersal. Albo żeby wiersze sobie z tych mott cokolwiek albo i grubo zakpiły, bo tu raczej nie odwrotnie, z tym że nie na pewno.
Wadzi się zatem poeta z Bogiem, ze Śmiercią, a nawet z Miłością, bo od tego on jest, aby się wadzić z tym, z czym inni już dawno się pogodzili i żyją nie najgorzej nie wadząc się z nikim, z niczym i o nic? Oczywiście, że od tego on jest. Od tego i nie od tego, bo poeta od tego jest, od czego być zechce. A że się wadzi z Bogiem, Śmiercią i Miłością, to się sprowadza do tego, że ze sobą jak każdy się wadzi i bodajby jedli psie gówno, którzy nie wadzą się nawet ze sobą.
„W sztuce człowiek spotyka sam siebie, duch ducha”, jak powiada Gadamer. Powiedz mi, z czym się wadzisz, a powiem ci, kim jesteś. W pewnym sensie. Czyli – także w myśl zasady Fichtego, iż „wszystko, co dostrzegasz poza sobą, jest tobą samym” – kto nikogo i niczego poza sobą nie dostrzega, nie dostrzega sam siebie, resp. nie wadzi się z nikim i z niczym, resp. jest nikim, a nawet niczym, resp. jest, a jakoby go nie było.
A kto się na co dzień wadzi z pierdołami, ten sam jest pierdoła.
A zatem – chwała Poecie!
Zastanawiam się tylko, czy takie wiersze jak prohibicja przesłania pielgrzymki („cała nadzieja w Panu // z nocnego”, s. 36) czy też u-bogi („nie ma boga- / tego księdza”, s. 38) to prawdziwe wadzenie się z Bogiem. A nawet, czy to prawdziwe wadzenie się. Zastanawiam się, czy nie zachodzi tu to właśnie zjawisko, na które narzekał Nietzsche, iż ludzie nigdy nie rozumieją, jeno chwalą lub ganią. To jest, uważają swoje przekonania za wyryte na kamiennych tablicach, co pozwala im chwalić lub ganić, a nawet kpić z innych kamiennych tablic, które uważają za pisane palcem na wodzie. A gdyby się tak jedni z drugimi zastanowili, skąd im się te kamienne tablice w nich wzięły, to minki by może im zrzedli. Może by tak jeden z drugim doszedł do wniosku, iż „żaden punkt widzenia nigdy nie może być tym ostatnim punktem widzenia”, do czego był doszedł William James, a doszedłszy wyciągnął ciekawe wnioski. Sobie poczytajcie.
A może poeta kpi, ponieważ uważa za Bachtinem, iż „mitom i bogom trzeba zadać cios, który pozwoliłby im &laquo;komicznie umrzeć&raquo;”, bo cóż się lepiej do tego nadaje od kpiny. Ale atłasowa czapeczka ze świńskiego ucha dla tego, kto zgadnie, dlaczego zdanie takie wypsnęło się temu, który tyle się powynawyrzekał na jednogłosową mowę, odsądzając ją od czci i wiary! No bo o jakie mity i o jakie bogi tu chodzi? Toż Bachtin też swoje mity i swoje bogi miał! Czy po to, by nimi zwalczać bogi i mity nieswoje? Atłasowa czapeczka ze srebrnym kutasem na czubku dla tego, kto rozstrzygnie kwestię, jak też zwalczać jedne ograniczone podmiotowo przekonania nieużywając innych podmiotowo ograniczonych przekonań.
Ze świńskiego ucha czy ze srebrnym kutasem, nic u poety Brzoski (którego raz byłem niesłusznie posądziłem o spędzenie nocy w kiblu) nie widzę ani o Fryderyku, ani o Johannie Gottliebie, ani o Michaile, ani nawet o Williamie, nie wspominając już Hansa-Georga. A przecież że o nich wspominam, to nie bez powodu. Bo jednak nie wiem, czy poeta kpi, czy o drogę pyta. Czy kpi może z samego Boga, czy z samej dewocji. Czy z instytucji. Czy z katolicyzmu zwanego w zjednoczonej Europie „polskim”. Czy śmierć mu za jaje, bo młody i głupi, czy wręcz przeciwnie – tak już był dojrzał, że się ze śmiercią spospolitował, a to sposób nie najpośledniejszy, aby ją cokolwiek „oswoić”.
Nie wiem i trzymam się tej niewiedzy jak Wiśka rosołu z makaronem, bo na tę niewiedzę pozwala mi lektura całości sacro casco, tomiku, w którym poza niewielką liczbą przytoczonych tu jajec na twardo i miętko, zwanych przez innych – język się musi wyszumieć – rodzynkami, znalazłem tu co niemiara wierszy z natury wieloznacznych, wielopiętrowych i niepokojących, jak ten przedostatni na przykład: „byłam. / ten smutek, w który wpisuję się jak / okrąg w trapez. w pełni. / w słońcu obchodzę urodziny // łukiem. pomnożę koło pięciu lat życia./ zamiast pomnika / będę. pytać, czy bym się pojawiła gdyby nie / śmierć, która się położyła/ przede mną. // powstałam z niej i od niej / się odwróciłam do góry / dnem. / jak tamten sen, że jestem” (z prochu, s. 46).
Albo ten ostatni: „zrobiliśmy kołyskę / jakbyśmy płynęli / przed narodzenie” (love lullaby, s. 47).
O czym to ja chciałem na koniec? Aha! Zapomniałem.


Grzegorz Tomicki, "FA-art", nr 3/2006



Wojciech Brzoska:
sacro casco Wydawnictwo „Mamiko”. Nowa Ruda 2006.
Grzegorz Tomicki





Wielkie plany małego wydawnictwa


     W Nowej Rudzie powstało nowe wydawnictwo chcące promować współczesną literaturę polską. Pierwszą książką oficyny „mamiko” stała się pięknie wydana powieść młodego krakowskiego autora, Piotra Saługi, pt. „Maraton”. Fragmenty tej książki, biogram autora, fotografię obwoluty oraz informacje dotyczące planów wydawniczych znaleźć można na stronie internetowej - www.mamiko.prv.pl

     Pojawiają się pierwsze recenzje dotyczące książki Piotra Saługi. Zwraca się uwagę na mroczność, ale i na żarliwość powieści, w której wątek miłosny przeplata się z wątkiem poszukiwania zaginionej korony koronacyjnej królów polskich. Myślę, że nieźle oddają nastrój i tematykę powieści te fragmenty recenzji Małgorzaty Brody: „Maraton. Poszukiwanie porządku we wszechświecie, logiki historii, sensu poszczególnych zdarzeń, przyczyny sprawczej tego przerażającego, a zarazem cudownie spójnego chaosu, który jest wokół nas i w nas samych. A wszystko to pod presją przemijania, które zaczyna się w chwili narodzin i dławi lękiem przed sprawami ostatecznymi. Skołatana wyobraźnia ratuje się tym, co znajome. Stąd liczne biblijne akordy dźwięczące w komorach umysłu bohatera, pierścienie madziarskich księżniczek, postaci Magów, tęsknota za nirwaną. Czasami trudno orzec, czy ta niesamowita mozaika przybliża i oswaja nieuniknione, czy tylko bardziej jeszcze obezwładnia i zniewala. No i wreszcie Beatrycze – promień w piekle życia. Ruchliwy i zmienny. Taka jest natura światła, które niespodzianie roztapia się w tajemnicy cienia. Kobiecie Saługi zawsze towarzyszą atrybuty świadczące o dwoistości jej natury – anielsko demoniczna, elf i tarantula w jednej postaci. Żyje w tym samym świecie, ale jakby w innym wymiarze, posługując się innymi narzędziami poznania, mówiąc osobnym językiem. Trudno zrozumieć kobiecość, ale jak łatwo pokochać! Gdy już to się stanie, Beatrycze zażąda absolutnego oddania, chce, by nadążać za marzeniami, których sama często nie potrafi nawet nazwać, wciąga w truskawkowy wir zmysłowości. Beatrycze-przewodniczka, Beatrycze trzymająca stoper w Twoim biegu przez życie. Każdy może ją znaleźć w swoim łóżku – mówi Saługa – pod warunkiem, że potrafi dostrzec niebezpieczną i cudowną niezwykłość kobiecości.

     Wiele jest w Maratonie prób filozofującego abstrahowania. Bohater to egoista własnych uniesień, który zdaje się lepiej czuć w świecie sennych marzeń i narkotycznych wizji niż w zmuszającej do działania rzeczywistości. Jednak rzeczywistość wdziera się nieubłaganie w jego egzystencję pod wieloma postaciami. Jest wątek miłosny, który przewija się w postaci nieustannie podtrzymywanego napięcia pomiędzy bohaterem a Beatrycze. Możemy podglądać życie nocnych klubów, dziewczyn do towarzystwa i narkotykowych dealerów. Znajdziemy też w Maratonie kryminalną intrygę, która zaprowadzi nas w głąb szybów wielickiej kopalni. Równie dynamiczne, choć jakby oglądane przez sepiowe szkiełko, są fragmenty wspomnień, głównie tych z dzieciństwa. Urzekają ciepłem i humorem, dojrzałością obserwacji i umiejętnością formułowania wniosków z zachowaniem ironicznego dystansu do siebie i otoczenia.”

     W następnej kolejności pojawią się zbiory wierszy znanych autorów dolnośląskich. Będą to tomiki: „Błękitne przeciwstawienie” Antoniego Matuszkiewicza, „Pan Ego” Zdzisława Władysława Żurka. Jeżeli nie zawiodą sponsorzy, to już niebawem światło dzienne ujrzą kolejne zbiory prozy: „Kalwaria” Macieja Lepianki, „Misja Papieskiej Róży” Janusza L. Sobolewskiego, „Decyzja” Jerzy Stypułkowskiego. Wypada życzyć nowej oficynie powstałej w regionie wałbrzyskim wszelkiej pomyślności.
Karol Maliszewski





SAMANTHA KITSCH 25 WIERSZY



      Tomik poezji, Samanthy Kitsch nosi nazwę „25 wierszy”. Po prostu. Nie sugeruje, zatem żadnego nastawienia odbiorcy do tematyki utworów w nim zawartych. Zwraca uwagę pseudonim autorki: ”Kitsch”, a może swojsko brzmiący „kicz”, jako, że jest to nasza rodaczka? Sugeruje to delikatną prowokację. Wszak wiersze zawarte w tym zbiorze traktują o eksploatowanych w poezji: szczęściu, miłości, zagubieniu, potrzebie refleksji. „Na domiar złego” nad wszystkim dominuje natura, symbolizująca wolność i niczym nieskrępowane piękno w swej pierwotnej istocie. Podejmując, więc taką tematykę łatwo, zamiast utworu poetyckiego, podać odbiorcy lekkostrawną papkę w kiczowatej obwolucie. Ale nie w „25 wierszach”.
Tu nad każdą ludzką emocją, nad szukaniem sensu, czy też trwaniem w bezsensie, czuwa natura. Jej bezkresne piękno, opisywane chociażby w utworach: „Zawieszenie”, „Odludzie”, tworzy idealną harmonię. Tylko od siebie zależna, cyklicznie rekonstruując swój wielowiekowy porządek daje poczucie bezpieczeństwa i przewidywalności, co dobrze obrazuje chociażby utwór „Niezależnie”:
„Świat jest dobry,
że istnieje niezależnie.(...)
Las na zboczu i zapach sosen.
Niebo delikatne.
Jak bezpiecznie!”
Do owego, naturalnego ładu, dąży także człowiek, istota zagubiona w rzeczywistości chaosu i pędu. W „Ucieczkach” bohater dusząc się w atmosferze nakazów, zakazów, szukając dróg ukojenia, wraca oczami wyobraźni do piękna przyrody:
„ Kiedyś jeszcze były ucieczki złote rzeki wybiegające z zaciśniętych powiek (...)
Wdech już zawsze za płytki na próżno czekam na jeden potężny powiew.”
Otępienie, czy wręcz swego rodzaju zatracenie w bezsensie, uwidacznia się także w utworze „Pożar”, o czym świadczą te słowa:
„Myślę, czy nie cofnąć się w płomienie po parasol.
Po co- deszcz i tak zgasi moją pochodnię.”
Namiastką wolności dla ludzi zamkniętych w miastach-klatkach jest przestrzeń balkonu, a imitacją piękna na nowo pomalowany budynek. Na przykład, jak w wierszu „Lila”, na liliowo:
„(...;)maść na brzydotę
dezynfekcja
substytut wiecznej wiosny
wiecznie pnących róż”
Jedynym wyjściem, ozdrowieńczym wyrwaniem się z pędu, jest postój,&#8230;choćby na chwilę, na moment przypomnienie sobie siebie. W „Godzinie” bohater zapytuje:
„Tak się zaczęła moja godzina medytacji.
Skąd brała pewność, że jest mi niezbędna?
W czym ujawniłby się jej brak
i?”,
natomiast w utworze „Sponiewierana” można pokusić się o swoistą odpowiedź:
„(...)nieustanna alternacja winy i nadziei
w pogoni za Kolejną Zmianą- aaach mniemałam absolutnie
w moim życiu konieczną-
nareszcie żadna nadzieja mnie nie gnębi
Więc spaceruję patrzę oddycham głęboko
odpoczywam
wieczny odpoczynek-(...)”
Dopiero, gdy człowiek zda sobie sprawę, że jest elementem większej, logicznej całości świata natury i bezmyślny bieg przed siebie nie da mu szczęścia jest szansa, aby je odnaleźć. To zwyczajne...potrzebne jak tlen. Definicja szczęścia według Kitsch brzmi:
„Wczoraj w nocy złoty księżyc w pełni.
A dziś rano
na ogromnym parkingu znalazłem jednocentówkę.”( „Szczęście”)
Tomik kończy utwór „Łąka”, urocza akwarela, na którą patrząc spod przymkniętych powiek, można ujrzeć pradawną symbiozę natury i jej człowieka.
      Malarskość tego zbioru jest uderzająca. Przestrzeń pełna światła i kolorów pochłania odbiorcę, a efektywnemu łączeniu barw, ruchu, dźwięku nie sposób się oprzeć:
„Ostatni koralik miażdżą lodowe bloki.
Drzazgi lodu pryskają w okna samolotu,
któraś podpala go jak zapałka.”(„Tama”)
Personifikacja przyrody( „góra parskała...prychała”, „śnieżny biust”) w połączeniu ze zwiewnością, lekkością, ale i dosadnością środków wyrazu, opisujących egzystencjalne ludzkie dylematy, autorka stworzyła harmonijną całość nastrojową i estetyczną.
Zmienność stylu narracji zastosowana w tym zbiorze nienachalnie podkreśla uniwersalny charakter utworów.
                     „25 wierszy” Samanthy Kitsch. Warto. Po prostu.

Ewa Żeberkiewicz





CZASEM KOBIETA




       Grzegorz Mucha napisał swoją pierwszą książkę zatytułowaną „Kobiety i czas”, na którą składa się trzynaście opowiadań traktujących o relacjach kobieta- mężczyzna. Podobno najciekawsze książki pisze się o tym, co się zna. Są bowiem wtedy bardziej prawdziwe, mocniej oddziaływają na odbiorcę . Nie przeczę, że autorowi tematyka skomplikowanych tarć międzypłciowych nie jest obca, natomiast przy czytaniu książki miałam nieodparte wrażenie, że Mucha raczej oddaję w niej swoje marzenia, fantazje, niż skupia się na opisie rzeczywistych przeżyć. Oczywiście każde opowiadanie „zawiera” inną kobietę i innego mężczyznę, ale nietrudno dostrzec w Michale, Marcinie, czy Jacku, wspólnych cech, być może składających się na alter ego autora? Kobiety natomiast są przede wszystkim piękne, lub co najmniej intrygujące, święte, bądź dziwki... Każde z opowiadań Muchy przedstawia, według mnie, jakąś małą fantazyjkę, erotyczne marzenie: a to o kontakcie z niewinną dziewczyną, wśród romantycznych okoliczności przyrody, a to znowu o ostrym seksie z doświadczoną prostytutką.
Mimo, że przez cały utwór przewija się niemały tłumek różnorodnych przedstawicielek płci, umownie zwanej piękną, to stanowią one, jak gdyby, tylko dodatek do mężczyzny. Do Mężczyzny. On bowiem inicjuje jakiekolwiek działania, jest samozwańczym animatorem każdej znajomości, erotycznym motorem działań. Kobietom przypada rola bierna. Nawet jeżeli jest to niewiasta tajemnicza i np. znika naszemu bohaterowi z oczu, to po jego wzmożonych działaniach w końcu pozwala się odnaleźć.
Z mojego punktu widzenia ciekawe jest poznanie tego, o czym marzy mężczyzna...Czego szuka w napotykanych kobietach...
Po przeczytaniu tego tomiku opowiadań dochodzę do wniosku, że może Mucha, poprzez szkice kilku postaci kobiet, chciał stworzyć portret tej jednej KOBIETY, niedoścignionego ideału męskich fantazji, zmiennej i stałej jednocześnie, niewinnej i wyuzdanej zarazem, pragnącej z jednej strony miłości, z drugiej zaś uciekającej przed nowym uczuciem. Oczywiście jest to zamiar tym bardziej intrygujący im bardziej niemożliwy do zrealizowania.
       Na koniec pokuszę się nad interpretacją tytułu książki: „Kobiety i czas”. Z pierwszym członem problemu raczej nie ma, do czego natomiast odnieść „czas”? Czy może autor daje nam do zrozumienia, że stosunki damsko-męskie, są ponadczasowe w swojej uniwersalności i mimo lat, wieków, epok, wciąż oparte są na tych samych starych zasadach. Czy może, Mucha sugeruje, że każde uczucie, każda najdrobniejsza nawet fantazja, ma swój ściśle określony moment, chwilę zaledwie, a potem pryska, znika, ulatnia się w sferę wspomnień, dobrych, lub złych... Na te pytania czytelnik musi jednak odpowiedzieć sobie już sam...

Grzegorz MUCHA.
Kobiety i czas. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2006


Ewa Żeberkiewicz





Bestseller po polsku - czyli o książce Janusza L. Sobolewskiego „Misja papieskiej róży”


      Dysponując piórem wyostrzonym w wieloletniej pracy dziennikarskiej, czterdziestoletni publicysta sięgnął po formę bardziej pojemną. W 2001 roku ukazała się jego powieść „Misja papieskiej róży” w ambitnym wydawnictwie Mamiko opatrzonym symbolem liry. Noworudzka oficyna Apolonii Maliszewskiej wybiera ze współczesnej literatury polskiej same perełki: z poezji, prozy psychologicznej i sensacyjnej.
     „Misja papieskiej róży” Janusza L. Sobolewskiego jest powieścią sensacyjną, zawierającą w sobie cechy literatury faktu i politycznej prozy fikcyjnej. Książka została napisana ze swadą literacką, żywym, rozbudzającym wyobraźnię czytelników językiem.
Wielowątkowa akcja powieści rozgrywa się paralelnie: w Chinach i w Polsce:

CHINY

POLSKA



     Postacią łączącą te odległe miejsca na ziemi jest polska dziennikarka Danuta Górecka, która uprawia swój zawód profesjonalnie, z ogromną dociekliwością, sprytem, umiejętnością zjednywania sobie przyjaciół i zwalczania przeciwników. Autor powieści wykreował postać swojej głównej bohaterki jako jednostki dynamicznej, obdarzonej licznymi talentami
i zdolnościami, skupiającej w sobie jak w soczewce większość wątków treściowych utworu. Jako wysłanniczka polskiej prasy Górecka przybywa do Chin pod koniec XX wieku, by spenetrować istotę i głębię przemian, jakie zaszły w tym komunistycznym państwie w 10 lat po zbrodni na placu Tienanmen w Pekinie. Osią wydarzeń, w które wpada Górecka, są przygotowania Chin do przybycia papieża Jana Pawła II do tego państwa. Spostrzeżenia inteligentnej dziennikarki są interesujące. W Chinach ciągle trwa walka zwolenników starego reżimu ze zwolennikami demokratyzacji ustroju i otwarcia państwa na świat. Są to zmagania opakowane w ideologiczne dyskusje, a w istocie brutalne, przeniknięte skrytobójczymi zamachami i bezkarną działalnością płatnych zabójców. Naród chiński żyje zdezorientowany, utrzymywany w kłamstwie, oszukiwany i manipulowany, nieorientujący się w bezpardonowej walce toczonej na szczytach władzy. Rządzący państwem notable przeciwni są wizycie Ojca Świętego w Chinach. Obawiają się, że przybycie chrześcijańskiego autorytetu może nie tylko otworzyć żelazną chińską kurtynę i umożliwić objętemu totalitaryzmem narodowi szerokie otwarcie na świat, ale przyspieszy znacznie demokratyzację Chin.
Sygnały wysyłane ze stolicy apostolskiej spotykają się ze sprzeciwem aparatu władzy, który zamiast odpowiedzi dyplomatycznej wprost, stosuje zamachy terrorystyczne na oligarchów kościoła katolickiego w Chinach. W wyniku udanego zamachu zginął kardynał Chen Li, drugiemu wysłannikowi Watykanu - kardynałowi Giusti ratuje życie polska dziennikarka.
     Na Chiny, jako na ostatni wielki bastion komunizmu w świecie, skierowane są także oczy i uwaga służb specjalnych różnych krajów: CIA i dawnej, niemieckiej Stasi.
     Działacze niemieckiego komunistycznego wywiadu Stasi prowadzą przestępczą działalność również w Polsce. Jest to przestępczość wielopłaszczyznowa: prowadzenie handlu skradzionymi samochodami, bronią i narkotykami, wnikanie w struktury polskiej policji
i rozsadzanie realizacji ich rutynowych działań od środka, wreszcie skrytobójcze mordy polskich policjantów. W tych operacjach kierowanych z Berlina przez ludzi, którzy zamknąwszy oficjalnie za sobą rozdział Stasi, po lustracji, niby oczyszczeni - weszli w organizacje nowego niemieckiego wywiadu i korzystając z charakteryzacji, nowego image’u
i nowego statusu społecznego (często są biznesmenami), a jednocześnie wykorzystując stare powiązania, bezkarnie penetrują tereny Polski i rozwijają działalność przestępczą.
Czarnym charakterem tej grupy osób jest Reinert vell Katze (Stasi) vell Kotecki - oficer policji polskiej. To groźny przestępca, płatny zabójca. Zmieniając swój wygląd, nazwisko
i paszport podróżuje po Europie i Azji. Dokonuje płatnych zabójstw polityków w Chinach, wynikiem jego przestępczego działania jest śmierć kardynała Chen Li i próba zamachu na kardynała Giusti. Ocalony przez Górecką kardynał wrócił szczęśliwie do Watykanu, gdzie przedstawił hierarchom Kościoła niezwykłą osobowość polskiej dziennikarki. Uzyskała ona w Watykanie poetycki pseudonim „papieskiej róży”. Jest to symboliczne odniesienie do chińskich, herbacianych róż, które zniewalają swoim wyglądem, choć nie mają zapachu. Australijski dziennikarz Stephen Langton przysyłał Góreckiej do Polski zasuszone płatki róż jako symbol miłości.
     Wątek podstępnego skrytobójcy Reinerta przenosi się kilkakrotnie do Polski. Obok licznych przestępstw kryminalnych popełnił zbrodnię na młodym polskim policjancie - Andrzeju Pałce. Motyw rodziny Pałki obejmujący cztery pokolenia jest najbardziej wzruszającym wątkiem powieści.
Śmierć Andrzeja pomścił wreszcie były komendant posterunku w Mysłowicach - opiekun byłego policjanta - emeryt Białko. Zginął wprawdzie od noża Reinerta, ale zdążył przed śmiercią nacisnąć spust pistoletu, a „kula, niesiona przez samego Pana Boga, trafiła w skroń Koteckiego i utkwiła w jego mózgu”. W ten sposób oddając własne życie, ocalił Jasia - syna Andrzeja Pałki. Może przynajmniej on będzie mógł żyć spokojnie, bez strachu przed wendettą Stasi.
     Postać dziennikarki Góreckiej skupiająca w sobie wszystkie wątki utworu przynosi również motywy osobiste: romans z Langtonem, losy jej rozbitego małżeństwa i młodość syna Marka. Motywy te czynią z powieści political fiction utwór interesujący, bardziej życiowy i humanitarny, bliższy losom zwykłego człowieka.
     Złożona kompozycja utworu została przez autora po mistrzowsku scalona, utworzyła zwartą, fascynującą całość. Rozstrzelenie akcji w czasie i przestrzeni nie zaszkodziło jej komunikatywności. „Misja papieskiej róży” jest bestsellerem, który czyta się jednym tchem.
     Zachęcam do przeczytania tej interesującej powieści, opartej na chińskich realiach, na wydarzeniach prawdziwych i prezentującej autentyczne postacie. Dodatkowy jej atut stanowi ukazanie walki politycznej w Europie Środkowej, w tym i w Polsce, obejmującej świat przestępczy i struktury policyjne.

Sabina Skowron





FUTURYSTYCZNE I ONIRYCZNE WIZJE JACKA OSTROWSKIEGO

INSPIROWANE POLSKĄ WSPÓŁCZESNOŚCIĄ. Sabina Skowron

       Po „IPN”- książce wydanej w 2006 roku, Jacek Ostrowski we wrześniu 2007 roku
opublikował swoją kolejną pozycję literacką, opatrzoną tytułem „Polskie pieskie życie”
i podtytułem „opowiadania zmyślone”. Zastrzeżenie zawarte w podtytule jest niekoniecznie
potrzebnym zabiegiem literackim. Wszak w literaturze pięknej fikcja literacka zawsze
dominuje nad ewentualnymi zdarzeniami autentycznymi, z wyjątkiem pamiętników
czy powieści historycznych, w których prawda o epoce układa się paralelnie z wątkiem
fikcyjnym utworów. Nie znaczy to , że podtytuł jest tu zupełnie zbędny.
Autor w pełni świadomy kontrowersyjności dwunastu prozatorskich miniatur, składających
się na jego najnowszą książkę, właśnie podtytułem chce uspokoić czytelnika, że opisane
Sytuacje nie wydarzyły się naprawdę.
       Licentia poetica Jacka Ostrowskiego tchnie turpizmem. W każdym obrazku literackim
na pierwszy plan wysuwa się brzydota i moralne zło. I choć chciałoby się powtórzyć
za Norwidem:
       „Gorzki to chleb jest polskość” ,
nie można zaprzeczyć, że te wszystkie negatywne zjawiska w życiu społecznym i moralności
współczesnych Polaków istnieją naprawdę. Oprawione w ramkę literackiego obrazka,
przypominają o sobie: pijaństwo naszych rodaków, prostactwo ich zachowań, wulgarność
słownictwa, brak wrażliwości na cierpienie drugiego człowieka, bezwzględne karierowiczostwo, okrucieństwo i podłość.
Żaden zły postępek, opisany w którymkolwiek z opowiadań, nie da się usprawiedliwić
ani wytłumaczyć. Autor zachowuje wprawdzie do nich pewien dystans, nie krytykuje ich
jawnie, ale wydobywa na zewnątrz, wyłuskuje, jak orzech z łupiny.
Szkicuje wyraźnie tło, na którym dochodzi do moralnych wykroczeń, nawet poważnych
przestępstw. Wszystkie one wyrastają z polskiej współczesnej rzeczywistości: złej kondycji
materialnej ludzi, bezrobocia, bezdomności, skłonności do nałogów, chęci zrobienia kariery
za wszelką cenę, lekceważenia zawodowych obowiązków.

       Niektóre opowiadania zaglądają w głąb psychiki człowieka, wydobywając na wierzch,
to, „co się komu w duszy gra”. Otwierająca zbiór miniatura „Pogrzeb tatusia” sięga do sfer
podświadomości jednostki i w poetyce snu pozwala bohaterowi utworu zrozumieć tragizm
losów zmarłego ojca. Zupełnie jak w teorii doktora Freuda.
       Opowiadanie „Cuchnąca wolność” wprowadza czytelnika w atmosferę egzystencji
mężczyzn, którzy w pijaństwie i bezdomności widzą swoją prawdziwą wolność. Niestety,
ta ich nacechowana straszliwym paradoksem postawa, prowadzi do zbrodni i śmierci.
       Akcję opowiadania „Talibolandia” autor umieścił w przyszłości- w 2025 roku.
Ta futurystyczna wizja przeraża obrazem naszego kraju po dwudziestoletnim okresie
despotycznych rządów zachłyśniętych władzą elit.
       Pisarz nie stroni też od podejmowania problematyki szerszej, globalnej. W opowiadaniu
„Wola Allacha” dotyka kwestii terroryzmu, wojny cywilizacji współczesnego świata.
Jeden z bohaterów utworu mówi:
       "Media i politycy otumanili narody. Jesteście tylko bandą ubezwłasnowolnionych
       głupców. Rządzą wami jak chcą i pora, by temu położyć kres.”
To język surowej krytyki i nienawiści, ale uważny czytelnik łatwo może się przekonać,
że uzasadnionej. Autor surowo ocenia politykę nie tylko w tym opowiadaniu.
       Wszystkie teksty Jacka Ostrowskiego zdolne są wywołać moralny wstrząs czytelnika.
Wszystkie, choć są opowiadaniami zmyślonymi, wyrastają z klimatu polskiej współczesności:
politycznej, społecznej i moralnej.
       Zachęcam do wnikliwego przeczytania zbioru utworów, z których każdy zaskakuje, zadziwia i czegoś uczy uważnego czytelnika.
                                                Sabina Skowron

Jacek Ostrowski. Polskie pieskie życie. Wydawnictwo Mamiko, 2007.
ISBN 978-83-60224-24-3





Spokój uśpionej frazy - o książce Jacka Mączki "Bliższe okolice"



Czy pojęcie /klasycyzm sanocki/ ma szanse uprawomocnić się na stałe
w krytyce poetyckiej? Czy Janusz Szuber był z Sanoka? A Grzegorz z Sanoka,
mentor Kallimacha, czy to nie Sanok ów? Znów? Porzućmy żarty zatem, choć
nie są one żartami z klasycyzmu. *Jacek Mączka* wychodzi naprzeciw
czytelnika z poezją klarownego obrazu i przejrzystych intencji;
afirmacja przedmiotu, jaki charakteryzuje jego pracowicie skonstruowany
świat przedstawiony, dominuje nad wyłaniającym się chaosem chwili.
Chociaż fragment wiersza /Metanarracje na zboczu Gór Słonych/ brzmiący:
/i żadnych szczelin pomiędzy nazywanym/a nazywającym/ powinien na moment
spowodować czytelnicze zawahanie. Bo czy nie jest to zwykła
życzeniowość, która da się wyłuskać z podejrzewanej intencji autora?
Niby słowo do rzeczy się przykleja, ale wyczuć da się odautorskie
wątpliwości dotyczące kształtu świata, konstrukcji, relacji w nim
panujących, przystawalności języka. Niby został przytoczony Heidegger,
ale zakwestionowany zarazem.

Wydawnictwo *Mamiko* wydało w 2010 roku tom wierszy */bliższe okolice/*,
który, gdyby ująć to synchronicznie, wpisuje się w nurt klasycyzmu
współczesnego (nowoczesnego? ponowoczesnego?) jako pozycja osobna,
dojrzale skrojona, i, co najważniejsze, o dużym zapleczu filozoficznym.
Rzuca się w oczy synkretyzm formalny, który zagłusza niektóre
klasycystyczne rytmy. B r u d n y klasycyzm? Czy tak można określić
poezję Mączki?

Tytuł tomu sugeruje pewien ruch: słowo /bliższe/ daje posmak, wrażenie
ruchu większe niż w słowie /bliskie/. Już sam tytuł sugeruje nadrzędność
topiki, co w tomie zostanie rozwinięte: od nazw własnych, przez
szkicowanie topografii, nazewnictwa przyrodniczego i kulturowego, po
zwyczaje i wierzenia prostych ludzi. Pojawia się -- idziemy za tytułem
zbioru -- San jako mityczna rzeka: coś pomiędzy Wisłą a Acherontem.
Pojawiają się: Sanok, Bereźnicka Wyżna, Biała Cerkiew w Międzybrodziu,
PSS Społem obok przejazdu kolejowego na Sienkiewicza, Góry Słone, Biała
Góra, Stanisławów, Lwów, Preszów, a zarazem -- to z jednego z wierszy
(/nieustanna absurdalna/potrzeba sensu, wiara w Ursprache/
(/Metanarracje.../)) - Ursprache jako punkt docelowy; Ursprache jako
powrót do województwa lwowskiego sprzed 1939 roku? Ursprache podmiotu?
Świat przedstawiony zdaje się być na terenie wschodniego województwa
karpackiego. Topos zdaje się być poza uwarunkowaniami czasowymi;
retrospekcja powoduje drgania w wyobrażeniu przestrzeni. Przestrzeń
zarazem może zlać się z czasem. A Ursprache -- to koniec didaskaliów
nekrofizycznych - kojarzy się z przedzieraniem się przez zastany język
do czystej jaźni.

Podmiot wydaje się być ruchomy w czasie. Raz jedzie dorożką za czasów
habsburskich, innym razem wsłuchuje się w brzmienie Eminem. Jeśli mówić
o pewnych funkcjach klasycyzmu, to wydaje się być nadrzędną dziedzictwo,
ale nie w sensie antycznym, ale w sensie lokalnym, podkarpackim. Jeśli
mówić o literaturze regionalnej, wzbogacona ona jest o rozważania
metafizyczne. Lokalność, jak podkreślone zostało to wcześniej, jest
żywiołem najbardziej rozpasanym w tej propozycji wydawniczej; nic, co
nie jest przefiltrowane przez lokalność, wydaje się być niewarte uwagi.
W tej lokalności świata przedstawionego mieści się kilka kultur:
słowacka, polska, ukraińska, łemkowska i żydowska (najmocniej: t r a u m
a?). W tej lokalnej wielokulturowości podmiot odnajduje własną
osobowość; żadna kultura nie jest dominująca (spuścizna
austro-węgierska); możliwe, że pierwszy wiersz w tomie /Stromo pod
górę/, który jest jakby dagerotypowo-psychologizującym obrazkiem z
początku ubiegłego wieku, jest odzwierciedleniem wielokulturowej p r a k
t y k i:

(...) Dorożkarz Wojciech Kurzydło wychyla

Wódkę u Czarnej Manki.

Pod górę na wprost młyna Baranowicza staje: Żydy

wysiadać i pchać. Wysiadamy i pchamy. Co robić.

Wielokulturowość u Mączki jest jednym z ważniejszym motywów przewodnich.
Wyraża się ona po części też w jego leksyce, która, dzięki wzbogaceniu o
rzadko spotykane słowa, nabiera soczystości.

W ogóle intrygujący jest świat środków stylistycznych. Wydałoby się, że
ulegnie on zawężeniu, ale po nieco uproszczonej poetyce pojawia się
więcej nieco zabaw językowych (zabaw?); od wiersza /Na progu/, który ma
kilka wysokiej próby opisowych fragmentów, niemal fotograficznych, jak
pierwsza zwrotka:

Ścięte buki

spięte łańcuchami

skrzypią na zakrętach,

która ewoluuje w mniej lub bardziej udane zapisy rzeczywidmości, a która
pod względem prozodii jest majstersztykiem (spięcie krótszych i
dłuższych stóp metrycznych, asonans w dwóch pierwszych frazach, kadencja
przechodząca w antykadencję). W ogóle w całym tomie można znaleźć
kapitalne fragmenty i wiele nieco słabszych, co nie odbiera autorowi
miana s t a r a j ą c e g o się być tym poetą, który słyszy język i
wedle tego słuchu stosuje tropy, jak w tej frazie (/Epistola/):

W Międzybrodziu, przy paryi, na wyraju -- złotookie jaszczurki

grają w berka. Strzępi się z zapadniętej cerkwi ton dzwonów.

gdzie tłoczno od długich wyrazów, które spowalniają rytm wiersza, a
aliteracje wyciszają melodykę do tego stopnia, że uwierzyć jeszcze można
w magiczny sensualizm. Wszystko pisane jakby zmutowanymi
jedenastozgłoskowcami z nieustabilizowana średniówką. Ale jak oddać cos
bliskiego (/bliższe okolice/), bliskiego jako bliższego naturze za
pomocą mechanicznej średniówki?

Konstrukcje wierszy zdają się być stabilne, o równo porozkładanych
akcentach; jednak w drugiej połowie tomu rytm i spokój frazy załamuje
się, coś jakby przeżycie z rzędu nieprzyjemnych powoduje zachwianiem
eurytmii prowadzącej na nieuchronną rzeź, kompozycja traci sprężystość.
I nie pomoże słabnącemu tomowi ani Tomasz Venclova, ani Valerij Kupka,
ani Janusz Szuber. Choć godności w słabnięciu tomowi odmówić nie można -
i chyba termin /klasycyzm sanocki/ nie wytrzyma swego desygnatu.

Niech więc żyją najpiękniejsze frazy /bliższych okolic/!!

Robert Rybicki

Jacek Mączka.
Bliższe okolice. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2010
RYBICKI R.





*


      Ken Kesey opisywał we wstępie do powieści Jaskinie, jak pracował nad nią ze swoimi studentami uczestniczącymi w warsztatach literackich: gdy została już szczegółowo rozpisana fabuła, studenci ciągnęli losy i przygotowywali w domu kolejne fragmenty książki. Tak powstała „zbiorowa powieść”, wydana drukiem pod pseudonimem O. U. Levon i S-ka.
      Wymówienia naszych słuchaczy nie są utworem zbiorowym, choć książka ta także jest rezultatem warsztatów, poetyckich i prozatorskich, ale prowadzonych przez różnych wykładowców (Ewę Lipską, Bronisława Maja, Karola Maliszewskiego, Marka Bieńczyka, Izabelę Filipiak, a także Agatę Tuszyńską, Jerzego Ridana i Włodzimierza Szturca). Rezultatem w sensie szerokim – zarówno warsztatowych „zadań” i dyskusji, jak i – a może przede wszystkim - twórczych inspiracji. Prezentowane w tomie teksty zrodziły się podczas intensywnych dwu lat pobierania nauk u Mistrzów w Studium Literacko-Artystycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego, pierwszej (i jak dotąd jedynej) w Polsce „Szkoły Pisania”. Efekty tych nauk są zapewne różne: w zależności od talentu i temperamentu, doświadczeń i przeświadczeń, wiedzy o literaturze, świecie i człowieku. Dlatego, być może, książka ta jest ciekawsza od ujednoliconych „zbiorowych (wy)tworów”, ponieważ pokazuje indywidualną dykcję każdego z Autorów (w większości literackich debiutantów), świat jego wyobraźni i wrażliwości.
      Zamieszczone tu teksty nie są jednorodne ani gatunkowo, ani tematycznie. Liryczne wiersze sąsiadują z zabawnymi opowiadaniami o „małej codzienności”, przeżycia religijne z odważna erotyką, zapis doświadczeń męskiej wrażliwości z agresywną kobiecą „literaturą menstruacyjną”.
      Zachęcam Czytelników do lektury. Lektury uważnej i życzliwej, pełnej ciekawości i... wyrozumiałości.





Gabriela Matuszek





Piotr Florczyk. "Cztery pory roku" Nowa Ruda (Mamiko) 2003




Wiersze pomieszczone w debiutanckim tomie krakowsko-kalifornijskiego poety Piotra Florczyka w pierwszej, pobieżnej lekturze wydają się nie na czasie - ściszone, skupione, próbują oswoić zarówno przestrzeń zewnętrzną: nad-pacyficzną z Krakowem w tle, jak i wewnętrzną - przestrzeń osobistego doświadczenia. Operują środkami łagodnymi, uciekają od gwałtownej ekspresji. Ich liryczny protagonista rad przechadza się po bibliotekach i parkach ("List do S.), czasem nawet nawiedzi cmentarz, ale nie po ty, by delektować się marnością, ale - by wyjść stamtąd, szepcząc "Nie spieszmy się, proszę" (to także tytuł wiersza) i schronić się we własnym domu z widokiem na ocean, gdzie nie dzieje się właściwie nic, co mogło by go zmartwić lub zaboleć ("Niewiele"). Tak, uspokojona kontemplacja przeważa tutaj nad dramatem, a spojrzenie nad zdarzeniem. Poeta patrzy, a co ważniejsze, widzi. I owo widziane stara się choćby intuicyjnie pojąć, zrozumieć, najwyraźniej po to, by dojrzeć do każdego dnia/ z niebem na plecach. Wie ponadto, u kogo doskonalić swój kunszt obrazowania. Znać po nim wyraźnie terminowanie u Miłosza i Zagajewskiego. Można się również domyślać inspiracji liryką amerykańską (pozgadujmy - Kenneth Rexroth? a może Denise Levertov?). By się o tym przekonać warto poświęcić nieco więcej czasu na lekturę wierszy "Tulipany", czy "Przyrodnik w Nowym Jorku" - uważnych, wmyślonych w poetycki obraz, dlatego najmocniejszych chyba w całym zbiorze.

Bodaj najmniej szczęścia ma autor do tytułów: tak gładkich, że już przezroczystych niczym tematy szkolnych wypracowań. Wyrządzają one całemu tomikowi nie nazbyt sympatyczną przysługę.

Tom Piotra Florczyka nosi charakterystyczne cechy debiutu; nie zawsze równy, chwilami więcej obiecuje niźli spełnia. Niemniej określa kierunek rozwoju wyobraźni i języka, zdążającego, co pewne, do świeżości i oryginalności.

pwL

Recenzja ukazała się w
poetice


Piotr Wiktor Lorkowski





O powieści „Małopolski” Olgerda Dziechciarza.



Odpowiedź na „Włatców Móch” czy pastisz „Obłędu” Krzysztonia? O powieści
„Małopolski” Olgerda Dziechciarza.

Mimo, że Olgerd (nie Olgierd) Dziechciarz wydał w swoim życiu niejeden tomik poetycki, a także niejeden tom prozy, to jego powieść „Małopolski” to pierwsza pozycja w jego dorobku pisarskim jaką czytałem. Nie znam jego z tekstów pisanych do „Gazety Krakowskiej”, o których informuje wikipedia.pl, gdyż jeśli już czytam jakąś gazetę lokalną to przeważnie wybieram krakowski „Dziennik Polski”. Powieść Dziechciarza „Małopolski” została wydana w 2013 przez noworudzkie wydawnictwo „Mamiko”. Liczy sobie 109 stron, a sporym zaskoczeniem dla mnie jest jej forma. Nie jest to powieść składająca się z kilkunastu rozdziałów, gdzie można łatwo prześledzić kilka zaplatających się wątków, nie, powieść „Małopolski” składa się z drobnych fragmentów – od dwu wersów, do całej strony, w których śledzimy życie osobnika o nazwisku Małopolski. Nie wiemy dokładnie ile ma lat ów osobnik, ale wiemy, że dostaje rentę, jest nie wierzący, trochę oderwany od rzeczywistość, a sąsiedzi z kamienicy traktują go jak dziwaka. Sam odznacza się wysoką wrażliwością, przesadą w wielu ocenach świata, rzeczach które robi, na pewno Małopolski to postać, która często rozśmiesza czytelnika. W książce mamy fragmenty także pamiętnika Małopolskiego, które urozmaicają edytorska część książki, gdyż wyglądają jak zapis ręczny w zeszycie w kratkę. Mamy także kilkanaście rysunków związanych z fabułą książki, a także kilka rysunków z wypowiedziami, czy myślami ala komiks. Z początku czytając „Małopolskiego” pomyślałem sobie, że to po prostu zestaw śmiesznych scenek z życia jakiegoś niezbyt rozgarniętego osobnika, który mieszka gdzieś w Polsce (Małopolsce?) i boryka się z wieloma problemami, a także nie może nadążyć za zmieniającą się polską rzeczywistością. Wiele jego pomysłów, wypowiedzi nie pasujących do danych sytuacji, małej inteligencji, przypomniało mi postać Czesia z kreskówki dla dorosłych pt. „Włatcy móch”, który to serial telewizja emitowała jakiś czas temu. Tylko „Małopolski” jest od niego wiele lat starszy. Tak samo jak Czesiowi we „Włatcach Móch”, tak i niezbyt rozgarniętemu Małopolskiemu zdarzają się czasem dobre pomysły i niezwykle odkrycia, które pokazują, że zainteresowany humanistyką Małopolski, czasem wśród swojego zagubienia może zabłysnąć niekonwencjonalnym wybrnięciem z jakiejś kłopotliwej sytuacji, jakąś zapadającą w pamięć maksymą, że tak jak jemu tak i każdemu człowiekowi zdarza się popełnić gafy w zmieniającej się rzeczywistości społecznej w Polsce. Jednakże, w którymś momencie w fabule pojawia się wątek przypadkowych spotkań Małopolskiego z palącym papierosy sąsiadem Malanowiczem. Podczas tych spotkań zdarza się czytać ich dialogi dotyczące świata, Polski, także drobne sprzeczki. Te rozmowy wnoszą jakiś inny klimat do codziennego życia kompletnego dziwaka, gdyż jakby pogłębiają one postać Małopolskiego i pokazują go już nie jako samotnika wobec nierozumiejącego go świata, ale pokazują go ja dosyć sprawnego interlokutora rozprawiającego z Malanowiczem o najróżniejszych sprawach jak na przykład codziennych niesnaskach pomiędzy Malanowiczem, a jego żoną. Niektóre fragmenty wypowiedzi Małopolskiego przypominają swoją formą krótkie i celne aforyzmy.

Do pewnego momentu czyta się książkę „Małopolski” trochę jak dowcipy „Masztalskiego”, w których też była piętnowana głupota ludzka, było w niej wiele scen z życia zwykłych ludzi w rzeczywistości prlowskiej, a także książkę zdobiły dowcipne rysunki. Jednakże „Małopolski” nie jest książką z dowcipami. Decyduje o tym wybór autora, gdyż klimat powieści zmienia się pod koniec książki. Małopolski podczas jednego ze świąt zmarłych nie idzie jak wszyscy mieszkańcy z kamienicy na pogrzeb. Mamy tu wkroczenie świata fantastycznego do tej powieści, gdyż Małopolskiego odwiedzają zmarli krewni, bez najbliższej rodziny. Ten fakt jest podany jako rzeczywisty, więc w jakiś sposób dzieło Dziechciarza zyskuje na fantastyczności. Koniec powieści to dramat głównego bohatera powieści „Małopolskiego”. Odcina się on zupełnie od rzeczywistości, unika ludzi i zamyka się w swoim mieszkaniu. Od momentu śmierci jednej sąsiadki – Baumanowej i wprowadzeniu się nowego lokatora, którego nikt nie widział, Małopolskiego prześladuje schizofreniczna wizja śledzącego oka, a także wydaje mu się, że ktoś podszywa się pod jego sąsiadów i znajomych. Ostatnie strony zawieszają powieść w próżni. Powieść kończy się fragmentem pamiętnika Małopolskiego dotyczącym życia: „życie ludzkie jest suma porażek albo sumą wygranych zwieńczonych porażką. Na końcu zawsze jest Wielka Porażka”. Małopolski w ostatniej scenie próbuje kreślić kółka na swoim czole, które są gestem powtarzanym przy nim zazwyczaj przez jego sąsiadów, które znaczą, że niby zwariował, alba gada od rzeczy. Także i ta czynność kończy się niepowodzeniem, gdyż Małopolskiemu wychodzą tylko „kółka i kwadraty”.

Wśród dziwnych i niezbyt zrozumiałych zachowań Małopolskiego, o których nie wiemy do końca czy są dziełem kogoś naprawdę poważnie chorego, czy tylko dziwacznego w swoim podejściu do życia, można wspomnieć o takich jak siedzenie na ławce przed kamienicą przez 14 godzin, pójście do klubu poetyckiego bez wierszy, ale z kanapką, którą zaczął zajadać zamiast przeczytać wierszy w myśl zasady, że „Wszystko jest poezja!”, nie poznanie własnej matki, palenie swoich rzeczy w domu, gdyż „postanowił zacząć palić”, a nie widział, że potoczne słowa o paleniu dotyczą papierosów, cygar, czy fajki, pisanie listów do siebie, gdyż nikt inny nie pisał do niego.

Sąsiedzi Małopolskiego są także niezbyt rozgarnięci. Niegdysiejszy biznesmen Malanowicz, który szczyci się tym, że nigdy nie przeczytał żadnej książki, tłumaczy Małopolskiemu, że miazmaty to pieniądze, a hobbista zbierający miazmaty to „miazmatyk”. Malanowicz popisuje się niewiedzą, zakrywa swoje nieuctwo i brak głębszych poglądów, na które od czasu do czasu stać Małopolskiego, mimo, że jest uważany za dziwaka. Także nie przepadający za uczuciami i seksem, Małopolski popełnił gafę, gdyż zakochał się w manekinie. Nie ciekawi go seks ani gazety pornograficzne. Chciał jak wielu ludzi w dzisiejszych czasach zostać docenionym, chciał dostać medal jak Malanowicz, jednak dowiedział się, że takie pragnienia są mrzonką, gdyż członkowie komisji, którzy wręczyli medal Małopolskiemu „są już na cmentarzu”. Okazuje się, że dziwactwo Małopolskiego, w tym świecie nakreślonym przez Dziechciarza nie jest niczym odosobnionym. Malanowicz jest odpowiednim rozmówcą Małopolskiego, gdyż sam nie odznacza się zbytnią inteligencją, bystrością umysłu. Małopolski nie mógłby dostać medalu nie dlatego, że komisja go wręczająca od dawna nie żyje, tylko dlatego, że trzeba sobie na to zasłużyć, a państwo po upadku PRL-u tak często nie daje medali za różne osiągnięcia pracownikom. Poza tym Małopolski nie ma pracy, której nawet nie szuka, gdyż szuka bardziej zajęcia. Chyba, że w tej odpowiedzi Malanowicza tkwi ironia i chęć zbycia kłopotliwego natręta. Małopolski nie jest świadomy pewnych konwenansów społecznych, często jest śmieszny tylko przez to, że mimo dobrych intencji i chęci, robi coś głupiego, np. chciał zaadoptować dziecko.

Jednym z ciekawszych pomysłów Małopolskiego pokazujących jego mały przebłysk inteligencji, świetne wyjście z sytuacji, jest sytuacja kiedy jego i sąsiadów odwiedza ksiądz. Brak wody święconej podczas odwiedzin księdza u Małopolskiego nie zakończył się rezygnacją księdza z kolędy, zmęczony chodzeniem po okolicznych domach ksiądz pokropił mieszkanie Małopolskiego na jego pomysłową propozycję „Cisowianką”.

Powieść „Małopolski” Dziechciarza mimo, że jest fikcyjna, wpisuje się w nurt karykatury polskiej rzeczywistości społecznej po 1989. Ba nie powstało do dzisiaj tylu książek i filmów jak tych wyśmiewających PRL. Ba literatury nabijającej się z nowej rzeczywistości po 1989 było stanowczo za mało w latach 90-tych, które stały się jakby przejściem polskiej literatury z uwarunkowań prlowskich do rynkowych, bez znaczących sprzeciwów, z których pamiętam jedynie niechęć niektórych poetów roczników 70-tych na I festiwalu Zapowiadających się wobec zagrywek promedialnych i zorientowanych na komercyjny sukces, ale to zdarzyło się w 2000 roku. Nie licząc prozy Wiedemanna, Shuty&#8217;ego i niektórych utworów Jerzego Franczaka, po 1989 było raczej koturnowo w prozie, wzniośle, albo poruszano poważne problemy współczesności polskiej, albo smutnawo jak w „Białym kruku” Stasiuka. Na pewno „Małopolski” Dziechciarza wypełnia lukę, ale też czuć, że korzysta z satyry prlowskiej, przecież wiele tych fragmentów to nic innego jak przetworzone dowcipy u babie u lekarza, czy o głupim Jasiu, czy milicjantach. Oprócz odwołań do popularnej karykatury z PRL-u, „Małopolski” to także współczesna wersja romantycznej opowieści o ludziach dziwnych, coś w rodzaju współczesnego „Króla zamczyska” Seweryna Goszczyńskiego. Poprzez zakończenie, „Małopolski” to także odwołanie się do nurtu prlowskiej prozy i sztuki dotykającej spraw schizofrenii, nie tyle jako choroby, ale ukazania przeżycia przez chorych czegoś niesamowitego i innego niż u ludzi, którzy mają zwykłe postrzeganie świata. Taką ważną powieścią poruszającą problem choroby psychicznej był „Obłęd” Jerzego Krzysztonia z 1980, w której krytyka zobaczyła także refleksję dotyczącą ówczesnej rzeczywistości. Powieść Dziechciarza kończy się chorobą Małopolskiego, jednak jest to książka, balansująca pomiędzy rozrywką, humoreską, groteską, a powieścią o nieprzystosowanym i dziwnym bohaterze. Koniec powieści skłania się raczej do tej drugiej opcji, tyle, że wtedy humoreska na temat chorego psychicznie byłaby jakimś wypaczeniem postawy pisarskiej. I to byłby błąd pisarza w tej powieści, którym byłoby wyśmiewanie się z chorego. Jednak wydaje mi się, że ta nieprzystawalność powieści i jej zakończenia wzięła się z tego, z pisarz wolał pogłębić swoją książkę, i stąd nie chcąc upokarzać swojego bohatera, w jakiś sposób to zrobił, zmieniając konwencję swojej prozy – z powieści humorystycznej na temat kogoś nieprzystosowanego do nowej rzeczywistości w Polsce, o niezbyt lotnym umyśle, nadwrażliwego na temat oszczędzania, zrobił powieść tragikomiczną o nieprzystosowanym do Polski, niezbyt rozgarniętym chorym psychicznie człowieku. Jednak mimo tego błędu pisarskiego, w jakiś sposób Dziechciarz ukazał w fikcji dziwność dzisiejszej Polski, po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej, borykamy się z absurdami, a sami w wychowani na PRL-u często rozmawiamy ze znajomymi o różnych gafach, wynikających z tego, że Polacy nie nadążają czasem za zmieniającym światem.
„Małopolski” nie jest wybitną powieścią, ale bardzo ciekawą i pomysłową. A jej wykonanie warsztatowe jest perfekcyjne. Na pewno dzieło Dziechciarza bije na głowę twory niektórych swoich bardziej uznanych kolegów prozaików tym, że potrafił spiętrzyć w jednej stustronicowej powieści wiele absurdów polskich po 2000 roku, które odnajdujemy przy okazji śledzenia losów Małopolskiego. Poza tym jeśli jednak potraktujemy „Małopolskiego” jako książkę rozrywkową i satyrę na dzisiejszych Polaków, którzy są głupi, i nie douczeni, którzy lekarstwa na nie nadążanie za światem poszukują w sentymencie za PRL-em, który upraszczał rzeczywistość, to na plus Dziechciarza można zapisać brak korzystania i inspirowania się w ogóle spuścizną naczelnego polskiego karykaturzysty powieściowego Witolda Gombrowicza, do którego odnosiło się tak wielu polskich twórców. Także klimat i styl Dziechciarza nie jest wypracowany na dziełach Mrożka, a przypomina czasem humor Topora, choć nie jest to wykorzystanie pomysłów autora „Pamiętnika starego pierdoły”. Myślę, że powieść Dziechciarza wywodzi się z popularnych dowcipów, komedii Bareii i Piwowskiego, kabaretów (Tey i i wielu innych), także tych z początku lat 90-ych. Np. w programach telewizyjnych Wojciecha Manna i Krzysztofa Materny pokazywano dosłownie potraktowanie pewnych zwrotów z języka polskiego. Na przykład ilustracją do słów „rzut wolny”, było pokazanie przez jednego z aktorów wykonanie takiego rzutu wolnego w bardzo powolny sposób. I takich zabaw obrazowo językowych w programie Manna i Materny było sporo. Oczywiście pisze recenzję „Małopolskiego” zwykły czytelnik prozy, niż krytyk, bo jednak bardziej znam się na poezji i oceniam książkę Dziechciarza tylko jako czytelnik.

Olgerd Dziechciarz. Małopolski. Nowa Ruda : Mamiko, 2013

Mateusz Wabik





KLUCZEM DOTYK CZYJEJŚ RĘKI



     Najkrócej można by powiedzieć, że cały najnowszy tomik Ewy Parmy, zatytułowany W strefie ognia, jest długim i subtelnym erotykiem (sama poetka uważa, że swą sztuką pisania erotyków na razie jeszcze nie dorównuje pisarstwu „księdza dziekana” Johna Donne&#8217;a). Erotyzmu, miłości, czułości jest tutaj niezwykle dużo, ale to także swoisty portret kobiety, można by bowiem pokusić się o podanie na jego podstawie definicji kobiecości.
     Kobieta powinna być zatem – według autorki Tylko dla modliszek - przede wszystkim niezależna. Cechuje ją cierpliwość, pracowitość, wolność, potrzebuje ciszy – jak w wierszu
O cnotach (nie moich) i światach (równoległych). Wzorem są dla niej takie osobowości jak Virginia Woolf czy Iris Murdoch, a po części również pani Dalloway, która zawsze sama kupowała sobie kwiaty, nieszczęśliwa Emma Bovary czy wiecznie uwodzicielska Mrs. Robinson. Nic dziwnego, że jeden z utworów Parma zatytułowała, w nawiązaniu do Woolf, Własny pokój. W swym słynnym eseju autorka Orlanda domagała się dla każdej piszącej kobiety własnego pokoju, który w każdej chwili można by zamknąć na klucz, i własnych pieniędzy. Tylko taka niezależność pozwoliłaby na pisarstwo łączące świadomość obu płci, na swobodę wyrażania myśli, na potrzebę życia własnym życiem, a nie tylko życiem męża czy dzieci (jak pisała Woolf, żadna ludzka istota nie może przesłaniać nam widoku na świat). Dla poetki również więc niezbędny jest ów pokój „z biurkiem, / zaludniony duchami Wielkich Nieobecnych / i magicznym szelestem papieru”. Sztuka, jakiekolwiek tworzenie jest bowiem rodzajem intymności, wymaga więc prywatności, swoistego bezpiecznego azylu. Jest jednakże jeszcze jedna rzecz niezbędna kobiecie. By mogła poczuć pełnię swej kobiecości, musi skonfrontować ją z męskością. Szczęśliwa kobieta jest kobietą zakochaną, jak w wierszu o tytule Fotografia kobiety szczęśliwej. W najnowszym tomiku Parmy miłość jest więc głodem, czekaniem, namiętnością, krzykiem, jak w nieco autotematycznym wierszu tak właśnie zatytułowanym, w którym powołuje się na słowa Williama Szekspira, jednocześnie im zaprzeczając:

Krzyczę do ciebie
każdym wierszem
tą opowieścią idioty
pełną wściekłości i wrzasku
być może nic nie znaczącą

Krzyczę do ciebie
bo żyję
i staram się dobrze oddychać
a wiersz reguluje oddech
twój mój i supernovej
z której krzyku jesteśmy

Krzyk rozpoczyna życie
i wielką namiętność
daje pewność
że jesteś chciany
i we właściwym miejscu

Krzyk jest najlepszą odpowiedzią
na ciszę cięższą niż
nagrobny kamień
i na brak słów przy rozstaniu
Milczenie jest złotem głupców

Życie jest warte krzyku
Z krzyku jesteś
i w krzyk się obrócisz

     Inspiracją do miłosnych opisów często stają się tutaj dzieła sztuki. Znajdziemy także teksty, w których wspomina się tylko konkretne nazwisko, narzucając tym samym sposób interpretacji. Pojawiają się zatem tacy twórcy jak na przykład: Gustav Klimt (Judyta według Klimta), Pablo Picasso (For sale), Georges Seurat (Wrzesień. Wieczór. Seurat), Hieronim Bosch (My personal Jesus), Rembrandt (incipit „Niewiele wiem o świetle&#8230;”) i przede wszystkim Auguste Rodin, który przywołany zostaje w dwóch, niezwykle nastrojowych, utworach Kobiecie zaklętej w kamień oraz w Pocałunku według Rodina.
     Pierwszy z przytoczonych wierszy opowiada historię miłości i historię czekania, które to stają się jedną i tą samą historią. Z jednej strony bowiem, jest to czekanie na miłość, na przyjście tego jedynego, który może zjawić się (na dworcu) „za pięćset lat / lub być może wysiadł już / tysiąc lat temu”. Z drugiej strony natomiast, sama miłość jest również właśnie takim czekaniem, bo gdyby kobieta nie kochała, nie byłoby jej tam, gdzie jest. Oto siedzi więc na dworcowej ławce i czeka na swego mężczyznę. Czeka tak długo aż zamienia się w kamień. Czeka tak długo, że ukochany staje się już tylko fatamorganą, odległym wspomnieniem lub niespełnionym marzeniem i tylko owo czekanie jest prawdziwe „zaklęte w kamień, / samotne i okrutne / jak miłość”. Parma porównuje czekającą kobietę do niedokończonej rzeźby, przywołując jednocześnie historię nieszczęśliwej miłości Camille Claudel do Rodina, który nigdy nie zdecydował się zostawić dla niej żony. Claudel spędziła więc życie na czekaniu. Początkowo tylko na ukochanego. Potem również na należne uznanie (również była rzeźbiarką), w końcu przez trzydzieści lat na możliwość opuszczenia szpitala psychiatrycznego, w którym w końcu umarła. Życie może być więc czekaniem, a czekanie elementem życia.
     Drugi ze wspomnianych wierszy to typowa ekfraza, opisująca jedną z najsłynniejszych chyba rzeźb Rodina, a mianowicie Pocałunek. Inspiracją do powstania tej pracy było podobno zakazane uczucie Francesci da Rimini do jej szwagra Paola Malatesta, tych samych, których Dante umieścił w drugim kręgu swego piekła, tym, w którym przebywali ludzie nadmiernie zmysłowi, ogarnięci wyniszczającą namiętnością. Rodin ukazał niezwykłą pasję, siłę i złożoność fizycznej miłości. Mężczyzna jest tutaj dominujący, bardziej skoncentrowany i może bardziej kontrolujący się, kobieta, pogrążona w emocjach i własnych odczuciach, zatraca się mocniej, intensywniej, całkowicie polega na partnerze, jest od niego zależna. Wiersz Parmy warto przytoczyć w całości:

Rodin przesadził powiadasz
to nie pocałunek lecz akt
gwałtowny splot w marmurze
to więcej niż może znieść
kamień i zmęczony życiem
pięćdziesięciolatek
Żarłoczność odstrasza
dosłowność zabija
gwałtowność męczy
Tylko głód jak zawsze
dodaje smaku
coraz dłuższym nocą
coraz krótszym dniom
i nagłym jak ostatni cud
namiętnościom

     Miłość w tym i pozostałych wierszach tomiku W strefie ognia staje się więc uczuciem gwałtownym, jest „głodem”, pozbawieniem tchu i jakiejkolwiek racjonalności w działaniu. Kluczem do wszystkiego jest dotyk ręki ukochanej osoby, jak w wierszu zatytułowanym Szyfr. Najważniejszy jest dotyk, smak, zapach. Miłość jest więc i kształtem życia i jego przyczyną. Ewa Parma jest w swych opisach uczuć niezwykle nastrojowa i sugestywna. Każde słowo, każde zdanie, każda myśl jest tutaj na właściwym miejscu. Jest i precyzja i swoiste „uniesienie”, ewokowanie własnych wizji, przy czym jedna zawsze pociąga drugą, jedno skojarzenie naturalnie wywołuje następne, a intertekstualnych odniesień jest w jej poezji bardzo dużo. Wszystko to pozwala czytelnikowi w pewnym sensie „zaufać” autorce i dać się jej prowadzić po ścieżkach tytułowej „strefy ognia”, mimo iż strefa ta bywa niebezpieczna, bo po jej przejściu można dojść do wniosku, „że jak umrzeć / to wyłącznie / z miłości”. Czytając wiersze Parmy, nabieramy przy tym przekonania, że – by posłużyć się pararelą użytą niegdyś przez Jeanette Winterson – język namiętności i język jej sztuki jest tym samym językiem.

                                                                                                                              Magdalena Boczkowska

Ewa Parma:
W strefie ognia.





O CZASIE ZAKRĘCONYM

      Jeżeli są książki, o których można powiedzieć, że należą do dziwnych, to „Krajobraz z atramentowym wieczorem” Michała Zantmana do takich właśnie można zaliczyć. O autorze dowiadujemy się niewiele, bo notatka zawarta na ostatniej stronie okładki jest niezwykle skromna: „Michał Zantman ur. w 1965 r. w Krakowie. Jest absolwentem Wydziału Prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim.” I tyle, reszta życiorysu pozostaje tajemnicą i wygląda więc na to, że autor nie należy do grona osób eksponujących swoje dotychczasowe osiągnięcia na polu zawodowym i tym literackim. Wróćmy zatem do samej książki. Jest dziwna, a owa dziwność przejawia się w formie, która buduje całą opowieść. Ta opowieść utrzymana jest w konwencji snu, jej treść jest ze snu wyjęta, choć określenie „wyjęta” nie jest najwłaściwsze, bo ta senna historia stanowi niejako istotę całej książki i nie jest to przeniesienie snu na jej stronice, które pełnią rolę czasoprzestrzeni. Brzmi to dość filozoficznie i nieco zawile, ale sposób ujęcia problemu przez Zantmana jest, trzeba przyznać, oryginalny i ciekawy.

       Tam, gdzie nie istniały żadne kierunki ( a nawet, jeśli istniały, i tak nie było ich widać, leżały bowiem zbyt głęboko pod powierzchnią nocy) nie można było ani skręcić, ani pójść naprzód, ani zawrócić.
       Można było już tylko czekać. (str. 49).


       Takie rzeczy mogą się dziać tylko w świecie wykreowanym przez oniryczność. Nawet ruch wydaje się być pozorny. Bohaterowie przemieszczają się na poziomie dwóch płaszczyzn jednocześnie: na płaszczyźnie czysto fizykalnej (czasoprzestrzennej), czyli takiej, do której jesteśmy przyzwyczajeni i nie stanowi to żadnego problemu. Drugą płaszczyznę stanowią stronice czytanej książki i to po niej, stricte, z zupełną swobodą poruszają się postaci nakreślone przez Zantmana.

       Biegłem tak szybko, że, przebiegając przez most, zacząłem wątpić czy Doktor, człowiek już przecież niemłody, zdoła mnie dogonić.
       Nie. Nie ma cudów - pomyślałem.
       Na pewno już mnie nie dogoni.

       Musiałem go jednak niewłaściwie ocenić, bo dogonił mnie. I to jeszcze na tej samej stronie. (str. 181).


       Sny, jak powszechnie wiadomo, rządzą się swoimi prawami i trudno od nich wymagać zachowania reguł wywodzących się z logiki klasycznej. W świecie realnym raczej nie można pokusić się o stwierdzenie, że ból ciała może być zlokalizowany w szafie stojącej w zasięgu wzroku, ale Zantman zrobił tak, że taki surrealistyczny trick jest w pełni usprawiedliwiony.

        No, więc... Gdzie pana boli? - zapytał.
        Tam! - Profesor wskazał na szafę.
        Szafa?
        Doktor odwrócił się.
        Podszedł do szafy. Zajrzał do środka.
        Acha.
        Czyli w ten sposób... - zamyślony wrócił do łóżka. (str. 25).


        Już po kilku stronach lektury czytelnik z łatwością może się zorientować, że nie jest to zwykła historia i że przy jej czytaniu konieczna jest zmiana sposobu patrzenia na wszystkie wydarzenia mające miejsce w tej książce. Czytający odnosi wrażenie, iż mimo zmiany miejsca pobytu bohaterów „Krajobrazu...”, tak naprawdę wszystko dzieje się w jednym domu i nikt z tego właśnie domu w rzeczywistości się nie rusza, w rzeczywistości książkowej, oczywiście. Warto zwrócić uwagę na to, że praktycznie cała historia toczy się w ciemnościach, światło jest jakby epizodem, który znika szybciej, niż się pojawia. Ciągle panuje noc i ciemność, a sceneria pławi się w różnie konfigurowanych cieniach. Każdy niemal epizod pełniący coś na kształt rozdziału, kończy się takim właśnie opisem ciemności.

        Za nim, sięgając aż po horyzont, leżała nieruchoma, naciągnięta na krajobraz tafla ciemności. Wystające z niej wzgórza wyraźnie kontrastowały z gładką czarną połacią. (str. 104).

        Świat przedstawiony w „Krajobrazie z atramentowym wieczorem” jest światem alternatywnym, istniejącym równolegle z rzeczywistym, ale przekonania o tym czytelnik nabiera podczas czytania ostatniej już strony. Zantman jasno stawia sprawę, że dni występujące w książce nie leżą w linii prostej, lecz zakręcają się i tworzą swego rodzaju pętlę. To filozoficzna opowieść o tym, że pojęcie „rzeczywistości” jest mgliste i zaciemnione, a na dodatek mocno zawężone przez ludzi ufających jedynie swoim zmysłom.

                                         Tamara Hebes

Michał Zantman,
Krajobraz z atramentowym wieczorem, wyd. Mamiko, Nowa Ruda 2006, s. 256.
T.Hebes





OCZY SZEROKO OTWARTE, CZYLI Z DAGMARĄ BABIARZ PODRÓŻ PRZEZ CZTERY KONTYNENTY


Większość ludzi marzy o podróżach w miejsca egzotyczne, tajemnicze i niebezpieczne zarazem. Większość ludzi z wielu względów nigdy się tam jednak nie wybierze, a to z powodu braku czasu, pieniędzy, albo po prostu z obawy przed nieznanym. Nie oznacza to jednak, że ta większość nie odczuwa potrzeby poznania czegoś zgoła odmiennego od swojej kultury, religii, czy stylu życia. Ci właśnie niespełnieni podróżnicy powinni sięgnąć po książkę
Dagmary Babiarz pod tytułem: ”Otwórz oczy”. Książkę tę powinni poznać także ci, którzy w miejscach, o których pisze autorka byli. Nadarza się, bowiem dla nich nie lada okazja do porównania wrażeń i doświadczeń, jakich sami doznali, a także, a może przede wszystkim, do powspominania przeżytych chwil.

Autorka zabiera nas w podróż po najbardziej odległych zakątkach naszego globu i to nie tylko ze względu na ich położenie geograficzne, ale przede wszystkim na odległy od naszego, europejskiego, sposób postrzegania otaczającej rzeczywistości, stosunku do religii, świata, ludzi i siebie samych. Babiarz przemierzając bez mała cztery kontynenty ukazuje niezwykle barwny wachlarz społeczności żyjących według własnych norm, zasad, często skrajnie odmiennych od tego, co znamy i akceptujemy.

Chociażby przedstawienie Stanów Zjednoczonych, postrzeganych często jako bezduszny, konsumpcyjny moloch, w „Otwórz oczy” rysuje się jako swoisty tygiel kulturowy, w którym współegzystują: Amisze ze swoją całkowitą negacją postępu technicznego, Żydzi z ortodoksyjnie przestrzeganymi prawami swojej religii i tradycji, wreszcie marginalizowani wciąż Indianie, którzy sami w sobie są niezwykle różnorodni. Z autorką docieramy także na Alaskę, gdzie poznani Innuici (dowiadujemy się, że określenie Eskimos jest obraźliwe i znaczy „ten, który je surowiznę”), snują barwne opowieści o swoim życiu w trudnych warunkach przy okazji obalając wiele mitów na swój temat.

Z Ameryki Północnej w okamgnieniu (w książkach, bowiem takie szybkie teleportacje są możliwe), przemieszczamy się do egzotycznej, niezmierzonej i tajemniczej Azji. W tej podróży mijamy Mur Chiński, chwilę spędzamy na Dachu Świata, czyli w Tybecie, zażywamy kąpieli ze słoniem w Nepalu, aż wreszcie docieramy na Syberię, krainę, w której choć piękno przyrody zachwyca to warunki życia są trudne, klimat surowy i wymagający.

I znów zmiana. Z syberyjskich śniegów wpadamy wprost w upały Ugandy. Tak wita nas Afryka, gdzie oszałamiająca pięknem przyroda sąsiaduje z biedą i głodem jej mieszkańców. Ostatnią podróż z Dagmarą Babiarz odbywamy do miejsca, w którym czas się zatrzymał, do Papui Nowej Gwinei. Przyglądamy się uważnie autochtonom, którzy dążąc do zachowania własnej tożsamości zaciekle bronią się przed zalewem kultury białych.

„Otwórz oczy” Dagmary Babiarz to niezwykle interesujący ”mini przewodnik” po świecie różnic i rozbieżności. Autorka nie tylko przedstawia mało lub w ogóle nieznane życie i kulturę ludzi z czterech kontynentów, ale także podkreśla, na co należy zwrócić szczególną uwagę zwiedzając ich kraje, a nawet, gdzie robić pamiątkowe zakupy, aby nie dać się nabrać na turystyczną tandetę.

Co, moim zdaniem, jest w „Otwórz oczy” istotne i co autorka często podkreśla, to stara prawda, że aby poznać naprawdę rzetelnie to, co składa się na tzw. tożsamość grupy, społeczności, czy narodu, nie należy poprzestawać na studiowaniu kolorowych prospektów, ale starać się poznać (a najlepiej spróbować się zaprzyjaźnić), zwykłych „zjadaczy chleba”. Tylko ludzie od lat zmagający się z codziennością potrafią opowiedzieć prawdziwie o swoim świecie tradycji, religii, kultury. Mimo, że dotarcie do nich jest trudne gdyż wymaga czasu, cierpliwości, a przede wszystkim pokory i szacunku do odmienności ludzkich postaw, czy dążeń; to warto.

Szkoda tylko, że „Otwórz oczy” to tak bardzo skondensowany przewodnik po życiu nieznanych, fascynujących oryginalnością ludzi. Po lekturze pozostaje pewien niedosyt, chciałoby się wejść w te światy głębiej, pozostać w nich dłużej. Każdy z rozdziałów - podróży zasługuje na więcej i obficiej. Kiedy czytelnik ledwie zaczyna rozsmakowywać się w delicjach dopiero co poznanych krain, już w pośpiechu je opuszcza. A tak przyjemnie siedziało się przy amiszowskim stole, czy biesiadowało z nowymi znajomymi z Syberii.
Chociaż właściwie może to i lepiej, bo zanim emocje opadną, obrazy zamażą się w pamięci, czytelnik zdąży spakować plecak i sam wyruszy, aby „dousłyszeć” i „dopoznać”...


Dagmara BABIARZ. Otwórz oczy. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2007. -180 s. : il. ISBN 978-83-60224-22-9
Ewa Żeberkiewicz





Realizm magiczny Kontewicza – 16-01-2012 23:17:09



Bardzo się cieszę, że „Braniewnik” wyszedł drukiem. A jeszcze bardziej się cieszę, że Autor wysłał mi go w prezencie, bo teraz będę sobie mogła do niego wracać. Mało jest książek, do których chcę wracać. Wracanie nawet do tych ulubionych wydaje mi się okradaniem z cennego czasu kolejnych, tych, których jeszcze nie znam, a które poznać warto. Jak powiedział Don Giovanni – wierność wobec jednej jest okrucieństwem wobec innych. Jednym słowem – strata czasu. Ale z „Braniewnikiem” rzecz ma się zupełnie inaczej. Podzielony jest na małe porcje, takie na jeden kęs – do przeżuwania, rozgryzania, smakowania, delektowania się. A delektowałam się długo, i delektować się jeszcze zamierzam, bo nie chce się z tego świata wychodzić. Nurzałam się w warmińskich klimatach, pławiłam, wdychałam i chłonęłam, a potem jeszcze skrapiałam się nimi, by czuć tę czarowną mgiełkę wokół dłużej. Bo „Braniewnik” to obrazy zatrzymane w kadrze pamięci dziewięcioletniego chłopca. Świat zachowany, przechowany, i przekazany – w detalach, razem z zapachem i fakturą.

„Braniewnik” to też właściwie proza poetycka. Język przepięknych metafor, którymi nas Autor raczy – opisy miejsc, ludzi, zwyczajów, potraw, smaków, zachowanych w dziewięcioletniej pamięci, ale przefiltrowanych przez kolejne lata, spędzone z dala od Braniewa. Mam wrażenie, że ten filtr przydaje Braniewu czułości. Otula je, oświetla jakimś baśniowym, odrealnionym światłem, które powoduje, że patrzymy na nie z taką samą czułością jak Autor.

Mam swoich ulubionych bohaterów tego warmińskiego świata. To mecenas Bonawentura, figura tyleż fascynująca, co tajemnicza, która nadaje Braniewu kolorytu i to bardzo intensywnego, spiritus movens wielu zdarzeń w dziecięcym życiu Autora. To także Tęgomir, którego Pan Waldemar Kontewicz przedstawiał już na tych łamach - postać wyjęta z podań ludowych, legend i klechd, jakby jakiś leśny duch; czy w końcu stryj Izydor, moja ulubiona postać, niepokorna, niespokojna dusza. Właściciel kundla Rubla i rasowego Dolara, o którym Autor pisze tak: „Stryj Izydor właśnie wrócił z Olsztyna. A właściwie to przywieziono go z więzienia po tym, jak kazał wieźć się w dorożce wokół Ratusza, ubrany w czerwony krawat. Nikt jakoś nie docenił patriotyzmu kresowego wagabundy, bo oprócz słusznego koloru krawata nie miał on nic na sobie.”

„Braniewnik” to także lekcja historii. Historii Kresowiaków przesiedlonych do Braunsberg, przechrzczonego na Braniewo, gdzie mieszały się języki i narodowości, gdzie powojenne wichry przywiewały ludzi z różnych zakątków Europy, jednych zasiewając w warmińskiej ziemi, innych zawiewając dalej. I nawet jeśli te historie są podkolorowane we wspomnieniach sprzed lat, to tym lepiej – zyskują przez to wyraźniejsze kontury i jaskrawsze odcienie. Nawet jeśli Autor zasiedlił braniewskie gruzy częściowo wymyślonymi mieszkańcami (do czego przyznaje się w posłowiu), bardzo chce się wierzyć, że są prawdziwi.

Dziękuję, Panie Waldemarze. Dziękuję, że mogłam się przenieść w ten świat – taki zupełnie niewiarygodny, z wojną w tle, a jednocześnie pozbawiony jej traum. Radość dziecka z odkrywania świata jest zawsze taka sama – choćby i w ruinach. I dziękuję, że mogę ciągle tam wracać. Czego i Państwu życzę.
                                           Kamila Jansen

Waldemar Kontewicz.
Braniewnik. Nowa Ruda : Mamiko, 2011
Kamila Jansen





Wyproszone metafory(recenzja)


Autor: izrael

Zaintrygował mnie wiek Autora tomiku Rewers, którego recenzję przeczytałem w jednej z wysoko nakładowych gazet. Osiemnaście lat? To przecież tak niewiele, do pewnego czasu uważałem, że to liczba niewystarczająca, by wydać swój tomik wierszy, a jednak Tomasz Pułka stał się obiecującym poetą, niezależnie od metryki i niezależnie od zwyczaju mniej lub bardziej późnych debiutów. Na poetykę Rewersu nie składają się żadne wysublimowane formy. Pojawia się szczątkowy dialog jak w wierszu zatytułowanym Bilet (calando) :

– O czym myślisz?

że mój sen jest kształtem światłowodu więc jest
i dworcem rękawiczką kokardką lub jabłkiem
fragmentem martwej natury z twoim spojrzeniem


Pytania wypełniają pustkę między dwiema dobrze się rozumiejącymi osobami. Mężczyzna w tej rozmowie tylko z pozoru wie wszystko i stara się wykreować wrażenie treści, niezmąconej niczym, a treścią jest sen lub sama jego esencja – życie. Wiersz udanie pokazuje istnienie człowieka nie tylko we śnie, nie tylko w życiu, ale poprzez przenikanie i odwrócenie proporcji. Kobieta, zadając drugie z kolei pytanie: – Jestem tam?, nie oczekuje potwierdzenia swojego istnienia – tutaj i w tej chwili. Gdy przychodzi do ostatnich słów, zbudowania ostatniego pytania, znów wszystko ulega zmianie. Kobieta zgadza się ostatecznie na sen, o który tak uparcie pytała: Więc śpijmy kochanie – to, co miało być istotą teraźniejszej chwili ulega przeniesieniu w świat wyobraźni. Bilet (calando), nie jest ani wyborem ascetycznego języka, ani rozbudowanej metaforyki, jego układ jest symetryczny – pytanie, obraz, pytanie, obraz, pytanie, obraz, zakończenie. Drugą formą, którą posługuję się autor Rewersu jest rzecz jasna monolog. Monolog, któremu często niestety można zarzucić rozwlekłość, ale z drugiej strony ujmujący w swej warstwie językowej. Wiersz o pogodzie jest najlepszym tego przykładem, pierwsza strofa to przede wszystkim brak dynamiki, podmiot ukazuje świat w oczekiwaniu i może pośrednio, dla niego, świat nudny:

...bo tutaj metr to tyle co pół
drogi do morza a morza jak na złość nie ma jest
tylko ta mgła rozpięta na całej długości sznurka


Swój punkt widzenia określa na początku:

...krawędź
to jedyny fragment płaszczyzny pozwalający na lepszy
widok...


Tak pozostaje, aż do drugiej strofy, która wydaje się ciekawsza, a podmiot sam autoironicznie odwraca się od początkowego rozleniwienia. „Przyspiesza”, a to dzięki wprowadzeniu w obręb świata „jej”, która staje się centralnym punktem odniesienia. Po deszczu i mgle z pierwszej części wiersza, pojawia się śnieg – kojarzony z wyłączonym telewizorem, ze stanem trwałym i nie do przezwyciężenia. Wiersz o pogodzie może być dla czytelnika tym, co sugeruje tytuł. Można w nim również zauważyć pewne stale powracające motywy w poezji Pułki. Warkocze i włosy, które są skojarzeniami negatywnymi, wobec których pojawiają się słowa znamionujące cierpienie:

wznak podpalić wioskę i przez sen patrzeć na tył głowy
na warkocz ciągnący aż do bólu wrysowanego w mapę ciała

W Punktach papilarnych (accelerando) pojawiają się z kolei takie słowa:

A śmierć jest
taką małą dziewczynką z luźnym warkoczykiem i ona ten
warkoczyk co noc musi zjadać
.

Świat w poezji Pułki nie jest odrażający ani bezwzględny, jest jednostkowy. Wszystko zależy tylko od relacji, jakie człowiek ułoży sobie z drugą osobą i tylko wobec niej da się ten świat jakoś poskładać w całość. Trudno w dzisiejszej poezji od kogokolwiek wymagać twórczości „pogodnej”, witalistycznej i też autor Rewersu wolny jest od wszelkich oczekiwań, pisze jak dojrzały człowiek pod trzydziestkę, można mu tylko pozazdrościć, że ciągle mimo wszystko ma lat osiemnaście. Pułka waha się pomiędzy dwiema koncepcjami czy dwoma pomysłami na poezję – między podglądaniem świata a wchodzeniem z nim w dialog, między ciszą a nieodpartą chęcią dodania czegoś od siebie. Na dobre wychodzi tomikowi niezdecydowanie autora w tej kwestii. Jeśli mówić o tej pierwszej koncepcji, to trzeba wspomnieć o dwóch przychodzących na myśl utworach: Wiersz o podglądaniu, Drugi wiersz o podglądaniu. Różnią się one stylem i poziomem, ten pierwszy, mimo że zimny i ma postać relacji, jest po prostu dobry. Drugi natomiast nie wytrzymuje niestety tej wewnętrznej rywalizacji, co nie znaczy, że pozbawiony jest swojego uroku. Język zaskakuje, gdyż te dwa wiersze są wyraźnie czymś autonomicznym wśród reszty utworów z Rewersu:

zbyt wielu ludzi w tym mieście ma ciemne włosy,
to takie polskie, mieszkanie na trzecim piętrze,
drzwi pilnuje judasz, na klatce dzieci grają
w kapsle, w każdą noc przed losowaniem lotto
jest spakowany, czeka albo pije ciepłą wódkę

Wiersz o podglądaniu


Do „tradycyjnego” dla siebie języka wraca jednak już za chwilę w Drugim wierszu o podglądaniu:

Powtarza: to dobrze, wymyślone – umrzeć w wycinku gazety,
coraz więcej pali, kiwa się na krześle. Czyste bywają już
tylko krople deszczu lub łyżeczki do herbaty...


Spaja te parę zacytowanych wersów wizja upadku, pewnego oczekiwania. Oczywiście czas ulega zniekształceniu. W Wierszu o podglądaniu jest to czas „przed”, w Drugim wierszu o podglądaniu czas „po”. Rozkładanie się i powolne znikanie człowieka wobec niespełnionych nadziei i życia, to motywy towarzyszące podglądaniu. Kim jest podglądający? Jedynie obserwatorem. Tak więc na pierwszy plan wybija się „obserwowane”, a dopiero po nim idzie „obserwujący”. Na koniec warto wspomnieć o wierszach, które wybijają się ponad przeciętność (którą każdy początkujący poeta przyjąłby zapewne z pocałowaniem ręki). Są to trzy utwory: Didaskalia (rallentando), Temat, Rewers. Didaskalia to utwór, w którym zbiegają się ze sobą najważniejsze tematy dla Pułki: spojrzenie z boku na świat, pamięć człowieka i jego relacje z otoczeniem. Autor proponuje inne spojrzenie na rzeczywistość, nie „zza”, ale „od spodu”:

Zmień obiektyw, trzeba będzie popatrzeć od spodu,
to nie jest takie proste, jakim mogłoby się zdawać,
gdybyś miał latawiec, a nie dwie małe rączki.


Do tego spojrzenia trzeba dodać perspektywę didaskaliów, perspektywę tytułową. W I strofie pojawia się też zaraz nieuporządkowanie ludzkiego myślenia o przeszłości jako motyw poboczny:

Co z ciebie za odłamek,
skoro nie pamiętasz? Skoro dobrze wiesz, że mimo tej
ściany, wciąż gonimy cienie


Notabene często to „nieuporządkowanie” dotyczy samego piszącego, bo nie można nie odnieść wrażenia, że w niektórych wierszach jeden temat goni drugi. O czym, może trochę autoironicznie, Pułka wspomina w Temacie:

Mamy tu cały szereg inspiracji, wystarczy się rozsiąść, a przybiegną
studnie, puste hangary, tak wspaniale kołujący ból
i niewiarygodny upał.


Te dwa wiersze łączy jednak coś więcej: wspomnienie dzieciństwa jako gry tracącej urok i bledniejącej:

Batonik w kieszeni się nagrzewa, rozmazuje i topi. Brudzi
kieszenie, szpilki w mgnieniach słońca, przekład z wczorajszego
oblężenia sklepów. Mieliśmy domek na drzewie, zardzewiał

Temat

...uśmiechnięty rój

łyżeczek, weź jedną, wydłubiemy ci oko. To takie
żarty nie bój się, przecież nie będę gryzł, ledwie
mogę zjeść jabłuszko.

Didaskalia (rallentando)


W Temacie też jako w jednym z niewielu wierszy autor Rewersu podejmuje grę z czytelnikiem, tropiąc jego sposób odbioru, próbując się postawić w roli, a formy i niedopełnienia Pułka uwielbia. Świat w jego poezji to nie tylko, jak wspomniałem, relacje, próby dogadania się z drugą osobą, ale również brak – brak wszystkiego i niczego. Coraz to nowe przedmioty, sprawy są dla bohatera (chyba mogę tak napisać, gdyż podmiot liryczny brzmiałby tu co najmniej bezosobowo) dopełnieniem jego istnienia. Ten młody autor sam sobie postawił wysoko poprzeczkę i miejmy nadzieję, że będzie pisał i wydawał podobnie piękne wiersze.

Wyproszone metafory są jak człowiek odprowadzający
córkę na pociąg (córka jedzie na stancję, będzie
mieszkała z Michaelle, Rosie, Christine), człowiek
który wsiada by znaleźć jak najlepsze miejsce,
a potem w trakcie szukania,
pociąg nagle rusza.
I patrz gdzie jesteśmy.

Rewers



Tomasz Pułka,"Rewers", mamiko, Nowa Ruda 2006, cena 6 zł, można zamówić przez stronę wydawnictwa:
http://www.mamiko.pl/zamowienia.php

Tomasz Pułka – urodzony 21 czerwca 1988 roku, mieszka w Rudniku k. Myślenic, uczy się w Krakowie."Rewers" to jego debiut książkowy.

Recenzja z Portalu Literackiego
FABRICA LIBRORUM







Antoni Olgierd Misiak, Piąta wyprawa Krzysztofa Kolumba do Indii Zachodnich 1960 – 2004, Mamiko, Nowa Ruda 2005.





        Krzysztof Kolumb. Postać na stałe zapisana w zbiorowej świadomości. Jeden z filarów naszej cywilizacji. Horyzont ku któremu płyną, wyrywają się myśli bohatera wierszy Antoniego Olgierda Misiaka. Kolumb odkrywca, pasjonat, człowiek o gorącym sercu, dzikiej duszy i wzroku aż po ostatnie tchnienie utkwionym gdzieś w dali. Wpatrzony proroczo w dzień jutrzejszy, wielki, kochany i nienawidzony, lecz nigdy obojętny. Uparty, wytrwały i ślepo zakochany w marzeniu dla którego realizacji poświęcił wszystko. Wyrzekł się rodziny, dobrobytu, poważania, życia. Poświęcił nawet spokój własnego sumienia składając bogom w błagalnej ofierze nie tylko duszę i ciało, nie tylko ludzi którymi kierował, lecz także swych najbliższych. Kiedy odrzemy go ze stereotypu wielkiego odkrywcy, ustawionego przez historię na piedestale półboga, kiedy spadnie złudna złota szata czy wyjrzy spod niej siła i mądrość? Czy ujrzymy człowieka szczęśliwego, spełnionego? Wątpię.

Spokój i szczęście są statyczne. Są ostoją bezruchu, podstawą trwania. Są niezbędne i zarazem przebiegle zamknięte w sztywności swej formy. Nowych granic świata nie kreślą szczęśliwcy lecz opętani, straceńcy, w duszach których wciąż szaleje huragan, wieczna burza. Grzmoty zagłuszają głos rozsądku, nie pozwalają by daimonion przemówił, by wskazał co jest złe, czego nie wolno, błyskawice oślepiają nie dając dojrzeć strachu i rozpaczy, śmierci. Jest Krzysztof Kolumb odkrywca Ameryki, jasny bożek postępu, uśmiechnięty, wyprostowany z dumnie wypiętą piersią. Jest Kolumb człowiek, ten z którego wielkich planów los zakpił. Celem jego wyprawy nie był Nowy Świat lecz Indie. Zbyt często zapominamy o tym. Zapominamy, że „wielcy ludzie” nie są wcale tymi, którzy mają wszystko.

Każda ludzka zdobycz w połowie złożona jest z ofiary. Ten wielki człowiek umarł niespełniony, nie osiągnąwszy swego celu. Zgasł w pół drogi zastanawiając się czy warto było oddać wszystko za nic. Mądrzejsi o kilka stuleci możemy odpowiedzieć na to wbrew pozorom podchwytliwe pytanie twierdząco. Niech dowodem będą wszechstronne, wszechobecne i chciałoby się powiedzieć wszechmocne Stany Zjednoczone Ameryki. Symbol postępu oraz, co już jest bardziej dyskusyjne, strażnik wolności i pokoju na świecie. Spojrzenie z dystansu zmusza jednak do zauważenia jeszcze czegoś. Tym czymś jest bezlitosne prawo wyboru. Poświęcenie. Za nieśmiertelność, za wieczne życie w pamięci potomnych zapłacił Kolumb całym swym życiem doczesnym. Nieomal całym. Czy byłby szczęśliwszy, spokojniejszy i spełniony gdyby nie pozwolił porwać się morskim wiatrom? Jeśli kiedykolwiek miałam wątpliwości, co do odpowiedzi na to pytanie, to rozwiał je tomik wierszy Antoniego Olgierda Misiaka.

Przeznaczenie nie daje się tak łatwo oszukać. Jest w nas coś, jest wewnątrz nas głęboko ukryta pestka, sedno tego kim jesteśmy, kim być musimy. Nawet piąta wyprawa Krzysztofa Kolumba, wyprawa w głąb zwyczajności, powszedniości, w głąb pogmatwanego, ludzkiego wnętrza jest jednym wielkim niespełnieniem.

Autor unosi w magiczny sposób kurtynę prywatności. Nie tylko pozwala czytelnikowi zajrzeć do wnętrza duszy swego bohatera, ale sprawia, że chłoniemy każde słowo, oddech, spojrzenie i dotyk tej fikcyjnej przecież postaci aż do utożsamienia. Zdaje się, że tracimy siebie na siedemnaście dni, których opisem jest siedemnaście składających się na ten tomik wierszy. Wędrujemy ulicami miasta pomiędzy szarymi domami, których odrapane z tynku oblicza przypominają zniszczone, poryte zmarszczkami twarze starych ludzi. Zapuszczamy się w mroczne podwórka, by po chwili wyjść na wiejskiej drodze gdzieś w Bieszczadach albo tuż nad brzegiem morza.

Odwiedzamy dworcową poczekalnię, miejsce w którym jedni zaczynają życie, a inni je kończą. Są jeszcze tacy, którzy całe życie spędzają w tym miejscu zawieszonym pomiędzy jednym a drugim światem. Udają przed innymi i przed sobą, że ich „podróż nie kończy się w tej poczekalni”, że wciąż jeszcze mają „do spełnienia misję porównywalną z wyprawą Kolumba, przypominaną obrazem żaglowców w porcie”.

Podmiot liryczny cierpi. Z chłopca noszącego głowę wiecznie w chmurach, ze zbuntowanego marzyciela, zdobywcy nowych światów zmienił się w statecznego obywatela. Jest mężem, ojcem, pracownikiem, nabywcą termosu, czytelnikiem codziennej gazety, mieszkańcem jednego z wielu niczym się nie wyróżniających szarych domów. Miarą jego frustracji i rozpaczy jest przepaść dzieląca obecne życie i dawne porzucone marzenia. Któż z nas tego nie doświadczał? Czy istnieje choć jeden człowiek zdolny, obejrzawszy się za siebie, powiedzieć, że nie porzucił żadnego ze swych marzeń? Wątpię.

Tak już zostaliśmy stworzeni, że o niebo więcej w nas marzeń niż czasu i sił na ich realizację. Porzucanie marzeń nie jest zdradą lecz koniecznością. Spośród wielu powinniśmy w odpowiednim momencie wybrać to najważniejsze, to dla którego gotowi będziemy bez żalu poświęcić pozostałe. Marzenia małego chłopca rzadko będą marzeniami mężczyzny. Wraz z biegiem życia zmieniają się nasze priorytety, inne rzeczy stają się ważne. Jeśli pozostaniemy sobie wierni nasze dawne dziecięce, czy młodzieńcze marzenia, nawet a może zwłaszcza te pozostawione na zawsze w sferze niespełnienia będą nam towarzyszyły niczym opiekuńcze duchy pomagając dokonywać właściwych wyborów. Bohater wierszy jest tego świadom kiedy pozwala by czuła kobieca ręka poprowadziła go ze świata marzeń, barwnych cyrkowców, niknących za horyzontem statków i magii „w stronę miasta, w bezpieczne przestrzenie wypełnione znanymi obrazami”. Wydaje mu się wówczas, że oddał wszystko czego pragnął za kilka srebrników. Z goryczą wyznaje: „A ja z trudnością dźwigam swoje życie, w którym komuś oddałem kosa śpiewającego na wysokim świerku, nieodkryte wyspy, wiatr, wymyślone misje”. Tak jednak nie jest dzięki magii poezji wypełniającej każdą chwilę jego życia.

Poezja przegląda się w lustrze rzeczywistości, jest wiatrem unoszącym w dal dzikie ptaki, tęczą przecinającą szare miejskie tło i przypominającą o tajemnym porozumieniu pomiędzy ziemią i niebem. Autor każdym wierszem przekracza granicę codzienności, jego wrażliwość i wyobraźnia odkrywają przed czytelnikiem prawdziwe, nowe lądy, barwne i dzikie, tam gdzie ich istnienia nawet nie przeczuwaliśmy. „Za rodzinnym domem, za falochronem, za dziką plażą, za oceanem są wspaniałe świątynie, niebosiężne cerkwie, złociste estrady, czarowne miasta, ogrody. Tam zdążamy wbrew przeciwnym prądom, hałaśliwym burzom. Tam zdążamy nieustannie rozpościerając żagle, paleni słońcem, głodni, spragnieni, przeklinający, zrozpaczeni. Tam w końcu pozbawieni wszystkiego, niczym pusta muszla osiadamy w piasku ostatniej plaży”. A kiedy przyłożymy muszlę do ucha usłyszymy szum własnej krwi niczym nie różniący się od szumu morza i być może wyruszymy w kolejną magiczną, liryczną podróż.



Piąta wyprawa Krzysztofa Kolumba do Indii Zachodnich 1960 - 2004

Anna Agnieszka Wójcik





Rekomendacja


        Książkę „Misja <Papieskiej Róży>” Janusza L. Sobolewskiego przeczytałem z prawdziwym zainteresowaniem. Należy ona do modnego obecnie w świecie, a zupełnie nie uprawianego u nas gatunku powieści sensacyjnych, tzw. "political fiction". Wybór autora padł na wciąż tajemnicze, ale przecież przeradzające się w światową potęgę Chiny. Fabuła wydarzeń osnuta jest wokół planowanej wizyty w Chinach polskiego papieża i zaangażowania w jej przygotowanie polskich służb specjalnych. Fascynują współczesne realia Chin, a także występujące w książce autentyczne postacie chińskiej sceny politycznej i kurii watykańskiej.
        Bohaterka - polska dziennikarka - wspomagana przez agentów CIA, musi stawić czoła nie tylko interesom zrewoltowanych tajnych służb chińskich, lecz również upiorom słynnej NRD-owskiej służby bezpieczeństwa STASI. W każdym razie akcja toczy się wartko, można się zaczytać, zarywając noc.
        „Misja <Papieskiej Róży>” polecam bez wahania wydawcom i miłośnikom polskiej powieści sensacyjnej. Także filmowcom, poszukującym wartościowego materiału na scenariusz. Wreszcie coś do poczytania bez kompleksów. Rozdajemy karty, chowamy asy w rękawie, mamy swego Jamesa Bonda w spódnicy.

Stefan Ciepły





PIĘĆ KRÓTKICH PRZYPOWIEŚCI JACKA OSTROWSKIEGO I PUENTA


       „IPN” to propozycja autorstwa Jacka Ostrowskiego dotykająca aktualnego problemu rozliczania się z PRL-owską przeszłością. Rozliczanie to o charakterze medialnego spektaklu z udziałem publiczności ma zapewne tyleż samo przeciwników co i zwolenników. Autor staje jednak po stronie sceptyków, oponuje przeciwko czarno-białej kategoryzacji tych, którzy z SB współpracowali. Ostrowski przeprowadza czytelnika przez historie pięciu ludzi, którzy takową współpracę z SB popełnili. Pokazuje jak różnorodne motywy nimi kierowały, jak ze zróżnicowaną intensywnością informowali SB o wywrotowej działalności wrogów demokracji ludowej i jakie były tego skutki. Dla przykładu przytoczę dwie kontrastujące ze sobą historie. Pierwsza to historia Jana Pietrzaka, donosiciela, mordercy, stuprocentowego kanalii, działającego wyłącznie dla własnych korzyści, który za dobrą i rzetelną służbę PRL-owskiej władzy, w konsekwencji „odznaczony” został przez IPN „czystą teczką”. Z drugiej zaś strony Ostrowski przedstawia nam postać księdza Józefa Paciora który, aby uchronić pięcioro młodych ludzi od więzienia zgadza się na współpracę z SB. Staje się zarazem podwójnym agentem działającym także na korzyść Kościoła, co pozwala mu nie zwątpić do końca w sens wiary i życia. Jego współpraca ze służbami bezpieczeństwa to pasmo moralnych udręk, którego finałem jest uznanie przez IPN za zdrajcę i wroga demokracji.
       Nietrudno zatem dostrzec sprzeciwu Ostrowskiego wobec bezkrytycznej akceptacji IPN-owskich wyroków, które, jak stwierdza, nie muszą być (a często nie są), sprawiedliwe. Mają za to, jak twierdzi autor, ogromną siłę niszczenia ludzkiego życia. Ostrowski poddaje pod wątpliwość sens lustracji w kraju, gdzie demokracja jest za młoda (a może już skarlała?), za słaba, aby odciąć się od wpływu ludzi władzy mocno tkwiących w układach poprzedniego systemu. Ostrowski posługując się dosadnym określeniem na „wyrocznię rozświetlającą mroki PRL-u”, nazywa IPN, Instrumentem Podlenia Narodu, co chyba jasno wyraża jego stosunek do tejże instytucji.
       Zgadzam się z autorem, że rozliczanie się z przeszłością jest jednym z najtrudniejszych wyzwań jakie stoi przed teraźniejszością i które cieniem kładzie się na przyszłości. Zgadzam się także z tym, że idea lustracji w naszym kraju została wykoślawiona, a może i doprowadzona do granic absurdu. Trzeba jednak zadać sobie pytanie, jak inaczej zamknąć rozdział niechlubnej PRL-owskiej historii, bo zamknąć trzeba. Nie można bowiem przy każdej „wpadce” młodej demokracji zrzucać winy na zatęchłą przeszłość. Nie można z trybun sejmowych wołać, iż idiotyzmy dnia dzisiejszego są konsekwencją wypaczeń dnia wczorajszego. Może więc Jacek Ostrowski zaprosi do współpracy swoich przyjaciół i w swojej następnej książce tchnie trochę optymizmu w naszą przyszłość?
Jeżeli, bowiem, oprócz krytyki, nikt nie stawi czoła wyzwaniu i nie zajmie się sensownym projektowaniem przyszłości dla naszej „pogubionej” Ojczyzny pozostanie nam tylko bezterminowe zwiedzanie Anglii tudzież Irlandii...


Jacek OSTROWSKI.
IPN. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2006
Ewa Żeberkiewicz





Zdzisław Lipiński:

Na cyferblacie piasku,
Mamiko,
Nowa Ruda 2009.

Jeśli szukacie poezji kameralnej, pisanej ze środka ciszy, takiej poezji, którą można by nosić przy sobie, podczytywać na przekór zewnętrznym oraz wewnętrznym hałasom, koniecznie sięgnijcie po drugi tomik Zdzisława Lipińskiego.
Czytam te wiersze jak glosy, dopiski do świata. Rozgadanego i zagadanego. Niby powszedniego, wszystkim wspólnego, a tak każdemu odrębnego, jeśli spojrzeć na niego wnikliwiej. Lipińskiemu udało się oddać jego strukturę, będącą czystą przemiennością spotkań i mijań. Raz wynikającą ze zbiegów, innym razem z roz-biegów okoliczności („Natura”), a wielką sztuką jest uchwycić moment, gdy schodzą się w znak, w figurę, która uświadomi nam, choćby fragmentarycznie sens, cel, czy prawdziwą jakość istnienia. Lub znaczenie powrotu. Bo książką tą powraca poeta do swego czytelnika, dojrzalszy o kilka lat wypełnionych dialogami z milczeniem; powraca także do siebie, idzie zasypanym śladem (wiersz „Dom”). Bez wątpienia brzmi w tej poezji gorycz wieku męskiego, poczucie utraty dawnego „ja”, przekonanie o niezmiernej stałości mijania. Mam wszakże poczucie, że nie był to czas stracony, strawiony jałową melancholią. Przeciwnie: mimo wszelakich smutków, czas ten się oczyścił i skrystalizował w rozpoznania nader istotne, dla nas, żyjących w katakumbach wszechświata. Dalekie od wyrażanych wprost ambicji filozoficznych wiersze Lipińskiego niejako mimochodem budują spontaniczną filozofię egzystencji, przypominając: ktoś/ wiąże/ i rozwiązuje nasz byt// zostawia/ odcisk/ w powietrzu.
W tomiku skomponowanym z okruchów, z migawek, uwagi domagają się także teksty oddające lekkość i zmysłową prawdę nagłego spostrzeżenia („Fragment”). Różnorodność obrazowania, przejrzystość metafory, wreszcie dążenie do ścisłości, do prostoty, sprawia, że zbiorek ten może autor uważać za swoje osiągnięcie.

pwL

LIPIŃSKI Zdzisław.
Na cyferblacie piasku. Mamiko, 2009
Piotr Wiktor Lorkowski





Leszek Niedzielski



Krzyki w Parku Południowym
-------------------------------------------

     Chyba trzeba będzie pewne wybrane książki umieścić na indeksie. Niektórzy mówią: „na indeksie ksiąg zakazanych”. Można i tak ale książka na indeksie, to właśnie książka w spisie dzieł niedozwolonych do czytania. Tak. Chyba trzeba będzie zabronić czytać pewnych autorów, a dokładnie – „niepewnych”. Jednakowoż nie aż do tego stopnia, żeby palić te książki na stosie. Nie. Nie aż do tego stopnia, żeby palić te książki na stosie jak to czyniono już w przeszłości. Jak to czyniono już w przeszłości również z czarownicami. Książki bywały przecież tak samo niebezpieczne jak czarownice, a i czarownice bywały równie ciekawe jak niektóre książki. Jak niektóre nie rozcięte jeszcze książki. Tak czy owak, na razie nie ma się co spieszyć z paleniem. Spaloną książkę źle się czyta a książkę zakazaną, zabronioną czyta się bardzo chętnie, z dużym zaciekawieniem i często z wypiekami na twarzy. Żeby zachęcić młodzież do czytania można by dodatkowo umieścić na niektórych egzemplarzach napis: dozwolone od lat 18. A dzieci?! Dzieci dopiero wsłuchiwałyby się w całą Polskę, która by im czytała! I może się okazać, że czytelnictwo rozwinie się dzięki zakazowi czytania.
     Kiedy taki Witold Gombrowicz był „na cenzurowanym”, bo inny pisarz, niejaki Władysław Gomułka (te same inicjały – W.G.) go nie lubił, książki tego pierwszego pisarza można było czytać oficjalnie ale tylko na miejscu, w czytelni Biblioteki Uniwersyteckiej lub Ossolineum. Tak było między innymi z „Dziennikami” wydanymi przez „Kulturę” paryską. Każdy student rwał się do tego zabronionego emigracyjnego pisarza. Przychodziło się dobrowolnie do czytelni, szukało się w katalogu, na literę „g” nazwiska Gombrowicz, wypełniało się rewers, oddawało go dyżurnemu bibliotekarzowi, siadało się na numerowanym miejscu przy stoliku w czytelni, z niecierpliwością czekało się na zamówioną książkę i wreszcie po kilku długich minutach, jeżeli akurat wybrany tytuł nie był już w czytaniu, pogrążało się w lekturze. Ja sam trafiłem kiedyś zupełnie przypadkowo na Gombrowicza jakiego jeszcze nie znałem. Wertowałem sobie bezwiednie kartki katalogowe w czytelni Biblioteki Uniwersyteckiej na Szajnochy kiedy w pewnym momencie mignęło mi znane nazwisko i wydawnictwo „Kultura”. W szufladce katalogu z autorami na literę „c” znalazłem: „Adam Czerniawski: Mniejsze większej całości. Z przedmową Witolda Gombrowicza. Kultura ..., rok, str., itd.” Podskoczyłem z radości, że jeszcze coś ciekawego, zakazanego przeczytam; że może znowu przeczytam coś w rodzaju „A płyńcież wy Rodacy do Narodu Waszego Świętego, chyba Przeklętego!”. Szybko wypełniłem rewers, podałem go dyżurnemu bibliotekarzowi, usiadłem przy stoliku w czytelni, poczekałem parę długich minut i doczekałem się! Książka była w charakterystycznej dla wydawnictw „Kultury” szarej, miękkiej oprawie. Przeczytałem napis na okładce: Adam Czerniawski – Mniejsze większej całości. Z przedmową Witolda Gombrowicza. Odwróciłem okładkę, odwróciłem pierwszą czystą kartkę i na karcie tytułowej przeczytałem: Adam Czerniawski – Mniejsze większej całości, i dalej większymi już czcionkami: Z przedmową Witolda Gombrowicza. Odwróciłem kartę tytułową i zobaczyłem duży napis: Przedmowa Witolda Gombrowicza. Odwróciłem tę kartkę i przeczytałem kolejną stronę: Warto przeczytać. Witold Gombrowicz.
     Niedawno wpadła mi znienacka w ręce, też w miękkiej okładce, książka Roberta Migdała o intrygującym tytule „Fader”. Naprawdę warto ją przeczytać!

xxxxx
MIGDAł Robert.
Fader. Nowa Ruda. Wydawnictwo Mamiko, 2009

Leszek Niedzielski





POETA WIDZI DALEJ I WIĘCEJ - „SEHIR” BARTOSZA SUWIŃSKIEGO

- NAPISAŁA SABINA SKOWRON.

        Autor tomiku poezji „Sehir”, wydanego w oficynie „Mamiko” w Nowej Rudzie jest poetą, dziennikarzem i krytykiem literackim. Mieszka w Opolu, przygotowuje pracę doktorską o poezji Krystyny Miłobędzkiej. Dotychczas publikował wiersze w periodykach humanistycznych, między innymi w „Kresach”, „Frazie”, „Toposie”, „Pograniczach”, „Wyspie”.
Debiutancki tomik młodego twórcy o egzotycznie brzmiącym tytule zawiera 32 komunikaty
poetyckie. Etymologii słowa „sehir” trzeba szukać w literaturze albańskiej. Jego sens należy
odczytywać czasownikowo: „patrzeć”, a bardziej precyzyjnie: „patrzeć na kogoś”.
        Uważne czytanie wierszy pozwala skonkludować, że umiarkowany sensualizm 25-letniego
artysty prowadzi do głębszych refleksji o otaczającej go rzeczywistości. Poeta poznaje świat,
opierając się głównie na przekazach zmysłu wzroku. Postrzega rozległe krajobrazy jako całości
wkomponowane w świat natury oraz detale, jak zbliżenia kamery filmowej przekazujące
wyostrzone obrazy szczegółów.
        Wiersze zamieszczone w tomiku „Sehir” można podzielić na kilka grup tematycznych.
Pierwsza zgłębia wzrokowe doznania jak gdyby przeniesione z pejzaży Afryki Północnej,
z ich pustynią, oazami, morzem, ludzkimi osadami i latarnią morską. Druga za centrum
postrzegania przyjmuje budzący się świt, światło wczesnym rankiem ogarniające ziemię,
a w jego blasku dokonania człowieka. Trzecia podejmuje motyw przemijania czasu, wody, zjawisk
przyrody urozmaicających ludzkie życie. W czwartej tematem staje się dom, życie rodzinne
i rustykalne krajobrazy, w ostatniej ludzki narząd wzroku został zestawiony z Okiem Opatrzności.
        Wnikliwe postrzeganie świata w każdej części tomiku prowadzi do zadumy nad sensem
człowieczego życia i dotyka spraw ostatecznych. Radość otwarcia na otaczającą rzeczywistość
w wielu tekstach tłumi świadomość nieuniknionej eschatologii. Podkreślają to poetyckie frazy:
          „ kroki idące do nieskończoności”,
          „gazela śmierci”
          „ oazy grobów”
          „ Bóg stworzył karnawał śmierci”,
          " ptaki wyfrunęły w cztery strony śmierci”,
          „ lawina pytań o świcie umiera”.
Większość liryków to epigramaty, rzucające zaledwie skrawki obrazu i wywołaną przez nie
myśl. Wiersz wolny, bezrymowy sprzyja swobodnemu przepływowi słów i refleksji, w których
często pojawiają się niedopowiedzenia i zdania urwane – anakoluty. W ten sposób autor
zachęca czytelnika do intelektualnego współdziałania, do dokończenia własnej myśli,
do zamknięcia frazy.
        Szczególnym walorem estetycznym wierszy z tomiku „Sehir” jest ich język: prawdziwie
poetycki, nastrojowy, z licznymi porównaniami i bogactwem metafor. Najbardziej urzekającą
z nich zawiera pierwszy dystych wiersza „Świt”:
              „ Ornat wschodu zapięty
               na pierwszy promień słońca”.
Poeta, który buduje tak zachwycające przenośnie, ma przed sobą bardzo obiecującą przyszłość
twórczą. Życzę Panu Bartoszowi, by ścieżki poezji zaprowadziły Go na Polski Parnas, gdzie
być może właśnie Jemu niedawno ustąpili miejsca poeci tej miary, co Czesław Miłosz
i Zbigniew Herbert.
                                                           Sabina Skowron.

SUWIŃSKI Bartosz.
Sehir. Nowa Ruda. MaMiKo, 2010






*

      W szkole pisania można się na pewno nauczyć greki, łaciny; można rozszyfrowywać tajemnice języka, można poznawać historię literatury, teatru, malarstwa, muzyki, można przywoływać duchy wielkich twórców, można pozwolić sobie na gry z wyobraźnią...”Sztuka pisania jest bezowocnym zajęciem, jeśli nie opanujemy uprzednio sztuki postrzegania świata, jako potencjalnego surowca dla fikcji” – pisał kiedyś Nabokov.

      Studium Literacko-Artystyczne Uniwersytetu Jagiellońskiego nie jest oczywiście typową szkołą pisania, jakie spotkać można w Ameryce, czy w Europie; jest spotkaniem grupy młodzieży, często początkujących pisarzy, ze starszymi kolegami. Myślę, że to przygoda dla obu stron. Ci starsi, wycofujący się już z „czasu rzeczywistego” i ci młodzi, wchłaniający teraźniejszość, jak powietrze. Następuje wzajemna wymiana wyobraźni, doświadczenia, poglądów... Najczęściej omawialiśmy prace literackie, których wybór przedstawiamy właśnie czytelnikom „Wymówień”.

      Młodym Autorom życzę dużo entuzjazmu, artystycznej pasji, wiary we własne siły, umiejętności podziwiania świata i wielu sukcesów twórczych.




Ewa Lipska





Aforystyka czasów młodości. O poezji Artura Miki.



„Belles lettres” to debiutancki tom poetycko-aforystyczny Artura Miki, poety urodzonego w 1983 roku, który publikował już w prasie literackiej swoje teksty m.in. w „Twórczości”, „Frondzie”, „Ricie Baum”, czy w nie istniejącym już „Undergruncie”. O tych sprawach biograficznych informuje czwarta strona okładki
„Belles lettres”. Poetyka Miki jest skondensowana, często jego wiersze mają formę haiku, czasem są to rozpisane na dwa wersy aforyzmy, mało jest w „Belles Lettres” wierszy dłuższych na więcej niż kilka linijek. Czasami utwory Miki wymykają się tym wymienionym formom i przybierają postać pytania retorycznego, albo wiersza zbudowanego z cytatów czy gier językowych podobnych do tych uprawianych dawniej przez poetów pokolenia roczników 60-tych takich jak Marcin Świetlicki, czy Robert Tekieli. W jednym z tekstów Miki czytamy „Jaźń przyjaźni / Jaźń przy jaźni.” W tym tekście ze strony 16-ej znaczenie jest zbudowane na podstawie gry językowej – rzeczownik „przyjaźń” po rozkawałkowaniu go na dwie części rozbija się na dwa słowa „przy” i „jaźń”. Mika czasem w tekstach zestawia wersy w sposób zaskakujący, sens ich jest nie uchwytny, na pewno są to teksty niejednoznaczne. Jedne frazy w poezji Miki bardziej opalizują ze sobą, drugie mniej. Ale tych drugich nie ma tak dużo. W „Belles lettres” najczęstszym chwytem poetyckim Miki jest zaskakiwanie czytelnika nietuzinkowymi obserwacjami, abstrakcyjnymi dywagacjami religijnymi i kulturowymi. Obrazy w poezji Miki mogą wsiąknąć, Bóg i człowiek są lustrami, które nawzajem patrzą na swoje twarze, starsza kobieta może czekać „w najdalszym kącie / Własnej modlitwy”, a „nagrody w programie” może ufundować Bóg (z dużej litery).

Precyzja języka, oszczędność językowa, spore umiejętności wykorzystywania środków artystycznych to na pewno spore atuty autora „Belles lettres”, ale czasem brakuje w jego poezji większych skrawków tętniącego życia, z rzadka młody poeta wgryza się w rzeczywistość. Chociaż i takie wiersze mamy – jak całkiem niezły aforyzm - „Centrum handlowe: / Ludzie zmieniają marzenia / W rzeczy.” Albo dłuższy wiersz, który zaczyna się niczym wiersz z lat 90-tych od konkretu czasowego – wiemy, że rzecz dzieje się w niedzielę, a „Porządni ludzie (&#8230;) / Mają regularne: / Spłaty rat, cykle miesięczne, orgazmy, urlopy”. Na rzeczywistość w poezji Miki składają się głównie handel, fizjologia, seks, urlopy. Więc można domniemać, że pozostałe wiersze – haiku i aforyzmy próbują jakby rozciąć rzeczywistość, poszukać pod jej powierzchnią jakiś innych sensów, kartka staje się miejscem zadumy nad sensem istnienia. Poeta stara się także poszukać nietuzinkowych poetyckich skojarzeń, splotów okoliczności w rzeczywistości, która wydaje się mu być zbyt jednoznaczna.

Mika na pewno przekonująco opisuje relacje damsko-męskie w swoich skondensowanych wierszach, skrupulatnie obserwuje współbycie dwojga w związku. W ciekawym wierszu ze strony 80 czytamy „Twoja nieobecność / Skrapla się w łzy. // Tylko przez nie / Stajesz się widzialna.” Dopiero brak ukochanej pokazuje prawdziwe uczucie. W innych tekstach zdarza się Mice odchodzić od duchowo-uczuciowo wyrażanej miłości, a zastępować to obserwacjami ze sfery naturalistyczno – fizjologicznej jak to się dzieje w zaskakującym nawet aforyzmie ze strony 50-tej - „Miłość – wydzielina / gruczołu wieńcowego”. Mikę także interesują takie tematy jak czas i śmierć. Poecie zdarzają się też mniej udane koncepty jak ten, który możemy przeczytać na stronie 59-ej - „My / To dom”. W tym tekście Mika posługuje się banałem, co rzadko mu się zdarza w innych tekstach. Dom to mieszkanie, ale także ludzie spokrewnieni w nim mieszkający. Tekst nie zaskakuje, ponieważ każdy czytelnik wie, że słowo „dom” może mieć dwa znaczenia.

Jeśli chodzi o czasy współczesne nie mamy w nich wiele poezji o podobnej manierze kondensacji treści jak w przypadku twórczości Artura Miki. Co prawda czasem Bohdan Zadura zamieszcza w pismach i książkach lakoniczne wiersze, czy Krystyna Miłobędzka. Ale takich zdecydowanych poetów lakonicznych nie jest dużo. Warto tu wspomnieć o podobnie zbudowanej poezji Marka Wawrzyńskiego z Krakowa, który od lat uprawia poezję w zapisie przypominającą haiku, która jednak zawsze jest śladem jakichś konkretnych obserwacji z codziennego świata. Jeśli chodzi o współczesnych aforystów też ich nie znam wielu, zarówno Marek Parulski, czy Sebastian Post, wydają się być na razie na wyższym poziomie zaskakiwania niż Artur Mika, choć na pewno autor „Belles lettres” zbliża się do ich poziomu. Tylko niektóre najkrótsze formy Miki mają to za co ceni się aforyzm, błyskotliwą myśl, która zaskakuje czytelnika. Na pewno w następnych tomach poeta podrasuje jednozdaniową formę, bo przecież marzeniem każdego aforysty jest to „by jego aforyzmy jeszcze w sto lat później miały kłopoty z cenzurą” jak pisał Gabriel Laub.


Artur Mika, Belles lettres, Mamiko 2012

Mateusz Wabik





Polskie ballady z krainy fiordów. O „Nie rzucim ziemi” Grażyny Bajer.



W 2013 roku noworudzkie wydawnictwo Mamiko wydało także drugą książkę Grażyny Bajer pt.
"Nie rzucim ziemi". Także i w nowym tomie wierszy polskiej emigrantki w Norwegii istotnym motywem jest tęsknota za ojczyzną, która od czasów romantyzmu pojawia się w polskiej literaturze. Jednak w porównaniu do pierwszego tomu, oprócz owej tęsknoty skłaniającej do refleksji nad polskością, tęsknoty za ojczyzną, która każe wspominać dawne, odległe czasy pojawia się większy zakres tematyczny w poezji Bajer, co niewątpliwie świadczy o wzbogaceniu się jej poezji. Oprócz tęsknoty za ojczyzną polska poetka porusza takie tematy jak istota macierzyństwa („Matka”), trudne czasy dla ludzi zwykłych i wrażliwych („Prawdziwy Bohater”), zastanawia się nad złem w świecie, Bajer chwali zgodę między ludźmi w wierszu „Zgoda buduje!”, opisuje ślub i małżeństwo w sposób idealistyczny („Już mi niosą&#8230;”). Obok rymowanych wierszy zaczynają pojawiać się w poezji Bajer białe wiersze, bez rymów. Poetka także operuje poezją mającą cechy rozważania, zapis niektórych tekstów z „Nie rzucim ziemi” odnosi się do poezji Młodej Polski. W ciekawym wierszu „Bardzo śmieszne” poetka eksperymentuje z fabułą wiersza, opisując zjawienie się w mieście abstrakcyjnego „bardzo śmiesznego”. W wierszu nie pojawia się opis sytuacji wywołującej śmiech, tylko reakcje ludzi różnych zawodów na przybycie tego co wywołało śmiech. Tego abstrakcyjnego, kolokwialnego powiedzenia „bardzo śmieszne”. Wśród wierszy z omawianego tomu mamy także wiersze opisujące życie alkoholika i grzybobrania ze swoją ciotką.

Także i w swoim drugim tomiku, poetka przywołuje cytaty z innych wierszy, z których buduje własne intertekstualne teksty. W wierszu „Kto ty jesteś” przywołuje kilka fraz ze znanego wiersza Władysława Bełzy pt. „Wyznanie wiary dziecięcia polskiego”, który znalazł się w wydanym w 1900 roku tomie poezji „Katechizm polskiego dziecka”. Te zaczerpnięte wersy „ – Kto ty jesteś? - / - Polak mały!” są zestawione z wierszowaną wersją legendy o protoplastach słowiańskich państw i narodów Lechu, Czechu i Rusie, która pierwszy raz została zapisana w 13-owiecznej „Kronice Wielkopolskiej”. W balladzie „Nimfa leśna” poetka wykorzystuje cytat z ballady Mickiewicza „Romantyczność” – „miej serce i patrzaj w serce” jako pointę do fabuły, w której „młodzieniec poszedł do lasu” by szukać miłości u nimfy. W wierszu „Przyszła baba do doktora” Bajer buduje fabułę do linijek znanych z popularnych w latach PRL-u dowcipów o przyjściu baby do lekarza. Wiersz jest erotykiem i ukazuje sytuację przyjścia „do doktora” dziewicy, która przeradza się w namolne zaloty doktora i próbę zmuszenia kobiety do stosunku erotycznego. Ba tytuł swojego drugiego tomiku, poetka zaczerpnęła z wiersza Marii Konopnickiej pt. „Rota”.

Wiersz Bajer „Karolina” ma balladowy charakter. W nim poetka opisuje dzieje siedemnastoletniej Karoliny, która także jak autorka wyemigrowała do Norwegii. Przyczyny jej pobytu w Norwegii nie zostały wyjaśnione: „pięć lat minęło gdy tu przyjechała / bo często są takie losy”. Poetka opisuje w przywołanym wierszu, że owa siedemnastolatka źle znosiła rozłąkę z ojczyzną, cieszyły ją każde wyjazdy do Polski na wakacje. Karolina została miłością syna poetki, co zmieniło jej życie jak można wywnioskować z wiersza. W innym wierszu „Synku mój” jednak okazuje się, że Karolina wolała nordycki typ urody, a wiersz jest pocieszeniem dla syna po nie udanym związku. Poetka namawia syna do opamiętania i poczekania na kolejną, prawdziwą miłość: „ty masz dopiero dwadzieścia lat / poczekaj to jeszcze nie twoje Story”. W tym tekście jak czytamy poetka wplata obcojęzyczny wtręt „story” do swojego wiersza.

Poetka na emigracji także wspomina swoją młodość, w tomiku został zamieszczony wiersz „Lekcja wychowawcza”, który został napisany przez Bajer w wieku 16 lat. W „Pani od matematyki” mamy opis spotkania nauczycielki z lat szkolnych, jest to opis ciepły i życzliwy, w tym wierszu są także zawarte wspomnienia z lat szkolnych. W wierszu „czy pamiętasz&#8230;” poetka wspomina dawną miłość: „czy pamiętasz jak ze mną tańczyłeś disco / trzymałeś mnie w ramionach byłeś tak blisko”. W wierszu „Wanda” poetka nawiązuje do jeszcze jednej polskiej legendy związanej z polską księżniczką Wandą, która nie chciała Niemca, ta legenda została zapisana w kronice przez Wincentego Kadłubka.

W drugim tomie poetyckim Bajer zabrakło miejsca dla poezji krajobrazowej, więcej jest pracy intelektu, niż nostalgii. Także jak wspomniałem wyżej zakres tematyczny uległ znacznemu poszerzeniu w stosunku do pierwszego zbioru. Ciekawe wydaje się sięganie przez Grażynę Bajer do słowiańskich legend, gdyż na emigracji jest zwiększona potrzeba poczucia własnej tożsamości narodowej. We współczesnej poezji w Polsce ta tematyka słowiańska w ogóle jest nieobecna, w przeciwieństwie do muzyki rockowej i metalowej. Mam nadzieję przeczytać niebawem kolejny tomik poetki.

Grażyna Bajer. Nie rzucim ziemi Nowa Ruda : Mamiko, 2013

Mateusz Wabik





ANIOŁY NIE UMIERAJĄ NA RAKA


       Niemal dokładnie w dwunastą Wigilię legendarnego, I Najazdu Poetów na Zamek Piastów Śląskich w Brzegu, 11 grudnia 2002 roku, przyjechała do Brzegu książka, która zarazem zdaje się być podsumowaniem i otwarciem pewnego etapu w duchowym życiu naszej lokalnej społeczności. Prosto z drukarni w Nowej Rudzie przyjechał Tomasz Zacharewicz, od kilku lat lokalny reporter Radia Opole, związany ze Stowarzyszeniem Żywych Poetów od początku jego istnienia, a samochód jego wypełniały egzemplarze poetyckiego debiutu – „Anioły nie umierają na raka”.
      Niezależnie od jednostkowych wartości, książka ta jest podsumowaniem i początkiem zarazem. Podsumowaniem, gdyż kończy pewien etap zbiorowego życia Stowarzyszenia Żywych poetów, początkiem, bo istnieją przesłanki do tego by przypuszczać, że otwiera serię indywidualnych dokonań dojrzewającej młodzieży ze Stowarzyszenia. Do tej pory bowiem, indywidualnymi dokonaniami mógł się poszczycić jedynie Ojciec Założyciel – Janusz Wójcik, z tym, że jego książki powstawały jakby autonomicznie, w chwili gdy zakładał Stowarzyszenie i na wstępnym etapie kierował działalnością grupy – dysponował już materiałem tworzonym samodzielnie, trudno zatem powiedzieć aby jego twórczość powstawała w obrębie grupy. Była z góry bytem samoistnym, osobistym i oddzielnym. Tomasz Zacharewicz jest pierwszym autorem, który od początków swojej twórczej drogi z grupą był związany, jego wiersze tworzyły się w tym kręgu ludzi i spraw, od źródeł. Oczywiście powyższa uwaga dotyczy wyłącznie pozaliterackich okoliczności powstawania utworów, jest refleksją bardziej z zakresu mikrosocjologii literatury,
i niewiele mówi o samych wierszach, gdyż te, niezależnie od wszelkich okoliczności, mają zakotwiczenie w autorze. Są obrazem wytwarzanym przez prywatną soczewkę jaką patrzy na świat i samego siebie w tym świecie. Dla mnie, jako „człowieka-lepiszcza”, którym starałem się być przez ostatnich kilka lat dla Stowarzyszenia, książka Tomka Zacharewicza jest znakiem nieuniknionego czasu, kiedy obok silnej więzi grupowej, pojawiają się zjawiska osobne i samoistne, kiedy grupa zaczyna wytwarzać indywidualności, co zresztą nie musi wcale tej małej społeczności szkodzić. Wręcz przeciwnie, wierzę, że ja wzbogaca.
     Tomek na swój debiut pracował 11 lat. W czasie gdy w najmłodszej poezji zapanowało rozprzężenie, brak spójności estetycznej, gdy rozgdakała się rozmaitymi głosami, gdy polifonia momentami zaczęła się osuwać w bezmiar chaosu, Tomek Zacharewicz uparcie drążył słowo w samotności, mając w poważaniu – nieważne
z jakich powodów – zmieniające się modne dykcje. Jest zatem w tych wierszach coś ze szlachetnej odrębności a jeżeli szukać jakichkolwiek odniesień, czy literackich inspiracji, to okażą się one leżeć daleko od bieżących sporów i dylematów najmłodszej polskiej liryki. Byłem współredaktorem tego tomu, zatem trudno moje pisanie nazwać obiektywnym. Nie tylko bowiem poczuwam się do współsprawstwa w powstaniu tej książki, ale też byłem obecny przy powstaniu większości tych tekstów. Znając autora, chciałem poprzez ich układ i wzajemną korespondencję, opowiedzieć pewna historię, która po części być może jest historią autora, ale czytelnik może odnajdzie w niej także fragment swojej opowieści.
     W pierwszych wierszach pobrzękuje echo fascynacji symboliką neoklasyczną, śródziemnomorską, chociaż od razu znajdą się przełamania osobistym, emocjonalnym rytmem. To opowieść człowieka, który z tym dziedzictwem się zmaga, i ostatecznie chyba się w nim nie odnajduje, nie dociera do zadawalających odpowiedzi, bowiem jego sercu daleki jest podszyty intelektem stoicyzm czy cynizm. Wyrusza w świat, jak w ludowych baśniach, pakując swój skromny wieśniaczy tobołek, szukać wody życia, sensu, czegoś co uspokoi trzepot skrzydeł, bęben serca, zdejmie kataraktę z oczu ślepego Cezara (por. jeden z najlepszych tekstów „Sen Imperatora” str. 12), uratuje od utonięcia w tłumie (podobnie dobry wiersz „Ikar 1997” str. 16). Pierwsza część tomu to zarazem credo i księga wyjścia. To co następuje potem, to kronika nieuchronnie jałowego błąkania się po miastach (mieście?), docieranie do granic tzw. bez-nadziei („jeszcze trochę o tzw. bez-nadziei” str.35). Wszelkie wizje przystani zdają się być tylko zjawami, pozostają zimne ulice nocą, bezdomne psy, znaczniki upływającego czasu. Może nawet znaki czasu przelatującego przez palce. Wreszcie dochodzi do ostatecznego muru. Stany bliskie śmierci, chociaż nie tej dosłownej, bardziej metaforycznej, użytej na opisanie momentów, kiedy coś odchodzi w przeszłość, i wiadomo że nigdy nie powróci, że pojawia się w życiu absolutna nieodwracalność. Motyw śmierci, nie jest odnoszony bezpośrednio do podmiotu wierszy, jest wobec nich zewnętrzny, ginie owad (str.36), snute są plany zamordowania konia (str.37), obserwuje się trupy (str.39), ustala się wymogi, które trzeba spełnić przed zejściem z tego świata (str.38). Śmierć zatem jest projektowana na zewnątrz, przez co unika się w tekście, tak drażniącej u młodych poetów dosłowności, pretensjonalnego i neurotycznego naśladowania gestów tragicznych postaci literackiego panteonu.
     Opanowanie chaosu, potwora entropii pożerającego wszystko co widzialne, doprowadza wyimaginowanego bohatera do reintegracji. Chciałoby się powiedzieć, że powraca do punktu wyjścia, do miejsc najbliższych, odnajduje drobne, a przecież ważne kotwice, punkty zaczepienia w rzeczywistości. Bo pojawia się Ona, a zatem fundament własnego domu, pojawia się córeczka Julia, i kto wie, może wśród koncertu, jakim rozbrzmiewa wspomnienie dzieciństwa:
„... wśród jabłoni
leszczyn
modrzewi
jabłka, orzechy, szyszki
wędrują w dół
w dal
w paprocie...”
(str. 52)
... może tam właśnie zbuduje się jakiś prywatny szaniec ciepła, płytki, ale wystarczający okop, naprzeciw „złu dobrego świata”, kto wie, może kiedyś znowu stanie tam gliniana stodoła od której wspomnienia zaczyna się ta historia?
     Wspomniałem, że inspiracje tych wierszy to poboczny nurt w polskiej literaturze. To dążenie do melodyki i rytmizacji, chociaż z zaniechaniem rymów i zestaw rekwizytów wykorzystywanych swego czasu przez zapomnianego trochę Tadeusza Nowaka, to atmosfera przywodząca, nie wiem na ile słuszne – skojarzenia z „magicznym realizmem” spod znaku wielkich pisarzy iberoamerykańskich (Borges, Marquez, Llosa i – czy mnie wzrok nie myli? – Coehlo?). Niemożność, być może szlachetna, oderwania się od korzeni, od ziemi, która współtworzy wyobraźnię, czyni z tomu Tomka Zacharewicza, propozycję na pewno osobną. Nie wiem czy unikalną. Wiele wierszy wydawało mi się jeszcze naderwanych, temperament autora nie pozwalał ich doszlifować do końca, nadać im ostatecznego blasku, pozostawiając zamaszystość spontanicznego aktu. Pozostawiałem je, bo wydawały mi się dobrze dopełniać całości narracji jaką próbowałem w tych wierszach znaleźć, wydobyć na światło dzienne, nierzadko wbrew chronologii, bowiem te 11 lat pisania zostało gruntownie przemieszane.
     Pozostaje pytanie o to co dalej, gdzie poprowadzą autora tego tomu ścieżki wrażliwości i krewkiego spontanicznego aktu twórczego. Mam przeczucie, że ten sposób pisania pozostawia wiele możliwych dróg rozwoju. Jedna uwaga na drogę – skoro się już dojrzało, czas na utwory o innym ciężarze, innej mocy. Przy zachowaniu wszystkich dobrych cech tego co zostało napisane do tej pory, trzeba chyba cały czas dążyć do radykalnych odnowień języka. Droga opisana w tomie, nie jest bowiem drogą po okręgu, ale – w moim odczuciu - po spirali, zatem wraca się do tego samego punktu, aczkolwiek w widzianego z innej, szerszej, perspektywy.
     Zatem ciąg dalszy nastąpi, a mnie pozostaje autorowi życzyć więcej wytrwałości w przebijaniu się do szerszej czytelniczej świadomości, męstwa i otwarcia na konfrontację, co zdaje się do tej pory zaniedbywał z niewiadomych względów, mając ku temu wszelkie predyspozycje. Debiut jest ku temu doskonałym pretekstem.
Życzę także małostkowo (bom współredaktor) szczęścia samej książce, żeby nie przepadła w powodzi niskonakładowych tomików wydawanych we wszystkich zakątkach jednego z najbardziej żywotnych targowisk poezji w Europie – Polsce.

Radosław Siekierezada Wiśniewski

(Tomasz Zacharewicz, „Anioły nie umierają na raka”, wydawnictwo „Mamiko”, Nowa Ruda 2003







Wojciech Giedrys, „Ścielenie i grzebanie”, Mamiko, Nowa Ruda 2004


      Budzę się. Otwieram oczy. Słońce złoci powietrze i ciepłymi promieniami głaszcze moją twarz. Lekki wiatr porusza zawieszonymi przy frontowych drzwiach dzwoneczkami. Ten pierwszy z miliona dźwięków rozpoczyna radosną symfonię dnia. Cieszy mnie myśl o kolejnym czekającym dniu. Znów mogę zrobić wszystko cokolwiek zechcę, cokolwiek sobie wyśnię, wymarzę. Nawet gdy po raz kolejny postanawiam zacząć wszystko od nowa, nie dokonuję mordu na swojej przeszłości. Nie żałuję niczego co zrobiłam, a kiedy podstępnie pojawia się w moim sercu żal, że czegoś nie zdążyłam zrobić, ratuję się przed nim myślą o czekającym na mnie długim, tym albo przyszłym życiu. Taka jestem, taką siebie uczyniłam, taką mnie uczyniono. Z tego też względu liryka Wojciecha Giedrysa to dla mnie wyjątkowo gorzki owoc. Dekadenckie, pesymistyczne widzenie świata jako pozbawionego sensu, przepełnionego tragizmem, wyzutego z ludzkiego współodczuwania i miłości, nie jest wyrazem wyłącznie współczesnych czasów. Równie rozpaczliwie, a jednak jakościowo całkiem odmiennie krzyczał poprzez swą poezję choćby Stachura. Jego ból, niepewność jutra, choć były niemniej rozdzierające zawierały w sobie jednak nieodmiennie element nieziemskiego piękna. Tego piękna, którego czasy współczesne ze swoją sztuką, z naturalistyczną poezją zdają się być pozbawione.
      Liryka Wojciecha Giedrysa zawieszona jest pomiędzy narodzinami, życiem i śmiercią. Łączy dzieciństwo, okres buntu i dorastania, pozornej dorosłości i nieuleczalnej starości. Zaciera granice pomiędzy człowiekiem i zwierzęciem. Gdyby autor idąc za radą Nietzschego uczynił przeszłość, teraźniejszość i przyszłość wyrazem własnej, zawieszonej nad sobą niczym jedyne nienaruszalne prawo, woli dostąpiłby boskiej pełni. Uwolniłby swe ludzkie istnienie od zgubnego, nienawistnego resentymentu. Od uczucia przez które człowiek toczy sam ze sobą nieustannie wyniszczającą wojnę. Droga, którą podąża autor tomiku „Ścielenie i grzebanie” nie zbiega się jednak z drogą Nietzschego nie tylko ze względu na indywidualność jednostkowego ludzkiego istnienia. Wybór drogi prowadzącej w przeciwnym kierunku niż ta wiodąca ku pogodzeniu się ze sobą i światem zdaje się być świadomym wyborem autora. Wyborem życiowym i artystycznym. Z pewnością nie jest to wybór ostateczny. Ludzka młodość, ludzkie życie, pełne są nierzadko radykalnych przeobrażeń. Nieprzewidywalne czeka nas tuż za rogiem przecząc wszelkiej ostateczności.
      Podmiot liryczny opuszczony przez kolejną bezimienną kobietę próbuje na nowo nakreślić rozmyte, rozpływające się w jego spojrzeniu kontury rzeczywistości. Dobiera się do zakurzonych szafek, na których pogrążone w wiekuistym śnie rozkwitają, pleśnią oczywiście, zeszłoroczne pająki i muchy. Oprawcy i ofiary złączeni są nierozerwalnym małżeńskim węzłem, w tym i przyszłym życiu. Szuflady wypełnione są rachunkami i listami do kobiet, o których trzeba zapomnieć pogrążając się w pozbawionym czucia i świadomości śnie. Jedyną kobietą posiadającą własną twarz jest Matka. Ona dała początek życiu i podsycała jego żar dzień po dniu, by nie zgasł i miał siłę przetrwać. Wokół postaci matki koncentruje się wiele lirycznych obrazów tomiku „Ścielenie i grzebanie”. Towarzyszy ona dziecięcej wyprawie do sklepu ze słodyczami, odprawia magiczne kuchenne rytuały wypełniając czas dzieciństwa niezapomnianym aromatem migdałów, ziół, pieczonych ciast i mięs. Ona jest tą, która na czarnym firmamencie nieba zawiesza rozpraszający mrok księżyc. Prócz niej wszystkie pozostałe składające się na życie podmiotu lirycznego elementy są niestałe. Podmiot liryczny choć pogrążony jest w przemijalności, zmienności, nie godzi się na nią. Staje się medium, poprzez które wypowiadają się inni ludzie zyskując tym samym własne istnienie. Bieda, przemoc, samotność, brzydota, bezlitośnie powtarzalna pospolitość, to stałe tło wierszy Wojciecha Giedrysa.
      Bogactwo, choć zazwyczaj pełne przepychu jest zwykle po prostu nudne. Bieda bliska jest ludziom sztuki nie dlatego, że sami jej często doświadczają, lecz ze względu na jej zachwycającą barwność, malowniczość, wyjątkową siłę kreacyjną. Jest ona wyśmienitym, doświadczonym rzeźbiarzem, którego tworzywem jest zarówno martwa tkanka rzeczywistości jak i jej żywa, ludzka tkanka. Biedę postrzegamy jako bardziej prawdziwą. Wydaje się, że właśnie w jej świetle możemy dowiedzieć się najwięcej o sobie i swoim człowieczeństwie. Autor wykorzystuje to i wprawnie żonglując słowem roztacza przed oczami czytelnika skłaniający do wielu indywidualnych przemyśleń obraz poetyckiego świata. Człowiek jest weń włożony, świat jest dla niego zbyt dużym ubraniem i żadną miarą nie chce wyglądać jak gdyby był uszyty na miarę. Podmiot liryczny błąka się brudnymi ulicami miasta, pomiędzy niezliczonymi blokami zamieszkanymi przez mrowie ludzi. W tym świecie trawionym przez nowotwór nawet przedmioty patrzą na człowieka wilkiem. Nic więc dziwnego, że podmiot liryczny prosi, by odciąć go od miażdżącego poczucia winy, za grzechy własne, innych ludzi i całego świata, a mnie znów na myśl przychodzi Nietzsche. Filozof ten uprawomocniał tak wielkie poczucie winy skłaniając świadomość do dobrowolnego przyjęcia na siebie odpowiedzialności.
      Z punktu widzenia ludzkiego życia jest to moim skromnym zdaniem o wiele bardziej obiecująca droga. Gdy za punkt odniesienia przyjmiemy poezję będziemy zmuszeni przyznać, że oba sposoby widzenia świata, że obie praktyki życiowe są równie płodne.

Anna Wójcik

A.W.





NIETZSCHE, SUPERMARKET I SEKS ORALNY


Ninette Nerval, Kalifornijski supermarket, Nowa Ruda 2012
9/10

Jak informuje notka z tyłu książki, autorka
Kalifornijskiego supermarketu Ninette Nerval, studiowała na Sorbonie, Uniwersytecie w Wiedniu i na Uniwersytecie Jagiellońskim, a do pisania swojej poezji wybrała język polski, przez co jej poezja znalazła się w polskiej literaturze współczesnej. W jej wierszach spotyka się mnóstwo przestrzeni poetyckich, różnorodnych rejestrów, że można już dzisiaj stwierdzić, że polska poezja zyskała nietuzinkową autorkę. Po pierwsze w jej wierszach czuć wpływ poezji pokolenia beat generation, szkoła nowojorska jest odesłana do śmietnika (w „Naszym własnym Idaho”), gdzieniegdzie prześwieca fascynacja poezją Marcina Świetlickiego, co ciekawie się prezentuje pod piórem pochodzącej z Francji poetki. Mamy w jej wierszach wiele seksu, chorób psychicznych i rejestracji współcześnie niezwykle rozwijających się zboczeń - homoseksualizmu i transwestytyzmu, reminiscencji podróży do Stanów Zjednoczonych, chorób wenerycznych, pogłosów II-ej wojny światowej, dekonstrukcji, postmodernizmu, alkoholu, trochę narkotyków, kultury rocka – autorka lubuje się w przebrzmiałym już dzisiaj grunge rocku, ale bohaterowie jej wierszy słuchają nie tylko Nirvany, ale także Melvins. W „Kalifornijskim supermarkecie” są także tony mroczne i brutalne: „teraz wszystko / podejrzane ponieważ trochę się rżnęliśmy / nie było żadnych śladów paniki” („Psychole z Lower East Side”), ale także frywolne: „piękność w rozmiarze zero / prztyczek dla śpiewających cip / z plastiku” („&#8217;sugar daddy&#8217; albo buszująca w zbożu”). W język polski poetka także wplata słowa z francuskiego, niemieckiego, włoskiego, angielskiego, co robi niesamowite wrażenie – makaronicznej polifoniczności i luzu. Jednakże Nerval nie jest poetką maestrii językowej, a raczej fabularności poetyckiej. W polskiej poezji nigdy nie czytałem, niczego tak odważnego i mrocznego ze strony kobiety. Jeśli już do czegoś porównać wiersze Ninette Nerval, to można przywołać tomik Agnieszki Sobol – „Akty”. Tyle, że Nerval we wszystkim jakby podkręcała gałkę wzmacniacza. Także czasem jej wiersze, choć mniej, przypominają mi poezję Ewy Sonnenberg i Urszuli M. Benki. Ale cóż, tam gdzie przywołanym poetkom zdarzały się metafory, Nerval wali prosto z mostu, tam gdzie wydawało się, że Benka, Sobol i Sonnenberg są niezwykle odważne, to Nerval jakby zaczyna i idzie jeszcze dalej, tak jakby jej poezja była wymiotami po współczesnej kulturze, zmieszanym z wrażliwością i wielką erudycją. Niektóre wiersze robią niesamowite wrażenie zmianą tonu na cichy i spokojny jak w „Robaczywej miłości”, gdzie czytamy, że kobiecy podmiot liryczny dostał od swojej miłości – „paczkę / z jabłkami”, które zanim doszły do adresatki, wszystkie zgniły. Także znajdują się w poezji Nerval fabuły dotyczące wielkich i znanych twórców jak np. w „Chrystusie a rebours”, gdzie podmiot liryczny spotyka Hemingwaya. Dla poezji Nerval ważna jest także miłość, bycie razem, lojalność, o którą wg autorki trudno w dzisiejszym świecie: „obsmarowujesz mnie za / moimi plecami / robisz sobie dobrze / za moimi plecami / wymierzasz sobie przyjemność”. Także poetka bez kozery ukazuje najniższe instynkty, czy nie opisywane sfery codzienności – próby gryzienia, maltretowanie przez szefa, albo, że coś się rozlewa, lepi. Obrazy, które ukazuje Nerval w swojej poezji, czasem przypominają to jakby Tadeusz Różewicz chciał na starość napisać drugą część „Złowionego”, jednakże Nerval pochodzi stamtąd, dokąd podróżował Różewicz. Opisuje świat bez wstydu, autocenzury, powściągliwości w stosunku do brutalnych wyznań, która jest tak charakterystyczna dla polskiej poezji. Czasami ta poezja nosi wrażenie wielkiego jednego koktajlu, jestem bardzo ciekawy co dalej nastąpi. Co będzie zawierał następny tomik, jak już tyle się powiedziało. Zamilknięcie? Nowy ton w poezji? Prozę?

                                                      „Nihilista Polski” nr 3

Ninette Nerval, Kalifornijski supermarket, Nowa Ruda 2012



Mateusz WABIK





Mateusz Wabik


„Nie wierzę, że Jezus był Bogiem”. O poezji Grzegorza Świątoniowskiego.

       Książka poetycka Grzegorza Świątoniowskiego pt.
”Sód i potas; Wierzę w niespodziankę”, została podzielona jak tytuł tomiku na dwie części. Druga część została podzielona na mniejsze części składające się z dłuższych cykli, a nawet pojedynczego tekstu prozatorskiego jak w podrozdziale pt. „Wierzę w Niespodziankę”, z którego zaczerpnąłem tytuł. Cała książka Światoniewskiego to poezja nie bojąca się podejmować dylematów filozoficznych i religijnych (szczególnie w pierwszym cyklu drugiej części tomiku pt. „Bajki boże”). Jednym z głównych motywów poezji wrocławskiego poety jest sprawa wiary w Boga. Z początku wydawać się może, że mamy do czynienia z poezją katolicką, gdyż w wierszu „Plan B” podmiot liryczny deklaruje „żyję dla Boga”. jednakże poeta deklaruje się w połowie tomu jako nie wierzący. Zdarzają się Świątoniowskiemu wiersze także dotyczące wydarzeń historycznych, fantastycznych istot z baśni jak w wierszu „Bazyliszek”. W jednym wierszu dywagacje filozofów greckich zostały porównane do dyskusji znudzonych gejów („Starożytna Grecja”). Są w książce wrocławskiego poety także wiersze autobiograficzne. Poeta nie boi się używać w swojej poezji wulgarnych wyrazów przede wszystkim podkreślających wściekłość wynikającą z tego, że czasem nie znajduje odpowiedzi na zadawane przez siebie pytania. W tomiku „Sód i potas&#8230;” także zdarzają się refleksje kulturowe. Na pewno dobrym pomysłem było dodanie szczypty humoru do podnoszenia w wierszach ważnych zagadnień. Tak się stało na przykład w otwierającym tom, wierszu „Bogowie”, gdzie podmiot liryczny utyskuje nieco ironicznie, że przez ten nadmiar różnych religii na świecie, rozmaitych dogmatów wykluczających się wzajemnie nie może „nocą (&#8230;) spać spokojnie”. W poezji Świątoniowskiego można znaleźć także wiersz „Hume umiera”,, który można zakwalifikować do mocno sprozaizowanej liryki-maski, w tym wierszu podmiot liryczny wciela się w umierającego filozofa. Wiersz „Zrobiło się ja” ukazuje dyskursywnie proces dojrzewania, przebieg życia podmiotu lirycznego, jest w nim przemieszany język naukowy z językiem potocznym i wulgarnym: „Było coś w nim zabawnego: / owo konstytucjonalne dążenie / do wyodrębnienia z tła. / Kiedy dostawało w dupę, mówiło dumnie: / „To moja dupa!”. Ponadto w wierszach Świątoniowskiego pojawia się sporo postaci znanych z historii kultury jak Augustyn Aureliusz, Zygmunt Freud, wspomniany Hume. Także autora „Sodu i potasu” stać na refleksję poetycką dotyczącą pisania wierszy wg niego „słowa to układanki” – jak pisze poeta w wierszu „Rzeczywistość”. Na cykl „Bajki boże” (podrozdział części „Wierzę w Niespodzianki”) składają się wiersze z motywami zaczerpniętymi z Biblii. Poeta z Wrocławia próbuje w nich jakoś oswoić tematykę religijną z perspektywą współczesną, w tych wierszach panuje o wiele mniej podniosła atmosfera niż w „Biblii”. W jednym z jego wierszy „Mojżesz” – tytułowa postać bierze „sprawy w swoje ręce”. Poeta także wytyka błędy w religii katolickiej jak np. w wierszu „Nie przesadzajmy”, czytamy „nie przesadzajmy z mądrością Pisma. / Są teksty bogatsze w mądrość, / teksty głębszej metafory”. Według podmiotu lirycznego wierszy Świątoniowskiego jest w „Biblii” „kilka godnych uwagi koncepcji; / ale też dużo, dużo gadania. / I dużo bredni.” Poeta nie neguje istnienia jakiegoś boga, jednakże często zadaje trudne pytania religii katolickiej. Być może, są to próby opisu religii z punkt widzenia niewierzącego, gdyż według poety relacja Boga z wiernymi, jest relacją taką samą jak ojca (a raczej „Ojca”) z dziećmi. W „Sodzie i potasie” pojawia się również motyw niewiary i szalonego boga.
       Wiersze Świątoniowskiego przypominają tonem styl wierszy Różewicza, jednak poeta z Radomska nie buduje tak wierszy stuprocentowo zrozumiałych. Niektóre teksty Świątoniewskiego przypadkowo zupełnie przypominają swym tonem poezję Radosława Wiśniewskiego z debiutanckiego tomu „Nikt z przydomkiem”. Obaj poeci połączyli w swojej poezji poszukiwania sensu w codziennym życiu z lekturą ważnych dzieł dla kultury śródziemnomorskiej. Styl jaki panuje w poezji Świątoniowskiego to coś w rodzaju dyskursywnych rozważań połączonych z tonem frywolnego nabijania się z mądrości religijnych i filozoficznych. Nie ma w poezji Wrocławianina wierszy nie czytelnych, zawiłej wersyfikacji, często poeta sięga po idiom mowy potocznej, który w połączeniu z tematyką wierszy robi piorunujące wrażenie. Jest to na pewno świadome unieważnienie klasycznej zasady decorum, mówić o rzeczach ważnych w dostojnym tonie. Poezja Świątoniowskiego mówi o rzeczach ważnych niskim tonem i przez to znajduje się na przeciwległym biegunie ponowoczesnej poezji, uwznioślającej zwykle życie, zdarzenia i codzienne sytuacje. Ten bardzo pewny siebie ton wypowiedzi z użyciem wulgaryzmów, jest dla mnie jako czytelnika współczesnej poezji pewną nowością poetycką. Przekleństwa w poezji Świetlickiego, czy Maliszewskiego zdarzały się w kontekście sytuacji lirycznych, a nie w konstrukcjach dyskursywno-biograficznych. Szkoda, że wrocławski poeta nie rozstrzygnął dylematu istnienia, czy nieistnienia Boga. Trochę to razi, zważywszy na ten ton pewności siebie. Ten brak rozstrzygnięcia czy podmiot liryczny jest wierzącym, czy nie jest małym minusem tej dosyć ciekawej, choć nieco ubogiej, pod względem zawartości poezji w poezji, książki. Poeta owo rozstrzygnięcie tego podstawowego religijnego dylematu pozostawia przyszłości, gdyż wierzy jak czytamy w tekście „Wierzę w Niespodziankę”: „w zadziwiające zwroty akcji w naszej przyszłości”. Zatem pozostaje czekać na następny tom wierszy Grzegorza Świątoniowskiego.

Grzegorz Świątoniowski. Sód i potas; Wierzę w Niespodziankę, Mamiko 2013
Mateusz Wabik





Tajemnica własnego znikania. "Elipsa" Macieja Bieszczada (impresja)


Na tom Elipsa – debiut poetycki Macieja Bieszczada – składa się poezja, która zmierza w ciszę. Jest to literatura świadoma językowych ograniczeń i celująca w niedomówieniach, za sprawą częstych poniechań poetyckiej cody, która nie spina swą klamrą materii wiersza. Literacki świat Elipsy istnieje bez wyraźnej klauzuli domknięcia i otwiera się czytelnikowi szeroką drogą interpretacyjnych możliwości. Poetyckie zapisy są zorientowane na tajemnicę stawania się i podejmują dykcje, którymi komunikuje się z nami rzeczywistość. Prostota wrażeń zawartych w omawianych wierszach, zdaje się skrywać coś jeszcze: przeczuwa się jakąś możliwość widzenia pełniejszego, bliskiego następstwom zmiany, wyznaczającej kierunek, horyzont dla obrysowanej w wierszu rzeczywistości. W otwierających tom Ogrodach po deszczu czytamy:

Przyglądam się mokrym dłoniom
zanurzonym w mokrym zapachu czeremchy.
O tak wczesnej porze zaledwie dostrzegam ich zarys.
Liście opadając zamieniają się w rozśpiewane ptaki.
Podobno miałem być promieniem, ale czas wcielił mnie
W podmuch wiatru. Powietrze jest czyste.
Prawie dnieje. Przestrzeń zdaje się nie mieć końca1.

Wiersze niejako wychodzą ze słów. Często to właśnie milczenie jest ich żywiołem, zaś same zapisy są jak szybki, krótki oddech. Potem następuje cięcie – zazwyczaj asceza opisu otwiera możliwości anektowania w orbitę wiersza niewyrażalnego. Zdolność redukcji oraz niekonieczność nazywania wszystkich wrażeń słowami, uwydatnia rozległe pole działania dla wyobraźni. Czytamy w wierszu Echo:

Co zostaje?
Mowa nieobecności?
Czytam ze strzępów, które wyrzuciła prastara głębia.
Tyle prochu i tak niewiele ułudy.
Gorący oddech toczy czaszki i gałęzie.
Odwracam głowę w stronę szarego oceanu.

Obcujemy z poezją, która żąda skupienia, gdzie temat rozwija się swoim tempem i jest zawsze na poetyckiej krawędzi, skąd można ruszyć dalej ale nie trzeba. Pogłębiona kontemplacja występuje na równi z dojrzałym namysłem. Poezja ta – wypada zgodzić się z celną refleksją Magdaleny Rabizo-Birek – jest tropieniem prześwitów bytu. Obraz zawsze coś zasłania – dlatego winniśmy patrzeć dalej. Bieszczad nie do końca ufa słowu, stara się wypracować dystans między „sobą a nimi”. Pobierając nauki u Różewicza i podobnie jak autor Wyjścia pejoratywnie oceniając „gadulstwo” wierszy współczesnych, daje temu wyraz w lirykach O nocnych wędrówkach czy Elipsa. Z poetyki wiersza krótkiego.

Elipsa, czyli kondensacja wypowiedzi i opuszczenie słów, których obecność nie jest potrzebna by uwydatnić teraźniejszość stawania się rzeczywistości. Zacytujmy Poeta Tu Fu pisze wiersz:

Porywisty wiatr uniósł dzikie kaczki.
Wzbiły się rozbudzone w sine niebo.
Na brzegu rzeki kilku rybaków
rozmawia o udanym połowie,
skrupulatnie gasi ogniska.
Niepokoi mnie to puste miejsce,
nieopisane, pominięte,
tam w górze, ponad obłokami.
Myślę o tym kim będę,
kiedy już zwiną sieci
i wrócą do swoich domostw.

Poetyckie spojrzenie odbija się od rzeczywistości, od tajemnicy. Szuka wyłomów, miejsc skąd wyziera czyste, nie zaprzątane ludzkim wzrokiem bycie. Jest jakaś podskórna obietnica w tej poezji, gdzie niezmącona świadomość widzenia rzeczy takimi jakimi są prowadzi nas coraz głębiej – zdzierając zasłony mowy – w to, co jest. Najchętniej powiedziałbym, że wiersze te otwierają się na Wschód. Nie narzucają się czytelnikowi, starają się być bliżej rzeczywistości niż języka. Opis wydaje się determinowany koniecznością przekłucia poetyckiej medytacji, która uczy dostrzegania pełni w drobinie, uczy pokory wobec niepojętego trwania (również i mojego) pośród Wielkiej Całości. Przywołajmy wiersz Bramy i klucze:

Nie poprzestawaj na obrazie.
Ulegaj mu do pewnego momentu.
I kiedy uznasz że pozwoliłeś
mu na dużo więcej niż początkowo
zamierzałeś pytaj o to co
za nim marnieje dopytuj się
o to co się za nim dusi
stado wron bezbarwne
niebo jedynie coś zasłaniają.

Sprawa (tej) poezji pozostaje otwarta. Pozostaje otwarta na wydarzenia rzeczywistości. I jakby od niechcenia zbliża się do miejsc, które uchylają się przed poetyckim opisem. I owe miejsca, klarownie odpodobnia wierszem. Delikatnie wskazuje prześwit, w którym może być coś (jeszcze) albo nie musi być nic (więcej).

[Bartosz Suwiński, Tekst ukazał się w: „Fraza” 2011, nr 1]
Bartosz Suwiński





HERAKLITOWE "PANTA REI" W POEZJI ELŻBIETY LIPIŃSKIEJ.



       Przede mną leży pachnący jeszcze farbą drukarską najnowszy tomik poezji Elżbiety Lipińskiej "Pożegnanie z czerwienią",wydany na progu 2007 roku w noworudzkiej oficynie "Mamiko".Wrocławska poetka,kochająca sztukę słowa i muzukę,jest laureatką konkursów literackich:Szóstego Agonu Poetyckiego"O Wieniec Akantu" i Głogowskich Konfrontacji Literackich "O Laur Czerwonej Róży".
       Tomik "Pożegnanie z czerwienią" zawiera 35 wierszy.Niektóre z nich autorka zadedykowała osobom bliskim:członkom rodziny i przyjaciołom.
Pogłębia to osobisty wymiar tej poezji.Teksty kilku liryków zostały
poprzedzone mottem,przytaczającym myśli innych twórców literatury.
Wszystkie niosą czytelnikowi treści uniwersalne,ważne i aktualne
w każdym czasie i miejscu.
       Elżbieta Lipińska ujmuje rzeczywistość dialektycznie.Większość jej liryków to wiersze o przemijaniu:jednostek,pokoleń,tradycji,pór roku,
ważnych przeżyć i ulotnych wrażeń.Nad wszystkim dominuje CZAS,któremu
został podporządkowany bieg zwykłych rzeczy i procesów historycznych;
cały kosmiczny ład wszechświata.Szczególnym wzruszeniem i osobistym
kolorytem poetka obdarzyła incipit "Tak cicho"...,zadedykowany zmarłej
matce.Znajdujemy w nim pogodzenie się z prawami eschatologii,
z koniecznością ostatecznego rozstania się z osobą najbliższą i najbar-
dziej kochaną,a jednocześnie intymne ciepło w kreśleniu duchowego portretu
matki.W innym aspekcie skrzydłami śmierci zostały ocienione wiersze :
"Sztuka magika" i "Historia",dotykające bolesnego problemu holocaustu.
       Wiele tekstów prezentowanego zbioru cechuje zbieżność postrzega-
nia przez poetkę odwiecznego trójkąta filozoficznego:Bóg - Człowiek -
Natura z myślą Heraklita z Efezu.Najcelniej podporządkowanie wszystkiego
strumieniowi czasu autorka zdefiniowała w epigramacie "Roztopy":
     "przezroczysta kobieta na moście
     patrzy w niepzezroczystą wodę
     obie mijają"
Paralelnie z pogodzeniem się z transcendencją i niuchronnością eschatolo-
gii współistnieje w wierszach Elżbiety Lipińskiej wyrywający się ku światu
witalizm,przywiązanie człowieka do ziemskiej egzystencji i chęć jej prze-
dłużenia na tyle,na ile chwilę śmierci można odsunąć,osłonić świeczkę życia
przed jej ostatecznym skonaniem.Myśli te postrzega się w lirykach:
"Nie idę,zostaję",Układanka","Do morza".I choć rzeki Heraklita "nie da się
ujarzmić",człowiek wciąż nie może zaspokoić głodu życia.
       Z poglądami Heraklita - jońskiego filizofa przyrody - wiersze wroc
ławskiej poetki łączą nie tylko refleksje o przemijaniu,ale także pojmowanie kosmosu jako areny zmagania się sprzeczności,które kreują
w dalszym etapie procesu twórczego harmonię współżycia ludzi i ład
wszechświata.Autorka wypunktowała w wierszach liczne przeciwieństwa:
początek i koniec("da capo al fine"),zabawa i tragizm otaczającej rzeczy-
wistości,miłość i śmierć,jednostka i zbiorowość,dobro i zło,świat
zewnętrzny i świat wewnętrzny człowieka.Świadomość istnienia sprzeczności
prowadzi do opartej na zasadach dialektyki konkluzji o ewokowaniu
przez nie harmonii i zgody porównywalnej do zgodności rytmu w muzyce.
       Liryki zawarte w tomiku "Pożegnanie z czerwienią"wyrastają z ży-
ciowej empirii poetki, z jej wiedzy o świecie,dobrej znajomości tradycji
literackiej i osiągnięć kulturowych człowieka na przestrzeni dziejów.
       Elżbieta Lipińska tworzy poezję refleksyjną,erudycyjną,skierowaną
do wrażliwego i oczytanego odbiorcy.Mnożą się w niej aluzyjne odniesienia
do tradycji literackiej,filizofii,muzyki i historii.Z bogactwem kultury
świata ,jej przeszłością i terażniejszością,współharmonizują frazeolo -
gizmy zaczerpnięte przez poetkę z literatury i innych dziedzin sztuki,
a także ze współczesnego języka potocznego.
       Pod względem formalnym niektóre wiersze z tomiku "Pożegnanie
z czerwienią"należą do liryki bezpośredniej,osobistej;inne do pośredniej:
sytuacyjno - narracyjnej,jeszcze inne do liryki inwokacyjnej,przybierają-
cej kształt poetyckiego dialogu.
       To bogactwo odmian pozwala czytelnikowi lepiej poznać głębię
liryków tak różnorodnych,jak życiowe doznania ,niesione człowiekowi
przez nieubłagany czas.
       Zachęcam do intelektualnego kontaktu z wierszami Elżbiety
Lipińskiej,do wtopienia się w ich bogaty,refleksyjny nurt.
                                                  Sabina Skowron

Elżbieta LIPIŃSKA.
Pożegnanie z czerwienią Wydawnictwo Mamiko, 2007
Sabina Skowron





REFLEKSJE FILOZOFICZNE MARKA BOCZKA W TOMIKU POEZJI

„WIERZĘ W PRZYPADEK” - Sabina Skowron
     Tytuł wydanego pod koniec 2008 roku zbioru wierszy mazowieckiego poety sugeruje
czytelnikom światopoglądowe credo autora. Potwierdzeniem tej tezy jest wiersz otwierający
tomik, opatrzony tytułem „Przypadek”. Pod pojęciem „ przypadku ” poeta rozumie los,
przeznaczenie, wobec którego jednostka ludzka odczuwa własną małość i słabość.
     Zbiór składa się z dwu części: „TYLE SIĘ STAŁO” i „PYTANIA&#8217;&#8217;. Całość tworzy zestaw
liryków refleksyjnych o podbudowie filozoficznej. W wierszach dominuje tematyka egzystencjalna: ukazanie relacji między człowiekiem a światem, między jednostką a losem,
między czasem a ludzkim bytem. Podmiot liryczny snuje refleksje bliskie każdemu, kto
zastanawia się nad sensem i celem ludzkiego życia, toteż osobista liryka autora zyskuje wymiar uniwersalny.
     Do pierwszej części zbioru wprowadza nas nierymowany sonet „Tyle się stało”,
poprzedzony mottem zaczerpniętym z poezji Ernesta Brylla. Kataklizmom wstrząsającym
co pewien czas ziemskim globem poeta przeciwstawia tu „abstrakcji przypadłość” nazwaną
metaforycznie „bezwzględnym nauczycielem”.
W innych lirykach akcentuje powtarzające się w naturze algorytmicznie przemijanie pór roku,
podkreślone kontrastującymi barwami: bielą i zielenią.
Człowiek, podporządkowany biegowi czasu, ma tylko chwilowe złudzenie, że może zmienić
świat. To złudzenie mija wraz z dorastaniem, dojrzewaniem i zdobywaniem życiowej empirii.
Dlatego jest „chwilowe”
     Według poety człowiek ustawicznie walczy z losem .Rzuca się w tej walce, szukając pociechy w ulotnych przyjemnościach: papierosach, alkoholu, spotkaniach z przyjaciółmi.
Tę walkę autor nazywa „grą w berka”. Metafora żartobliwa, ale kryjąca pod zewnętrzną
powłoką głębię ludzkiej egzystencji podporządkowanej przeznaczeniu.
     W liryku „Tylko” została podkreślona marność dokonań człowieka, zmagającego się
z losem, zarówno w sensie materialnym, jak i intelektualnym i szerzej : duchowym.
Podobnie jak Czesław Miłosz w zbiorze esejów „Piesek przydrożny”, Marek Boczek w swoich miniaturach lirycznych akcentuje znikomość efektów ludzkich działań i wysiłków.
Jednostka wobec losu, wszechświata i wszechmocy czasu wydaje się być istotą podlegającą
nieuchronnym prawidłowościom egzystencjalnym i zbyt słabą, by w zmaganiu się
z przeznaczeniem przyjąć postawę optymizmu i nadziei.
     Druga część zbioru, zatytułowana „Pytania”, portretuje człowieka jako rozumny byt
sceptyczny, pełen wątpliwości, wciąż poszukujący prawdy o świecie i o sobie samym.
Nie są to pytania proste i nie ma na nie łatwych odpowiedzi. Autor zbioru twierdzi, że:
         „ krążą jak stada
           ptaków
           nad górą
           całą w dymie samozapaleń”
Są to pytania egzystencjalne o cel i sens życia. Przychodzą w czasie bezsennych nocy,
wyrastają z obserwacji świata, z codziennych zdarzeń, z uczuć i tęsknot, z lęku
przed tajemnicą przyszłości i przed śmiercią.
     Liryki zawarte w tomiku „Wierzę w przypadek” są tekstami poważnymi, ale nie przytła-
czają pesymizmem. Ukazują upodmiotowienie człowieka stającego do nierównej walki z losem.
I choć to może tylko „gra w berka”, postawa taka świadczy o godności istoty ludzkiej.
     W niektórych wierszach dostrzega się czytelne nawiązanie do tradycji literackiej.
Można w nich znaleźć motywy biblijne /np . ukrzyżowanie, potop, wąż – kusiciel/,
echo antycznego fatalizmu i aluzje do klasyków literatury polskiej. Oprócz motta nawiązującego do twórczości Ernesta Brylla, w wierszu „Przypadek” jest odwołanie
do utworu Cypriana Kamila Norwida „Klaskaniem mając obrzękłe prawice”.
W obu tekstach znajdują się pojęcia: „celowość narodzin” i „wskazanie palcem”.
Wiersz „Linia” przynosi skojarzenie z utworem Wisławy Szymborskiej „Nic dwa razy”,
a liryk „Z góry” łatwo zestawić z wierszem Zbigniewa Herberta „Przesłanie Pana Cogito”.
Pod ten adres odsyłają czytelnika poetyckie frazy:
         „nie przebaczaj dumie nadwątlonej”,
         „nie tylko nie było lepszych”,
         „|błazeńska twarz”
Mamy zatem przed sobą refleksyjną poezję o wymiarze uniwersalnym, umocowaną
na mocnym fundamencie filozoficznym i literackim, poezję egzystencjalną, napisaną
przez człowieka głęboko wtopionego w rozmyślania o jednostce ludzkiej, otaczającym
ją świecie i decydującym o niej przeznaczeniu.
                                                         Sabina Skowron.






ZANURZENIE WE WSZECHŚWIECIE W TOMIKU 'GRYPSY Z PANOPTIKONU'

MARZENY ORCZYK – WICZKOWSKIEJ – napisała Sabina Skowron.

       Książkowy debiut poetki z Dąbrowy Górniczej – Marzeny Orczyk – Wiczkowskiej -
zatytułowany „Grypsy z Panoptikonu”, ukazał się w 2010 roku, wydany przez oficynę
Mamiko w Nowej Rudzie. Poetka jest laureatką kilku ogólnopolskich konkursów literackich.
Dotychczasowe publikacje jej poezji i prozy w czasopismach przyniosły autorce uznanie
jurorów konkursów i Nagrodę Prezydenta Dąbrowy Górniczej za osiągnięcia w dziedzinie kultury.
       Kluczowe dla zrozumienia istoty tej poezji zdaje się być słowo „Panoptikon”, zamieszczone
w tytule zbioru. U podstaw pojęcia leży jego wieloznaczność. Na pierwszy plan wybijają się dwa sensy tego wyrazu:
- według źródłosłowu greckiego, „Panoptikon” w polszczyźnie oznacza „wszystko do obejrzenia”;
znaczenie to może odnosić się do ekspozycji muzealnych o charakterze eklektycznym, gdzie można zobaczyć eksponaty różnej wartości i o zróżnicowanym poziomie artystycznym.
- „Panoptikon”, według tej samej zasady etymologicznej, to nazwa więzienia, które zaprojektował angielski filozof pod koniec XVIII wieku. W tym obiekcie penitencjarnym więźniowie mieli być permanentnie obserwowani przez niewidocznych dla nich strażników. Choć więzienie wymyślone przez Benthama nigdy nie zostało zbudowane, jego idea przeniknęła do filozofii i literatury. Panoptikon stał się symbolem ciągłej inwigilacji człowieka, zwłaszcza w pracy.
       W książce Marzeny Orczyk – Wiczkowskiej semantyczne połączenie Panoptikonu
z rzeczownikiem „grypsy” wskazuje na pokrewieństwo jej wierszy z drugim, wskazanym
wyżej, znaczeniem tego pojęcia. Wszak grypsy wysyła się z więzienia.
Metaforyczny i symboliczny sens tytułu „Grypsy z Panoptikonu” oznacza wieści ze świata,
w którym wszystko podlega nieustannej obserwacji przez Boga – niewidzialnego strażnika, postrzegającego wszystko: zjawiska przyrody, faunę i florę, świat rzeczy, a przede wszystkim ludzi.
       Takie rozpoznawanie kosmosu wiąże się pośrednio z neoplatonizmem, głoszącym już
w epoce renesansu, że świat jest sceną teatralną, a „Wieczna Myśl”, Istota Transcendentna
obserwuje poczynania człowieka w owym theatrum mundi i osądza jego czyny i postawy.
       Drugim kluczem do zrozumienia wierszy ze zbioru Marzeny Orczyk – Wiczkowskiej
są motta umieszczone przed kilkoma tekstami, zaczerpnięte z poezji współczesnego słoweńskiego poety Tomaza Salamuna. Twórca ten w połowie lat 60. XX wieku zapoczątkował w literaturze swojego kraju neoawangardowy, postmodrnistyczny nurt eksperymentalny nacechowany reizmem i epifanią.
       Karol Maliszewski – literat i krytyk, w 1996 roku napisał w „Studium”:
...współczesna poezja słoweńska nie skończyła się na Salamunie, ona „inaczej” się zaczęła.”
       Autorka „Grypsów z Panoptikonu”, tak często wprowadzając do swego tomiku
fragmenty wierszy słoweńskiego poety, wskazuje, że we własnym procesie twórczym podąża
równoległą drogą. W jej wierszach rzeczy i osoby są wyraźnie zlokalizowane w czasie
i przestrzeni, tak jak wymagają tego założenia reizmu ontologicznego, stosowanego w poezji
Salamuna. Również podobnie polska poetka postrzega obecność Boga w historii człowieka, co
z kolei bliskie jest epifanii, istniejącej w wierszach postmodernistycznego, słoweńskiego twórcy.
       Leitmotiv przewijający się przez 47 monologów poetyckich Marzeny Orczyk – Wiczkowskiej
to znany czytelnikom z „Procesu” Kafki topos sądu, winy i kary. O niewidzialnym a nieuchronnym sądzie mówi już wiersz „Piołun”, inicjujący tomik poezji. Potem następują cztery teksty , powtarzające ponurą frazę, bliską rozumienia sensu człowieczego życia przez Franza Kafkę:
   „wszyscy jesteśmy podejrzani”
Każdemu tak sformułowanemu tytułowi towarzyszy nazwa kolejnej pory roku: zima, wiosna,
lato, jesień. Jesteśmy zatem w stanie podejrzenia przez cały rok, co znaczy, że przez całe życie. Podejrzenie stopniowo przekształci się w oskarżenie, a po nim nastąpi SĄD.
       W wierszach omawianego tomiku nigdzie nie pada wyrażenie SĄD OSTATECZNY”,
ale takie właśnie rozumienie wszechobecnego i niewidzialnego sądu nasuwa się samo.
Wina człowieka, wbudowanego w materię świata, pojawia się już w chwili jego zaistnienia,
gdy życie rozpoczyna się pierwszym oddechem. Czytelne są poetyckie frazy:
        „sędzia sądu najwyższego siedzi nad aktami”,
        „rodzimy się i umieramy”...
        „nikt z nas nie zostanie dłużej niż piach na wydmach,
        uspokajający szum wiatru, synkopy deszczu na parasolce”.
Podkreślają one ulotność ludzkiego życia i nieuchronność śmierci. Los każdego człowieka został odgórnie zdeterminowany. Nie ma ucieczki od ostateczności, bo o niej decyduje ten, „który ustanawia czyste i wieczne prawo”.
       Miejsce człowieka w kosmosie poetka najdobitniej określiła w wierszu „Żółtko”. Umieściła istotę ludzką w samym środku, w centrum wszechświata, jak w jajku – symbolu nowego życia - usytuowane jest żółtko. Ta myśl również nawiązuje do neoplatonizmu. W okresie odrodzenia uważano bowiem, że człowiek zajmuje miejsce pośrednie między światem platońskich idei, ze względu na nieśmiertelną duszę, a otaczającą do materią (cieniem idei), ze względu na ciało.
       Autorka „Grypsów z Panoptikonu” z powagą i smutkiem pochyla się nad człowieczym
losem, nad jego wędrówką „od kolebki do grobu”, ale daleka jest od idealizowania istoty
ludzkiej. W wierszu „Rtęć”określa człowieka jako osobnika zatrutego złem. To zło symbolizuje rtęć – trucizna – znajdująca się we krwi, głowie i sercu człowieka. Dlatego modlitwy kierowane do Pana nie zostają wysłuchane, powracają do nas bez uzyskania oczekiwanych łask.
        Wiersze Marzeny Orczyk – Wiczkowskiej ilustrują eklektyzm obserwowanego świata
i w ten sposób dotykają pierwszego znaczenia pojęcia Panoptikonu. Zanurzone we wszechświecie, poprzez intelektualne twórcze napięcie przybliżają nas do istoty, do sensu ludzkiej egzystencji.
                                                     Sabina Skowron

Marzena Orczyk - Wiczkowska.
Grypsy z Panoptikonu. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2010





Maraton, Piotr Saługa

Wydawnictwo Mamiko, Nowa Ruda 2001

Misteria gesto tkanej prozy

Od czasów Schulza chyba nikt nie zbliżył się literackim kunsztem, kulturą słowa do drohobyckiego mistrza w takim stopniu jak uczynił to Piotr Saługa - skromny pisarz z Jaworzna. Maestria. Słowa zaklęte w fantasmagorycznym wirze znaczeń, rozmnażające się w oszalałym pędzie, toczące się jak szalone - rytmicznie, z gracją. Melodia słów nie utyka, nie rwie się - mimo zmian tonacji, tempa, konwencji - stanowi doskonale wypracowaną konstrukcję, formę ujętą w przemyślaną kompozycję. Zapomniana alchemia prozy gęsto tkanej przywołana na kartach powieści rozbudza ukryty w nas głód piękna i cudowności.
Motywem przewodnim powieści jest poszukiwanie legendarnego diademu Bolesława Chrobrego, który przyciąga ludzi z różnych pobudek. W walce o jego posiadanie ścierają się siły Dobra i Zła. Korona jest najbardziej pożądanym przedmiotem, który doprowadzić ma do Tajemnicy. Jest relikwią, fetyszem, metaforą. W szalonej pogoni za enigmatycznym Palladium odnajdujemy zamysł autora: konstrukcja fabularna jest tylko pretekstem do drażniących pytań o cel wszelkich poszukiwań, jest zręcznym nośnikiem wielu manifestów: przeciwko nieczułemu systemowi indoktrynującemu ludzi, gaszącemu w zarodku wszelkie przejawy myślenia, nonkonformizmu. Autor, którego mimowolnie utożsamiamy z głównym bohaterem powieści, chce coś wykrzyczeć. Chce objawić swój sekret, ale nie szepcze go nam do ucha. To krzyk duszy, który odsłania próby ogarnięcia teorii spisku, który bezmózgimi mackami oplata nasz świat.
Powieść przenosi nas w inny wymiar: napuchły od metafizyki, amorficzny świat, w którym ludzie są tylko niewidocznymi konstrukcjami, na których rozpina się bogactwo przeżyć wewnętrznych. Kobiety w powieści - femme fatale - stanowią źródło udręk jak i fascynacji. Tajemniczy Mag towarzyszy bohaterowi w rozterkach - symbolizuje moc sprawczą, nadnaturalne siły, które wprowadzają chaos do naszego świata, bawiąc się losem bohatera Mararonu.
Nic nie jest jednoznaczne - wszystko poddane jest wątpliwości. Od początku pogrążenia się w lekturze Maratonu dotykamy Tajemnicy - mrocznej, niezbadanej - ona kokietuje nas przez wszystkie strony utworu, wciąga w stan fascynacji. Niebezpieczna książka - obcowanie z nią niszczy ład wewnętrzny. Wymusza na nas zrobienie remanentu idei.
Potężna piguła emocji i estetycznych uniesień.


Zalibarek
kwiecień 2002, Kraków

Zalibarek





Jakub Winiarski

Poważna niepowaga (i na odwrót) (Wojciech Brzoska, „Sacro casco”)
Dwa motta do „Sacro casco” (z Ciorana: „Jest tylko jeden problem – śmierci. Roztrząsać inne sprawy to marnować czas, dawać dowód niewiarygodnego lekkoduchostwa." Oraz z Lecha Janerki: „Bóg do niczego nie był mi potrzebny.”) zapowiadają tom wierszy potencjalnie zdecydowanie bardziej poważnych niż niepoważnych. Lecz jest jeszcze ironiczny tytuł książki, z którym w kontekście tak poważnych zapowiedzi nie bardzo wiadomo co zrobić. No i są jeszcze wszystkie Brzoski wiersze zebrane w dwóch częściach: „I. pograbki” i „II. love lullaby”. Te z „pograbek” już recenzowałem. Podobał mi się ten arkusz, miał spoistość, czułem w nim niepoślednie poczucie humoru autora i podobała mi się jego konsekwencja. I teraz także podobają mi się te wiersze, dobrze przyswajam strofy w rodzaju: „babcia już leży, kiedy tak nagle / pojawiam się nad nią / w czarnym T-shircie, a ona pyta: / czy to już śmierć? ”. Po takich strofach wiem, że Wojciech Brzoska ma swoją sprawę ze śmiercią, z umieraniem – i choćby się nie wiem jak wił i wykręcał przed uznaniem tego, co zaraz napiszę: wiem, że to sprawa poważna. (Dlatego oswaja ją żartem.) Do tego dochodzi sprawa Brzoski z Panem Bogiem, który nawet jeśli nie jest mu, jak deklaruje za Lechem Janerką, do niczego potrzebny, to przecież jest mu potrzebny choćby do tego, by mógł powiedzieć, że do niczego mu nie jest potrzebny... Nie takie to wszystko, jak widać, proste. Stara się Wojciech Brzoska sprowadzić Boga (często nazywanego tu Panem) do wymiarów ludzkich. Żartuje Brzoska: „cała nadzieja w Panu // z nocnego”. („prohibicja przesłania pielgrzymki”) Lub zastanawia się: „nie wiem, może to znowu bozia / daje mi jakieś // znaki.” („znaki drogowe”.) W końcu najgłębszym, jak podejrzewam, motywem tomu „Sacro casco” okazuje się być bunt podniesiony przeciwko traktowaniu katolickich zaświatów jako lokaty kapitałowej czy czegoś w rodzaju ubezpieczenia od wypadków (auto casco). Przypuszczam, że Wojciech Brzoska bardzo poważnie nie wierzy w Boga, bardzo poważnie myśli o nieuniknionej możliwości śmierci i bardzo poważnie irytują go wszyscy ci, którzy traktują wiarę jak rodzaj umowy kupno-sprzedaż, handel wymienny (cnotliwość za zbawienie), wszyscy ci, którzy pisząc lub wypowiadając się o Bogu i śmierci robią to niefrasobliwie, czy wręcz głupio. Pod niepoważnymi wersami Brzoski czają się otchłanie powagi, może nawet trwogi. Jego śmiech jest śmiechem Kierkegaarda, który obejrzał właśnie film Woody Allena. Być może taka wrażliwość jest dziś nie tylko popularna, lecz także – przynajmniej w przypadku niektórych – konieczna. Mnie w każdym razie wrażliwość autora, oraz forma i treść „Sacro casco” pasują w lekturze dosyć. Nie twierdzę, że jest to genialne, na pewno jednak nie błahe.
                                                        Jakub Winiarski

Wojciech Brzoska.<
Sacro casco, MAMIKO, Nowa Ruda 2006.







Teresa Wierzewska-Wilk, Tydzień ważniejszy od życia, Mamiko, Nowa Ruda 2005


Między niebem a ziemią.

       Banałem byłoby powiedzieć, że Tydzień ważniejszy od życia jest historią wielkiej miłości. Gorące uczucie łączące głównych bohaterów rzeczywiście wysuwa się na pierwszy plan. Jeśli jednak przyjrzeć się wnikliwiej fabule, nie można nie zauważyć, że tym o czym tak naprawdę opowiada autorka jest samo życie w jego najbardziej nagich i dotkliwych przejawach. Teresa Wierzewska-Wilk z kobiecą przenikliwością kreśli obraz świata i człowieka. Tkając z kolejnych zdarzeń fabularną rzeczywistość rzuca jasne światło zrozumienia na siatkę warunkujących każdego człowieka powiązań oraz granice jego pozornej wolności. Zbyt często wydaje się nam, że jesteśmy doskonale samodzielni, samowystarczalni. Zapominamy, że na podejmowane przez nas obecnie decyzje ma wpływ przeszłość. Może ona przybrać postać dzieciństwa ciążącego nad nami niczym fatum. Tego właśnie doświadcza główna bohaterka, kiedy już jako dorosła osoba uwodzi swego ojczyma mszcząc się za porzucenie przez ojca w dzieciństwie i brak miłości ze strony matki. Wbrew oczekiwaniom misternie przez długi czas planowana zemsta nie przynosi ukojenia. Bohaterka przez wiele jeszcze lat pozostanie zamknięta w skorupie, przez którą niezdolne będzie przebić się żadne uczucie. Mężczyzn, z którymi się zwiąże będzie traktowała, jeśli nie wyłącznie przedmiotowo, to lekceważąco lub co najwyżej pobłażliwie. Dopiero spotkanie z Clarkiem zapoczątkuje prawdziwy uczuciowy przełom w jej życiu. Połączy ich miłość. Przeciwko temu uczuciu przemawiać będzie nieomal wszystko. Clark okaże się wujem Emilki, mężem ciotki, którą bohaterka kocha, i której nie chce ranić. Więc ucieka, zanurza się w cierpienie, pracę, samotność i związek z niekochanym mężczyzną. Jak się jednak okaże przed przeznaczeniem nie można uciec. Dzięki doświadczeniu miłości dokonało się w niej swoiste przeobrażenie. Z poczwarki, małej przebiegłej i mściwej kocicy wyłonił się motyl kobiety. Nienawiść, która była wcześniej głównym motorem jej działań znikła bezpowrotnie, pozostał po niej chłodny profesjonalizm. Pogodzona z losem Emilka poświęca się całkowicie robieniu kariery. I wtedy właśnie los płata jej figla. Na konferencji w Nowym Yorku spotyka mężczyznę, którego pokochała jedyną prawdziwą i pierwszą miłością. Po raz kolejny okazuje się, że los kpi sobie z ludzi. Nasze postanowienia to zbyt mało, by móc mu się przeciwstawić. Uczucie jest silniejsze od rozumu i niejednokrotnie bieg ku szczęściu prowadzi nas w chaszcze cierpienia. Clark i Emilka skazują się na to cierpienie dobrowolnie. Postanawiają nie ranić nikogo z bliskich im osób, a więc wieść nadal dwa osobne poukładane życia. Spotykają się odtąd tylko raz w roku, na tydzień w mieście, które na nowo ich ze sobą połączyło. Ich wyrzeczenie ma charakter symboliczny. Jest nawiązaniem do dawno i jak się zdawało bezpowrotnie przez nas porzuconego, lecz jakże pięknego archetypu prawdziwej miłości. Tej, która łączyła starożytnych czy średniowiecznych bohaterów. Miłości, która nie żądała niczego dla siebie, a gotowa była oddać wszystko łącznie z życiem. Jest to miłość sprawiedliwa, miłość która dzięki swej wewnętrznej sile obejmuje sobą cały świat. Choć przez cały rok poza tym jednym tygodniem oboje zakochani zamiast żyć egzystują w półśnie, tęskniąc bezustannie, nawet przez chwilę nie żałują tych lat, które bezpowrotnie bez siebie tracą. Wiedzą, że wielu ludzi nie doświadcza nawet tej odrobiny szczęścia. Potrafią docenić łączące ich uczucie, podnosząc je do rangi prawdziwego skarbu. Zdają się czuć podskórnie, że więcej szczęścia i miłości nie zdołają wydrzeć światu, nie raniąc innych i tym samym nie uśmiercając własnego uczucia. Miłość prawdziwa jeśli ma zostać nagrodzona wiecznym szczęściem, musi być karmiona wyłącznie dobrem. To jedno z jej odwiecznych przekleństw. Bohaterowie powieści Teresy Wierzewskiej-Wilk dzięki swej wytrwałości i sile charakterów, zostają w końcu nagrodzeni.
       Miłość nie jest jednak jedynym tematem poruszanym w Tygodniu ważniejszym od życia. Autorka od 1976 roku zamieszkująca w Austrii należy do pokolenia ludzi, których dziejowe okoliczności skłoniły do opuszczenia Ojczyzny. Znaczącą rolę odgrywa więc w kreowanej przez nią fikcyjnej rzeczywistości historia. Czynnik, który we współczesnym świecie jest jednym z wyznaczników różnicy pokoleniowej. Młodzi ludzie, którzy choć wychowani w polskich rodzinach większość swego życia spędzili poza granicami Polski borykają się z problemem własnej tożsamości. Podczas gdy ich rodzice wrastając wraz z upływem lat w nowe środowisko, krajobraz, nowe obyczaje i język doskonale wiedzieli kim są, dzisiejsi dwudziestokilkulatkowie nie potrafią jednoznacznie się określić. Nigdzie nie czują się u siebie. Niektórzy z nich czują się ograbieni z Ojczyzny, wielu jednak dzięki dziejowemu zamieszaniu zyskuje o jeden dom więcej. Kosmopolityzm nie jest już uważany za godny potępienia ciężki grzech. Coraz częściej dostrzegamy jego walory. Proces znoszenia granic jest trudny i powolny. Boimy się podobnych pomysłów jak idea globalnej wioski. Wydaje się nam, że przez otwarcie granic, przez jednoczenie systemów prawnych, ekonomicznych czy monetarnych utracimy całkowicie własną osobowość. Prorokujemy kres różnorodności i zagładę w postaci jednej wspólnej idei. Nic bardziej mylnego. System, który stawiał na jedność oraz na jak najszczelniejsze zamykanie się wewnątrz własnej skorupy mamy szczęśliwie już dawno za sobą. Poznawanie obyczajów innych nacji, ich języka, upodobań kulinarnych w żadnym razie nie niesie ze sobą zagłady różnorodności. Najlepszym tego dowodem jest wielość i obyczajów, i dialektów, i kierunków artystycznych czy prądów intelektualnych wewnątrz każdego kraju. Nie widzę powodów, dla których otwarcie granic miałoby tej wielości zagrozić. Więcej. Może ono znacznie ułatwić życie. Gdyby nie austriacki paszport, bohaterka Tygodnia ważniejszego od życia być może nigdy nie mogłaby zrobić tak zawrotnej kariery ani osiągnąć w życiu tak wiele zarówno osobiście jak i finansowo. Dziś możemy się swobodnie poruszać po świecie i w większości tylko od nas zależy jak oraz gdzie spędzimy życie.


                                                                            anna agnieszka wójcik




A.A.Wójcik





"Czat prywatny" z Januszem L. Sobolewskim, autorem książki "Misja Papieskiej Róży", zarejestrowany na portalu "www.gazeta.pl" w dniu 13 lutego 2002 roku, godz. 9.30-10.30.



Janusz L. Sobolewski: Witam wszystkich zaproszonych przeze mnie gości oraz wszystkich innych gości, nie znanych mi, a zaproszonych przez zaproszonych przeze mnie gości.... Sorry. Czyli witajcie wszyscy. A powodem spotkania jest dyskusja pewnego rodzaju, prowadzona w portalu www.gazeta.pl /Forum/Forum Humorum/Forum na plażę/ Bestseller polski 2002.
Marek: Cześć, Janusz. Pal sześć dyskusja, powiedz lepiej, po kiego licha napisałeś książkę?
Janusz L. Sobolewski: Trzeba było, Marku, trzeba było, dla dobra sprawy, by nam nie pluli w twarz...... Tak powiedziałby Dyzma?
Winicjusz: Mnie pan nie zna, więc zapytam, czy czuje się pan Dyzmą?
Marek: Ale odpowiedz, czemu napisałeś w tych czasach, kiedy ludzie nic nie czytają i nie kupują książek? Dla siebie?
Janusz L. Sobolewski: I to jest dobre pytanie. Bynajmniej nie dla siebie. By dać świadectwo. Przepraszam, ale znów kogoś wielkiego zacytowałem, bynajmniej nie Dyzmę.
Rola: Jakie świadectwo?
Janusz L. Sobolewski: Dyskusja w "Forum" jest czatowa i O.K. Jest książka, można poczatować nawet humorzasto... Ale nikt nie wyczatował, że ja nie jestem powieściopisarzem, lecz reporterem. I ta książka też jest pewną zakamuflowaną formą reportażu.
Ryś: Czyli to wszystko, co Pan napisał, jest zgodne z prawdą?
Janusz L. Sobolewski: Posługuję się tu formułą: "oparte na faktach". To bezpieczna prawnie formuła. A zapewniam, że prawda jest w książce cała.
Marek: Czyli prawdą jest według ciebie, że polskie służby specjalne organizowały wizytę Papieża w Chinach i nic z tego nie wyszło?
Janusz L. Sobolewski: Jasne, zapytaj w UOP. Czy czytali moją książkę. Zdziwiłbyś się odpowiedzią.
Jola: Co to jest UOP? Czym się mam zdziwić?
Janusz L. Sobolewski: Urząd Ochrony Państwa. I UOP miał okazję zapoznać się z moją książką. Notabene kto wie, czy przypadkiem nie czytał jej jeszcze przed drukiem, bo w trakcie wydawania książki nastąpiło włamanie do drukarni "niezidentyfikowanych osobników" - tak mnie poinformował wydawca - i kradzież gotowego już komputerowego składu książki. Chyba nawet z komputerami. Z tego powodu wydanie książki uległo opóźnieniu.
Kot: Ale co jest w książce takiego sensacyjnego, żeby aż...
Janusz L. Sobolewski: Wie Pan, gdy piszę o szczegółach rywalizacji dwóch służb wywiadu chińskiego: Gonganbu i Guojia Anquanbu - to wiem, o czym piszę. Gdy opisuję Bao Tonga, to nie wymyślam człowieka. To facet z krwi i kości, który kto wie, czy się teraz nie odezwie. Niech Pan zadzwoni do Ambasady ChRL w Warszawie to Panu powiedzą. Niech pan zapyta Chińczyków o pewne sprawy, bo z wiarygodnego źródła wiem, że książkę analizują. Gdy piszę, że w Mysłowicach konkretnego dnia wyleciała w powietrze konkretna hurtownia cytrusów, a pewien funkcjonariusz policji współpracował dawniej ze Stasi, czyli "ubecją NRD", to nie kłamię. I wtedy, gdy wykazuję, że nasze elity władzy współpracowwały z mafią różnego kalibru.
Grzegorz: Zdradź, jak się tego wszystkiego dowiedziałeś?
Jola: Przecież w telewizji mówili.
Grzegorz: Skoro mówisz, że to prawda, to musisz mieć to udokumentowane.
Janusz L. Sobolewski: Słusznie. Wszystkie cytowane w książce dokumenty są do obrony.
Ryś: No to jest to książka political fiction, czy nie? Wydawca twierdzi, że tak.
Janusz L. Sobolewski: To "sfabularyzowany reportaż", a wydawca (www.mamiko.pl) nie musi wiedzieć wszystkiego...*
Adam: W takim razie czemu sfabularyzowany?
Janusz L. Sobolewski: To najważniejsze pytanie. Najprościej byłoby powiedzieć, że dla własnego bezpieczeństwa. By nie polec w sądzie. I taka jest prawda. W tym stanie rzeczy zawsze można wykpić się formułą "political fiction" i wszelkie oskarżenia ośmieszyć. Ale prawdą jest też i to, że nie wszystkie opisane wydarzenia mam solidnie udokumentowane. Po prostu nie było na to rady. Pewne wydarzenia są prawdziwe, niestety nie w pełni udokumentowane.
Winicjusz: To pana pierwsza tego typu książka?
Janusz L. Sobolewski: Trzecia - w ten sposób pisana. Dwie poprzednie dotyczyły przedwojennego złotego Funduszu Obrony Narodowej oraz pewnej ucieczki z obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu.
Kot: Co to znaczy "w ten sposób pisana"?
Janusz L. Sobolewski: W każdym przypadku źródłem moich informacji jest konkretny, oczywiście zawsze inny człowiek, którego relacje i wspomnienia zarejestrowałem reportersko. Zdradzę tajemnicę, że osoba, która stanowiła źródło moich informacji o misji "Papieskiej Róży", występuje w książce na trzecim-czwartym planie. Proszę nie pytać, kto to, bo nie powiem, mimo iż ów bohater książki ukryty jest pod pseudonimem.
Marek: Myślę, że i tak dużo nam powiedziałeś. Powinieneś teraz czekać aż ktoś sfilmuje twoją książkę w Hollywood, wtedy to będzie HIT.
Janusz L. Sobolewski: Dziękuję za perspektywy... Pewnie się uśmiechniesz, ale ta książka trafiła już pod pewien adres w Beverly Hills...
Marek: Żartujesz?
Janusz L. Sobolewski: Nie, nie żartuję.
Adam: Chyba sobie kupię tę książkę.
Janusz L. Sobolewski: Powodzenia... i wszystkim dziękuję za czas i uwagę. Cześć i pozdrawiam!


Janusz L. Sobolewski





Zaczyn nowego hermetyzmu kobiecego. O poezji Moniki Gorzelak z tom „Motyle nocy”.


       „Motyle nocy” Moniki Gorzelak to bardzo skromny tomik wierszy, ledwie 16 wierszy postanowiła zamieszkała na Śląsku, a pochodząca z Pomorza poetka, a także doktorantka Uniwersytetu Śląskiego w nim zawrzeć. Od razu zaznaczam, że przez tą znikomą ilość wierszy tomik jest ledwie słyszalny w tym zgiełku poezji współczesnej, choć z drugiej strony, widać, że autorka jest osobą skromną, a skromność u poety, czy poetki to dzisiaj bardzo rzadka cecha. Monika Gorzelak, oprócz uprawiania poezji, zajmuje się pisaniem recenzji ze spektakli i książek o teatrze, jak można przeczytać na 4-ej stronie okładki, przełożyła sztukę „The Problem” A. R. Gourney&#8217;a, tak też dla mnie niektóre motywy, aluzje, metafory w tym tomie są ledwo, albo w ogóle nie czytelne. Poetka zadbała jednak o przypisy do swoich wierszy. Sam tytuł książki „Motyle nocy” nawiązuje do tytułu baletu Wacława Niżyńskiego. Niewiele wiem o tym artyście, tak też trudno mi jakoś powiązać wiersze Gorzelak z baletem, czy osobą Niżyńskiego. Jednakże pamiętam, że Niżyński sam umiał tańczyć, a także w jednym ze swoich baletów – chciał za pomocą tańca wyrazić swoje uczucia. Tyle wiem o balecie Niżyńskiego. Wiersze Gorzelak są lapidarne, intelektualnie skondensowane, nawet jak zawierają wiele linijek, to i tak te linijki nie są przegadane. Zbite są w nich obrazy z rzeczywistości, wyobraźni, odnośniki do tekstów kultury, a także różne zakresy mowy. Często te lapidarne wiersze wymagają skupienia, żeby zorientować się o co w nich chodzi, gdyż jest to poezja raczej hermetyczna, wymagająca udziału interpretacyjnego czytelnika niż hermeneutyczna, która po jednej, dwóch lektura jest czytelna niczym artykuł w codziennej gazecie. Jeśli chodzi o wiersze współczesne to poezja Grzelak sytuuje się gdzieś pomiędzy lekkim hermetyzmem Klary Nowakowskiej, nieczytelnością poezji Joanny Mueller, a poezją mowy, wysłowienia i wypowiedzi Krystyny Miłobędzkiej, której twórczość przyznam, że znam słabo, gdyż książki poetyckie z Biura Literackiego są drogie.
       Przyjrzyjmy się wierszom Gorzelak. Np. w wierszu „Pasja” mamy 10 linijek, które są gramatycznie zbite ze sobą i powiązane na zasadzie wypowiedzi podmiotu lirycznego. Ale klucz do zrozumienia tego wiersza i wielu innych posiada poetka. Bo co? Mówi się w tym wierszu o tym, że jabłoń zakwitnie, że „zapomina się / świat w słoju”, ale „nie taki”, potem doskakuje do słów „z drzewa” fraza z piosenki ludowej „dana oj dana”, potem się to jeszcze pociągnie przez trzy-cztery linijki, dwu, trzywyrazowe i czytelnik zostaje rozłożony na łopatki. Np. w wierszu „Owca kanterberyjska” mamy przypis, w którym jest zaznaczone „T.S. Eliot” i w sumie nie wiem co z tego wynika, bo nie znam na tyle spuścizny T.S. Eliota i nie wiem, czy ta owca to jakaś postać z jego wiersza, czy za owcę tu robi T.S. Eliot. Nie wiem. Jednak wiersz ten jest o wiele bardziej zrozumiały niż „Pasja” – gdyż w tym wierszu mówi się o owcy, która jest biblijną alegorią wierzącego. I o coś tu chodzi, nie są to tylko językowe esy floresy choć poetka nie buduje jakiegoś pojemnego świata w swoich wiersza, są to wiersze jakby zbite z ledwo czytelnych okruchów. Owa owca-wierny gna „do pana / ziemi jałowej”, a „Ziemia jałowa” to tytuł poematu T.S. Eliota, który krytyka europejska uznała za wybitne dzieło o nihiliźmie czasów powojennych. Więc można ten wiersz Grzelak zrozumieć, a dotyczy on uporu wierzącego człowieka, który „gna na pielgrzymkę” mimo całej jałowości humanistyki, upadku platońskich idei, braku boga etc., gdyż jest „uparty jak baran”. I tak z owcy robi się baran w poezji Grzelak, a ja czasem czuję się wystrychnięty na dudka, śledząc i próbując zrozumieć te wiersze, choć w tym wierszu fajnie ze sobą zestrojone są różne języki poezji - krytyczny, opisowy i kolokwialny. Inny wiersz -„Morze martwe”, to także wiersz z motywem religijnym, a w wierszu tym też słychać różne narzecza językowe – zaczyna się frazą niby ze świata wojskowego, gdyż żołnierze nawiązują kontakt krótkimi wyrażeniami: „ogień ja ogień / ziemia ty ziemia”. Jednakże dalsze dwie linijki to konstatacja religijna „nie ma chleba naszego / są usta boże”. Można to tak zrozumieć, że nie ma czegoś powszedniego, może zanika wiara, są tylko „usta boże”, i ostatnia strofa dotyczy „krwi gorejącej (&#8230;) jak ofiara z Abrahama”. I mi to nie wiele mówi. Wiersz „Prawieśmiewca” nawiązuje za to do filozofii Friedricha Nietzschego i motywu wiecznego powrotu. Podmiot liryczny tego wiersza wykpiwa tą niezwykłą teorię, różnymi grami językowymi i skojarzeniami, że niby teoria o wiecznym powrocie to coś jak znana z dawnych lat „powtórka / z rozrywki”. Jak wiadomo jeśli chodzi o filozofię Nietzschego, pełną sprzeczności, to istnieją także jej interpretacje wzajemnie się wykluczające, polemizujące ze sobą. W wierszach Grzelak pojawiają się także aluzje do innych autorek, postaci z książek: Sarah Kane, Tołstoja, Emily Dickinson, matematyka Johna Nasha, Dalego, biblijnego Adama, Rolanda Topora, Sylvii Plath, Piotra Szczepanika. Bardzo to dużo jak na 16 wierszy.
       Monika Gorzelak jest osobą świadomą kultury, oczytaną – wielkiej erudycji jej nie sposób odmówić, ale czegoś tu brakuje jednak w tym tomiku. Brakuje tła – jest tylko jeden plan, brakuje zieleni, miejsca, oddechu egzystencji. Kiedyś poezja Joanny Mueller, wydała mi się taka nijaka, i do kitu – przez co naraziłem się ha!artowcom. Ale teraz będę również szczery – na razie poezja Grzelak to niezły zaczyn do ciekawej poezji, robi większe wrażenie na mnie niż przereklamowana trochę poezja Mueller, ale trzeba już nastawić się na kolejne kroki. W poezji Grzelak sporo jest nieufności wobec kultury, ciekawe próby jej opukiwania z wielu stron. W „Motylach nocy” jest taka atmosfera jakby poetka miała przygotowaną bombę do wysadzenia czegoś – skamielin językowych?, jakiejś połaci kultury?, która osadza się wszędzie jak trudny do zeskrobania nalot. A te 16 wierszy biorę za taką małą grupę wysłaną na zwiady. Więc więcej jeszcze odwagi – powiedzieć częściej dosadniej, niż hermetycznie, dodać trochę egzystencji. I na pewno będzie to jeszcze lepsze, bo trzeba zaznaczyć, że jest tu jakiś pomysł na jeszcze jedną polską kobiecą poezję hermetyczną. Ten hermetyzm poezji Gorzelak jest potęgowany przez brak interpunkcji, brak dużych liter, jak w poezji Poświatowskiej, tyle, że Poświatowska była jednak bardziej zrozumiała. Na razie jest tylko nieźle, a zobaczymy co będzie dalej.

Monika Gorzelak.
Motyle nocy, Nowa Ruda : MaMiKo, 2013

Mateusz Wabik





Mam to na końcu języka. "Współgłoski" Zofii Bałdygi.


     Drugi tom wierszy Zofii Bałdygi jest o przekraczaniu własnego języka, uwikłanego w mowę, która za pośrednictwem słów wznosi mur pomiędzy bezpośrednim doświadczeniem a jego słowną relacją i związanymi z tym perypetiami. Najważniejsza lekcja do odrobienia – tak rozumiem intencję poetki – to spojrzeć wstecz i przebyć drogę ode mnie – mówi autorka Passe-partout – „takiej malej” do języka „tak dużego”, że kładzie się cieniem na wszystkim, co tylko pojawi się w przestrzeni świadomości. Owa świadomość, która nie jest jeszcze udziałem dziecka – że każdorazowa artykulacja tego, co mnie otacza, z czasem zostaje wprzęgnięta w słowa podbudowane racjonalnym fundamentem, na którym zasadza się myślenie – jest tęsknotą przepisaną na wiersze ze Współgłosek. Zostaje ta (lekcja):

Dwadzieścia lat temu nie zajmowałam się niczym konkretnym.
Teraz nie chcą wybaczać, bohaterowie nie kleją się na ślinę.
Szczegóły opadły, resztki zostały w kącikach1.

     Wrastanie w język, słowa które stanowią cezurę, odgraniczają od Nienazwanej rzeczywistości dziecka to proces skracania doświadczenia „pisania na brudno” do pisania ratio. Mówienie jest czynnością odkształcającą „prawdę” widzenia (czy nasze intencje by powiedzieć „czysto”). Przepisać nazwy na słowo, mieć je na końcu języka. Enklawą i schronieniem pozostaje świat wiersza – jedyny, zawsze swój, zaciągający dług wobec czytelnika, który ma go spłacić. Warto podjąć trud:

bo wiersz ukrywa więcej.
Upada daleko. W wybrane powietrze.
Bez mimiki, maski, makijażu.

     Język jest punktem gdzie zbiegają się myśli wiersza; jest trybem, który nadaje ton mowie. Jest punktem wyjścia i dojścia. Poza językiem życie nie zostaje naznaczone etykietą, którą na co dzień nie sposób „znieść”, odwołać. Świat jest rzeczownikiem, którego istnienie sankcjonuje gramatyka. Może słowniki są „rzeczywistością” słowa a abecadło „narzędziem” języka? Pyta poetka w wierszu (pierwsze, ostatnia): „Kiedy istniały tylko słowa / co jeszcze mogły znaczyć?”.
     Wiersze Bałdygi chciałyby rozciągnąć się poza granice słowa – żeby zrobić miejsce dla świata muszą jednak „dać się powiedzieć”:

Język jest szorstki i głęboko sięga.
Zaznacza obecność. Boli tylko trochę.
Trochę nie da się opowiedzieć.

Zobaczyć się oczyma świata. Spojrzeć na siebie z wysokości wiersza. Pozostajemy zawsze po stronie języka. Kiedy Adam Pluszka – komentując debiut poetki – podpowiadał, że język Bałdygi jest jak pędzel, który wprawnie odmalowuje ramy dla świata, to teraz można powiedzieć, że język jest ramą świata. Poza językiem – zdaje się mówić Bałdyga – nie ma nic, co „jest”. Zostajemy po „jego” stronie. W „cudzych” słowach. Stąd cytacja jest gestem, którym biorę „obce” w siebie. Metafora „odmieniana” przez osoby zwielokrotnia życie słów. Pozostaje słowo – i tworzenie ich sobą i odwrotnie. Podmienianie ich i przepisywanie. Wspólne głoski, które razem z n a c z ą. Spróbujmy opisać świat. Jakie słowo na niego przyłożyć? „Czy nadając imię – czytamy w wierszu (imię męskie) – można zrobić błąd?” Należy nie „nadużywać” słów. Przycinać je na miarę i ostrożnie poruszać się po morzu wymowy. Przeczytajmy na zakończenie wiersz (happy end):

Wyjść na deszcz i tam zamieszkać.
Przenieść stolicę w miejsce
w którym powietrze mieści więcej słów
a ludzie znają świat tylko z opowiadań.

     Kruchość tego projektu. Obawa przed „razami” nieprzebranych słów. Rana, której nie zasklepi dobre słowo. Rana, która się paskudzi słowem na języku. Na końcu języka wspólne nam wszystkim głoski.

Z. Bałdyga.

[Bartosz Suwiński] Tekst ukazał się w: „Strony” 2011, nr 2.





Uważne filmu oglądanie



„Moje pierwsze kino- to WAWEL w Lubaniu na Dolnym Śląsku(...) Miałem siedem lat, wszedłem do kina bocznymi drzwiami, bo były niedomknięte. Ujrzałem n.a ekranie Murzyna, który usiłował włożyć but na bosą stopę. I nagle ta czarna stopa zaczęła rosnąć, aż wypełniła cały ekran. Pamiętam tamto moje zdumienie, trochę też mój przestrach, ale i zachwyt.
Film okazał się większy od życia!”
Czytając te parę zdań napisanych przez Netza na pierwszej stronie przypomina mi się film Giuseppe Tornatore „Cinema Paradiso”. Wyobrażam sobie, że dla siedmioletniego Netza kino stało się tym samym, co dla filmowego bohatera - Toto.
Wydawać by się mogło, że Netz wziął sobie również do serca słowa Alfreda, przyjaciela Toto, skierowane właśnie do niego: „Cokolwiek będziesz w życiu robił kochaj to tak, jak kochałeś kino, kiedy byłeś chłopcem.” Filmowy Toto zostaje reżyserem, Feliks Netz działa p o z a k a d r e m...
Książka Netza jest zbiorem tekstów publikowanych przez autora w miesięczniku „Śląsk” w latach 2000- 2006. Znajdziemy tutaj recenzje obrazów zza oceanu, takich jak „Utalentowany pan Riplay”, „Monster”, filmów kina europejskiego, np. „Pokój syna”, jak i naszego, polskiego - „Dług”, „Plac Zbawiciela” i inne.
Zaletą zaprezentowanych tekstów jest to, że Netz stara się dopatrywać w opisywanych obrazach pozytywów. Przykładem jest tu „Zemsta” Andrzeja Wajdy. W pierwszym zdaniu informuje nas, że „serce „Zemsty” bije na scenie”. Jednak pomimo tego, że i ta próba przerobienia komedii Fredro na film jest nieudana, to o grze Romana Polańskiego (filmowy Papkin) mówi, że „swoją kreacją nie tyle podniósł ten film o piętro wyżej, co potrafił przez ten czas, gdy przebywał na ekranie, utrzymać go parę centymetrów nad ziemią.”
Dobrze mieć tę książkę na półce i zerknąć do niej przed obejrzeniem jakiegoś z opisanych tu filmów. Być może oglądniemy go z jeszcze większą chęcią, albo zaoszczędzimy czas i nerwy. Dobrze mieć tę książkę, ponieważ wśród nieskończonej się ilości proponowanych nam filmów, stanowi ona rodzaj drogowskazu i pomaga dokonywać wyborów, a także dopełnia wiedzy na temat kina. Jest jeszcze jeden powód: „Poza Kadrem” po latach pozwoli nam odkurzyć w pamięci zapomniane już obrazy.
„Kino to dzisiaj tylko sen” usłyszał Toto w Cinema Paradiso. Feliks Netz mówi: „Film okazał się większy od życia!”.
Książka dla wszystkich, którzy chcą głębiej wnikać w obraz na ekranie.

POZA KADREM, Feliks Netz
Wyd. Mamiko 2006
Małgorzata Krukowska





To se ne vrati! O antologii „Młody Toruń Poetycki”.


       Antologia „Młody Toruń Poetycki. Antologia” ukazuje poezję takich autorów jak: Dariusz Brzostek (ur. 1973), Tomasz Dalasiński (ur. 1986), Rafał Derda (ur. 1978), Anna Dwojnych (ur. 1988), Grzegorz Giedrys (ur. 1978), Wojciech Giedrys (ur. 1981), Karol Graczyk (ur. 1984), Marcin Jurzysta (ur. 1983), Karolina Sałdecka (ur. 1983), Rafał Skonieczny (ur. 1983), Szymon Szwarc (ur. 1986), Michał Tabaczyński (ur. 1976), Paweł Tański (ur. 1974). W aneksie do antologii możemy także przeczytać wiersze - Marty Kapelińskiej urodzonej w 1988 i Radosława Sobotki urodzonego w 1989. Te teksty w aneksie zostały zamieszczone z inicjatywy autora posłowia Radosława Siomy.
Antologia wierszy z Torunia została zredagowana przez Tomasza Dalasińskiego i Radosława Sobotkę. Wydawcą antologii została oficyna wydawnicza Mamiko, a książka otwiera bibliotekę czasopisma kulturalno-literackiego „Inter-” z Torunia. We wstępie redaktorzy antologii tłumaczą jak nieostre są kryteria doboru autorów do antologii, sami zastanawiają się „czym tak naprawdę są „poezja toruńska” i „poezja młoda”. Redaktorzy antologii doszli do wniosku, że ważnym kryterium doboru autorów do antologii jest granica wieku 40 lat i wydana książka przez poetę, co nieco według nich zubaża antologię, ale jednak jest „dokonaniem przejścia od statusu autora, od którego się oczekuje (w skrajnym wypadku: który sam od siebie oczekuje) samookreślenia w postaci wydania indywidualnej książki, do statusu autora, który już takiego samookreślenia dokonał”. Na pewno tak sformułowane kryteria są czytelne i ukazują podejście antologistów jako dosyć dojrzałe. Często bowiem zdarza się, że umieszcza się w lokalnych antologiach i almanachach poezję autorów, którzy nie wydali jeszcze książki, choć to nie jest wielki błąd, o ile teksty są na poziomie. Jednakże jest grubą przesadą zaniedbanie najmłodszego pokolenia autorów przez antologistów - 17-letnich, 20-paroletnich, którzy mieszczą się w kryterium „młodość” jakby mocniej i gruntowniej niż wielu autorów w książce zamieszczonych. Bo to trochę dziwne, że 35-latkowie są nadal „Młodym Toruniem”, a nie na przykład 20-parolatkowie. Z twórczości autorów przed 25 rokiem życia w antologii jest tylko umieszczona poezja Anny Dwojnych, nie licząc dwójki autorów w aneksie. Co prawda żartował kiedyś Marcin Świetlicki, że w Polsce młodym poetą jest się do 50-ki, ale antologia pokazuje, że albo dzisiejsi poeci już tak za młodu nie walczą o druk w pismach, czy książkę, albo z uwagi na zbyt mało miejsca w antologii zostali pominięci. Trudno mi ten dylemat rozstrzygnąć nie znając za bardzo obecnej twórczości poetyckiej z województwa kujawsko-pomorskiego. Dla wielu czytelników słabo znających obyczaje we współczesnej literaturze, słowo „młodość” może określać nastolatków przed 18 rokiem życia. Ja bym tak nie przesadzał z podziałem na młodych i starych, są jeszcze typy pośrednie, wczesna młodość, wiek średni, a także bardzo wczesna młodość - niemowlęctwo itp. Można by przecież zrobić antologię ponadpokoleniową.
       Antologiści tłumaczą, że powiązanie twórców z Toruniem odbyło się na zasadzie nie tylko miejsca urodzenia, ale także zamieszkania, czy miejsca pracy. To ważne bo w antologii są wiersze osób, które do Torunia przyjechały na studia i tam zostały jak na przykład byli redaktorzy „Undergruntu” bracia Grzegorz i Wojciech Giedrysowie, którzy pochodzą z Olsztyna. Jaka jest ta antologia? Po pierwsze w kilku przypadkach jest to obrona własnych, wywalczonych dekadę temu pozycji na scenie lokalnej literatury, co oznaczało uniezależnienie się Giedrysów od „Portretu”, a wielu poetów i pisarzy związanych z „Undergruntem” od toruńskiego „PAL-u” i zrobienia czasopisma samodzielnie na miarę ogólnopolską. Po drugie czasem jest to antologia bardzo nierówna, to znaczy jej poziom jest zróżnicowany. Mamy w antologii wiersze Wojciecha Giedrysa, bardzo sprozaizowane, pozbawione środków artystycznych. Pozbawione wszelkich cech poezji. Jakby ktoś w kilku zwrotkach napisał swoje wspomnienia z dzieciństwa, opisał swoje życie, byłoby czymś takim. Te wiersze są na pewno ciekawe, na pewno wynikają z przemyślenia, programowego nastawienia twórczego, ale mnie do końca jako subiektywnego czytelnika nie przekonują. Choć oczywiście potrafię zrozumieć, że gdzieś mogły swoją apoetyckością wywołać euforię. W wierszu Wojciecha Giedrysa „Ścielenie” czytamy np. „Najpierw podchodzę do okna, by sprawdzić, / Czy drzewo, które stoi naprzeciwko nie rzuca / Zbyt długiego cienia”. W poezji brulionowej roczników 60-tych taki zamiar opisywania swojej egzystencji zawierał ciekawe pointy, środki artystyczne.
       W antologii panują przede wszystkim dwa typy poezji – pierwsza to egzystencjalna poetyka postbrulionowa, w której język zrównuje się ze światem jak w reportażu. Jest ona także podbita rozważaniami religijnymi, w której z rzadka stosuje się środki artystyczne, z uwagi na niechęć do nich, lub brak odwagi (bo Marcin Świetlicki tak nie pisał). Druga to poezja wysoce intelektualna, dosyć trudna w czytaniu wypływającą ze zdaniowej kombinatoryki, nad którą trzeba się nagłowić. Poezji wizyjnej, surrealnej tu jest dosyć mało. Nie zauważyłem w antologii ani jednego wiersza Waldemara Ślefarskiego, o którego tomiku „Zanim mnie wyrzucą z pracy” do dziś pamiętam. W 9 numerze „Undergruntu” z 2003 zestaw autorów toruńskich zamieszczonych w wewnątrzpismowej antologii nieco się różnił, wówczas znalazły się w nim wiersze wspomnianego Waldemara Ślefarskiego, także np. Miłki Malzahn, Tomasza Bielickiego, Mariusza Gajkowskiego, czy Cezarego Dobiesa.
Wiersze Grzegorza Giedrysa o miłości na pewno nadal wywołują pozytywne wrażenie z „Wierszy dla dorastających dziewcząt z dobrych domów”, ale nie rozumiem tej atmosfery modlitewnej z drugiego tomu wierszy pt. „Debiut”, czy raczej modlitewnej a rebours, gdyż w jednym z wierszy podmiot liryczny formułuje takie wyznanie: „panie, w Twoich kościołach czuję się jak turysta. / Zimno tu u Pana i pachnie naftaliną” („Litania”). Z włoskiego „litania” znaczy „błaganie”, „modlitwa”. Ta modlitwa do Boga w wierszu Giedrysa, jest modlitwą-skargą na brak widocznych znaków istnienia Boga we współczesnym świecie. Szczerze powiedziawszy mnie trochę rozczarowały te wiersze, jakby schlebiające chwilowym modom literackim na pisanie religijne wśród roczników 70-tych w 1-ej dekadzie XXI wieku. Co było według mnie raczej wymuszone przez animatorów kultury. Nie przekonują mnie wiersze Dariusza Brzostka, wolałbym przeczytać nie najnowsze, ale te z dawnego, wydanego w 1996 tomiku wierszy. Nieźle się czyta za to awangardowe wiersze Dalasińskiego, Rafał Derda trochę przynudza rozwodnioną frazą, niezbyt przekonuje mnie poezja Anny Dwojnych, poezja zarówno Wojciecha jak i Grzegorza Giedrysów w tym ujęciu zaskakuje świadomością słowa poetyckiego, przy długich frazach jednak zaskakuje jakąś atmosferą niedopowiedzenia i trzymania frazy poetyckiej w klasycystycznych ryzach, mimo barbarzyńskiego posmaku u obu twórców. Nie brak pomysłowości obu braciom.
Karol Graczyk, który wydał parę tomików, posługuje się nieco inną frazą niż toruńsko-olsztyńska, która jakby kiedyś określała Toruń – jego wiersze religijno-egzystencjalne czasem trącą najlepszymi wierszami poetów Orientacji Hybrydy. Mają w sobie tą tak nie lubianą przez apologetów Nowej Fali – głębię, tu czasem wiersz wznosi się jakby na poziom wizji. Jego wiersze są pisane tak jakby czasem przemawiał praczłowiek. Jednakże mimo tego tonu reportażowo-archetypowego Graczyk zaskakuje humorem, lekko dozowanym, nie satyrycznym, lekkim, ale pobłażliwym. Ciekawe są na pewno wiersze Marcina Jurzysty z tomu „ciuciubabka” z 2011, w których poeta widzi rzeczywistość z różnych perspektyw, opisuje egzystencję, ale zaskakuje środkami poetyckimi, niby prostymi, ale użytymi z wielką wprawą. Bardzo ciekawe są momentami wiersze Karoliny Sałdeckiej z tomiku wierszy „Na własne oczy”, który ukazał się w 2011 roku – w których autorka poddaje lirycznej refleksji problem Boga w życiu człowieka: „w wieku pięciu lat mój pradziadek powiedział / sobie że Boga nie ma / przerażeni przedwojenni rodzice / szukali przeciwwagi” („Fotografia VII”), ukazuje cechy kobiecości w swojej rodzinie. Znalazł się także w antologii wiersz Karoliny Sałdeckiej o rodzeniu dzieci, wg poetki „nie ma łatwiejszej rzeczy niż rodzenie / kilka ruchów mięśni” („Chór o rodzeniu dzieci”).
Ciekawe są wiersze Rafała Skoniecznego. Trochę nudnawe Szymona Szwarca, przegadane Michała Tabaczyńskiego. Sentymentalne wiersze Pawła Tańskiego wyróżniają się klimatem od realistycznej, sprozaizowanej frazy olsztyńsko-toruńskiej. Nie znam żadnego tomiku poety, ale były czasy, kiedy często w prasie literackiej natrafiałem na wiersze Pawła Tańskiego, które na pewno robią wrażenie już ponadlokalnie, gdyż zawierają uczucia, są sentymentalne raczej niż ostre i wojownicze jak wielu naszych rówieśników, a przez to mają klimat: w jednym wierszu Tańskiego można przeczytać: „kiedy spaceruję po ulicach moskwy, jej włosy / przypominają chmury w kolorze krwi” z tomu „mikrotony” (2011). W wierszach Tańskiego spotyka się realność z umiejętnością dozowania środków artystycznych, które nie zaburzają logiki wiersza.
Czy warto przeczytać toruńską antologię? Raczej tak, ponieważ dzisiaj na rynku literackim w obiegu ogólnopolskim jest mało pism młodoliterackich, taka antologia pomaga poznać wiele ciekawych wierszy z książek, nie osiągalnych w innych miejscach, ze względu na niezbyt dobry kolportaż. Poza tym klimat dawnych lat, kiedy istniało całkiem porządne pismo „Undergrunt” nie powtórzy się, wg mnie nie było to tylko ważne dla lokalnego środowiska pismo, ale stało się ono jednym z ważniejszych młodoliterackich czasopism ukazujących się na przełomie XX i XXI wieku obok „Portretu”, „Ha!artu”, „Studium”, „Kursywy”, które miały zasięg ogólnopolski. Było to w epoce 15-lecia po upadku PRL, a przed wejściem Polski do Unii Europejskiej. Ta cezura jest bardzo ważna dla roczników 70-tych. Jak mawiają Czesi – TO SE NE VRATI!

Dalasiński Tomasz, Sobotka Radosław. Młody Toruń Poetycki. Antologia. Mamiko 2013

Mateusz Wabik





NOWA KSIĄŻKA, NOWE WYDAWNICTWO, NOWA SERIA


     „Piotr Saługa oprócz pisarstwa zajmuje się twórczością plastyczną. Kocha góry.” To fragment noty biograficznej. Czytając jego pierwszą powieść „Maraton”, znalazłam obie te pasje i jeszcze kilka innych.

     Niedawno wydany „Maraton” to opowieść o poszukiwaniu korony koronacyjnej królów Polski – legendarnego diademu Bolesława Chrobrego. To także obraz miłości – która nie jest spokojną przystanią, ale szaleństwem i niepokojem, bólem i rozkoszą. W tej opowieści oniryczne wizje i sentymentalne retrospekcje splatają się z tymczasowością i surowością – właściwie stają się swoistym katharsis dla dzisiaj i owe dzisiaj tłumaczą. To plądrowanie duszy – metafora pomiędzy niebem i piekłem. To wędrówka przez Tatry i nocleg w jaskini. Zadawanie ciosów i lizanie ran. Wyzwanie rzucone nam – czytelnikom.

     Warto dodać, że „Maraton” zainspirował powstanie wydawnictwa i stał się początkiem nowej serii wydawniczej „Proza polska”. Wydawnictwo to „Mamiko”, wymyślone w Nowej Rudzie, by wydawać i wspierać polskich autorów. Więcej informacji o wydawnictwie i samej książce można znaleźć pod adresem internetowym www.mamiko.prv.pl. Książka Piotra Saługi była nominowana w konkursie PTWK „Najpiękniejsze Książki Roku 2000”.
Renata Szymik





„Exodus” Arkadiusza Sanna signum temporis ostatniej dekady XX w.


     Arkadiusz Sann – współczesny pisarz polski – rozpoczął swoją twórczość od małych form literackich: reportaży i opowiadań. Odniósłszy sukcesy w tym zakresie, z powodzeniem zaczął pisać powieści. „Exodus” wydany w Nowej Rudzie, w oficynie „Mamiko” jest drugą z kolei epicką formą większych rozmiarów Arkadiusza Sanna.
     Termin stanowiący tytuł utworu wywodzi się z antycznej kultury greckiej. W klasycznej tragedii „exodus” to ostatnia pieśń chóru, po której występowało zejście aktorów ze sceny („orchestry”). Exodus – rzeczownik wywodzący się z języka Homera i Eurypidesa
- oznaczał w greckiej wersji „Pisma Świętego” – „wyjście” – tytuł księgi Mojżesza opisującej wyjście Żydów z Egiptu. Wreszcie bardziej współczesne znaczenie tego terminu dotyczy emigracji, opuszczenia przez kogoś własnego kraju. W odniesieniu do treści książki Arkadiusza Sanna tytuł „Exodus” łączy w sobie dwa ostatnie znaczenia: wyjście Mojżesza i jego ludu z Egiptu i wędrówka do ziemi Kanaan – w sensie metaforycznym oraz opuszczenie Polski przez głównego bohatera i jego ośmioletni pobyt na emigracji w Holandii – w sensie dosłownym. Pobyt Rafała Geluka w krainie wiatraków i tulipanów, w jego drugiej ojczyźnie, której zawdzięcza odrodzenie intelektualne, psychiczne i materialne, jest rysem autobiograficznym. Autor powieści również przebywał 8 lat w Holandii i zadedykował utwór „ polskim i holenderskim przyjaciołom”.
     „Exodus” ma literacki kształt pamiętnika. Główny bohater Rafał jest jednocześnie narratorem całości. Relacjonuje w niej własny los od skrajnego upadku i utraty rodziny, ciężkiego pobicia, nędzy, strachem przed bandytami, bezdomności, żebractwa i żywieniem się resztkami ze śmietnika, poprzez wędrówkę na zachód za lotem sokoła przez Niemcy, do Holandii, aż do pracy i nauki w obcym mu dotąd kraju i powrotu do Polski jako człowieka wykształconego i zamożnego, zdolnego do wybaczania krzywd i poświęcenia się najbardziej potrzebującym pomocy dzieciom z domu dziecka, który ma ulec likwidacji. Jego życie zatoczyło ogromny krąg, uwieńczony szczęściem osobistym i poczuciem dobrze wypełnionych obowiązków wobec słabych i biednych .
     Interesująca akcja powieści jest wprawdzie fikcją literacką, ale liczne fragmenty utworu zawierają w sobie tak wyraźną siłę subiektywizmu i psychologicznej głębi, że czytelnik ma wrażenie obcowania z człowiekiem, który opisuje własne doznania i przeżycia.
Pamiętnikarskie zacięcie narratora jest zróżnicowane w poszczególnych partiach utworu.
Dominują fragmenty o głębokim przeżyciu wewnętrznym bohatera i ekspresji wyrażającej się w jego postępowaniu. Zdarzają się jednak rozdziały słabsze, powierzchownie szkicujące zdarzenie z życia narratora- bohatera. Sugeruje to obawę autora, by nie uczynić książki „przegadanym” tomem, który mógłby znużyć czytelnika.
     Powieść – pamiętnik Arkadiusz Sanna ujmuje człowieczy los jako egzystencję podporządkowaną transcendencji, zdeterminowaną boskim przeznaczeniem. Współczesny czytelnik może to odebrać jako chrześcijańską formę antycznego fatum. „Exodus” przesiąknięty na wskroś mistyką. Każdy rozdział utworu poprzedza cytat z „Biblii” stanowiący etyczne motto zawartej w nim treści. Bohater nigdy nie rozstaje się z egzemplarzem „Pisma Świętego”, które przeczytał kilkakrotnie i do którego sięga w trudnych chwilach, szukając w nim pocieszenia, wskazówki, porady. Otwierając księgę na dowolnej stronie, zawsze znajduje słowa otuchy, imperatywu moralnego, drogowskazu. Klamrę kompozycyjną mistycznej warstwy utworu tworzą dwa spotkania z Chrystusem, które przeżył Rafał. Nie wiedział i nie rozumiał przy pierwszym objawieniu, że stał się wybrańcem Boga i doświadczył cudu wysłuchania Jego rady na dalsze lata życia. Z czasem zrozumiał istotę spotkania i w swojej trudnej egzystencji kierował się moralnym nakazem: pomóż innym,
a sam doświadczysz pomocy. Spotkanie z Bogiem zamykającej powieść jest już wyraźnie uświadamiane przez bohatera, ale dopiero po zakończeniu objawienia. To niewidzialny ksiądz z mrocznej głębi konfesjonału powiedział do niego po spowiedzi: „Napisz to wszystko”.
     „Exodus” Arkadiusza Sanna to książka stanowiąca literacki znak schyłku XX wieku.
Realia dotykają żywej materii przemian zachodzących w Polsce w latach 90-tych i towarzyszących im niekorzystnych zjawisk socjologicznych i moralnych.: skłócenia Polaków, poszerzania się strefy ludzkiej biedy, narodzin i rozwoju bezwzględnej przestępczości, rozszerzania się bezdomności, staczania się ludzi – często bez ich winy – na samo dno nędzy i rozpaczy. Książka pokazuje także liczne kontrasty pomiędzy życiem społeczeństwa w Holandii i w Polsce oraz zmiany na lepsze, które zaszły w Polsce po powrocie bohatera z emigracji.
     Tułacze, emigracyjne losy bohatera – narratora dowodzą, że z najgłębszego upadku człowiek może się podźwignąć, gdy świadczy dobro innym, gdy kieruje się silną wolą i dąży do moralnego i intelektualnego rozwoju. „Exodus” to książka o zwycięstwie dobra nad złem, miłości nad nienawiścią, szczodrości nad chciwością. To także książka o duchowej więzi człowieka z Bogiem i o postępowaniu zgodnym z uniwersalnymi zasadami etyki. Ze względów poznawczych i etycznych jest warta przeczytania. Życzę Państwu przyjemnej i owocnej lektury.

Sabina Skowron





Sabina Skowron





Poezja w wysokim zagęszczeniu („Gazeta Wyborcza” – wydanie toruńskie)


          Nakładem wydawnictwa „Mamiko” z Nowej Rudy ukazała się debiutancka książka młodego toruńskiego poety Wojciecha Giedrysa. Ścielenie i grzebanie to propozycja adresowana do czytelnika bardziej wymagającego. Pierwszą rzeczą, jaka się narzuca po przeczytaniu tomiku, jest to, że wiersze są gęste od znaczeń. Teksty mówią o podstawowych sprawach: powolnym wybudzaniu się z dzieciństwa, bolesnym dorastaniu, trudnym byciu z innymi ludźmi i z bliską kobietą. Ścielenie i grzebanie jest czymś w rodzaju duchowego pamiętnika, w którym zapisuje się wszystkie własne obserwacje, ambicje, lęki i przyzwyczajenia. Poeta miejscami ucieka w sentymentalność, innym razem niebezpiecznie zbliża się do obrazów z pogranicza śmiałej erotyki. Czasami opisuje świat w sposób realistyczny i konkretny, najczęściej zaś kieruje się w stronę sennej cudowności i surrealizmu.

Wojciech Giedrys, Ścielenie i grzebanie, Wyd. Mamiko, Nowa Ruda 2004, 32 s.






DAGMARY BABIARZ FOTOGRAFIE Z PODRÓŻY



Kolejna po
„Otwórz oczy” propozycja Dagmary Babiarz to „Podróż za kilka zielonych”, która opisuje wyprawę autorki i jej przyjaciółki przez dwanaście stanów Ameryki Północnej.

Minivanem, pieszczotliwie zwanym Kiciunią, razem z obiema podróżniczkami przemierzamy nieogarnione połacie ziemi zebrane, de facto umownie, w jeden kraj.
W każdym z opisywanych stanów autorka podkreśla jego niepowtarzalny urok, to, co odróżnia go od innych i sprawia, że jest zupełnie wyjątkowy i to, czym może zaimponować spragnionemu wrażeń estetycznych turyście.

I tak oto „degustujemy” m.in. Hawaje z całą egzotyką tego pacyficznego archipelagu; Idaho nazywane przez pierwotnych mieszkańców „klejnotem gór”; przerażająco -fascynujące wulkaniczne popioły Oregonu; uroki Wielkiego Kanionu w Arizonie; Dolinę Śmierci w Kalifornii (nazwa oczywiście nie jest przypadkowa), oraz wiele innych.

„Podróż za kilka zielonych” to jednak nie tylko wyprawa krajoznawcza to także rys historyczny, każdego z poznawanych miejsc, ale przede wszystkim jest to zetknięcie z autochtonami, ich przeszłością, codziennością, stosunkiem do swojej małej ojczyzny. Autorka nie ukrywa, że najbardziej dla niej interesującymi mieszkańcami są ci rdzenni, ci, którzy żyli tam znacznie wcześniej zanim wkroczył biały człowiek ze swoją krwawą ekspansją. Oczywiście mowa tu o Indianach, których D.Babiarz traktując z należytym szacunkiem stara się w miarę możliwości (dostępności), poznać jak najwnikliwiej, zwłaszcza ich wielowiekową tradycję pełną rytualnej magii nierozerwalnie związanej z wszechmocną naturą. To Indianie, bowiem, według autorki, stanowią prawdziwe świadectwo losów ziem, które dużo później nazwano Stanami Zjednoczonymi.

Tak jak w poprzedniej książce tak i w tej D.Babiarz, oprócz serwowania czytelnikowi doznań poznawczych i estetycznych, udziela także praktycznych porad, m.in. jak do takiej, poniekąd, sporej wyprawy się przygotować, a co najważniejsze jak przetrwać, na kogo liczyć, a czego się wystrzegać.

Przemierzając i poznając z autorką rozległe obszary Ameryki Północnej mamy szansę na krótką chwilę zachłysnąć się mijanymi widokami, ludźmi i zwierzętami idealnie wkomponowanymi w krajobraz. Ogrom wspaniałości w każdym z przejawów natury, jakie opisuje nie sposób zapamiętać, jest dla czytelnika jak błysk flesza, pojawia się, żeby zaraz zniknąć pozostawiając odbiorcę z przymrużonymi od blasku oczami. Napotkani ludzie (przede wszystkim Indianie), sportretowani są tak, że tworząc integralną całość ze swoją małą ojczyzną zachęcają do bliższego poznania.
Niech, zatem „Podróż za kilka zielonych” będzie impulsem do samodzielnego zgłębienia (najlepiej jakąś swoją Kiciunią) tych fascynujących i nie do końca odkrytych ziem, które szumnie nazwano Stanami Zjednoczonymi.

BABIARZ Dagmara. Podróż za kilka zielonych. MaMiKo, 2008

Ewa Żeberkiewicz





Eros i Tanatos raz jeszcze




Miłość i śmierć, mitologiczne bóstwa Eros i Tanatos spotykają się w tym tomie jeszcze raz
w polskiej literaturze. Nie wszystko jest tu dopowiedziane, więc muszę polegać także na intuicji czytelniczej, gdyż obok wierszy o śmierci matki i babci Izy, są wiersze pisane
w tonacji elegijnej dla ukochanej Edyty. I nie znalazłem, tu żadnego potwierdzenia, czy faktycznie adresatka wielu z tych wierszy odeszła przedwcześnie, czy śmierć jest tu metaforyczna oznaczająca odejście ukochanej, czy też ta miłość jest tak nie spełniona, że aż martwa. Ostatnią możliwością jest to, że te erotyki zostały wymyślone, ale o tym za chwilę.

Po raz pierwszy przeczytałem tom wierszy, gdzie są napisane erotyki w tonacji żałobnej.
W tym tomie jest mnóstwo dziwności, gdyż język Matusza jest często odmetaforyzowany, utrzymany na najniższym stopniu wykrywalności konkretu. Są tu opisy przedmiotów, chwil bliskości, krótkie intelektualne rozważania, do których Matusz już nas przyzwyczaił w swoich wcześniejszych tomach.

Wiele wierszy jest napisanych dla adresatki – Edyty np.: „wszystko co miałem zapisałem dla Edyty / Swój smutek i moje wiersze zapisałem” (str. 26, „Najpiękniejszy wiersz dla Edyty”), odejście matki i pozostawienie podmiotu lirycznego z Edytą jest powodem smutku, którego wyjaśnienia nie znalazłem w tym tomie: „Po śmierci Matki nie płakałem tak, jak / teraz płaczę, bo zostawiła mnie z Tobą.” (str. 6., „Druga elegia dla Edyty”), podmiot jawi się w tym tomie jako bezgranicznie kochający i poświęcający siebie dla ukochanej: „Gotowanie dla Ciebie z Miłością, doprawiając majerankiem, tymiankiem i cząbrem, a potem razem spożywanie potraw. // Chwile, chwile, pełne radości i płaczu chwile z Edytą.” („Chwile”, str. 42). Nie wiadomo kim jest ukochana Edyta, z jakiego czasu, obecna, dawna, żyje czy nie żyje?

Zaskoczony jestem tym tomem wierszy, gdyż tu nie ma jak w „Cycku Bożym” walki o swoją pozycję w środowisku literackim. Można powiedzieć, że jest to najbardziej ciemny
i druzgocący tom wierszy Matusza jaki czytałem. Nic tu po lekkości „Szarego mydła”, czy atmosfery współistnienia z ukochaną z „Mistyki zimą”. Tu jest coś tak niepokojącego, że aż strach.

Zaskakujący jest też zbiór krótkich wierszy mających formę SMS-ową, za ich autorkę podaje autor „Pieśni odejścia i powrotu” Edytę. I dlatego wcześniej napisałem, że być może te erotyki zostały wymyślone. Kto jest autorem SMSÓW Edyty? One są pisane z punktu widzenia kobiety. Prawdopodobne jest to, że napisał je Matusz. W literaturze francuskiej coś podobnego robiono dawno - w kręgu Oulipo, np. Raymond Queneau prozę „Dzieła zebrane Sally Mary” napisał z punktu widzenia kobiety. Więc jest też taka możliwość, że wiele
z wcześniejszych erotyków jest wymyślona, bo jak wiadomo, pisanie o obecnych kobietach, przemienia je często w utracone.

Więc może na jakimś poziomie nad tekstem można wymyśleć wszystko, tym bardziej, że Matusz tradycję literacką zna, i znam jego wiersze pisane w różnych stylistykach. Mogę się oczywiście mylić. Matusz w „Cycku Bożym” rozprawił się z autorami z kręgu „brulionu”
i „Nowych Dzikich”, którzy pisali autobiograficznie. Wolę jednak autobiografię wpisaną
w literaturę, niż literaturę potencjalną. Po drugie te wiersze są tak realistyczne, że nie widać i nie czuć tu żadnej gry. Więc pozostają nam tylko te możliwości, a czytelnik pozostaje
w niepewności. Jeśli cykl wierszy „Pocałunki i smsy (od Edyty)” napisał Matusz to ma się prawo uważać ten tomik w dużej części za mocno oulipowski.



Sławomir Matusz.
Pieśni odejścia
i powrotu
. Mamiko, 2010


Mateusz Wabik





„PIĄTA WYPRAWA” ANTONIEGO OLGIERDA MISIAKA – POEZJA

TO PRAWDZIWA.

       Pełny tytuł tomiku wierszy kłodzkiego poety brzmi: „Piąta wyprawa Krzysztofa Kolumba do Indii Zachodnich 1960 – 2000.” Zbiorek został opublikowany przez Wydawnictwo „Mamiko” w 2005 roku. Zawiera 17 tekstów poetyckich ponumerowanych,
jak w kalendarzu, Dzień1, Dzień2&#8230;aż do 17.
       Poezje Misiaka to teksty zupełnie niezwykłe. Wyrosły z dwóch wymiarów człowieczego bytu: realnej, szarej codzienności i fantazji, gry wyobraźni, czyli marzeń.
Literatura poświęca marzeniom wiele miejsca. Poeci i pisarze twierdzą, że są one radośniejszą, oprawioną w piękno i ciepło, ikaryjską stroną ludzkiej egzystencji, że ubarwiają
życie człowieka w każdym jego wieku.
       Bruno Schulz marzenia ojca nazwał w „Sklepach cynamonowych” „kolorowymi ptakami”,
Mickiewicz w „Odzie do młodości” stworzył wizję skrzydeł unoszących idealistów w „rajską
dziedzinę ułudy”, Stanisław Grochowiak w wierszu „Ikar” odnosząc się do marzeń, pytał
o „skrzydła z ptasich pęcherzy, rozpiętych na promykach”. Można zatem postawić tezę,
że marzenie to coś ulotnego, zwiewnego, unoszącego człowieka w bezbrzeżną przestrzeń
w myślach, które nic nie ważą w sensie materialnym.
       Tylko ludzie pogrążeni w głębokim smutku i samotności mówią, że marzeń nie mają
i niczego nie pragną. Z całą pewnością do tych nieszczęśliwców nie należy autor „Piątej
wyprawy&#8230;” Jego bogata wyobraźnia tworzy fantastyczne wizje dalekich krajów, nieznanych
lądów, egzotycznych wysp, gwarnych portów i bezmiernych powietrznych przestrzeni.
Marzenia poety mają jeden wspólny, powtarzający się motyw: dalekich, niezwykłych podróży. Ich wizje są poetyckie, tak jak u schyłku XIX wieku w twórczości Rimbauda.
       Autor :Piątej wyprawy”&#8230; ma świadomość możliwości podróżowania różnymi
środkami lokomocji. Wymienia w poszczególnych tekstach: samolot, autobus, motocykl Harley Davidson, pociąg, samochód i statek, najczęściej żaglowiec. Szczególnie preferujeS
dalekie wyprawy samolotem i statkiem.
      Trudno zidentyfikować i określić bohatera lirycznego tych wierszy. Nie jest nim z pewnością sam poeta. Liryczne „ja” pojawia się tylko na moment w „Dniu16”, w którym
autor zestawia antynomicznie spoczywających na cmentarzu „bo oni odnaleźli swoje dalekie
wyspy” z własnym trwaniem i zmaganiem się z trudami istnienia:
    -„A ja z trudnością dźwigam swoje życie&#8230;”
Można sądzić, że rolę bohatera lirycznego pełnią tu wyobrażane i wymarzone podróże,
a może poezja w czystej swej postaci:
       „Poezja szła mijając jarzębiny.
       Przez chwilę zatrzymała się w lustrze
       razem ze spadającymi liśćmi, stadem dzikich kaczek
       lecących na południe i fragmentem portu,
       w którym czekał ostatni odpływający statek.”
Wiersze Antoniego Misiaka można nazwać liryką narracyjną. Każdy z nich , jak gdyby
w opozycji do dystynktywnych cech swego gatunku, opowiada o sytuacji postrzeganej
i o wizjach wykreowanych przez grę wyobraźni poety.
       Inspiracją do wywołania i zajaśnienia pełną paletą barw niezwykłych obrazów i zdarzeń
są w tej poezji prozaiczne czynności zwykłego dnia: kupowanie termosu, obieranie jabłka
w poczekalni kolejowej, rozmowa z zamiataczem ulic, obserwowanie niesionego wiatrem
strzępka gazety lub poetyckie skojarzenia przenoszące czytelnika w krainę syntezy sztuk;
dziewczyna grająca w piłkę porównana do wzlatującego ptaka, parada cyrkowców z małą
woltyżerką ubraną w czerwony stanik z cekinami, zapadający zmierzch, zachodzące słońce,
kot słuchający muzyki, lustro odbijające wycinek nabrzeża, rozmowa skrzypiec podsłuchana
przez dziewczynę pijącą kawę i wędrowca czytającego gazetę.
     Świat realny i wyobrażany oddziela horyzont, odkreślający obszar nieba i ziemi :
      „Za nimi , ukryte za linią horyzontu,
      na brzegu odległego morza, są porty&#8230;”
Ta linia jest granicą między światem znanym z autopsji a odczuwanym, wymarzonym,
wymyślonym. Marzenia o podróżach to tęsknota do nieznanego, piękniejszego świata.
Sama podróż może być fascynującą przygodą, przybliżająca wędrowcowi to, co nieznane
i barwne :
    „Za rodzinnym domem,
    za falochronem,
    za dziką plażą,
    za oceanem
    są wspaniałe świątynie,
    niebosiężne cerkwie,
    złociste estrady,
     czarowne miasta,
     ogrody.”
Mimo świetlistości, bogactwa i piękna świata, leżącego gdzieś za linią horyzontu, trudno
nie rozważyć jeszcze jednej tezy, proponowanej przez poezję Misiaka. Oto zupełnie realnie,
nie w marzeniach, jesteśmy ciągle w podróży, idąc przez życie i zmierzając do ostatniego
portu:
     „ Tam zdążamy wbrew przeciwnym prądom,
     hałaśliwym burzom.
     Tam w końcu pozbawieni wszystkiego,
     niczym pusta muszla
     osiadamy w piasku ostatniej plaży”.
Każdy z nas, w tym eschatologicznym sensie, jest wędrowcem, pielgrzymem.
Każdy człowiek to „Homo viator” dążący aż po horyzontu kres.


MISIAK ANTONI OLGIERD. „Piąta wyprawa Krzysztofa Kolumba do Indii Zachodnich 1960 – 2000.” Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo.


Sabina Skowron





Zadyszka współczesnego melancholika


     Życie jako podróż – to jeden z najstarszych motywów w literaturze. Przedstawiane jako żegluga poprzez czas, zmieniające się warunki historyczne i społeczne, w których bohater musi się odnajdywać, ale także jako wędrówka w głąb własnej świadomości, poprzez meandry ludzkiej psychiki, która często wydaje się być największą tajemnicą wszechświata. Czasem jest to podróż melancholijna, kiedy indziej przedstawia się ją z dojrzałego dystansu pełnego ciepła lub goryczy. Innym razem jest znów szaloną galopadą poprzez gmatwaninę doznań, opinii i wspomnień, która wygląda na próbę poskładania w zrozumiałą całość szczątków rozbitego zwierciadła po to, by wreszcie zobaczyć w nim własne odbicie. I tak chyba jest w przypadku powieści Piotra Saługi.

     Maraton. Poszukiwanie porządku we wszechświecie, logiki historii, sensu poszczególnych zdarzeń, przyczyny sprawczej tego przerażającego, a zarazem cudownie spójnego chaosu, który jest wokół nas i w nas samych. A wszystko to pod presją przemijania, które zaczyna się w chwili narodzin i dławi lękiem przed sprawami ostatecznymi. Skołatana wyobraźnia ratuje się tym, co znajome. Stąd liczne biblijne akordy dźwięczące w komorach umysłu bohatera, pierścienie madziarskich księżniczek, postaci Magów, tęsknota za nirwaną. Czasami trudno orzec, czy ta niesamowita mozaika przybliża i oswaja nieuniknione, czy tylko bardziej jeszcze obezwładnia i zniewala.

     No i wreszcie Beatrycze – promień w piekle życia. Ruchliwy i zmienny. Taka jest natura światła, które niespodzianie roztapia się w tajemnicy cienia. Kobiecie Saługi zawsze towarzyszą atrybuty świadczące o dwoistości jej natury – anielsko demoniczna, elf i tarantula w jednej postaci. Żyje w tym samym świecie, ale jakby w innym wymiarze, posługując się innymi narzędziami poznania, mówiąc osobnym językiem. Trudno zrozumieć kobiecość, ale jak łatwo pokochać! Gdy już to się stanie, Beatrycze zażąda absolutnego oddania, chce, by nadążać za marzeniami, których sama często nie potrafi nawet nazwać, wciąga w truskawkowy wir zmysłowości. Beatrycze-przewodniczka, Beatrycze trzymająca stoper w Twoim biegu przez życie. Każdy może ją znaleźć w swoim łóżku – mówi Saługa – pod warunkiem, że potrafi dostrzec niebezpieczną i cudowną niezwykłość kobiecości.

     Wiele jest w „Maratonie” prób filozofującego abstrahowania. Bohater to „egoista własnych uniesień”, który zdaje się lepiej czuć w świecie sennych marzeń i narkotycznych wizji niż w zmuszającej do działania rzeczywistości. Jednak rzeczywistość wdziera się nieubłaganie w jego egzystencję pod wieloma postaciami. Jest wątek miłosny, który przewija się w postaci nieustannie podtrzymywanego napięcia pomiędzy bohaterem a Beatrycze. Możemy podglądać życie nocnych klubów, dziewczyn do towarzystwa i narkotykowych dealerów. Znajdziemy też w „Maratonie” kryminalną intrygę, która zaprowadzi nas w głąb szybów wielickiej kopalni. Równie dynamiczne, choć jakby oglądane przez sepiowe szkiełko, są fragmenty wspomnień, głównie tych z dzieciństwa. Urzekają ciepłem i humorem, dojrzałością obserwacji i umiejętnością formułowania wniosków z zachowaniem ironicznego dystansu do siebie i otoczenia.

     Polecając lekturę „Maratonu” Piotra Saługi można powiedzieć, że z jednej strony powieść wymaga od czytelnika pewnego intelektualnego wysiłku, z drugiej zaś może stanowić wyzwanie do współtworzenia historii, która nie jest tylko historią bohatera, ale opowieścią o człowieczeństwie. Czytelnik odnajdzie tu wiele własnych rozterek, zidentyfikuje się z właściwym bohaterowi poczuciem wielkości, któremu jak cień towarzyszy lęk. Zaduma się nad subtelną władzą emocji niepodległych dyktatom rozumu, wzruszy miłością, która jest inna w Nim, a inna w Niej. W galopie zmian doświadczy nieuchwytności, a to niezwyczajne doświadczenie.

     W codziennym biegu przez wydarzenia, informacje, opinie i odczucia, pod presją czasu i cudzych sądów zatrzymaj się, by wejść w cudzy „Maraton”. Może się okazać, że jest on także trochę Twój.





MARIAN DZIWNIEL W DRODZE DO WOLNOŚCI



       Tym cenniejsze są opowieści o historii najnowszej naszego kraju, im więcej ich autor ma do przekazania z własnych obserwacji, a przede wszystkim z doświadczenia. Marian Dziwniel opisał w:„Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę” własne losy, którego koleje splotły się z ogromną machiną historii przetaczającą się od Kresów, gdzie się autor urodził, przez Polskę czasów Solidarności, na emigracji we Francji kończąc.
Dziwniel przyszedł na świat w 1946 roku w Starej Dębowej (Białoruś), jako obywatel Związku Radzieckiego narodowości polskiej w domu zamożnych gospodarzy. Akcja kolektywizowania i ateizacji wioski odcisnęła piętno na małym Dziwnielu, który po pierwsze, dowiedział się od towarzyszy komunistów, że Bóg nie istnieje (rodzina Dziwniela była katolicka), po drugie, że jest synem kułaka, a po trzecie, że Stalin jest nadczłowiekiem i geniuszem w każdej dziedzinie życia, a co za tym idzie i partia komunistyczna.
W roku 1958 pozbawieni majątku Dziwnielowie przybyli do Polski, a konkretnie do Świdnicy. Tam właśnie Marian Dziwniel, już jako pracownik Świdnickich Fabryki Urządzeń Przemysłowych był jednym z założycieli i czynnym działaczem NSZZ „Solidarność”. W związku z tym nie ominęły autora prześladowania za przynależność do związków zawodowych, próby zmuszenia go przez SB do podpisania przez tzw. lojalki, wreszcie internowanie. Z jednej strony zatem Dziwniel pisze o wierze w słuszna sprawę, o walce o odkłamanie historii i powrocie do normalności, z drugiej zaś strony o strachu o własną rodzinę, o siebie, o to jaką przyszłość on sam szykuje własnym dzieciom w związku ze swoją działalnością.
W roku 1982 Dziwniel wraz z rodziną , jak i wielu rodaków, opuścił kraj i z prawem do jednokrotnego przekroczenia granicy wyemigrował do Francji. W 1989 roku autor odwiedza swój kraj po raz pierwszy i jest z niego dumny...mimo wszystko.
       Tak pokrótce wyglądają losy Mariana Dziwniela, a po interesujące szczegóły należy sięgnąć do książki, a warto. Nie jest moim celem streszczanie utworu, chciałabym raczej wskazać na podziwu godną ogromną charyzmę autora, na jego upór w walce o to co wierzył, o idee. Przez całe życie Dziwniel musiał bowiem zmagać się z przeciwnościami losu, a to z sowietyzacją kraju lat dziecinnych, to ze zwyrodniałym systemem swojej Ojczyzny, to znowu z dostosowaniem się do zupełnie odmiennych zasad życia na emigracji. Udało się. Dziwniel to człowiek spełniony, przede wszystkim dlatego, że w swoim uporze i determinacji w walce o słuszną sprawę był przede wszystkim człowiekiem prawym i co ważne „zachował twarz”, co w dobie „ekshumacji” przeszłości naszego kraju, gdzie tylu dawnych bohaterów z dnia na dzień tę twarz traci, nie jest rzeczą łatwą. Czyżby Dziwniel przestrzegał przed karykaturalizacą lustracji odbywającej się w naszym kraju?
       „Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę” można potraktować jako głos w dyskusji o dzisiejszym stanie naszego kraju. Sam Dziwniel z perspektywy własnego doświadczenia ma prawo pytać: Co robicie z naszą wolnością? Gdzie podziała się zasada solidarności, o którą walczyliśmy? Dlaczego partyjne rozgrywki determinują losy naszego kraju? Mam tylko nadzieję, że nie na próżno będziemy szukać na te pytania odpowiedzi.
       Zakończę, za autorem, apelem: „Nauczmy się przebaczać!...Ale przebaczać nie znaczy zapominać!...”
                                                      Ewa Żeberkiewicz

Marian Dziwniel.
Znad Niemna przez Odrę nad SekwanęNowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2007

Ewa Żeberkiewicz





WZLOT DO POCZĄTKU



       Elżbieta Maria Śmigielski przedstawia nam tomik poezji pod tytułem „Wzlot do początku”. Wszystkie utwory zawarte w tej propozycji są zgrabnie zrymowane, a bez specjalnie wyszukanych metafor mogą być z łatwością odebrane przez czytelników dla których poezja kojarzy się z czymś zawiłym, a przez to niezrozumiałym. Konstrukcja tomiku opiera się na wyznaczonych przez autorkę sferach tematycznych dotykających zarówno rzeczy dla człowieka istotnych, świata jego wartości, norm i zasad, jak i traktujących o historii naszego kraju, ale także zawarte są w nim utwory o zabarwieniu czysto rozrywkowym, np.: „Mały Krecik”, czy „Kogucie trele morele”.
Śmigielski w części zatytułowanej „Sprawy Ducha I Moralności” podejmuje tematykę trudną, ocierającą się o sprawy dla człowieka najważniejsze, stanowiące trzon jego egzystencji. Mówi zatem o wartościach podstawowych jak: prawda, dobro, pokora, miłość, które w nowoczesnym świecie przytłacza: pycha, zawiść, złość. W utworze „Upadłe Wartości” wypowiada się następująco:
„Lepką żądzą oklejona Czystość
zatraciła kryształu przejrzystość.”
Według autorki, człowiek współczesny zatraca się w rzeczywistości w której dominuję chęć posiadania nad ludzkimi odruchami, pieniądz nad wartościami od wieków uznawanymi za sacrum. Śmigielski proponuje przez utwór „Rachunek Sumienia” zwrot ku Bogu, symbolowi miłości i sprawiedliwości, a wybawienie przedstawia obrazowo jako „Wielką Kometę”, która:
„Wydrze lud prawy z ciemności kleszczy.
Sługom ciemności koniec obwieści.”
Jak już wspomniałam, obecna jest w tym zbiorze także polska historia. W części: „Bolączki naszych czasów, czyli rozmaite trucizny zalewające nasz wspaniały świat”, autorka daje upust swemu rozczarowaniu potransformacyjną Ojczyzną porównując chociażby polską scenę polityczną wprost do Orwellowskiego „ Folwarku zwierzęcego”.
Niepokojące ją kwestie społeczne porusza w sposób bardzo dosłowny i dosadny. Szereg krótkich fraszek to zarazem szereg palących problemów naszego kraju o których Śmigielski głośno mówi:
Statystyka z Zoologu
”Co oznacza średnia płaca?
Statystyki stek to bredni!
To jak mrówkę wziąć i słonia
i wyliczyć ciężar średni.”

W tomiku „Wzlot do początku” ,mimo jego niezbyt obszernej formy, prezentowana tematyka jest różnorodna, obejmuje zarówno sferę duchową jak i cielesną człowieka. Cześć zatytułowana „Bon Apetit” wytyka bowiem typowo polskie przywary związane z szumnie eksploatowana tradycją.
Mimo, iż Śmigielski nie stroni od podejmowania w swoich utworach tematów poważnych to jednak pierwsza myśl jaka mi przyszła do głowy po przeczytaniu niniejszego zbioru było słowo: „wdzięczne”. Utwory, choć nieraz surowo piętnujące i gromiące nasze przywary, podane są właśnie we wdzięcznej, lekkiej formie, że aż trudno mi uwierzyć, iż tak dużo w nas wszelkich złych i przewrotnych cech. Wolę zatem na koniec optymistycznie zacytować „Kogucie trele morele”:
„Potem będą trubadurzy
i weselny orszak szczurzy,
strojny w wieńce z dzikiej róży.
Szczęścia bezmiar ich odurzy...”
Ostatnia część „Wzlotu do początku” skierowana jest do przyjaciół autorki mówiących po angielsku. Te utwory pozostawiam więc do indywidualnego odbioru tym, którzy mienią się jej przyjaciółmi i których dodatkowym atutem jest znajomość owego języka.

Elżbieta Maria Śmigielski.
Wzlot do początku. Nowa Ruda : Wydaw. Mamiko, 2005. -70 s. ISBN 83-60224-03-X

Ewa Żeberkiewicz





Wojciech Brzoska

Sacro casco
Mamiko
Nowa Ruda 2006


Wiersze Wojtka Brzoski i jego kolegów śledzę już od kilku lat. Pamiętam swoją niezgodę na ówczesne pisanie poetów ze Śląska, ich metafizykę negatywną, jak to określiłby Karol Maliszewski. Degradacja znaczeń, antyklerykalne wtręty, kolekcjonowanie językowych kiksów to znaki rozpoznawalne poetyki Brzoski- wciąż bawi go obróbka tych samych tematów (ile można trwać jak dzikie dziecko w świecie wczesnego Siwczyka?!) Kiedy już wydaje się, że w tych wierszach może pojawić się jakaś furtka mogąca wpuścić trochę światła, autor przekreśla tę możliwość ironicznym uśmieszkiem, nerwowym grymasem. Tytułowy wiersz Sacro casco dedykowany Wojciechowi Wenclowi odwołuje się do autentycznego zdarzenia- po wieczorze autora Imago Mundi redaktorzy „Kursywy” mieli wypadek samochodowy, co pozwala Brzosce snuć domysły, że zostali ukarani przez „boga”. Po chwili wstrząsu wszystko wraca tu do normy i jest mierzone ludzką miarą. Kiedyś wydawało mi się, że problem wiary jest przestrzenią sporu, że tu dzieją się rzeczy najważniejsze, które mamy do powiedzenia. Po lekturze Sacro casco utwierdzam się w przekonaniu, że jest dokładnie na odwrót- są to martwe rejony języka. Beznadziejność światopoglądowych dyskusji polega na tym, że spór o wiarę w gruncie rzeczy jest pozorny, marginalny-nie chodzi o porozumienie, ale wykładanie swoich racji. Dużo tu miejsca (i dla agnostyków i dla katolików) dla zwyczajnej blagi, tanich póz i gestów. Paradoksalnie rozwiązanie dylematów „wiary i nie” można znaleźć w samych wierszach autora z Sosnowca: „bóg jest w twoim sercu/ i naszych rękach, więc się/ nie lękaj”. Może gdyby zaufał swoim własnym słowom powiodłyby go one w niespodziewanym kierunku?


Artur Nowaczewski

„Topos”, nr 6/ 2006

Wojciech BRZOSKA.
Sacro casko Nowa Ruda : Mamiko, 2006






Uprawy penitencjarne


Marzena Orczyk-Wiczkowska: Grypsy z panoptikonu (MaMiKo, Nowa Ruda 2010)

Metafora świata jako domu wzajemnego nadzoru wykorzystana w debiutanckim zbiorze Marzeny Orczyk-Wiczkowskiej nie należy do pomysłów oryginalnych, wszakże autorka pilnie stara się o odnowienie jej znaczeń. Skutecznie: skóra cierpnie, robi się nieswojo, przypomina się wszystko to, cośmy dotąd znali z powieści Franza Kafki, z esejów Michela Foucault, z więziennych sztychów Piranesiego.
Zwłaszcza, że na wszystkich pada mrok podejrzeń. O każdej porze dnia i roku. Wszyscyśmy przeniknięci pierworodną winą. Odbywamy karę w przeszłości, teraz, i na wieki wieków. Poetycka gramatyka wyraźnie przedkłada tutaj liczbę mnogą nad pojedynczą,    wspólne położenie nad cechy indywidualne (zob. „***,  wszyscy skazani są do siebie podobni&#8230;).
Co nas nadzoruje? Kto nas pozywa przed surowe sądy? Wiersze Orczyk-Wiczkowskiej wskazują, że okolicznością obciążającą, podstawą zarzutów, jest sam fakt istnienia. Odrębnego od innych przedmiotów, samoświadomego. Może właśnie nasza świadomość, niby tajna prokuratura, niestrudzenie zbiera dowody przeciwko nam; na naszą  pobieżność postrzegania, na lichotę nędzy, na rozmijanie się ze autentycznym „ja”. Pisze poetka: jesteśmy patyczkami unoszącymi się na powierzchni./kijem włożonym w mrowisko./pałeczką do oczyszczania uszu aniołów./wielką kosmetyczką, w której magiczna tynktura/ zamienia platynę w błoto, ukrywa lęk w strzępkach zdań,/starannie cyzelowanych życiorysach. >(„wszyscy jesteśmy podejrzani. lato.”). Kreśli obraz dotkliwy. Ani myśli o pocieszeniu. Pozostawia nas bez obrony, bez obrońcy. Bez&#8230; sprawiedliwości. Jakże bowiem o niej  mówić,  gdy nie znamy nawet imienia sędziego? Kto zatem prowadzi naszą sprawę? Do kogo wypada nam kierować nasze wyjaśnienia? Komu się tłumaczyć? Wreszcie: czy ma na nas baczenie jakakolwiek wyższa władza? Takie pytania siłą rzeczy muszą się skupiać wokoło naszej człowieczej kondycji zdeterminowanej przez przypadek, zdominowanej przez pozór (zob. „marylin monroe staje przed trybunałem”), skażonej anonimowością. Zaraz za nimi, jak cienie pojawić się muszą kolejne kwestie: podmiotowej wolności („mützen ab”), rozpaczy (por. „niewiara”), ofiary („blisko. coraz bliżej”). Uciekać od nich – daremny wysiłek. Chyba że w sny odległe, poza zasięg strażniczego oka. W szaleństwa nagłych wizji („kula”).
Retoryka wierszy Orczyk-Wiczkowskiej przeczy wszystkiemu, co dotąd wiedzieliśmy o stylu grypsów. Trudno uważać je za małomówne. Lecz taka intensywność wyrazu zwyczajnie wymaga przestrzeni. Wymusza jej poszerzanie, wykorzystując traf, przypadek, energię chaosu. Przechwytuje szumy, refleksy  fragmenty, strzępy komunikatów. Zgęszcza je, wzmacnia, sampluje. Interpretuje cytaty z Tomaža Šalamuna. Wciąga czytelnika do wnętrza swej twardej, nieprzespanej jawy.

Lorkowski Piotr Wiktor: „Ogród debiutów”: Dwumiesięcznik Literacki TOPOS nr 4 (119) 2011, s. 160-161, ISSN 1230-8943





Zgoda na zwykłość. O poezji Piotr Stankiewicza z tomu „Elementarz”.



   No cóż. Czasami to tak jest. Ni stąd, ni z owąd, czasem obcuje się z książką poetycką nieznanego autora, który potrafi wykreować taki świat, takie wiersze napisać, tak odczuć rzeczywistość, i tak ją opisać, że odczuwa się jakąś doniosłość jego wysiłków, coś nietuzinkowego, niepospolitego, ale zaraz pojawiają się odnośniki do poezji niezbyt dzisiejszej, gdyż widać w takich wierszach jakieś opalizowanie historii poezji ze współczesnością, widać samotność poety wbrew deklaracją wspólności. W poezji Stankiewicza chodzi raczej o samotność pisania, podkreślenie własnej osobowości i podmiotowości, niż wybór egzystencjalny. Ma się też tą świadomość, że wielu poetów i poetek pojawiało się w polskiej poezji współczesnej, z jedną świetną książką, z drugą, potem odchodziło, albo pisało wiersze niezadowalające swoich czytelników. I takie myśli naszły mnie po zapoznaniu się z książką „Elementarz” Piotra Stankiewicza, którą w 2013 roku wydało Mamiko. Wiersze Stankiewicza charakteryzuje lekki sentymentalizm, jest w nich natchnienie i lekkość charakterystyczna dla pierwszych dwóch tomików Tadeusza Dąbrowskiego, wierszy Adama Pluszki czy jakieś dalekie echo twórczości poetów przedwojennych i z okresu wojny i okupacji – w jednym wierszu pojawia się Wierzyński, ale mi ta zwiewność i lekkość wiersza przypomina niektóre teksty Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Przyrastanie słupkowe wiersza odziedziczone jest po Różewiczu i jego naśladowcach. Poza tym poezja Stankiewicza opisuje codzienne życie, bieg spraw, marzenia, tęsknoty, ale jakby bardziej jest nastawiona na ukazanie świata i wiersz zawierający jego opis, niż na ukazanie jakiegoś nieprzystawania podmiotu i świata, nie ma wierszach Stankiewicza zniekształceń emocjonalnych, drapieżnie nanizanych na linie metafor ukazujących rozdźwięk pomiędzy ja a światem. W poezji Stankiewicza panuje lekki chłód intelektu, są tu także uczucia, ale trzymane w ryzach.
   W wierszach z „Elementarza” czuć echo stachurowskich eskapad, jest tu mitologia zwiedzania i włóczenia się po różnych stronach Polski: „weekendy są zawsze te same / gdziekolwiek pchnie nas / płaska wyobraźnia” i „szampanem krzepimy kaca / jak przystało na włóczęgów / od święta i wielkiego dzwonu” („City break”), poeta opisuje także przechadzki po mieście i notuje interesujące dla poety rzeczy: „w sierpniu nie mam zwyczaju wyjeżdżać / za morza czy nad jeziora / zostaję w Warszawie / jak uczeń na drugi rok // spaceruję po mieście sprawdzam / jak smakuje miejscowe lato” („Inspiracja”). Widzimy w „Inspiracji” skrótowe notatki z różnych miejsc: wiernych, którzy się gromadzą przed kościołem przed pielgrzymką, zakochanych spacerujących po Łazienkach, a koło Ogrodu Botanicznego znajdują się „rogale bukiniści i wata cukrowa”. W sumie czemu mają służyć takie notatki? Może jest to ukazanie fragmentu życia, zapis jakby stylizowany na poetycki dziennik, ale czytelnik widzi Warszawę, stolicę, jako zwykle miasto w Polsce, z dala od sejmu, walki o krzyże, Warszawa wyłania się z wiersza Stankiewicza jak miasto, które jest takie samo jak inne miasta, gdzie biegnie życie tak samo jak w innych miastach. Mamy w „Elementarzu” też poetyckie zapisy eskapad do innych krajów: Holandii, Stanów Zjednoczonych, Ukrainy. Stankiewicz w „Elementarzu” także wspomina czasy szkolne: „pamiętacie // czasy zapomnianych podstawówek / pomazane eksponaty ławek worki na kapcie / i groźne panie szatniarki” („Syzyfowa praca”), które mimo groźnych szatniarek i wszechwładnych wychowawczyń jawią się z trzydziestoletniej lub prawie trzydziestoletniej perspektywy jako lata beztroskie. Wiersz „Dedykacja od dawno niewidzianej” adresowany jest do kogoś z dedykacji w zagubionej książce: „machinalnie pakuję życie w kartony / lecz ciebie książeczko księżniczko / biorę na ręce z szacunkiem / sentymentem i bez tęsknoty”. Tu podpis – pierwszej miłości?, jakiejś dawnej znajomej?, dedykacja jest znakiem dawnych czasów, a książka – nie tyle jej treść, jest ważna, ale jako miejsce przechowywania takiej pamiątki jak inskrypcji.
   W jednym z wierszy podmiot liryczny skrzętnie jakby zapisał czyjąś krytykę pod własnym adresem, napisane jest to zwykłym, informacyjnym językiem: „gorączkowe zdania // że składam je tak / jak będę pisał testament // że każde słowo to przeżytek / umarłej myśli / zmyślonego uczucia // że każda kropka to nagrobek / słowa” („Powiedziałaś”). Tutaj przypomniała mi się satyra Ignacego Krasickiego „Do króla”, w którym oświeceniowy poeta przytaczając prawdziwe i wymyślone przytyki pod adresem Stanisława Augusta Poniatowskiego, jakby na opak, wbrew słowom podmiotu lirycznego, chwalił poczynania króla, tutaj w wierszu Stankiewicza mamy także taką krytykę, która po dłuższym zastanowieniu jest pochwałą jego poezji, nie deprecjonuje jej w ogóle – gdyż poezja Stankiewicza jest świadoma poetyckiego słowa, jest powściągliwa w uczuciach, słowo z namysłem wyraża to co już się kiedyś pomyślało. Zmyślone uczucia mogą akurat nie do końca być zaletą.
   Ciekawym krótkim cyklem poetyckim w „Elementarzu” są trzy wiersze o starości: „Starość poetki”, „Starość filozofa”, „Starość zjadaczki chleba”. Poetka – nie przywołana z nazwiska, mieszka na peryferiach miasta, nie lubi pochwalnych recenzji krytyków, ani pochwał „młodych czytelników”, żyje swoją samotnością, przesładza „przezornie herbatę”. W wierszu dotyczącym starości filozofa – poeta ukazuje jego spacer i odpoczynek na ławce, gdyż po wykściu z wydawnictwa, myśli z ulgą, że „wszystkie książki domknięte / wszystkie myśli już w druku / w obiegu”. Potem filozof obserwuje dzieci w parku, „cieszy się, że nie jest już z nimi”. W „Starości zjadaczki chleba” poeta ukazuje pogodną starość swojej babci, o której „zapomniała (&#8230;) śmierć / i teraz babcia żyje / w bajce w której się nie umiera”. Babcia dopytuje oczywiście wnuczka o ślub i wnuki, modli się. Dwa wiersze o poetce i filozofie, ukazują ludzi kultury, którzy oprócz swoich życiowych spraw mają na głowie życie kulturalne, obowiązki ludzi kultury, od których by najchętniej odpoczęli, w tym zestawiona jest pogodna starość zwykłej kobiety, bez większych obowiązków i w spokoju oczekującej śmierci, a jedynym jej zmartwieniem jest, że „proboszcz któremu zdradziła przed laty / gdzie by się chciała chować / dawno nie żyje”.
   W tomiku Stankiewicza są także wiersze odbiegające od spraw codzienności, są w jakiś sposób poetycką zadumą na temat wszechświata, egzystencji, sensu pisania – nie są to teksty wysilone, pozwalają czytelnikowi nabrać oddechu i popatrzeć na świat jakby nie przez szkło powiększające, ale widzi się w nich życie jakby patrzyło się na nie z perspektywy odwróconej lornetki – jak w „***przetrzyj palcem” . Tom „Elementarz” odróżnia się od poezji wielu młodych poetów, urodzonych w latach 80-tych, tym, że jakby bardziej pasuje tematyką i nastrojem do poezji tego „solennego” wg rozpoznania Karola Maliszewskiego, skrzydła roczników 70-tych, do którego należą Adam Pluszka, Paweł Lekszycki i Tadeusz Dąbrowski – gdzie opisuje się współistnienie ja i świata, gdzie nie ma jakiegoś wykrzyczanego wersami buntu. Gdzie jest miejsce na dowcip, refleksję, wspomnienie dawnych lat szkolnych, notatki o zwykłym otaczającym nas świecie podane są poetycko. Nie ma tu świata znanego z wierszy Cecki, Króla i Roberta, zakotwiczonych w rytmach, składni języka. Jednakże w żaden sposób Stankiewicz nie jest plagiatorem roczników 70-tych, ma podobne światoodczucie jak wymienieni przeze mnie poeci, poszerza te ścieżki jednak własnymi pomysłami. Dlaczego ten tom nazywa się „Elementarz”? Pewnie dlatego, że poeta spod Warszawy pisze o sprawach najprostszych, językiem dalekim od niezrozumiałości, choć bez interpunkcji – a te sprawy tak istotne to – ludzkie istnienie, świadomość starzenia się, zwykłe opisy krajów zamorskich i kontynentalnych, zgoda na świat. Co ciekawe Stankiewicz nie wpisuje się swoją poezją w warszawskie lingwistyczne, awangardowe, eksperymentalne poetyki, ufa słowu poetyckiemu. Mimo, że na 4-ej stronie tomiku pod zdjęciem poety jest informacja, że „nie pije”, to w kilku wierszach pojawia się motyw spożywania alkoholu. Dowcip, gra, żart? No jasne.

Piotr Stankiewicz.
Elementarz, Mamiko 2013
Mateusz Wabik





Witajcie w literaturze


      Bierzemy do ręki ich teksty z niepokojem i niepewnością, czy dane nam porozumienie, czy walka pokoleń, czy też – możliwość najgorsza – milcząca obojętność. Jacy są? Jakim wyzwaniom potrafią sprostać? Czy dzięki nim usłyszymy głos pokolenia albo przynajmniej odkryjemy nowe krajobrazy literackie? A przecież- cieszyć się powinniśmy, że w ogóle są. W tych trudnych czasach to cud, czyż nie?
      Dzisiejszych debiutantów łączy widoczna już na pierwszy rzut oka sprawność warsztatowa. Cechuje ich gotowość do korzystania z wielu technik narracyjnych poetyk, różnorodność, która nie kojarzy się z zabłąkaniem, lecz dążeniem do wykorzystania wszystkich możliwości.
      Powoli jednak rozdzielają się ich głosy, wyłaniają się odrębne rzeczywistości. Prozę analityczną- niespieszną, precyzyjną w każdym szczególe, prezentują Beata Pokorska i Grzegorz Iniewicz. Na przeciwnym biegunie umieścić wypada wiersze piszącego księdza Pawła Pelca. W jego utworach przeżycie religijne splata się z doświadczeniem prowincji- bezpośrednim, autentycznym, szczerym. W świat niepokojących zagadkowych zdarzeń prowadzą utwory Marioli Zielińskiej, których charakter najlepiej określa tytuł jednego z nich- „teatr marzeń”.
      Już są. Dobrze, że są.
A co z nich wyrośnie, zobaczymy już niebawem.

Jan Tomkowski





Polsko-austriacka powieściowa telenowela z wyższych sfer



„Piąte koło” to powieść Teresy Małgorzaty Wilk wydana w 2014 roku przez noworudzkie Mamiko. Nie jest to pierwsza powieść w konwencji romansowej w dorobku autorki, która na stałe mieszka w Wiedniu, gdyż Terasa M. Wilk może pochwalić się także powieścią wydaną przez duże wydawnictwo Prószyński i S-ka pt. „Zośka” w 2008 roku w serii „Imiona miłości”. Nie znam się na współczesnej literaturze kobiecej, ani takiej nie czytuję na co dzień, więc mogę napisać zupełnie uczciwie, że gdy mi tego typu wpada powieść do rąk to czekam z niecierpliwością na jej zakończenie. Jednak sama książka nie jest tak zła, tak nudna jak mogło mi się wydawać po lekturze kilku stron, ba gdyby dodać nieco opisów przyrody do stron powieści, niektóre wątki poprowadzić z różnych punktów widzenia, a także dodać więcej monologów wewnętrznych bohaterów, mogłoby to wynieść powieść Wilk do miana ciekawej powieści współczesnej. Tak to profesjonalna romansopisarka może jedynie liczyć nie na wsparcie krytyki, a jedynie złaknionej romansowych fabuł publiczności.
„Piąte koło” opowiada o dojrzewaniu i paru latach dorosłego życia sieroty Michaliny Neubach, która nie zna swoich biologicznych rodziców. Matka Michaliny, Katarzyna Goldenberg ginie przed jej porodem z rąk mafii, a jej ojciec Ian Catherham jest wpływowym angielskim politykiem o korzeniach irlandzkich, który romansuje z Polką o żydowskich korzeniach. Ginie po 7 latach od śmierci kochanki. W fabule powieściowej pojawiają się przede wszystkim elity biznesowe, których styl bycia i myślenia czasem jest kontrastowany ze stylem myślenia ludzi niezbyt bogatych. Ludzie zwyczajni, w powieści Wilk przedstawiani są często niezwykle karykaturalnie jak np. śmieszą grubiańskie wypowiedzi j przybranej babci Michaliny - Ziuty, która jest daleką krewną kołtunerii w stylu Zapolskiej. Mi w tej powieści właśnie przeszkadza ta krakowskość – wpajanie ludziom, że polskie elity biznesowe to jakaś kasta wyższa, a zwykli ludzie to chamy i prostaki, żądni wzbogacenia się kosztem elit.

Michalina za młodu przeżywa szereg tragedii, najpierw przybrana matka Izabela zabija swojego męża, przez co Michalina trafia pod opiekę pani psycholog Iwony Rzeckiej, a potem wychowuje ją ciotka Sabina, która ją adoptuje jako własną córkę i sprowadza do Austrii, gdzie trudni się hotelarstwem. W wieku dojrzałym bohaterka powieści Wilk przeżywa zdrady męża Thomasa, który żeni się z nią żeby kamuflować swój romans z zepsutą Laurą przed jej mężem Herbertem, a jego wspólnikiem w firmie trudniącej się handlem nieruchomościami. Michalina poznaje różne odcienie przyjaźni, spotyka się z różnymi zachowaniami ludzkimi, a także odkrywa z biegiem czasu prawdę o swoich korzeniach, o zawikłanych losach swoich rodziców, w czym pomagają jej napotkane kobiety, w różnych stronach świata, z którymi się zaprzyjaźnia. Np. w Stanach Zjednoczonych poznaje koleżankę swojej biologicznej matki – Lindę, która wraz z matką wyjeżdża za młodu do Anglii by próbować sił – z powodzeniem – w karierze modelki. W powieści Wilk mamy happy end, Michalina przebacza mężowi zdradę z Barbarą, po paroletniej rozłące, gdyż wcześniej sama kosztuje smaku zdrady i to powoduje, że zaczyna rozumieć męża. Taka trywialność myślenia na zasadzie czynienia tego samego co ktoś inny by go zrozumieć – jest w fabule Wilk częste. W książce panuje behawiorystyczny styl narracji w opisie życia elit, brakuje autorefleksji u głównych bohaterów, czytamy na stronach powieści mnóstwo wyznań, zwierzeń, widzimy nieczyste gry ze strony współmałżonków, dla jednych które są normą, dla mnie wydają się banalne. Często druga osoba pomaga zrozumieć bohaterce motywy postępowania innych ludzi, jakby była dla niej lustrem. W doradzaniu nakłania się raczej nie do wstrząsów, rozstań, zmiany punktu widzenia, tylko przebaczeń i życia bez pytań jak w banalnej telenoweli, kiedy oznaką szczęścia jest dobry biznes, pomoc drugiej osoby, uśmiech na co dzień współmałżonka. Elity biznesowe w powieści Wilk nie czytają książek, nie pasjonuje ich sztuka, nie mają problemów natury filozoficzno-egzystencjalnej. Jedyną osobą, która wyłamuje się z konwencji rysowania niezbyt intrygujących bohaterów jest Inez, która pokazuje Herbertowi muzea i dużo wie o sztuce.

Dla mnie jako zwykłego czytelnika ciekawa są powieści „Piąte koło” są spostrzeżenia jednego bohaterów powieści o obyczajach Austriaków, gdyż jako mieszkaniec z Krakowa mam styczność z ludźmi o korzeniach austriackich i austriacko-polskich. To ze stron książki dowiedzieć się można, że w niektórych rodzinach austriackich jest zwyczaj nadawania imienia po dziadku pierworodnemu synowi jak jest w przypadku Chrisa, syna Thomasa i Michaliny. Także spotykam się z tym pierwszy raz, że w Austrii znajomych rodziców określa się często ciociami i wujkami, jak to się dzieje w powieści „Piąte koło”. Wydawać by się mogło, że tak tylko jest w Szwecji.

Nagromadzenie złych doświadczeń w życiu Michaliny jak zabójstwo jej biologicznej matki, zabójstwo ojczyma przez Izabelę – jej przybraną matkę, złe traktowanie jej przez przybraną babcię Ziutę, każe mi się doszukać w powieści Wilk jakichś wątków sadystycznych rodem z oświeceniowych powiastek M. de Sade&#8217;a. Przypomnę, że autor „Justyny” w swoich utworach lubuje się w poddawaniu swoich bohaterów różnym zawikłanym losom, a także każe swoim bohaterom być biernymi ofiarami innych bohaterów, którzy maltretują ich psychicznie i fizycznie. Jednak wraz z poznaniem psycholożki Iwony, a także cioci Sabiny, Michalina wydostaje się z piekła. Potem tylko Laura – wcielenie Lillith, albo młodsza kuzynka modernistycznej femme fatale - burzy na parę lat spokój jej małżeństwa, a Michalina poznaje czym jest odpowiedzialność i wyrozumiałość, kiedy przebacza swojemu mężowi to, że dał się opanować psychicznie przez żonę przyjaciela – Laurę. Tytuł powieści „Piąte koło” nawiązuje do powiedzenia „piąte koło u wozu”, kiedy ma się na myśli kogoś zbędnego, z kim musi ktoś się liczyć, czy być związany wbrew woli. W powieści Wilk takim piątym kołem u wozu do pewnego czasu jest Michalina, szczególnie na początku powieści dla przybranej matki Izy i babki. Także w narysowaniu charakteru Izy widzę wariant złej macochy z baśni o królewnie Śnieżce, co nieco wzbogaca odbiór powieści.
Na pewno powieść Wilk, dla fascynatek tego typu powieści będzie ciekawym doświadczeniem, gdyż na rynku gro tego typu powieści wywodzi się z kręgu kultury anglojęzycznej, czytelniczka obcuje w niej ze światem dla niej zupełnie obcym, znanym tylko z telewizji, czy kolorowej gazety. W powieści Wilk mamy trochę polskich realiów, typowego polskiego humoru, polskiej gościnności i dobrego serca.

Teresa Małgorzata Wilk, Piąte koło, Nowa Ruda 2014

Mateusz Wabik





Rzeczywiste fikcje. O zbiorze opowiadań „Metamorfozy” Dariusza Dąbrowskiego.


„Metamorfozy czyli opowieści dziwnej treści” Dariusza Dąbrowskiego to tytuł zbioru opowiadań składającego się z 9 utworów, który w 2013 roku wydało noworudzkie wydawnictwo Mamiko. Dariusz Dąbrowski opowiada historie, nie interesuje go nieepicki model prozy, nie interesuje go wpisywanie się z grubsza i w całości w jakąś modną dzisiejszą szkołę pisania prozy, gdyż balansuje pomiędzy fikcją, a rzeczywistością tworząc opowieści raz bardziej, raz mniej unikalne. Każde z opowiadań ma swoją fabułę, jednak w kilku pojawiają się ci sami bohaterowie, w innych sytuacjach. Częstym miejscem akcji w prozie Dąbrowskiego C. położone na Białostocczyźnie lub jego okolice, ale nie zawsze gdyż akcja „Władysława w Londynie” dzieje się w Londynie. Dąbrowski czerpie jak wielu innych pisarzy z bogatego arsenału środków znanych z tradycji, ważnym w jego zbiorze opowiadań jest motyw wewnętrznej przemiany człowieka, znany od czasów romantyzmu. I tak w tytułowym opowiadaniu „Metamorfozy” bandzior Śruba siejący postrach w C. i mający zawsze przy boku kolegów, którzy spełniają jego rozkazy przemienia się w kalekę i obiekt drwin, gdyż zostaje postrzelony przez zamaskowanego i nieznanego złoczyńcę. W „Kaskaderach literatury” dobrze zapowiadający się trzydziestoparoletni pisarz Filip, którego debiutancka powieść „Przemiany” została nagrodzona „Paszportami Polityki”, przemienia się w alkoholika i bezdomnego, gdyż mimo usilnych starań nie może skupić się nad drugą książką. W „Człowieku wilku” mamy do czynienia z chorobą psychiczną dyrektora jakiejś bogatej firmy, który na wskutek choroby psychicznej udaje wilka, i coraz bardziej się z nim utożsamia, np. poluje na zające. W opowiadaniu „Na Niemca” zwykły 14-latek, syn psychicznie chorej matki, porzuca szkołę i bierze udział wraz z kolegami w pobiciach Niemców w Niemczech, do których wybierają się w ramach „zabawy” i odwetu za II wojnę światową. W „Trasie C.-Białystok” na wskutek odkrycia zdrady z jej siostrą, polonistka Agnieszka porzuca swojego chłopaka. W finałowym opowiadaniu „Śruba” mamy jeszcze raz do czynienia ze Śrubą, który pod wpływem książki „Przemiany” pisarza Filipa z „Kaskaderów literatury” zmienia się z kaleki i wyśmiewanego wykolejeńca, któremu każdy może przyłożyć w spokojnego człowieka i pasjonata literatury. Dzięki także lekturze tej ukradzionej przez siebie książki godzi się ze swoim dawnym szkolnym kolegą Januszem, swoją ofiarą.

Wątek choroby psychicznej Adama G. z „Człowieka wilka” jest opisany jakby Adam G. faktycznie przemienił się w zwierzę, gdyż polował na larwy, ptaki i nocami wykradał się z domu by polować na zające i inną zwierzynę, ba nawet wyrył w ziemi dla siebie legowisko. Jest to oczywiście lekka przesada, ale dzięki tej przesadzie mamy do czynienia z przekształceniem starożytnego toposu przemiany człowieka w zwierzę, znanego m.in. z pism Homera, czy Owidiusza. Siłą książki Dąbrowskiego jest to, że te powiązane często bohaterami opowiadania dają się czytać jako samodzielne utwory i większość z nich ma swoją wymowę i sens. Jednak nie wszystkie opowiadania się ze sobą wiążą jak np. opowiadanie „Spotkanie po latach”. W nim opisane zostało spotkanie klasowe, gdzie jeden z bohaterów Zyga dowiaduje się od swojego dawnego kolegi Jurka, że jego była żona Kryśka była jego największą szkolną miłością. A Jurek dowiaduje się od wstawionej koleżanki Malwiny, że był jej obiektem miłości i tylko dlatego jeździła z nim i jego przyjaciółmi na Mazury podczas wakacji, ponieważ się jej podobał. Opowiadanie jest jak najbardziej aktualne, gdyż w Polsce jakiś czas temu przewinęła się fala spotkań klasowych dzięki portalowi nasza-klasa.pl, o którym jednak narrator opowiadania nie wspomina.

Opowiadanie „Władysław w Londynie” jako jedyne wpisuje się w jakiś większy nurt współczesnego pisarstwa, gdyż opowiada o londyńskiej emigracji. Pokazuje tydzień z życia kilku mężczyzn, należących do jednej ekipy remontowo-budowlanej, z których prawie każdy ma jakieś niemiłe przejścia w Polsce, co scala ich grupę, wywołuje w nich poczucie solidarności grupowej i wyzwala zapał do pracy. Jest wśród nich 48-letni bankrut i kredytobiorca Władek uciekający przed sprawiedliwością, 43-letni były nauczyciel i poeta, wdowiec Tadeusz, „praca mu nie straszna, dlatego od czterech lat jest w Anglii”, 59-letni pochodzący z Kolna stolarz Zygmunt, żonaty, którego „drugi syn odsiaduje wyrok za obrobienie magazynu ze zniczami”, 52-letni Zdzisiek, „drobny złodziejaszek” który pochodzi spod Białegostoku. Najmłodszy w ekipie jest 26-letni kawaler Mariusz, który eksperymentuje z narkotykami. Opowiadania pokazuje życie na emigracji polskich robotników, dla których weekend, „podrywanie lasek”, picie na umór to najważniejsze rzeczy. Władek uciekł z Polski, ponieważ zadłużył się u lokalnej mafii, by podreperować własny interes. Po spędzeniu nocy z nieznajomą Władek postanawia jednak wrócić do Polski, gdyż tęskni za rodziną. Jako, że opowiadanie opowiada o robotnikach, ich sytuuje w centralnym punkcie akcji, pachnie nieco socrealizmem, jednak bez żadnej tendencyjnej nadbudowy, ale czuć w nim atmosferę solidarności grupowej jak w opowiadaniach Hłaski, rytm pracy i poczucie ciągłego zagrożenia jak w przypadku wczesnej prozy Konwickiego. Bo tu grupa pracowników jakby niewiadomo dlaczego jest zupełnie odseparowana od życia Londynu, jedzą w polskiej knajpie, podrywają Polki w polskiej knajpie, a nad ich mikroświatem ciągle wisi możliwość zagrożenia brakiem pracy, niepowodzeniami erotycznymi. Nie interesują się gazetami, sportem, wycieczkami, pływaniem, podróżami, poznawaniem Anglików, podrywaniem Angielek, jak w prozie wycieczkowej z PRL-u, trzymają sie razem i ich życie nie różni się od tego jakie by prowadzili w Polsce. Tak jak w „Śmierci człowieka w starych dekoracjach” Różewicza, gdzie akcja toczy się we Włoszech, a dwóch Polaków zdanych jest na siebie i nigdy nie wychodzą z kręgu polskiego sposobu myślenia, polskiej kultury w kierunku Włoch, tak i tu barak robotniczy w Anglii jest takim samym barakiem robotniczym jak w Polsce. Ba nawet angielskie nazwy piw nie są niczym egzotycznym w Polsce.

Bardzo udanym opowiadaniem w „Metamorfozach” jest „Na Niemca”, które epatuje przemocą i brutalnością jaka jest nieznana w polskiej prozie. Grupa młodocianych bandytów wielokrotnie przejeżdża przez granicę polsko-niemiecką by dla zabawy wyżywać się na Niemcach, by ich bić i upokarzać. Pretekstem do tej głupiej i infantylnej zabawy jest zemsta za 2-ą wojnę światową, tak odczuwa szef grupy Rudy, ale główny bohater i narrator opowiadania przyznaje, że gdyby mieszkał przy granicy z Czechami napadał by na Czechów, gdyż dla niego to tylko dobra zabawa, ucieczka przed nudą. Grupę solidaryzuje wspólna chęć znęcania się nad Niemcami, mężczyznami i kobietami, chęć ich bicia, opluwania ich i wyzywania. Jednak po jednej przygodzie, grupa się rozwiązuje, gdyż Rudy używa noża, a w prasie niemieckiej staje się głośno o polskich bandytach. Narrator opowiadania, który jest jednym z młodocianych bandytów ostrzega resztę przed możliwością wpadki. Jednak solidarność grupowa zmienia się we wsypę, gdyż dowódca grupy z chęci zemsty donosi na kolegów na policję. Sam mieszkam na byłym nowohuckim osiedlu w Krakowie, gdzie pod jednym blokiem jest tabliczka upamiętniająca 30-letniego zadźganego przez mafię, dealera narkotyków. I wiem, że istnieje w Polsce problem przemocy wśród młodych, a także 20-latków i nawet 30-latków, którzy po godzinach pracy lubią sobie pohasać na osiedlach głodni mocnych przygód. A jest to tematyka jakby niezbyt obecna w polskiej prozie współczesnej, od takich tematów 30-latkowie w latach 90-tych uciekali zamknięci w środowiskach artystycznych.

Proza Dąbrowskiego ma tą zaletę, że jest pisana z punktu widzenia uczestników zdarzeń, nie istnieje tu jakiś obiektywny narrator, albo ma niewiele do powiedzenia, a jak już ma to opowiada nie wywyższając się ponad bohaterów. To każe porównać prozę Dąbrowskiego do prozy Josepha Conrada, gdzie np. w „Lordzie Jimie” uczestniczymy w akcji ale jakby z drugiej ręki, gdzie ją opowiadają inni bohaterowie powieści. A także gdzie zwykłe życie miesza się z brutalnymi przygodami, a pozytywni bohaterowie są czasami także negatywnymi, albo na odwrót. Nie ma tu jakiegoś moralizowania, tendencyjnych haseł, choć czasami bohaterowie opamiętują się jak narrator „Na Niemca”, który na spotkaniu w więzieniu płacze razem z matką i ubolewa nad własnym losem. Jednak Dąbrowski nie ustrzegł się paru drobnych wpadek, gdyż losy młodego pisarza Filipa z „Kaskaderów literatury” i dyrektora z „Człowieka wilka” odrywają się od realizmu, w kierunku fabularnej przesady. Trudno znaleźć w rzeczywistości takiego pisarza, którego nagrodzony i uznany debiut został przetłumaczony na kilka języków, a jego autor potem trafił na bruk nie mogąc sprostać zadaniu napisania drugiej książki. Choć zdarzają się przypadki uznanych debiutantów jak np. Tomasz Tryzna, którzy zamilkli na lata, czy borykanie się przez pisarzy z problemami żołądkowymi, twórczymi i lokalowymi. Tutaj Dąbrowski niczym Kundera odarł ze wszelkich mitów i zaszczytów życie pisarza, ale jakby zwalił mu na łeb wszelkie możliwe nieszczęścia – alkoholizm, odejście żony, choroby żołądkowe, eksmisje, śmierć przez zamarznięcie. W Krakowie, bezdomny poeta Biculewicz czytywał nowe wiersze na spotkaniach. „Kaskaderzy literatury” to niezłe opowiadanie, trzymające w napięciu, ale jakby odrywające się od rzeczywistości, w nierealną groteskę. I raczej po jego zakończeniu czytelnik nie myśli o wydarzeniach jakie się rozegrały w życiu Filipa, ale myśli o tym czy coś takiego mogłoby się wydarzyć rzeczywiście. W „Człowieku wilku” psychiczne wilkołactwo jakby bierze górę nad człowiekiem, ale aż dziwne, że jego nocnych wypadów, krwi zwierząt na ubraniu nie spostrzega żona. Nie wiem także, czy spożycie takich dawek surowego mięsa dzikich zwierząt nie kazałoby panu dyrektorowi wcześniej zapaść na chorobę żołądka i wątroby, zanim do reszty zostałby opanowany przez szaleństwo .

Z całego zbioru opowieści Dąbrowskiego najbardziej podobały mi się opowiadania takie jak „Spotkanie po latach” przez to zestawienie życiorysów uczniów z jednej klasy z dawnych czasów i dzisiejszych. Sam wiem jak niezwykłe są wakacje na Mazurach, co znaczy sprzedać jakąś płytę by było na coś innego, a także sposób uchwycenia i sportretowania bohaterów bliski jest rzeczywistości. To są żywi bohaterowie, a nie papierowi. „Władysław w Londynie” ciekawie opisuje życie w Londynie, a „Trasa C. – Białystok” pokazuje tragiczny rozpad związku dwojga ludzi. Nic nowego, bo takie dramaty świetnie opisywał Marek Hłasko, ale napisane to opowiadanie jest dosyć wciągająco. No i dobre jest wspomniane „Na Niemca”, które pokazuje tragiczne i brutalne wydarzenia z punktu widzenia nieletnich oprawców. Dla mnie to coś nowego w prozie. Polecam zbiór opowiadań Dąbrowskiego każdemu czytelnikowi dobrych fabuł.

Dariusz Dąbrowski. Metamorfozy, Nowa Ruda : Mamiko, 2013



Mateusz Wabik





Maciej Nowakowski: Baie dankie, Afryko. Mamiko, Nowa Ruda 2003, s. 162.


      Zgrabnie skomponowana powieść lekarza medycyny Macieja Nowakowskiego o tytule Baie dankie, Afryko jest prozatorskim debiutem. Ten emigracyjny pisarz, najpierw praktykujący w jednym z murzyńskich szpitali w prowincji Natal, w RPA, teraz zaś ukryty w jakimś zakątku stanu Nebraska, proponuje czytelnikowi sfabularyzowany zapis swego pobytu na kontynencie afrykańskim – choć notka z ostatniej strony okładki przekonuje, że książka jest wyłącznie fikcją&#8230; opartą na przeżyciach.
      Rzecz dzieje się w RPA, w środowisku lekarzy-emigrantów, z nielicznymi wyjątkami wszyscy przybyli na czarną ziemię znad Wisły. W RPA – notuje Nowakowski – są tanie papierosy, alkohol i budynki mieszkalne; jest to więc wymarzony kraj dla pragnących palić i pić w samotności swojego domostwa, i podług tego schematu wiodą swój jałowy żywot bohaterowie Baie dankie&#8230; Dnie upływają im na morderczych dyżurach wypełnionych walką o życie pokłutych, pociętych i postrzelonych (dosłownie i w przenośni) czarnych obywateli, przeplatanych weekendowymi imprezami alkoholowo-narkotykowymi przy okazji, których narrator przedstawia nam bliżej kolejne postacie barwnego, acz nudzącego się potwornie, środowiska emigrantów. I tak poznajemy Jacka speca od chirurgii i seksu nieskażonego klątwą katolickiego wychowania; jego żonę Zosię, która ciało miała wysmukłe, a piersi sterczące jak u zgwałconych sanitariuszek na barykadach Powstania Warszawskiego; Valachy`ego, któremu comiesięczne wydatki na dom, samochód i jedzenie nie dawały spokoju, chodził błędny niczym pierwsi chrześcijanie, a oczy płonęły mu religią oszczędzania; Grzesiuka wygłaszającego piękne tyrady o Polakach: nie jesteśmy w stanie popełniać wielkich zbrodni, bo do takich potrzebna jest dyscyplina i organizacja. Polska zbrodnia jest zawęgłowa; zaczaić się, łopatą w banię, po kieszeniach przelecieć, kapuchę zabrać i w długą&#8230; Albo klucz z drutu dorobić, samochód zajebać, komputer oszukać i już beemwuchą za miasto, bo Polak potrafi. Poznajemy cały ten barwny korowód postaci wpisany w egzotyczny, a przez to atrakcyjny dla polskiego czytelnika, afrykański świat. O ile jednak wariacje Grzesiuka śmieszą i dają do myślenia (średniacy i patałachy na całym świecie poklepują się nawzajem po plecach, czekając na zmiany na lepsze, na dorastanie dzieci, na sto milionów po wyborach prezydenckich w Polsce albo na bieżącą wodę, jeżeli żyją w Afryce), o tyle narrator – Nowakowski zamęcza napuszonymi wywodami na temat losów narodu, poczucia historii i świadomości narodowej, co w jakimś stopniu zapewne można złożyć na karb tęsknoty za ojczyzną, ale przecież w ten sposób pisarz nie może tłumaczyć zasadności pomieszczenia w książce owych nużących fragmentów.
      Baie dankie, Afryko jest pozycją dość ciekawą, w miarę przemyślaną i przede wszystkim dobrze napisaną, co znaczy pozwalającą się czytać. Jej zaletą jest egzotyka, pokazanie świata obcego kulturowo, który tylko nielicznym pozwala się oswoić, inni zmuszeni są natomiast szukać dalej, opuszczać Afrykę – miejsce targane wieloma nie zawsze zrozumiałymi konfliktami. Maciej Nowakowski umiejętnie przybliżył nam „czarny skrawek świata”, umiejętnie zobrazował egzystencję (czyli oszustwa, zdrady i odejścia; słowem – pełnię człowieczeństwa) białych-przyjezdnych na terytorium czarnych-tubylców.


Jacek Uglik







Piotr Florczyk, „Cztery pory roku”, Mamiko, Nowa Ruda 2003




     Zacznijmy w sposób w jaki z książkami postępować się nie godzi. W dzisiejszych czasach okładka jest istotnym elementem, decydującym o tym czy spośród niezliczonych pozycji zapełniających półki księgarni wzrok nasz zatrzyma właśnie ta jedna. Czerń igrająca z bielą, klasyczne połączenie nie pozbawione szarości, przypominające o tym, że w prawdziwym świecie bezwzględność dobra i zła jest wciąż negowana. Chwila buntu, niechęci, a może złości ujętej w kamienne ramy przedstawionego na fotografii posągu przywodzi na myśl te nurty sztuki, które przez szczegóły, poprzez podkradanie życiu, jego najbardziej ekspresyjnych, najżywotniejszych form dotykają istoty życia, człowieczeństwa, a nawet Boga. Cztery pory roku to krąg w którym zamknięty jest indywidualny człowiek, ludzkość i wszechświat. Coraz rzadziej próbujemy uchylić kurtynę, wyjść myślą poza bezpieczną przestrzeń wypełnioną bezustannym biegiem donikąd. Życie toczy się przecież tu i teraz, a nie w tak starannie zaplanowanej przez nas przyszłości. Szczęśliwie nieliczni wiedzą o tym i pozostawiają nam okruchy swoich przemyśleń w tomikach podobnych temu stworzonemu przez Piotra Florczyka.
     Rozpoczynamy wędrówkę po muzeum duszy autora od odwiedzenia pełnej duchów przeszłości biblioteki. Pierwiastek historyczny czyni z nas ludzi pozwalając dookreślić jednostkową tożsamość. Jest jesień. Brak ukochanej osoby, niewygodna, utrudniająca swobodne oddychanie samotność skłania podmiot liryczny do otwarcia okna na świat. Do wyjścia poza siebie, ku trwaniu czasu, historii i tworzącego je codziennego życia. Jeśli poświęcimy chwilę na przyjrzenie się światu zrozumiemy bezsens codziennej gonitwy. Spacerując ulicami pół-realnego miasta spotkamy starych znajomych. Dzielimy się niczym kromką chleba pewnością, że „Jutro będzie dzień jak każdy inny – dzień z niebem na plecach”. Rozmowa przerwana milczącym odwieszeniem słuchawki, świt unicestwiający noc. Nowy dzień wypełniony nadzieją na więcej światła, dotyku, przyjaźni i kolejny łyk własnej i cudzej poezji.
     Charakterystyczne dla twórcy emigracyjnego pomieszanie obrazów dwu przenikających się przestrzeni tutaj i tam, dodaje czaru wykreowanemu przez autora światu. Przychodzi mi na myśl Adam Lizakowski wspominający rodzinne Pieszyce w taki sposób, iż wrastają one w San Francisco i później Chicago, stając się nieodłączną częścią ich literackiego wizerunku (jestestwa). Tym urokliwym gestem niczym pstryknięciem palców obaj twórcy zatrzymują czas. Skoro można dzięki wielkiej tęsknocie być jednocześnie w San Diego i w Krakowie lub w Chicago i Pieszycach, to czas zasypia. Pozwalamy się wieść wyjątkowo płodnej tęsknocie za tym co dobrze znane, a więc bezpieczne. Za przyjaciółmi, rodziną, za tymi którzy wciąż borykają się z życiem i tymi, którzy żyją już tylko dzięki sile naszych wspomnień. Za ulicami, po których moglibyśmy spacerować wyposażeni w śnieżną laskę, i ciemne okulary bez potrzeby pytania o drogę.
     Piotr Florczyk zatrzymuje czas tylko na chwilę, by zaraz pchnąć go z tym większą siłą.
     Codziennie, posuwając się kolejny krok naprzód, podejmując kolejne, jak zawsze niełatwe, decyzje czerpiemy garściami z historii wspólnej wielu ludziom i naszej indywidualnej, po to by każdym czynem i myślą na nowo umieszczać siebie w nieustającym kręgu życia.










Anna Wójcik





Anna Magdalena Pokryszka: Każdego dnia, Nowa Ruda (Mamiko) 2003.


Poezja Anny M. Pokryszki chce mówić "Tak" światu, dlatego, że jest. Dany, podarowany jakby właśnie po to, by można go było sobą wypełnić i dopełnić (por. wiersz "In statu nascendi"). Wyjaśnijmy jednak, że żarliwa, miłująca akceptacja nie odbiera ostrości widzenia; przeciwnie: każe wypowiadać bolesne, szukające sprawiedliwości sądy. Zwłaszcza wtedy, gdy przychodzą dni zarzynania/ bez wojny/ teraz jest/ cicha/ i z zasznurowanymi ustami/ z kłamstwem/ jak z flagą/ która powiewa/ na szczytach dna. - Tak powiedzieć może tylko ktoś, kto potrafi wnikać także w powszednie wzruszenia, spoglądać w ich głąb tak długo, aż dostrzeże tam okruch prawdy, zdolnej objaśnić naturę poznawanych rzeczy lub uświadamianych sobie, często także intuicyjnie, stanów i sytuacji. Poetka nie poprzestaje na ich opisie i prostym epitetowaniu. Intensywność przeżycia chętnie ujmuje w ramy metafor. Tymi ostatnimi ryzykuje czasem posądzenia o banalność lub tautologię (por. np. wiersz "Ptaki skrzydlate"), lecz o wiele częściej trafia nimi w samo sedno czytelniczej wyobraźni.

Zastanawiające, że skłonność autorki do nastrojowości i liryzmu najlepiej się sprawdza w formach nieco obszerniejszych, retorycznych czy nawet mono-dramatycznych niźli w krótkich, prędkich impresjach. Przekonuje o tym iskrząca się inwencjami "Czysta elektryka" lub - a może nawet przede wszystkim wiersz "Ten świat pustką ciała sieje" oraz bardziej syntetyczna "Widokówka z Falaise" , w której dyscyplina monologu szczęśliwie się zbiegła ze starannie rozłożonymi akcentami emocjonalnymi (osobne brawa za pointę!).

Na koniec o rozczarowaniach. Żal trochę, że autorka usiłuje czasem otwierać nową przestrzeń doświadczenia mocno już nadużytych kluczy. (Przykład: błękitne/ niebo/ w twoich oczach - z wiersza "Jak&"). Gratulując poetce drugiego już tomiku, mocno trzymam kciuki za jej czujność wobec własnego języka.

                                                              (kl)

Recenzja ukazała się w "poetice"






Ucieczka przed milczeniem i śmiercią, czyli sens sensualności. O „Stacji o niczym” Agnieszki Ziętary.


Już od samego początku lektury tomiku Agnieszki Ziętary z Lidzbarka Warmińskiego, czyli od niezbyt gramatycznego tytułu, ale zapewne celowego:
„Stacja o niczym”, wiemy, że nie będziemy mieli łatwego zadania podczas czytania książki poetki. Sylleptyczny tytuł „Stacja o niczym”, nie jest gramatyczny co nie znaczy, że takie użycie tytułu jest wbrew poezji, na pewno już na samym początku czytelnik poezji zostaje zaskoczony, że stacja może być o niczym, rzeczownik „stacja” wchodzi w relacje z innymi słowami niż zazwyczaj, wbrew gramatyce, wyklucza to, że mogłaby być o czymś. O niczym może być książka, film – używa się takiej przenośni do czegoś o błahej treści. W zwrocie „film o niczym” – konkretny jest pierwszy człon, drugi przenośny. Tak też ten niegramatyczny tytuł z tomiku Ziętary można odczytać metaforycznie, gdyż tu wcale nie chodzi o peron dworcowy, który określa rzeczownik „stacja”.

O czym jest poezja Ziętary? Co jest tym niczym w jej ujęciu? Czego dotyka jej język poetycki? Poezja Ziętary jest niezwykle skupiona, rozciąga się od abstraktu do konkretu. Mamy ty dużo uczuć, poetka pisze jakby zwracała się do byłej osoby bliskiej. Zastanawia się ona nad sprawami, nad którymi może zastanawiać się tylko poetka, bo tu nie mówi się poezji do widzenia, to jest kolejna książka poetycka poetki jaką ostatnio czytałem, nie pisana wbrew poezji, nikt w niej nie rzuca „tomahawkami zza kanapy”, nie, tu poetka sprzymierza się z regułami poetyckimi, konwencjami, nie rozluźnia poetyckiej perspektywy. Wszystko w tomiku Ziętary jest pisane delikatnie, z małej litery i po różewiczowsku – w słupku, jakby poetka pisała bilanse uczuciowe, bilanse obserwacyjne i medytacyjne, jednak co odróżnia wiersz Ziętary od wiersza Różewicza to brak zająknięć jakie w poezji autora „Kartoteki” mamy często.
Na pewno do cech poezji Ziętary należy umiejętność
niedopowiedzenia, zawieszenie głosu po strofie, wierszu, nie wyjaśnienie do końca sensu wiersza, jego treści, w nim użytych metafor, aluzji, napomknięć, jednak nie ma się wrażenia, że wiersz Ziętary składa się z kilku drobniejszych wierszy. W wierszu „wiara”, czytamy: „czy dostrzegasz / tę wiarę / w niedokończenie / rzeczy widziane z bliska / obumierają”. Czym jest wiara w niedokończenie? Jak się ma owo niedokończenie do rzeczy widzialnych? W tym wierszu poetka zaczyna od jakiegoś filozoficznego pytania zogniskowanego na pojęciu „niedokończenia”, a potem przechodzi w konkret. A w następnych strofoidach konkret przeplatany jest z przenośnią. Zaczyna się mówić o „ginięciu dotyku”, nadejściu pasterzy. Gdzieś pomiędzy tymi niedopowiedzeniami czyta się o jakimś niewypowiedzianym problemie pomiędzy osobami bliskimi. Dalej czytamy, że „już bardziej cieleśnie / nie będzie”. Czyli miłość erotyczna kończy się smutną konstatacją o ludzkiej skończoności, bliskości śmierci, gdyż „wszyscy” co „są głodni” są z dala od bogów i ratuje ich „krzyk umarłych”. Widać po dokładnej lekturze wiersza, że poetka poetycko filozofuje, nie mówi wprost, jej wiersze lekko skreślone, wyprowadzają w różne strony, choć na pewno od kompletnej ich hermetyczności ratuje odrobina konkretu.

W wierszu „ciało” nadal poetka snuje swój poetycko-filozoficzny monolog na temat cielesności człowieka. Poetka widzi w ciele człowieka „wołanie”. A więc owa cielesność to głos. Fizjologia, przeżuwanie, uczucia, stany podniecenia to wszystko to jakby przywoływanie, proszenie. W „obserwatorium” czytamy „niepokoi / mnie to rozprucie / to rozdawanie / ciała / po ciele”. A wiersz rozpoczyna się od doskonałej znowu sylleptycznej figurze językowej „pozostawieni w potem”, gdzie łatwo każdy czytelnik połapie się, że tu mowa o wychyleniu w przyszłość, ale jakby też w nim utknięciu. A wersy o rozdawaniu ciała, przynoszą skojarzenia różne, od rodzenia, poprzez wielość erotyzmu. I znów poetka snuje rozważania, tym razem kończąc wiersz na ludzkiej cielesności. Cielesność to jest coś co ją niepokoi, zastanawia. Tak samo jak śmierć w wierszu pt. „miał oczy wilgotnego psa”: „widziałam dzieci pod murem nie pytały o nic / grzebały w ziemi / martwe pisklę”. Wiersz kończy się świetnym opisem. Pokazuje zakodowany w umyśle ludzkim odruch grzebania martwych, nawet dzieci widząc martwe pisklę w milczącej zgodzie zachowują się w ten sposób. Poetka w tym samym wierszu pisze „życie jest krzykiem”. Doskonale tu współgra ów krzyk jakim jest życie z milczeniem dzieci grzebiących zwłoki ptaka – znów poetka wchodzi na piętro filozoficznej abstrakcji, przenośnie określa „życie”, krzykiem, który staje się kontrapunktem do obrazu milczącego grzebania „martwego pisklęcia”. Jeśli milczenie jest zgodą na śmierć to życie musi być krzykiem – zdaje się mówić poetka. A więc emocją, wołaniem, przywoływaniem, a także bólem, bo człowiek także krzyczy z bólu.

Tropiąc w „Stacji o niczym” różne poglądy na życie i cielesność, czytamy o tym, że „dotykamy / czy życie jest dotykiem” („obraz”), w „kwiatach” o rozmawianiu z ciałem, o „rozpruwaniu przemijania” w „życie tylko udaje” czytamy o siedzeniu „w ciele” w „nocy”. Mówienie, obserwowanie i namysł nad cielesnością, metafory krzyku i mówienia, są niepokojem przed nieznanym, niemym, śmiertelnym, przed zupełną dojrzałością i zobojętnieniem na drobiazgi życiowe.

Poetka jest na pewno osobą dojrzałą, ale w tomiku panuje świadomość, że co innego dorosłość, a co innego dojście do takiego punktu, w którym musi się rozstać z młodzieńczą perspektywą. Boi się podmiot liryczny i obojętności i milczenia, które jej kojarzy się ze śmiercią. Stąd czasem jak w „jest słowo” porównuje samotność do bycia jak „porzucone dziecko” („jest słowo”). Poetka boi się odrzucić perspektywę zmysłową, cielesną jakby ta niedotykalna perspektywa polegająca na dojrzalszej świadomości znikomości kojarzyła się jej ze „śmiercią”, choć także nieobce jej jest zastanawianie się z innych perspektyw nad swoimi problemami jak w „wyobrażeniu”, gdzie wyobrażenie ciała, to tylko „wkładanie / własnego odbicia”. Męczy poetkę także życie polegające na rutynie jak w „otwieraniu”, w którym to wierszu pisze „rozszarpać powtarzalność // przebudzić”. Ten wiersz jakby nakłada jeszcze jedną perspektywę na abstrakcyjnie ujęte życie, tu żąda się „przebudzenia”, jakiegoś mistycznego stanu świadomości, odwrotnego do owej zgody na rutynę, milczenie i śmierć.

Wiersz „tak kończy się nonsens”, który kończy tomik zastanawia i dokańcza tą abstrakcyjno-zmysłową historię zawartą w „Stacji o niczym”. Jest w tym jakiś dramatyzm. Pomimo tego, że książka Ziętary ma tytuł
Już od samego początku lektury tomiku Agnieszki Ziętary z Lidzbarka Warmińskiego, czyli od niezbyt gramatycznego tytułu, ale zapewne celowego:
„Stacja o niczym”, wiemy, że nie będziemy mieli łatwego zadania podczas czytania książki poetki. Sylleptyczny tytuł „Stacja o niczym”, nie jest gramatyczny co nie znaczy, że takie użycie tytułu jest wbrew poezji, na pewno już na samym początku czytelnik poezji zostaje zaskoczony, że stacja może być o niczym, rzeczownik „stacja” wchodzi w relacje z innymi słowami niż zazwyczaj, wbrew gramatyce, wyklucza to, że mogłaby być o czymś. O niczym może być książka, film – używa się takiej przenośni do czegoś o błahej treści. W zwrocie „film o niczym” – konkretny jest pierwszy człon, drugi przenośny. Tak też ten niegramatyczny tytuł z tomiku Ziętary można odczytać metaforycznie, gdyż tu wcale nie chodzi o peron dworcowy, który określa rzeczownik „stacja”.

O czym jest poezja Ziętary? Co jest tym niczym w jej ujęciu? Czego dotyka jej język poetycki? Poezja Ziętary jest niezwykle skupiona, rozciąga się od abstraktu do konkretu. Mamy ty dużo uczuć, poetka pisze jakby zwracała się do byłej osoby bliskiej. Zastanawia się ona nad sprawami, nad którymi może zastanawiać się tylko poetka, bo tu nie mówi się poezji do widzenia, to jest kolejna książka poetycka poetki jaką ostatnio czytałem, nie pisana wbrew poezji, nikt w niej nie rzuca „tomahawkami zza kanapy”, nie, tu poetka sprzymierza się z regułami poetyckimi, konwencjami, nie rozluźnia poetyckiej perspektywy. Wszystko w tomiku Ziętary jest pisane delikatnie, z małej litery i po różewiczowsku – w słupku, jakby poetka pisała bilanse uczuciowe, bilanse obserwacyjne i medytacyjne, jednak co odróżnia wiersz Ziętary od wiersza Różewicza to brak zająknięć jakie w poezji autora „Kartoteki” mamy często.
Na pewno do cech poezji Ziętary należy umiejętność
niedopowiedzenia, zawieszenie głosu po strofie, wierszu, nie wyjaśnienie do końca sensu wiersza, jego treści, w nim użytych metafor, aluzji, napomknięć, jednak nie ma się wrażenia, że wiersz Ziętary składa się z kilku drobniejszych wierszy. W wierszu „wiara”, czytamy: „czy dostrzegasz / tę wiarę / w niedokończenie / rzeczy widziane z bliska / obumierają”. Czym jest wiara w niedokończenie? Jak się ma owo niedokończenie do rzeczy widzialnych? W tym wierszu poetka zaczyna od jakiegoś filozoficznego pytania zogniskowanego na pojęciu „niedokończenia”, a potem przechodzi w konkret. A w następnych strofoidach konkret przeplatany jest z przenośnią. Zaczyna się mówić o „ginięciu dotyku”, nadejściu pasterzy. Gdzieś pomiędzy tymi niedopowiedzeniami czyta się o jakimś niewypowiedzianym problemie pomiędzy osobami bliskimi. Dalej czytamy, że „już bardziej cieleśnie / nie będzie”. Czyli miłość erotyczna kończy się smutną konstatacją o ludzkiej skończoności, bliskości śmierci, gdyż „wszyscy” co „są głodni” są z dala od bogów i ratuje ich „krzyk umarłych”. Widać po dokładnej lekturze wiersza, że poetka poetycko filozofuje, nie mówi wprost, jej wiersze lekko skreślone, wyprowadzają w różne strony, choć na pewno od kompletnej ich hermetyczności ratuje odrobina konkretu.

W wierszu „ciało” nadal poetka snuje swój poetycko-filozoficzny monolog na temat cielesności człowieka. Poetka widzi w ciele człowieka „wołanie”. A więc owa cielesność to głos. Fizjologia, przeżuwanie, uczucia, stany podniecenia to wszystko to jakby przywoływanie, proszenie. W „obserwatorium” czytamy „niepokoi / mnie to rozprucie / to rozdawanie / ciała / po ciele”. A wiersz rozpoczyna się od doskonałej znowu sylleptycznej figurze językowej „pozostawieni w potem”, gdzie łatwo każdy czytelnik połapie się, że tu mowa o wychyleniu w przyszłość, ale jakby też w nim utknięciu. A wersy o rozdawaniu ciała, przynoszą skojarzenia różne, od rodzenia, poprzez wielość erotyzmu. I znów poetka snuje rozważania, tym razem kończąc wiersz na ludzkiej cielesności. Cielesność to jest coś co ją niepokoi, zastanawia. Tak samo jak śmierć w wierszu pt. „miał oczy wilgotnego psa”: „widziałam dzieci pod murem nie pytały o nic / grzebały w ziemi / martwe pisklę”. Wiersz kończy się świetnym opisem. Pokazuje zakodowany w umyśle ludzkim odruch grzebania martwych, nawet dzieci widząc martwe pisklę w milczącej zgodzie zachowują się w ten sposób. Poetka w tym samym wierszu pisze „życie jest krzykiem”. Doskonale tu współgra ów krzyk jakim jest życie z milczeniem dzieci grzebiących zwłoki ptaka – znów poetka wchodzi na piętro filozoficznej abstrakcji, przenośnie określa „życie”, krzykiem, który staje się kontrapunktem do obrazu milczącego grzebania „martwego pisklęcia”. Jeśli milczenie jest zgodą na śmierć to życie musi być krzykiem – zdaje się mówić poetka. A więc emocją, wołaniem, przywoływaniem, a także bólem, bo człowiek także krzyczy z bólu.

Tropiąc w „Stacji o niczym” różne poglądy na życie i cielesność, czytamy o tym, że „dotykamy / czy życie jest dotykiem” („obraz”), w „kwiatach” o rozmawianiu z ciałem, o „rozpruwaniu przemijania” w „życie tylko udaje” czytamy o siedzeniu „w ciele” w „nocy”. Mówienie, obserwowanie i namysł nad cielesnością, metafory krzyku i mówienia, są niepokojem przed nieznanym, niemym, śmiertelnym, przed zupełną dojrzałością i zobojętnieniem na drobiazgi życiowe.

Poetka jest na pewno osobą dojrzałą, ale w tomiku panuje świadomość, że co innego dorosłość, a co innego dojście do takiego punktu, w którym musi się rozstać z młodzieńczą perspektywą. Boi się podmiot liryczny i obojętności i milczenia, które jej kojarzy się ze śmiercią. Stąd czasem jak w „jest słowo” porównuje samotność do bycia jak „porzucone dziecko” („jest słowo”). Poetka boi się odrzucić perspektywę zmysłową, cielesną jakby ta niedotykalna perspektywa polegająca na dojrzalszej świadomości znikomości kojarzyła się jej ze „śmiercią”, choć także nieobce jej jest zastanawianie się z innych perspektyw nad swoimi problemami jak w „wyobrażeniu”, gdzie wyobrażenie ciała, to tylko „wkładanie / własnego odbicia”. Męczy poetkę także życie polegające na rutynie jak w „otwieraniu”, w którym to wierszu pisze „rozszarpać powtarzalność // przebudzić”. Ten wiersz jakby nakłada jeszcze jedną perspektywę na abstrakcyjnie ujęte życie, tu żąda się „przebudzenia”, jakiegoś mistycznego stanu świadomości, odwrotnego do owej zgody na rutynę, milczenie i śmierć.

Wiersz „tak kończy się nonsens”, który kończy tomik zastanawia i dokańcza tą abstrakcyjno-zmysłową historię zawartą w „Stacji o niczym”. Jest w tym jakiś dramatyzm. Pomimo tego, że książka Ziętary ma tytuł „Stacja o niczym”, to jednak bazuje na jakichś konkretnych sprawach dla poetki: „odeszłam / warkocze są otwarte // pozostaniemy żywi”. Odejście w kierunku życia, jest najbardziej zaskakującym rozwiązaniem, bo tu odchodzi się od kogoś, zaskakuje to, że bycie razem byłoby byciem ku śmierci, w milczeniu. To o to tu chodziło. Dobry wybór odejścia byłby pozytywnym wyborem wobec złego wyboru bycia z kimś? Też nie wiemy czy ów dawny wybór był zły i poetka szuka innego lepszego wyboru, czy w ogóle odchodzi w kierunku samotności. Niestety nie ma tu o tej drugiej osobie zbyt wiele, gdyż w tym tomiku za mało jest konkretów, więcej rozmyślań poetyckich, ale i tak możemy się połapać, że po prostu poetka komuś dała harbuza. I opisała to z wielu perspektyw, coś jej nie grało, nie leżało, dużo się zastanawiała nad życiem i śmiercią przy tej osobie i postanowiła odejść. Takie mi zaświtało odczytanie, a jakie zaświta czytelnikom? Mogą się sami o tym przekonać czytając niebanalną książkę Agnieszki Ziętary. Bo to dobra poezja, choć nie absolutnie doskonała, ale to tylko poeci umieją dzielić włos na czworo. A tu jest takie poetyckie zmaganie się z włosem dzielonym na czworo.

Agnieszka Ziętara. Stacja o niczym. Nowa Ruda 2014




Mateusz Wabik






NIE BYĆ KAPUŚCIŃSKIM



       Notka na okładce informuje, że mamy do czynienia z „fikcją literacką opartą na przeżyciach w Republice Południowej Afryki”, jednak właśnie w ową „fikcję” najtrudniej uwierzyć; więcej, jeśli to fikcja, może tym gorzej dla książki. Naprawdę bowiem czytałam Baie Dankie, Afryko jak opowieść z nieznanego kraju, gawędę emigrancką, nie jak powieść. Wciągnęły mnie barwne epizody, rysunki postaci, obserwacje obyczajowe, zapisy stanu ducha, ironiczne rozrachunki z nadziejami i porażkami życia. W delektowaniu się nimi przeszkadzałoby założenie, że czytam powieść. Od powieści wymagam bowiem koncepcji, konstrukcji, konsekwencji (lub ich antytez). Jako powieść Baie Dankie, Afryko po prostu się sypie.
       A jednak czytałam tę rozsypkę z zainteresowaniem, co sama sobie muszę wytłumaczyć. Po pierwsze, jesteśmy niewątpliwie wielbicielami prozy reportażowej, autentyku, autobiografii. Trudno zadziwić nas jakąś ich szczególną formą, jako że wszystkie formy już były. Zainteresowanie może więc budzić nie tyle formalne wyuzdanie lub przesubtelnienie, co samo mięso opowieści. Po drugie, autor wyemigrował do RPA ze Szczecina, moje rodzinne miasto pojawia się w tle kilkakrotnie, jest punktem odniesienia. Dla mnie ta okoliczność jest tym bardziej interesująca, że pozwala mi znaleźć kontekst dla tej narracji w prozie podróżniczej, konkretnie zaś mówiąc: marynistycznej. Po trzecie, Południowa Afryka jest miejscem mniej znanym, panujące tam obecnie warunki nie należą do szeroko dyskutowanych w Polsce, a przecież to tam sytuuje się automatycznie raj. Dowodem choćby edycja, przepraszam za słowo, debilnego programu „Kawaler do wzięcia”, w którym narzeczonym był także przystojniak ze Szczecina. Raj, gdzie możesz poczuć na własnej skórze, co znaczy słowo rasizm, którego mieszkańcy specjalizują się w hodowli rotwailerów. Po czwarte, Maciej Nowakowski dopisuje jeszcze jedną część do zbioru narracji emigracyjnych, które przeżywają w latach 90 –tych już nie lifting, a prawdziwą liposuction.

       Bohater tej fabuły opisuje swą praktykę chirurgiczną w szpitalu dla czarnych Afrykańczyków (nie ma problemu z nomenklaturą, więc i ja sobie pozwalam na rasistowskie słówko) na początku lat 90 –tych. Kilkuletni epizod, będący szkołą medycyny i życia, kończy decyzja wyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Konstrukcja powieści, moim zdaniem świadcząca o nie-fikcyjności przedsięwzięcia, ma kilka, by tak rzec, dominant. Po pierwsze czcionka wyróżnia w kilku miejscach coś, w czym zapewne należy się domyślać dziennika, pamiętnika lub notatek. Zasadnicza fabuła składa się z szeregu epizodów opowiadających o życiu w RPA, o losach wąskiego grona białych przybyszów, część z nich to emigranci z Europy Wschodniej i Środkowej. W pewnym momencie okazuje się, że opowieść jest retrospektywnym romansem, że zmierza do opisu rozstania, które zbiega się z dojrzewaniem do decyzji wyjazdu. Konstrukcja ta jest luźna w stopniu, który niweczy ewentualne napięcie, jakie mógłby odczuwać czytelnik w związku z duchowymi rozterkami bohatera.
       Retrospekcja zaczyna się zresztą nęcącym dialogiem o erotyce. Wiedza o życiu, także intymnym, przekazywana bohaterowi przez starszego kolegę, mentora w sprawach chirurgii i kobiet, zachęca do czytania. Szkoda, że tak niewiele epizodów tę zapowiedź obscenów realizuje, bo są to fragmenty celne. Podobnie jak obserwacje obyczajowe, autokomentarze, ironiczne oceny postaci i politycznej sytuacji w RPA. O wiele mniej przekonująco wypadają dywagacje filozoficzno-literackie. Najbardziej zgrzytają „literackie” frazy. Najbardziej, bo język autora jest sprawny, barwny. Jeśli pisałam o podobieństwach z relacjami podróżniczymi, Nowakowski na ich tle wypada zdecydowanie dobrze. Dlatego tam, gdzie idzie w liryzm lub szuka szczególnie celnej frazy, przestaje brzmieć. Często jest to kwestia niedokładności frazeologicznych i składniowych. Na przykład w takich zdaniach jak: Trudno zapewnić szczęście partnerowi życia, nie będąc samemu szczęśliwym; pomoc dentystyczna oraz zlew w kącie do mycia rąk. Wiele z tych usterek spowodowana jest skłonnością do używania inwersyjnej składni, która „uchodzi za literacką”, ale wydaje się manieryczna; szczególnie, jeśli nie zostanie po mistrzowsku zrealizowana.
       Wszystkie te zastrzeżenia byłyby fundamentalne, gdyby upierać się przy ocenianiu książki jako powieści. Ja traktuję ją jako prozę autobiograficzno-emigracyjno-podróżniczą. I jako taka ma same zalety. Opisuje emigrację z jej mitami, zabawnymi z oddalenia dramatami (świetny opis drogi przez Niemcy do RPA), tworzeniem mikro- przestrzeni społecznej w nowych miejscach pobytu. Pokazuje czytelnikowi nie-martyrologiczną rzeczywistość życia w międzynarodowej społeczności eksperckiej, tworzonej przez lekarzy. Charakteryzuje życie w jednym z najciekawszych krajów świata. Prezentuje mocnego mężczyznę naszych czasów, odrobinę mizoginicznego, odnoszącego życiowe sukcesy; postać pozytywną i sympatyczną, z lekką domieszką spleenu, lecz w sumie bez nieznośnych póz śmiertelnie zranionych „porzuconych przez matki, ojców i wartości”, których legion w prozie emigracyjnej pokolenia urodzonych po 1960. Pozornie tylko uchyla się od diagnoz bardzo serio, bardzo przekonujących, których autorem mógłby być wyedukowany postkolonialnie ponowoczesny humanista.
       Maciej Nowakowski pisze w jednym z fragmentów, że nie chciał być Kapuścińskim. Nie odwiedzał więc shiptownów, zakapiorskich dzielnic, mógł tylko fantazjować na temat życia w takich miejscach. Nawet jeśli ich nie odwiedzał, są obecne w jego świadomości narracyjnej, także jako luki. Stał przy końcu pasa transmisyjnego – z dzielnic czarnej nędzy, przez pracę służby w domach Afrykanerów, wojnę domową – Murzyni trafiali do szpitala, gdzie ich kroił, szył, gdzie stwierdzał zgony. W nagrodę leżał przy basenie w raju. Co z tego, że nie miał powołania na Kapuścińskiego? Jego o-powieść jest frapująca.

Maciej Nowakowski, Baie Dankie, Afryko. Wyd. Mamiko, Nowa Ruda 2003. – s. 162.
Inga Iwasiów
Recenzja napisana dla "Nowych Książek"





POEZJA ZUZANNY TURKIEWICZ ŚWIEŻA JAK WIOSENNA ZIELEŃ.


       Debiutancki tomik poezji młodej prawniczki urodzonej w Nowej Rudzie -
Zuzanny Turkiewicz – ukazał się w 2007 roku pod tytułem „Świat , jaki pamiętam”&#8230;
       Młodość ma swoje oczywiste prawa do radości , zachwytu , nadziei i marzeń.
Aura tych nastrojów przenika cały zbiorek 45 liryków opisowych i osobistych ,
zawartych w książeczce pięknie wydanej w oficynie Mamiko.
       „Świat , jaki pamiętam”&#8230;to pełna optymizmu poetycka całość zamykająca
w wierszach obraz dzieciństwa i wczesnej młodości autorki. Zachwyt krajobrazami
Gór Sowich łączy się tu z duchowymi odczuciami poetki , z jej głęboką wiarą.
Synteza tych wartości pozwala młodej autorce patrzeć na świat jak na dzieło boskiego
stworzenia. Wrażliwość na bogactwo natury każe jej dostrzec piękno leśnego labiryntu
ścieżek i dróg , rozgwieżdżonego nieba , barwnej tęczy, otulonej śniegiem góry , okrytych
Zielenią zboczy górskich , dolin i wąwozów o niezwykłym uroku , bogatych kolorów
jesieni. Słowem malowane pejzaże zawsze kryją w sobie jakąś tajemnicę. Są wzbogacone
podtekstem refleksyjno – religijnym. Tak autorka sakralizuje swoją małą ojczyznę :
okolice Woliborza i Nowej Rudy. Jest związana emocjonalnie z miejscami swojego
dzieciństwa i umie poetycko nazwać wszystko , co ukochała. Przepiękny liryk „Woliborska
jesień” wprowadza czytelnika w klimat biblijnego Edenu. Poetka pisze:
            „Złota jesień mą wioskę
            ozdabia,
            okrywa mój raj tajemniczy”.
Arkadyjskość ojczystego pejzażu splata się z realistyczną refleksją o trudnej egzystencji
mieszkańców Nowej Rudy. Zachwyt urokliwymi krajobrazami nie przesłania autorce
świadomości o ponurej historii tych ziem („Piramida pracy”, „Most przebaczenia”), o bezro-
bociu nękającym noworudzian obecnie i o Nowej Rudzie jako mieście opustoszałym
i płaczącym.(„Moje miasto”).
       Liryki osobiste dotykają kwestii człowieczej wędrówki przez życie. Ponieważ młoda
poetka znajduje się na początku tej drogi, poświęciła refleksjom egzystencjalnym wiersze
o semantycznie nacechowanych tytułach : „Droga do celu”, „Drogowskaz”, „Muszę już iść”,
„Zegary czasu”. Na życiową drogę, po której podąży w przestrzeń i czas, ma osobisty,
optymistyczny imperatyw: „Nie trać wiary w siebie”!. Wiersz ten należy do liryki maski.
Wprawdzie podmiot liryczny jest tu drugoosobowy, czytelnik ma świadomość, że wszystkie
zdania, przepełnione wiarą w moc jednostki zmagającej się z trudnościami życia, autorka
kieruje do samej siebie:
            „Ty wygrasz i dotrzesz do celu,
            Poskromisz cierpienia krzyż cały!

            Ty walkę z trudami pokonasz,
            I wszystkich swych marzeń dokonasz!!!

            Ty nie trać wiary w siebie!!!
Taką pewność w wygraną walkę ze strachem, przemijaniem i wszelkim złem może mieć tylko
młodość.
Inne liryki osobiste dotykają problemu relacji międzyludzkich. Autorka akcentuje przyjaźń,
zrozumienie, szacunek i życzliwość wobec osób, z którymi zetknął ją los.
Cenną dominantą liryków osobistych są teksty o charakterze religijnym: „Modlitwa”,
„Spowiedź”, „Wigilia”.
       Liryki Zuzanny Turkiewicz to piękna, wzruszająca poezja o jej małej ojczyżnie, o kondycji jednostki wędrującej przez życie i o głębokiej wierze umacniającej człowieka
w jego dążeniu do celu i kresu.
                                            Sabina Skowron.

Zuzanna TURKIEWICZ.
Świat jaki pamiętam. Mamiko, 2007
Sabina Skowron





Piotr Balkus


Wiadomosci24


Właśnie ukazał się tomik wierszy Darii Dziedzic, poetki z Dąbrowy Górniczej. Nosi on tytuł "Wyspa".



Jest to zestaw kilkudziesięciu wierszy, opartych wokół jednego motywu - wyspy. Miejsca tajemniczego, z początku trudnego do rozszyfrowania, jednak z brnięciem w jej głąb, coraz bardziej odsłaniająca swoje oblicze.

Można w skrócie powiedzieć, że owa wyspa jest jakimś azylem, miejscem schronienia, intymnym kawałkiem przestrzeni, do której nikt obcy nie ma wstępu. Miejscem bezpiecznym, ale przez to ciągle zagrożonym. Przez ludzi, żywioły, etc. Mała ojczyzna, "szklana kuleczka", która ma być "schronieniem przed nieznanym" (patrz wiersz "Transformacja"), zagrożona przez obce niszczące wpływy. Sama wyspa staje się zagrożeniem. Podmiot liryczny próbuje ocalić to miejsce, jakby ocalenie wyspy znaczyło ocalenie siebie. W pewnym momencie mówi on: "Nie zdołamy się / przed nią schronić, nie ma już bezpiecznych miejsc". Jak gładko można przyłożyć te słowa do ludzi i do planety, na której żyją. Zresztą takich odniesień do rzeczywistości jest w tomiku więcej. W wierszu "Urojenia" liryczne ja przestrzega przed prawdopodobieństwem noszenia na wyspie zielonych uniformów, czyli, innymi słowy, przed odgórnym podporządkowaniem. W tym samym tekście, czytając słowa o królu, który z nudów domaga się wojny i chowa twarz w srebrnym tataraku, ma się jakieś znajome wrażenie, że wiemy kto zacz...

Ale wracając do wyspy, jest to w jakimś sensie wyspa bezludna, która mimo to jest miejscem szczęśliwym. Czymś na kształt pustelni poety, ogólnie też człowieka. Co ciekawe, podmiot liryczny nie szuka z niej ucieczki, czuje się w niej dobrze, nie wypatruje ludzi, chowa się przed nimi, chce "zatrzeć tropy", bo pomoc może okazać się tylko złuda, fatamorganą, zakłóceniem porządku, tarapatami. Inna sprawa, że to zacieranie śladów jest rzeczą bardzo trudną, wręcz niemożliwą: "wciąż plączę się w zeznaniach, / odciskam ślady na meblach, zbyt ostro" ("Odpływ").

Dopiero w wierszach "Wylęg", "Odpływ" czy "Most" odkrywamy, że owej wyspy nie należy odczytywać dosłownie. Że jest ona tylko jakimś metaforycznym miejscem, jakimś Herbertowskim ogrodem, który podmiot hoduje w głowie, w sobie. Dzieciństwem, do którego pragnie się wrócić, marzeniem o byciu znowu "dziewczynką w białej sukience". Jest też ciągle celem do zdobycia, jakimś ulotnym marzeniem o lepszym świecie, marzeniem-snem, dobrą (!) śmiercią:

"Podobno należę do
wyspy,
na którą zaprowadzi mnie most, wiszący nad ziemią.
Otworzy sen,
niekończącą się opowieść." ("Most")

Co mnie uderzyło w tych wierszach najbardziej, to jakaś niemoc, konieczność trwania "bez wyjścia", jak w wierszu "Znaki", gdzie "wszystko musi dojść do końca / aby ramy nie pękły / nie przelała się woda". Podmiot liryczny pragnie, mówiąc za Nadine Gordimer, ocalić swój świat, jednak to zdaje się być już niemożliwe: "Muszę wiedzieć, / co stanie się z wyspą, / zanim połknie ją wieloryb" ("Taka jedna opowieść").

Najnowszy tomik Darii Dziedzic jest też rozmową. Rozmową z kimś, jeśli obecnym, to tylko połowicznie. Raz adresatem jest Herbertowski cesarz "o drapieżnej szczęce, żółtych oczkach", innym razem morski konik. W kilku wierszach jest nim ołowiany żołnierzyk, urastającym do rangi symbolu dzieciństwa. Z drugiej strony adresat zdaje się być człowiekiem, kimś bliskim, wciąż obecnym:

"kup wino, bo zanim przemyślę decyzję,
muszę się upić, ale nie sama" ("Dekoracja")

Podoba mi się w tym pisaniu staroświecki ton - w dobrym znaczeniu tego słowa. Operowanie prostymi słowami, jakby tylko one mogły opowiedzieć świat. Gwiazdy, kamienie, muszle, oceany... Żadnego narcystycznego silenia się na nowoczesność i bajer. A jeśli pojawiają się takie słowa jak "stoperan", to tylko po to, by wzmocnić przekaz. Daria Dziedzic uciera nos współczesnemu pisaniu o niczym, serwując nam wiersze o ważnych problemach egzystencjalnych, o zmaganiu się ze sobą samym, z czasem i ze światem. Wiersze mają dobrą dykcję poetycką, posiadają przestrzeń, oddychają, opowiadają, gawędzą. Zero ścisku, tłoku obrazów, nadmiaru wrażeń, zbędnych opisów. Zero chemii, a czysta, naturalna substancja liryczna. Zaprzeczenie niskim ideałom wulgarnej postmoderny, która z poezji zrobiła papier toaletowy. Pokazanie, że doświadczenie stoi na równi z erudycją.

Zachęcam do poetyckiej podróży po czasoprzestrzeni z Darią Dziedzic i jej wierszami. Niech będą one mapą w podróży po Waszej własnej wyspie, w poszukiwaniu niematerialnych skarbów.

DZIEDZIC Daria.
Wyspa. MaMiKo.
Piotr Balkus





Recenzja na "Books&mirrors"


Trzydzieści pięć błysków, albo inne „Baloniki”











Fantastyka i realizm w książce Macieja Nowakowskiego „Na zawsze jutro”.


             Maciej Nowakowski – polski lekarz praktykujący od kilku lat w Stanach Zjednoczonych – po dobrym przyjęciu przez rynek wydawniczy książki „Baie dankie, Afryko”, opublikował w noworudzkiej oficynie wydawniczej Mamiko w 2005 roku, kolejną powieść.
Książkę opatrzył tytułem „Na zawsze jutro” i okładką z herbem Rzeczpospolitej.
Zamysł kompozycyjny utworu autor oparł na antynomiach :

wieczność – doczesność
przeszłość – teraźniejszość
Polska – Ameryka.

Nad nimi dominuje manichejski podział ludzkich postępków:
na dobre i złe. Pisarz ich jednak nie ocenia, nie komentuje, nie narzuca odbiorcy gotowych opinii moralnych. Pozostawia je osądowi samych czytelników.
Fantastyczny wątek powieści łączy się z postacią starego Polonusa – Bogdana - żyjącego na początku XXI wieku w luksusowej willi na nowojorskim Manhattanie. Mężczyzna ten mówi o sobie i ludziach mu podobnych „my nieśmiertelni”. W powieści relacjonuje swoje życie, trwające od czasów Konfederacji Barskiej po lata nam współczesne. Urodził się prawdopodobnie tuż przed czasami stanisławowskimi, u schyłku I połowy XVIII wieku w szlacheckim dworku na Podolu. Dziś jest zamożnym człowiekiem, a polskie i amerykańskie służby specjalne próbują dociec, jakimi sprawami finansowymi, polski Sarmata zajmuje się obecnie.
             W wykreowaniu tej postaci odegrały na pewno istotną rolę odwieczne ludzkie tęsknoty za nieśmiertelnością i niezgoda na bezwzględną eschatologię dotykającą każdą jednostkę ludzką. Sądzę też, że przy konstruowaniu postaci Bogdana kierowała autorem książki chęć stworzenia Polaka – syntezy, przekroju, jednostki typowej dla naszej historii i polskiej mentalności od czasów oświecenia po lata współczesne.
             W życie każdego człowieka wpisuje się topos „homo viator”, czyli pielgrzymowania, podróżowania od kołyski do grobu. Maciej Nowakowski powołał do literackiej egzystencji postać wskazującą na swój początek, ale pewną wiecznego życia, tu na ziemi. Jednak i Sarmata Bogdan ma wpisany w swoją biografię motyw homo viator. Podróżuje , przenosi się z miejsca na miejsce wygnany jakąś katastrofą lub poszukujący innego : spokojniejszego lub bogatszego życia. Młodość spędza w szlacheckiej Rzeczpospolitej, później mieszka w Paryżu i kilku miejscach Ameryki. Żyje intensywnie w sensie biologicznym,
emocjonalnym i duchowym. Stanowi osobowość niezwykłą, w której pierwiastki dobra i zła tworzą dziwną syntezę, a zaskoczony czytelnik nie potrafi jednoznacznie powiedzieć, czego w tym człowieku jest więcej. Niewątpliwie postać Bogdana jest tworem fantastycznym. Natomiast miejsca, będące tłem jego życia, mają w sobie istotne elementy prawdy historycznej, obyczajowej i ekonomicznej.
Autor realistycznie przedstawił środowisko polskiej szlachty żyjącej wśród ukraińskich chłopów na Podolu, konflikty narodowościowe i społeczne, typowe dla XVIII wieku. Nacechowane realizmem są także opisy Paryża i relacja z czasów wojny secesyjnej w Stanach Zjednoczonych, obrazy życia w Ameryce na początku XXI wieku i w Polsce w okresie transformacji ustrojowej.
            Z dzisiejszą Polską powieść łączy watek sensacyjny i postać drugiego ważnego bohatera utworu – młodego agenta Urzędu Ochrony Państwa – absolwenta wydziału historii Uniwersytetu Warszawskiego – Marka Poboga. Sympatyczny i wrażliwy humanista „rozpracowuje” tajemniczego nieśmiertelnego Bogdana. Udając dziennikarza, a nawet pisarza, który o starym Polaku chce wydać książkę, słucha relacji swojego interlokutora o jego życiu, poznaje zwyczaje, upodobania i skrywane głęboko uczucia.
             Chcąc pokazać obu bohaterów w działaniu i jednocześnie przedstawić czytelnikom duchową stronę wytworów w własnej wyobraźni, autor powieści zastosował dwugłos narracyjny, w tekście książki wyodrębniony zróżnicowaną czcionką. Tak, jak w „Lalce” Prusa, w tej powieści także jedynym narratorem jest bohater – Bogdan, opowiadający o swoim trzywiekowym życiu, drugim autor- prezentujący postać i relacjonujący postępowanie i agencyjne dokonania Marka.
             Książka została napisana dobra polszczyzną, bogatą leksykalnie, urozmaiconą składniowo. Fabuła powieści podkreśla szeroki zakres wiedzy ogólnej autora. Świadczą o niej odwołania do historii, filozofii, literatury i świata polityki.
             Czytanie powieści Macieja Nowakowskiego to prawdziwa przygoda literacka. Zachęcam do jej poznania i podjęcia próby rozwikłania sensacyjnego wątku utworu.
                                                 Sabina Skowron

Sabina Skowron





Fantastyka w wersji light - raczej dla intelektualistów



Fantastyczno-przygodowa powieść Macieja Nowakowskiego należy do literatury intelektualnej. Struktura narracji przypomina sposób opowiadania czeskiego pisarza Milana Kundery, a niektóre sytuacje wprowadzają czytelnika w specyficzny klimat prozy Franza Kafki. Skoro więc już na wstępie fabuła Nowakowskiego przywodzi na myśl dwa tak znakomite nazwiska literatury europejskiej, to znaczy, że warto po wspomnianą książkę sięgnąć. Bohaterów (głównych) jest dwóch ; nijaki Bogdan, Sarmata oraz Marek Pobóg, młody historyk, pracownik UOP. W tym momencie nasuwa się pytanie: Co może łączyć Sarmatę z pracownikiem UOP-u? Otóż fabuła skonstruowana jest tak, że drogi życiowe tych dwóch spotykają się. Nie bez znaczenia pozostaje również fakt, iż ów Sarmata jest nieśmiertelny... Tutaj fabuła książki wkracza w fantastykę, lecz nie jest to fantastyka natarczywa, nie czyni historii nierealną. Jest wręcz przeciwnie - dzięki historycznym oraz współczesnym realiom z książki przebija autentyzm, a o fantastyce można powiedzieć, że jest w wersji light.
Tempo akcji z początku dość leniwe szybko się rozpędza, punkt kulminacyjny następuje jednak dopiero na ostatnich stronach powieści. Autor z konsekwencją wzmaga napięcie czytelnika. Nie tylko sposób konstruowania akcji, ale przede wszystkim sama treść ,,Na zawsze jutro" świadczy o ogromnej erudycji autora, który drobiazgowo i rzetelnie opisuje składowe życia na dwóch kontynentach (Ameryka i Europa), wkracza w polityczne zakamarki Polski szlacheckiej, komunistycznej i współczesnej, przytacza konteksty wydarzeń historycznych, powołuje się na wielkie intelektualne autorytety.
Nie jest to więc książka do czytania w nudne niedzielne popołudnie. Wymaga od czytelnika intelektualnej aktywności, lekturę znacznie ułatwia znajomość realiów historycznych i kulturowych Polski i Europy. Myślę, że lekturę można by opatrzyć dopiskiem: ,,raczej dla intelektualistów" , ale - jak na to wskazuje słówko ,,raczej" - krąg odbiorców jest nieograniczony.
W kwestiach edytorskich warto zauważyć interesujące, choć nie nowatorskie rozwiązanie (stosował je już m. in. W. Wharton), perypetie Marka opisywane są kursywą, przygody Bogdana tradycyjną, prostą czcionką. Taka forma zapisu dodatkowo uatrakcyjnia lekturę.
Mam nadzieję, że ta opinia zachęci Państwa do sięgnięcia po książkę ,,Na zawsze jutro"
Moim zdaniem naprawdę warto ją przeczytać.



Marta Rudy

Maciej NOWAKOWSKI.
"Na zawsze jutro". Wydaw. Mamiko, 2005
Marta Rudy





Księga krzywd i dramatów

(Patryk Zimny – „Uchoko”)

Uchoko” to debiutancki tom młodego poety z Lęborka – Patryka Zimnego. Młodości wiele się wybacza, więc ja też nie będę czepliwy, chociaż to są dobre wiersze jak na ten wiek, aż czasem wydają się za dojrzałe – tak mi się wydało po wyrywkowej lekturze kilku wierszy. Wydawało mi się to kolejnym tomem prozy społecznej rozpisanym na wiersze, która była modna parę lat temu. Ale jak się wziąłem za porządne czytanie to wiele odkryłem. Nie sądziłem, że ten tom kryje w sobie aż tyle treści.

Patryk Zimny nie należy do buntowników, ale raczej do uważnych obserwatorów zwykłego świata, zwykłych ludzi, odważnie notującego wspomnienia rodzinne, ludzkie dramaty.
W wierszu „list dzieci na dzień ojca którego nie widziały pięć lat” (str. 35), którego podmiotem lirycznym jest zbiorowy głos dzieci za nieobecnym ojcem, poeta wydaje się wpisywać w ten wiersz własne doświadczenie. Ton tego wiersza jak i następne pozwalają sądzić, że będziemy mieli w przyszłości do czynienia z poetą niezwykle wrażliwym na ludzką krzywdę i w ogóle problematykę społeczną.

Także w opisywanym tomie znajduje się wiersz pt.: „sytuacja rodzinna” (str. 28-29). I nie jest to pisane bo tak trzeba, czy, żeby się wylansować, jest to napisane z dużą wprawą, bez gier i żonglerek słownych – tanich chwytów popkulturowych. Podmiot liryczny wspomina także swoje dojrzewanie bez ojca – „pokazywanie braciom pierwszych oznak męskości / siostrze reprymenda za pyskówce matce / której brakuje nerwów” („zastępstwo”, str. 34), ukazując siebie jako przedwcześnie dojrzałego, ale nie w stylu kogoś kto chciałby podważyć wszystko, nie, raczej tego mądrzejszego i wiedzącego co należy, a czego nie należy, gdyż to są stonowane wiersze kogoś kto wiele przeżył: „Krzyśka codziennie biorę w kółeczko. Tomkowi / przybijam piątkę, ach bracia. Oli wysyłam / sms-y. Tak, odpisuje. Gdy się widzimy - // słowa klucze: mama, kiedy, my, dom, bidul.” (*** [Więcej zrobić nie mogę&#8230;, str. 42]). Podmiot liryczny bierze na siebie odpowiedzialność i wychowuje młodsze rodzeństwo. Także jest tu świadomość własnej znikomości w obliczu przerastających młodego poetę problemów.

A wiersz „getto” (str. 27) to najbardziej przejmujący wiersz w tym tomie, gdyż dotyczy ludzi mieszkających w kontenerach, gdzie walczy się o obierki od ziemniaków, podarte jeansy. Pokazuje też, że podmiot liryczny jest wrażliwy nie tylko na cierpienie swoje, swoich bliskich, ale zupełnie obcych mu ludzi.

Cóż media pokazują cierpienia tylko w czasie powodzi. A mi się przypomniały wspomnienia Tadeusza Borowskiego z obozów zagłady. Ten sam nastrój walki i upodlenia, przeistoczenie się człowieka w zwierzę targane instynktami samoobrony i walki, a teraz podobno żyjemy
w pokojowych czasach, a nie w czasach pogardy: „nie lubię patrzeć w okno / getto to wojna / wojna równa się // ofiary.” 9”(„getto”, str. 27).

Wystarczy życzyć poecie z Lęborka uporu i w przyszłości takiej samej odwagi jak w tym nadzwyczaj – jak na dwudziestoparoletni debiut - udanym tomie.
                                                             Mateusz Wabik

ZIMNY Patryk.
Uchoko. Wydawnictwo MaMiKo, 2010
Mateusz Wabik





SUBTELNY LIRYZM ANETY NALBORCZYK – WIERZBICKIEJ W TOMIKU

WIERSZY INNY BRZEG - Sabina Skowron

       Młoda poetka i malarka Aneta Nalborczyk – Wierzbicka swój debiutancki zbiór wierszy
„Idąc piszę siebie” wydała w 1993 roku. Współpracując z klubem poetyckim działającym
przy warszawskiej „Stodole”, przez minione 15 lat rozwijała własne pasje artystyczne
i doskonaliła warsztat twórczy. Kilkakrotnie została laureatką regionalnych i ogólnopolskich
konkursów poetyckich. Prace plastyczne prezentowała widzom na indywidualnych wystawach malarstwa i rysunku.
       Wielbiciele jej talentu zapewne z radością powitają kolejny tomik wierszy uzdolnionej
poetki, opatrzony tytułem „Inny brzeg”. Zbiór ukazał się w 2008 roku w wydawnictwie
”Mamiko”, które popiera młodych, rozwijających się artystów słowa.
       Autorka podzieliła zeszyt poetycki na dwie części.. Pierwszej nadała tytuł „Inne lato”,
druga jest echem tytułu całości.
Wiersze Anety Nalborczyk – Wierzbickiej to liryka osobista, spięta w niektórych tekstach
z liryką opisową i refleksyjną. Stanowi syntezę doznań jednostki i odczuwania otaczającego
ją świata w sensie dosłownym i metafizycznym. Zjawiska przyrody są tu nie tylko tłem
osobistych przeżyć i odczuć lirycznego „ja”. Niekiedy poddane antropomorfizacji stają się
tworami kształtującymi nastroje i doznania człowieczego bytu , innym razem, podniesione
do rangi symbolu, pomagają zrozumieć wszechświat i ograniczony CZASEM ludzki los.
Spróbujmy zbliżyć się do symbolicznej materii sztuki słowa tego zbioru subtelnej liryki,
nacechowanej wyznaniem i refleksją. Lód i śnieg symbolizują chłód ludzkiego ciała
i duszy: czasem smutek, czasem zamieranie w lęku przed nieznanym. Słońce, ciepło i dzień
to znaki ożywienia organizmu jednostki, w jej odczuciach emocjonalnych i głębszych,
ukrytych w podświadomości. W większości liryków pejzaż przenika mgła, utrudniająca
postrzeganie wyraźnych konturów opisywanego świata i wprowadzająca niepewność
człowieka usytuowanego w kręgu szeroko pojętego BYTU. Mgła była w literaturze
od zawsze symbolem tajemnicy, niepewności i lęku przed nieznanym. W wierszach autorki
”Innego brzegu”
”mgły schodzą szybciej niż sny z powiek”,
„za oknem ciągle mgła jak płótno naciągnięte na drzewa”,
„mgła wypełnia powoli szerokie misy dolin”.
Jako symbol odnosi się do tajemnicy świata i tajemnicy istnienia w nim człowieka, czyli jak mawiał Witkacy „pojedynczego bytu”.
       Już w pierwszej części zbiorku pojawia się liryczne „ty”. W „Innym lecie” możemy
identyfikować je z ukochanym człowiekiem, z osobą bliską sercu bohaterki lirycznej wierszy. Wzajemne relacje tych dwojga są labilne, zmienne, jak w życiu.
W jednym z liryków czytamy:
                  „jesteś tak blisko
                  idziemy razem przez pole”,
w innym narasta dystans między mężczyzną a kobietą:
                  „jesteś na pustyni, piszemy do siebie krótko”,
w trzecim bliska więź jest już przeszłością:
                  „to wszystko już było, dotykam twojego cienia
                  tam gdzie dzień zwija się w palcach i traci sens”
W drugiej części tomiku liryczne „ty” adresowane jest do matki. W kilku wierszach pojawia się rzeczownik w wołaczu: „mamo”. Teksty te nabierają refleksyjnej głębi. Materia poetycka
przywołuje retrospekcje z dzieciństwa i wczesnej młodości bohaterki lirycznej utworów,
ukazuje pokoleniowy ciąg rodziny, dotyka problemu przemijania.
       Najważniejszym walorem tej poezji jest jej wartość ogólnoludzka. Wiersze Anety
Nalborczyk – Wierzbickiej odbijają w sobie doznania i refleksje każdego myślącego człowieka. Wszyscy przecież mamy świadomość głębi tajemnicy świata i naszego losu,
wszyscy poszukujemy jego sensu. Każdego z nas łączą więzy miłości, przyjaźni i życzliwości
z innymi ludźmi, każdy z nas jest ogniwem w łańcuchu rodzinnych pokoleń.
                                                    Sabina Skowron

NALBORCZYK-WIERZBICKA Aneta. Inny Brzeg. MaMiKo, 2008


Sabina Skowron





O "Elipsie" Macieja Bieszczada.


Debiut – i szczęśliwie taki, o którym można powiedzieć sporo dobrego. Maciej Bieszczad (ur.1978) publikował wiersze w prasie literackiej, co pozwoliło mu jako poecie okrzepnąć. W szczupłym zbiorku zawarł utwory starannie wybrane. Powstały one z namysłu, z obserwacji, z niejasnych, a jednak silnych emocji. Poeta wybiera niedopowiedzenie i znak zapytania na zamknięciu wersu, co po ludzku może znaczyć: nie wiem, chciałbym wiedzieć. Jak w Oduczaniu się twarzy. Medytacji pierwszej:

Całą noc zerwane przewody elektryczne wiły się na mokrym asfalcie.
Usiłowały wpleść się w korzenie drzewa objąć je od wewnątrz.
Dwie odrębne istoty nie połączą się w wyniku pragnienia?


Wizja silna, wyrazista, tajemnicza i niepokojąca. Bieszczad nie moralizuje i nie narzuca się czytelnikowi. Zostawia go (ale i siebie) z wierszem – znakiem, który należy dopełnić swoją własną wrażliwością, i ten niby ołówkowy szkic zapełnić kolorami, pozwolić mu żyć pełniejszym życiem. Zatem skromność i dojrzałość. Te dwa atrybuty młodego autora pozwalają z ufnością patrzeć w jego poetycką przyszłość.



                                                                  Piotr Szewc

                                                                   Nowe Książki
                                                                 Nr 3/1105/2011
Szewc P.





Tęsknota za Polską z Kochanowskim i romantykami w sercu. O poezji Grażyny Bajer z tomiku „Sercem pisane w bólu wydane”.



Poezja Grażyny Bajer z tomiku
„Sercem pisane w bólu wydane” wydanego przez Mamiko w 2013 roku, wypływa z „tęsknoty za krajem” jak można przeczytać na czwartej stronie okładki i odwołuje się do formy, która uchodzi w Polsce za tradycyjną – czyli jest to poezja rymowana. Szkoda, że poezja poetki, mieszkającej na stałe w Norwegii, nie jest ułożona z większą dbałością o zasady sylabotonicznej wersyfikacji, w niektórych wypadkach na pewno mogłoby to być bardzo ciekawe. W poezji Grażyny Bajer przeważają rymy dokładne. Czasami mam wrażenie, że niektóre wiersze Bajer mają coś z romantycznej ballady, gdyż w jej poezji pojawiają się jakieś sytuacje, wątki, prawie, że fabuła, opisy. Tęsknota za krajem w poezji Bajer wyraża się często w opisie zapamiętanych krajobrazów okolic, gdzie mieszkała poetka, np. w wierszu „Jest takie miejsce” pojawia się opis Zagórza, wspomniane zostają także takie miejscowości jak Bożków, Koszyn. Poetka idealizuje zapamiętane krajobrazy, opisuje drobne zdarzenia z przeszłości jak np. wspólne ognisko. Poetka jest wrażliwa także na dźwięki, we wspomnianym utworze pisze o muzyce przyrody, cykaniu świerszczy. W innym wierszu pt. „Tajemniczy Dolny Śląsk” Bajer wspomina Góry Stołowe, zalew Radków, Złoty Stok. Tekst przypomina wierszowaną ulotkę biura turystycznego zachwalającą w sposób zwykły, ale i ujmujący tamte strony Dolnego Śląska.

Czasem zdarza się poetce używać odwołań do innych utworów na zasadzie wplecenia cytatu z innego tekstu do swojego wiersza. Np. w „Gąsce ze Śląska&#8230;” pojawiają się wersy znane z tradycyjnej piosenki śląskiej pt. „Gdybym to ja miała”: „gdybym ci ja miała skrzydełka jak gąska”. W tradycyjnej piosence – kobiecy podmiot liryczny chciałby lecieć za Jaśkiem do Dolnego Śląska. W wierszu Bajer mowa jest o jakimś wypadzie do knajpy na piwo ze znajomą, na kobiece pogaduchy. Jest to na pewno fajne przetworzenie tradycyjnej piosenki miłosnej, na taką nostalgiczno-ludyczną treść. W wierszu „Stadion Narodowy” mamy przetworzony wers z wiersza dla dzieci Jana Brzechwy pt. „Na straganie”. W wierszu Brzechwy znajduje się fikcyjny opis rozmów warzyw na straganie, poeta posłużył się w nim zwielokrotnioną antropomorfizacją świata warzywnego, zaś Bajer opisuje ulewę na Stadionie Narodowym, znajdują się w wierszu także aluzje odnośnie byłego prezesa PZPN, Grzegorza Lato i minister sportu Joanny Muchy. Jak wiadomo budowa i zorganizowanie kilku imprez na stadionie w Warszawie wywołało wiele emocji w mediach i skandali. Wiersz przez te odwołania do świata sportu i polityki zyskuje wymiar satyry. Nie jest ona bardzo zjadliwa, ale widać w niej negatywny stosunek podmiotu lirycznego do postaci związanych ze sportem. W październiku 2012 roku podczas meczu eliminacyjnego Mistrzostw Świata 2014 w piłce nożnej, nieporozumienia związane z otwarciem dachu i obfite opady deszczu uniemożliwiły rozegranie w Warszawie meczu piłki nożnej Polska – Anglia. Mecz został przesunięty o jeden dzień. Poetka stwierdziła w wierszu: „Wszyscy rozum potracili / Zapomnieli w jednej chwili, / że przy dachu jest guziczek”. Podmiot liryczny kpi z oficjeli i organizatorów, wytyka im zapomnienie, że dach Stadionu Narodowego można było zamknąć w łatwy sposób. Jednak jak pamiętam chodziło tylko o to, że zamknięcie dachu tego stadionu jest możliwe podczas pustego stadionu. Problem byłby z wypuszczeniem ze stadionu w Warszawie tak licznej widowni i wpuszczenie. Pewnie za długo by to trwało wraz z osuszeniem boiska. W innym wierszu „Na medal” poetka wykorzystuje cytat z jednej pieśni Jana Kochanowskiego – „wsi spokojna wsi wesoła”.

W tomiku Bajer znajdują się także wiersze okolicznościowe dotyczące Nowego Roku, czy zbliżających się świąt. Jednym z lepszych wierszy w tomiku jest wiersz „Pod norweskim niebem”, gdzie nie mamy zapisanych tęsknot za Polską, tylko jakby opis życia i krajobrazu Norwegii. Ten wiersz jest jakby listem wierszowym pisanym do przyjaciół z Polski o Norwegii. W pierwszej strofie pojawia się znany z norweskiego krajobrazu obraz fiordów, potem mamy wspomnienie wiosek rozrzuconych pośród skalistego wybrzeża. Poetka powiadamia swoich przyjaciół o licznej polskiej emigracji w Norwegii: „tu mieszka dużo naszych rodaków / tu żyją uczą się i pracują / lecz pośród widocznych znaków / wielu z nich tutaj się czuje”. Poetka w tym wierszu także wyraża zachwyt nad pięknem krajobrazu norweskiego, jednak zaznacza w omawianym wierszu, że tą pierwszą ojczyzną jest Polska, gdyż „tam wciąż jest mój rodzinny dom”. Wiersz Bajer pt.: „Pod norweskim niebem” należy do współczesnej polskiej literatury emigracyjnej i od jej głównego pnia trochę się odróżnia tym, że często twórcy na dzisiejszej emigracji opisują swoją nieprzystawalność do nowego kraju, a w wierszu Bajer mamy klimat i akceptacji nowego kraju, ba Norwegia zostaje nazwana „drugą ojczyzną”, ale też i tęsknotę za Polską, co już jest częstym motywem w twórczości emigracyjnej. Ten motyw tęsknoty za ojczyzną w polskiej literaturze po raz pierwszy na większą skalę pojawił się w poezji romantycznej.

W innym ciekawym wierszu „Na portalu„ mamy ukazane środowisko literackie z
internetu. Wiersz Bajer jest pierwszym wierszem jaki czytałem, który odnosi się do nowego zjawiska w literaturze, bardzo rozpowszechnionego po 2000 roku, jakim są portale literackie, gdzie można zamieszczać swoje wiersze i komentować wiersze innych. Wiersz jest pochwałą takiej naturalnej twórczości literackiej wyrastającej z potrzeby serca, nabierania umiejętności i wprawy w wierszopisaniu ludzi, którzy piszą „nie dla sławy nie dla szmalu”. Ważne w takim udziale w komentowaniu poezji na portalu jest zawieranie nowych przyjaźni, czy wzajemna komunikacja. Ten wiersz mógłby stać się pretekstem do większej dyskusji o to o co chodzi w kulturze literackiej w Polsce. Oprócz konkursów, stawek za nowe dzieła uznanych pisarzy, zapomina się czasem o podstawach, że kultura literacka nie dotyczy tylko czołowych nazwisk, ale szeregu piszących, którzy chcą w ten sposób komunikować się z innymi ludźmi. Że zanik czytania wśród Polaków, spadek sprzedaży książek poetyckich wziął się z wielkiej hermetyczności środowisk literackich, że większa otwartość na poetów stawiających pierwsze kroki jak było dawniej, powoduje większe zainteresowanie literaturą. Dzisiaj sprzedaje się tylko to co ma wsparcie marketingowe i na zasadzie zjawisk nagłaśnianych przez wielonakładowe gazety. Zanikł wymiar literatury jako czegoś ważnego nie tylko dla profesjonalisty, ale dla ogółu, któremu się zostawia literaturę popularną.

Poezja Bajer jest pisana lekką frazą, czasem zaczepnie, czasem bardziej nostalgicznie. Widać, że u starszego pokolenia Polaków są zakodowane w mentalności jako ważne sprawy fragmenty wierszy Kochanowskiego, tradycyjne piosenki folklorystyczne, czy motywy romantyczne, raczej niż poezja mająca znamiona fascynacji literaturą anglojęzyczną. Myślę, że warto przeczytać wiersze Bajer, przynajmniej te najlepsze, by nabrać oddechu przy lekturze kolejnej mocnej, krzykliwej i mrocznej, skomplikowanej lingwistycznie poezji jakiegoś młodego poety, czy poetki, gdyż czytanie poezji na jedno kopyto, czy dwa, zubaża wrażliwość na poezję. Także ciekawe są dla czytelnika motywy emigracyjne, na niej wspomina się krajobrazy, przypominają się cytaty z wierszy stanowiących podstawy edukacji literackiej każdego Polaka.


Grażyna Bajer.. Mamiko 2013


Mateusz Wabik





„Biały świat na czarnym lądzie”


    Książka Macieja Nowakowskiego opowiada o losach Polaków, którzy postanowili poprawić swój byt osiedlając się w Południowej Afryce. I chociaż wykształconemu człowiekowi nie jest tam trudno zapewnić sobie dostatnie życie, to rzadko idzie to w parze z osiągnięciem szczęścia.
    Marek, bohater książki jest z zawodu lekarzem i należy do pokolenia emigracji już nie politycznej, ale tej która opuściła Polskę w celu poprawienia swojego, i tak już nie najgorszego bytu oraz rozwoju zawodowego. Wygląda na to, że w naszym kraju wciąż za największy „triumf” polskiej nauki medycznej uważa się wykształcenie lekarza na studiach. Później do życia musi wystarczyć mu tylko powołanie do zawodu, gdyż satysfakcji nie znajdzie ani w zarobkach, ani podczas praktyki w niedofinansowanym szpitalu.
    „Baie Dankie, Afryko” wprowadza nas w znany w niewielkim stopniu świat realiów panujących w Południowej Afryce u schyłku apartheidu. Jest to czas wzmożonych działań ANC - Afrykańskiego Kongresu Narodowego Nelsona Mandeli oraz organizacji Burów AWB, walczącej o prawa białej mniejszości do niepodzielnego rozporządzania bogactwami Południowej Afryki. Te burzliwe przemiany są jedynie tłem akcji. Bohater książki, Marek jest zatrudniony jako lekarz w szpitalu, w którym leczeni są czarni mieszkańcy RPA. Do swoich pacjentów podchodzi fachowo, jak specjalista, ale osobiście nie absorbują go w większym stopniu. Marek woli pozostać w przyjemnym świecie białych. Życie jego znajomych toczy się lekko na spotkaniach towarzyskich przy piwie i łatwo dostępnej marihuanie. Jak się jednak okazało, Marek nie był w stanie zupełnie odizolować od wrzącego tygla w jakim się znajdował. Było to ważnym powodem, dla którego nie związał swojej przyszłości z Afryką.
    Nowakowski w ciekawy sposób przedstawia sylwetki postaci otaczających Marka, podkreślając często narodowe podłoże ich cech. Godne uwagi jest również spojrzenie z perspektywy na Polskę i Polaków oraz ich wzajemne relacje na emigracji. Mogłoby się wydawać, że bohaterowie nie mają rozterek filozoficznych i etycznych jakie miały na przykład postacie Kundery. Natomiast wzorem mistrza, autor bezpruderyjnie opisuje przeżycia erotyczne.
    Generacja Nowakowskiego wychowana była w realiach małej stabilizacji, pseudodobrobytu „późnego Gomułki” i Gierka. Autor z pewnością przyłączał się do powtarzanych z ironią przez jego rówieśników słów piosenki Perfektu „Telewizor, meble, Mały Fiat – oto marzeń szczyt”. Słowa te traktowały z góry wszystkich dorobkiewiczów spychających na margines sprawy związane z duchowym rozwojem. Bohater Nowakowskiego wyrwał się z małej stabilizacji domu swoich rodziców, trafiając w szpony „dużej stabilizacji” – dom z basenem, pełna lodówka, Volkswagen – dobrobytu realnego. Biorąc pod uwagę czasy, w których toczy się akcja, można stwierdzić, że bohaterowie książki siedzą na beczce prochu. Jak widać, beczka ta jest bardzo wygodna.


                                                                                                                      Andrzej Różański






Krzysztof J. Lesiński „Grzechy najwspanialsze”, wyd. MAMIKO, Nowa Ruda 2011,str.96




czwartek, 27 października 2011 06:36

Żeby wydać swoja pierwszą książkę Krzysztof J. Lesiński potrzebował zachęty. Kilkanaście lat temu Piotr Cielesz namówił go na opublikowanie przechowywanych w szufladzie tekstów. No i tak to się zaczęło. W tym roku ukazał się kolejny tomik niepewnego autora – Grzechy najwspanialsze.
Rzadko się zdarzają, ale się zdarzają, nadmuchani pewniacy. Na ogół piszący są niepewni wartości liter układanych w słowa, frazy, wersy i wtedy szukają, tak jak to zrobił K.J. Lesiński potwierdzenia, że dobre, że się podoba.
Zatem „proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam”(Mt7,7). I tak autor szczęśliwie znalazł wspomnianego już Piotra Cielesza, Antoniego Pawlaka, Tadeusza Żukowskiego, Henryka Berezę (posłowie) i Józefa Barana, który na wszelki wypadek w przedmowie się usprawiedliwia. „Nie dlatego, że tam byłem i nalewki gospodarza rzadkiej smakowitości piłem – mogę docenić wyborność takiego oto drobiazgu poetyckiego”. I tu przytacza w całości wiersz „Sulim” z trzeciego rozdziału – „Taniec z wiatrem”. Rozdział ten pełen zachwytu rodzimą przyrodą, według J. Barana „stanowi myślowo-zmysłową kontrpropozycję w stosunku do postnych biadoleń Eklezjasty”. Te „postne biadolenia”, to rozdział pierwszy – „wciąż idę”. Cytuję dalej. „W drugiej części znajdujemy wiersze (niekiedy bardzo piękne) głoszące pochwałę ziemskiej miłości”. Chodzi o „podglądanie courbeta”.

Do znajomości z autorem przyznaje się także H. Bereza. „K.J. Lesińskiego znam z wierszy i z kilku rozmów telefonicznych. Znam tak dobrze, że zaprzyjaźniłem się z nim na ślepo i na odległość. (&#8230;) Szczęśliwie znalazł mądrych doradców w Piotrze Cieleszu i Józefie Baranie. (&#8230;) &#8216;Grzechy najwspanialsze&#8217; są prawdziwą niespodzianką. Nie ma w nich poezji naiwnej, zastąpiła ją poezja – można powiedzieć – uczona, kunsztowna w swoich formach, pisana w kolaboracji sztuki słowa z innymi sztukami”.

Poeta – człowiek niepewny, z głową w chmurach błądzi, szuka, stara się zrozumieć samego siebie i świat. Szuka sposobu wyrażenia myśli, drogi do czytelnika. Wyciąga ręce do przyjaciół, autorytetów po piórze jeszcze przed wydaniem nowej poetyckiej książki. Powiedzcie szczerze, co sądzicie? Zapewne otwarty jest na przyjęcie pochwał, ale i uwag krytycznych, gotów rozważyć zaproponowane zmiany. Jeśli nie ma żadnych sensownych uwag, żadnych propozycji, tylko gotowy wstęp lub posłowie, zwraca się z tekstami do wydawnictwa, a wydawnictwa najchętniej świadczą usługi. Zapłacisz – damy numer ISBN, zrobimy łamanie, skierujemy do drukarni. Zrób sobie korektę, poeto, nakład jest twój i zmartwienia z nim związane, też twoje. Chcesz mieć książkę, to ją masz. Taka współpraca wydawnictwa z autorem jest bardzo wygodna. Nie ma ono problemu ze zbytem, płaceniem autorowi, z przydzieleniem redaktora, którego obowiązkiem byłoby pozbawienie tekstów wszelkich błędów – gramatycznych, interpunkcyjnych, najprzeróżniejszych. No i po łamaniu korekta. Przynajmniej trzykrotna, żeby wyłapać wszelkie literówki i inne drobiazgi, by nie drażnić kubków smakowych potencjalnego czytelnika.

Grzechy najwspanialsze obyły się bez redaktora, pomoc ze strony piszących przyjaciół też nie zdała egzaminu, bo tomik wyszedł nierówny. Są tam wiersze zasługujące na uwagę, jak inicjujący zbiór „nieskończony wiersz”, w którym widać zmaganie z materią słowa – piszę poprawiam / zmieniam / wykreślam / dopisuję i jednocześnie poszukiwanie prawd transcendentnych – odgaduje ostatnie słowa / szukam boga / szukam spalam się / tonę, czy interesująca inwokacja do czasu. Jest utwór zaczynający się od słów: organy przerywają / milczenie boga w chłodzie / listopadowego kościoła. Oto msza pogrzebowa, zmarła zdziwiona jak bardzo / kochały ją dzieci i ksiądz, który tego świata marność głosi żarliwie, co nie przeszkadza mu w obserwacji krążącej tacy. I piękna refleksja na zakończenie – ale kto / widział majową nocą / śpiewającego słowika. Podobają mi się rozważania o tym, co niewidoczne, kiedy myli się duch z materią, kiedy z dłoni wypadł świat. I zapytam, trawestując słowa poety. Jak zrozumieć cud błędu liturgicznego / w sokółce, kiedy nawet październikowy dzień (&#8230;) śmiechem parska // a bóg się zżyma i przychodzą Mu do głowy myśli niechętne / o natrętnych ludzkich / muchach // i o piątkowym poście. Rozumiem „naukę umierania”, choć mam przekonanie odmienne od autora, który pisze: w końcu / pewnie nauczę się / tej trudnej sztuki // umierania. Nie, chyba nigdy nie zdobędę tej trudnej umiejętności, bo jak dobrze odegrać tak ważną rolę bez żadnej próby. Smakuje mi wiersz „co mi będzie żal zostawić”. Żartobliwy, zmyślnie zrymowany, dedykowany „Ewie i Wackowi z Edenu”, choć muszę się przyznać, że ta dedykacja podsunęła mi sprośne skojarzenie, z którego szybko się wycofałam, ale dalej, gdy spojrzę na wiersz, diabeł szepce mi do ucha. Mimo zawartych w nim kulinarnych smakowitości, pod koniec stawał się już nużący tym przydługim menu.

Autor stara się znaleźć dla wierszy chwyt, sztuczkę, która uwiodłaby potencjalnego czytelnika, tymczasem trudno się na nią złapać, jak choćby w wierszu „czarno białe”. Biała ziemia / czarne niebo (&#8230;) biały szatan / czarny bóg // czarno biały człowiek. To ogrywanie bieli i czerni jakoś mnie nie przekonuje. Za mniej udane uważam „jacy jesteście” i „z tamtej strony”. Drażnią mnie też w ciekawym utworze zaczynającym się od słów spłonął bruno dwa następne wersy – z kołkiem Klemensa / w gardle, ale być może dlatego, że znów nasuwają mi się podczas czytania kudłate skojarzenia.

Drugi rozdział – „podglądanie courbeta” zawiera przede wszystkim erotyki. Otwiera go piękny wiersz „Safona” opatrzony mottem „Nie ma większej i bardziej szalonej rozkoszy od cielesnej”, wyjętym prosto z ust Platona i ta cielesność będzie tu dominowała. Rozdział zamykają „opinie” – wiersz (zresztą słaby) skonstruowany z rzeczywistych, bądź wyimaginowanych wypowiedzi czytelników, który miałby usprawiedliwić wybór dokonany przez autora. Myślę jednak, że zadania swego nie spełnił. Józef Baran pisze: „Ukoronowaniem tej części jest &#8216;litania&#8217;, wiersz – perełka, w polskiej erotyce nieznajdujący sobie równego, bo z jednej strony bardzo śmiały, wręcz – wydawałoby się – fizjologiczny i ekshibicjonistyczny, a jednak nieprzekraczający granicy dobrego smaku, zachowujący walor liryczny”. W moim pojęciu wychodzi jednak poza granice dobrego smaku. Nie pasuje mi forma litanii do żeńskich narządów rodnych, choć mam świadomość, że istnieją mężczyźni, którym wagina przysłania świat i im starsi, tym bardziej modlą się do niej o wzwód. Wyobrażam sobie zawieszoną na ścianie reprodukcję „Pochodzenia świata” Courbeta, dobrze zaopatrzony barek i facetów śpiewających błogosławiona / między wszystkimi członkami / podnoś nasze głowy / jaskinio ciepłej wilgoci / podnoś nasze głowy (&#8230;) przyczyno naszej miłości / podnoś nasze głowy. Do tej „litanii” dorzuciłabym modlitwę z innego wiersza – błogosławiony niech będzie ten dar (&#8230;) ten kawałek Priapa. Powiedziałabym – poezja męska. Odważnie stawia sprawy, jak w „igraszkach czasu”. Brzuch jej / dzisiaj / rozciągnięty pusty/ worek // usta / kwiat przywiędły / pierś obwisła / posiwiała głowa (&#8230;) trudno być kochanką / jeszcze trudniej być / kochankiem / gdy czas się śmieje // zwiędłą piersią / zwisłym członkiem. Jeszcze taki męski komentarz do seksu Kafki i Goethego – obaj po prostu / znaleźli mokrą gościnną / waginę / może też pachy spocone // i urosło im / libido nieoczekiwanie.

Kontrastem do wierszy, o których pisałam jest delikatny erotyk „mokre szczęście”. Słońce penetruje mokre ciało kobiety – ale jest to wyrażone z uczuciem, subtelnie: zamykam oczy w objęciach / mokrego szczęścia. Pełne uczucia są też wiersze „widziałem cię wczoraj”, czy „zrobiłem dla nas” i nie widzę nic zdrożnego w pełnej namiętności ekfrazie „początek świata” do „Pochodzenia świata” Courbeta.
Natomiast „miłość pod krucyfiksem” nasuwa mi tylko jedną wątpliwość. Czy krzyż stojący przy drodze, gdzieś na wolnym powietrzu, można nazwać krucyfiksem? Bo dalej – zgoda – kochałem / to wspaniałe ciało / pod święcącym / w słońcu krzyżem.

W ten ostatni wiersz dobrze wkomponowuje się tytuł ostatniego rozdziału – „taniec z wiatrem”. Po ładnym, pełnym melancholii, lirycznej zadumy „Sulminie” znajduję wiersz „Bory Tucholskie”, z askładniową segmentacją wersową, podzielony na cztery pięciowersowe strofy. Jedyny w tomiku, w którym autor zastosował interpunkcję. Pierwsza zwrotka opisuje, jak za tę ziemię mężczyźni bez / strachu umierali, zabierając / z sobą obraz strzelistych sosen. Już nie będę złośliwa i nie przypnę się do tych oklepanych strzelistych sosen, bo co by nie było, sosna musi być strzelista. Za to za pożywkę posłuży mi druga strofa. A w domach / kobiety w rozpaczy bezdennej, / bez mężów, zasmarkane, bez / ojców dzieci. Nie mogę zgodzić się z tym tekstem. Kobiety nic nie robią, tylko rozpaczają? A niby kto miałby się zająć dzieciakami i dobytkiem, jak mężowie na wojence? Znam taki przypadek sprzed stu lat, że gdy mężczyzna zaliczał służbę wojskową, kobieta wyprowadziła gospodarstwo z długów i odłożyła sporą sumkę. Jak mąż wrócił, całe oszczędności przepił. A kto tam był „zasmarkany”? Kobiety, czy dzieci? Stawiam pytanie otwarte, bo zastosowane przecinki nie rozstrzygają tego problemu. Ale co tam. Część wojujących musiała wrócić, bo poeta twierdzi dalej: Ta ziemia nie umrze, / ona rodzi. Na niej miłość chroniący / mężczyźni, szerokobiodre kobiety. Bóg je tak stworzył, żeby było wygodniej mężczyznom, a jak już uda się im zapłodnić, żeby łatwo rodziły. Dalej zamieszczone są wiersze opisujące najbliższe sercu autora okolice.

Przepraszam, że nie wszystko w moim tekście się świeci, ale to wina autora, bo ani do mnie nie zadzwonił, ani żadną ze swoich nalewek nie poczęstował. Może to i lepiej. Może to, co napisałam, przyda się na coś. Na przykład na chwilę zastanowienia nad różnicą między prostytucją, a miłością. Niby te same narządy rozrodcze, takie same pocałunki, dotyki, a różnica w smaku diametralnie różna. Zaliczyć, a kochać. Tak kochać, żeby na starość zobaczyć coś więcej niż zwisające piersi, sflaczały brzuch i scherlały penis.


Jolanta Szwarc Latarnia Morska 27.10.2011







Wiersze niczym układanki z puzzli


z zaplątanymi puzzlami z innego pudełka. O tomie wierszy „Wielolustro” Tomasza Urbowicza.

     Tomasz Urbowicz przynależy datą urodzenia do tzw. pokolenia roczników 60-tych, urodził się w 1968 i mieszka w Poznaniu. Przyznam się, że jego książka poetycka
"Wielolustro" przy czytaniu wywołuje różne doznania, zawiera wiele świetnych zdań i strof. Jednakże czasem trudno uchwycić sens wierszy, gdyż czasem kolejne strofy czasem wtrącają do wierszy inny punkt widzenia, konstatacje dotyczą czegoś innego, niż tego, co się do tej pory zrozumiało, albo konstatacje, luźno wiszące pomiędzy jedną bardziej zrozumiałą strofą, a następną. Być może jest to metoda twórcza, by zestawić nie do końca pasujące do siebie strofy-puzzle by zobaczyć jaki jest tego efekt sensotwórczy. Poezja z „Wielolustra” przypomina jeden wiersz autora, którego nie pamiętam z nazwiska, z antologii teoretyczno-socjologiczno-krytycznej pt. „Postmodernizm” pod redakcją Ryszarda Nycza, gdzie jeden z apologetów, czy komentatorów zjawiska postmodernizmu przytaczał wiersz, który uznał za postmodernistyczny, gdyż składał się z kilku oddzielonych zdań, które nie do końca się ze sobą wiązały. Wydaje mi się, że ta trudność lektury wielu wierszy Urbowicza stąd właśnie wynika i to od samego początku tomiku "Wielolustro”, od wiersza „Sen”. W połowie wiersza zbudowana jego czytelnicza interpretacja, zalążki sensu doprawdy się rozpadają, gdyż wchodzi do wiersza całkiem inna tematyka, być może powiązana, być może nie z początkiem. Ale tu już czytelnik raczej rozstrzyga. Wiersz „Sen” rozpoczyna się od krótkiej strofy, składającej się z dwu wersów, w którym są cztery wyrazy: „Lilie adorują / gliniany wazon”. Potem następna strofa jest komentarzem, przypisem do pierwszej. Wazon zostaje określony „królem państwa”, „w którym mieszczanie / nie depczą ułamanych traw”. A więc wiersz zaczyna się od razu od przenośnie określonego widoku wazonu z liliami. Lilie są zaś porównane do mieszczan. Poeta ukazuje wazon jako idealne, utopijne państwo, skąd „nie dochodzi (&#8230;) jęk miażdżonego sumienia”. Następnie następują dwie strofy – w jednej jest refleksja na temat bezdomności, a w piątej wspomnienie głodu i popielniczki. I tutaj nas trochę zaskakuje to wtrącenie, bo skąd nagle popielniczka z głodem biorą się w tym wierszu, jeśli mamy tu opis państwa - wazona. I musimy sobie radzić, czy na przykład popielniczka jest jakimś dalekim krajem, czy na przykład granicznym. Ostatnia strofa to powrót do lilii, w tej strofie czytamy o chęci „odtworzenia choćby jednego / liliowego snu”. No i sami sobie musimy odpowiedzieć co znaczy „liliowy sen”. Wiersz kończy się jakby otwartą strofą, kolejną metaforą, niż ostra pointą, no ale ja do końca nie wiem o co w tym wierszu chodzi. I trochę szkoda, bo w „Śnie” ukazana jest cała umiejętność poetyczna Urbowicza – umiejętność obserwacji, uprawiania metaforycznych konstrukcji na bazie przedmiotów realnie istniejących. Jednakże płaszczyzna kartki, nie odbija wszystkich krawędzi przedmiotów i barw zbyt wyraźnie, a także kolejne przenośnie powodują zaistnienie małej eksklawy epigramatycznej na terenie większego wiersza. W sumie 4 strofa mogłaby zaistnieć na papierze jako osobny krótki epigramat czy aforyzm:

***
Bezdomność – wyraz obcy
brzmi zbyt ludzko
więc nie znajdziesz go
w żadnym cywilizowanym słowniku

     W wierszu „Dziwnie szybko”, który dedykowany jest Bogusławowi Tęczarowi mamy znów zestawienie trzech strof, w których także jest atmosfera niedopowiedzenia, nie dogrania wszystkich wersów do jednoznacznego sensu. W pierwszej strofie mamy refleksję-żart na temat śmierci bakterii, braku kultury i braku obiadu. Wszystko to do końca nie jest dopowiedziane, możemy odczuć, że to coś w rodzaju dowcipu. Potem poetycka kamera przenosi nas na pejzaż za oknem. Wiersz kończy się strofą o świetle. Wszystkie wersy w tym wierszu są niczym słabo umocowane szczeble w drabinie, które grożą wywrotką, gdy chcemy dosięgnąć jakiegoś sensu wiersza. Musimy ryzykować interpretacje, że ten wiersz dotyczy krzywdy i przebaczenia, gdyż kończy się słowem „Przebacz”. Np. w „Śnie łodygi” mamy ukazany świat przyrody, a ściślej kopiec mrówek od strony relacji damsko męskich – w jednym miejscu widzimy „legion mrówczych żołnierzy”, który zabawia się „z królową”, w innej części kopca robotnice są podszczypywane przez inne męskie mrówki. Są to oczywiście antropomorfizacje. Następne 4 strofy to jakby cztery luźne notatki, nie związane z pierwszą strofą dotyczącą „samca modliszki”, ani kopcem mrówek. Są tu informacje dotyczące zbliżającej się burzy, krótkie epigramaty wtrącone do wiersza i refleksje na temat samego podmiotu lirycznego, poeta porównuje się do „twardej łodygi”, na której czasem „przysiada / zagubiony / motyl”. No niestety jak dla mnie takich wierszy, z których można byłoby zrobić dwa lub trzy, które nawet nie umywają się do wierszy awangardowych jest zbyt dużo. Strasznie męczą przy czytaniu, bo wiersz ma pewien rytm, a jak w jednym wierszy mamy wiersz i kilka niedokończonych to ten rytm jest nieco zaburzony. Jednakże nie uważam tego tomu Urbowicza za zupełnie nie udany, w lapidarnych wierszach poeta z Poznania sobie świetnie radzi jak choćby w „Sztuce”, całkiem dobrze w udanym różewiczowskim „Upadku”, który dotyczy gołębi i skojarzeń z gołębią naturą. Wiele wierszy Urbowicza dotyczy historii i religii. Tomik jest niezły, ale trochę mu brakuje do dobrego poziomu, przede wszystkim poecie zabrakło umiejętności skreślania niepotrzebnych fraz w niektórych wierszach.

Tomasz Urbowicz, Wielolustro. Mamiko, 2013

Mateusz Wabik





O tym dlaczego zdecydowałem się zakłócić spokój świętej pamięci Emila Ciorana


„Jest tylko jeden problem-śmierci. Roztrząsać inne sprawy to marnować czas, dawać dowód niewiarygodnego lekkoduchostwa”-tymi słowami Emila Ciorana wprowadza nas Wojciech Brzoska do swojego ostatniego tomu zatytułowanego „Sacro casco”. Niech zostanie mi wybaczone, ale wydaje mi się, że problemów jest nieco więcej-przynajmniej tych związanych z możliwymi odczytaniami omawianego tutaj tomu, czy w ogóle z całościową oceną „Sacro casco”. Zawsze ze sporą dozą sceptycyzmu (by nie powiedzieć: krytycyzmu) podchodzę do tomów, które biorą się za bary z najtrudniejszymi tematami. I nie idzie tutaj o pytania w rodzaju-Czy młodemu poecie w ogóle wolno śmierci w twarz zaglądać? Co młody poeta w ogóle wie o miłości? Kiedy to też ten młody poeta zdążył zgłębić Boga? Byłyby to pytania z gruntu niesprawiedliwe i ,co tu kryć, niemądre. Nie zmienia to jednak faktu,że czytając wiersze, w których poeta rozprawia się z „tematami egzystencjalnymi”, uruchamia się we mnie (jako czytelniku) swoisty odruch obronny, mnożą sie wątpliwości i pytania, a wierszy takich dotykam za wzmożoną czujnością, by podchodząc zbyt blisko się nimi nie sparzyć ( przypomina mi się tytuł jednego z tomów Brzoski- „Blisko coraz dalej”).
       Jak pisze w najnowszym numerze „FA-artu” Grzegorz Tomicki (o którym to tekście powiedzieć mógłbym wszystko, tylko nie to, że czyta się go z przyjemnością- być może różni nas poczucie humoru, które nie każdy zdaje się posiadać, a już na pewno nie na pewnym poziomie): „Wadzi się zatem poeta z Bogiem, ze Śmiercią, a nawet z Miłością, bo od tego on jest, aby się wadzić z tym, z czym inni już dawno się pogodzili i żyją nie najgorzej, nie wadząc się z nikim, z niczym i o nic? Oczywiście, że od tego on jest. Od tego i nie od tego, bo poeta od tego jest, od czego być zechce.” W tym miejscu wypada mi się z Tomickim zgodzić, a Państwu niniejszy cytat powinien już wystarczyć, jako że tekstu „Komiczny zmierzch bożyszcz” w całości za jednym razem zdzierżyć nie sposób. Nie zmienia to jednak faktu, że- wracając do tomu Brzoski- komu jak komu, ale poecie wolno, jeśli nie wszystko, to na pewno wiele. I pisać może sobie poeta, o czym sobie tylko zamarzy i co też tylko sobie wyobrazi. Poeta siedemnastoletni może więc pisać wiersze tylko o śmierci i umieraniu, o przerażeniu spowodowanym inwazją zmarszczek i starczym uwiądem. Poeta osiemdziesięcioletni- jeśli taki jego kaprys czy też, innymi słowy, poetycki zamysł- w wierszach wychwalać może pod niebiosa Nintendo i X-Boxa, może rozkoszować się naklejkami z Królikiem Bugsem dodawanymi do płatków śniadaniowych i wspominać czasy, w których mama zmieniała mu pieluchy. Jedna rzecz jednak nie ulega wątpliwości i pozostaje dla mnie (jako czytelnika/krytyka) bez zmian: najistotniejszym pytaniem nie jest „o czym poeta chce mi powiedzieć?” tylko - „ w jaki sposób poeta o tym czymś mówi?”. I tutaj, w związku z tomem Brzoski, pojawia się pewien problem. I nie jest to problem śmierci. Niech się nie obrusza na mnie zza grobu Cioran że na przekór jego przestrogom, decyduję się „roztrząsać inne sprawy”, to jest „ marnować czas”, ale powiedziano już na różnych łamach dużo dobrych słów o „Sacro casco” Wojciecha Brzoski. Nie odżegnując się od atrakcyjnych i zodowalających mnie jako czytelnika sporych fragmentów tego tomu, odważę się jednak dodać do recenzenckiej beczki miodu własną łyżkę dziegciu.
       „Sacro casco” otwierają dwa cytaty. Jeden, wyżej już przytoczony, z Ciorana, i drugi, autorstwa Lecha Janerki („Bóg do niczego nie był mi potrzebny”). Skoro już na wstępie mamy do czynienia z Bogiem i śmiercią, domyślać się można, że wkrótce na scenę wkroczy także i miłość. Jako czwarty z najistotniejszych dla Brzoski tematów wyróżniłbym temat przeszłości i pamięci. Właściwie każdy z 36 wierszy dotyka którejś z tych czterech kwestii. Wiersze Brzoski to najczęściej bardzo krótkie formy, z każdym kolejnym tomikiem otrzymujemy od poety mniejszą ilość słów, mimo że wciąż dotyka tak samo ważnych tematów, a zaobserwować można wręcz przechodzenie poety z lżejszej, bardziej ironicznej i humorystycznej ( nawet jeśli często jest to humor czarny) tonacji, w rejestry dużo poważniejsze, niekoniecznie mrugające okiem do czytelnika
z każdą kolejną pointą. Poeta Brzoska przechodzi więc- mówiąc nieco żartobliwie- w „wiek męski”, więcej rzeczy stara się mówić „na serio”, nie wykańczając już każdego wiersza przewrotną frazą, która burzy w tym jednym momencie dotychczasowy porządek wiersza. Niech się jednak nie obawia czytelnik przyzwyczajony do dotychczasowej poetyki autora „Nieba nad Sosnowcem”. Stary, dobry Brzoska trzyma się mocno i wciąż, jak już wspomniałem, pozostaje minimalistą, wciąż bawi go czarny, wisielczy humor („babcia już leży, kiedy tak nagle/pojawiam się nad nią/w czarnym T-shircie, a ona pyta/ „czy to już śmierć”?), wciąż pogrywa z czytelnikiem intertekstualnie i zabawia się postmodernistycznymi z ducha przytoczeniami, parafrazami i trawestacjami (spójrzmy chociażby na tytuły niektórych utworów: „dating session”, „wieczna ospa”, „orzeł i reszta”, „art&business” czy „przełamując wiarę”), wciąż potrafi Brzoska w ostatnich fragmentach utworu, często przy pomocy jednego tylko krótkiego słowa, pokazać czytelnikowi, że wcale nie jest tak, jak jemu się wydaje, że wcale nie mówimy tutaj o śmierci ani Bogu, ani miłości (przykładem niech będzie chociażby „przepłacisz to życiem?”, „prohibicja przesłania pielgrzymki” czy „panendoskopia”).
       Brzosce udaje się uciec niejednokrotnie przed prostym zaszufladkowaniem, do którego zawsze skory będzie czytelnik, któremu najwygodniej tak właśnie poukładać sobie te wiersze ( w jednej przegródce wiersze na temat śmierci, w drugiej „Bóg i wiara, a w trzeciej liryki miłosne- wypełniliśmy komodę, możemy odłożyć książkę na półkę). Poeta, nie dość , że przeplata śmierć miłością, miłość Bogiem, Boga śmiercią (znamiennym i znakomitym zarazem przykładem będzie „przepłacisz to życiem?”, w którym cmentarz znajduje się przy ulicy Fracuskiej, prostytutki są trupioblade i mimo sąsiedztwa cmentarza „modlą się o klientów”, w końcu mamy tutaj do czynienia z „miłością aż / pod sam grób”), śmierć innym znowuż razem pamięcią, a pamięć wysłuchiwaną w samochodzie płytą Manu Chao, nie dość, że co rusz pobudza czytelnika do namysłu nad tą, wcale nie tak jednoznaczną, jak mogłoby się na początku zdawać (przeklęty Cioran), lekturą to jeszcze „drażni” dostatecznie już „zbulwersowanego” odbiorcę tych wierszy banalnymi, częstochowskimi rymowankami, niejednokrotnie przypadkowymi zbitkami wyrazów, grami słownymi i nieodłącznymi (jak to u Brzoski), przerzutniami. Zaraz jednak nachodzą czytelnika ( tak było przynajmniej w moim przypadku pytania- czy aby nie za często ucieka (się) Brzoska (wiersze uciekają Brzosce?) w banał ?; czy konieczne są zgrzytające nieznośnie rymy wewnątrz niektórych wierszy?; czy aby na pewno wszędzie tam, gdzie u Brzoski pojawiają się przerzutnie ( a trudno wskazać wiersze z „Sacro casco” bez stosowania ich), pojawiają się one zasadnie i rzeczywiście-przenosząc nas do kolejnego wersu, kolejnej strofy czy często też do pojedynczego słowa-pointy „wykańczającego” samodzielnie wiersz- wprowadzają za każdym razem nowy porządek, nowe znaczenia? Nie wszystkie pomysły też zostały przez poetę zrealizowane z należytą starannością, zdarza mu się nie grzeszyć oryginalnością. Mówię chociażby o utworach takich jak : „zima.przywidzenie,„*** (to mało tęsknić za tobą)”, o sformułowaniach takich jak: „ gdzie kończy się życie zaczyna się picie/ i powolne gnicie” ( z „open-closed”) czy „rzucam cię/ na pulpit paląc mosty przed sobą// jak ty papierosy” (pointa wiersza „bez pamięci”).
       Stawiam sobie te pytania i już to, że je sobie zadaję, jest, w moim przynajmniej mniemaniu, znaczące. Chciałoby się powiedzieć: coś jest (niedobrego) na rzeczy. W tej samej jednak chwili uświadamiam sobie, że Brzoska zna dobrze wagę słowa, nie raz i nie dwa bawił się nim w niezwykle niebezpieczny sposób, a wychodził z tych pojedynków na frazy, na języki zwycięsko. Dlatego też, tłumaczę sobie, może po prostu Brzoska jest świadom na jak oceaniczne wody się rzucił, na jak wielkie tematy się porwał i -starym brzoskowym zwyczajem- musi coś zrobić, by nie było, że w tych wierszach to już tylko Bóg, Honor, Ojczyzna się ostały. I dlatego poeta konsekwentnie poeta burzy porządek, z uporem maniaka rozbija stęchliznę powagi i kryształowość formy ( w „hostel celica” czytamy: to jest ironia, drwina albo znak,/ że pora wracać/żeby nie zwariować w kilka dni”), jakby tym samym Brzoska chciał powiedzieć czytelnikowi, że to, co mówi nam autor, nie jest wcale tak istotne, jak chciałby tego czytelnik, jak stereotypowo wymagałoby się tego od śmiertelnie (sic!) poważnych tematów. W efekcie otrzymujemy więc taką na przykład strofę- przepraszam za powtórzenie jej fragmentu po raz wtóry- z wiersza „open-closed”: „gdzie kończy się życie zaczyna sie picie/ i powolne gnicie. zagrajmy więc w kości/ w tym tanecznym poście/ o to, co zostanie. ostatnie pytanie//zamknięta litania”.
       Podsumowując, szczerze i naprawdę niechętnie muszę przyznać, że „Sacro casco” nie jest mimo wszystko najbardziej udanym tomem Wojciecha Brzoski. Znając jego wcześniejsze poetyckie dokonania, chciałoby się śląskiego poetę zmobilizować: Wojtek, przecież stać cię jednak na trochę więcej, przecież wiemy, że możesz, że potrafisz. Ostatni tom Brzoski przynosi nam to, co już dobrze znamy z jego wcześniejszych tomów- rozwija Brzoska dawne tematy, powraca do dawnych obrazów (chociażby w wierszu „po grabki”), po raz kolejny mocuje się- raz mniej, a raz bardziej poważnie- ze śmiercią, Bogiem, miłością. Kłopot w tym, że skoro Brzoska penetruje wciąż te same poetyckie rejony ( co nie jest przecież zarzutem), należałoby też mówić o nich nieco inaczej, postępować wciąż krok do przodu, wyprzedzać swojego czytelnika, miast sprawiać, że po lekturze „Sacro casco” odłoży on ów tomik na półkę, a chcąc poczytać sobie Brzoskę raz jeszcze zacznie sięgać do jego wcześniejszych książek. A ja, przyznaję się szczerze, po lekturze najnowszej książki autora „Wierszy podejrzanych”, wracam do wierszy chociażby z „Blisko coraz dalej”(2000) czy „Nieba nad Sosnowcem” (2001).


                                                      „Portret” 2007, nr 1 (23)
Wojtek BRZOSKA.
sacro casco Nowa Ruda : Mamiko, 2006
Grzegorz Wysocki





Mam to na końcu języka. "Współgłoski" Zofii Bałdygi


     Drugi tom wierszy Zofii Bałdygi jest o przekraczaniu własnego języka, uwikłanego w mowę, która za pośrednictwem słów wznosi mur pomiędzy bezpośrednim doświadczeniem a jego słowną relacją i związanymi z tym perypetiami. Najważniejsza lekcja do odrobienia – tak rozumiem intencję poetki – to spojrzeć wstecz i przebyć drogę ode mnie – mówi autorka Passe-partout – „takiej malej” do języka „tak dużego”, że kładzie się cieniem na wszystkim, co tylko pojawi się w przestrzeni świadomości. Owa świadomość, która nie jest jeszcze udziałem dziecka – że każdorazowa artykulacja tego, co mnie otacza, z czasem zostaje wprzęgnięta w słowa podbudowane racjonalnym fundamentem, na którym zasadza się myślenie – jest tęsknotą przepisaną na wiersze ze Współgłosek. Zostaje ta (lekcja):

Dwadzieścia lat temu nie zajmowałam się niczym konkretnym.
Teraz nie chcą wybaczać, bohaterowie nie kleją się na ślinę.
Szczegóły opadły, resztki zostały w kącikach1.

     Wrastanie w język, słowa które stanowią cezurę, odgraniczają od Nienazwanej rzeczywistości dziecka to proces skracania doświadczenia „pisania na brudno” do pisania ratio. Mówienie jest czynnością odkształcającą „prawdę” widzenia (czy nasze intencje by powiedzieć „czysto”). Przepisać nazwy na słowo, mieć je na końcu języka. Enklawą i schronieniem pozostaje świat wiersza – jedyny, zawsze swój, zaciągający dług wobec czytelnika, który ma go spłacić. Warto podjąć trud:

bo wiersz ukrywa więcej.
Upada daleko. W wybrane powietrze.
Bez mimiki, maski, makijażu.

     Język jest punktem gdzie zbiegają się myśli wiersza; jest trybem, który nadaje ton mowie. Jest punktem wyjścia i dojścia. Poza językiem życie nie zostaje naznaczone etykietą, którą na co dzień nie sposób „znieść”, odwołać. Świat jest rzeczownikiem, którego istnienie sankcjonuje gramatyka. Może słowniki są „rzeczywistością” słowa a abecadło „narzędziem” języka? Pyta poetka w wierszu (pierwsze, ostatnia): „Kiedy istniały tylko słowa / co jeszcze mogły znaczyć?”.
     Wiersze Bałdygi chciałyby rozciągnąć się poza granice słowa – żeby zrobić miejsce dla świata muszą jednak „dać się powiedzieć”:

Język jest szorstki i głęboko sięga.
Zaznacza obecność. Boli tylko trochę.
Trochę nie da się opowiedzieć.

     Zobaczyć się oczyma świata. Spojrzeć na siebie z wysokości wiersza. Pozostajemy zawsze po stronie języka. Kiedy Adam Pluszka – komentując debiut poetki – podpowiadał, że język Bałdygi jest jak pędzel, który wprawnie odmalowuje ramy dla świata, to teraz można powiedzieć, że język jest ramą świata. Poza językiem – zdaje się mówić Bałdyga – nie ma nic, co „jest”. Zostajemy po „jego” stronie. W „cudzych” słowach. Stąd cytacja jest gestem, którym biorę „obce” w siebie. Metafora „odmieniana” przez osoby zwielokrotnia życie słów. Pozostaje słowo – i tworzenie ich sobą i odwrotnie. Podmienianie ich i przepisywanie. Wspólne głoski, które razem z n a c z ą. Spróbujmy opisać świat. Jakie słowo na niego przyłożyć? „Czy nadając imię – czytamy w wierszu (imię męskie) – można zrobić błąd?” Należy nie „nadużywać” słów. Przycinać je na miarę i ostrożnie poruszać się po morzu wymowy. Przeczytajmy na zakończenie wiersz (happy end):

Wyjść na deszcz i tam zamieszkać.
Przenieść stolicę w miejsce
w którym powietrze mieści więcej słów
a ludzie znają świat tylko z opowiadań.

     Kruchość tego projektu. Obawa przed „razami” nieprzebranych słów. Rana, której nie zasklepi dobre słowo. Rana, która się paskudzi słowem na języku. Na końcu języka wspólne nam wszystkim głoski.

Z. Bałdyga, Współgłoski. Nowa Ruda 2010. Wszystkie cytaty według tego wydania.

[Bartosz Suwiński] Tekst ukazał się w: „Strony” 2011, nr 2.





Kojarzony ze snem sen


Michał Zantman, autor „Krajobrazu z atramentowym wieczorem” to urodzony w 1965 roku krakowianin przyznający się do ukończenia studiów prawniczych na tutejszym uniwersytecie.

Prezentuje nam książkę prozatorską – debiutancką, łączy zarówno intuicję, wspomnienie młodości jak i doświadczenie całkiem już pokaźnego życia.

Nie może nie niepokoić, że wieczór Zantmana jest „atramentowy”. Wynikają z tego, przynajmniej dla mnie, dwie konsekwencje: atramentowy czyli napisany, literacki czyli zintelektualizowany. Po drugie tytuł nie sugeruje kolejnej linearnie napisanej dla linearnego czytelnika powieści. Czy te wstępne założenia się potwierdzą?

„Ojciec umrze! / Ja wręcz przeciwnie: urodziłem się”. To sui generis motto a niewykluczone że po prostu początek książki przenosi nas w świat edypalno-freudowskiego ojcobójstwa, obecnego też u Kafki i nawiązujących doń: m.in. Tadeusza Różewicza w sztuce „Pułapka” wystawianej obecnie w Teatrze Słowackiego czy w ciekawym eseju „Temat Kafka” Krzysztofa Lisowskiego, by powołać się na najbliższe terytorialno-czasowo-osobowe przykłady.

U Zantmana często powtarzają się słowa: sen, noc, ciemność. Mimo to, podobnie jak w „Stu latach samotności” Marqueza, ludzie nie mogą zasnąć („Widzę, prawdę powiedziawszy niewiele widziała, że pani nie może zasnąć”, s. 46). Nie ma to wymiaru cywilizacyjnej tragedii jak w miasteczku Macondo, a jedynie „atramentowego” zabiegu. Bezsenność jeszcze bardziej wydłuża noc, potęguje płynące z niej doznania. Dzięki temu nikt nie przerwie dziejącej się sennej logiki: kiedy na następnej stronie zdjął kapelusz (&#8230;) zajrzał pod stół. sprawdził za kanapą. Niepotrzebnie. Wyglądało na to, że mieszka sam. Bez żony. Bez dzieci. Nie szkodzi – wcale się tym nie przejął. Nawet dobrze się składa. Przy moim nieregularnym trybie życia i tak nie miałbym na nich czasu”, s.27. „Musnąwszy parapet, przemknął się tuż nad głową wuja Leona”, s. 28. Czy coś się przypomina? Oczywiście, lewitujący ojciec z prozy Bruno Schulza. Aż ciekawość bierze, by wyjrzeć czy okno nie wychodzi aby na „Ulicę Krokodyli”. I czy nie zaczęło się „święto wielkiego sezonu” Obaj pisali o ojcach. Czyjej wizji bliższy jest Michał Zantman? Kafki? Schulza? Może na razie uznajmy to za zadanie Czytelnicze, bowiem

bowiem, analizy, wstępu, wymaga bardziej technika obrazowania, odkrywanie linijka po linijce tego co świat przedstawiany (nie przedstawiony) i sam autor mają do powiedzenia: „Znów pogrążyli się, lecz każde z nich w swoim, milczeniu. / Właściwie nie było już o czym mówić. / W pobliżu pieca stał stół. / Na stole stał flakon. / Za flakonem na talerzyku leżała zmięta, brudna serwetka”.
Jak to się stało że po niemal pół stronie względnie zwartego tekstu (tak jest, solidarnie przechodzę na konwencję autora w której wydarzenia dzieją się nie „wtedy a wtedy” lecz na takiej czy owakiej stronie), nie dowiedzieliśmy się, jakich książka ma bohaterów, o co im „biega”, czy jest zarysowanie przestrzeni dramatu, punkty zwrotne. Ależ autorowi na tym bynajmniej nie zależy. Pisze stronę czterdziestą, tak jak pisał trzynastą. Nawet zmiana narratora z męskiego na damski przebiega niezauważona. Jest „niewyrażona” zmianą języka, stylu. Króluje nad tym bezczas. Pamięć jest nielinearna i poszczególne tropy są jak gałązki wyrastające z jednego drzewa. „Czas się nie dzieje”, jest tylko materialno-fizycznym pretekstem do posuwania zdarzeń. Ale o tym wiemy z naszego „usus”, z zasad doświadczenia życiowego. Samym bohaterom idzie to raczej niesporo: „Pomidorka?.. – śniadanie wydłużało, przeciągało się. Przeciągając się, wcale nie posuwało się naprzód. / Może jeszcze mleczka&#8230; - nic sobie z tego nie robiąc, Ciocia postanowiła pchnąć je nieco”. Z samych cytatów, bo konkluzja jeśli jest rozwija się w podświadomości, zaczyna docierać, że chodzi o dom. Jest brat i siostra, rodzina bliższa i dalsza, zstępno-wstępna, w kolejnych kręgach pokrewieństwa. Niech tatuś sobie „lata”, niech ożywia i tak nieśmiertelne wizje Marca Chagalla dziejące się nad witebskim niebiem, ale co gorsza umowny jest też dom, platforma na której dzieje się literackie wszystko: „Mieszkanie dryfuje po niezmierzonych połaciach nocy , s. 17; innym razem dom pojawia się tylko w świetle zapałki, dzieląc jej efemeryczny los. A pozostając przy malarstwie: wyczuwa się pokrewieństwo z Paulem Klee.

Odczuwa się niepokojący brak zakorzenienia, jakże inny niż w literaturze mieszczańskiej, choćby u Tomasza Manna, u którego: dom stoi już lub staje się na samym początku, postaci są ukształtowane, wyraziste, czasem dynamiczne, mają swoje cele a czasem i nieszczęścia, i w ich rytmie przeżywają swoje życie. U Zantmana bohaterowie wyraźnie nie mają oparcia w domu, w domu a więc w niczym. Biblijny Józef idący na wygnanie, podobnie jak wcześniej jego ojciec Jakub, powielając rodzinny kod tez i antytez, mają w głowie, w pamięci, wartość wyższą, i nie są bezdomni. Bohaterowie Zantmana pozbawieni są wszystkiego, dlatego że tak naprawdę nie mieli dzieciństwa. Stawiam tą tezę ryzykownie, jak zawsze przy opisywaniu literatury trudno dookreślalnej.

Pora już myślę na resume. „Krajobraz z atramentowym wieczorem” nie jest to bynajmniej literatura popularna, nazbyt jest zagadkowa.
Co nie znaczy że nie obfitująca w efekty. Warto zwrócić chociażby uwagę na humor: nauczycielka śpi w pokoju nauczycielskim, burmistrz przez całą książkę nie jest w stanie dotrzeć do pracy. Źródłem uśmiechu może być paradoks: ojciec zamiast dzieci jeździ na sankach (to też swoista przenośnia).
Poza tym konstrukcja: akcja książki rozgrywa się w ciągu 7 dni, każdy z nich ma swój dominujący kolor (jak chociażby sepia w filmie Krzysztofa Kieślowskiego „Podwójne życie Weroniki”). Przestrzeń zda się być zrównana z czasem, jawa ze snem i nie ma nic „oprócz”. Budzimy się ze snu (być może: przerywamy lekturę), i jest tak samo. Równocześnie w jednej pozycji pojawia się nawiązanie do teorii względności i światów równoległych. Rzeczy występujące w „dramacie”, np. walizka, są równie ważne co ludzie. Zarówno skład książki, jak i spore nierzadko odstępy na stronach, swoista wersyfikacja zachowana przy cytowaniu, każe domyślać się powiązań z techniką poematów i ze „strumieniem świadomości”. Jest to na pewno interesująca pozycja dla wielbicieli Kafki (choć sposób napisania jest mniej „urzędniczy”, tezy nie są intelektualne lecz uczuciowe). Podobieństwa do swoich ulubionych światów przedstawionych znajdą tu także zwolennicy Bruno Schulza, być może poematów amerykańskich beatników. Natomiast skojarzeniem ostentacyjnym, że nie warto go tak pokreślać, jest wieloksiąg „W poszukiwaniu straconego czasu”, pewna konwencja w ramach której gramy z czasookresem albo tenże (igra) z nami. Pozycja ciekawa dla przeciwników klasycznej fabularności, dla osób obdarzonych dobrą pamięcią i chętnych do wejścia w świat prowadzonych w sposób nietypowy a obmyślony przez autora,

z poważaniem,

Łukasz Mańczyk

Michał Zantman,
„Krajobraz z atramentowym wieczorem”, wyd. Mamiko, Nowa Ruda 2006

Łukasz Mańczyk





Powieść z Bytomiem w tle.


Książka Magdaleny Goik. Niewiele napisano książek, w których pojawiają się realia bytomskie. Jednak debiut prozatorski Magdaleny Goik zatytułowany "Powieść, miasto i anioły" godzien jest uwagi nie tylko dlatego, że historia naszego miasta przewija się na kartach książki niczym leitmotiv.

Jak powstała ta książka najlepiej opowiada być może sama autorka. Zacytujmy więc: "Zuzanna spisywała swoje i nieswoje historie tak, że uzbierała cały zbiór opowiadań i ciekawych anegdot na różne okazje. W spisywaniu świata odnalazła swój własny sens niezależny od jej małej córeczki, a nawet niezależny od niej samej. Zapisane historie żyły swoim własnym życiem, w którym Zuzanna mogła uczestniczyć."

Zapewne książkę Magdaleny Goik można określić mianem "prozy kobiecej" - nie jest to termin w żaden sposób deprecjonujący. Po prostu określa pewien krąg tematów, w jakim obraca się autorka: macierzyństwo, życie codzienne "przefiltrowane" oczywiście przez pryzmat kobiecej wrażliwości. W tym sensie ta powieść - składająca się z poświęconych poszczególnym bohaterom rozdzialików, które składają się w jeden obraz jak kamyczki tworzące mozaikę - jest swego rodzaju pamiętnikiem. Opowiadaniem własnej historii.

Ale Magdalena Goik nie zawęża się do prywatnej tylko opowieści. Włącza w książkę także "nie swoje historie" - ich bohaterami są najczęściej mężczyźni. To opowiastki pełne uroku i zarazem mające swój głębszy, metaforyczny wymiar. Są ciepłe, błyskające dowcipem, mogłyby funkcjonować jako samodzielne miniopowiadania. Dość wspomnieć te o Dyrektorze, profesorze Polskim, czy mężczyźnie, który chciał zostać kobietą. W tym ostatnim wypadku motywacje bohatera nie wynikały z żadnych fanaberii - lecz tragedii. Oto miał on brata bliźniaka, który zginął tragicznie podczas kąpieli. Pogrążony w rozpaczy doszedł do wniosku, że gdyby tak jak kobieta mógł urodzić swoje dziecko, to nie czułby już wielkiej przerażającej pustki, jaka ogarnęła go po śmierci brata.

Opowiastki, z jakich składa się powieść Magdaleny Goik, łączą dwie nici. Po pierwsze - Anioły, które w rozmaitych sytuacjach nawiedzają bohaterów książki. Po drugie zaś miasto. Ono jest właściwie jednym z bohaterów tej opowieści. Magdalena Goik opisuje dzieje grodu położonego u stóp Wzgórza Małgorzatki, posługując się mową będącą połaczeniem języka historii i baśni. To bardzo ciekawy zabieg - oto mamy historyczną baśń i baśniową historię o Bytomiu zarazem. W taki sposób Bytom nie został opisany w żadnej dotąd książce. Skąd ta fascynacja pisarki miastem? Ona sama tak to tłumaczy: "Chodzę ulicami miasta, jestem maleńką częścią jego historii,a miasto jest częścią mojej historii." Z tego miasta potrafi zresztą wynotować, zapisać, utrwalić ciekawe obrazy, anegdoty, zdarzenia.

Podoba mi się sposób, w jaki Magdalena Goik potrafi opowiadać swoje historie. To ciekawy debiut. Książka mająca swój klimat i wewnętrzny rytm. Pozbawiona chaotyczności - mimo to, iż pozornie zapisane zostały w niej tylko urywki i strzępy. Zaś fakt, że autorka, pisząc swoją książkę - myślała również o Bytomiu świadczy o tym, że mimo całego kryzysu, jaki trapi to miasto - wciąż potrafi być natchnieniem dla ludzi wrażliwych.

MARCIN HAŁAŚ "Życie Bytomskie"
Magdalena GOIK.
Powieść miasto i anioły. Hyla, Mamiko, 2004.
Marcin Hałaś







MARKOTY

Joanna Mueller

        Bywają wiersze, które najlepiej tłumaczą się w tłumie tramwaju. Są takie, którym potrzeba intertekstualnego szmeru biblioteki, a także te podróżne, wstukujące się w takt kolejowych traktów. Jeszcze inne wymagają nadejścia nocy albo przeciwnie – porannego wybiegu w otwartą, rozzielenioną przestrzeń. Pośród nich istnieje grupa utworów, które mocniej niż pozostałe dbają o zapewnienie sobie przywileju niedostępności (certyfikatu bezpieczeństwa): pustego mieszkania dzielonego co najwyżej z kotem, zatrzaśniętych wejść i wyjść (dzwonek u drzwi. przepraszam ale nie mogę/ zrealizować tego połączenia), nieporuszonych klamek (w zamku Gerdy czuwa tytanowy klucz), zasuniętych zazdrostek (po tamtej stronie jest za wietrznie), wyciszonych regałami ścian, świętego pokoju. Teksty te wskazują czytelnikowi miejsce odosobnienia (jedną z opcji jest odwrót/ w stronę ściany), każą mu skupić się w kłębek, załamać się w wielu miejscach, by udało się w tym skuleniu w ciałociasności zmieścić całocielesność. Na książkach, które zrodziły tego typu wiersze, powinno się jako znak rozpoznawczy umieszczać trzy litery, widniejące niegdyś na chrześcijańskich odrzwiach: D.O.M. Przed otwarciem zaś czterech ścian tych poetyckich azyli i klauzul należałoby odczynić światowe uroki (co właśnie czynię, kryjąc się w lekki stan podgorączkowy pod kocem, z moim domowym duchem, który zaczyna po gryzoniowemu smakować trzymane przeze mnie kartki z wierszami, jakby nie obawiał się starcia z czającym się wewnątrz nich kotem), warto by także zamówić i zakląć wszelkie pogody bezduszne (na przedłużającą się zimę zamawiam siarczyście wiosenną herbatę), a wreszcie wykonać magiczny ruch podpatrzony przez kogoś u Brunona Schulza, który, gdy się bał, kreślił w powietrzu palcami kształt domu. Wylęk: pomieszczenia pomieszkań, wejścia w domy jak w dym. Teraz możemy już zacząć kotochwilnie, od koniuszka języka po uśmiech, jak przyjaciel Alicji z Krainy Czarów, znikając – wnikać.

        Co skrywa migotliwy uśmiech kota – tym razem nie z Cheshire, lecz z południowych dzielnic Warszawy? Jaki apel wysnuwa z siebie mruczna opowieść, którą nam snuje Mariusz Appel? Drugi tomik poety (po [kocich łbach] wydanych w 2004 roku) kojarzy mi się ze starszym o kilka lat debiutem książkowym Grzegorza Olszańskiego Tamagotchi w pustym mieszkaniu. Trudne do nazwania podobieństwo kryje się nie tylko w przypadkowym skojarzeniu pustego mieszkania z samotnością pozostawionego tam kota lub porzuconej japońskiej zabawki elektronicznej, której dzisiaj nie dokarmia już żadne dziecko, bo w tym sezonie trendy stało się dopieszczanie innych maskotek (co zresztą czyni samotność tamagotchi jeszcze bardziej bezbrzeżną). Pokrewność książek Olszańskiego i Appela jeszcze silniej zawęźla się w cesze charakterystycznej dla obu tych niemal rówieśników – cesze, którą można by (bez ironii!) określić tytułem wywoławczym trzech wierszy pierwszego z nich – Z życiowych problemów nieżyciowych facetów – oraz zdarzeniem z utworu Rozbieg autorstwa drugiego. W Rozbiegu bohater kotochwil zostaje wygnany z pieleszy, w których zwykle pozwala mu się chronić autor, a po wyrzuceniu na aut wbiega w samotność długich dystansów (co i tak jest jego niemijającym jak melancholia stanem, bo samotność wchodzi/ w krew i uderza do głowy). To jedna z kilku w tej książce opowieści z motywem dziecięcym, dla mnie najbardziej wyrazista i uderzająca. Nieżyciowy facet wspomina, jak to – będąc dzieckiem – zaliczał okrążenia po osiedlu i jak był za te odosobnione treningi wyśmiewany przez kumpli zaliczających gry wyłącznie zespołowe. Wyśmiewali się – ja nie śmiałem/ poza równym oddechem niczego zrobić. W tym zdaniu objawia się jakaś straceńcza chłopięcość długodystansowca, aż do nagości wyzbyta wspólnotowych (tak, panowie!) póz twardzieli z wódką i papierosem czy buntowników wychodzących z siebie przez okno. Fraza ta kryje w sobie jednak jeszcze coś o wiele głębiej przynależnego samemu autorowi (bo w tym wierszu młody sportowiec dogania dojrzewającego poetę): równy oddech, czyli jedyne, nad czym nieśmiałość ośmiela się zapanować. Wiersze Mariusza Appela, który równanie oddechu zna z codziennych doświadczeń trenera, mają swój dogłębnie cielesny rytm i wsłuchują się wyłącznie we własny rozbieg, dzięki czemu – takie mam wrażenie – nie zgubią nigdy sygnatury kroków, czy to dogonione przez wyścig poetyckich szczurów, czy też niedoścignione przez galopujące pogonie-epigonie.


        Chyba właśnie stopniem wyrównania oddechu, które postępuje od zewnętrza ku wnętrzu, kotochwile różnią się od kocich łbów. Książka debiutancka zwykle jest obciążona ryzykiem nadwyrężenia – poeta bowiem, jak niedoświadczony sportowiec, od razu chce zdobyć wszystkie medale, dlatego zbyt mocno i na wszystkie strony naciąga mięśnie języka. Lingwistyczne wyboje, którymi wybrukowane były trakty kocich łbów, w kotochwilach jakby łagodnieją. Appel w miejsce chyba zbyt licznych wcześniej, a na pewno za bardzo wyczynowych lingwistycznych gier (które stały się ostatnio zespołową nie grą już, lecz epidemią), oferuje czytelnikowi więcej narracyjnych obrazów, które okazują się wielką mocą jego poezji. Mamy zatem kilka wierszy wysnutych z pieleszy pieluszek. Te historie z dzieciństwa nie są zgrupowane wyłącznie w naiwności tomikowego początku, przeciwnie – zostały jak klatki filmowe wśród klatek schodowych rozrzucone po całej książce, co sugeruje, że opisywana chłopięcość nie jest wcale epoką zamkniętą czy utraconą, lecz raczej stanowi jeszcze jeden dom wyobraźni, w którym można zagościć zawsze: tu i teraz. Wśród tych kadrów, gdzie dzisiejsza samotność przeplata się z dziecięcą grupowością, pojawiają się utwory takie jak Blokada, Ratcatcher, La Joven czy Ptaszek, których narracje snują się sennie z mroczniejącego ekranu telewizora czy kart niedoczytanej przed snem książki. Mniej w kotochwilach narracji damsko-męskich – kobieta bywa w mieszkaniu bohatera znacznie rzadszym niż w poprzednim tomie gościem. Jeżeli przychodzi, to na chwilę kocio błyśnie nagością w drzwiach pokoju (który urządzono wbrew zasadom feng shui), zamilknie w nieodebranym telefonie lub odejdzie z kwitkiem spod nieotwartych przez nieuleczalnego melancholika drzwi. Znacznie częściej pozostanie jednak grającą w gumę w oddaleniu od chłopca dziewczynką ze SzP nr 5 albo tą pierwszą, którą samotny biegacz pogonił, bo strawestowała imię jego brata Grześka w grzech.


        Kończąc to moje skromne zamawianie uroków (czymże zaś ono przy magicznej mocy Appelowego kota?), mam jeszcze pokusę wyrzucenia z siebie kilku przekornych, wiedźmowych zaklęć. Chciałabym życzyć Mariuszowi na przyszłość trochę tego, co okazuje się drugą stroną życzeń otwierających jego wiersz Mamo, a co on sam gdzie indziej trafnie ujął w wierszu-wyznaniu Moja druga połowa jest kotem: niedługo się skończy, wtedy wniknę w miasto/ ponownie, odbezpieczę się. Odbezpieczenie, wygnanie, utrata azylu, arytmia oddechu – wiem, to bardzo złowieszcze wróżby dla człowieka, a jednak chyba dobrodziejskie dla poety. Czy nasz autor ośmieli się wpuścić raniący gwar miasta w dom swojej mowy, czy to właśnie będzie kolejny ruch wspinania się na palce, żeby dojrzeć, czy tędy pójdą poetyckie drogi jego markotów? Tego na szczęście ani nie wiem, ani się nawet domyślam, na pewno zaś bardzo na to czekam. Gdzieś, kiedyś Mariusz Appel wyda tomik „Kotochwile”, który będzie dobrą książką – napisano niedawno w pewnym zaprzyjaźnionym piśmie. Oto teraz się stało, czas w lekturze równać oddech, czekając na następne książki. Zanim jednak bohater się odbezpieczy, by ojczyznę języka od nowa wybijać na niepodległość, niech jeszcze przez chwilę ma nad nim pieczę matecznik mowy. Niech skarpetki z wkładkami/ aluminiowymi do turystyki górskiej zakłada wciąż nie na kaskaderskie wojaże, lecz po to, by je ścierać na kilku metrach „mojego m” – tu, gdzie zdobywa się szczyt po szczypcie,/ gromadzi przedmiot za podmiotem. Niech jeszcze przez kotochwilę będzie mu do twarzy w chłopięcym grymasie acedii, w milczącej odmowie współudziału, w mnisim splendid isolation, gdzie ascetycznego stroju – koszulki z revlonu do spania – z rytualną dbałością/biernością nigdy się nie przewraca: Raz/ śnię na prawej, raz na lewej stronie. I tak jest wygodniej. Niech jeszcze przez moment zmarszczki na czole przypominają/ kształtem szlaczki pierwszoklasisty, a wąs kota – rzęsę słonia, i niech przez ten krótki czas dobrą wróżbą między niedojrzałym snem a przejrzystością pobudki będzie ta smutna mantra markotów:

        najlepsze wyjście to wejść do środka. Zatrzasnąć
        drzwi za sobą, zamknąć się w sobie i skupić na czymś
        jak wiązka światła w soczewce. Po drodze, w zgiełku
        żył, gdzieś w okolicach przegubów gubiąc tętno
.



Mueller J.





Bezkresna rzeka - Izabela Kawczyńska



         „Świat przyjmuje nas bez zbytnich ceregieli. Jesteśmy dla niego tacy oczywiści.” Olgerd Dziechciarz w książce „poMazaniec” zawarł najważniejsze prawo. Wieczny ruch, wieczne stawanie się. Tu i teraz. „Czuję jakbym biegł po czymś żywym. Za moimi plecami zabliźniają się połamane łodygi traw, odrastają kwiaty, a woda zbiera się w odciskach stóp.”
         Urzekła mnie ta książka, jej otwartość, kunsztowna prostota.
Zbiór krótkich obrazów prozatorskich tworzy osobistą podróż w przeszłość, do czasów dzieciństwa, kiedy wszystko było prostsze, a jednocześnie pozostawało tajemnicą. Dziecko jest uczestnikiem i obserwatorem. Wrasta w świat, nie rozróżniając. Przyjmuje rzeczywistość z akceptacją i oszołomieniem.
         Są tu miejsca bardzo prywatne (Grot, Pszczoły, Zaflegmienie), jak również uniwersalne doświadczenie inicjacji w życie (Sanki, Misiu, Seks). Któż z nas nie podglądał dorosłych? Kto nie dokonywał karkołomnych wyczynów na ośnieżonym stoku? Kto nie biegł, aż stał się samym biegiem, niczym więcej?
         Autor z uniwersalnych obrazów buduje archetypiczny obraz dzieciństwa. Czyni to z ogromną czułością. Nie ma tu obszarów tabu. Wszystko, co się wydarza jest jednakowo istotne. Wszystko jest życiem.
         Ważne jest ciało: „Jestem w tym dobry; sikam daleko i obfitym strumieniem.(...) Co za ulga, nie do opisania.” Ważny jest Bóg: „Wisi nad drzwiami. Jest umocowany na krzyżu. W Jego twarzy jest tyle bólu, że nie mogę na Niego patrzeć. Ale czasami patrzę.” Ważna jest starość i umieranie, wybieranie miejsca na grób: „Trzeba dobrze wybrać, bo to na wieczność! (...) aby ta, która wkrótce umrze, była zadowolona. Na wszelki wypadek kopiemy kilka grobów.”
         „poMazaniec” to książka kontemplacyjna, zanurzona w codzienności, przestrzeni spraw drobnych. Materią, w jakiej oddaje się doświadczenie jest język, naturalny, prosty, a jednak poetycki. „Patrzę na odkryty ląd, który zrzuca z siebie wilgoć.” Olgerd Dziechciarz to przede wszystkim poeta, wrażliwy obserwator, zaklinacz języka. „Jeszcze nie pojawili się drwale z piłami elektrycznymi, a ja już słyszę ich ryk.”
         Dzieciństwo „poMazańca” nie przypomina książeczki z kolorowymi obrazkami, ma także gorzki posmak. Zagłada drzew, zwierząt, przeczucie śmierci bliskich, a wreszcie własnego unicestwienia – nic nie zostaje przemilczane. „Dziadek Teofil właśnie uciął jej głowę, a ona wciąż jest żywa. Lata po podwórku, robi kupy, odbija się od pniaka, obok którego leży jej łebek. W tej głowie szeroko otwarte oczy i dziób z wypełzającym językiem.”
         Dziecko staje się badaczem życia w jego nieskończonych formach, a więc także badaczem śmierci. „Martwe zwierzę rodzi owada – można by też pomyśleć, gdy się widzi, jak z dziury w żabim brzuchu wyłazi jakaś larwa.”
         Nic nie zostaje przemilczane, ponieważ niczego nie można przemilczeć. Dopiero z dychotomii ufności i lęku, piękna i brzydoty powstać może pochwalna pieśń na cześć życia. „Duży kamień niszczy wszystko. Ale wszystko wraca.”
         To, co urzeka mnie w tej książce najbardziej, to jej egzystencjalny wymiar. Połączenie kontemplacyjności, codziennego stawania się świata z zachłannością przeżywania i doświadczania. „Kładziemy się brzuchem na trawie, zanurzamy usta w wodzie i pijemy ją jak zwierzęta.(...) Oddychamy szybko, jakbyśmy chcieli natychmiast połknąć otaczające nas masy rozgrzanego powietrza.”
         Na Wschodzie mawiają: „Przychodzimy na świat jako królowie, ale z czasem zapominamy i zachowujemy się jak żebracy”. Olgerd Dziechciarz przywraca to zapomniane królestwo. Za sprawą „poMazańca” przywołuje świat, jakim był wówczas i jakim powinien być zawsze. „Świat daje nam nieograniczoną liczbę kierunków, w które możemy pobiec. Świat jest nieskończony.”

Olgerd Dziechciarz
„poMazaniec. Przebłyski. Fragmenty”, Mamiko, 2009
Recenzja ukazała się pierwotnie w Kwartalniku Artystyczno-Literackim Arterie nr 1/2010.







Izabela Kawczyńska





JEDNOSTKA WOBEC WSZECHŚWIATA - O WIERSZACH DARIUSZA

WIŚNEGO – napisała Sabina Skowron


       Mam przed sobą pośmiertne wydanie wierszy zmarłego tragicznie młodego poety
Dariusza Wiśnego. Niezwykła to książka i szczególne dla mnie spotkanie z poezją.
Przedwcześnie zmarły artysta był człowiekiem o wrażliwej, subtelnej osobowości. Dawał
temu wyraz fotografując, komponując utwory muzyczne i pisząc wiersze.
       Zbiór jego tekstów poetyckich „Buntownik wolności” ukazał się drukiem
w noworudzkim wydawnictwie Mamiko , u schyłku 2009 roku. Wiersze, napisane w latach
1994 – 2005 , zebrała i przygotowała do druku siostra poety.
       W życiu młodego człowieka, w pewnym przedziale wiekowym, najważniejszym
uczuciem staje się miłość .Tak też było w biografii Dariusza Wiśnego . W wydanym zbiorze
przeważająca liczba wierszy to teksty o miłości: uczuciu pięknym, czystym i żarliwym,
które autor zestawił z pięknem i trwaniem poezji. Większość z nich należy do liryki wyznania. Ich adresatką jest ukochana kobieta. Tajemnicze liryczne „ ty „, obecne w ciepłych
erotykach, mówiących o bliskości dwojga kochających się ludzi, nie zostało bliżej
określone, pozostało niezidentyfikowane. Wyjątek stanowi „Hymn o miłości” z dedykacją
w nawiasie: „dla Kasi Krawczyk”. Czy ta osoba jest adresatką wszystkich liryków miłosnych,
pozostaje dla czytelnika niewiadomą.
       Niektóre erotyki twórca pogrupował w cykle : „Lotosy miłości”, „Lotosowa miłość”,
”Miłość”, „Sonety zakochane”. Ostatni, wymieniony tu cykl, jest tylko z nazwy zbiorem
sonetów. Autor nie przestrzegał w nim konwencji 14-wersowego klasycznego sonetu
włoskiego; raczej można zawarte w nim teksty zestawić ze zbiorem sonetów Szekspira,
zróżnicowanych pod względem wersyfikacyjnym i strukturalnym.
       W omawianym zbiorze wierszy uczucie miłości jest jasną stroną życia, jego blaskiem
i radością. Jednak świat otaczający jednostkę ludzką ma w sobie wiele ciemnych, smutnych
barw, których nie akceptował młody artysta. W harmonii z tytułem zbioru, zawarte w nim
teksty, to liryka kontestacyjna, przeciwstawiająca się brzydocie, złu i okrucieństwu świata.
Na biegunie przeciwległym do miłości autor umieścił cierpienie i śmierć. Mówił o cierpieniu
jednostki poszukującej prawdy o skomplikowanym świecie i o godności człowieka, którą
niszczy śmierć przychodząca zawsze za wcześnie, ale nieuchronnie:
        „Wzruszył nienagły powiew życia
         Który uleciał nie wiadomo dokąd poza czas
         Człowiek świty po śmierci
         Bo już po ziemi nie stąpa
         Obdarty z godności za życia”
Stawiając jednostkę wobec wszechświata, protestował przeciw „prawom wściekłej ekonomii”
i „kokieterii urynkowionych sumień”, protestował z pozycji człowieka wypowiadającego się
w imię prawa każdej istoty do wolności. Postrzegał w otaczającej go rzeczywistości pęd
do upadku, do dehumanizacji do próżności i zobojętnienia.
       Rozważał sens dualizmu ludzkiej natury. Dociekał współzależności człowieczego ciała
i duszy. W upływie czasu szukał „zaskarbienia życia i doświadczenia”, co na doprowadzić
człowieka do ukojenia i spokoju. Sięgał myślami w kosmos, by porównać wielkość
wszechświata z małością istoty ludzkiej. Od Boga oczekiwał wykreowania świata idealnego,
w którym zło, fałsz i obłuda zostaną przezwyciężone przez nadzieję, prawdę i dobro.
       Poezja Dariusza Wiśnego to liryka refleksyjna o szerokim spectrum tematycznym:
od erotyków po teksty filozoficzne. Napisana białym, wolnym wierszem pozwala czytelnikowi na swobodne poszukiwanie ukrytych w niej sensów i łączenie się z autorem
w jego kontestacji zła , bólu i moralnej brzydoty świata.
                                                            Sabina Skowron

WIŚNY Dariusz.
Buntownik wolności. Nowa Ruda : Mamiko, 2010
Sabina Skowron





Kobiety i czas – opowieść o współczesnych egoistach?


       Zbiór opowiadań Grzegorza Muchy, zatytułowany Kobiety i czas, jest pierwszą i, miejmy nadzieję, nie ostatnią książką w dorobku artystycznym tego pisarza. Choć jego tytuł sugerować by mógł, że poświęcony jest on wyłącznie płci pięknej, zawiedzeni okażą się ci, którzy liczą iż będzie to kolejna książka o prozaicznych problemach kobiet w stylu Judyty czy Bridget Jones – w rzeczywistości jest to wnikliwe studium męskiej psychiki, widzianej poprzez pryzmat kontaktów damsko-męskich.
       Niemal od razu zwraca uwagę czytelnika sposób, w jaki autor podchodzi do charakterystyki bohaterów, biorąc płeć za nadrzędne kryterium ich podziału. Uderza przede wszystkim fakt, że koncentruje się na kobietach, dostrzegając jedynie ich cielesność, poprzez którą należy rozumieć przede wszystkim wygląd zewnętrzny. Autor skupia się głównie na ich wyglądzie, jakby celowo unikał dotarcia do ich wnętrza.
       Żadna z kobiet, bohaterek jego opowiadań, nie jest postacią przeciętną. Każda z nich ma w sobie coś, co przykuwa uwagę mężczyzn – może to być fryzura, strój, uśmiech, wykonywany zawód, innym razem niestarannie zafarbowane włosy, nietypowe, tajemnicze, a czasem wręcz wyzywające zachowanie, czy po prostu zbyt intensywny zapach perfum. Wszystkie te, na pozór błahe rzeczy intrygują mężczyzn, wpływają na ich wyobraźnię i sprawiają, że zaczynają oni zabiegać o głębsze poznanie kobiet, które dzięki nim wyróżniają się z szarego tłumu.
       Nawiązanie relacji między bohaterami we wszystkich opowiadaniach jest dziełem przypadku (chociaż są wśród nich tacy, którzy w przypadki nie wierzą, zasłaniając się fatalizmem). Spotkanie nieznajomej kobiety, wyróżniającej się na tle tłumu jakimś, często trywialnym szczegółem, budzi w mężczyznach chęć jej zdobycia, która dla autora opowiadań staje się punktem wyjścia do analizy męskiej psychiki. W jej wyniku dowiadujemy się, że jednymi kieruje przede wszystkim ciekawość (Upalne lato, Zielone jabłko, czyli opowieść więzienna), chęć nawiązania porozumienia z płcią przeciwną, mogąca zaowocować dłuższym związkiem, scementowanym prawdziwą miłością (Spotkanie, Barmanka, W parku, Ania i czas, Zapach, Ola i Olga). Inni liczą jedynie na jednorazowe przygody sprowadzone do seksualnych uniesień, które mają służyć udowodnieniu samym sobie, że potrafią zdobyć się na coś szalonego, nieodpowiedzialnego, a jednocześnie podbudowującego ich męskie ego, coś, co pozwoli zdobyć im uznanie (o ironio!) w oczach innych (Budyń, czyli opowieść bankowa), zapomnieć o rutynie (Pani Prawnik) lub wręcz przeciwnie – staje się złudną namiastką prawdziwego szczęścia obcowania z kobietą (Powrót).
       Pomimo tak wielu różnic w sposobie prezentacji bohaterów, nietrudno zauważyć, że więcej ich łączy niż dzieli. Wszyscy oni są samotni, zamknięci w sobie, boją się otwarcie wmówić o swoich uczuciach i pragnieniach. Niejednokrotnie wstydzą się tego, kim są naprawdę – często zatajają swoje imiona, podają się za kogoś innego – tak, jak gdyby bali się, że gdy świat dowie się o nich czegokolwiek, znajdą się ludzie, którzy będą chcieli zniszczyć to, na co tak długo pracowali, wykorzystując te dane przeciw nim. Nie jest to jednakże ochrona prywatności, lecz paniczny lęk przed otwarciem się na drugiego człowieka. Bohaterowie pragną być anonimowi, a jednocześnie chcą czuć się rozumiani i doceniani. Gra pozorów, w którą są uwikłani, prowadzi do tego, że czują się zagubieni w otaczającym ich świecie. Równocześnie pragną być szczęśliwi, ale strach przed ujawnieniem swojego prawdziwego ja i werbalizacją swoich pragnień im to uniemożliwiają. Innego człowieka, a tym bardziej osobę płci przeciwnej, traktują jak potencjalne zagrożenie dla ich egzystowania. Takie postępowanie prowadzi do tego, że nie dość, że sami są nieszczęśliwi, zarażają tym innych. Pragną zrozumienia, ale trudno im zdobyć się na szczerość, chcą kochać i być kochani, ale wstydzą się o to prosić. Boją się zranienia i odrzucenia. To wszystko pozwala porównać bohaterów do planet należących do tego samego układu, aczkolwiek krążących po innych orbitach – mijają się, ale nie jest im dane spotkać się na dłużej. Jak gdyby bali się, że początek czegoś nowego byłby zapowiedzią tragicznego końca.
       Sposób, w jaki autor opisuje spotkania dwojga ludzi przeciwnych płci intryguje czytelnika. Niedomówienia między bohaterami sprawiają, że wymowa opowiadań okryta jest aurą tajemniczości. Po przeczytaniu każdego z nich czytelnik czuje pewien niedosyt (nic nie jest w nich wyjaśnione do końca). Kompozycja otwarta jednych może irytować, drugich skłaniać do przemyśleń. Nie jest jednak bezcelowa – służy podkreśleniu znaczenia teraźniejszości w życiu bohaterów, którzy, uwikłani w sprawy dnia codziennego, boją się spojrzeć w przyszłość, tak, jak gdyby z góry wiedzieli, że wszystkie ich plany skazane są na niepowodzenie.
       Autor nie ocenia ani nie wartościuje postępowania bohaterów swoich opowiadań – jest jedynie komentatorem zdarzeń. Nie znaczy to jednak, że opowiadania przytłaczają czytelnika swoim sprawozdawczym tonem. Wręcz przeciwnie – jego spostrzegawczość dotycząca rzeczywistości oraz umiejętność wnioskowania i pointowania („Cholerne promocje. Człowiek jest od nich uzależniony”) sprawiają, że dość banalne historie zostały opowiedziane w dość wysublimowany, a jednocześnie trzymający czytelnika w napięciu, przystępny sposób.


Urszula Brzezicka

Grzegorz MUCHA.
Kobiety i czas. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2006
Urszula Brzezicka





Skaza na Krajobrazie


       Niemal jednocześnie, na początku roku ukazały się dwie powieści: „Skaza” Magdaleny Tulli, i „Krajobraz z atramentowym wieczorem” Michała Zantmana, Te dwa utwory jakkolwiek różniące się znacznie od siebie, mają zaskakująco wiele punktów stycznych.
       Akcja obydwu książek rozgrywa się w miasteczku.. Chociaż nie jest powiedziane kiedy dokładnie jest umiejscowiona, przywołuje świat z minionej epoki, bez najnowszych zdobyczy techniki. Przekaźnikiem informacji w obydwu utworach jest gazeta. Wiadomo jednak, że są to zaledwie wycinki istniejącego świata. W „Skazie” domyślamy się istnienia miejsca, w którym znikają brakujące gwoździe i inne materiały, w które helikopter zawiezie lotników, skąd przyjadą taksówki po uchodźców, W „Krajobrazie..” bohaterowie wybierają jedną z dróg, ale mają świadomość istnienia innych, o których nie wiedzą gdzie prowadzą. Jest też pociąg przejeżdżający przez miasteczko. O ile w „Skazie „ miejscem rozgrywających się wydarzeń jest centralny placyk z przylegającymi doń budynkami, w „Krajobrazie”- wędrujemy po miasteczku, odwiedzając niektóre mieszkania, rynek, kawiarnię, szkołę, hotel..
       Utwory zostały skonstruowane jako samoistne światy. Niejako dla potrzeb opowiadanych historii, stworzono świat, w którym rozgrywa się akcja utworu. Dowiadujemy się, że jest jakaś logika wewnętrzna, utworu, zasady i jednocześnie ograniczenia konstrukcyjne, czy wreszcie osoba samego twórcy.
       Magdalena Tulli przedstawia nam świat wzniesiony z pomalowanej dykty, gdzie perspektywa oddana jest za pomocą sztuki malarstwa iluzyjnego .Niestety wskutek niesolidności i malwersacji ekip budowlanych- jest wiele niedociągnięć, co więcej , braków. Brakuje np. kancelarii notariusza, który wprawdzie wychodzi do pracy ,ale z braku stosownego szyldu nie może do niej dotrzeć. Świat ten jest niedoskonały, za co część winy przyjmuje autor- zleceniodawca na siebie. Nie sprawdzał, przymykał oko na drobne fuszerki. Potem sprawy wymknęły się spod kontroli i potoczyły własnym biegiem. Uczestniczymy w wydarzeniach, które scala w jedną historię plac, wokół którego się gromadzą. Narracja biegnie niejako dwutorowo: opisuje wydarzenia dziejące się wewnątrz placu i na tyłach dekoracji ( gdzie odnajdujemy majstrów, dla których przeliczanie zysków jest jedyną pociechą w świecie bez kobiet). Każdy z wątków w pewnym momencie zaczyna się toczyć własnym biegiem, według własnej logiki.
       U Michała Zantmana odnajdujemy świat zawieszony w kosmosie, zawierający się w opowiedzianej historii, w czasie i przestrzeni należących tylko do tego świata. Poszczególne sceny budowane są jak dekoracja teatralna, gdzie każda plansza scenografii ukazuje inny aspekt rzeczywistości. Światło niczym reflektor przenosi nas na scenę wydarzeń- gdy gaśnie światło akcja zastyga do momentu kiedy nie pojawi się promyk słońca, czy choćby gwiazda na niebie.
       Postaci i przedmioty znajdują się w określonych miejscach, do których bohaterowie trafiają pozornie przypadkowo. Siedem dni i nocy ułożonych jest obok siebie na planie koła, które zamyka się w momencie zakończenia książki. Każdy dzień ma inny koloryt. Po nich jak po labiryncie- wędrują postaci.
       W „Skazie” Postać określana jest przez strój, który nosi. Garnitur z przedniego materiału dla Notariusza, fartuch z perkalu dla Służącej, wytarta marynarka spięta w pasie dla Studenta, mundur i płaszcz dla Lotnika, mundur dla Policjanta. Kiedy student stanie na czele rewolucji, będzie chciał za wszelką cenę zdobyć płaszcz z dystynkcjami i oficerki, należące do oficera lotnictwa. W efekcie ten, kto przywdziewa ów płaszcz staje się faktycznym przywódcą rewolucji. Ludzie przyjmujący status uchodźców, wyglądają nieadekwatnie w swych starych ubiorach, toteż przyjdzie im wymieniać futra na skromniejsze, bardziej odpowiednie palta. Znamienne jest także, ze trudno wskazać osobę odpowiedzialną za zaistniałe wydarzenia. Największe brzemię odpowiedzialności niosą najbiedniejsi. Uchodźcy, szeregowy policjant, służąca&#8230;
       W „Krajobrazie&#8230;”postaci opisane są przez role jakie pełnią. Mają one stały repertuar zachowań i wypowiadanych kwestii. Ojciec odkrywając w sypialni Matkę, czy wtulonego w kąt chłopca konstatuje, że jest ojcem. Mężczyzna w towarzystwie Cioci , to z pewnością Wuj. Burmistrz nieustannie zmierza do ratusza. Doktor oddany jest medycynie, która wypełnia mu całe życie. Nauczycielka oddana sprawom edukacji, wolne od nauki dni postanawia spędzić w pokoju nauczycielskim. W Mariannie parzącej kawę rozpoznajemy służącą. Staruszek jeżdżący na łyżwach, staje się Dziadkiem ,w momencie gdy tak się do niego zwraca młoda dziewczyna. Niektóre z nich w gruncie rzeczy chciałyby wydostać się poza role- znaleźć się w innym domu, innej nocy. W gruncie rzeczy dopiero w działaniu, w zetknięciu z innymi osobami, dowiadują się czegoś o sobie. Hotelowy Portier marzy tylko o tym, by nastawić patefon- cóż kiedy ciągle przeszkadzają mu w tym goście pytający o wolny pokój! Staruszka opuszcza miasteczko nie zjadłszy wyczekiwanego od przyjazdu podwieczorku. Wuj w przeczuciu nadciągającego końca, chciałby gdzieś uciec.( „Koniec” oznacza jakiś kataklizm, oraz jednocześnie zakończenie książki). Naprawdę ciężko pracuje tylko Dozorca, zwłaszcza gdy pada śnieg tworzący metrowe zaspy.
       M. Tulli próbuje wcielić się w każdą z postaci. Budzi w nas poczucie empatii, zwiększając jednocześnie ich wiarygodność. Mówi :” jeżeli jestem służącą, to&#8230;, jeżeli jestem notariuszem, to&#8230;Sposób narracji, pozostawia nas jednak obok,” na zewnątrz” życia bohaterów. Jesteśmy świadkami tego co im się przydarzyło, Jesteśmy naocznymi „świadkami” ich przeżyć.
       U M. Zantmana postaci prowadzą dialogi i mówią w pierwszej osobie, co sytuuje czytelnika niejako „wewnątrz” życia bohaterów. Dzielimy przeżycia z nimi. Identyfikację ułatwia sugestywny język tym intensywniejszy, że słowa tracą sens symboliczny ,a przybierają dosłowne znaczenie.
      W obydwu utworach podobne jest także to ,że po zakończeniu nie rozstajemy się z bohaterami. Pozostajemy z nimi w atmosferze niespełnienia, tęsknoty za czymś bliżej nieokreślonym, za „lepszym” światem. Autorzy wyprowadzają narrację poza opisywane wydarzenia. Autorka „Skazy” snuje jedną z możliwych wersji losów uchodźców w Ameryce, autor „Krajobrazu z atramentowym wieczorem „– oznajmia, że w tym momencie historia rozpoczyna się na nowo, by znów zatoczyć swe koło.
       Na koniec warto zwrócić uwagę na formę. Język obydwu utworów jest bogaty, obrazowy, pełen metafor i skojarzeń, refleksji i odczuć. „Skaza” napisana jednak została w sposób tradycyjny, do jakiego przywykł czytelnik dobrej literatury. „Krajobraz” natomiast stanowi nową jakość , łączącą prozę, poezję , muzykę i wymaga od czytelnika otwartości na nowość, uważności, kojarzenia faktów i odwagi w sięganiu po to ,co jeszcze nie zostało wypromowane.


ZANTMAN Michał.
Krajobraz z atramentowym wieczorem. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2006. 256 s. ISBN 83-60224-06-4


Katarzyna Jabłońska





„TEORIA PRZEMIAN'' ANTONIEGO OLGIERDA MISIAKA – POWIEŚĆ

Z TAJEMNICĄ – NAPISAŁA SABINA SKOWRON

       Mam przyjemność po raz drugi bezpośrednio spotkać się z twórczością poety i prozaikaz Kłodzka Antoniego Olgierda Misiaka. Obdarzony niezwykłą wyobraźnią, łatwością kojarzeniazdarzeń i zdolnościami literackimi autor, od lat realizuje się z powodzeniem w prozie i poezji, zdobywając wyróżnienia w konkursach poetyckich i uznanie czytelników.
       Pięć lat temu pisałam o tomiku wierszy pana Antoniego „Piąta wyprawa Krzysztofa Kolumba do Indii Zachodnich”. Nazwałam wówczas ten tomik poezją prawdziwą.
       Teraz mam przed sobą powieść „Teoria przemian”, również opublikowaną przez noworudzkie wydawnictwo „Mamiko”. Tytuł powieści należy objaśnić w kilku sensach. Pierwszy wynika z treści utworu, w którym na pierwszy plan wybija się naukowe rozumienie przemian w świecie materii, z punktu widzenia fizyki. Inspirację do wprowadzenia do tekstu literackiego tego motywu przyniosła autentyczna postać nauczyciela fizyki, pod którego wpływem na zasadzie relacji: nauczyciel – uczeń pozostawał pan Antoni w latach swojej edukacji w technikum. Drugi aspekt jest aluzją literacką do zbioru wierszy zawartych
w „Piątej wyprawie Krzysztofa Kolumba”...Trzeci nasuwa się sam: refleksje o przemianach
w życiu i otoczeniu człowieka, a wreszcie w nim samym, towarzyszą każdej jednostce od momentu, gdy podejmuje ona próbę zrozumienia i poznania świata.
       Forma powieści pozwala zaliczyć „Teorię przemian” do prozy awangardowej przełomu XX i XXI wieku, głównie ze względu na kompozycję, która po części jest zamknięta, a po części otwarta. Większość wątków treściowych pozostaje niedokończona, niedopowiedziana, dająca czytelnikom możliwość snucia różnorodnych dalszych ciągów
i zakończeń. Tylko niektóre wątki autor zamknął ostatecznie, na przykład wątek Roberta, Szmaragdowego Pana i Pani Wandzi.
       Awangardowy charakter ma również sposób kreowania postaci, tworzących bogatą galerię osób zwykłych i zupełnie nadzwyczajnych. Autor wprowadza je do powieści w celu wzbogacenia utworu o indywidualności dowodzące, że świat, choć nigdy nie będzie poznany do końca, ustawicznie podlega procesowi przemian. Niektóre postacie przewijają się przez całą fabułę utworu, inne są efemerydami; pojawiają się na krótko i znikają.
       Twórca powieści w interesujący sposób oddzielił postać Autora, występującego w utworze, od Narratora. W ten sposób podjął próbę zbliżenia czytelnika do twórczego procesu swojej prozy, próbę pokazania, w jaki sposób nakładają się na siebie wątki treściowe i jak powstaje cała powieść. Miana wykreowanych przez siebie postaci zapisuje zawsze wielką literą, bez względu na to, czy są to imiona własne, czy pospolite. To kolejny argument dowodzący awangardowości utworu.
       „Teoria przemian „jest powieścią z tajemnicą, umocowaną w jej wątku sensacyjnym.
Przewijający się w tekście motyw skrzyni skupia tę tajemnicę w jednym miejscu, w jednym punkcie. Wokół tajemniczej skrzyni koncentrują się różne przypuszczenia, poszukiwania historyczne i współczesne, bliskie realizmowi i zupełnie fantastyczne. Tajemnica skrzyni przyciąga uwagę czytelnika, wyostrza jego ciekawość, pobudza wyobraźnię. Czyni książkę interesującą i niezwykłą.
       W całej powieści zadziwia erudycja pisarza. Antoni Olgierd Misiak zabłysnął w tej książce obszerną wiedzą z różnych dziedzin nauki i sztuki: fizyki, historii, filozofii, literatury i muzyki. Wszystko to otoczył atmosferą poezji i lirycznego nastroju. Wyraźna podbudowa poetycka jest istotnym walorem literackim utworu.
     „Teoria przemian” została napisana dobrą polszczyzną, typową dla wolno snującego się
opowiadania. Prawie pozbawiona dialogów, stanowi interesujący przykład narracji, której
napięcie wznosi się i opada, styka się z poezją i od niej odchodzi, by powrócić na kolejnych
stronach tekstu.
      Edycję powieści wzbogaciły artystyczne fotografie, wykonane z pasją i smakiem
estetycznym przez Bogusława Michnika. Zdjęcia nie ilustrują książki, ale łączą się z jej treścią, dotykając ważnych dla utworu wątków i postaci.
Skrzynia, kryształowe sklepienie gotyckiej kaplicy, sokół uchwycony w locie i portret
Jacqueline – wszystko to wtapia się w nurt akcji utworu i jej poetycką materię.
W efekcie daje wysublimowany wytwór współczesnej kultury, do którego poznania
zachęcam miłośników dobrej literatury i szeroko pojętego piękna.
                                                        Sabina Skowron

Antoni Olgierd MISIAK.
Teoria przemian. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2010. -160 s. : il.kolor.
ISBN 978-83-60224-55-7





"PRASKI RAJ" TOMASZA HRYNACZA – PRZYKŁAD WSPÓŁCZESNEJ

POEZJI METAFIZYCZNEJ. - napisała Sabina Skowron.

       Świdnicki poeta Tomasz Hrynacz wydał w lutym 2009 roku kolejny zbiór wierszy,
zatytułowany „Praski raj”. Tomik opublikowało noworudzkie wydawnictwo Mamiko.
Jest to szósta poetycka książka młodego twórcy, laureata Konkursu Poetyckiego imienia
Rainera Marii Rilkego w Sopocie i Konkursu imienia Rafała Wojaczka w Mikołowie.
Oprócz wydań książkowych, wiersze Tomasza Hrynacza umieszczane były w licznych
czasopismach i tłumaczone na języki obce: angielski, chorwacki, czeski, francuski,
niemiecki, serbski i ukraiński. Dzięki temu znają je czytelnicy w Europie i poza naszym
kontynentem.
       Poezja Tomasza Hrynacza należy do współczesnego nurtu metafizycznego. Nurt ten,
ukształtowany w epoce baroku, rozwijał się także w XVIII i XIX wieku. Istnieje również
w literaturze przełomu XX i XXI stulecia. Jego cechę dystynktywną stanowi charakter
refleksyjno - intelektualny .
       Taka właśnie jest twórczość Tomasza Hrynacza. Refleksje poety, przenikające tomik
”Praski raj”, dotykają głównie problematyki egzystencjalnej. Człowieczy los, ulotność
każdej chwili i każdego dnia, znaczenie przypadku w toku upływającego życia – to najważniejsze motywy obecne w tej poezji. Witalizm, tak bliski miłości , trąca jednak
dość często o struny funeralne. Świadomy nieuniknionego kresu ziemskiej wędrówki
człowieka, poeta nie waha się wyakcentować werbalnie tego, co często poeci starają się
nazwać eufemistycznie. W „Praskim raju” śmierć występuje bez niedomówień i metafor.
Poeta snuje refleksje:
               „nadszedł czas, by
                 sprawdzić, gdzie jest to
                 miejsce, w którym
                 śmierć wychodzi nam
                 naprzeciw”.
Tego miejsca nie może sprawdzić ani poeta, ani nikt z nas. Pewni jesteśmy tylko samej
śmierci, która zawsze przychodzi za wcześnie i zawsze zaskakuje otoczenie jednostki
przekraczającej Rubikon.
Refleksyjna liryka Hrynacza sprawia wrażenie pogodnej, bo mówi o miłości i nadziei,
o pragnieniach człowieka, który:
         „chciałby tyle
          zobaczyć i chciałby
          tyle kochać, że
             drżąc cały przebija się
             w nowe życie”
Równolegle z myślą, w poetyce młodego twórcy ważna jest warsztatowa strona jego tekstów.
Tomasz Hrynacz realizuje się w wierszu białym, bezrymowym. Wypowiada się strofami
zróżnicowanymi pod względem wersyfikacyjnym. Najczęściej jest to elegijny dystych
lub dostojny tetrastych; bywają też quinty i sekstyny. Zgodnie z założeniami poezji metafizycznej, w tomiku „Praski raj” zasługują na podkreślenie liczne oksymorony.
Oto przykłady szczególnie zwracające uwagę:
                  „nikt się dowie
                  ile jest w czarnych śnieżkach
                  nadziei”,
     & dreszcze?
       ja bardzo mocno je przeżywam
       na chłodno”
Niektóre myśli, objęte ramami krótkich liryków, poeta zamknął zaskakującym konceptem.
W wierszu „Wiara czyni cuda” czytamy:
        „Radość nie przychodzi
       nagle: co innego ból, pierwsza zmarszczka”
Tak właśnie jest w ludzkiej egzystencji. Chwil radości, zwłaszcza tych niespodziewanych,
jest o wiele mniej niż okresów bólu, czasu cierpienia, tak wyraźnie wpisanego w nasz los.
       Zachęcam do poznania zbioru wierszy „Praski raj”. Refleksyjna poezja metafizyczna
kunsztem słowa artysty potwierdza to, o czym każdy myślący człowiek wie od zawsze,
tylko niezbyt często o tym myśli.
                                                                Sabina Skowron


HRYNACZ Tomasz.
Praski raj. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2009 (poezja polska). -ISBN 978-83-60224-34-2







POETYCKIE KOMUNIKATY GRZEGORZA KWIATKOWSKIEGO

W ZBIORZE WIERSZY "EINE KLEINE TODESMUSIK" - SABINA SKOWRON

        Anonsowany wcześniej na stronach internetowych i w prasie literackiej tomik wierszy
młodego gdańskiego poety, z podwójnym echem muzyki poważnej w tytule, ukazał się
pod koniec lata 2009 roku w noworudzkim wydawnictwie „MAMIKO”.
        Twórca połączył w nim trzy swoje najważniejsze pasje życiowe: poezję, ukochanie muzyki i chęć komunikowania się z czytelnikami. Dwudziestopięcioletni artysta jest muzykiem i poetą, toteż liczne werbalne frazy jego tekstów często brzmią muzycznie.
Składają się na to warsztatowe cechy tej poezji: rytm, refreny, powtórzenia i stosowana
po mistrzowsku instrumentacja głoskowa.
        U tak młodego twórcy zadziwia w analizowanym tomiku wyraźnie przywoływany
motyw śmierci. Artysta zapewne wychodzi z założenia, że nic co ludzkie, nie jest mu obce,
a przecież śmierć, zamykając życie doczesne człowieka, dotknie kiedyś każdego z nas;
jest więc elementem egzystencji jak najbardziej ludzkim.
        Geneza tytułu zbioru „Eine kleine Todesmusik” ma wyraźne podłoże muzyczne.
Jego pierwsza część, zaczerpnięta z twórczości Mozarta, wiąże się z drugą: cięższą,
inspirowaną kompozytorskim dorobkiem Franza Schuberta. „Mała śmiertelna muzyka”
lub „Mała muzyka śmierci” jest, jak twierdzi autor w jednym z wywiadów, syntezą
zwiewności Mozarta i pesymistycznego tematu śmierci obecnego w twórczości romantycznego austriackiego mistrza, na przykład w balladzie „Król elfów” i kwartecie
smyczkowym d-moll, zwanym „Śmierć i dziewczyna”.
        W wierszach Grzegorza Kwiatkowskiego spoglądamy w różne oblicza śmierci.
Najważniejszym jest niewątpliwie moment zamknięcia człowieczej ziemskiej wędrówki,
drugie oblicze, to upadek moralny osoby ludzkiej, trzecie – to stopniowy rozkład istoty
człowieczeństwa, to nieumiejętność budowania szczęśliwego, radosnego życia, to szerzenie
brzydoty i zła.
        Diter Litwann, liryczny bohater pierwszej części zbioru, mówi do czytelnika już
z drugiego brzegu Rubikonu:
         „dwie minuty później
          w moim sercu
          wybuchła bomba”
Zawał serca spowodował śmierć nagłą, której nie mógł przewidzieć czterdziestoletni
mężczyzna.
Inna twarz śmierci w tekście „Artur Schopenhauer” to desperacki czyn samobójczy,
którego antytezę tworzą słowa skierowane przez zdecydowanego na ostateczne odejście
nieszczęśliwego człowieka do syna:
„trzeba żyć Arturze
trzeba żyć”
Kolejne oblicze śmierci, okrywające ludzkość hańbą, to problem holocaustu. Autor dotyka
tego motywu w wierszach: „siły” i „takt”, przywołując grozę obozów koncentracyjnych
oraz w etycznym dyskursie ze Zbigniewem Herbertem: „pan Cogito i litera Pisma”.
        Upadek moralny człowieka , obok trzech wymienionych wyżej tekstów, akcentują
wiersze: „Lui”, „Marcel i Bruno”, „język”, „Bertche”.
        W zgodzie z tytułem tomik „Eine kleine Todesmusik” tchnie pesymizmem.
Oto śmierć jest wszechwładna i wszechpotężna; człowiek zbyt słaby wobec Niej
i wobec trudności życia.
        Turpizm zawartych w nim wierszy bardzo sugestywnie dowodzi, że w otaczającym
nas świecie więcej jest zła niż dobra, więcej brzydoty niż piękna , a śmiertelna muzyka
obezwładnia każdego dnia wiele istnień ludzkich.
                                                           Sabina Skowron.

KWIATKOWSKI Grzegorz.
EINE KLEINE TODESMUSIK . Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2009. Poezja polska. ISBN 978-83-60224-40-3






Mariusz Appel, [kocie łby], Mamiko, Nowa Ruda 2004



      Poezja tak jak człowiek przybiera wiele oblicz. Zmieniamy się wraz z biegiem historycznie pojmowanego czasu, także z długością i szerokością geograficzną na których przyszło nam żyć. Nasz horyzont kształtują pojawiający się i znikający ludzie. Niestałość jest bodajże najbardziej symptomatycznym przejawem współczesnych czasów. Nie potrafimy odnaleźć punktu zaczepienia, ani w sobie ani poza sobą. Nierozpoznawalność, tak świata jak i własnej istoty, wynika być może z niemożliwego do ogarnięcia natłoku docierających do naszej świadomości bodźców. Ponieważ każdemu zewnętrznemu impulsowi odpowiada wewnętrzny obraz toniemy w obu wymiarach: świata i własnym. Zagubieni, zdezorientowani otaczamy się murem milczenia. Z kilku spróchniałych, nadgryzionych zębem czasu desek mieszkania, pracy czy poezji budujemy nasze prywatne arki noego. Wchodzimy na pokład samotnie lub w towarzystwie kota, którego szczęśliwie nigdy nie posądziliśmy o próbę przełamania lodów. Zamknięci we własnej klatce czekamy na potop. Zalewa nas informacja.
Skomplikowaliśmy świat, w którym chcąc nie chcąc musimy żyć tak bardzo, że przestaliśmy całkiem rozumieć ludzi. Stali się nam obcy, reagujemy na nich mieszaniną strachu i nierozerwalnie związanej z nim agresji. Nie potrafimy dzielić z nimi naszych radości doświadczanego bólu. Coraz częściej godzimy się na przygodne związki i życie na „kocią łapę”. Nie potrafimy wyobrazić sobie, że coś mogłoby trwać całe nasze życie, a co dopiero wieczność. Z tym wiąże się kryzys religijności w krajach, w których religia nie jest uznawana za jedyną ostoję wolności i narodowej tożsamości.
      Liryki Mariusza Appela są doskonałym wyrazem całkowitego wyalienowania jednostki charakteryzującego czasy współczesne. Tematyka przeważającej większości wierszy obraca się wokół relacji damsko – męskiej, w której mężczyzna jest zawsze w uprzywilejowanej pozycji. Spomiędzy wersów wyziera postać mężczyzny niezależnego, pewnie kroczącego przez życie, świadomego własnych celów i rozstającego się bez żalu z kolejnymi kobietami. Jest to zewnętrzna maska nałożona przez podmiot liryczny. Czytelnik ogląda świat jego oczyma, wygląda przez jego okno, mieszka w jego domu, jego dłońmi pieści „kształt poprzecznie prążkowany – kobiece ciało”. Odczytanie kolejnych wierszy nie pozwala zdjąć maski lecz zaledwie odrobinę uchylić. Bardziej domyślamy się niż wiemy, że skrywa się pod nią złakniony czułości człowiek. Zadziwiające jest, że w dzisiejszym świecie potrzebę czułości wiążemy intuicyjnie ze słabością podczas gdy w rzeczywistości okazywanie uczuć jest oznaką siły. Także poezja, jako zdjęcie części choćby ochronnego pancerza jest heroicznym wyrazem odwagi, tym godniejszym pochwały, że większość z nas woli wciskać się w bezpieczne ślimacze skorupy.
      Autor opowiada w swoich wierszach historię ludzi, którzy nawet jeśli razem, są osobno. Powielają schemat nieudanych związków opartych na całkowitym braku porozumienia wierząc, że „życie to gra o sumie zerowej”. W tej grze kobieta i mężczyzna nie są pełnoprawnymi partnerami. Koniec znajomości wieńczy protekcjonalne odprawienie kobiety. Pan i władca pozostaje na swych włościach w towarzystwie wiernego towarzysza kota, „który wygrał losowanie i został zamiast kobiety”. Mruczące zwierzę o miękkim futrze jest jedyną istota z którą podmiot liryczny jest na stałe związany emocjonalnie i życiowo. Z pewnością zwierzę nie wymaga od nas tak wiele jak człowiek. Wiersze Mariusza Appela nie są jak mogłoby się zdawać na pierwszy rzut oka egoistyczną szowinistyczną tyradą. Oddają one bardzo trafnie swą formą i treścią emocjonalne rozchwianie współczesnego człowieka. Boimy się otworzyć przed drugim człowiekiem. Nie znamy własnych możliwości, potrzeb tym bardziej więc nie jesteśmy zdolni określić własnych oczekiwań w stosunku do innych ludzi. Tak jak bohater wierszy składających się na tomik „[kocie łby]”, my także gubimy się w wielkim mieście świata udając, że wciąż nad wszystkim panujemy. W rzeczywistości jesteśmy tylko ludźmi i pragniemy przede wszystkim czuć obok bezustannie pulsujące ciepło kochającego nas ludzkiego ciała. Niestety, podobnie jak podmiot liryczny i my zatraciliśmy zdolność postawienia siebie twarzą w twarz z drugim człowiekiem. Już tylko mijamy się z nim na ulicach, w pociągach, na klatkach schodowych, w drzwiach do mieszkania i nawet we własnej sypialni. Autor trafnie ujął nasz stosunek do drugiego człowieka pisząc w jednym ze swych wierszy, że „wyjście między ludzi wybudza całkiem jak wsadzenie dłoni w drzwi”. Rzeczywistość jest albo fragmentaryczna i dociera do nas w formie klatek puszczonego w zwolnionym tempie filmu, albo rozmyta z powodu zbyt pospiesznego tempa odtwarzania. Temu przyspieszeniu i zamgleniu występującym naprzemiennie odpowiada struktura wierszy Mariusza Appela. Wyrzucone zostały z wierszy duże litery podobnie jak z ludzkiego życia wszystkie wielkie idee. Obrazy, w których uchwycone zostały drobne wycinki ludzkiego życia budowane są z szeregu pojedynczych spostrzeżeń. Mowa świętuje pozwalając płynąć strumieniowi świadomości. Spomiędzy wersów wyziera tęsknota za utraconą stabilizacją i zapomnianą tradycją, być może z tego też powodu okładkę tomiku Mariusza Appela zdobią tytułowe kocie łby.

Anna Wójcik

Anna Wójcik







Luźne zapiski z emigracji. O tomie wierszy „Przerwa w podróży” Piotra Piaszczyńskiego.


Piotr Piaszczyński jest polskim poetą mieszkającym w Niemczech, a dokładniej w Eitorf niedaleko Bonn o czym informuje 4 strona okładki jego tomu wierszy
„Przerwa w podróży”. Nie jest jedynym polskim twórcą, piszącym po polsku i mieszkającym za zachodnią granicą. Wydaje mi się, że akurat współczesna polska emigracja literacka w Niemczech jest dosyć silna, w porównaniu do polskiej emigracji z innych krajów europejskich. W Niemczech mieszkają tacy polscy twórcy jak Dariusz Muszer, czy Ewa Maria Slaska. Tomik wierszy „Przerwa w podróży” jest szóstym tomikiem wierszy w dorobku urodzonego w Olsztynie poety.

Forma jaką posługuje się Piaszczyński bliska jest poetyce współczesnego wiersza polskiego, wyrosłego z jednej strony na dokonaniach Bohdana Zadury, z drugiej stronie poetów „brulionu” takich jak Wróblewski, Świetlicki, Biedrzycki. Mamy w książce Piaszczyńskiego okruchy rzeczywistości, codzienności, poddanej językowemu filtrowi, notowanie różnorakich językowych przebić, roziskrzeń, opalizacji znaczeniowych, poeta wyczulony jest na gry językowe, perspektywa społeczna Piaszczyńskiemu także nie jest obca, a także idiom mowy potocznej. Dowiadujemy się z „Przerw w podróży” o mistrzach literackich Piaszczyńskiego. W wierszu „Pokolenia/Blues”, który powstał w 1975, a ostateczny swój kształt uzyskał w 2011, czytamy, że poecie w młodym wieku odradzano paranie się sztuką pisarską. Jego ojciec twierdził, że z poezji nie da się wyżyć, a także, że „”istnieją, (&#8230;)/ zajęcia o wiele praktyczniejsze””. Młody poeta się odciął od zdania ojca i nadal zapatrzony był w „burzliwy żywot bożyszcza Wojaczka”. Jednak po latach poeta świadomy trudów drogi poetyckiej, cieszy się, że jego córka wybrała praktyczny prawniczy zawód i jedyne co „wbija w komputer” to „skomplikowane niesłychanie / prawnicze pisma”. Wiersz pokazuje prostą prawidłowość, kiedy młody buntownik w późnym wieku ustatkuje się i ustabilizuje swoje życie to zazwyczaj dba o to, żeby życie jego dzieci wyglądało zgoła inaczej od jego młodości. Także do mistrzów poetyckiego słowa Piaszczyńskiego należą poeci tacy jak Czesław Miłosz i Zbigniew Herbert, co już jednak nie jest tak częste wśród współczesnych poetów w Polsce. W wierszu „Starzy mistrzowie” czytamy o rozbieżności pomiędzy zamiarem poetyckim poety, a podleganiu nakazom poetyckim jakie formułowali owi, nie żyjący już dziś, wybitni polscy poeci. Czytamy w wierszu kolokwialnie wyrażony zamiar „Z chęcią by się człek poskarżył”, jednak przed takim użyciem języka poetyckiego Piaszczyńskiego wstrzymują nakazy owych poetów: „Skarg surowo zakazali / C.M. i Z.H.” Być może stąd w swojej poezji Piaszczyński nie zmaga się ze światem, nie użala się na swoją egzystencję, nie walczy z innymi ugrupowaniami literackimi. To połączenie języka zupełnie współczesnego w poezji Piaszczyńskiego z nakazami starych mistrzów powoduje, że wiersze z „Przerwy w podróży” mają jakąś dozę oryginalności i są lekkie. Poeta przebywający w Niemczech także interesuje się poezją niemieckojęzyczną o czym czytamy w wierszu „”Co jest złe””, w którym pisze o swoim zafascynowaniu jednym wierszem Gottfrieda Benna, którego wiersza tytuł posłużył polskiemu poecie w tłumaczeniu i cudzysłowie za tytuł swojego wiersza. W jednowersowym tekście „Z Goethego” mamy nawiązanie do słów, które przed śmiercią wypowiedział Johann Wolfgang Goethe. Poeta przetwarza te słowa, jakie miał wypowiedzieć tuż przed śmiercią autor „Fausta” – „Więcej światła!” na „Więcej świat(ł)a!”. Poeta przerabia słowa Goethego na dwuznaczeniowy nakaz w taki sam sposób w jaki postmodernistyczni filozofowie ukazywali i ukazują takie wieloznaczeniowości w swoich tekstach. Także ten wiersz przez przetworzenie czyichś słów na łożu śmierci, jakby oddalał myśl o niej od podmiotu lirycznego przez imperatyw nastawienia ku światu.

W swoich wierszach Piaszczyński także poddaje poetyckiej refleksji swoje przebywanie na emigracji, pokazuje emocje, a także pewne rzeczy, które zdarzają się tylko emigrantom jak zapominanie polskich słów. W wierszu „Słowa” czytamy: „Ciągle zapominam / najróżniejszych słów.” Być może takie zapominanie znaczeń trudnych słów, o których czytamy w dalszej części „abnegacja, asocjacja, aforyzm” wiersza wynika z procesów starzenia się. Z wiersza „Bywa&#8230;” dowiadujemy się o tym, że autor wiersza dostał od Niemców „sowite honorarium”, za które kupił „komplet / nowych opon”. Wiersz kończy ironiczna konstatacja „Bywa / poezja czasem użyteczna”, która z jednej strony wyzyskuje znaczeniowo postulat współczesnej poezji polskiej po 1989 o porzuceniu wszelkiej jej użyteczności, a także zachęca zaniechania przez poetów zaangażowania politycznego i społecznego, ale z drugiej strony poeta jakby nadal pomny nauk ojca, pokazuje, że na poezji także można zarobić dobrze, tyle, że na emigracji. W wierszu „Kościół sióstr Klarysek w Kolonii”, czytamy o tym, że poeta nie mógł zrealizować swojej chęci pomodlenia się w kościele, pewnego nieokreślonego sobotniego wieczora, gdyż kościół, do którego się wybrał był zamknięty. W „Prześlicznej kominiarce” opisuje przegląd komina i pieca, którego dokonała kobieta. W Polsce przyzwyczajeni jesteśmy jeszcze do rozgraniczenia płciowego wśród wielu zawodów, o których mówimy, że są tradycyjne. Nie wyobrażamy sobie w Polsce, żeby kobiety mogły być zdunami, grabarzami itp. Z wiersza „Ballada polonijna” dowiadujemy się, że miastem dobrze zaopatrzonym w polską prasę i kuchnię jest Kolonia. Czytanie polskojęzycznej prasy w Niemczech jednak przynosi pewien dysonans, gdyż w Niemczech dyskusje w polskiej prasie, nagonki i rewizje czyli „gazetowe jady” są nie zrozumiałe, bo polonii niemieckiej niepotrzebne. Stąd wiersz się kończy przewidywaniem, że pewnie Polacy w przyszłości w Niemczech będą czytać wyłącznie „Frankfurter Allgemeine”. Dowiadujemy się z „Pana P. przerwy w podróży” o możliwości oglądania w niemieckich hotelach, w telewizji filmów pornograficznych.

W „Przerwie w podróży” oprócz perspektywy polskiego emigranta w Niemczech, także mamy perspektywę polskiego emigranta z Niemiec, który przyjeżdża do Polski, czyli swojej ojczyzny na 3 tygodnie. I od razu jak w „Może się to zmieni”, uporządkowany, niemiecki świat, zmienia się w chaotyczny polski. Poeta mimo, że deklarował w jednym z wierszu, że nie będzie się na nic żalił, utyskuje, że ma do „zapłacenia trzy różne podatki”, ludzie, którzy od niego coś pożyczyli, nie kwapią się z oddaniem. Poeta konstatuje, że ma problemu z pieniędzmi i „Na razie / lgną do niego zgryzoty”. Powrót do Polski, dla przebywającego od lat w Niemczech, mężczyzny po 50-e to powrót do zgryzot. W dalszych wierszach widzimy opisywanie śmierci znajomych, pożar Olsztyna, zainteresowanie życiem celebrytów, z pozycji nie bycia celebrytą. Trochę niepotrzebny jest ten wiersz „Z życia wyższych sfer”, który podobny jest w klimacie do wierszy Marcina Świetlickiego o jego znajomości z Dorotą Masłowską. Tu czytamy o lekturze popkulturowej „Vivy” przez podmiot liryczny i informacji o tym, że Wojciech Kuczok jest razem z Agatą Passent! Kolejny raz Piaszczyński odgryza się ojcu, że „celebrytka wybrała pisarza” i jednak literatura coś znaczy. W tym wierszu Piaszczyński stępia polemiczne ostrze, gdyż takie artykuły w „Vivie” to codzienność w takiej prasie, a takiej gazety jak ta nie mają żadnego znaczenia dla rozwoju polskiej literatury. Za 50 lat możliwe będą potrzebne przypisy w takich wierszach jak w tym wspomnianym przeze mnie przed chwilą, ponieważ nikt nie będzie pamiętał kto byli ci sławni autorzy. Ostatnie kilkanaście wierszy to nieco słabsza część książki, gdyż &frac34; wcześniejsze to dosyć ciekawa poezja i na wysokim poziomie oszczędności poetyckiego słowa.

Piotr Piaszczyński. Przerwa w podróży. Nowa Ruda : Mamiko, 2014
Mateusz Wabik





Paciorki samotności. O poezji Izabeli Iwańczuk z tomu „Perły wieczne”.


Człowiek tyle razy umiera,
ile razy traci swoich bliskich.

Publilusz Syrus

„Perły wieczne” to czwarty tomik mieszkającej w Słupsku poetki Izabeli Iwańczuk. Poetka debiutowała jeszcze w latach 90-tych w kwartalniku „Wyrazy”, wcześniej wydała następujące tomiki wierszy: „Róża frasobliwa” (2000), „Koperta bieli” (2006), „Lunatycy” (2008). Myślę, że w przypadku nowej książki każdej mniej znanej poetki, czy w przypadku mniej znanego poety warto przytoczyć na początku recenzji tytuły poprzednich tomów, ponieważ nie bycie znanym w przypadku twórców poezji jest zjawiskiem częstym, gdyż nie wielka grupa poetów zabiega o bycie popularnym. Poza tym trzeba zaznaczyć, że omawiany tomik nie jest tomem pierwszym, że to już kolejna książka przynosząca kolejne radości, ewentualnie kolejne zmartwienia. Bycie nie znanym na szerszą skalę wśród poetów nie jest przypadłością, nie jest niczym wstydliwym. Ponieważ poeci szanują bardziej obieg literacki, przedostawanie się poezji do gazet codziennych i mediów, nie jest wyróżnikiem dla nich jakości. Muszę także wspomnieć o tym, że w moim przypadku lektura „Pereł wiecznych” to pierwsze spotkanie z poezją Iwańczuk.

„Perły wieczne” składają się z dwóch części. Pierwsza zatytułowana jest „Tren wiary”, zaś druga „Wołacz miłości”. Pierwszą część rozpoczyna motto „tren jak Ren/treść jak Terenia”, co na pewno wprowadza żartobliwy kontrast do powagi wierszy, na co zwraca tytuł. Ten tytuł pierwszej części tomiku „Tren wiary” wprowadza nas w poważny nastrój, może wydawać się, że umiera tu wiara, a poetka pisze elegię dla własnej zmarłej religijności. Nie, chodzi tu o pisanie po śmierci bliskiej osoby – matki. To są treny po katolicku za kogoś, a nie polemika z religijnością. Iwańczuk wspomina często matkę, która odeszła: „nie umarłaś jak Chrystus / lecz w moich latach chrystusowych” // kochasz mnie jak Matka Jezusa // zbawiasz moją poezję” jak w wierszu „Analogie”. Pamięć o zmarłej matce jest dla poetki czymś bardzo ważnym, czymś przynależnym rytuałowi pisania, dzięki pamięci o zmarłej osobie – poezja pisana przez autorkę „Kopert bieli” staje się duchowo czysta, precyzyjna i krystaliczna. Są to wiersze bardzo smutne, ale i delikatne. W wierszu „W kolejną rocznicę śmierci” deszczowa zima porównana jest do mszy odprawianej w intencji zmarłej: „przemodlona deszczem zima / spływa mszą w twojej intencji”. Czuje się w tej części wszechobecność zmarłej matki, kontakt duchowy pomiędzy żywą córką, a nią, tu jakby narasta świadomość w podmiocie lirycznym, że życie biegnie ku śmierci.

W drugiej części pt.: „Wołacz miłości” mamy do czynienia z liryka miłosną. Mamy w tych wierszach sporo zmysłowej bliskości - „teraz kluczę opuszkami / po twojej skórze” („Jechaliśmy razem”), „zamykasz usta namiętnym językiem kosmosu” („Smykałka”). Ukochany poetki nie jest tylko adorowany zmysłami, poetka porównuje go do anioła, jej miłość zyskuje wymiar religijny: „ze skrzydeł ciebie / nigdy nie rozbiorę” („Kochany”). W innym wierszu „E – miejsca”, miłość fizyczna dwojga ludzi jest porównana do lektury: „otwieram się czytasz mnie całą / z kropeczkami ciała / przecinkami mnie piszesz”. Stosunek między kochankami jest porównany do aktu lektury, kobieta jest książką, mężczyzna czytelnikiem. Tu zwraca się uwagę na znaki przestankowe. Podobny motyw jest także w innym wierszu. W „Wobec krytyki” ponieważ i w nim miłość jest porównana do lektury, bliskość dwojga jest czymś w rodzaju czytania listów do siebie nawzajem: „czytamy siebie wzajemnie jak listy / Osieckiej do Przybory”.

Wiersze Iwańczuk od strony formalnej przypominają trochę wiersze Halina Poświatowskiej, która zawierała w swoich krótkich wierszach maksimum uczucia. Iwańczuk jest bardziej powściągliwa, ale podobnie jak Poświatowska używa często zaskakujących porównań, czy innych środków artystycznych, z którymi nie przesadza, do wyrażenia uczuć. Czasem zdarzają się Iwańczuk chwyty formalne będące grami słów bliskimi lingwizmowi i awangardzie jak w „Zaduszkach”: „ciało woskiem zastygłe / rumień duszy duszny”, czy w tytule wiersza „Zagadeńko zagadaj”. Także czasami zamiast wyrażenia uczucia, widzimy w wierszach Iwańczuk sprawdzanie możliwości tekstotwórczych języka, badanie tekstury wierszy. Z odnośników kulturowych słyszymy w poezji Iwańczuk muzykę poważną, ale nie tylko. W „Mistrzu” poetka spostrzega nie przystawalność życia i muzyki poważnej – „gra z życiem / nie naśladuje Chopina”, w wierszach Iwańczuk znajdujemy także postaci biblijne, w „Pomniku miłosnym” - „Verdi sen kładzie na sosny”, w „Wieży” – ukochany i ukochana „odgrywają scenę z Szekspira”, a w „Kochaniu” czytamy o kwiecie, który „pachnie miłością / za tobą jak za Mozartem”. W wierszu „Czy” dochodzi do zamiany płci, w nim Chopin jest kobietą, a Sand mężczyzną. W „Akcie tworzenia” mamy Rubensa i Petrarkę. Jak widać poetka celebruje pewien model kultury jeśli chodzi o nawiązania mamy tu tylko postaci z kultury wysokiej. Przez te nawiązania liryka Iwańczuk jest bardziej chłodna niż Poświatowskiej.

Propozycja Iwańczuk jest nietuzinkowa, jakby osobna. Nie wpisuje się ona w lingwizm współczesny, choć czasem korzysta z jego osiągnięć. Poezja z „Pereł wiecznych” jest chłodna i zdystansowana. Jednakże w niej za maską pseudonimów znajdują się uczucia, a nie poezja intelektualnych dywagacji, gier i zabaw z czytelnikiem. Bliska i zarazem daleka jest poezja Iwańczuk doświadczeniom Poświatowskiej, ale tak jak jej twórczość tak poezja Słupczanki jest skondensowana. Tylko panuje w tekstach obu pań różna temperatura.


Izabela Iwańczuk, Perły wieczne, Nowa Ruda 2012

Mateusz Wabik





Obyś uczył filistrów


     Obyś uczył filistrów pisać! - tak powinno brzmieć nowoczesne przekleństwo rzucone za plecami młodego twórcy, który powinien się spodziewać, że tak właśnie skończy - o ile, rzecz jasna, odniesie sukces i stanie się postacią dosyć stateczną, aby powierzono mu uczenie kogokolwiek. W moim wyobrażeniu twórca, bez względu na wiek, płeć, pochodzenie etniczne i społeczne, powinien być zasadniczo nonkonformistą, to znaczy nie zgadzać się na zastany status quo i szukać dziury w całym, buntować się po prostu najpierw z racji własnej niewygody w tym, co zastane, żeby jednak z czasem, w sposób nieunikniony, nabyć, czy też wzbogacić się o większą wrażliwość i współczucie. Myślę, że tak wygląda naturalny rozwój – jeśli nie ma prawdziwego buntu, nie ma też prawdziwej wrażliwości, wszystko jest niby być może na swoim miejscu, ale jest makietą, jest udawane.
     Zapewne jakieś chroniczne wewnętrzne niepogodzenie, jakaś malkontencja towarzyszyła mi w moich wyjazdach do Krakowa, gdzie uczyłam słuchaczy Studium Literacko-Artystycznego, także i tych, których prace prezentowane są w obecnym zbiorze. Najpierw dlatego, że nie udało się z przyczyn programowych ustanowić tego rytmu, który pozwala na spotkania w miarę regularnych odstępach czasu, a zatem na stworzenie warunków dla tego, co nazywam procesem, a co jest pracą grupową, a raczej postępem w tej pracy, rozpiętym w czasie. Ale gdy przez jakiś czas udało się coś takiego osiągnąć, okazywało się, że niewiele z tej magii, która czyni „niemożliwe możliwym” stać się może. Dlaczego?
     Najpierw dlatego, iż sądzę, że pracy nad tekstem, oraz nauce technik narracyjnych towarzyszyć musi poważna praca wewnętrzna, że ten, kto chce dobrze, uczciwie i porządnie pisać (co znaczy, że może kłamać ile wlezie, chodzi mi zaledwie o jakąś zasadniczą rzetelność wobec siebie i słowa), powinien wyzbyć się na początek wszystkich swoich nawyków i przyzwyczajeń (a jak raz oswoi się ze stanem wewnętrznej niewiedzy, to potem wyzbywać się ich co jakiś czas, choćby były najporęczniejsze) i wstąpić, że tak powiem, nagi i niczego nie posiadający w obszar ewentualnej swojej twórczości.
     Ale to jest oczywiście zupełnie niemożliwe w warunkach uniwersyteckich. Nauczyciele mają swoje przyzwyczajenia, studenci swoje, uczymy więc formułek narracyjnych i jesteśmy zadowoleni, jeśli studenci je absorbują. Jeśli nie jesteśmy filistrem z natury, to stajemy się nim na czas wspólnej nauki - ta sama reguła odnosi się do nauczycieli, jak do studentów, niestety. Z czasem doszło do mnie, że nie muszę dokonywać nadzwyczajnych przemian wewnętrznych w materii klasy – czy choćby w tym kierunku myśleć – że jeśli będę wykonywać swoje minimum socjalne nauczyciela, czyli robić to, co robią wszyscy – to będzie całkiem dobrze.
     Ze mną jest jednak tak, że o ile doświadczenie mnie nie wzbogaca (wewnętrznie, wybaczcie ślepe przywiązanie do wartości niewymiernych), to mnie zubaża, jeśli skutkiem jakiejś interakcji nie staje się rozumniejszą, pełniejszą osobą, to jak dla mnie całej tej interakcji mogłoby w ogóle nie być.
     Dlatego zaskoczona się czuję, widząc, że plon takiej niebyłej interakcji może być jednak ciekawy. Trudno mi omawiać teraz poszczególne teksty. Może tylko powiem, że szczerze zaskoczyły mnie opowiadania Grzegorza Iniewicza, który faktycznie przez ostatni rok w Studium nauczył się pisać. Pomiędzy Grzegorzem Iniewiczem z I-go roku Studium a obecnym zaszła wielka zmiana. Nauczył posługiwać się słowem w sposób oszczędny, zdecydowany, a przy tym jakże dyskretny. Jego niezwykłe opowiadania, takie jak „Nazwisko” i „Telefon” stanowią zaproszenie w świat ludzi skrajnie wyobcowanych, którzy za pośrednictwem autora ośmielają się pokazać nam kręte ścieżki i przedziwne relacje zależności, poruszane za naciśnięciem ukrytych dźwigni ich świata. Iniewicz oswoił obcego w sobie i może nawet nie jest to udawane, może autor nie pozuje na kogoś, kim nie jest, żeby nam sprawić przyjemność.
     Co do reszty tekstów niestety nie mam takiej pewności, wydaje mi się, że autorzy i autorki czasem udają kogoś, kim nie są. Sprawniej, lub mniej sprawnie, z większym lub mniejszym pożytkiem. Nie, nie chodzi o to, że piszą o ludziach, którymi nie są, bo to jest raczej największy urok literatury, ale że pisząc o nich udają ludzi, którymi nie są. A coś takiego, na zajęciach, które by mi się udały, byłoby niemożliwe. Co znów nie znaczy, że autor nie ma prawa udawać kogoś, kim nie jest w tekście. Jak najbardziej ma, o ile jest tego świadomy i podszywa się pod nie swoją autorską świadomość czyniąc ją jednym z ważniejszych punktów przedstawionego świata. Ale teraz myślę, że rozwinęła się też Sylwia Kinga Sawicka, która absurd, bliski też innym autorom tego zbioru, udrapieżnia i ukobieca. Jedno i drugie naraz, a przy tym zachowuje (i mam nadzieję, z czasem rozwinie) strukturę czarnego humoru i stylizowane, mroczne decorum. W ogóle dekadencja zdaje się zwyciężać, co widać u Beaty Pokorskiej, po której spodziewałam się, że rozwijać będzie raczej drobiazgową analizę relacji międzyludzkich w zwykłych, na pozór banalnych sytuacjach. A hardcore obyczajowy, jeśli się w prezentowanych tekstach zdarza (Justyna Kowalska), też jest jakiś modernistyczny. (Odnoszę się w tym miejscu do starej i nieaktualnej ponoć już definicji Kazimierza Wyki, która stawia znak równości między modernizmem a dekadencją – proszę, niby nieaktualna, a przecież aktualna). I cóż, i wciąż nie wiadomo, który to z tej interesującej grupy autorów w przyszłości będzie uczyć filistrów pisać opowiadania. Ale przecież naprawdę to wcale nie jest ważne.

                                           Izabela Filipiak
                                           Berkeley, 3 maja 2003







Niezwykłe opisy zwykłego świata z Schulzem w tle. Notatka o poezji Piotra Tomczaka.


       W 2013 roku ukazał się nakładem noworudzkiej oficyny wydawniczej Mamiko - tom wierszy Piotra Tomczaka pt.
"Miłość, miłość, zapałki, książki i ikra”. Jest to trochę dziwne i tajemnicze, że autor, którego znam z dawnych publikacji w prasie ogólnopolskiej jak i wygranego przed laty turnieju jednego wiersza w krakowskim klubie „Pod Jaszczurami” zadebiutował książką tak późno. Ba ma na koncie wiele publikacji i wiele laurów konkursowych. Nie znam odpowiedzi na pytanie, dlaczego dopiero dzisiaj Piotr Tomczak zdołał opublikować pierwszy tom, no chyba, że po drodze przez te wszystkie lata uzbierało ich się trochę, ale strona Mamiko takich informacji nie przedstawia. Piotr Tomczak uprawia poezję, czy uprawiał, w której ważne jest skupienie na tym co się widzi. Poeta opisuje sytuacje w szerokiej perspektywie krajobrazowej, opisuje zapomniane miasteczka, góry, blokowiska, spacery po cmentarzach, samotność, świat omijany z daleka przez media. Jego poezja czasem przypomina niektórymi rejestrami to co pisali w połowie lat 90-tych Jakub Winiarski, Roman Honet, niektóre wiersze Piotra Tomczaka noszą znamiona fascynacji prozą Bruno Schulza. Być może niektóre podobieństwa pomiędzy poezją Tomczaka, a poezją Honeta wynikają z ich wspólnej fascynacji prozą Schulza. Jednakże teksty Tomczaka nie są tak łatwe do zakwalifikowania rodzajowego jak Honeta – niektóre wiersze Tomczaka to raczej drobne prozy poetyckie, albo poezja mocno sprozaizowana.
       Nastrój wierszy z tomu „Miłość, miłość&#8230;” bliski jest prozie Bruno Schulza z tomów opowiadań „Sklepy cynamonowe”, czy „Sanatorium pod klepsydrą”. Jak w poezji Honeta, prozie Schulza, w poezji Tomczaka ważnym elementem warstwy opisowej poezji jest połączenie codzienności, wyglądu miasta i mieszkań z wielkim wyczuleniem na świat roślin: „w domu są bukiety maku ustawione pod jedwabisto zieloną tapetą” („Mak”, str.5), „brama za którą zasychają malwy” („Sfinks”, str. 6). W wierszu pt. „Budynek stojący” ze str. 31 czytamy „tutaj / trwa poezja. W podesłych chwastach, które trwają jak lato. W przeczuciu jesieni”. Wyczulenie na zmiany pór roku podmiotu lirycznego i świat roślin jest bardzo istotny dla poezji Tomczaka. Tak jakby stał się to sednem jego poezji. Tomczak niczym Schulz próbuje uchwycić także zmienne pory roku, upływ czasu za pomocą wyszukanych metafor, niecodziennych perspektyw, zaskakujących epitetów. W „Sklepach cynamonowych” Schulza czytamy: „Nadeszły żółte, pełne nudy dni zimowe. Zrudziałą ziemię przykrywał dziurawy, przetarty, za krótki obrus śniegu” (Bruno Schulz, Sklepy cynamonowe, Kraków ?). W wierszu Tomczaka „Kobiety” jest taki opis: „nocami będą szeptać. Nocami, które drgają jak wargi / nietoperza.” Schulz przydał opisowi dni, epitet oznaczający kolor „żółty”, śnieg nieszczelnie przykrywający ziemię porównywał do przedmiotu - przetartego obrusu. Tomczak skupia się na porach doby, noc zostaje w jego poezji porównana do warg nietoperza. U Schulza natura zostaje jakby poddana próbie udomowienia, z czegoś niemiłego, „żółtego”, staje się czymś znanym i wpisanym w zwykłą codzienność jak „obrus”. W wierszu Tomczaka pora doby – noc, zostaje poddana animizacji, zostaje porównana do części ciała zwierzęcia. Noc przez to porównanie zyskuje znamiona czegoś niezbyt przyjemnego, odrażającego, czegoś co może wystraszyć. W poezji Schulza i Tomczaka dochodzi do wyszukiwania różniących się od siebie metafor i porównań – jednakże charakterystyczne dla obu twórców jest to, że na czasie, jego składnikach dokonuje się różnorakich zabiegów poetyckich. Tak jakby próbowali sprowadzony do zmieniających się cyfr - czas w codziennym życiu jakoś poetycko ująć w mniej abstrakcyjne określenia, jakby chcieli by był bardziej uchwytny.
         W innym wierszu Tomczaka „Miłość” (str. 25) czytamy: „Lato, w nim zawieszony wieczór”. Tym razem pora roku - lato ukazuje się czytelnikowi niczym szafa - przedmiot z życia codziennego, w którym zawieszona jest pora dnia, czyli ubranie. W „Maku” mamy epitet i metaforę „pusta butelka lata”, lato zostaje w tym wierszu porównane do pustej butelki. W poezji Tomczaka wyczuwa się ponadto fascynację turpizmem, naturalizmem i nieco mniej nadrealizmem. Wszystkie te poetyki przenikają się ze zwykłą poetycką warstwą opisową. Jeśli chodzi o naturalizm, a wręcz biologizm jest taki opis czynności pewnej kobiety W „gwieździe” (str. 14): „tam wydala z siebie kał, mocz, krew”. Dużo w „Miłości&#8230;” jest opisów śmierci. Stawanie się, dojrzewanie – „nerwy muszą być na wierzchu” („Do Damaszku”, str. 7) jakby jest ukazane w perspektywie śmierci. Są w tomiku Tomczaka opisane spotkania z kobietami – rozmijanie się upodobań i rzeczywistości: „Kiedyś kochałem kobiety o ostrych rysach twarzy, a ta tutaj ma miękkie i tępe.” („Widok”, str. 8). Także ich opisy. Podobnie jak w poezji Honeta krajobraz w poezji Tomczaka zostaje poddany organicznej antropomorfizacji, czytamy np. o „jelitach budynków” („Zaprzedanie”, str.9). Pod koniec tomiku "Miłość, miłość, zapałki, książki i ikra” nastrój tekstów się zmienia. Ustają antropomorfizacje, wzruszenia cmentarzami, stypami, śmiercią. Język staje się bardziej zdawkowo-informacyjny.
       Na pewno tonem, metaforyką tom Tomczaka wyróżnia się spośród wielu ukazujących się dzisiaj książek poetyckich autorów przynależnych do rozmaitych pokoleń literackich. Czuje się to, że jest przynależy do innych czasów, poezji najmłodszego pokolenia sprzed wielu lat. Na pewno oprócz podobieństw do poezji Honeta, czy prozy Schulza, Tomczaka ton nieco się różni od ich poetyk. Tomczak mimo używania całego bogactwa środków artystycznych, raczej nie buduje wielopiętrowych metafor, jego wiersze nie są zagmatwane, jego język metaforyczny przemieszany jest z prostym tonem informacyjnym. W poezji Honeta kolejne linijki wiersza ukazują różne zdarzenia nie następujące po sobie, ale dziejące się w tym samym czasie. Zaś w poezji Tomczaka są opisane jakieś sytuacje zgodnie z logiką następstw kolejnych minut, godzin. Jedynym drobnym mankamentem poezji Tomczaka jest prymat niezwykłych opisów nad zdarzeniami, z których nie buduje się jakaś większa poetycka fabuła. Nie było to na pewno zadanie, które postawiłby przed sobą, poeta. Po prostu Tomczak ukazuje zwykłość wpisaną w dobrze namalowane i pocięte przez znaki przystankowe wiersze. Wypada stwierdzić, że Piotr Tomczak wydał całkiem dobry tomik wierszy. Takich nasyconych środkami poetyckimi tomików tak charakterystycznych dla debiutanckich tomików autorów z pokolenia roczników 70-tych dzisiaj nieco brakuje.

Piotr Tomczak. Miłość, miłość, zapałki, książki i ikra. Mamiko, 2013

Mateusz Wabik





ARKADIUSZ KREMZA I JEGO „PUKANIE ZIEMI”


       Arkadiusz Kremza poczęstował nas swoimi spostrzeżeniami, a raczej odczuwaniami w kolejnym tomiku poezji pod tytułem: „Pukanie Ziemi”. Utwory w nim zawarte nie są łatwe w odbiorze, nie czytają się płynnie, nie szemrzą i nie szepczą, raczej gryzą i drapią. Wiersze Kremzy powodują, że odbiorca czuję się zaintrygowany i niecierpliwie szuka pointy, która wcale być nie musi, aby uwiarygodnić ich poetyckie bytowanie.
       Autor w swoim tomiku krąży wokół trzech podstawowych, choć okrytych patyną to rodzonych wciąż na nowo, obszarów ludzkich przemyśleń, a raczej obaw: Boga, Czasu, Człowieka. Można by się nawet pokusić o wskazanie u Kremzy (autor się bowiem pokusił), polemiki, czy Człowiek udowadnia istnienie Boga, czy sam jest dowodem Jego istnienia, czy też Bóg jest Czasem poprzez wieczne trwanie i czy te trzy elementy egzystują nierozerwalnie? Jak mówi Kremza :”(...) ślizgamy się po powierzchni. I teraz zmienia się kąt patrzenia.” Człowiek u Kremzy jest skazany na własną cielesność, na przemijanie. Jest pogubiony, ale nie zagubiony. Zdając sobie sprawę, że jest tylko trybem w boskiej machinie, jest świadomy także tego, iż należy czerpać z możliwości jakie mu dano...jak najszybciej, do utraty tchu. Jest refleksyjny, ale i zdezorientowany...Jedyne co wie na pewno, to, że wszechpotężny Czas niczym szczególnym go nie wyróżni i upłynie jak miliony poprzednich istnień, może więc tylko drżąc pytać „Jest co jest?”, ale jak jest tego już nie wie...Co robi więc biedny człeczyna, padając w modlitwie na kolana, zwracając swą zafrasowana główkę ku Górze...pociesza się oczywiście:
„ (...) Ale co tam. Liczyć należy
Na dwa Wyjścia. Czyściec poza nawias”.
Jednak póki co, mówi do nas autor, jestem tylko człowiekiem i mam niezbywalne prawo do bycia z drugim człowiekiem, jeżeli nawet nie za pomocą miłości, to cielesności na pewno. Kremza częstuje nas zatem, umownie nazwijmy je, „nowoerotykami”, pisząc delikatnie:
„(...) Ty. Ja. Każde słowo ma swój
Wyjątkowy kolor. (...)
To właśnie jest teraz.(...)
Wszystko co w nas i przez nas.”
Pisze też bardziej dosadnie:
„(...) Kopulacja jeno bo nie
miłość. Pusty wytrysk i poranek bez ciepłej kawy i tostów.”
I dochodzi do wniosku:
„Teraz dopiero udawać możemy głupich.
(...) Coś musi pęknąć. Komuś trzeba wypić
ten niedojrzały zacier.”
       Wsłuchując się w „Pukanie Ziemi” dojść można do wniosku, że cały ten ludzki zgiełk czemuś jednak służy, jak choćby temu, że przez pięć czaso -boskich minut uczestniczymy w „radości i jaskrawo połyskujących jak cukier podnietach”, więc mimo strachu krzyknijmy: carpe diem”!

Arkadiusz KREMZA.
Pukanie Ziemi Mamiko,2007

Ewa Żeberkiewicz





"Mikrotony" Pawła Tańskiego. Impresja



             dzwony nienasycone kołyski muzyczne / wspominać wspominać zapominać
                                                             Józef Czechowicz


     Poetycki przester Tańskiego wydaje się zrazu rozregulowany, ale muzyka wiersza lubi zwodzić na manowce, pomieszać czytelnikowi w głowie. Ale po kolejnym odsłuchu Mikrotonów między ich tonacjami melodie rozgrywają skrytą półtonami partię dźwięków. Czyste brzmienie: słowo wydarte milczeniu, kruszeje ciszę. „rzuciła go po ciepłym dniu / otarłszy ostrze o zmierzch i o ruń / rzuciła go wiosenna noc pogodna / sobie do nóg / pod toruń”1.
     „Szarpanie” się z rzeczywistością by pozbierać z pracujących na nią dni wygodne dla siebie posłanie. Brać się za barki ze smutkiem, który zawsze może zawitać w nas chorobą bycia sobą (i nikim więcej), farbując wszystko na czarno:

odsłoń rolety, spójrz za okno,
nie daj rozpaczy oczu dotknąć.
raz jeszcze ciało swoje przymierz.
pasuje? no to dzisiaj żyjesz.
i tak rozpocznij dzień kolejny.
prysznic, śniadanie. Koniec

wojny

     Wytłumić się na ciągły przepływ, na gonienie w nieuchronne. Rozsiąść się w ciszy, w pokoju, gdzie kąty składają się na symetrię porządku, z którym chciałoby się być za pan brat.
     Wyobraźnia jest przestrzenią gdzie codzienność napotyka poezje (szalonych kroków naszej krzątaniny), i odtąd trwają w zapatrzeniu przeglądając się w sobie gdy słońce wschodzi, zapada. Poeta nadbiega z oddali, z tamtych dni. Znaleźć w przemijaniu przyczółek swoich jasnych poranków, które składały się na wzór uśmiechu – naiwnie od ucha do ucha:

świt się jeszcze ociąga. spotkam
tego chłopca, którym byłem.
tam na wzgórzach, w ogrodach.
biegałem, śpiewałem.
myślę o moich godzinach
szczęśliwych, mój pokoik jest jasny

jak wnętrze żółtego tulipana

     Dokarmiać wciąż dziecko w sobie, którego apetyt rośnie kiedy się odeń szybciej oddalamy. A ty się idź je-bać billy i ty, joe, ale niech się wióry nie sypią, niech odsapnie tartak. Bo szaleństwo to też metoda bycia sobą kiedy inni postradali zmysły – mówi nam wierszami Tański – odeszli od siebie bez reszty, poszli na długi spacer z którego psy wróciły same. Sen jak rozlana kawa. takie buty:

a to takie buty co nosił stary dexter nim go powiało
za dupę maryni. nie patyczkuj się tak.
ty stary świrze. pościel wyro.
zdejmij buty.

i skacz
     Patrzeć znaczy płynąć, widzieć słowami. Być tuż, tuż. Spojrzeniem polerować wierzchnie odzienia rzeczy, rozebrać świat do naga jak kobietę – wprawnie i pewnie i oddać się w ręce zguby. Tyle z tobą świata ile go przy sobie zobaczysz. Bierz poetycki łom i wyłamuj drzwi do rzeczywistości, aż puszczą zamki a napotykany niegdyś opór pozostanie jeno czułym wspomnieniem. „Zaryglowani” w sobie ludzie mijają się w spojrzeniach. Wciąż niepełni, bo ciągle wychodzą na świat by znajdować drogę do siebie:

patrz. przede wszystkim patrz.
schodź w sukienki. czarne wody
ciała. wsłuchaj się w czarne suknie.
słuchaj. przede wszystkim słuchaj.
i nie zbieraj maków.
bo w nocy czas będzie skamlał.
jak pies u twoich
czarnych wód.
a ty wciąż słuchaj i patrz.
może czarne wody
zaproszą do wirów.
na brzeg wypłynie wysoka
smukłonoga dziewczyna.
zaproś ją do
świata gdzie patrzeć
znaczy

płynąć

     Poszycie łąki będzie nam schronieniem – powiada Tański – szytym na miarę. Drzewa dają cień, by zapomnieć o własnej (przy sobie) szarej postaci z nieobecności. Staw będzie lustrem, które wygładzi czoło, mech posłaniem na którym spocznie biedna, siwa głowa bo taki jej los. Teraz wyciągnięta ku nam ręka chłopca, dzięki któremu idziemy ku górze:

układamy z traw
mowę popołudnia
głos kontemplacji
alfabet sensu
to nie mowa trawa
lecz mowa wędrowania
gdy trzymam w dłoni
dłoń
sześciolatka
patrz jaką fajną drogę wybrałem
mówi
i mknie

pod górę



[Bartosz Suwiński]

Bartosz Suwiński





Anna Dwojnych, gadu - gadu, Mamiko, Nowa Ruda 2011



Gadu Gadu - taki tytuł nosi tomik autorstwa młodej Anny Dwojnych, wydany nakładem wydawnictwa Mamiko z Nowej Rudy w 2011 roku. Tak samo najważniejsza staje się relacja między bohaterami wspominanych tutaj wierszy płockiej poetki. Utwory Dwojnych karmią się rzeczami i czynami,które opisują, a także pozwalają się wyżywić im samym naturalnym pokarmem. Stają się tutaj nagrodami pieniężnymi, lodami, bananami, włosami, akrylami rozdrapującymi banknoty, obłokami coco chanel, czyniąc przy tym wielkie zamieszanie.

Ślady max factora na rzęsach, fałszywych apostołów, staruszek mieszkających na ławkach; własnych, złych intencjach; intuicji - która jest praprzyczyną bólu, jaki musi znosić podmiot liryczny wiersza, należą do świata rzeczy i idei. Możemy przyjrzeć się podobnym zmaganiom tutaj: gdy zgasła gwiazda/przez minutę było ciemno//następne wieki/upłynęły/na błyskotliwej jeździe tramwajów/śmiechu postępowych dzieci/ i czytaniu/bieżących gazet//(„21:37”).

W wierszu pt. „Behemot obgryza mój zeszyt z historii a salezjanie nie interweniują” zajmującym jedną stronę, poetka pragnie przekazać, najbardziej wartościowe wydarzenia ze swojego życia. Chce przekonać czytelnika, że nie tylko historia, ale także teraźniejszość są dla ludzi bardzo ważne.

Refleksja nad życiem studenckim, samobójcami, kochankami podmiotu lirycznego, nad internetowymi stronami, czyli pełną anonimowością prowadzi do wniosku, że: nisza rynkowa wyraża zapotrzebowanie/na wirtualne spowiedzi czy sprzedaż na allegro/niechcianego dziecka/siebie// („www.instant.com”, s. 16).

Niniejszym, podkreślam fakt, iż poetka stara się przekazać czytelnikowi to, co najbardziej jej osobiste i bliskie. Nie ma nic do ukrycia. Czuje potrzebę opisania swoich wątpliwości. Anna Dwojnych przekracza więc pewną granicę, którą każdy z nas wahałby się przekroczyć. Okazuje się, że to, co osobiste, najbardziej wartościowe może zacząć przynależeć do innych, obcych sobie ludzi. Właśnie o tym informuje nas poetka: raz na jakiś czas/można nieźle zarobić//na zdjęciach/anegdotach/zniczach//i śmierci// („ Biznes”, s. 17).

We wszystkich tych utworach znajdujemy się bardzo blisko podmiotu lirycznego. Przypatrujemy mu się z bliska, gdy rozmawia z kimś bliskim o komunikatorze gadu - gadu, który jest tutaj pośrednikiem wymiany myśli między dwojgiem ludzi, jest programem, który czuwa nad słowami, logiką zdania, emotikonkami.
Komunikator gadu - gadu, w dwudziestym pierwszym wieku, staje się częścią naszego życia, czasem niektórzy z nas nie potrafią się bez niego obyć. Komunikator jest jak choroba, przywiązanie, hobby. To czasem nasze drugie ja, wewnętrzne ego. Często komunikator pozwala nam się oswoić z kimś, kto jest po drugiej stronie monitora. Pozwala na świadome reakcje organizmu. Wiemy przecież, że w rzeczywistości wirtualnej można stworzyć naszą drugą osobowość; być tym, kim się nie jest w rzeczywistości, nie pisać prawdy o sobie.

Komunikator, jak się okazuje, może łączyć, ale też dzielić ludzi. Poetka pisze: widzisz Kruku/kiedy w wymianie najważniejszych słów/pośredniczy komunikator gadu - gadu/nie śpi się z kobietami dla przyjemności/ale dlatego żeby opowiadać o tym kolegom/ („ Edgar Allan Poe ogląda reklamę Calgonu”, s. 18).

Ale przede wszystkim poprzez komunikator zostaje skrócony dystans między rozmówcami. Anna Dwojnych wybiera tę formę porozumiewania się, gdyż jest ona im najbliższa, najbardziej prosta w obsłudze i wymianie zdań. Staje się programem pełnym intymnych zwierzeń, jak tutaj: zobaczysz że pewnego dnia/nas nie będzie/ja będę przecinkiem/między tobą z wczoraj a tobą z jutra/ty zgubisz się pomiędzy wersami//zobaczysz/zepchną nas na margines/prozy// („ Proza życia”, s. 19).

Wiersze Anny Dwojnych stają się tutaj przejściem między sztuką współczesną a smsami. Są mostem łączącym różne światy: rzeczywiste i te komputerowe. Można by powiedzieć irracjonalne. Poetka dociera do najciemniejszych zakamarków ludzkiej duszy, o czym świadczy motto z Witkacego, otulające cały tom wierszy, będące wyznacznikiem jej poetyckiej drogi. Ta głębia, o której mowa w mottcie uruchamia wyobraźnię twórczyni gadu &#8212; gadu. Odzwierciedla jej stan duchowy w danej sytuacji życiowej.

Świadomie naprowadza na swoje inspiracje. Witkacy, Egdar Allan Poe, Giovanni Boccaccio, Donne, warianty romantyczne z Daniele Steele, twórcą Don Kichota, Sylwia Platch, Safona, to tylko niektórzy z wymienionych w tomiku źródeł natchnienia poetyckiego: ostatnio bawię się/w Sylwię Plath albo Safonę/jeśli wiesz co chcę powiedzieć/ mogę napisać Ariela//teraz/gwiazdy nauczyły się szeptać// („ ***”, s.37).

W jej wierszach znajdujemy słowa - klucze i słowa - wytrychy, które pozwalają nam otworzyć się na poezję współczesną. Takim słowem jest np. słowo - chuj. W tekście zatytuowanym „ Mamie” Anna Dwojnych nie kryje fascynacji sztuką współczesną i dziwi się swojej mamie, która: nie lubi artystów/i nie rozumie idei zastosowania słowa chuj/w poezji współczesnej/wolałaby uniknąć/ braku wyższego wykształcenia u potencjalnego zięcia/ale//która inna matka potrafiłaby o 1.00 w nocy/pojechać na dworzec po nowego chłopaka córki/przynieść mu koc do jej pokoju/i następnego dnia/o nic nie pytać// („Mamie”, s. 40).

Zdumiewają ją takie słowa - klucze, słowa - wytrychy jak: dworzec, pokój, noc, pistacje, fioletowe sukienki, pociągi, drzewka herbaciane, palmiarnie, bezwstydne kaktusy, lato, wiatr, chaos deterministyczny. Obok nich pojawia się fenomen przemijania kolejno następujących po sobie miesięcy: listopad (albo czekanie na listonosza, wrzesień zdmuchujący dzieci, zerwanie księżyca w lipcu. Potem kolejny nieziemski „odjazd”: Carlo Rossi, Gainsbourg, Bukowski. Takie fenomeny są ślepymi rybkami, cin cinem, wahaniem temperatur. Są zawsze czymś, co narusza pewną rzeczywistość, pewien pejzaż, pewną strukturę. Są czymś, po czym, zostają w duszy polarne niepokoje, dreszcze i perły na szyi.

Anna Dwojnych jest poetką twardego stąpania po ziemi, poetką rodzącą się od nowa, zawsze o różnych porach dnia i roku w sprzyjających, meteorologicznych i postromantycznych warunkach. Ma tylko jedno,ale realne pragnienie: niech nic co zwierzęce/nie będzie nam obce// („Widziałam film przyrodniczy”, s. 31). I miejmy nadzieję na jego rychłe spełnienie.

Anna Dwojnych, gadu - gadu, Mamiko, Nowa Ruda 2011
Daria Dziedzic





Sardynka. Kornel Maliszewski, Mamiko, 2014



           Nie jestem w stanie dojść do sedna, odkryć kwintesencji „Sardynki” Kornela Maliszewskiego. Aczkolwiek udało mi się to podobno w przypadku „Wintro”. Poprzedniej książki pisarza. Dzięki temu, dzięki krótkiemu esejowi o „Wintro” miałem przyjemność przeczytać
„Sardynkę”. Otrzymałem ją jakiś czas temu pocztą wprost od autora. Prawie od razu rzuciłem się do czytania. Byłem ciekawy, co Maliszewski znowu mówi o Polsce w kolorze czarno-białym? Pozwoliłem czasowi płynąć. Tekst o „Sardynce” miał się wykluwać, pokazywać za rogiem, odkrywać kolejne linijki, układać. Nic z tych rzeczy. To, co się ukazało tuż po lekturze, zostało. I niczego więcej wyobraźnia nie dokooptowała. Chyba wstyd. No bo w końcu jak to? Zmierzyć się z książką i przegrać? Nie wiedzieć, co się przeczytało? Żyć z tą świadomością? Co mi zatem przyszło do głowy? Co się objawiło i nie potrafi opuścić, ani dopuścić żadnych innych myśli, pomysłów? Tytuł powinien brzmieć nie „Sardynka”, ale „Sardynki”, bądź „Puszka sardynek”. W oleju, albo oleju i pomidorach, leży kilka zgniecionych sztuk. Ruch widelcem i zaczynają się mieszać drobne ości, ogony, oczy wpatrzone w cienki metal. Wydaje im się, że się ruszają, pływają, przemieszczają się. Że żyją. W powolnym ruchu oleju. W ruchu, który powoduje ktoś inny, palcem, widelcem. Sardynka jest skazana na mieszkanie w puszce. Jak kawalerka w bloku z wielkiej płyty. Jak mieszkanie komunalne ze wspólną ubikacją na korytarzu. Chyba że ma szczęście i przypadkiem zostanie pomylona z welonem i ktoś wrzuci ją do akwarium. Jak Anastazję. Ale czym się różni puszka od akwarium czytelnicy dowiedzą się z opowieści Sardynki, zaczynającej się na setnej stronie. A raczej jaki przygnębiający jest brak różnic między podmiejską willą a jednopokojowym mieszkaniem. Sardynki mają w charakterze ucieczki. Wyskakują wówczas z puszek i akwariów, z ciasnych mieszkań i przestronnych willi ciasnych obyczajami. Od lat powstają o nich książki. Znamy je bez wątpienia. To „Lot nad kukułczym gniazdem” i kilka innych powieści Keseya, „W drodze” Kerouaca, „Zen i sztuka oporządzania motocykla” Pirsiga, parę krótkich opowieści Hessego z „Podróżą na Wschód” na czele&#8230; Dlaczego te tytuły przychodzą na myśl od razu? Nie bez kozery oczywiście. Przecież narrator, alter ego autora, daje swojemu bratu, Kamilkowi, w prezencie „W drodze” Kerouaca, zapraszając go w ten sposób do&#8230; wspólnej drogi. Lecz jakże to jest przewrotne! Ta droga nie jest wyzwoleniem od drobnomieszczańskiej obyczajowości, czy nowobogackiej obłudy, lecz wyrwaniem z komputerowo-pornograficzno-narkotycznego obłędu. A żeby było bardziej obłędnie, to prawie jak u Williama S. Burroughsa: czym się strułeś, tym się lecz! Zapewniam, to jedna z lepszych scen w książce. Starszy braciszek zaś jest w drodze. Na drodze, jak kiedyś mawiano. Brodzi w oleju i pomidorach, próbując przekroczyć granice aluminiowej puszki. Gdybyśmy szukali tutaj manifestu beatników dwudziestego pierwszego wieku, to lepiej nie zaglądajmy do powieści. Tak jakby u Smarzowskiego szukać czegoś innego niż krzywego zwierciadła brudu i smrodu. Jak u Barei smutnej ironii. Maliszewski jak i oni, na swój młodzieńczy (?) sposób mówi „Oto Polska właśnie”, choć równie dobrze może to być każdy inny kraj świata. Maliszewski jakby troszeczkę, tak zza rogu, zza kurtyny strzela półsłówkami, pół-zdaniami w to, czym żyjemy. Nawet trudno wymienić, bo trzeba byłoby decydować się, co wybrać. Telewizję? Reklamy? W zasadzie wszystko, co rządzi naszym czasem wolnym, gustem. Co nas uwstecznia, oddala nawet od namiastek kultury. Pisarz wyje: brodzicie w gównie! Pokażę wam młodego człowieka. Bez względu na to, czy pracuje, czy nie. Czy studiuje, czy naciąga starsze babki na seks, bądź pieniądze. Czy na etacie, czy dorywczo. Brodzi w oleju, w ekskrementach. Kloaka nas wciąga. Drobnomieszczańska. W końcu nie będziemy mieli nawet siły wyciągnąć ręki i zawołać o pomoc. Będziemy się tylko przyglądać. Zza łopaty, znad monitora. Sardynki śmierdzące olejem. A dla lepszego samopoczucia okropione sokiem z cytryny. Gdzie jesteś nadziejo? Wiaro jakakolwiek? A znaleźliśmy je u Smarzowskiego? Nie. Tylko się głupio śmiejemy. Wydaje się nam, że rechoczemy z tego, co na ekranie, co na kartach powieści, lecz przecież śmiejemy się z siebie. Bądź odwracamy się z niesmakiem uważając, że to zbyt brudne, zbyt dosadne, bez słownika terminów literackich, bez koncertów brandenburskich. Lecz to właśnie my. Wóda, papierochy, bluzgi i uzdrowiskowo-sanatoryjne koncerty, które rozbawiają już nie tylko kurorty, ale każde miasteczko posiadające amfiteatr.

Maliszewski Kornel. Sardynka. Nowa Ruda : MaMiKo, 2014
Jerzy Lengauer





Instrument Podlenia Narodu- słów kilka o IPN-ie Jacka Ostrowskiego


       IPN – akronim bardzo popularny w ostatnich czasach, aczkolwiek, za sprawą mediów nastawionych na sensacje, okryty złą sławą. Słowo bardzo modne, przykuwające uwagę, budzące wiele kontrowersji; użyte w zwrocie „otwarto teczki IPN-u” budzi niezwykłe emocje: z jednej strony ciekawość, z innej – strach, czy aby to, co zostanie w nich ujawnione nie zniszczy komuś (ew. nam – do końca nie wiadomo) życia.
       IPN to także tytuł debiutanckiej książki Jacka Ostrowskiego, która, podobnie jak skrót użyty w funkcji tytułu, budzi wiele kontrowersji, zmusza do refleksji i zachęca do rachunku sumienia. Tworzy ją pięć historii byłych współpracownikowi SB, których losy – chociaż ich różne – składają się na obraz PRL-owskiej rzeczywistości.
       Bohaterowie (choć nie wiem, czy to określenie jest właściwe) pochodzą z różnych środowisk: jest wśród nich syn komendanta lokalnej milicji, potomek przodowników pracy, ksiądz z zapadłej wioski, z którym rodzice wiążą wielkie nadzieje, skorumpowany lekarz. Wszystkich łączy to, że byli tajnymi agentami SB, różni – przyczyna i przebieg ich donosicielskiej kariery.
       Andrzej Anioł (Syn prominenta)zaczął współpracować z SB dla świętego spokoju – jego ojciec był człowiekiem oddanym partii, więc aby zadośćuczynić jego marzeniom, zobowiązał się raz na jakiś czas składać ogólne raporty o antypaństwowej działalności studentów. Nieświadomy konsekwencji podpisał naprędce cyrograf i zapomniał o całym zdarzeniu; na nieszczęście dla niego SB o tym doskonale pamiętały.
       Janowi Pietrzakowi (Historia Pietrzaka) współpracę zaproponowali sami członkowie SB, którzy dostrzegli w nim cechy doskonałego kapusia: głupi, pierwszy do bicia, uległy, ale bardzo lojalny wobec przełożonych – dzięki temu łatwo było nim manipulować).
       Józef Pacior (Historia Paciora), młody, bardzo zdolny ksiądz, w którym kuria widziała doskonałego duszpasterza i wiązała z nim wielkie nadzieje (tak jak później SB), został agentem by ratować (jego dusza za ich wolność) studentów – przez jego antypaństwowe pogadanki groziło im więzienie.
       Franciszek Ochoczy (Lekarz) zaczął donosić ze strachu o (za przeproszeniem) własny tyłek. Donosił ochoczo i na wszystkich; równie ochoczo piął się po szczeblach kariery (która stała przed nim otworem bynajmniej nie dzięki posiadanej inteligencji) i, w zamian za obszerne raporty, przyjmował pieniądze.
       Był też jeszcze jeden bohater – Aleksander Leszczyński. On nie współpracował z SB, ale jakie to ma znaczenie...Uczciwość nie popłaca...
       Przytoczone przez autora historie stają się punktem wyjścia do oceny postępowania donosicieli, ale przede wszystkim, demaskując wszelkie układy, są sprzeciwem wobec peerelowskiej polityki. Podejmując ten trudny temat, autor (a jest on wnikliwym obserwatorem formułującym niezwykle trafne wnioski) wylicza wszystkie grzechy karierowiczów i otwarcie, z wyraźnym obrzydzeniem i niekiedy sarkazmem mówi o uwłaczającym ludzkiej godności ich postępowaniu. Rozprawia się także z SB, bez ogródek mówiąc o metodach ich postępowania, które polegają głównie na zastraszaniu, szantażowaniu, przekupstwie, a wszystko po to, by utrzymać się na stanowiskach i móc czerpać z tego profity – w rzeczywistości sprawy kraju ich nie obchodzą.
       Takie ujęcie tematu powoduje, że z książki wyłania się ponury obraz Polski – nie tylko tej sprzed 1989 r., ale również tej, w której przyszło nam żyć. Porównanie takie jest możliwe dzięki retrospektywnej narracji obejmującej życie bohaterów od momentu narodzin aż do chwili, gdy ze zniecierpliwieniem okupują korytarz w gmachu IPN, czekając na wyrok w sprawie ich przyszłości.
       IPN nie jest zatem niczym innym, jak ironicznym komentarzem do procesów lustracyjnych, które stały się prawdziwą plagą IV Rzeczypospolitej; jest także otwarcie wygłoszonym sprzeciwem wobec bezkrytycznemu uznawaniu ich wyroków za prawowite. Wyraża gorzką prawdę o regułach panujących w kraju: „[...] inny szyld, ale ci sami ludzie i działania te same”. Nadal obowiązują te same zasady – do władzy dochodzi się nie bacząc na skutki („teraz robi się to w rękawiczkach”). Politycy, przekonani, że cel uświęca środki, chcąc odwrócić potencjalne zagrożenie dla zajmowanych przez siebie stanowisk, urządzają „publiczną kastrację osobowości” (czyt. lustrację). Tworzą rodzaj medialnego show, by tylko skierować zainteresowanie publiki (obywateli IV RP) na inny tor (chwyt sprawdzony, jeżeli chce się uniknąć skandalu). Tylko jakim kosztem? Książka zawiera w sobie jeszcze jedno przesłanie – właściwie przepowiednię: „Źle skończy kraj, w którym naród szczuje siebie nawzajem”.
       No cóż...Pozostaje mi mieć nadzieję, że będzie inaczej, i że...hmm, moja wypowiedź nie stanie się pretekstem do założenia mi teczki. Wprawdzie mamy wolność słowa, ale po lekturze tej książki nie można być tego pewnym....
                                                        Urszula Brzezicka

Jacek OSTROWSKI.
IPN. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2006

Urszula Brzezicka







„Ja – przypadek, fantazja przyrody” – o „Maratonie” Piotra Saługi


     Tytuł debiutanckiej powieści Piotra Saługi – „Maraton” – mógłby stać się jednocześnie metaforą sposobu jej odczytania, uciążliwego, a przecież nie pozbawionego satysfakcji przedzierania się przez kolejne warstwy tekstu.

     Bo książkę czyta się trudno. Nie tylko ze względu na rozmaite ukryte aluzje literackie, nie tylko z powodu eksperymentów z czasem i przestrzenią – ostatecznie czytelnik powieści współczesnej dawno już do nich przywykł. Przyczyną, zwłaszcza w lekturze pierwszych kilkudziesięciu stron, jest język, wieloznaczny, operujący metaforami tworzącymi obrazy z pozoru tylko zwyczajnego świata. Co tu ukrywać, maniera stylistyczna może po prostu drażnić. Budowanie zdań wielokrotnie złożonych, o skomplikowanej składni, naszpikowanie tekstu terminologią z różnych dziedzin, irytujące epatowanie neologizmami – to tylko niektóre z utrudnień w lekturze. Kreowanie przestrzeni wizyjnej, fantastycznej, swoistego „pejzażu duszy”; subiektywny czas, rozciągający się lub kurczący w zależności od wagi wydarzeń w życiu bohatera, mierzony wspomnieniem i wyobrażeniem – tworzą kolejne bariery w odbiorze. Z drugiej strony, te same zabiegi autora mogą stać się przedmiotem fascynacji czytelnika, zmuszonego do bardzo uważnej lektury tekstu.

     Skąd zatem moje głębokie przekonanie, że książkę Saługi przeczytać trzeba? I że – w ostatecznym rozrachunku – warto przezwyciężyć początkową niechęć, by się w tej powieści rozsmakować i odkryć, że wciąż jest możliwe pisanie o istocie rzeczy. A bunt przeciw światu, „w którym wszystko idzie na przemiał”, bunt przybierający różne formy, ale najczęściej narażający na śmieszność, jest ciągle aktualny.

     Wszak bohater „Maratonu” to współczesny Don Kichot, naiwnie wznoszący miecz przeciw bylejakości dzisiejszego plastykowego świata; budzi tyleż współczucia (a może litości?) co podziwu, bo przecież – wiemy o tym niemal od początku – jest, mający umrzeć. Dla takich jak on nie ma miejsca w realnym życiu. Zwłaszcza że jak wzorcowy romantyk przeżywa „ból istnienia”, nie godząc się na świat jaki jest i próbując w wizjach sennych uchwycić istotę, metafizyczną tajemnicę istnienia. I jak mickiewiczowski Gustaw, pewien jest współuczestnictwa w tej podróży swojej ukochanej, bowiem ona – jeśli została mu przeznaczona od Boga – winna w miłości totalnej rozpoznać swoje drugie ja. Lecz kobieta, „boski diabeł”, choć podobna do romantycznego pierwowzoru (wrażliwa, krucha, delikatna, ale i egoistyczna), jawi się w powieści jako wcielenie perwersji. I nie zamierza w imię miłości rezygnować z własnej drogi poznania (skądinąd nieobcej romantykom!), poznania przez doświadczenie zła, upokorzenie i ofiarę. Nadając bohaterce imię Beatrycze, autor przypisuje jej rolę przewodniczki; nie po niebie, jak chciałby wierzyć narrator, lecz po realnym, pełnym bolesnych doświadczeń świecie. A przynajmniej taką rolę pragnie pełnić sama Beatrycze. W tym kontekście dopiero jej odejście staje się dla bohatera próbą ognia, bo dopiero wówczas może on odkryć prawdę o sobie, przekonać się, jaka jest rzeczywista siła jego buntu przeciw jałowości konsumpcyjnego życia. Ale to cierpienie prowadzi go niemal (?) do obłędu; podejmując próby wyjaśnienia sensu tej męki, dochodzi do interpretacji cierpienia jako „niezgłębionego wyroku Opatrzności”. To nie wyklucza poczucia wybrania, wyjątkowości – cierpienie staje się wtedy szansą świętości daną człowiekowi przez Boga.

     Taka świadomość niesie ze sobą niebezpieczeństwo pychy, i jest ono całkiem realne. Zło bowiem, zdaje się twierdzić Saługa, tkwi immanentnie w ludzkiej naturze. I to nie w cielesności jako takiej. Seks może być grzeszny – wtedy gdy staje się jednym z rytuałów zbiorowego wtajemniczenia, ponieważ traktuje człowieka przedmiotowo, jako środek do osiągnięcia celu; ale oczywiście nic się w ten sposób nie odkryje, pogłębi się jeszcze poczucie niespełnienia, pustki, nienasycenia. Ten sam erotyzm jako wyraz miłości przestaje być perwersją, nawet kiedy przybiera formy najbardziej wyszukane. Truizm? Zapewne. A jednak – paradoksalnie – ukazany w „Maratonie” w obrazach ekstremalnych, nabiera nieoczekiwanie życiowej wiarygodności.

     Kim jest więc naprawdę narrator i bohater „Maratonu”? Studentem, który z nadmiaru czasu tworzy w sobie świat niepojmowalny dla innych; nadwrażliwcem, który wpuszcza do niego kobietę swego życia, naiwnie sądząc, że miłość pozwoli jej poruszać się w nim jak u siebie, co więcej, współtworzyć go? Artystą, który jak Konrad przypisuje sobie misję zbawienia świata? Gustawem, odtwarzającym w obłędnym cyklu przemian swoje cierpienie, by ostatecznie mocą wyroku milczącego Boga zostać uwolnionym i usprawiedliwionym? Współczesnym, wątpiącym i rozpaczliwie szukającym śladów Boga chrześcijaninem, który wyrósłszy z dziecinnej wiary nieustannie czeka Jego odpowiedzi? Schizofrenikiem przeżywającym lepsze i gorsze stadia choroby? Skrzywdzonym dzieckiem, na próżno uciekającym przed złem świata w bezpieczne ramiona matki?

     Podstawowe pytania dręczące bohatera – o sens, o istotę bytu, tęsknota do odkrycia Prawdy muszą oczywiście pozostać bez odpowiedzi. Bezkompromisowość romantycznej niezgody na świat realny w imię wyobrażenia o idealnym zawsze prowadzi do klęski. Ale moment, w którym to następuje, jest jednocześnie wyzwoleniem od męki. Aby nie zdradzić zakończenia powieści, powiem tylko, że dojście na szczyt (dosłowne i metaforyczne) w poszukiwaniu zaginionej korony Bolesława Chrobrego mającej zbawić świat – to wypełnienie i równoczesne zaprzepaszczenie powołania bohatera.

     Na koniec niech mi będzie wolno zacytować fragment książki. Obraz przyrody „kraju lat dziecinnych” przefiltrowany przez świadomość dorosłego, zapamiętany i odtworzony z malarską wprost dokładnością, przypomina najlepsze strony prozy Schulza. To dla takich opisów, pozwalających wierzyć, że w każdym z nas kryje się wrażliwość dziecka, warto przeczytać powieść Piotra Saługi.

     „Z głębi pamięci wydobywam tamten dech przyrody – głuchy jałowiec, splątany nicią babiego lata, płonie tysiącami świeczników; idę – leniwe mgły wiążą, pętają stopy, mokre poranną rosą... W oddali, tam, w kącie ogrodu, wśród popielatych sztachet płotu, sterczą wychudłe, zdrewniałe tyczki słoneczników. – Ach, świetliści utracjusze, lekkoduchy ogniste! – pamiętacie wyniosłość waszą marną, zarozumiałość próżną, gdy w pełni blasku kwitłyście w promieniach letniego słońca? Dokądże zaprowadziły was pycha z zadufaniem, dokądże? Nikt się już do was nie uśmiechnie, nie pomyli ze słońcem...

     Nostalgia maluje w pamięci tamtą jesień... Wierzby wystawały kikutami z kurzu brązowo pomarańczowych pól, wiatr-hulaka pędził chorągwie zwiędłych liści wzdłuż lipowych alei – te biegły, nieprzytomne, ścigane płomieniami ofiarnych stosów; inne, mokre, tliły się ostatkami minionej młodości niczym my – zagubione postacie, zdradzane szelestem ścieżki...Jesień powrotem kalendarza – głodne czekanie zimowych rozpaczy; milknący skowronek, gruba kurtka zimnym popołudniem, czerwone nosy po niedzielnym spacerze...”
Renata Jarosz (Kraków)





Przez mgły niedopowiedzeń


Książka Darii Dziedzic pt.: „Wyspa” należy do tomików niełatwych w odbiorze, gdyż mnóstwo tu niedopowiedzeń, rozbudowanych przenośni. Głównym tematem tej poezji jest wspólne bycie podmiotu lirycznego – kobiety i mężczyzny. Jest tu coś co mi nie daje spokoju i trudno to wyczytać, wertując jeszcze raz strony książki - o co chodzi w tym tomiku? Co poetka tak na prawdę opisuje – niespełnienie, czy zwykłe bycie rozpisane na chwile szczęścia
i przygnębienia? Jaki jest sens tej poezji? Do czego zmierza poetka, co ona nam mówi?

Pochodząca z Dąbrowy Górniczej poetka pisze na styku obu tradycji poezji modernistycznej – hermeneutycznej – wyjaśniającej, bo tu czuje się chęć wyjaśniania, dopowiedzenia pewnych rzeczy, ale także hermetycznej – gdyż nie do końca te wiersze są zrozumiałe. Jest tu wiele prywatnych szyfrów, do których nie ma się kluczy, wiele zasłon dymnych, przez które trudno przejść nawet najbardziej wyćwiczonemu w lekturze wierszy oddziałowi interpretacyjnemu.

Poetka nie chce malować obrazów i robić zdjęć i poddawać tego wszystkiego czytelnikowi pod nos. Ona woli go zmusić do wytężonej pracy. Woli poetykę skojarzeń polegającą na dalekich i bliskich asocjacjach. W tomie znajdują się także odnośniki kulturowe. Mówi się
w tym tomiku wierszy o jakimś doświadczeniu, ale raczej obserwowanym z dużego dystansu raczej przez lornetkę, niż przez lupę, pod którą potężnieją rzeczy i świat staje się nieznośnie powiększony. Poetka zwykle wychodzi od konkretnej informacji, czegoś uchwytnego i niczym slalomista omijający bramki slalomu, kreśli wiersze, które nawet po kilkakrotnej lekturze zostawiają nas z niczym. Nie chodzi tu o niedoróbkę poetycką, ale o językowe opukiwanie doświadczenia, którego nie da się jednoznacznie dookreślić, to co nie napisane, zajmuje tu więcej miejsca, niż to co napisane.

Jest tu bardzo udanie dokonane pseudonimowanie uczuć – od ciepła, letniości, chłodu, po dojmujące zimno, są tu tęsknoty, pragnienia, zmiany stanów emocjonalnych od bliskości
i bezpieczeństwa, po pewne rozedrganie. Jest to pisane ze świadomością zmian, często pojawia się w wierszach Dziedzic metaforyka przestrzenna, geograficzna, topiczna, także meteorologiczna: „Jakbyśmy / pragnęli mieć więcej niż mamy, ale to nam wystarczy, / zanim odejdziemy w inne miejsce, bardziej obce, / zimniejsze niż lód.” („Bliskość”, str. 10).

W jednym z wierszy pojawia się motyw zacierania chwil szczęśliwych nie wiadomo z jakich powodów, być może z pragnienia tajemnicy: „Chcieliśmy zatrzeć tropy w miejscach, gdzie ocierały się / o nas gazele, nie raniło szkło, powierzchnia jeziora / odbijała stopy.” („Plankton”, str. 13). Lęk przed utratą chwil szczęścia poetka porównuje do kataklizmów: „Woda wejdzie w każdą tkankę, więc nie marz o tym, / co niemożliwe, nie da się stanąć po kostki, jeśli / poziom jest wyższy od nas.” („Kleszcze”, str. 17).

W tomie pojawia się kilkanaście razy metafora wyspy, która raz jest miejscem wspólnym podmiotu lirycznego i jakiegoś ty, do którego zwraca się poetka, drugi raz jest to miejsce bezpieczne, znane, ale znów kiedy indziej jest to miejsce przygnębienia i separacji.

Żeby dokładnie opisać tą poezję potrzeba by kilku miesięcy studiów, gdyż tak wers po wersie jest budowana misterna konstrukcja. Raz mnie to nieco denerwuje, raz zachwyca. Ale jest to na pewno wartościowa poezja, ciut jak dla mnie za bardzo opierająca się na jednym stylu pisania, nieco za bardzo niedopowiedziana, ale na pewno jest to dobry tom wierszy, wymagający wciągnięcia się czytelnika w świat kreślony przez poetkę.

Daria Dziedzic.
„Wyspa”.
Mamiko 2010
Mateusz Wabik





Dysonans księżycowej nocy

Krzysztof Karwowski

        Biorąc w dłonie „Sakrament Księżycowej Nocy - ballady i romanse” 1 sam tytuł jawi się mi jako wyzwanie wobec wieszcza (prawie przed dwoma wiekami używającego tytułu, który teraz został użyty w podtytule), znowu to jako próba przekodowania jego liryki romantycznej, bądź czerpania inspiracji z jej bogatych zasobów. Aby na samym początku określić się jasno (co do atrakcyjności literackiej książeczki) stwierdzam, że wiersze te warto przeczytać i z pewnością będą one budzić w nas emocje, dostarczając wrażeń, które wielokrotnie utożsamiane są ze współczesnym pojęciem sztuki. Zapewne nie każdemu będzie odpowiadać poetyka, ale ci, którym będzie, z pewnością zaakceptują zaproponowany przez autora styl i uda się im wydzielić właśnie te, najbardziej dla nich atrakcyjne wątki. Do twórczości Mariusza jestem nastawiony pozytywnie nie chciałbym być utożsamiany z propagatorem znaczeń pejoratywnych w odniesieniu do jego utworów. Oczywiście przerysowałem niedoskonałości, a w zbyt małym stopniu omówiłem wartości. Uświadomić sobie należy także pewną dziejową przemianę poetów, w nawiązaniu do stosunku pomiędzy ich dziełami a samym sposobem życia. Obecnie zmuszeni są oni bowiem do wzbudzania kontrowersji w swoich artefaktach pozostając w życiu codziennym niekontrowersyjnymi. W epoce, do której odwołuje się Mariusz sytuacja wyglądała zgoła odmiennie. Nie da się tutaj mówić więc o naśladownictwie, ale o inspiracjach.
        Zbiór wierszy Mariusza Poźniaka w swej wizualnej, edytorskiej formie wywołuje przeczucie nadchodzącego wewnętrznego napięcia, dysonansu, być może w znaczeniu aronsonowskim. Poznaję treść zbioru w chwili, kiedy autora już znam – co rodzi świadomość nieświadomego przeistaczania przeze mnie istoty poznania, doznania, percypowania owej treści, podczas uzewnętrzniania własnych myśli w formie niniejszego zapisu. Występuje tu analogia do zaczarowanego zwierciadła (z którym kojarzy się mi ilustracja na okładce, uosabiająca tajemne przejście ze świata iluzji znanej – tzw. rzeczywistości – do obszarów nieznanych, nieprzewidywalnych). Często podobną rolę pełnią lustra w baśniach, czy bajkach. Przed oczy przychodzą mi sekwencje z Alicji w krainie czarów, bohaterów filmu Power-Rangers, a także różnych filmów (szczególnie) Disneya ów motyw wykorzystujących. Bohater przechodzący na drugą stronę zwierciadła dostrzega zwykle odmienną naturę rzeczy już (co jest zwodnicze) jemu znanych, nabierających w nowym kontekście sytuacyjnym znaczeń wcześniej wręcz niewyobrażalnych, co może wywoływać przeobrażenia osobowości bohatera (chciałoby się rzec, że to psychologiczny aspekt aktualizacji struktur poznawczych). I to może być zwodnicze, gdyż żaden utożsamiający się z podmiotem poeta nie jest w stanie sformułować zdarzeń, obszarów, lub sytuacji stanowiących trwały punkt odniesienia do prawdy, jeśli jego poetyka nie będzie niezwykle wiarygodna.
        Czytelnik w zbiorze Poźniaka znajdzie wiele „klimatów” bliskich mickiewiczowskiej Świteziance, czy Romantyczności. Fakt ten skłania mnie do zdefiniowania autora Sakramentu, jako poety w sposób zamierzony próbującego odnaleźć się w stylu neoromantycznym. Oczywiście i główne wątki liryczne pozostają w pewnych korelacjach ze wskazanymi wcześniej dziełami, kiedy w różnych sytuacjach kobiecość, czy kobieta stawiana jest w sytuacji, kiedy „duby smalone bredzi” 2 . Mniej utożsamiałbym tę poezję ze stwierdzeniem „Miej serce i patrzaj w serce!”3 . I to na tyle moich odwołań o charakterze „szkolniackim”, bowiem takowym jako poeta brzydzę się dość mocno. „Ballady i romanse” Mickiewicza, gdyby były napisane współcześnie, mogłyby być przykładem megagrafomanii, ponieważ kontekst kulturowy, literacki i historyczno-społeczny przez dwa wieki uległ ogromnym przeobrażeniom. Następujące zmiany determinują sposób interpretowania także językowych artefaktów. Temu nie ma co się dziwić, biorąc pod uwagę ilość tzw. epok, jakie w tym czasie przeminęły sobie i przeszły do zbiorowego doświadczenia (lamusa) również poetów.
        Nie wiem, czy książkę Poźniaka mógłbym określić jako samplowanie romantycznego ducha. A może bardziej jako próbę kreacji specyficznej formy ponowoczesnego neomanieryzmu? Jako światło nadziei u Poźniaka dostrzegam nie zamykanie oczu na świat przełomu wieków, postmodernizmu i nie kneblowanie ust wyłącznie słowami, czy zwrotami zgoła archaicznymi, dzięki czemu „ustronie to/ jest jakby przedpokojem/ w którym znajdują się bramy/ tajemne przejścia/ do alternatywnych wymiarów”4 . Wiersze umieszczone w zbiorze cechują się specyficzną symboliką. Nie ma praktycznie utworu pozbawionego symboliki, bo czymże jest odwołanie do dziewięciu muz i komety w „Balladzie o dziewięciu drogach”. Pośród gąszczu odwołań, porównań, alegorii, niedopowiedzeń i podtekstów trudno jest niekiedy dostrzec właściwą frazę, bowiem ta musi walczyć z błędnymi rycerzami, Orfeuszami, królami lasu, Faustami i całą rzeszą postaci mitologicznych pamiętanych inaczej. Dzieje się tak do momentu, aż kontrolę nad wszystkim przejmuje Władca Ciemności, który ten chaos ujarzmia.
        Pewnym hiperklasycyzowaniem jest skłonność autora do używania dość pretensjonalnych (jak na współczesnego poetę) sformułowań. Przykładem mogą być antytezy-oksymorony: „wyuzdaną niewinnością”5 , „pomarzłych płomieni”6 , których w książce jest wiele, ale nie zawsze usytuowane są w najodpowiedniejszej pozycji (jako element struktury utworu). Innym punktem dysonasowym są niesharmonizowane przebiegi obrazowe (np. „...prastary skansen/ pokryty patyną szronu/ pomarzły spienionych fontann zdroje/ i już zawsze łapiące z trudem tchu/ chińskie karpie złote” 7 , które w zasadzie mogłyby funkcjonować, jednakże jako bardziej autonomiczne fragmenty, nie miażdżone przez otaczające wersy. Efektem jest w takich przypadkach (wierszach) destabilizacja konstrukcji.
         Przy omawianiu Sakramentu nie sposób nie wspomnieć o wierszu pt. „Epigraf: Thomas de Torquemada (1420-1498)”. Utwór jest literacką perełką zbioru. Jeśli Poźniak pójdzie w tym kierunku, to chwała mu za to, bo będziemy mogli mówić o kolejnym utalentowanym poecie dolnośląskim. W „Epigrafie” udało się mu stworzyć własny, błyskotliwy styl. Wiersz ten wyrył się mi w korze pamięci, stając się etykietą, poprzez którą będę postrzegał kolejne wynurzenia omawianego, noworudzkiego poety. Jeśli jednak autor będzie chciał być drugim Mickiewiczem, to hordy wygłodzonych wilków, biesów i wampirów z jego wierszy zaczną walczyć o prawo do pożarcia ich twórcy w ojcobójczym rytuale - sakramencie. Wieszcz jest trupem i nic już nie napisze. Mariusz ma szansę jeszcze coś stworzyć.
         Na koniec uwag kilka wróbla Ćwirka. Co do formy: jest do przyjęcia, na ogół poddaje się trawieniu i nie pozostawia lirycznych resztek pomiędzy zębami. Jeśli zaś chodzi o książeczkę jako całość, to jest ona zaprojektowana z wysokim poczuciem estetyki. Niespodzianką może być jednak poszukiwanie w jej wnętrzu równie delikatnych treści. Zwłaszcza o miłości wysokiej lub zwykłych fascynacjach erotycznych znalazłem mniej, niż należałoby oczekiwać po podtytule. Zapodziałem odwołanie do mistycyzmu – na czym polega, pozostawię do indywidualnej interpretacji czytelnikom.
Jeszcze raz dla jasności: można nie zgodzić się z wizją świata zaproponowaną przez Mariusza Poźniaka, ale nie można jej zlekceważyć, ani zignorować. Oczywiście, jak zwykle znajdą się przeciwnicy i znajdą zwolennicy. Aby dokonać samookreślenia co do tego, po której stronie się stanie, książkę należy bezwzględnie przeczytać w całości. Ma ona ogromną, bardzo cenną zaletę – nie pozostawia nas w obojętności – gdyby bowiem tak było, to taki rodzaj twórczości musiałbym nazwać jałową. Tutaj jednak owej jałowości nie ma i jak przypuszczam Mariusz znajdzie wielu przyjaźnie nastawionych odbiorców, wśród których być może będziecie i wy.
                                                          Krzysztof Karwowski



1. M.A. Poźniak, Sakrament Księżycowej Nocy – ballady i romanse. Nowa Ruda, 2003.
2.A. Mickiewicz, Ballady i romanse. Warszawa, 1982, s. 12.
3.Ibidem, s. 13.
4.Fragment wiersza „Revenant”; Sakrament..., s. 34.
5.Ibidem, s. 10.
6.Ibidem.
7.Ibidem, s. 13.


Krzysztof Karwowski





*

      Co im przychodzi do głowy ? Często zadaję sobie to pytanie na zajęciach studium, gdy czytamy teksty pisane przez jego uczestników i dyskutujemy o nich. Nie jest to z mej strony oburzenie, lecz zdziwienie. Co im przychodzi do głowy, takie dziwne, takie inne, takie zupełnie mi nie znane, takie śmieszne, takie smutne, takie straszne! takie, co mnie do głowy nigdy by nie przyszło. Dziwię się więc, oczom nie wierzę, niekiedy podziwiam. I rozumiem, jak niewielkim kamykiem jest moja własna wyobraźnia w tej lawinie obrazów, które wylatują z naszych myśli i spod naszych piór. Nie wiem, czego uczą mych studentów nasze zajęcia; dla mnie są nauką, by użyć terminu modnego ostatnio w ustawodawstwie: "dekoncentracji": ograniczenia siebie i słuchania (oraz czytania) innych.



Marek Bieńczyk





PODRÓŻNICZE I ETNOGRAFICZNE PASJE DAGMARY BABIARZ

ZAWARTE W KSIĄŻCE „OTWÓRZ OCZY”- Sabina Skowron.

       Prawie dwustustronicową książkę Dagmary Babiarz należy umieścić w kręgu literatury
popularnonaukowej. Paralelnie z prezentacją osobistych doznań autorki podróżującej
po wszystkich częściach świata, układa się w utworze „Otwórz oczy”wiedza encyklopedyczna o narodach, ludach, szczepach zamieszkujących tereny poddane poznawczej
penetracji podróżniczej.
       Poznaniu i ludoznawczym dociekaniom poddała pisarka egzotyczne dla przeciętnego
podróżnika tereny Ameryki Północnej, Azji, Afryki i Oceanii. Każdy podrozdział, zawarty
w jednej z czterech części utworu, składa się z trzech członów strukturalnych.
Pierwszy podaje stricte naukową wiedzę o położeniu geograficznym terenu zamieszkanego
przez interesującą autorkę ludność, jej etnogenezę; przybliża czytelnikowi historię tej ziemi
i badanej grupy etnograficznej, druga jest rodzajem reportażu z podróży po ciekawych,
acz ekstremalnie trudnych do zwiedzania miejsc i wreszcie część trzecia niezmiennie
zaprasza na zakupy, głównie w poszukiwaniu ciekawostek, wytworów prawdziwej sztuki
badanego ludu. Nabytki te będą potem stanowić pamiątki z podróży i prezenty dla bliskich.
Powtarzanie się strukturalnego algorytmu pomaga czytelnikowi w przyswojeniu wiedzy
o osobliwościach materialnych, społecznych i duchowych kultury wielu ludów, w sporzą-
dzaniu notatek i porządkowaniu materiału rzeczowego.
W słowie wstępnym do edycji autorka napisała, że podczas swojego przemierzania
świata dąży przede wszystkim do poznania ludzi. Krajobrazy, historyczne zabytki i wytwory
sztuki są jedynie tłem pozwalającym bliżej poznać strukturę duchową społeczności znajdują-
cej się w centrum zainteresowania pisarki. Zawsze są to społeczności trudne do badawczej
penetracji, przy powierzchownym poznaniu sprawiające wrażenie swoistego zamkniętego
ogrodu, w którym żyją ludzie nieufni wobec obcych, pielęgnujący tradycję i rozwijający
własną kulturę. Ów „ hortus conclusus”dociekliwej podróżniczce udaje się otworzyć dzięki
zaletom jej osobowości.
       Dagmara Babiarz wprost promieniuje życzliwością do ludzi, szacunkiem dla każdej
kultury i każdej grupy etnicznej. Pozyskuje sobie przyjaciół nawet w bardzo egzotycznych
społecznościach i wtedy poznaje prawdziwą głębię ich kultury materialnej i duchowej.
Dzięki otwartości na innych ludzi i wpisanemu w jej sposób bycia szacunkowi dla środowisk
poznawanych jednostek autorka książki poznała tradycję religijną diaspory żydowskiej
w Nowym Jorku, minimalizm życia Amiszów w Pensylwanii, egzystencję Indian – ludzi prerii w Dakocie Południowej, indiańskie plemię Makahów żyjących w stanie Waszyngton
na półwyspie Olimpic, surowe warunki bytowe mieszkańców Alaski, niezwykłość
Państwa Środka, w tym samego Pekinu, mogła ruszyć szlakiem na Wielki Chiński Mur,
być na Dachu Świata, czyli wśród Tybetańczyków, uczestniczyć w iście surwiwalowej
wyprawie do miast i w góry Nepalu, ekscytować się położeniem rosyjskiego miasta Abakanu
na Syberii, poznać biedny kraj Afryki – Ugandę, po „tamtej stronie księżyca”,zainteresować
się plemieniem Pigmejów, przybyłych z Zairu, zbliżyć się w Oceanii do codziennej rzeczy-
wistości Papuasów w Nowej Gwinei.
       Głęboka wrażliwość na trudy ludzkiego losu, zrozumienie duchowej sfery plemion,
diaspor i narodów, serdeczne ciepło osoby rozumiejącej i szanującej kulturalną odmienność
drugiego człowieka – czynią z Dagmary Babiarz podróżniczkę niezwykłą, o głęboko
humanitarnej postawie. Oto przykład określenia przez autorkę dzisiejszych Indian:

„Współczesny Indianin to wciąż nieprzeciętnie inteligentny, świadomy życia,rozwinięty
duchowo człowiek o artystycznej duszy, któremu zamiast przestrzeni, piękna, koloru
i powietrza, dano przebrzydłą klitkę. Zabrano mu wszystko”.

Repotażowo-narracyjną prozę niezwykłej podróżniczki czyta się z przyjemnością.
Wpływa na to bogactwo informacji, liczne ciekawostki i język pisarki, zdradzający
jej poczucie humoru.
O nieoświetlonym lotnisku w Abakanie napisała:

„Jedno jest pewne. W Abakanie nie walczy się przesadnie z siłami przyrody.
Jest noc, a w nocy jest ciemno. Nawet na lotnisku.”

Książka została opatrzona tytułem „Otwórz oczy”. Zawarty w nim imperatyw zachęca
do podróży, a zwłaszcza do poznania ludzi. Cieszę się, że mogę obcować z pozycją
literacką, w której racjonalne poznanie świata sytuuje się na równym poziomie
z wrażliwością humanistyczną, dobrocią i życzliwością autorki.
                                                      Sabina Skowron

Dagmara BABIARZ.
Otwórz oczy. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2007. -180 s. ISBN 978-83-60224-22-9


Sabina Skowron





Weronika Górska - Oswoić blaknięcie


Rozmowy Marty Fox z Joanem Miro toczyły się przez wiele lat i przez wiele wierszy. W tym roku poetka zdecydowała się na wydanie wszystkich czterdziestu, rozproszonych dotąd utworów inspirowanych hiszpańskim malarzem w jednym tomie, wzbogaconym o dwadzieścia nowych tekstów.

Jak zauważył Marian Kisiel podczas spotkania z Martą Fox w redakcji „Śląska”, jej dialog z Mistrzem nie służy jedynie oddaniu mu hołdu, ale również wyeksponowaniu własnej osobowości artystycznej. Jeżeli któryś z rozmówców jest mniej istotny, to na pewno nie okazuje się nim poetka. Często twórczość Joana Miro służy jej jedynie jako pretekst, aby opowiedzieć o namiętności, samotności, czy lęku przed starością własnego, żeńskiego podmiotu lirycznego. Zdarza się także, że bohaterka „Rozmów z Miro” prosi, a może wręcz nakazuje interlokutorowi nakreślenie kolorem tego, co sama oddaje poprzez słowo, dyktując również sposób, w jaki Mistrz ma to uczynić („Spójrz na moją matkę Miro / i namaluj jej postać poskręcaną artretyzmem / (...) Bądź okrutny / (...) perwersyjny / (...) kapryśny / (...) szalony / (...) niech czerń zapanuje na Twoich / płótnach i niech wreszcie powie że najlepiej / umiera się z pragnieniem śmierci a nie w smutku”).

Autorka tomu nie zawsze opisuje obrazy hiszpańskiego malarza w sposób pozwalający się domyślić, który z nich ma na myśli, ani też że w ogóle ma na myśli jakiekolwiek cudze dzieło. Zwłaszcza krótkie, kilkuwersowe utwory poświęcone Joanowi Miro głęboko skrywają źródło inspiracji. Marta Fox bowiem, jak przyznała podczas spotkania autorskiego w redakcji „Śląska”, czasami identyfikowała się z jakimś na pozór nieistotnym, drobnym elementem obrazu Mistrza i pisała wiersz na bazie uczuć stanowiących przyczynę tej identyfikacji, nie zaś na bazie pobudzającego do niej elementu płótna.

Dominantę wielu tekstów tomu, zarówno tych, które nawiązują do postaci oraz twórczości hiszpańskiego twórcy, jak i tych, które znalazły inne źródło inspiracji, stanowi motyw starości. Bohaterka liryczna oswaja zmiany, którym podlega jej ciało, próbując znaleźć urok w powolnym zastępowaniu namiętności ciepłem i przyjaźnią („w nocy plączemy nogi / rano opowiadamy sny / a potem patrzymy / w tym samym kierunku”, „czułość która trwać będzie i modlitwy rzeźbić / słowa ratować płomień gorący podsycać”). Często też obserwuje cudze borykanie się z nieuchronnym przemijaniem, byciem ku śmierci („ile ściegów tyle ścieżek / ile bluzek tyle jutra”). Starość według Marty Fox to przede wszystkim blaknięcie we własnych i cudzych oczach, to ubywanie koloru z tęczówek, ubywanie cudzej obecności.

Autorka „Rozmów z Miro” przyznała, że o ile nad swoimi powieściami w pełni panuje, planuje je od początku do końca i tworzy w dużych ilościach, to wiersze przychodzą do niej rzadko, niezapowiedziane i nieokiełznane. Najnowszy tom poetki pokazuje, że faktycznie lepiej radzi sobie ona z dłuższymi formami. Zawarte w nim utwory liryczne, liczące kilkanaście czy dwadzieścia kilka wersów, pełne są dynamiki, a zarazem sensualnej szczegółowości. Efekt ten Marta Fox uzyskuje dzięki budowaniu poetyckiego obrazu przede wszystkim poprzez wyliczenia czasowników i rzeczowników, przy niewielkim udziale epitetów („Mogliśmy nie spotkać się w słowie / nie znaleźć górskiego kryształu / i nie być dla siebie tak jak teraz / w obrazach pomarańczach motylach”, „Kolory przekrzykiwały się plamami / zdobywały kawałki nóg rąk / ślizgały się po wypukłościach rzeźbiły / oddech zapamiętywały blask oczu”).

Natomiast krótkie, kilkuwersowe teksty bardziej przypominają aforyzmy, gotowe wnioski, bez ukazania drogi dojścia do nich. Czasami też, pomimo zwięzłości, okazują się przegadane o jeden czy dwa ostatnie wersy („[...] wiklinowe fotele trzeszczą / znanym dźwiękiem zapraszając / do obietnic i zaklęć / we dwoje”, „[...] zbliżyliśmy się na niebezpieczną / odległość trzech milimetrów / bo tyle właśnie wyczułam / pocierając policzkiem o twoja głowę”).

„Rozmowy z Miro” to tom, który może dostarczyć wielu wzruszeń, refleksji, jak też zachęcić do zapoznania się z twórczością hiszpańskiego malarza – aby zobaczyć, jak bardzo jego styl i wrażliwość różniły się od stylu i wrażliwości zafascynowanej nim poetki. Książka jest też wskazana dla wszystkich tych, którzy pragną zrozumieć własną bądź cudzą starość – czy też zadać jej kolejne pytania.
Marta Fox:
„Rozmowy z Miro”. Wydawnictwo Mamiko. Nowa Ruda 2011.
Weronika Górska





Recenzja z kwietniowej "Twórczości". Magdalena Boczkowska. Przygody Pana Oscara.



PRZYGODY PANA OSCARA

Olgerd Dziechciarz: Wielkopolski. Wydawnictwo Mamiko. Nowa Ruda 2012, s. 210.

Pierwsza powieść Olgerda Dziechciarza – poety, felietonisty, autora licznych opowiadań i esejów – jest znakomitą wariacją na temat życia współczesnych sfrustrowanych czterdziestolatków. Od jakiegoś już czasu panuje moda na tego typu bohaterów: nie potrafiących żyć w XXI wieku, zagubionych, nieprzystosowanych do nowoczesności, by wspomnieć tylko o utworach Krzysztofa Vargi czy Flaucie Adama Pluszki.

Bohater Dziechciarza – Oscar Wielkopolski – snuje pełną głębokich rozczarowań spowiedź. Dowiadujemy się o nim właściwie wszystkiego. Przeżywamy jego narodziny, traumatyczne lata w przedszkolu i szkole, krótko skomentowany okres studiów. Po studiach Wielkopolski podejmuje pracę w urzędzie, w którym musi użerać się z niesympatycznymi kolegami i wredną szefową o jakże urokliwym nazwisku, Witczakowszczyn-Szczawszczynczykowicz.

Mężczyzna jednakże przede wszystkim pisze. Pisze wszystko – opowiadania, eseje, wiersze, ody, poematy heroikomiczne, w każdym gatunku dobrze się czuje i każdego chciałby spróbować. Oczywiście swoje literackie próby wysyła gdzie tylko się da i oczywiście nigdzie nie chcą go publikować. W końcu przychodzi upragniona wiadomość, oto Stowarzyszenie Poetyckie „Fraud” z Łodzi zaprasza go na spotkanie autorskie! Wielkopolski jest wniebowzięty! Liczy, że w końcu przestanie być, jak sam się nazywa, „królem niczego, władcą niemożności, tyranem niespełnienia, cesarzem niekompetencji, księciem nieudacznictwa...” i zostanie literatem z krwi i kości. Nie zastanawia go, że nigdy wcześniej nie słyszał o tym Stowarzyszeniu, że sam musi zapłacić sobie za przejazd i nocleg w najdroższym łódzkim hotelu, że nikt nawet nie wyjdzie po niego na dworzec. Nie pyta, dlaczego zaprosili akurat jego. Jedzie pełen nadziei i wiary we własne szczęście i odmianę losu. I wtedy właśnie wszystko się zaczyna i wszystko się kończy.

W Łodzi nasz bohater poznaje menela, który wie, jak trafić do siedziby Stowarzyszenia (taksówkarz na przykład nie wiedział). Wie, bo... sam je zakładał. Mężczyzna staje się dla Wielkopolskiego wybawicielem i katem jednocześnie. Porównywany do Kazimierza Ratonia, menel rozwiewa jego wszystkie literackie nadzieje i wątpliwości. Przekonuje o tym, że literatura nie jest dobrym sposobem na życie, że więcej w Polsce grafomanów i palantów niż ludzi pióra. Wszak nie każdy może być Czesławem Miłoszem, a życie pełne sukcesów i nagród nie jest tak wspaniałe, jak mogłoby się nam wydawać.

Historia menela jest – wbrew pozorom – nie taka rzadka. Absolwent polonistyki, utalentowany i dobrze zapowiadający się poeta, redaktor czasopisma literackiego „Prawdziwa Poezja”, jeden z założycieli wspomnianego Stowarzyszenia, nagle ląduje na ulicy. To on bowiem wymyślił, by na spotkania „Fraud” zapraszać najgorszych wierszokletów, zwanych przez członków palantami. Niestety, jeden z nich był spokrewniony z prezydentem miasta. „Bolszewik”, taki bowiem pseudonim miał menel, traci wszystko, gdy tymczasem jego kolega po fachu, redaktor naczelny „Prawdziwej Poezji”, pnie się po stopniach urzędowej kariery. Kiedy młody człowiek kończy studia humanistyczne, przychodzi moment, w którym zaczyna zdawać sobie sprawę, że nie pasuje do szarej rzeczywistości. Ciągle ma romantyczne ideały, wierzy w lepszy świat, chce zmieniać ludzi, nie pociąga go ani wielka polityka, ani wyścig szczurów do coraz lepszej pracy, większego mieszkania czy szybszego samochodu. Zwłaszcza jeśli, nie daj Boże, uważa się za artystę – pisarza, poetę, muzyka czy malarza. W opowieści o redaktorze Jodłowskim widać więc to, co niestety często się zdarza – zaprzepaszczenie własnych ideałów. Z literatury nie da się wyżyć, a z czegoś trzeba. Szara egzystencja upomina się i o natchnionych poetów. Tacy zresztą bywają najgorsi. „Bolszewik” daje Wielkopolskiemu liczne cenne rady, na przykład: „Niestety, poezję można znienawidzić, zwłaszcza gdy ma się sposobność poznać samych poetów. Nawet najlepszy wiersz sporo traci na wdzięku, gdy poznamy jego autora czy autorkę. Radziłbym koledze literatowi – poradził mi mój menel – nie poznawać poetów, których wiersze kolega lubi”. Sam Oscar również nie jest tu wyjątkiem. Tak pragnie uznania, tak zabiega o poklask, że nie dziwi nas fakt zaliczenia go przez Stowarzyszenie do grona palantów.

W drodze powrotnej nasz bohater przeżywa jeszcze jedną przygodę, która zaważy na jego dalszym losie. Łapie autostop i trafia na kierowcę ciężarówki, który – jak się wkrótce okazuje – podwoził już różnych słynnych poetów i wierszokletów, łącznie z Miłoszem i najbardziej znanym polskim grafomanem, Przemysławem Pruchnickim. Kierowca wspomina między innymi słowa Noblisty: „Wie pan, młody człowieku, ja już nie mam prywatnego życia. Mnie nikt nie pozwala na prywatność. Nikt jej nie szanuje. Ja nie mogę wyjść na targ, kupić koperek. Pytam o koperek, a oni rzucają się na mnie i wołają: recytuj, skomentuj albo udziel wywiadu. Mnie już się niedobrze robi ode mnie samego. Spotykam samego siebie w miejscach, w których się siebie spotkać nie spodziewam. Otwieram gazety, a tu wywiady ze mną, o których zapomniałem. Czytam, nie mogę się nadziwić, że taki mądry jestem i że tyle pamiętam z mojego życia, skoro normalnie nie potrafię spamiętać, gdzie odłożyłem kalesony. Prawie nic nie pamiętam z tego, co się teraz dzieje, ale to nikogo nie interesuje. Wszyscy mnie pytają o przeszłość. Nie można żyć przeszłością, a wszyscy, którzy mnie namawiają na wywiady, wymagają, żebym mówił o swojej przeszłości. Cały czas pytają o Dwudziestolecie, o wojnę, o lata spędzone w Stanach Zjednoczonych, albo o Herberta. Obrażają mnie tymi pytaniami, bo ja chcę mieć przyszłość, ja się czuję wciąż młody, a Herbert już dawno nie żyje, wszyscy nie żyją, a ja żyję i chcę, żeby mnie traktowano jako żyjącego, a nie jak jakąś mumię”. Los wielkiego poety również nie jest więc zbyt kuszący. I nie wiadomo w końcu, co gorsze – być wielkim za życia czy dopiero po śmierci.

Kierowca ma pewną zasadę: otóż poetom nie każe płacić za podwiezienie, jeśli przeczytają mu swoje wiersze. Jakież jest więc rozczarowanie Wielkopolskiego, kiedy – mimo spełnienia prośby – jemu każe zapłacić! Menel pokazał mu, że nie jest dobrym poetą, kierowca zaś – że nie jest nawet dobrym grafomanem. Jedynym wyjściem wydaje się więc samobójstwo. Nasz bohater ciągle ma bowiem jeszcze iskierkę nadziei i wierzy w słowa Norwida. Wierzy, że doceniony będzie dopiero po śmierci, jak tylu wielkich przed nim, pisze sobie nawet w tym tonie epitafium: „Nie doczekał za życia należnego uznania / w niebie nagrodzą jego dokonania”.

Oscar Wielkopolski jest sfrustrowanym czterdziestolatkiem. Tym, któremu się w życiu nie powiodło. Żadne z jego marzeń się nie spełniło. Żaden plan nie został zrealizowany. I chociaż czasami jego niezdecydowanie i brak działania nas drażnią, chociaż zniesmacza jego pragnienie uznania, chociaż czasami z irytacją mamy ochotę dać sobie z nim spokój, to jednak pozwalamy mu się wygadać. Tok narracji, ciągłe powtórzenia, zapętlenia sprawiają bowiem wrażenie, jakby bohater był naszym kolegą, z którym rozmawiamy, którego opowieści wysłuchujemy. Dziechciarz cały czas puszcza do czytelnika oko. Wielkopolski zaczyna swe wspomnienia od wyznania, jak to nienawidzi czytelników, na końcu jednak reflektuje się, mówiąc: „Ja was bardzo przepraszam, ja was przepraszam przede wszystkim za to, że was zawiodłem. Zdaję sobie doskonale sprawę, że moje życie nie było jakoś nazbyt ekscytujące, a wy teraz musieliście o mnie czytać. Jestem pewien, że się męczyliście. Być może męczyliście się tak samo, jak ja spisując moje życie i moje nie najgłębsze przemyślenia”. Cała książka kończy się natomiast dość prowokująco: „Nie podoba wam się takie zakończenie? Uważacie, że jest odpuszczone? Trudno, mnie też się jakoś specjalnie nie podoba, ale takie już pozostanie, bo ja jestem autorem, a nie wy. Zresztą kto powiedział, że zakończenie musi być dobre?! Życie też się dobrze nie kończy, więc dlaczego książka miałaby się dobrze kończyć?”. Właśnie – dlaczego?

Lektura Wielkopolskiego obfituje w różne emocje. Od wspomnianej irytacji przez śmiech (zwłaszcza z „przygody łódzkiej”, przy czym bywa, że to śmiech przez łzy) po rozczarowanie, smutek i pytanie „jak to? to już koniec?”. Oscar może być bowiem każdym z nas. Każdym, kto ma wielkie ambicje, ale już niekoniecznie siłę do ich realizacji. Wielkopolski chce być sławny i bogaty. Ale na „chceniu” się kończy. Nie potrafi zrobić w tym kierunku nic. Rutyna codzienności podcina mu skrzydła, nie umie się wybić. Z jednej strony wierzy, że jest (może być) wielki, z drugiej – nie wierzy w siebie. Popada ze skrajności w skrajność, ale najczęściej żyje w impasie, nawet w sklepowej kolejce nie potrafi zawalczyć o własne racje. Dla ludzi takich jak Wielkopolski nie ma miejsca w dzisiejszym świecie, w kraju, w którym „więcej osób pisze, niż czyta”. Studiowanie szeroko pojętej humanistyki może być już tylko hobbystyczne, bo wszyscy wiedzą, że nie da się z tego utrzymać. Dziś warto studiować marketing i zarządzanie i włączyć się w wyścig szczurów najszybciej jak to tylko możliwe. Tylko że nie zawsze się da, w przypadku Oscara nawet marzenia o awansie na kierownicze stanowisko w urzędzie legły w gruzach. „Normalna”, ośmiogodzinna (plus nadgodziny) praca go męczy, to nie jest świat, w którym dobrze czuje się humanista. Nie tylko nie każdy może być Miłoszem, ale i nie każdy może być Billem Gatesem. Brak wiary w siebie, ową życiową stagnację, w jego przypadku pogłębiła także samotność, brak miłości, przyjaźni, wiary – tego wszystkiego, co mogłoby go utrzymać jakoś na powierzchni. Wielkopolski ma więc w sobie troszkę każdego z nas, a może raczej należałoby powiedzieć, że każdy z nas ma w sobie troszkę Wielkopol­skiego.

Olgerd Dziechciarz wyznał na swoim blogu, że już zaczyna Wielkopolskiego nienawidzić. „Na wielu stronach znajduję dowody własnego upadku. Dramatycznie urwane wątki, które można, a nawet trzeba było pociągnąć, nietrafione rozwiązania stylistyczne itp. Pocieszam się, że przecież i tak nie jest źle, mogło być gorzej, a mimo tego byłoby całkiem, całkiem. Wiem, za rok, jak się przyzwyczaję, jak minie pierwsza trauma, to się okaże, że to jest dobra książka, nawet bardzo dobra. Na razie jednak mam kaca. Ten stan doskonale znam. Każda kolejna książka jest jak seta wypita na kaca: daje tylko chwilową poprawę; potem znowu trzeba sobie golnąć, żeby nie oszaleć”. Jeżeli w ten sposób najlepiej leczy się kaca, to zalecam autorowi jak najszybsze wypicie następnej setki w postaci napisania kolejnej świetnej powieści.

Magdalena Boczkowska
Recenzja ukazała się w kwietniowej 'Twórczości"
Magdalena BOCZKOWSKA





KWIT NA BOGA


Pytanie, które należałoby sobie postawić podczas lektury Sacro casco, brzmi: co zostaje z poezji Brzoski po obdarciu jej z warstwy intertekstualno- językowej? Wcale nie twierdzę przy tym, że żonglowanie wpływami młodopoetyckimi (przeróżne nazwiska same cisną mi się na usta), przyprawione „grypsami” słownymi (jak sam autor lubi je określać), jest w jakikolwiek sposób ułomne czy nieciekawe- wręcz przeciwnie. Mnie chodzi jednak o sedno, o podstawę poezji Brzoski.
W pierwszej części tomu byłaby to śmierć. Oczywiście, śmierć przedstawiona w sposób bardzo ironiczny, zdystansowany: dwaj staruszkowie półżartem kłócą się/który pierwszy.// nikomu się nie spieszy (panendoskopia). Bardzo często wiersze podejmujące ten temat przyjmują wręcz formę makabreski, jak w tekście „lato, lato (...)”: babcia już leży, kiedy tak nagle/pojawiam się nad nią w czarnym T- shircie, a ona pyta: / „czy to już śmierć?”.
Śmierć dość bezboleśnie prowadzi nas do Boga, mocno zaznaczającego swoją obecność w drugiej połowie książki. Tu znów ironia, szyderczy dystans: cieszą się wszyscy/ że zmartwychwstaną/ że umiera pan (pascha). Bardzo interesująco wypada w książce swoisty dialog ateisty (to tylko moje przypuszczenie) z Bogiem. Wydaje mi się wręcz, że obecnie to jedyna możliwa artystycznie forma takiej rozmowy. Przekonują o tym również dwie odsłony wiersza tytułowego, na pewno centralne dla książki.
Reasumując, można czytać Brzoskę bawiąc się grypsowaniem autora, ale można tez zagłębić się w jego poezji nieco bardziej, odkrywając przy tym sprawy wręcz fundamentalne, a do tego potraktowane w dość nieprzewidywalny, dla wielu być może drażniący, sposób. Obie możliwości mają swoje racje, swój niezaprzeczalny urok.


                                                           Sławomir Kuźnicki
                                                            „RED”, nr 1 (2)/2007

Wojciech Brzoska.
Sacro casco. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2006. -52 s. ISBN 83-60224-10-2. (poezja polska)
Sławomir Kuźnicki





„Jak to dobrze nie być poetą”. O tomie wierszy Witolda Kiejrysa „Elis”



Bez wątpienia tom wierszy Witolda Kiejrysa pt.
„Elis” to jedna z bardziej mrocznych propozycji w polskiej poezji współczesnej jaką poznałem. Przy „Elis” poezja Bartłomieja Majzla i Romana Honeta wydaje się ciepła i optymistyczna, a uchodziły kiedyś za esencję mroku we współczesnej literaturze. Nigdy nie zawierzam wstępom, posłowiom i notom odautorskim na tomikach widząc w nich raczej literaturę okolicznościową, ale tym razem, notatka odautorska na ostatniej stronie „Elis” zaciekawiła mnie, gdyż Kiejrys napisał: „Nie uważam się za poetę, chociaż ta forma wypowiedzi najbardziej mi odpowiada.” O co tu chodzi? – można zapytać. Przecież to poeta pisze wiersze, a nazwy zawodów i twórców są w polskiej gramatyce tworzone od czasowników określających wykonywane czynności np. piekarz - to ten, który piecze, malarz, to ten, który maluje i wystawia obrazy (bo każdy sobie może malować co chce i przecież przez to nie staje się malarzem). Jednak znalazłem kilka odpowiedzi na pytanie dlaczego ktoś, kto pisze wiersze, nie uważa się za poetę. Po pierwsze jest to na pewno sprzeciw twórcy wobec stereotypów zakorzenionych w polskim społeczeństwie. Istnieją takie dwa straszące podczas rozmów ze znajomymi, rodziną – pierwszy to poeta jako ktoś tak ponad wszystko, że znany jest tylko z uroczystości państwowych, podręczników do historii literatury, ktoś wybitny, ale zrozumiany tylko przez grono specjalistów, widziany zawsze w telewizji w garniturze, uformowany na autorytet etyczny, drugi to poeta alkoholik, podrywacz, z nieudanymi próbami samobójczymi, kilkoma rozbitymi małżeństwami, eskapista. Przeciwko takiej dychotomii pisze Kiejrys. Także ten sprzeciw wobec uważania się za poetę może być próbą odartystycznienia słowa poetyckiego i nadania mu bardziej osobistego, ludzkiego rysu. Takie próby od lat są podejmowane – np. poeci tzw. nowej prywatności, poeci brulionu w ten deseń uderzali. Może Witold Kiejrys nadaje słowu „poeta” jakieś patetyczne poromantyczne znaczenie typu, że poeta jest sumieniem narodu, wielkim wizjonerem – i to bycie nie-poetą jest sytuowaniem się jego przeciwko temu patetycznemu znaczeniu, które w Polsce pojawiło się znowu w latach 80-tych XX wieku. Być może ten bunt Kiejrysa wobec określenia siebie poetą ma znamiona dywagacji Edwarda Stachury, który twierdził, że „poetą się bywa”, a nie jest. W myśl tej zasady poezja to niejako objawianie epifaniczne, przeczucie metafizyczne, czy po heideggerowsku odsłonięcie prześwitu w bycie. Więc idąc za tym tropem unikanie określenia siebie jako „poety” w tym przypadku to postawa skromna, uzwyczajniająca swoje istnienie. Jednakże co trzeba pamiętać taka postawa nadaje działalności twórczej znamiona czegoś niezwykłego formalnie. W jednym wierszu z „Elis” Kiejrys podejmuje wątek niepoetyckiej poezji. W „Cokolwiek nie myśląc” czytamy: „Jak to dobrze nie być poetą, / można usiąść, czytać i konsumować. / Cokolwiek. Cokolwiek nie myśląc.” Kiejrys pokazuje swój wybór, który jest wyborem zwykłości, bezrefleksyjnej bylejakości konsumenta w kapitalistycznym świecie. Takie postawienie sprawy jest jednak dosyć mocnym głosem sprzeciwu wobec wygórowanych wymagań krytyki. Kiejrys pokazuje bunt poprzez zapatrzenie swoje w zwykłość i chce pisać nie z pozycji wynoszącej go ponad innych ludzi, ale z pozycji zwykłego „zjadacza chleba”.

Poważną trudność sprawiło mi zlokalizowanie znaczenia tytułu tomu wierszy Kiejrysa – „Elis”. W „Słowniku wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych” Władysława Kopalińskiego z 1975 roku nie znalazłem rzeczownika „elis”. W sześciotomowej „Nowej Encyklopedii Powszechnej” z 1995 także nie znalazłem słowa „elis”. Na pomoc przyszedł mi za to internet, przeglądarka Google naprowadziła mnie na dwa tropy odnośnie znaczenia słowa „elis” – pierwszy odnosił się do nazwy zespołu z Liechtensteinu, który wykonuje metal symfoniczny, drugi odnosił się do nazwy miejscowości Elis „na terytorium peloponeskiej Elidy”, gdzie w 209 p.n.e. doszło do bitwy pomiędzy wojskami macedońskimi Filipa V, a Elejczykami. Oba tropy uznałem za chybione, gdyż wiersze Kiejrysa nie mają nic wspólnego z metalem symfonicznym z Liechtensteinu, ani z historią starożytnej Grecji. Dzięki tym poszukiwaniom natrafiłem jednak na anglosaskie imię żeńskie „Elisabeth”. Prawdopodobnie „Elis” to skrót od imienia „Elisabeth”, gdyż sam autor zadedykował swój tomik poetycki Elżbiecie (polski odpowiednik imienia Elisabeth) Korczak. Ten ostatni trop uważam za uzasadniony.

Wiersze Kiejrysa przynoszą opisy miast z betonu jak w „Rzeczywistości a realu”: „Odmierzam czas spacerem dookoła biurowców / Szkło beton i zardzewiałe trawniki”. Epitet „zardzewiały” odnoszący się do rzeczownika „trawnik” podkreśla sztuczność i brzydotę natury wplecionej w krajobraz miasta, jej zimny mrok, nierealność. Podmiot liryczny poezji Kiejrysa jednak chciałby wyrwać się z tej przestrzeni wielkomiejskiej brzydoty, bezdusznego, technologicznego bagna. Poszukuje zwykłego uczucia miłości jak w wierszu „Poszukiwania”, bliskości w przytuleniu jak w „Ramionach”. Ważna w poezji Kiejrysa jest pamięć o przeszłych, kiedyś bliskich mu kobietach – m.in. Leonii, Małgorzacie. W wierszu „Do czego służą faceci” czytamy „W łóżku nie ma miejsca na intelekt. / Jest żywioł.”, który określa nastawienie wobec seksu podmiotu lirycznego. W „Elis” seksualność podmiotu lirycznego jest wyraźnie zarysowana, odarta jest z romantycznej otoczki, ale daleko jej do zrównania jej z czymś tak zwykłym jak sport. Kontakt seksualny z kobietą w poezji Kiejrysa to realizacja bliskości, potwierdzenie bycia kimś ważnym dla kogoś drugiego, wspólna zgoda na żywioł seksu, który zezwala kochankom na zapomnienie o świecie i o myśleniu.

Dobre wspomnienia w poezji Kiejrysa wiążą się także z butelkami dobrych alkoholi jak w „*** nie martw się&#8230;”, gdzie czytamy o „butelce Steinbergera”. Kiejrys także pisze, choć nie wiele o swoim hobby – filatelistyce, które to hobby było bardzo popularne w latach Polski Ludowej.

Mrok w poezji Kiejrysa nie bierze się z jakiegoś młodopolskiego programu metafizycznego, jest raczej wpisany w zwykłą, szarą egzystencję, przeciętnego mieszkańca Polski powojennej i obecnej, który uważa, że tak musi być. Kiejrys używa jednak środków poetyckich np. metafor, nie ucieka w notatkowość sprozaizowanego poetyckiego dziennika. Być może takie opalizowanie intelektu metaforyzującego rzeczywistość z wyborem opisywania zwykłego życia, daje poczucie, że w poezji Kiejrysa wszystko spowite jest mrokiem. Miłość go ratuje przed kompletnym banałem egzystencji i zgodą na brzydotę, na pokraczność, na współistnienie z innymi w ohydnym świecie. Poezji Kiejrysa brakuje czasem tylko jednego – jeszcze większej skrótowości, bo materiału tu jest sporo, a sama jego poezja daje do myślenia. Czasami ma się wrażenie, że jego zupełnie dobre wiersze są nieco zbyt przegadane. Poezja Kiejrysa jest większym świadectwem o współczesnej Polsce, niż setki tomików naśladujących twórczość liderów „Nowej Fali”.

Witold Kiejrys, Elis, Mamiko 2014

Mateusz Wabik





Wojciech Brzoska, Wiersze podejrzane, Nowa Ruda (Mamiko) 2003.






Trzeci, „pełnometrażowy” zbiór poety z Sosnowca czytałem jak obszerny poemat w czterdziestu pięciu częściach rozpisany na fabuły, monologi, sytuacyjne anegdoty, grepsy. Z wielości form Brzoska próbuje zbudować jedność, dopasowując do siebie mozolnie poszczególne fragmenty, rzeczywistości zauważonej, pomyślanej, odczutej i zasłyszanej. Przychodzi mu to niełatwo. Doświadczenia, obrazy, formy, znaczenia słów okazują się oporne. Ignorują się wzajemnie, albo konfliktują i odpychają. Najłatwiej się o tym przekonać studiując wiersze składające się na kronikę uczuciowych rozczarowań i katastrof. Dramatyczne sceny rozstań czy rozminięć (zob. „uśmiech losu”, „czarno na białym”, „jak na dłoni”) sąsiadują tutaj z melancholijnymi lub (auto)ironicznymi refleksjami nad niemożliwością autentycznego spotkania wolnego od banału i trywialności (wiersz: „erotyk dla zabicia czasu”), nad niemożnością zamieszkania nie-ja w Drugim, a właściwie w Drugiej; nie tylko ze względu na prawidła gramatyki jest ona istotą obcego, żeńskiego rodzaju, słabo przystającego do wszelakich analogii i porównań. Jej radykalna inność otwiera świadomość lirycznego „ja” na pojęcie dzikości, przypadkowości, nieprzejrzystości całej reszty świata i za-świata („awizo”), gdzie człowiek jawi się jako ciało obce, bezbronne, pozbawione oparcia, gdyż jego kibic-reżyser, kimkolwiek jest lub byłby (metafizycznym pomocnikiem? nauczycielem i mistrzem? ojcem? Kimś Jeszcze?), jeszcze się nie narodził (z wiersza „amatorski Przypadek”). Nawet czas jest przeciwko niemu: wije się, zatrzymuje i powraca („Uroboros”). Niedaleko stąd do prawie-Koheletowej konstatacji: jest śmiech i zgrzytanie./ jest dzień i noc. / jest zupełnie inna/ podobna historia („linia śmierci, koło życia”).

Dobrze, że za stron kilkanaście autor pozwoli czytelnikowi wytchnąć od smutków, kreśląc w kolejnych odsłonach dzieje miłości odnalezionej i odnajdywanej, która na powrót uczy się uśmiechu („kicz”).

W anegdotach, kolażach tekstowych, wypełniających w znacznej mierze drugą połowę tomu manifestuje się swoiste (czasem wręcz swojskie) poczucie humoru, wycelowane często w tzw. środowisko literackie. Brzoska dowodzi w nich, że nie stracił właściwej sobie umiejętności chwytania zdarzeń na gorącym uczynku. Nie wyrzekł się przyjemności prowokowania. Choćby do podejrzeń, że zgrozę i gorycz oswaja zgrywą i pozorowanym cynizmem. Życie i miłość to już nie przelewki. I przynajmniej do tego przeświadczenia, poeta swym wierszem dorasta.



                                                                       pwL
Recenzja ukazała się w
Poetice





"światło umieranie" - Szymon Bira. Recenzja Karola Graczyka.


Szymon Bira, dwudziestolatek z Bytomia wydał tomik poetycki i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie zaskakująca dojrzałość i język wierszy, język oryginalny i nieraz wulgarny, ale już teraz umiejący tę wulgarność dobrze wykorzystać. Bywa i bezczelny, ale ta bezczelność wiąże się ewidentnie z odwagą poetycką i potrzebna jest do przekazu, jaki Bira nam niesie, nie wynika ona z braku pokory. Autor prowadzi nas po pewnej linii, wie, o co mu chodzi, jest pewny siebie, więc bierze nas za rękę i opowiada, a ma już co nieco do powiedzenia, co bardzo cieszy u tak młodego poety. Te wiersze nie zostawiają czytelnika z satysfakcją, one dają coś znacznie lepszego i ważniejszego, bo niedosyt po przeczytaniu całego tomu to jedna z przyjemniejszych rzeczy, jakie można odczuć po przeczytaniu książki. Bira podejmuje różne tematy, również te najbardziej banalne, jak chociażby miłość, ale sposób, w jaki je podaje, banalny już nie jest i zachęca wręcz, żeby wejść w ten wsobny świat głębiej i poznać go bliżej. Co ciekawe nie ma w tej poezji uzurpowania sobie prawa do wiedzy, patrzenia na czytelnika z góry, jest młody człowiek piszący z pokorą o sprawach młodego człowieka – mnóstwo tego w internecie, bo i dużo młodych pisze wierszyki, czasem chciałoby się rzec, że zbyt dużo. Bira wymyka się im wszystkim i jest poetą, którego dalszy rozwój warto z pewnością śledzić. Czekamy więc na drugą, jeszcze lepszą książkę.

Bira Szymon.
"światło umieranie" .Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2008
Karol Graczyk





Poszukiwanie korzeni

(Jacek Mączka – „Bliższe okolice”)

Mam szacunek dla takiej wielopłaszczyznowej poezji jak Jacka Mączki, gdzie nie ma od A do Z wierszy w ten sam deseń. Tzn. styl jest tu wyraźny i utrzymany we wszystkich wierszach prawie ten sam, wiersze bazują na obserwacjach i obrazach, kilka wierszy jest bardziej rozgadanych, czy ma nieco bardziej klimat zadumy, jednakże tematyka wierszy jest różnorodna jak i czerpanie z rozmaitych tradycji jest zauważalne.

Po pierwsze jest to poezja pejzaży górskich, w których czuje się przestrzeń, po drugie czuć w tej poezji klimat poezji wędrowców, po trzecie jest to poezja codziennych obserwacji i własnych prywatnych wspomnień, po czwarte czerpanie z religii wschodu, a także pisanie o własnych żydowskich korzeniach (ze strony matki), czy czyichś ukraińskich. Czyli mamy tu przebogatą mozaikę kulturową i tematyczną, popartą sporą wiedzą jak i doświadczeniem życiowym i wprawną ręką pisarza.

Wydaje mi się, że dla tego poety także ważne były lektury egzystencjalne, w jednym wierszu mamy nawet motto z dzieła Sorena Kirkegaarda. Poza tym znać tu duże wyczulenie na przyrodę, bogactwo i niezwykłość nazw roślin: „Teraz, przewertowawszy na próżno / liczne leksykony, z obowiązku kronikarza – przywołuję inne imiona: / koletka pasterska, bydełnik, tobołki pastusze, kaszka, boursea pasteur, shepherd&#8217;s burse, borsa di pastore.” Po zachwycie nad niezwykłością nazw własnych poznać dobrego poetę. Przypomina się spotkanie Martina Heideggera z Paulem Celanem, dawno temu, w pewnej górskiej miejscowości, gdzie niemiecki filozof był zaskoczony tym, że Paul Celan zna tak dobrze nazwy przyrodnicze.

Tom jest dojrzały, ale niekiedy podmiot liryczny tych wierszy popada w niezrozumiałą naiwność: jak w wierszu: „Prowcza” (str. 22): „Potok gada gate gate para gate / parasam gate bodhi swaha, owcze // dzwonki wtórują”, choć to trochę dodaje posmaku baśniowości. Ze wspomnień rodzinnych mamy tu ojcowską naukę gry w szachy, dziadka pochodzącego z Lwowa, albo Stanisławowa, który także wracał nocami po partyjkach szachowych, a także wspomnienie babci poety, która „strzegła domowego ogniska” („Dziadek”, str. 35), z obserwacji codziennych naznaczonych niezwykłością mamy np.: przemianę parkingu w lodowisko do gry w hokeja w „Chłód” (str. 14). Przy pierwszej lekturze zmyliła mnie ta ilość wierszy o górach, gdzie podmiot liryczny nasłuchuje języka traw i drzew i pomyślałem, że niezłe to jest, ale cóż z tego – w samym Krakowie istniała i nadal pewnie istnieje odnoga fanów Harasymowicza, więc nic w tym nowego, a jeszcze z brulionowców - Krzysztof Koehler, Jacek Podsiadło – pisywali znakomicie o przyrodzie.

W wierszach Mączki gdzie za tło akcji robi przyroda, zauważalne jest to, że ona niesamowicie współgra z cywilizacją. Nie ma tu rozstępów, ucieczki z jednego w drugie, wydaje mi się, że jest tu wyrozumiałe współistnienie. Ale w końcu zacząłem czytać ten tom od wiersza „Paluch” (str. 22), który zaczyna się od wersu „Po hebrajsku nazywam się Amszel. Tak jak dziadek matki”, potem znalazłem wiersz „Do Valerija Kupki”, który pochodzi z Ukrainy i zamieszkuje Cisną. Obok zwykłych notatkowych wierszy, czy przyrodniczych, te związane z korzeniami zaczęły wydawać mi się najistotniejsze.

Co mnie ujmuje w tym tomie – nie ma tu rekwizytów popkultury. I dobrze. Na koniec naszło mnie takie spostrzeżenie - może faktycznie poeta chodzi po lasach, gdzie drzewa mają swoje korzenie, jakoś podświadomie czując się bez korzeni, poszukując ich, to oczywiście próba odczytania za pomocą skojarzeń jak w psychoanalizie, gdzie szuka się istoty wielu spraw w przebiegu luźnych skojarzeń, co wzięło się z poetyki snu. W przypadku tego stwierdzenia odnoszącego się do tomu wierszy Mączki, jestem usprawiedliwiony jednym
z mott do wiersza „Paluch”, gdzie znajduje się cytat z „Leksykonu marzeń sennych”.
Mateusz Wabik

MĄCZKA Jacek.
Bliższe okolice. Mamiko, 2010
Mateusz Wabik





Wojciech Brzoska (1978) przekroił na pół swój czwarty w dorobku tomik Sacro casco. W części pierwszej zatytułowanej pograbki, zaprasza do piachu, proponuje rozmowy o cierpieniu, umieraniu i grzebaniu. Konsekwentnie gimnastykuje piaskowe motywy (w nagrodę trumna z piachem), w czym przypomina Dariusza Suskę, autora zbiorów Wszyscy nasi drodzy zakopani i Cała w piachu.(...) Ważni dla Brzoski są dawni brulionowcy. Niektóre fragmenty dyskretnie korespondują ze Świetlickim (nasz śnieg jest tylko w bramach otwartych na oścież).Podsiadle dedykowany jest wiersz, w którym do piosenek Manu Chao (w wersji hiszpańskiej) wcinają się radiowe modlitwy (zwłaszcza kiedy śpiewają o marihuanie). Liryczny podmiot nabiera ze wszech miar zasadnych podejrzeń, że to palec boży majstruje przy odbiorniku (może to znowu bozia daje mi jakieś znaki).

Ciężar treści egzystencjalno-religijnych dźwiga tytułowy wiersz Sacro casco (Wojciechowi Wenclowi).Polisa auto casco skojarzona zostaje z boską asekuracją w wypadkach życia i w perspektywie wieczności. Jeden z lepszych wierszy jest dedykowany matce (...).


Wojciech Brzoska, Sacro casco, Mamiko Nowa Ruda 2006



Krzysztof Fiołek: Malarze i piaskarze Lampa nr 9 (30)/2006


Krzysztof Fiołek





POLISA NA POEZJĘ

Sacro casco jest czwartym tomikiem w dorobku Wojciecha Brzoski. Do tej pory młody poeta znany był z tekstów, będących niejako "podsłuchiwaniem" codzienności, cechujących się dystansem i ironią w oglądzie rzeczywistości. Najnowszy tomik przynosi utwory podobne, ale jednak bardziej emocjonalne w tonie, bardziej osobiste, o czym mogą świadczyć choćby motta zamieszczone przez autora (jedno z Emile'a Ciorana - "jest tylko jeden problem - śmierci. Roztrząsać inne sprawy to marnować czas, dawać dowód niewiarygodnego lekkoduchostwa", drugie z Lecha Janerki - "Bóg do niczego nie był mi potrzebny"). Są także niemal prywatne wyznania w stylu wiersza wiosna, wiosna.
Tytuł całego zbiorku od razu nasuwa skojarzenie z ubezpieczeniem samochodu od wypadku, tak zwanym auto casco, ale także ze słowem "sakralny". Jest to zatem niejako "święte ubezpieczenie";. Od czego? Po lekturze pierwszego tekstu nie mamy wątpliwości, że na wypadek śmierci. Jednakże z drugiej strony, gra słów sacro casco może być także ubezpieczeniem od świętości. Znowu ironiczne, lingwistyczne prowokacje, z których Brzoska jest już dobrze znany.
Poeta dzieli tomik na dwie części. Pierwsza zatytułowana jest pograbki, druga - love lullaby. W obu mnóstwo miejsca zajmują wspomniane językowe zabawy. Dobrym przykładem może być wiersz zatytułowany właśnie po grabki. Cały utwór brzmi "chodź, idziemy do piachu - mówi matka / do swojego syna” (budową wiersz nawiązuje do na starcie bez szans na cud z tomu Niebo nad Sosnowcem). W kontekście rozbicia tytułu, te dwa wersy nabierają nowego sensu. "Chodźmy pobawić się do piaskownicy" - może powiedzieć każda matka, stąd w tytule grabki, służące dzieciom do zabawy. Ale Brzoska nie pisze "piaskownica", lecz "piach", co w wymiarze związku frazeologicznego "poszedł do piachu", nabiera złowrogiego znaczenia. Tym bardziej, że pograbki, pisane łącznie w wierzeniach ludowych mogą kojarzyć się z topielcami czy strzygłami, przychodzącymi po zmarłych.
Tym razem jednak, autor Nieba nad Sosnowcem bywa nie tylko prześmiewczy, ale także poważny, mając na uwadze przede wszystkim słowa Ciorana. Śmierć staje się zatem problemem, którego nie da oswoić nawet szyderstwem czy drwiną. I mimo tego, że "grób jest przyciasny" (wiersz "lato, lato (...)"), a sama śmierć może stać się czasem wyjściem awaryjnym ("dostał przepustkę z aresztu na / cmentarz / w takich przypadkach / często kończy się to / niepowrotem"), lęk pozostaje.
Warto zwrócić uwagę na wiersz, od którego wziął się tytuł całego tomiku. "I jest nam wmówione: bóg przemawia ustami / 'poety'" - tak zaczyna Brzoska utwór dedykowany Wojciechowi Wenclowi. Sam, w wywiadzie udzielonym dziennikarzowi "Gazety Wyborczej", nazwał ten tekst "prześmiewczą polemiką ze sposobem postrzegania świata przez Wencla”. Można by zatem przypuszczać, że Brzoska nie poczuwa się do roli poety-wieszcza, poety natchnionego. Pamiętając o słowach Janerki, należałoby prześledzić kreację Boga, który w omawianym tomiku powinien nie istnieć. Najlepszym przykładem jest wiersz, będący znowu językową zabawą - "nie ma boga- / tego księdza". Krótko, zwięźle, ale jakże treściwie! Innym przykładem może być utwór nawiązujący do zakazu sprzedaży alkoholu, który obowiązywał na czas pielgrzymki Benedykta XVI do Polski. Brzoska tytułuje wiersz prohibicja przesłania pielgrzymki, a tekst brzmi: "cała nadzieja w Panu / z nocnego”. I znowu można w tym przypadku bawić się skojarzeniami. Za "przesłanie pielgrzymki" uznajemy słowa "cała nadzieja w Panu", ale z drugiej strony trzeba zauważyć, że dla niektórych sens pielgrzymki przysłaniała właśni owa prohibicja"; Poeta jest świetny w tego typu zabawach, co udowodnił już poprzednimi tomikami.
Autor Śmierci pozującej do zdjęć pokazuje w swojej kolejnej książce świat zastany, świat, z którego wcale nie powinniśmy być dumni. Nawet najbliższe osoby oddalają się od siebie: "odkąd razem zamieszkaliśmy / przestaliśmy się / spotykać”, liczy się technika: "resetuj życie / którego nie da się tutaj podłączyć jak / komputera czy telefonu / liczą się dzwonki i domofony", a jedyną nagrodą dla wierzących jest "trumna z piachem / kamienie i fale / strachu" (wiersz przełamując wiarę, dedykowany Larsowi von Trierowi, reżyserowi filmu Przełamując fale). To "kraina pizzy, tesco i bigstarów” Ważnym motywem świata Brzoski jest także więzienie, co wiąże się zapewne z pracą sosnowieckiego poety. Pełno w jego utworach takich słów-klucz jak na przykład kraty, grypsy, cela, areszt. Pełno w końcu i poetyckich metafor i porównań: „urodziłem się wiosną a obchodzę zimą przez pomyłkę / śniegu” albo „marszczysz wtedy czoło jak / mops w prima aprilis".
Po ukazaniu się poprzednich tomików Wojciecha Brzoski krytycy pisali zgodnie o ironicznym dystansie autora, o lingwistycznej ironii. Tym razem, jak słusznie zauważył Jakub Winiarski, jest to śmiech „Sorena Kierkegaarda, który obejrzał film Woody'ego Allena”. To swoiste poczucie humoru wiąże się także z radami jakie daje autor „wystarczy dać ulepić z siebie bałwana / i zaśpiewać o księciu z innej bajki", albo z aluzjami literackimi. Czyżby taką aluzją był między innymi wiersz o tytule wieczna ospa, będący zapewne nawiązaniem do utworu Ryszarda Chłopka pod tym właśnie tytułem. Chłopek pisał: „Poczekaj, aż wystygnę / i będę patrzył w niebo z tym samym wyrazem twarzy / co nawierzchnia jezdni pokryta czarną wysypką kałuż (...). Brzoska zdaje mu się odpowiadać: „przychodzi do ciebie ospa jak / kara boska. Każda myśl o mnie / znaczona jest krostą na twoim ciele”. Bóg nie jest potrzebny, ale każde przeciwności losu są jego winą. Cóż, kogoś w końcu trzeba oskarżyć"
Poeta nie rezygnuje z ciągłego przekraczania granic między sferą sacrum i sferą profanum, między światem realnym a wymyślonym. W jego utworach można raz śnić, że się jest, jak w lirycznym wierszu z prochu, albo innym razem można twardo stąpać po ziemi. Można dryfować na obłokach z marzeń, albo być martwym, jak „kartonowa pani z żabki”. W tych wszystkich aspektach widać jednak przede wszystkim jedno – wielką przenikliwość autora.
„Gdzie kończy się życie zaczyna się picie / i powolne gnicie” – straszy nas Brzoska. I ma niestety rację.

MAGDALENA BOCZKOWSKA, "Opcje", nr 4/ 2006

Wojciech Brzoska:
Sacro casco Wydawnictwo Mamiko. Nowa Ruda 2006.
MAGDALENA BOCZKOWSKA





„NA ZAWSZE JUTRO” Z MACIEJEM NOWAKOWSKIM




„Na zawsze jutro” to druga po „Baie dankie, Afryko” propozycja Macieja Nowakowskiego, przedstawiona za pośrednictwem noworudzkiego wydawnictwa „Mamiko”.
Na pozór jest to zwyczajny,acz interesujacy zapis wywiadu-rzeki, jakiego udziela mieszkający w Stanach Zjednoczonych polski arystokrata Bogdan, pewnemu historykowi z Warszawy, zbierającemu materiał do książki. Bogdan, od lat mieszkający na Manhattanie filantrop, znawca i mecenas sztuki, jako bogaty w różnorodne doświadczenia życiowe arbitum elegantum stanowi idealny temat na książkę. Nie byłoby więc w tym nic dziwnego, gdyby nie dwie rzeczy. Po pierwsze, warszawski historyk, Marek Pobóg, jest „przy okazji” agentem wywiadu w Urzędzie Ochrony Państwa. Po drugie, jego rozmówca ma ponad dwieście lat i jest&#8230;nieśmiertelny. Okazuje się, bowiem, że na świecie od zawsze egzystują ludzie nieśmiertelni, co jest oczywiście wiadome odpowiednim służbom wywiadowczym. Akceptują oni jednak tą „inność”, aż do momentu odkrycia pewnej, o tyleż zadziwiającej, co nielegalnej działalności, burzącej starannie wypracowywany latami system ładu i porządku. Na jej czele stoi właśnie nasz rodak-Bogdan. Stąd też pomysł wywiadu Stanów Zjednoczonych, aby we współpracy z polskimi organami rozwikłać ten niecodzienny i ponadczasowy problem. Z Polski przybywa, więc z misją Marek Pobóg, który pod pretekstem napisania autobiografii arystokraty, ma zbliżyć się do niego na tyle, aby ten wyjawił mu szczegółowe informacje na temat swojej przestępczej profesji.
Na tym opiera się główna intryga książki skonstruowanej na zasadzie dwóch, wzajemnie przeplatających się historii (opisu życia Bogdana oraz polsko-nowojorskich przygód Marka), odróżniających się od siebie zarówno formą narracji, jak i rodzajem czcionki.
Autobiograficzna relacja polskiego, a właściwie kosmopolitycznego nieśmiertelnego przedstawia jego barwne losy w oparciu o rzeczywiste fakty historyczne na przełomie dwustu lat. Mamy tu więc obraz życia XVIII-wiecznego szlachcica z Podola. Poznajemy jego codzienność, pierwsze erotyczne doznania, a także ideologię, dla której ujście znajduje, jako uczestnik konfederacji barskiej. Po jej upadku podróżujemy z nim do Francji, a następnie, z oddziałami Kazimierza Pułaskiego, walczymy o wolność Ameryki. Po krótkim okresie względnej stabilizacji, naszego bohatera znów dotykają krwawe wydarzenia-wojna secesyjna. W Ameryce spędza też czas I wojny światowej. Podczas II wojny światowej jest już w Polsce, gdzie czynny udział bierze w powstaniu warszawskim. Na końcu wędrówki wraca, prawdopodobnie na stałe, (chociaż w przypadku nieśmiertelnych nigdy nic na pewno nie wiadomo), do Ameryki. Na jego biografię tyleż ważny wpływ miały perturbacje dziejowe jak i kobiety przewijające się przez całe życie. Ukochana żona-Grażyna, żydowska kochanka-Alicja, czarnoskóra niewolnica-Rene, łączniczka-Kasia, symbolizują jego wieczne dążenie do miłości, szczęścia, a przede wszystkim do normalności, cokolwiek ona znaczy. Pamiętając jednak, że celem wynurzeń arystokraty jest ujawnienie tego aspektu jego życia, który nigdy nie powinien ujrzeć światła dziennego, wspomnieć należy o zajęciu, jakiemu z satysfakcją ( chociażby czysto finansową), oddawał się przez wiele lat. Z racji swojej nieśmiertelności był do niego szczególnie predestynowany. Bycie mianowicie płatnym zabójcą to dopiero początek jego przestępczej działalności&#8230;
Druga historia, ta, w której odnajdujemy Marka Pobóga, nie obfituje, co prawda, w tak szeroki asortyment wydarzeń, ale z racji jego niespełna trzydziestu lat jest to przecież zgoła niemożliwe. Tu mamy portret człowieka z jednej strony uwikłanego w specyficzną rzeczywistość agenta wywiadu, pełną konspiracji, podejrzeń, ryzyka, z drugiej zaś odpowiedzialnego męża i ojca. Tak dychotomiczny podział codzienności ma także oddźwięk moralny, jak chociażby w podejściu do spraw wierności małżeńskiej. Kochanka z pracy nie stanowi zagrożenia dla spoistości rodziny, gdyż stanowi nieodłączny, a nawet często bardzo przydatny element tego zajęcia.
Te dwie przeplatające się opowieści wyraźnie pokazują ewolucję relacji między Markiem, człowiekiem „w pracy”, a jego „obiektem”, Bogdanem. Zanika dystans między nimi, pojawia się bliskość podobna wręcz do relacji ojciec-syn. Czy to jednak wystarczy, aby, w końcu doświadczony setkami lat, nieśmiertelny wyjawił swą najważniejszą tajemnicę?
       Jak w każdej, dobrze napisanej książce fantastyczno-sensacyjno-przygodowej i w tej, wszystkie elementy układanki powoli dopasowują się do siebie, tworząc spójną całość, a co więcej, w jej zakończeniu czeka na czytelnika niespodzianka. Tą przyjemność pozostawię jednak do indywidualnej degustacji odbiorcy. Aby jeszcze bardziej zachęcić do lektury „Na zawsze jutro” odsłonię rąbek tajemnicy, której szczegóły tak bardzo chciał poznać Marek Pobóg. Posłużę się w tym celu (za autorem), myślą Paula Getty:, „Ponieważ nie mogę tam zabrać ze sobą moich pieniędzy, zdecydowałem się nie umierać.”


                                               Ewa Żeberkiewicz


Nowakowski Maciej.
Na zawsze jutro. Nowa Ruda : Mamiko, 2005

Ewa Żeberkiewicz





„Świat jest miłością”...


     W lipcu 2001 roku ukazała się drukiem kolejna edycja poezji Antoniego Matuszkiewicza – mieszkającego na Dolnym Śląsku – poety, dramaturga i prozaika. Tomik wierszy został opatrzony tytułem „Błękitne przeciwstawienie” zainspirowanym cyklem rysunków Józefa Hałasa. Niektóre z nich wzbogacają szatę graficzną wydania: okładkę i poszczególne części w zbiorze. „Błękitne przeciwstawienie” starannie wydała Apolonia Maliszewska w noworudzkiej oficynie „Mamiko”

     Dorobek poetycki Antoniego Matuszkiewicza obejmuje zbiory poprzedzające najnowsze „Błękitne przeciwstawienie” : „Czyste powietrze”, „Lżejsze od Ziemi”, „Góry Kamienne”, „Rebeka”, „Nowy Rok”, „Spojrzeć najdalej”, „Droga do Iwonicza”, „Eden”, „Vox celestis”.

     Poezja Matuszkiewicza jest refleksyjna, podbudowana rozległą erudycją z różnych dziedzin humanistyki ; architektury, malarstwa, muzyki, filozofii i religioznawstwa, poszerzoną efektami obserwacji otaczającego artystę świata. „Błękitne przeciwstawienie” to poetycki wyraz zadumy twórcy nad kosmosem, człowiekiem przemierzającym drogę wyznaczonego mu czasu ziemskiej egzystencji i Bogiem – Kreatorem , architektem wszechświata. Stanowi swoistą syntezę poezji intelektualnej i sensualnej. Z wierszy tego tomiku odczytujemy wprawdzie afirmację życia, ale blask witalizmu jest tu wyraźnie przyćmiony cieniem śmierci. Podmiot liryczny ma pełną świadomość kresu ziemskiej wędrówki każdej istoty ludzkiej i to przeświadczenie tłumi jasną stronę palety barw świata natury.

     Tytuł zbioru sugerujący liczne antynomie w kosmosie odwołuje się w istocie do harmonii wszechświata, który Stwórca wykreował według zasad klasycznego piękna : ładu, proporcji i symetrii. Błękitowi nieboskłonu odpowiada błękit wód mórz, oceanów, rzek i jezior. Pomiędzy dwiema warstwami błękitu usytuowany jest ląd, na którym żyją rośliny, zwierzęta i ludzie.

     W lirykach Matuszkiewicza nie ma czystego moralizowania, sugestywnie wyrażonego imperatywu moralnego, narzucającego czytelnikowi sposób przebycia ziemskiej drogi żywota. Jest w nich subtelna etyka wyrastająca z refleksji o krótkości ludzkiego życia i o drugim życiu, które rozciąga się poza zasłoną oddzielającą to, co znane od tego , co przeczuwane. Uczy miłości do świata przyrody, zachwytu nad jej pięknem, radości z każdego przeżytego dnia, uczy tolerancji wobec inności bliźnich : narodowościowej i wyznaniowej. Słowa zacytowane przeze mnie zamiast tytułu zaczerpnęłam z wiersza „Błędne skały”.

Podziw dla piękna skalnych form, harmonizujących z kształtami obłoków na niebie, czar lasu i zieleni traw dyktuje poecie słowa :

     „Świat jest miłością”

W innych lirykach odwołując się do różnych wyznań i religii twórca „Błękitnego przeciwstawienia” dąży do ekumenezy ; nie przeciwstawia wierzących prawosławnych katolikom, wskazuje im jednego Boga – obecnego w wierszach : „Ewangelia”, „Broumowski Monastyr”, „Ikonostaz domowy”, a zwłaszcza „Wobec krzyża”. Ze zbioru wynika przesłanie , że każdy człowiek powinien dążyć do zrozumienia drugiego człowieka, umieć darzyć miłością bliźniego, kochać przyrodę i wielbić Stwórcę, który wykreowany przez Siebie świat podarował ludziom.

     Poezja Matuszkiewicza łączy w sobie najczystszy realizm wyrastający z sensualizmu z metafizyka, filozofią i oniryzmem. Mówiąc, że „świat jest miłością” maluje słowem konkretne miejsca tego świata : wspomnienie z młodości spędzonej na kresach otaczających Lwów i rzeczywistość, która otacza artystę obecnie : Sudety, pasmo Karkonoszy, górskie strumienie niosące bogactwo szlachetnych kamieni i minerałów : porfiru, karneolu i będące symbolem przemijania jednostek i całych pokoleń.

     Nie jest to poezja łatwa w odbiorze. Matuszkiewicza posługuje się wierszem białym, bezrymowym i przeważnie nieregularnym. Niewątpliwie taki warsztat literacki sprzyja zadumie i refleksyjności, pozwala też czytelnikowi na pewną swobodę w interpretacji głosowej i semantycznej utworów. Stawia jednak przed czytelnikiem wymagania : oczekuje wrażliwości i intelektualnego przygotowania.

     Warsztat poetycki Antoniego Matuszkiewicza jest bogaty w metaforykę , antytezy, porównania, onomatopeje i przerzutnie. Elementy regularności, niepełnej zresztą, dostrzec można jedynie w wierszach napisanych tetrastychem lub tercyną. Oprócz ilości wersów w strofach trudno doszukać się innych zgodności. Liczba sylab w poszczególnych wersach waha się od 9 da 12. Nie spotkałam strofy napisanej zdecydowanym sylabowcem. Ilość ze strojów akcentowych w wersach oscyluje wokół 3 lub 4. Nie jest to więc wiersz toniczny. Matuszkiewicz pisze wierszem wolnym, o dowolnej strofie i swobodnej wersyfikacji.

Na podkreślenie zasługuje tworzywo wierszy z tomiku „Błękitne przeciwstawienie”, czyli bogactwo i piękno słowa. Liryki Matuszkiewicza mają też w sobie coś z poezji lingwistycznej. W niektórych z nich poeta bawi się słowem i zdecydowanie bardziej dba o stronę dźwiękowo-muzyczną utworu niż jego warstwę znaczeniową.

     Nie ulega wątpliwości, że Antoni Matuszkiewicz to wrażliwy humanista i utalentowany poeta, który w tomiku „Błękitne przeciwstawienie” zawarł kosmiczny obraz świata doczesnego i przeczucie pozaziemskiego.


Sabina Skowron





Piękna historia miłosna


Strefa ognia kojarzy mi się z miejscem niebezpiecznym, podlegającym ciągłym metamorfozom, wywołującym lęk. Taka jest poezja Ewy Parmy. W strofach swoich wierszy poetka pokazuje nam czytelnikom obraz świata, w którym płoną stosy, łamią kołem, kamieniują i przykuwają do słupa. Nie sposób ugasić emocji, które wywołane tego typu efektami, wciąż dają się nam we znaki i są podsycane ognistymi metaforami. Niosą one ze sobą specjalne skojarzenia. Jak wiadomo, w literaturze symbol ognia był znakiem
oczyszczenia, duchowego KATHARSIS.
Czy tak jest w tym przypadku? Ciężko odpowiedzieć na to pytanie, odwołując się do następującego fragmentu:

" Lepiej już przestań szperać
wertować i wysnuwać
bo strawi cię własny ogień
zabije wyobraźnia"
( Ewa Parma " W strefie ognia", s.5)

Myślę, że tutaj jest to siła niszcząca, zabijająca to, co ludzkie. Podmiot liryczny nie jest w stanie jej powstrzymać, nie ma w sobie tyle mocy, poddaje się bez walki, choć w
" Erotyku bluźnierczym" pojawia się cień nadziei na lepszą przyszłość:

" (...) przykryj mokrą skórą
niech dymi jak przed ołtarzem
(...) tylko tak możemy się zbawić"

Niemniej, jednak ogień przynosi ze sobą ciepło, rozgrzewa i wywołuje także pozytywne emocje. Staje się metaforą uczucia, które łączy ze sobą dwoje zakochanych
w sobie ludzi, wielką namiętnością:

" Krzyk rozpoczyna życie
i wielką namiętność"
( Ewa Parma " Krzyk", s. 37)

Intensywność wyznania jest imponująca. Podmiot liryczny relacjonuje swoje marzenia, sny, fantazje, których bohaterem jest często mężczyzna:

" Ten wiersz nie jest dla ciebie
jesteś zajęty umieraniem
w międzyczasie stygnie obiad
i ogień bez którego
tracę cień i równowagę"
( Ewa Parma " Wiersz nie jest dla ciebie", s. 41)

Poetka chce poniekąd dotknąć, poznać głębiej odbiorcę swoich refleksji, nauczyć się go kochać, o czym pisze w wierszu " 3":

"
1

Dotknąć go
z nutą perwersji
jak pielgrzym
świętej ikony
i czekać aż spłynie łaska
miłosnymi fałdami
jak cudowny płaszcz
snów w technikolorze"

Najczęściej, jednak podmiot liryczny zostaje sam ze swoimi problemami, choć bliska osoba jest ciągle gdzieś obok, na wyciągnięcie ręki. Dlatego bohaterka wierszy Ewy Parmy chce:

" (...) żebyś przestał patrzeć
ciągle w niebo
depcząc po mnie
i nie widząc
jak codziennie wpadam
w morze ognia
bez ciebie"
( Ewa Parma " Campo del Cielo", s. 42)

Baśń poetycka Ewy Parmy silnie akcentuje uczucie, jakie rozkwita między ludźmi. Miłość w wierszach poetki jest pięknym doświadczeniem, nie pozbawionym drobnych potknięć, błędów. Sporo w tym zbiorku takich obrazów. W " Pejzażu ze słonecznikiem" poetka pisze:

" To będzie piękna jesień, kochany
z deszczem przyjaznym jak dłoń na włosach,
z kałużami, w których światło
latarń będzie czekać na nasze cienie"
( Ewa Parma " Pejzaż ze słonecznikiem", s. 51)

albo tutaj:

" Seks jest nudny jak ponury diabeł
Dopiero gdy wyzwalasz mnie
Kolejną zdradą – odżywam"
( Ewa Parma " Seks jest nudny", s. 52)

Zbiór poetycki " W strefie ognia" jest jak piękna historia miłosna, której nie sposób się oprzeć i łatwo zapomnieć. W każdym niemalże utworze można poczuć jej silny aromat, wywołujący drżenie serc, snów i refleksji. Poetka próbuje przekazać czytelnikowi jak bardzo jest ona ważna w życiu człowieka i pokazuje jak należy jej doświadczać. Świat bez tego ognia, bez tej iskry byłby pusty, smutny i nic nie znaczący. W pewien sposób potwierdza moje obawy, że bez drugiej połówki jabłka, życie jest
niemożliwe.

                                       -------------Daria Dziedzic

W strefie ognia. Ewa Parma. Mamiko Nowa Ruda 2010 rok
Daria Dziedzic





Czy Kalifornijskie Supermarkety mają rację bytu w literaturze polskiej? Parę słów o poezji Ninette Nerval.



" W każdym systemie moralności, z jakim dotychczas się spotykałem, stwierdzałem zawsze, że autor przez pewien czas idzie zwykłą drogą rozumowania, ustala istnienie Boga albo robi spostrzeżenia dotyczące spraw ludzkich; aż nagle i nieoczekiwanie ze zdziwieniem znajduję, iż zamiast zwykłych spójek, jakie znajduje się w zdaniach, a mianowicie „jest" i „nie jest", nie spotykam żadnego zdania, które by nie było powiązane słowem „powinien" albo „nie powinien". Ta zmiana jest niedostrzegalna, lecz niemniej ma wielką doniosłość. Wobec tego bowiem, że to „powinien" albo „nie powinien" jest wyrazem pewnego nowego stosunku czy twierdzenia, przeto jest rzeczą konieczną te zwroty zauważyć i wyjaśnić; a jednocześnie konieczne jest, iżby wskazana została racja tego, co wydaje się całkiem niezrozumiałe, a mianowicie, jak ten nowy stosunek może być wydedukowany z innych stosunków, które są całkiem różne od niego." Dawid Hume(Traktat o naturze ludzkiej, tłumaczenie Czesław Znamierowski, Warszawa 1963, t. II, s. 259-260.)

Czy tak samo jest z poezją Ninette Nerval? Czy pod płaszczykiem moralności, czy niemoralności rodzą się wiersze tej autorki? Jedno nie wyklucza drugiego. Zawsze musi istnieć coś moralnego, żeby powstało z tego coś absolutnie niemoralnego. Poezja Ninette jest nieograniczona w czynach i słowach. Punkt siedzenia nie jest zależny od punktu widzenia i odwrotnie.

W tomiku pt.
„Kalifornijski Supermarket” jest pełno gadżetów, do których przypisuje poetka odpowiednią rolę, fakturę, zapach. Nie jest to świat pełen zimnych, nieczułych jak nóż nocy, obcych pocałunków. Wszystko tutaj to samoswoje. I paczka pełna jabłek, soczysty wielki melon. Obcość została tutaj oswojona jak dzikie zwierzę.

Z kalifornijskiego supermarketu wyłania się obłędnie samobójczy podmiot liryczny, któremu do twarzy najbardziej pasuje nie tylko sycząca śmierć, wdychanie gazu z piecyka na kolanach, wślizgiwanie się w objęcia Charona, obole z obrzmiałych gardeł („Pantera”, s. 8), ale także nastoletnie pegazy, infekowany kot, dytyrambiczne pochody dionizosa („ ja byłam pozioma, ty byłeś pionowy”, s. 9).

Kształtne figury w kościele, judasze spuszczane ze smyczy, infekowane koty urzeczywistniają w pewnym sensie porządek metafizyczny każdej rzeczy. Brak śladów paniki, porysowane nadgarstki, na których podmiot liryczny hodował piękne zamożne heteroseksualne hieny, które polecały listy z Grand Ecole, ucieczka w metapróżnię, zwykłe trzęsienia ziemi („Psychole z Lower East Side”, s. 11) nie nosi ze sobą znamion infantylności.

Tutaj podmiot liryczny oraz pozostali bohaterowie tomu dokonali pewnych wyborów. Podejmowali tych wyborów dość rozważnie. Wszyscy dopuścili się jakiegoś grzechu, przewinienia, a nawet zbrodni. Nie da się cofnąć naturalnego zapachu śmierci, ani widoku gnijących ciał palących się mercedesów („Syfilis, choroba francuska”, s. 12). Poetka, jak dobra scenarzystka zamyka furtkę, aby nikt nie znalazł lepszego zakończenia danej historii. Nie pozwala na rozszerzenie scenariusza. Zamyka w trudnych, ale zwięzłych pointach. Poetka zamyka te historie w hermeneutycznym kole.

"Kalifornijski Supermarket" wpaja nam jak mantrę: śmierć przeszywa/ puste głowy i plomby krople wody spadają/jak bomby/ ( „pełza zło z numerem 39”, s. 13); każdy akt pisania to rodzaj/śmierci próbując mnie o -kreślić/wykonujesz okrężne ruchy/dłonią/ („ Elegia dla Moby Dicka”, s. 14), jej ciało jest klatką/ ma gorzką pigułkę/ do przełknięcia/uklada się grzbietem/do ściany/ („ z jej strony”, s. 16). Ninette Nerval wpaja więc nam jak zaklęcie: kim tak naprawdę jesteśmy, czego chcemy od życia i śmierci, co jest właściwe - dusza, czy ciało, w co tak naprawdę chcemy się zmienić, czy nastąpi to jeszcze teraz, za życia, czy dopiero po śmierci.

Możemy tutaj pobawić się w prywatnego detektywa i pójść za śladami pozlepianych ze sobą duszami, a być może i ciałami ( głową, sercem, ramienieniem) bohaterów: O&#8217;Hary i Nietzschego. Ciekawy dymorfizm postaci, prawda? Sama jestem ciekawa, jak oddziaływaliby na siebie równocześnie, które z nich byłoby bardziej uparte i nieznośne? Trudno określić.

Ta dwupostaciowość jest iście nietzscheańska. Ninette Nerval interpretuje człowieka jako istotę biologiczną, która kocha i nienawidzi jednocześnie, współczuje drugiemu człowiekowi, ale ma chęć wyrządzić komuś krzywdę. W tomiku Nerval następuje więc w pewnym sensie pogodzenie się z życiem, takim, jakim jest, a z drugiej strony odnajdujemy bunt, walkę z wewnętrznym ja. Podmiot liryczny czuje moc pijąc wodę prosto ze strugi spływającej z drzewa. Czuje ją również w momencie, kiedy nikt jeszcze nie umarł, a przejścia są: pełne poetów - dziwek posuwanych przez tabuny dyszących metafor/ („ Kalifornijski Supermarket”, s. 12). Takie uczucie mocy posiada człowiek, który mógłby umierać zawsze gdyby nie telefon/ z Francji za dwie jedenasta/uważaj głos w słuchawce/ ostrzega zachłannie/ ( „ Presupozycja numer 23”, s. 22). To taki pęd ku loży masońskiej, ku robaczywej miłości („ robaczywa miłość”, s. 23), ku kaprofagom i koprofitom. Sport w plenerze, szkolna ławka są właśnie siłami, które dodają Ninette Nerval niesamowitej, wręcz powiedziałabym nieziemskiej mocy. Łagier w zawieszeniu, czy chociażby asystolie tłustego lisa ( „Asystolie tłustego lisa”, s. 27) dają poetce niewyczerpane źródło energii, która pozwala jej na budowanie czegoś z niczego, na pokonywaniu chaosu, przeżywaniu żałoby na swój własny poetycki sposób, na szukaniu swojego własnego idaho („ Nasze własne Idaho”, s. 29).

Można wręcz śmiało powiedzieć, że moc Ninette Nerval pochodzi ze śmierci Wojaczka. Poetycko&#8212; energetycznego „kopa” daje jej także obowiązek kochania i pisania, choć poetka twierdzi inaczej. Dlatego wśród sycylijskich pomarańczy najlepiej złapać za rogi cuchnących Sowietów niż romantyków zmarłych na AIDS.
Wydaje mi się, że wiersze tej Autorki są godne polecenia. Tomik jest lepszy niż poprzedni, ma swoistą wymowę i niepowtarzalną treść.

Ninette Nerval. Kalifornijski Supermarket. Nowa Ruda : Mamiko, 2012

Daria Dziedzic





Marianna - księżniczka marmurów


Przedsięwzięcia przeprowadzone w latach 2002/2003
w ramach projektu realizowanego przez trzy strońskie szkoły:
Szkołę Podstawową im. Bohaterów Westerplatte
Gimnazjum im. Marianny Orańskiej
Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych
przy wsparciu finansowym
Funduszu Lokalnego Masywu Śnieżnika

Opracowała
Iwona Matuszkiewicz
koordynator programu


Publikacja sfinansowana przez
Fundusz Lokalny Masywu Śnieżnika


Wykorzystano materiały przygotowane przez:

Konrada Bednarczuka
Jolantę Bogiel
Waldemara Buczkowskiego
Dorotę Jezierską
Karola Maliszewskiego
Adriana Młynarczyka
Monikę Ostrowską
Artura Prucnala
Grażynę Rojek
Henryka Romanowa
Krzysztofa Szpaka
Małgorzatę Urbaniak

Redakcja
Antoni Matuszkiewicz


Wstęp

Wszystko zaczęło się na początku czerwca 2002 r. w Wilkanowie. Wtedy to grupa nauczycieli z gmin objętych działaniem Funduszu Lokalnego Masywu Śnieżnika wzięła udział w warsztatach szkoleniowych organizowanych przez Democracy Education Exchange Program. Tam zrodził się pomysł, aby napisać projekt „Marianna – księżniczka marmurów”.

O sukcesie zadecydowała nasza determinacja. Czas był nie najlepszy – zaczynały się wakacje, a nam, po całym roku szkolnych zmagań, nie w głowie było myśleć o takim przedsięwzięciu. Dlatego po pierwszym spotkaniu organizacyjnym zapadła decyzja – nie piszemy i radośnie rozbiegliśmy się do domów na tak upragnione wakacje!

Sprawa projektu miała jednak jeszcze powrócić. Pod koniec czerwca odbyło się spotkanie informacyjne z panią Dorotą Komornicką – prezesem FLMŚ, na temat programu „Działaj lokalnie”. Właśnie w trakcie tego spotkania zdecydowałam się przejąć inicjatywę i jako koordynator przedsięwzięcia prosić sześcioosobową „grupę wilkanowską” o pomoc. Udało się! Pod koniec sierpnia dowiedzieliśmy się, że przyznano nam dotację i tak zaczęła się trwająca ponad pięć miesięcy przygoda z „Marianną”.

Idea projektu była bardzo ambitna. Chcieliśmy połączyć siły trzech strońskich szkół -podstawowej, gimnazjalnej i ponadgimnazjalnej - do pracy nad popularyzacją bogactwa naturalnego naszej okolicy, jakim jest marmur. Zaplanowaliśmy szereg działań mających charakter integracyjny: warsztaty szkolne i pozaszkolne, wycieczki, spotkania z wybitnymi postaciami naszego regionu, konkursy, wystawy, zajęcia sportowe itp. Wstępne prognozy zakładały, że uda nam się zaangażować dziesięciu nauczycieli i stu uczniów. Jakież było nasze zdumienie i radość na koniec, kiedy okazało się, że trzeba wydrukować ponad trzydzieści podziękowań za współpracę i ponad czterdzieści dyplomów dla samych tylko laureatów i wyróżnionych w czterech ogłoszonych w ramach projektu konkursach! W sumie we wszystkich działaniach ujętych w harmonogramie projektu wzięło udział około 650 osób spośród dzieci i młodzieży trzech strońskich szkół!

Niniejsza publikacja ma na celu zaprezentowanie wybranej dokumentacji dostarczonej przez realizatorów projektu, ukazanie zakresu naszych wspólnych działań oraz ich rezultatów. Za kryterium porządkujące kształt broszury przyjęliśmy formy pracy z uczestnikami projektu. Tak więc, można w niej znaleźć informacje na temat warsztatów, spotkań, wycieczek, konkursów , wystaw i innych działań przeprowadzonych w ramach zaplanowanego wcześniej harmonogramu.

Ze względu na ograniczoną objętość naszego wydawnictwa zamieszczamy w nim tylko niewielką część materiału zdjęciowego, który udało nam się zgromadzić w trakcie pracy nad projektem. Zawiedzionych odsyłamy do naszej strony internetowej www.marianna.oswiata.org.pl, gdzie znaleźć można więcej danych na temat naszego wspólnego przedsięwzięcia.

Serdecznie dziękuję sześcioosobowej grupie inicjatywnej w składzie: Adrian Młynarczyk, Jolanta Nowak, Ilona Wojaczek-Szczęsna, Grażyna Rojek, Henryk Romanów, Grzegorz Weber; współpracującym nauczycielom, a w szczególności Dorocie Jezierskiej i Małgorzacie Urbaniak oraz tym wszystkim, którzy swoją pracą i życzliwością przyczynili się do realizacji projektu „Marianna – księżniczka marmurów”.

Iwona Matuszkiewicz






„Po cóż nam ceregiele”. O poezji Tadeusza Chabrowskiego z tomu „Vermont”.


Tadeusz Chabrowski jest poetą starszego pokolenia, mieszka w Nowym Jorku, a pochodzi ze Złotego Potoku koło Częstochowy. Będąc księdzem w latach 60-tych wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie zrzucił habit i się ożenił. W 1965 roku poeta dostał nagrodę im. Kościelskich za tom „Lato w Pensylwanii” i w 1971 za antologię „Słowa na pustyni”, potem był nagradzany wielokrotnie przez instytucje emigracyjne i północnoamerykańskie, czemu się nie dziwię bo Chabrowski to nieprzeciętny poeta. W 2013 roku nakładem Mamiko ukazał się jego tom wierszy pt. „Vermont”. Tytuł tomiku został zaczerpnięty od nazwy jednego ze stanów, który słynie z gór i zieleni. Mimo, że Izabella Barry pisze w posłowiu w „Vermont”: „poetycka analiza miłości to główny temat tych wierszy”, to jednak uważam, że poezja Chabrowskiego jest wielotematyczna, a takich wierszy o miłości pomieszczonych w tomie nie jest dużo, no chyba, że autorka posłowia uważa, że każdy wiersz Chabrowskiego został napisany pod wpływem miłości, jednak nie jest tak od strony tematycznej. Z takiej perspektywy, którą przybrała Izabella Barry trudno coś opisać, bo wtedy dojdziemy, że całość dzieła naszego wieszcza Adama Mickiewicza wzięła się z odrzucenia jego miłości przez Marylę Wereszczakówną jak uczyli dawniej w liceum. Istotą poezji według Chabrowskiego jest zwykłe, poetyckie zdziwienie, a także prześwietlenie każdej rzeczy słowem poetyckim, o tym pisze poeta w „Zdziwieniu”: „Zdziwiony – mam szansę / że zajrzę do środka każdej rzeczy”. Chabrowski w innym wierszu „Ślubowałem słowom ubóstwo” ukazuje pewną niemożliwość dyscypliny słownej w swojej poezji, zamiast powziętego zamiaru ubóstwa słów (czyżby to było echo deklaracji w duchu Juliana Przybosia i jego zwolenników?) jego wiersze wypełniają neurozy i psychozy.
Napotykamy w „Vermont” górskie pejzaże, widzimy bliskość człowieka i natury jak w wierszach „Pory roku” i „Niewidzialny”. Wśród wierszy Chabrowskiego z nowego tomu jest także dowcipny tekst poświęcony amerykańskiej traktorzystce – „Cnota”. Poeta również opisuje relacje damsko- żeńskie jak w wierszach „Po kolacji”, czy „Nowożeńcach”, gdzie młode małżeństwo zaraz po ślubie zaczyna toczyć spory np. o to kto w jakiej pozycji lubi spać w łóżku. W tomiku „Vermont” mamy także elegię napisaną po śmierci Antoniego Nowaka, Sybiraka, nosi ona tytuł „Na odejście Sybiraka”. Poeta z Nowego Jorku przeczuwa zbliżającą się własną śmierć i temu tematowi poświęcił kilka swoich wierszy jak np. „Duszę” i należący do liryki roli wiersz „Odistoczenie”. W tym drugim wymienionym przez mnie wierszu podmiotem lirycznym jest umarły, który po śmierci budzi się na cmentarzu św. Rocha w „królestwie pędraków i dżdżownic”. Nie ma w wierszach Chabrowskiego przeczucia życia pozagrobowego, którym mami ludzi religia katolicka, dla autora „Białych nieszporów”, życie człowieka kończy się rozpadem ciała, śmiercią duszy, pogrzebem, trumną, a nie przejściem do jakiegoś innego, duchowego wymiaru.
Także wg nowojorskiego poety rzeczy wzięte z kultury jak poezja i religia nie są trwałe: „Po cóż nam ceregiele, / że religia jest poezją, a poezja religią, / skoro obie umierają, / nim się człowiek rozbierze do grobu / z zasad i zaszczytów” („Och! Wróżko!”).

Polski poeta emigracyjny czasem odnosi się w swoich wierszach do filozofii, czy do nowoczesnej, kartezjańskiej w „Odciskach palców”, czy też do tej klasycznej jak w „Czytając Kratylosa”. Znajdujemy w tomie „Vermont” także wiersz o życiu kleru. Bardzo ciekawe są wiersze autora
„Vermontu”, które ukazują absurdy życia w Stanach Zjednoczonych, jakże daleki jest ich ton od tonu wypowiedzi ludzi owładniętych mitem tzw. Ameryki, który w Polsce pojawił się w latach 70-tych i 80-tych, w który w jakimś stopniu także wpisywał się np. Waldemar Łysiak ze swoim „Asfaltowym saloonem” (Warszawa, 1980). Według tego mitu Stany Zjednoczone to kraj idealny, gdzie wszyscy czy głupi, czy mądrzy mogą do czegoś dojść, gdzie nie ma problemów społecznych, ponieważ nad wszystkimi obywatelami czuwa rząd, będący jakby kolejną inkarnacją zawsze wysoce moralnego „szeryfa” z westernów, a życie każdego człowieka jest niepowtarzalne, każdy ma prawo głosu i wszystko jest warte opisania w Stanach Zjednoczonych – od lśniącej stacji benzynowej, przeboju w radio, po sztukę w muzeum. W tomiku Chabrowskiego znajdziemy dwa wiersze będące takim silnym refleksem życia w Stanach Zjednoczonych jeden to „Prowokator”, drugi to „Woody Allen twierdzi”. Szczególnie w tym drugim znajduje się spiętrzona lista absurdów wziętych z życia „Po cóż nam ceregiele”. O poezji Tadeusza Chabrowskiego z tomu „Vermont”.


Tadeusz Chabrowski jest poetą starszego pokolenia, mieszka w Nowym Jorku, a pochodzi ze Złotego Potoku koło Częstochowy. Będąc księdzem w latach 60-tych wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie zrzucił habit i się ożenił. W 1965 roku poeta dostał nagrodę im. Kościelskich za tom „Lato w Pensylwanii” i w 1971 za antologię „Słowa na pustyni”, potem był nagradzany wielokrotnie przez instytucje emigracyjne i północnoamerykańskie, czemu się nie dziwię bo Chabrowski to nieprzeciętny poeta. W 2013 roku nakładem Mamiko ukazał się jego tom wierszy pt. „Vermont”. Tytuł tomiku został zaczerpnięty od nazwy jednego ze stanów, który słynie z gór i zieleni. Mimo, że Izabella Barry pisze w posłowiu w „Vermont”: „poetycka analiza miłości to główny temat tych wierszy”, to jednak uważam, że poezja Chabrowskiego jest wielotematyczna, a takich wierszy o miłości pomieszczonych w tomie nie jest dużo, no chyba, że autorka posłowia uważa, że każdy wiersz Chabrowskiego został napisany pod wpływem miłości, jednak nie jest tak od strony tematycznej. Z takiej perspektywy, którą przybrała Izabella Barry trudno coś opisać, bo wtedy dojdziemy, że całość dzieła naszego wieszcza Adama Mickiewicza wzięła się z odrzucenia jego miłości przez Marylę Wereszczakówną jak uczyli dawniej w liceum. Istotą poezji według Chabrowskiego jest zwykłe, poetyckie zdziwienie, a także prześwietlenie każdej rzeczy słowem poetyckim, o tym pisze poeta w „Zdziwieniu”: „Zdziwiony – mam szansę / że zajrzę do środka każdej rzeczy”. Chabrowski w innym wierszu „Ślubowałem słowom ubóstwo” ukazuje pewną niemożliwość dyscypliny słownej w swojej poezji, zamiast powziętego zamiaru ubóstwa słów (czyżby to było echo deklaracji w duchu Juliana Przybosia i jego zwolenników?) jego wiersze wypełniają neurozy i psychozy.

Napotykamy w „Vermont” górskie pejzaże, widzimy bliskość człowieka i natury jak w wierszach „Pory roku” i „Niewidzialny”. Wśród wierszy Chabrowskiego z nowego tomu jest także dowcipny tekst poświęcony amerykańskiej traktorzystce – „Cnota”. Poeta również opisuje relacje damsko- żeńskie jak w wierszach „Po kolacji”, czy „Nowożeńcach”, gdzie młode małżeństwo zaraz po ślubie zaczyna toczyć spory np. o to kto w jakiej pozycji lubi spać w łóżku. W tomiku „Vermont” mamy także elegię napisaną po śmierci Antoniego Nowaka, Sybiraka, nosi ona tytuł „Na odejście Sybiraka”. Poeta z Nowego Jorku przeczuwa zbliżającą się własną śmierć i temu tematowi poświęcił kilka swoich wierszy jak np. „Duszę” i należący do liryki roli wiersz „Odistoczenie”. W tym drugim wymienionym przez mnie wierszu podmiotem lirycznym jest umarły, który po śmierci budzi się na cmentarzu św. Rocha w „królestwie pędraków i dżdżownic”. Nie ma w wierszach Chabrowskiego przeczucia życia pozagrobowego, którym mami ludzi religia katolicka, dla autora „Białych nieszporów”, życie człowieka kończy się rozpadem ciała, śmiercią duszy, pogrzebem, trumną, a nie przejściem do jakiegoś incodziennego na emigracji w Stanach Zjednoczonych. W opisanych w tym wierszu Stanach Zjednoczonych „psychiatrzy plączą druty”, sportowcy ulegają histerii, sąd sądzi księdza za cudzołóstwo, na konferencję turystyczną w San Francisco zostaje zaproszony&#8230; astronauta, sprzątaczka skarży się na molestowanie w pracy, hakerzy włamują się do korespondencji polityków. Polski emigrant również w swoim tomiku zapisuje refleksje dotyczące sztuki, nie kryje się z powątpiewaniem w wartość sztuki abstrakcyjnej - „Artystom nigdy nie zabraknie fantazji, potrafią paćkać / jak im w duszy zagra” („Abstrakcja na płótnach”), woli jednak nieco bardziej tradycyjną jak w wierszu „Wieś z obrazu Marca Chagalla”, w którym opisuje poetycko obraz autora „Upadku Ikara”.

Od strony formalnej poezja Chabrowskiego często sięga po porównania jak na przykład takie określające własne życie: „Żyłem jak kornik przyczajony pod chropawą skórą drzewa” („Odciski palców”), „Życie jest jak zrywanie szyszek” („Pesymista”), wersy niektórych wierszy Chabrowskiego zbliżają się do aforyzmów, także słychać w poezji Chabrowskiego humor, który nigdy nie jest złośliwy. Dotyczy on innych ludzi i jest zabarwiony refleksyjnym zrozumieniem. Obserwacje życia, czy z drugiej strony wiersze posługujące się tzw. wielką metaforą także można znaleźć w „Vermont”. Styl Chabrowskiego to poezja zapisana zdaniami, często wielokrotnie złożonymi, ale rozbitymi na frazy, jakby dykcja wiersza religijnego w „Vermont” została połamana dykcją nowoczesną, amerykańską, czy też polską różewiczowską. Doszukiwanie się różnych absurdów w życiu codziennym i sposób ich opisywania jest bliski wierszom Bohdana Zadury. Chabrowski mieszka w Stanach Zjednoczonych, Zadura tłumaczył i tłumaczy nadal poezję anglojęzyczną, która na pewno ma jakiś podskórny wpływ na Chabrowskiego. Jeśli popatrzymy na poezję Chabrowskiego z punktu widzenia dróg jakimi podąża poezja nowoczesna (o czym pisał niegdyś w jednym ze swoich szkiców Michał Paweł Markowski) to poezja Chabrowskiego jest zrozumiała, czyli hermeneutyczna. Myślę, że każdy czytelnik lubiący wiersze, w których mamy jakąś mocno zarysowaną tematykę, powinien sięgnąć po „Vermont”.


Tadeusz Chabrowski, Vermont, Mamiko 2013
Mateusz Wabik





Spróbujmy w skupieniu wsłuchać się w rytm słów i zdań, dając się ponieść skreślonej na kartach niniejszej księgi opowieści. Historia to niezwykła, albowiem za sprawą ciekawego pomysłu autorki, łącząca w jeden splot wydarzeń wielkich i niejednokrotnie tragicznych zarazem, losy ludzkie i dzieje miejsca, w którym bądź to z wyboru, bądź z przypadku, postaciom stworzonym przez Magdalenę Goik przyszło wypełniać swoje życiowe powinności. Konstrukcja ta jest doskonałym pretekstem do prowadzenia wielowątkowej narracji, wspartej na kanwie fragmentów fikcyjnych i rzeczywistych życiorysów kilku kobiet, pozornie tylko sobie obcych i obojętnych wobec siebie, uczestniczących jednak w jakimś nadnaturalnym misterium wspólnych trosk, smutków, radości, sukcesów, wzlotów i upadków wpisanych w odwieczny krąg tworzenia, trwania i przemijania. Tłem dla tych jakże bliskich nam wszystkim doświadczeń są rzeczywiste, opisane w annałach dzieje konkretnego, lecz bardzo szczególnego miejsca na mapie Górnego Śląska

– bytomskiego wzgórza św. Małgorzaty. Niewybaczalnym błędem byłoby jednak sądzić, iż mamy do czynienia ze zbeletryzowanym dziejopisarstwem, udziwnionym nieco i podanym czytelnikowi w formie i konwencji lekkiej, łatwej i przyjemnej w odbiorze. Użycie chronologicznie uporządkowanego ciągu historycznych zdarzeń, naznaczonych piętnem niepasującej do literackiej estetyki maniery opisu faktograficznego, jako powieściopisarskiej osnowy, chociaż jest przedsięwzięciem niezwykle trudnym, to jednak z wielu względów stanowi ważną i udaną część pisarskiego eksperymentu Magdaleny Goik. Pomysł ów skrywa tajemnicę, którą warto zgłębić wnikając z zaciekawieniem w świat rzeczywisty, lecz w swej artystycznej kreacji dalece wyimaginowany różnorodnością uczuć, zdarzeń i emocji. Spróbujmy zatem wziąć udział w tej niezwykłej peregrynacji, bez obaw o stratę jakże cennego dziś czasu. Być może jego ulotną wartość odnajdziemy właśnie w powieści Magdaleny Goik, brnąc u jej boku krok za krokiem ku dawno zapomnianym koślawym uliczkom, coraz bardziej stroskanego smutnym losem swych mieszkańców magicznego miasta marzeń.

Tekst Dariusza Kota z okładki książki Magdaleny Goik "Powieść miasto i anioły".

"Powieść miasto i anioły" -Magdalena Goik. Bytom, Nowa Ruda : HYLA Wydawnictwo,Wydawnictwo MAMIKO, 2004


Dariusz Kot





POSZUKIWANIE ZŁOTEJ ŚCIEŻKI ŻYCIA W POEZJI RENATY BLICHARZ

- napisała Sabina Skowron

                                 „Więc, gdy ci ciężko żyć, bądź pełen ducha,
                                 Bądź mężny, a gdyć słońce zajaśnieje,
                                 Nie dmij się pychą, ale wściągaj wzdęte
                                 Żagle i reje.”
                                                 Horacy


       Wielokrotnie nagradzana za twórczość poetycką Renata Blicharz opublikowała
w grudniu 2009 roku swój trzeci tomik poezji „Czarna aureola” w noworudzkiej oficynie
„Mamiko”. Wbrew tytułowi, książka nie jest zbiorem pesymistycznych, przygnębiających
tekstów. Istotnie, dominują w nich różne odcienie czerni, ale bez żałobnego kiru, beznadziei
i rozpaczy.
       Poezja, w której przeżycia wewnętrzne, obrazy otaczającego świata, marzenia senne
i wspomnienia przenikają się, jest raczej wyrazem pogodzenia się z wyrokami przeznaczenia,
z losem, ze zmiennymi barwami życia. Mówiąc prawdę o człowieku i jego odczuciach,
poezja zawarta w tomiku „Czarna aureola”, wyrasta z postawy stoickiej.
       W pierwszej części zbioru nimb czerni dotyka kwestii rozstania z ukochanym mężczyzną, psychicznego stanu opuszczonej kobiety, smutków i trosk tkwiących w każdym człowieku,
ciemnej nocy rozjaśnionej światłami wystaw i miejskich neonów. W każdym z tekstów
jasna strona życia pokonuje tę ciemną. To szukanie nadziei nawet wtedy, kiedy jest bardzo
ciężko i trudno, kiedy wszystko jakby sprzysięgło się przeciw nam, jest cechą stoicyzmu.
       Uniwersalne przesłanie niesie wiersz „Czarne kruki”. Obecność zbiorowego podmiotu
lirycznego podkreśla ten uniwersalizm. Czarne kruki są metaforą smutków, zmartwień i trosk,
które dźwiga, idąc przez życie, każdy człowiek. .Swoim semantycznym sensem są bliskie
Norwidowskiej „Czarnej nici” z „Mojej piosnki I”. Pogodzenie się z tkwiącymi w nas
”czarnymi krukami” poetka kwituje tercyną zamykającą wiersz:
                „Ale tak naprawdę
                 w ich doskonale obojętnym oku
                 odbija się tylko nasze przeznaczenie”
Zatem trzeba pogodzić się z życiem, w którym osaczają nas troski i trudności; trzeba je przyjąć i żyć nadzieją, że nadejdzie odmiana na lepsze.
       Od odcieni czerni odbija się jasnym blaskiem pogodny liryk opisowy „Pejzaż chorwacki – dwa plany albo ósmy dzień tygodnia.” Krajobraz adriatyckiego pobrzeża,
malowany złotem słońca i zielenią palm, przynosi ukojenie, spokój i zachwyt piaszczystą
plażą wchodzącą w morze, wąskimi uliczkami zbudowanych według starogreckiego wzoru
miasteczek i rysującym się na horyzoncie pasmem gór. Refleksja towarzysząca zachwytowi
dociera aż do Stwórcy – kreatora świata i przynosi pointę:
                  „Niebo należy do Boga”
”Pejzaż chorwacki”&#8230; jest początkiem tryptyku o charakterze religijno-modlitewnym.
Po westchnieniach zachwytu nad pięknem świata, stworzonego przez Boga i podarowanego
ludziom, kolejne teksty: „Modlitwa wielkanocna” i „Przed sądem” niosą modlitewne słowa
człowieczej rozmowy z Bogiem, błagalnego monologu do Pana świata oraz myśli o sądzie
ostatecznym i prośby o zrozumienie słabości człowieka, który „błądzi, dopóki dąży”&#8230;
Wszystkie trzy wiersze, choć dotykają boskości, są głęboko ludzkie, traktujące Stwórcę
jak ojca mądrego i sprawiedliwego.
       Retrospektywny charakter mają wiersze poświęcone matce i ukochanemu mężczyźnie.
Wszystkie w jakiś sposób dotykają przeznaczenia, z którym nic nie można zrobić,
”trzeba je tylko przyjąć”.
       Szczególne miejsce w zbiorku zajmują trzy wiersze zawierające refleksje i wspomnienia
o kompozytorze i muzyku Krzysztofie Klenczonie. Dostrzega się w nich fascynację artystyczną naturą muzyka, zrozumienie dla jego ciekawości świata i zmienności losu,
wreszcie współczucie dla tragicznej śmierci.
       Tomik zamykają cztery liryki o cierpieniu, o bólu fizycznym, który najczęściej przychodzi w nocy, czasem zupełnie nad ranem, zawsze nieoczekiwanie , zawsze
zaskakując człowieka . Stanowią klamrę poetycką z pierwszą częścią zbioru, w której
dominuje czerń. Wszak ból na pewno ma odcień czerni.
        Wiersze Renaty Blicharz emanują mądrością poetki rozumiejącej potrzebę szukania
umiaru w życiu i możliwości pogodzenia się z tym, co musi się stać, co jest nieuchronne.
Fascynują pięknem słowa: bogactwem metafor, baśniowymi i onirycznymi nastrojami,
niezwykłymi ciągami etymologicznymi, zdolnością pointowania refleksji.
Zachęcam do intymnego spotkania z piękną i mądrą poezją zamkniętą między okładkami,
zdobionego trafnymi monotypiami, tomiku „Czarna aureola”
                                                   Sabina Skowron


BLICHARZ Renata.
Czarna aureola. Nowa Ruda. Wydawnictwo Mamiko, 2009. (Poezja polska)
Skowron Sabina





"W OSTATECZNYM ROZRACHUNKU TACY SAMI" – RECENZJA ZBIORU WIERSZY GRZEGORZA KWIATKOWSKIEGO "OSŁABIĆ" – NAPISAŁA SABINA SKOWRON.


       Gdański poeta i muzyk wydał w 2010 roku trzeci tomik poezji pt.”Osłabić”. Zbiór wierszy ukazał się w noworudzkim wydawnictwie „Mamiko”, promującym młode talenty.
       Grzegorz Kwiatkowski cieszy się zasłużoną renomą wyróżnianego i cenionego poety,
tworzącego refleksyjną lirykę intelektualną, sięgającą do szeroko pojętej tradycji literackiej
i rozwijającej się przez wieki myśli filozoficznej. Mimo tych cennych powiązań, idzie sam,
osobną drogą, jak kiedyś Miron Białoszewski – twórca teatru OSOBNEGO i poezji
niezważającej na trendy i wymogi mody literackiej.
       Tomik „ OSŁABIĆ”, ocieniony skrzydłami śmierci, brzydoty i zła, punktuje prawie
w każdym tekście elementy człowieczego losu osłabiające to, co w nas dobre, rozumne i silne. W ontogenezie każdego z nas powtarzają się, jak matematyczny algorytm, kolejne etapy istnienia: poczęcie, narodziny, chrzest, znaczenie wychowania i tradycji rodzinnej, próby buntu, cierpienie i droga, droga w stronę śmierci.
       Nad całością dominują dwie pary kontrastów: sacrum i profanum, słońce i krzyż.
Symbolika niełatwej poezji Kwiatkowskiego pozwala się zinterpretować w oparciu o tę właśnie dominantę kompozycyjno – etyczną. Bliskie turpizmowi Grochowiaka elementy zła, wymieniane w kolejnych tekstach, osłabiają nas, niszczą wiarę w człowieka, w jego wielkość i doskonałość. Należą do nich: wojna, dzieciobójstwo, przemoc w świecie, w społecznym otoczeniu i w domu, poniżanie i krzywdzenie istot upośledzonych, obozy pracy, a w nich akty przemocy i gwałtu, śmiertelne choroby niosące beznadzieję i cierpienie, ludzka pycha, brak empatii i otwarcia się na potrzeby innych ludzi, filmy porno, wreszcie bezdomność, wrogość wciąż nieokiełznanej natury z jej niebezpieczeństwami i groźnymi kataklizmami /”pożar tego roku spalił dużą część wyspy”/ i bezmyślne krzywdzenie innych przez obmowę, złośliwości i niewytłumaczoną niczym skłonność dokuczania drugiemu człowiekowi.
       Stąd wyrastają pesymistyczne powtórzenia, negujące sens ludzkiego życia, pojawiające się w kilu tekstach:
                „Nie powinien się urodzić,
                „Nie powinienem się urodzić,
                „Nie powinniśmy się urodzić”
Zaprzeczenie naszego jestestwa wynika ze spostrzeżenia bliskiego filozofii Nietzschego,
że człowiek zatracił umiejętność odróżniania dobra od zła i zdolność wydobycia się
z zagmatwanego labiryntu moralnej brzydoty świata. Wszechobecność szatana wydaje się
być mocą nie tylko osłabiającą człowieczeństwo, ale niszczącą w jednostce ludzkiej wszystko, co dobre i wartościowe.
       Prometeusze literatury polskiej/Mickiewicz, Kasprowicz i Leśmian/ jako antidotum na zło otaczającego świata wskazywali postawę buntu wobec Stwórcy, który pozwolił na istnienie wszystkiego, co nęka i męczy człowieka w jego Kafkowskiej drodze prowadzącej w zaświaty.
       Postawa buntu nieobca jest też Grzegorzowi Kwiatkowskiemu. W jednym z wierszy
skarży się słowami z ewangelii:
                „Boże, czemuś mnie opuścił”...
Tym westchnieniem dotyka męki Chrystusa na Golgocie i mądrościowej księgi Hioba,
mówiącego do Pana:
                „Wołam do Ciebie, a nie odpowiadasz, staję przed Tobą, a nie zważasz.
                Stałeś się okrutny dla mnie, mocą twojej ręki mnie prześladujesz.”
Postawa buntu wyrasta z niezawinionego cierpienia i z poczucia własnej, człowieczej godności. Gdański poeta , muskając lekko Herbertową frazę, mówi w wierszu „urodzić II”:
                „nie godzę się, nie godzę się”
a w wierszu „urodzić III”:
                „iść godnie, w pozycji wyprostowanej w stronę śmierci,
                iść bez lęku, iść godnie”.
A przecież bohater liryczny wiersza „urodzić III” w swym kreatywnym buncie przeciw złu
                „chciał zdjąć ze ściany wszystkie krzyże
                i zamienić je na symbole słońca”.
Rozumiem, że żywot ludzki, w którym dominuje cierpienie /krzyż/, chciał zamienić na życie
radosne i szczęśliwe /słońce/. Czy to tak wiele, że aż za dużo, że buntowniczo i kontestacyjnie?
       W tomiku „Osłabić" niektóre teksty zaglądają za czas, za kurtynę oddzielającą świat ludzi żywych od świata umarłych. Poeta powtarza pesymistycznie:
                „Waszą istotą jest przede wszystkim umieranie”
Ostatni tekst zbioru prowadzi na cmentarz. Morbio to kraina, w której „wielki brak nikomu
nie doskwiera”. Wobec drogi ludzkiego losu prowadzącej nieuchronnie do śmierci, człowiek
jest bezradny. Ta droga ma dla wszystkich taki sam początek i koniec, a w głębi „morbio”,
tak jak w wierszach Baudelaire'a, następuje rozkład i obracanie w proch.
Zatem w ostatecznym rozrachunku nasz los tu na ziemi i za kurtyną czasu jest taki sam.
        Struktura tomiku „Osłabić” rządzi się zasadą symetrii. Obramowana prologiem
i epilogiem,
zawiera 7 poetyckich części. Miejsce centralne zajmuje część zatytułowana
tak, jak całość zbioru.
        Teksty zostały napisane wierszem wolnym, białym. Ich poetycki charakter podkreślają symbole, metafory i wspomniane wcześniej kontrasty. Język zbioru to dobra, współczesna polszczyzna, w niektórych wierszach świadomie zbrutalizowana, w celu nadania tekstom głęboko naturalistycznego i turpistycznego sensu.
        Zachęcam do poznania głębi poezji młodego twórcy, który mimo że nie uprawia
literatury dydaktycznej, chce nas zmienić tak, byśmy umieli przeciwstawić się wszechobecnemu złu i choć świadomi eschatologicznego kresu i „morbio”, potrafili wykrzesać w nomadycznym trybie egzystencji trochę słońca, miłości i radości.
                                                        Sabina Skowron

Grzegorz KWIATKOWSKI.
Osłabić. Nowa Ruda : MaMiKo, 2010



Skowron





Łiskacz z elips


(Maciej Bieszczad – „Elipsa”)

No cóż rzadko ostatnimi czasami jestem olśniony debiutancką poezją. Ale tom wierszy Macieja Bieszczada - „Elipsa” to klasowy debiut. Poeta posiadł sporą umiejętność jeśli chodzi o pisanie nieprzegadane, albo zbyt znikome, którego dzisiaj mamy pod dostatkiem. Wiersze Bieszczada skrojone są w swoich ramach z awangardową precyzją i ze stawianiem sobie pytań o zadania poezji, a także o jej istotę: „W literaturze nowego wieku / język ma być nagrodą nie przystoi mu milczeć / ćwiczy udoskonalone dykcje. // W zatrważającym tempie / maleje liczba wierszy.” („O nocnych wędrówkach, str. 22), czy „powstaje pomiędzy. // ma takie niezwykłe / przeczucie żeby zaistnieć” („Elipsa. Z poetyki wiersza krótkiego.”, str. 23). Są to pytania przywodzące na myśl poezję Tadeusza Różewicza, ale Bieszczad pisze swoje, ponieważ radomski poeta wydaje się być tylko jednym z jego nauczycieli.

Wiersze Bieszczada są pisane na pograniczu realności i fikcji, świata rzeczywistego i literackiego.
W ogóle mam wrażenie przy lekturze wierszy poety z Wielunia, że obcuję z tłumaczeniem jakiegoś poety – mniej znanego - zagranicznego, klimat tych wierszy przypomina mi drukowane tłumaczenia poezji zagranicznej w „Literaturze na Świecie”, czy kiedyś
w "Studium” pod koniec ubiegłego wieku. Czasem te wiersze przypominają mi trochę późną poezję Aleksandra Wata. Nie jest to oczywiście posądzenie o plagiat, tylko ten ton, bezpretensjonalny, bez pozy, lekkość, wprawa, bez zbędnych słów, wiele zastanawiających środków poetyckich, elips, point to jest coś z czym na co dzień nie spotyka się czytelnik polskiej poezji. Może tylko jeśli idzie o największych.

Nie ma tu notorycznego powtarzania, czy przetwarzania cytatów z Miłosza, Świetlickiego, nie ma tu zgiełku polskiego środowiska literackiego, nie ma łatwo rozpoznawalnych mott, zawoalowanych cytatów, które krytyka podłapuje przy pierwszym czytaniu. Nie ma tu tego.

Jest niezwykle precyzyjny, nie wykoślawiony język i obrazy, sytuacje, które mogą fascynować. Tom wierszy Bieszczada składa się z trzech części: „Przed jutrznią”, „Korytarze”, „Bezgwiezdne”.

Jest to poezja dla której ważny jest obraz, a nie eksperyment językowy. Poeta jeśli opisuje jakąś sytuację robi to w sposób bardzo rzetelny, gdyż jest wyczulony na anegdotę jak
w świetnym wierszu