RECENZJE
„Maraton” - Piotr Saługa
- NOWA KSIĄŻKA, NOWE WYDAWNICTWO, NOWA SERIA
- Zadyszka współczesnego melancholika
- „Ja – przypadek, fantazja przyrody” – o „Maratonie” Piotra Saługi
- Wielkie plany małego wydawnictwa
- „Maraton” Piotra Saługi – rękawica rzucona współczesności
- Misteria gęsto tkanej prozy - Zalibarek
„Błękitne Przeciwstawienie” - Antoni Matuszkiewicz
- „Świat jest miłością”...
- Rezerwat poezji - Karol
Maliszewski
„Misja <Papieskiej Róży>” - Janusz L. Sobolewski
- Bestseller po polsku - czyli o książce J. L. Sobolewskiego „Misja papieskiej róży”
- Rekomendacja
- Polecam
- "Czat prywatny" z Januszem L. Sobolewskim
- Misja Papieskiej Róży - Tomasz Nowak
"Gra Pana Ego" - Zdzisław Władysław Żurek
- POST. NEUERODE. 2002 - Radosław Wiśniewski
- "Jestem pyłkiem z drogi wszechświata"
"Exodus" - Arkadiusz Sann
- Pierwsza recenzja Agnieszki
- „Exodus” Arkadiusza Sanna signum temporis ostatniej dekady XX w.
"Anioły nie umierają na raka" - Tomasz Zacharewicz
- "ANIOŁY NIE UMIERAJĄ NA RAKA" - Radosław Wiśniewski
- WIERSZE ZZA WĘGŁA-Radosław Wiśniewski
"Marianna - księżniczka marmurów". Oprac.Iwona Matuszkiewicz. Red.Antoni Matuszkiewicz
- "Marianna - księżniczka marmurów" - Iwona Matuszkiewicz
"Baie dankie, Afryko"-Maciej Nowakowski
- „Biały świat na czarnym lądzie” - Andrzej Różański
- Biali lekarze w kraju apartheidu - o debiucie literackim Macieja Nowakowskiego
- "Maciej Nowakowski: Baie dankie, Afryko. Mamiko, Nowa Ruda 2003, s. 162.
- "NIE BYĆ KAPUŚCIŃSKIM" - Inga Iwasiów
W Y M Ó W I E N I A. Antologia Studium Literacko-Artystycznego. Pod red.Karola Maliszewskiego
- "Obyś uczył filistrów" - Izabela Filipiak
- *(W szkole pisania...) - Ewa Lipska
- *(Ken Kesey...) - Gabriela Matuszek
- *(Co im przychodzi do głowy ?) - Marek Bieńczyk
- "Witajcie w literaturze" - Jan Tomkowski
"Gaguły" - Iwona Mesjasz
- Literackie impresje o człowieku i sensie życia w książce Iwony Mesjasz - „Gaguły”
"Każdego dnia" - Anna Magdalena Pokryszka
- Anna Magdalena Pokryszka: Każdego dnia, Nowa Ruda (Mamiko) 2003
- „Jabłka, jeszcze rumiane...”
- O poezji z Anną Magdaleną Pokryszką rozmawia Anna Wójcik
"Wiersze podejrzane" - Wojciech Brzoska
- Wojciech Brzoska, Wiersze podejrzane, Nowa Ruda (Mamiko) 2003.
- Wojciech Brzoska: Wiersze podejrzane, MAMIKO, Nowa Ruda 2003, s. 60
- Wojciech Brzoska. "Wiersze podejrzane"- Mamiko. Nowa Ruda 2003
- Płonące oczy - Jerzy Lucjan Woźniak
- Podejrzany do odwołania - Paweł Sarna
"Legendy schodzą z pomników" - Ryszard Chłopek
"Cztery pory roku" - Piotr Florczyk
- "Wiersze z podróży" - Mariusz Poźniak
- Piotr Florczyk, „Cztery pory roku”, Mamiko, Nowa Ruda 2003
- Nowa Ruda (Mamiko) 2003 . Piotr Florczyk. "Cztery pory roku"
"Sen" - Andrzej Trembaczowski
- „Nowy, wspaniały świat ?” - Mariusz Poźniak
"Sakrament księżycowej nocy. Ballady i romanse" - Mariusz Poźniak
- Dysonans księżycowej nocy - Krzysztof Karwowski
"Ścielenie i grzebanie" - Wojciech Giedrys
- Wojciech Giedrys, „Ścielenie i grzebanie”, Mamiko, Nowa Ruda 2004
- Poezja w wysokim zagęszczeniu („Gazeta Wyborcza” – wydanie toruńskie)
"[kocie łby]" - Mariusz Appel
- Mariusz Appel, [kocie łby], Mamiko, Nowa Ruda 2004
"Powieść miasto i anioły" - Magdalena Goik
- "Spróbujmy w skupieniu wsłuchać się w rytm słów i zdań..."-Dariusz Kot
- Magdalena Goik, „Powieść miasto i anioły”, Mamiko, Nowa Ruda 2004
- Powieść z Bytomiem w tle.
"Enzym" - Tomasz Hrynacz
- Tomasz Hrynacz, Enzym, Mamiko, Nowa Ruda 2004, s. 46
"Wytańczone wiatrem" - Joanna Mossakowska
- "Świadomość środka"-Antoni Matuszkiewicz
"Kotochwile" - Mariusz Appel
- "MARKOTY" - Joanna Mueller -
"Tydzień ważniejszy od życia" - Teresa Wierzewska Wilk
- Między niebem a ziemią
"Podróż za ocean" - Elias Marrouch
- O "Podróży za ocean" Olga Tokarczuk
"Piąta wyprawa Krzysztofa Kolumba do Indii Zachodnich 1960-2004" - Antoni Olgierd Misiak
- Antoni Olgierd Misiak, Piąta wyprawa Krzysztofa Kolumba do Indii Zachodnich 1960 – 2004, Mamiko, Nowa Ruda 2005.
- „PIĄTA WYPRAWA” ANTONIEGO OLGIERDA MISIAKA – POEZJA
"Na zawsze jutro" - Maciej Nowakowski
- Fantastyka i realizm w książce Macieja Nowakowskiego „Na zawsze jutro”.
- „NA ZAWSZE JUTRO” Z MACIEJEM NOWAKOWSKIM
- Fantastyka w wersji light - raczej dla intelektualistów
"Krajobraz z atramentowym wieczorem" - Michał Zantman
- Płynąc przez "Krajobraz z atramentowym wieczorem"
- Tajemnicze meandry ludzkiego życia w „Krajobrazie z atramentowym wieczorem” Michała Zantmana.
- Skaza na Krajobrazie - Katarzyna Jabłońska
- Kojarzony ze snem sen - Łukasz Mańczyk
- Michał Zantman „Krajobraz z atramentowym wieczorem”
- O CZASIE ZAKRĘCONYM
"25 wierszy" - Samantha Kitsch
- SAMANTHA KITSCH 25 WIERSZY
"Lustro" - Kinga Witowska
- SIEDEM ODBIĆ W LUSTRZE KINGI WITOWSKIEJ
- Rzeczy wydziobywane z podłoża egzystencji
Wzlot do początku - Elżbieta Maria Śmigielski
- "WZLOT DO POCZĄTKU"
sacro casko - Wojciech Brzoska
- Poważna niepowaga (i na odwrót) (Wojciech Brzoska, „Sacro casco”)
- Malarze i piaskarze : Krzysztof Fiołek:
- Jakub Winiarski:Poważna niepowaga (i na odwrót) (Wojciech Brzoska, „Sacro casco”)
- Wojciech Brzoska-Sacro casco. Mamiko. Nowa Ruda 2006 - O tym dlaczego zdecydowałem się zakłócić spokój świętej pamięci Emila Ciorana
- KOMICZNY ZMIERZCH BOŻYSZCZ
- POLISA NA POEZJĘ
- NIEROZMOWY Z BOGIEM - Matylda Sęk
- pytajniki stawiane „po norwidowsku” - Bogdan Widera
- KWIT NA BOGA
"rewers" - Tomasz Pułka
- Wyproszone metafory(recenzja)
- Z kocem po kamiennych schodkach – o debiutanckim tomiku Tomasza Pułki
"IPN" - Jacek Ostrowski
- PIĘĆ KRÓTKICH PRZYPOWIEŚCI JACKA OSTROWSKIEGO I PUENTA
- Instrument Podlenia Narodu - słów kilka o IPN-ie Jacka Ostrowskiego
"Kobiety i czas" - Grzegorz Mucha
- Kobiety i czas – opowieść o współczesnych egoistach?
- CZASEM KOBIETA
Maciek Froński - "Rozpoznanie bojem"
- Rozpoznanie bojem poetyckimi wyznaniami szydercy
- Do boju!
"Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę" - Marian Dziwniel
- Dar świadectwa
- MARIAN DZIWNIEL W DRODZE DO WOLNOŚCI
- Marian Dziwniel
- MARIAN DZIWNIEL ”HOMO VIATOR” WSPÓŁCZESNEJ EUROPY
- Niewątpliwą zaletą książki „Znad Niemna przed Odrę nad Sekwanę” jest jej ogromna wartość dokumentalna.
- Review: Marian Dziwniel: Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę
"Pukanie Ziemi" - Arkadiusz Kremza
- ARKADIUSZ KREMZA I JEGO „PUKANIE ZIEMI”
"Pożegnanie z czerwienią" - Elżbieta Lipińska
- HERAKLITOWE "PANTA REI" W POEZJI ELŻBIETY LIPIŃSKIEJ
- Dyskrecja sztuki i sztuka dyskrecji (Elżbieta Lipińska, „Pożegnanie z czerwienią”)
"Poza kadrem" - Feliks Netz
- Uważne filmu oglądanie
"Świat jaki pamiętam" - Zuzanna Turkiewicz
- Wiersze młodej poetki
- POEZJA ZUZANNY TURKIEWICZ ŚWIEŻA JAK WIOSENNA ZIELEŃ.
"Otwórz oczy" - Dagmara Babiarz
- OCZY SZEROKO OTWARTE, CZYLI Z DAGMARĄ BABIARZ PODRÓŻ PRZEZ CZTERY KONTYNENTY
- PODRÓŻNICZE I ETNOGRAFICZNE PASJE DAGMARY BABIARZ ZAWARTE W KSIĄŻCE „OTWÓRZ OCZY”- Sabina Skowron.
"Polskie pieskie życie" - Jacek Ostrowski
- FUTURYSTYCZNE I ONIRYCZNE WIZJE JACKA OSTROWSKIEGO
Dagmara Babiarz - "Podróż za kilka zielonych"
- DAGMARY BABIARZ FOTOGRAFIE Z PODRÓŻY
"Inny brzeg" - Aneta Nalborczyk-Wierzbicka
- SUBTELNY LIRYZM ANETY NALBORCZYK – WIERZBICKIEJ W TOMIKU WIERSZY ''INNY BRZEG''- Sabina Skowron
"światło umieranie" - Szymon Bira
- "światło umieranie" - Szymon Bira. Recenzja Karola Graczyka.
"Wierzę w przypadek" - Marek Boczek
- REFLEKSJE FILOZOFICZNE MARKA BOCZKA W TOMIKU POEZJI
"Praski raj" - Tomasz Hrynacz
- "PRASKI RAJ" TOMASZA HRYNACZA – PRZYKŁAD WSPÓŁCZESNEJ
"Fader" - Robert Migdał
- Leszek Niedzielski - Krzyki w Parku Południowym
- Ale rodzinka - Krzysztof Kucharski
"Czarna aureola" - Renata Blicharz
- POSZUKIWANIE ZŁOTEJ ŚCIEŻKI ŻYCIA W POEZJI RENATY BLICHARZ - napisała Sabina Skowron
Dariusz Wiśny - Buntownik wolności
- JEDNOSTKA WOBEC WSZECHŚWIATA - O WIERSZACH DARIUSZA WIŚNEGO – napisała Sabina Skowron
EINE KLEINE TODESMUSIK - Grzegorz Kwiatkowski
- POETYCKIE KOMUNIKATY GRZEGORZA KWIATKOWSKIEGO W ZBIORZE WIERSZY "EINE KLEINE TODESMUSIK" - SABINA SKOWRON
"Na cyferblacie piasku" - Zdzisław Lipiński
- Jeśli szukacie poezji kameralnej, pisanej ze środka ciszy,
Krzysztof Kucharski
Gdy biorą do ręki książkę kogoś znajomego. Chwilę ją ważę. To znaczy trzymam ją w dłoni
i huśtam ręką, a przez głowę przebiegają mi Myśli czyli Agenci Specjalni. Ja ważę, a oni biegają. Mają ustalić, ile literek na wydrukowanych stronach zaświadcza prawdę, a ile jest tylko fantazją autora. Państwo pytają skąd taka podejrzliwość i co to ma za znaczenie?
Ano, ma. Dziewięćdziesiąt procent debiutanckich powieści oparta jest na biograficznych wątkach. Moja ciekawość felietonisty (felietonista, to nie krytyk literacki) wynika z tego, że są to moi znajomi, po których najczęściej nie spodziewałem się, że mnie obarczą jakimś długiem. Rzucają we mnie książką i mówią: masz tu książkę, możesz nie czytać, ale coś napisz. To po pierwsze, a po drugie nie spodziewałem się po nich, że przyjdzie im do głowy pisanie książek!
Co robić? Siadam przed klawiaturą i ekranem. Dłubię w nosie; popijam jakieś dobre wino, żeby wena spłynęła; szukam recenzji w internecie; szperam po gazetach; robię porządek
w szufladzie, jakby to miało jakieś znaczenie - wreszcie, macham ręką i zaczynam czytać ów wytrysk weny kartka po kartce. Stron 144.
Ostatnio ważyłem w dłoni debiutanckie dzieło mojego redakcyjnego kolegi w wieku chrystusowym pod tytułem Fader. Dobrze Państwo kumają, tytuł pochodzi od słów father
i fater, a to zgrubienia, dźwięczność jest pierwszą fanaberią językową. Stron w tej książce nie było tak dużo. Tylko 144. Z czego strona 142 i 144 były puste. Ponieważ książkę napisał dziennikarz - Robert Migdał - to można się domyślić, że te dwie strony zostawił na notatki. Żałuję, że spostrzegłem to po lekturze i w związku z tym zapisałem tylko jedno zdanie: Panie Robercie, ja bym skończył na stronie 137, przed trzema gwiazdkami, na słowach - "Poczułem ulgę".
Sami Państwo widzicie, że nie jest to jakaś merytoryczna recenzja. Nie będę tłumaczył, o co mi chodzi. Sami sobie przeczytajcie. "Fader" Migdała kosztuje tylko 23 zł. Nie sądzę, żeby ktoś z Szanownych Czytelników moich słów żałował tego zakupu. Każdy będzie szczęśliwy, że nie urodził się w takiej rodzince i po lekturze pójdzie dać na mszę, bo mniemam, iż statystyczna siła katolickiej rodziny nam się nie zmniejszyła. To znaczy, że stanowią 94 procent społeczeństwa.
Ta rodzina, którą opisuje Robert Migdał, to antychryści. Chciałbym zobaczyć minę posła Jurka, który czyta passusy o cioci Malinie bez kończyn. Dzięki temu swojemu znacznemu inwalidztwu została gwiazdą porno. W tej rodzince są tylko takie przypadki. Każdemu coś się nie udaje, choć wcale nie jest tak źle.
Nie pierwszy redaktor Migdał tak potraktował rodzinę. A co zrobił Pan nasz z Hiobem, żeby zacząć od Księgi Ksiąg, czyli Biblii? Potem już nikt nic straszniejszego nie wymyślił od tego, co można wyczytać w tej mądrej Księdze, w której znalazły się wszystkie znane dziś literackie wątki.
Nie będę ukrywał, że przeczytałem książkę Roberta M. jednym tchem ze względu na język.
A właściwie języki, bo świadczy to o słuchu i pewnej wrażliwości. Starsza część rodziny posługuje się językiem sprzed lat, takimiż idiomami i związkami frazeologicznymi. Innym językiem są napisane komentarze do niektórych zdarzeń przez narratora. Dla kogoś, kto na takie zabawy zwraca uwagę lektura ma dodatkowy smak. Treść jest tak samo nieprawdopodobna jak możliwość spotkanie takiej familii w realu.
MIGDAŁ Robert. Fader. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2009
„Piotr Saługa oprócz pisarstwa zajmuje się twórczością plastyczną. Kocha góry.” To fragment noty biograficznej. Czytając jego pierwszą powieść „Maraton”, znalazłam obie te pasje i jeszcze kilka innych.
Niedawno wydany „Maraton” to opowieść o poszukiwaniu korony koronacyjnej królów Polski – legendarnego diademu Bolesława Chrobrego. To także obraz miłości – która nie jest spokojną przystanią, ale szaleństwem i niepokojem, bólem i rozkoszą. W tej opowieści oniryczne wizje i sentymentalne retrospekcje splatają się z tymczasowością i surowością – właściwie stają się swoistym katharsis dla dzisiaj i owe dzisiaj tłumaczą. To plądrowanie duszy – metafora pomiędzy niebem i piekłem. To wędrówka przez Tatry i nocleg w jaskini. Zadawanie ciosów i lizanie ran. Wyzwanie rzucone nam – czytelnikom.
Warto dodać, że „Maraton” zainspirował powstanie wydawnictwa i stał się początkiem nowej serii wydawniczej „Proza polska”. Wydawnictwo to „Mamiko”, wymyślone w Nowej Rudzie, by wydawać i wspierać polskich autorów. Więcej informacji o wydawnictwie i samej książce można znaleźć pod adresem internetowym www.mamiko.prv.pl. Książka Piotra Saługi była nominowana w konkursie PTWK „Najpiękniejsze Książki Roku 2000”.
WIŚNEGO – napisała Sabina Skowron
Mam przed sobą pośmiertne wydanie wierszy zmarłego tragicznie młodego poety
Dariusza Wiśnego. Niezwykła to książka i szczególne dla mnie spotkanie z poezją.
Przedwcześnie zmarły artysta był człowiekiem o wrażliwej, subtelnej osobowości. Dawał
temu wyraz fotografując, komponując utwory muzyczne i pisząc wiersze.
Zbiór jego tekstów poetyckich „Buntownik wolności” ukazał się drukiem
w noworudzkim wydawnictwie Mamiko , u schyłku 2009 roku. Wiersze, napisane w latach
1994 – 2005 , zebrała i przygotowała do druku siostra poety.
W życiu młodego człowieka, w pewnym przedziale wiekowym, najważniejszym
uczuciem staje się miłość .Tak też było w biografii Dariusza Wiśnego . W wydanym zbiorze
przeważająca liczba wierszy to teksty o miłości: uczuciu pięknym, czystym i żarliwym,
które autor zestawił z pięknem i trwaniem poezji. Większość z nich należy do liryki wyznania. Ich adresatką jest ukochana kobieta. Tajemnicze liryczne „ ty „, obecne w ciepłych
erotykach, mówiących o bliskości dwojga kochających się ludzi, nie zostało bliżej
określone, pozostało niezidentyfikowane. Wyjątek stanowi „Hymn o miłości” z dedykacją
w nawiasie: „dla Kasi Krawczyk”. Czy ta osoba jest adresatką wszystkich liryków miłosnych,
pozostaje dla czytelnika niewiadomą.
Niektóre erotyki twórca pogrupował w cykle : „Lotosy miłości”, „Lotosowa miłość”,
”Miłość”, „Sonety zakochane”. Ostatni, wymieniony tu cykl, jest tylko z nazwy zbiorem
sonetów. Autor nie przestrzegał w nim konwencji 14-wersowego klasycznego sonetu
włoskiego; raczej można zawarte w nim teksty zestawić ze zbiorem sonetów Szekspira,
zróżnicowanych pod względem wersyfikacyjnym i strukturalnym.
W omawianym zbiorze wierszy uczucie miłości jest jasną stroną życia, jego blaskiem
i radością. Jednak świat otaczający jednostkę ludzką ma w sobie wiele ciemnych, smutnych
barw, których nie akceptował młody artysta. W harmonii z tytułem zbioru, zawarte w nim
teksty, to liryka kontestacyjna, przeciwstawiająca się brzydocie, złu i okrucieństwu świata.
Na biegunie przeciwległym do miłości autor umieścił cierpienie i śmierć. Mówił o cierpieniu
jednostki poszukującej prawdy o skomplikowanym świecie i o godności człowieka, którą
niszczy śmierć przychodząca zawsze za wcześnie, ale nieuchronnie:
„Wzruszył nienagły powiew życia
Który uleciał nie wiadomo dokąd poza czas
Człowiek świty po śmierci
Bo już po ziemi nie stąpa
Obdarty z godności za życia”
Stawiając jednostkę wobec wszechświata, protestował przeciw „prawom wściekłej ekonomii”
i „kokieterii urynkowionych sumień”, protestował z pozycji człowieka wypowiadającego się
w imię prawa każdej istoty do wolności. Postrzegał w otaczającej go rzeczywistości pęd
do upadku, do dehumanizacji do próżności i zobojętnienia.
Rozważał sens dualizmu ludzkiej natury. Dociekał współzależności człowieczego ciała
i duszy. W upływie czasu szukał „zaskarbienia życia i doświadczenia”, co na doprowadzić
człowieka do ukojenia i spokoju. Sięgał myślami w kosmos, by porównać wielkość
wszechświata z małością istoty ludzkiej. Od Boga oczekiwał wykreowania świata idealnego,
w którym zło, fałsz i obłuda zostaną przezwyciężone przez nadzieję, prawdę i dobro.
Poezja Dariusza Wiśnego to liryka refleksyjna o szerokim spectrum tematycznym:
od erotyków po teksty filozoficzne. Napisana białym, wolnym wierszem pozwala czytelnikowi na swobodne poszukiwanie ukrytych w niej sensów i łączenie się z autorem
w jego kontestacji zła , bólu i moralnej brzydoty świata.
Sabina Skowron
WIŚNY Dariusz. Buntownik wolności. Nowa Ruda : Mamiko, 2010
Życie jako podróż – to jeden z najstarszych motywów w literaturze. Przedstawiane jako żegluga poprzez czas, zmieniające się warunki historyczne i społeczne, w których bohater musi się odnajdywać, ale także jako wędrówka w głąb własnej świadomości, poprzez meandry ludzkiej psychiki, która często wydaje się być największą tajemnicą wszechświata. Czasem jest to podróż melancholijna, kiedy indziej przedstawia się ją z dojrzałego dystansu pełnego ciepła lub goryczy. Innym razem jest znów szaloną galopadą poprzez gmatwaninę doznań, opinii i wspomnień, która wygląda na próbę poskładania w zrozumiałą całość szczątków rozbitego zwierciadła po to, by wreszcie zobaczyć w nim własne odbicie. I tak chyba jest w przypadku powieści Piotra Saługi.
Maraton. Poszukiwanie porządku we wszechświecie, logiki historii, sensu poszczególnych zdarzeń, przyczyny sprawczej tego przerażającego, a zarazem cudownie spójnego chaosu, który jest wokół nas i w nas samych. A wszystko to pod presją przemijania, które zaczyna się w chwili narodzin i dławi lękiem przed sprawami ostatecznymi. Skołatana wyobraźnia ratuje się tym, co znajome. Stąd liczne biblijne akordy dźwięczące w komorach umysłu bohatera, pierścienie madziarskich księżniczek, postaci Magów, tęsknota za nirwaną. Czasami trudno orzec, czy ta niesamowita mozaika przybliża i oswaja nieuniknione, czy tylko bardziej jeszcze obezwładnia i zniewala.
No i wreszcie Beatrycze – promień w piekle życia. Ruchliwy i zmienny. Taka jest natura światła, które niespodzianie roztapia się w tajemnicy cienia. Kobiecie Saługi zawsze towarzyszą atrybuty świadczące o dwoistości jej natury – anielsko demoniczna, elf i tarantula w jednej postaci. Żyje w tym samym świecie, ale jakby w innym wymiarze, posługując się innymi narzędziami poznania, mówiąc osobnym językiem. Trudno zrozumieć kobiecość, ale jak łatwo pokochać! Gdy już to się stanie, Beatrycze zażąda absolutnego oddania, chce, by nadążać za marzeniami, których sama często nie potrafi nawet nazwać, wciąga w truskawkowy wir zmysłowości. Beatrycze-przewodniczka, Beatrycze trzymająca stoper w Twoim biegu przez życie. Każdy może ją znaleźć w swoim łóżku – mówi Saługa – pod warunkiem, że potrafi dostrzec niebezpieczną i cudowną niezwykłość kobiecości.
Wiele jest w „Maratonie” prób filozofującego abstrahowania. Bohater to „egoista własnych uniesień”, który zdaje się lepiej czuć w świecie sennych marzeń i narkotycznych wizji niż w zmuszającej do działania rzeczywistości. Jednak rzeczywistość wdziera się nieubłaganie w jego egzystencję pod wieloma postaciami. Jest wątek miłosny, który przewija się w postaci nieustannie podtrzymywanego napięcia pomiędzy bohaterem a Beatrycze. Możemy podglądać życie nocnych klubów, dziewczyn do towarzystwa i narkotykowych dealerów. Znajdziemy też w „Maratonie” kryminalną intrygę, która zaprowadzi nas w głąb szybów wielickiej kopalni. Równie dynamiczne, choć jakby oglądane przez sepiowe szkiełko, są fragmenty wspomnień, głównie tych z dzieciństwa. Urzekają ciepłem i humorem, dojrzałością obserwacji i umiejętnością formułowania wniosków z zachowaniem ironicznego dystansu do siebie i otoczenia.
Polecając lekturę „Maratonu” Piotra Saługi można powiedzieć, że z jednej strony powieść wymaga od czytelnika pewnego intelektualnego wysiłku, z drugiej zaś może stanowić wyzwanie do współtworzenia historii, która nie jest tylko historią bohatera, ale opowieścią o człowieczeństwie. Czytelnik odnajdzie tu wiele własnych rozterek, zidentyfikuje się z właściwym bohaterowi poczuciem wielkości, któremu jak cień towarzyszy lęk. Zaduma się nad subtelną władzą emocji niepodległych dyktatom rozumu, wzruszy miłością, która jest inna w Nim, a inna w Niej. W galopie zmian doświadczy nieuchwytności, a to niezwyczajne doświadczenie.
W codziennym biegu przez wydarzenia, informacje, opinie i odczucia, pod presją czasu i cudzych sądów zatrzymaj się, by wejść w cudzy „Maraton”. Może się okazać, że jest on także trochę Twój.
Antoni Olgierd Misiak, Piąta wyprawa Krzysztofa Kolumba do Indii Zachodnich 1960 – 2004, Mamiko, Nowa Ruda 2005.
Krzysztof Kolumb. Postać na stałe zapisana w zbiorowej świadomości. Jeden z filarów naszej cywilizacji. Horyzont ku któremu płyną, wyrywają się myśli bohatera wierszy Antoniego Olgierda Misiaka. Kolumb odkrywca, pasjonat, człowiek o gorącym sercu, dzikiej duszy i wzroku aż po ostatnie tchnienie utkwionym gdzieś w dali. Wpatrzony proroczo w dzień jutrzejszy, wielki, kochany i nienawidzony, lecz nigdy obojętny. Uparty, wytrwały i ślepo zakochany w marzeniu dla którego realizacji poświęcił wszystko. Wyrzekł się rodziny, dobrobytu, poważania, życia. Poświęcił nawet spokój własnego sumienia składając bogom w błagalnej ofierze nie tylko duszę i ciało, nie tylko ludzi którymi kierował, lecz także swych najbliższych. Kiedy odrzemy go ze stereotypu wielkiego odkrywcy, ustawionego przez historię na piedestale półboga, kiedy spadnie złudna złota szata czy wyjrzy spod niej siła i mądrość? Czy ujrzymy człowieka szczęśliwego, spełnionego? Wątpię.
Spokój i szczęście są statyczne. Są ostoją bezruchu, podstawą trwania. Są niezbędne i zarazem przebiegle zamknięte w sztywności swej formy. Nowych granic świata nie kreślą szczęśliwcy lecz opętani, straceńcy, w duszach których wciąż szaleje huragan, wieczna burza. Grzmoty zagłuszają głos rozsądku, nie pozwalają by daimonion przemówił, by wskazał co jest złe, czego nie wolno, błyskawice oślepiają nie dając dojrzeć strachu i rozpaczy, śmierci. Jest Krzysztof Kolumb odkrywca Ameryki, jasny bożek postępu, uśmiechnięty, wyprostowany z dumnie wypiętą piersią. Jest Kolumb człowiek, ten z którego wielkich planów los zakpił. Celem jego wyprawy nie był Nowy Świat lecz Indie. Zbyt często zapominamy o tym. Zapominamy, że „wielcy ludzie” nie są wcale tymi, którzy mają wszystko.
Każda ludzka zdobycz w połowie złożona jest z ofiary. Ten wielki człowiek umarł niespełniony, nie osiągnąwszy swego celu. Zgasł w pół drogi zastanawiając się czy warto było oddać wszystko za nic. Mądrzejsi o kilka stuleci możemy odpowiedzieć na to wbrew pozorom podchwytliwe pytanie twierdząco. Niech dowodem będą wszechstronne, wszechobecne i chciałoby się powiedzieć wszechmocne Stany Zjednoczone Ameryki. Symbol postępu oraz, co już jest bardziej dyskusyjne, strażnik wolności i pokoju na świecie. Spojrzenie z dystansu zmusza jednak do zauważenia jeszcze czegoś. Tym czymś jest bezlitosne prawo wyboru. Poświęcenie. Za nieśmiertelność, za wieczne życie w pamięci potomnych zapłacił Kolumb całym swym życiem doczesnym. Nieomal całym. Czy byłby szczęśliwszy, spokojniejszy i spełniony gdyby nie pozwolił porwać się morskim wiatrom? Jeśli kiedykolwiek miałam wątpliwości, co do odpowiedzi na to pytanie, to rozwiał je tomik wierszy Antoniego Olgierda Misiaka.
Przeznaczenie nie daje się tak łatwo oszukać. Jest w nas coś, jest wewnątrz nas głęboko ukryta pestka, sedno tego kim jesteśmy, kim być musimy. Nawet piąta wyprawa Krzysztofa Kolumba, wyprawa w głąb zwyczajności, powszedniości, w głąb pogmatwanego, ludzkiego wnętrza jest jednym wielkim niespełnieniem.
Autor unosi w magiczny sposób kurtynę prywatności. Nie tylko pozwala czytelnikowi zajrzeć do wnętrza duszy swego bohatera, ale sprawia, że chłoniemy każde słowo, oddech, spojrzenie i dotyk tej fikcyjnej przecież postaci aż do utożsamienia. Zdaje się, że tracimy siebie na siedemnaście dni, których opisem jest siedemnaście składających się na ten tomik wierszy. Wędrujemy ulicami miasta pomiędzy szarymi domami, których odrapane z tynku oblicza przypominają zniszczone, poryte zmarszczkami twarze starych ludzi. Zapuszczamy się w mroczne podwórka, by po chwili wyjść na wiejskiej drodze gdzieś w Bieszczadach albo tuż nad brzegiem morza.
Odwiedzamy dworcową poczekalnię, miejsce w którym jedni zaczynają życie, a inni je kończą. Są jeszcze tacy, którzy całe życie spędzają w tym miejscu zawieszonym pomiędzy jednym a drugim światem. Udają przed innymi i przed sobą, że ich „podróż nie kończy się w tej poczekalni”, że wciąż jeszcze mają „do spełnienia misję porównywalną z wyprawą Kolumba, przypominaną obrazem żaglowców w porcie”.
Podmiot liryczny cierpi. Z chłopca noszącego głowę wiecznie w chmurach, ze zbuntowanego marzyciela, zdobywcy nowych światów zmienił się w statecznego obywatela. Jest mężem, ojcem, pracownikiem, nabywcą termosu, czytelnikiem codziennej gazety, mieszkańcem jednego z wielu niczym się nie wyróżniających szarych domów. Miarą jego frustracji i rozpaczy jest przepaść dzieląca obecne życie i dawne porzucone marzenia. Któż z nas tego nie doświadczał? Czy istnieje choć jeden człowiek zdolny, obejrzawszy się za siebie, powiedzieć, że nie porzucił żadnego ze swych marzeń? Wątpię.
Tak już zostaliśmy stworzeni, że o niebo więcej w nas marzeń niż czasu i sił na ich realizację. Porzucanie marzeń nie jest zdradą lecz koniecznością. Spośród wielu powinniśmy w odpowiednim momencie wybrać to najważniejsze, to dla którego gotowi będziemy bez żalu poświęcić pozostałe. Marzenia małego chłopca rzadko będą marzeniami mężczyzny. Wraz z biegiem życia zmieniają się nasze priorytety, inne rzeczy stają się ważne. Jeśli pozostaniemy sobie wierni nasze dawne dziecięce, czy młodzieńcze marzenia, nawet a może zwłaszcza te pozostawione na zawsze w sferze niespełnienia będą nam towarzyszyły niczym opiekuńcze duchy pomagając dokonywać właściwych wyborów. Bohater wierszy jest tego świadom kiedy pozwala by czuła kobieca ręka poprowadziła go ze świata marzeń, barwnych cyrkowców, niknących za horyzontem statków i magii „w stronę miasta, w bezpieczne przestrzenie wypełnione znanymi obrazami”. Wydaje mu się wówczas, że oddał wszystko czego pragnął za kilka srebrników. Z goryczą wyznaje: „A ja z trudnością dźwigam swoje życie, w którym komuś oddałem kosa śpiewającego na wysokim świerku, nieodkryte wyspy, wiatr, wymyślone misje”. Tak jednak nie jest dzięki magii poezji wypełniającej każdą chwilę jego życia.
Poezja przegląda się w lustrze rzeczywistości, jest wiatrem unoszącym w dal dzikie ptaki, tęczą przecinającą szare miejskie tło i przypominającą o tajemnym porozumieniu pomiędzy ziemią i niebem. Autor każdym wierszem przekracza granicę codzienności, jego wrażliwość i wyobraźnia odkrywają przed czytelnikiem prawdziwe, nowe lądy, barwne i dzikie, tam gdzie ich istnienia nawet nie przeczuwaliśmy. „Za rodzinnym domem, za falochronem, za dziką plażą, za oceanem są wspaniałe świątynie, niebosiężne cerkwie, złociste estrady, czarowne miasta, ogrody. Tam zdążamy wbrew przeciwnym prądom, hałaśliwym burzom. Tam zdążamy nieustannie rozpościerając żagle, paleni słońcem, głodni, spragnieni, przeklinający, zrozpaczeni. Tam w końcu pozbawieni wszystkiego, niczym pusta muszla osiadamy w piasku ostatniej plaży”. A kiedy przyłożymy muszlę do ucha usłyszymy szum własnej krwi niczym nie różniący się od szumu morza i być może wyruszymy w kolejną magiczną, liryczną podróż.
Piąta wyprawa Krzysztofa Kolumba do Indii Zachodnich 1960 - 2004
Arkadiusz Kremza poczęstował nas swoimi spostrzeżeniami, a raczej odczuwaniami w kolejnym tomiku poezji pod tytułem: „Pukanie Ziemi”. Utwory w nim zawarte nie są łatwe w odbiorze, nie czytają się płynnie, nie szemrzą i nie szepczą, raczej gryzą i drapią. Wiersze Kremzy powodują, że odbiorca czuję się zaintrygowany i niecierpliwie szuka pointy, która wcale być nie musi, aby uwiarygodnić ich poetyckie bytowanie.
Autor w swoim tomiku krąży wokół trzech podstawowych, choć okrytych patyną to rodzonych wciąż na nowo, obszarów ludzkich przemyśleń, a raczej obaw: Boga, Czasu, Człowieka. Można by się nawet pokusić o wskazanie u Kremzy (autor się bowiem pokusił), polemiki, czy Człowiek udowadnia istnienie Boga, czy sam jest dowodem Jego istnienia, czy też Bóg jest Czasem poprzez wieczne trwanie i czy te trzy elementy egzystują nierozerwalnie? Jak mówi Kremza :”(...) ślizgamy się po powierzchni. I teraz zmienia się kąt patrzenia.” Człowiek u Kremzy jest skazany na własną cielesność, na przemijanie. Jest pogubiony, ale nie zagubiony. Zdając sobie sprawę, że jest tylko trybem w boskiej machinie, jest świadomy także tego, iż należy czerpać z możliwości jakie mu dano...jak najszybciej, do utraty tchu. Jest refleksyjny, ale i zdezorientowany...Jedyne co wie na pewno, to, że wszechpotężny Czas niczym szczególnym go nie wyróżni i upłynie jak miliony poprzednich istnień, może więc tylko drżąc pytać „Jest co jest?”, ale jak jest tego już nie wie...Co robi więc biedny człeczyna, padając w modlitwie na kolana, zwracając swą zafrasowana główkę ku Górze...pociesza się oczywiście:
„ (...) Ale co tam. Liczyć należy
Na dwa Wyjścia. Czyściec poza nawias”.
Jednak póki co, mówi do nas autor, jestem tylko człowiekiem i mam niezbywalne prawo do bycia z drugim człowiekiem, jeżeli nawet nie za pomocą miłości, to cielesności na pewno. Kremza częstuje nas zatem, umownie nazwijmy je, „nowoerotykami”, pisząc delikatnie:
„(...) Ty. Ja. Każde słowo ma swój
Wyjątkowy kolor. (...)
To właśnie jest teraz.(...)
Wszystko co w nas i przez nas.”
Pisze też bardziej dosadnie:
„(...) Kopulacja jeno bo nie
miłość. Pusty wytrysk i poranek bez ciepłej kawy i tostów.”
I dochodzi do wniosku:
„Teraz dopiero udawać możemy głupich.
(...) Coś musi pęknąć. Komuś trzeba wypić
ten niedojrzały zacier.”
Wsłuchując się w „Pukanie Ziemi” dojść można do wniosku, że cały ten ludzki zgiełk czemuś jednak służy, jak choćby temu, że przez pięć czaso -boskich minut uczestniczymy w „radości i jaskrawo połyskujących jak cukier podnietach”, więc mimo strachu krzyknijmy: carpe diem”!
Arkadiusz KREMZA. Pukanie Ziemi Mamiko,2007
Książka Magdaleny Goik. Niewiele napisano książek, w których pojawiają się realia bytomskie. Jednak debiut prozatorski Magdaleny Goik zatytułowany "Powieść, miasto i anioły" godzien jest uwagi nie tylko dlatego, że historia naszego miasta przewija się na kartach książki niczym leitmotiv.
Jak powstała ta książka najlepiej opowiada być może sama autorka. Zacytujmy więc: "Zuzanna spisywała swoje i nieswoje historie tak, że uzbierała cały zbiór opowiadań i ciekawych anegdot na różne okazje. W spisywaniu świata odnalazła swój własny sens niezależny od jej małej córeczki, a nawet niezależny od niej samej. Zapisane historie żyły swoim własnym życiem, w którym Zuzanna mogła uczestniczyć."
Zapewne książkę Magdaleny Goik można określić mianem "prozy kobiecej" - nie jest to termin w żaden sposób deprecjonujący. Po prostu określa pewien krąg tematów, w jakim obraca się autorka: macierzyństwo, życie codzienne "przefiltrowane" oczywiście przez pryzmat kobiecej wrażliwości. W tym sensie ta powieść - składająca się z poświęconych poszczególnym bohaterom rozdzialików, które składają się w jeden obraz jak kamyczki tworzące mozaikę - jest swego rodzaju pamiętnikiem. Opowiadaniem własnej historii.
Ale Magdalena Goik nie zawęża się do prywatnej tylko opowieści. Włącza w książkę także "nie swoje historie" - ich bohaterami są najczęściej mężczyźni. To opowiastki pełne uroku i zarazem mające swój głębszy, metaforyczny wymiar. Są ciepłe, błyskające dowcipem, mogłyby funkcjonować jako samodzielne miniopowiadania. Dość wspomnieć te o Dyrektorze, profesorze Polskim, czy mężczyźnie, który chciał zostać kobietą. W tym ostatnim wypadku motywacje bohatera nie wynikały z żadnych fanaberii - lecz tragedii. Oto miał on brata bliźniaka, który zginął tragicznie podczas kąpieli. Pogrążony w rozpaczy doszedł do wniosku, że gdyby tak jak kobieta mógł urodzić swoje dziecko, to nie czułby już wielkiej przerażającej pustki, jaka ogarnęła go po śmierci brata.
Opowiastki, z jakich składa się powieść Magdaleny Goik, łączą dwie nici. Po pierwsze - Anioły, które w rozmaitych sytuacjach nawiedzają bohaterów książki. Po drugie zaś miasto. Ono jest właściwie jednym z bohaterów tej opowieści. Magdalena Goik opisuje dzieje grodu położonego u stóp Wzgórza Małgorzatki, posługując się mową będącą połaczeniem języka historii i baśni. To bardzo ciekawy zabieg - oto mamy historyczną baśń i baśniową historię o Bytomiu zarazem. W taki sposób Bytom nie został opisany w żadnej dotąd książce. Skąd ta fascynacja pisarki miastem? Ona sama tak to tłumaczy: "Chodzę ulicami miasta, jestem maleńką częścią jego historii,a miasto jest częścią mojej historii." Z tego miasta potrafi zresztą wynotować, zapisać, utrwalić ciekawe obrazy, anegdoty, zdarzenia.
Podoba mi się sposób, w jaki Magdalena Goik potrafi opowiadać swoje historie. To ciekawy debiut. Książka mająca swój klimat i wewnętrzny rytm. Pozbawiona chaotyczności - mimo to, iż pozornie zapisane zostały w niej tylko urywki i strzępy. Zaś fakt, że autorka, pisząc swoją książkę - myślała również o Bytomiu świadczy o tym, że mimo całego kryzysu, jaki trapi to miasto - wciąż potrafi być natchnieniem dla ludzi wrażliwych.
MARCIN HAŁAŚ "Życie Bytomskie"
Magdalena GOIK. Powieść miasto i anioły. Hyla, Mamiko, 2004.
Przede mną leży pachnący jeszcze farbą drukarską najnowszy tomik poezji Elżbiety Lipińskiej "Pożegnanie z czerwienią",wydany na progu 2007 roku w noworudzkiej oficynie "Mamiko".Wrocławska poetka,kochająca sztukę słowa i muzukę,jest laureatką konkursów literackich:Szóstego Agonu Poetyckiego"O Wieniec Akantu" i Głogowskich Konfrontacji Literackich "O Laur Czerwonej Róży".
Tomik "Pożegnanie z czerwienią" zawiera 35 wierszy.Niektóre z nich autorka zadedykowała osobom bliskim:członkom rodziny i przyjaciołom.
Pogłębia to osobisty wymiar tej poezji.Teksty kilku liryków zostały
poprzedzone mottem,przytaczającym myśli innych twórców literatury.
Wszystkie niosą czytelnikowi treści uniwersalne,ważne i aktualne
w każdym czasie i miejscu.
Elżbieta Lipińska ujmuje rzeczywistość dialektycznie.Większość jej liryków to wiersze o przemijaniu:jednostek,pokoleń,tradycji,pór roku,
ważnych przeżyć i ulotnych wrażeń.Nad wszystkim dominuje CZAS,któremu
został podporządkowany bieg zwykłych rzeczy i procesów historycznych;
cały kosmiczny ład wszechświata.Szczególnym wzruszeniem i osobistym
kolorytem poetka obdarzyła incipit "Tak cicho"...,zadedykowany zmarłej
matce.Znajdujemy w nim pogodzenie się z prawami eschatologii,
z koniecznością ostatecznego rozstania się z osobą najbliższą i najbar-
dziej kochaną,a jednocześnie intymne ciepło w kreśleniu duchowego portretu
matki.W innym aspekcie skrzydłami śmierci zostały ocienione wiersze :
"Sztuka magika" i "Historia",dotykające bolesnego problemu holocaustu.
Wiele tekstów prezentowanego zbioru cechuje zbieżność postrzega-
nia przez poetkę odwiecznego trójkąta filozoficznego:Bóg - Człowiek -
Natura z myślą Heraklita z Efezu.Najcelniej podporządkowanie wszystkiego
strumieniowi czasu autorka zdefiniowała w epigramacie "Roztopy":
"przezroczysta kobieta na moście
patrzy w niepzezroczystą wodę
obie mijają"
Paralelnie z pogodzeniem się z transcendencją i niuchronnością eschatolo-
gii współistnieje w wierszach Elżbiety Lipińskiej wyrywający się ku światu
witalizm,przywiązanie człowieka do ziemskiej egzystencji i chęć jej prze-
dłużenia na tyle,na ile chwilę śmierci można odsunąć,osłonić świeczkę życia
przed jej ostatecznym skonaniem.Myśli te postrzega się w lirykach:
"Nie idę,zostaję",Układanka","Do morza".I choć rzeki Heraklita "nie da się
ujarzmić",człowiek wciąż nie może zaspokoić głodu życia.
Z poglądami Heraklita - jońskiego filizofa przyrody - wiersze wroc
ławskiej poetki łączą nie tylko refleksje o przemijaniu,ale także pojmowanie kosmosu jako areny zmagania się sprzeczności,które kreują
w dalszym etapie procesu twórczego harmonię współżycia ludzi i ład
wszechświata.Autorka wypunktowała w wierszach liczne przeciwieństwa:
początek i koniec("da capo al fine"),zabawa i tragizm otaczającej rzeczy-
wistości,miłość i śmierć,jednostka i zbiorowość,dobro i zło,świat
zewnętrzny i świat wewnętrzny człowieka.Świadomość istnienia sprzeczności
prowadzi do opartej na zasadach dialektyki konkluzji o ewokowaniu
przez nie harmonii i zgody porównywalnej do zgodności rytmu w muzyce.
Liryki zawarte w tomiku "Pożegnanie z czerwienią"wyrastają z ży-
ciowej empirii poetki, z jej wiedzy o świecie,dobrej znajomości tradycji
literackiej i osiągnięć kulturowych człowieka na przestrzeni dziejów.
Elżbieta Lipińska tworzy poezję refleksyjną,erudycyjną,skierowaną
do wrażliwego i oczytanego odbiorcy.Mnożą się w niej aluzyjne odniesienia
do tradycji literackiej,filizofii,muzyki i historii.Z bogactwem kultury
świata ,jej przeszłością i terażniejszością,współharmonizują frazeolo -
gizmy zaczerpnięte przez poetkę z literatury i innych dziedzin sztuki,
a także ze współczesnego języka potocznego.
Pod względem formalnym niektóre wiersze z tomiku "Pożegnanie
z czerwienią"należą do liryki bezpośredniej,osobistej;inne do pośredniej:
sytuacyjno - narracyjnej,jeszcze inne do liryki inwokacyjnej,przybierają-
cej kształt poetyckiego dialogu.
To bogactwo odmian pozwala czytelnikowi lepiej poznać głębię
liryków tak różnorodnych,jak życiowe doznania ,niesione człowiekowi
przez nieubłagany czas.
Zachęcam do intelektualnego kontaktu z wierszami Elżbiety
Lipińskiej,do wtopienia się w ich bogaty,refleksyjny nurt.
Sabina Skowron
Elżbieta LIPIŃSKA. Pożegnanie z czerwienią Wydawnictwo Mamiko, 2007
Prawnik z Krakowa – Michał Zantman – w swojej książce wydanej na progu 2006 roku w noworudzkiej oficynie „Mamiko”, wprowadza czytelnika w niezwykły, owiany mgłą tajemnicy, świat.
Ludzie w tej książce są zwyczajni ze swymi nawykami i upodobaniami. Rolę narratorów, obok narratora-autora, przyjmują w poszczególnych fragmentach: dziewczyna- uczennica miejscowej szkoły i młody chłopiec, o którego wieku i zajęciu nie dowiadujemy się niczego konkretnego. Narracja bohaterów pozwala poznać ich psychikę, mentalność, obawy, wahania. Odautorski typ prowadzenia relacji ukazuje postacie postrzegane z boku, z dystansu, z wyższej lub szerszej perspektywy, określane z pozycji behawioralnych obserwacji. Krąg postaci poszerza się w miarę rozrastania się książki. Poznajemy najbliższe otoczenie dziewczynki : Ciotkę i Wuja Leona oraz chłopca – narratora : jego Ojca i Matkę. Interakcje dwojga młodocianych narratorów z ludźmi ze świata zewnętrznego pozwalają czytelnikowi spojrzeć na inne osoby mieszkające w miasteczku :Nauczycielkę, Dyrektora, Sędziego, Doktora, Profesora, Burmistrza i jego gosposię Mariannę, Krawcową, Fryzjera, Kelnerkę, Portiera w hotelu. Autor zapisał miana wszystkich postaci swojej książki wielką literą. Być może dlatego, że z wyjątkiem Wuja Leona i Marianny, nie używa zupełnie imion własnych. Ten zabieg autorski pozwala czytelnikowi utożsamić się z dowolną postacią książki. Przedstawione osoby – to może być każdy z nas.(Jedermann).
Fragmentaryczność budowy utworu pozwala nam odejść od postępowania i zachowań jednej postaci na rzecz innej, by na dalszych kartach książki znów do znanych osób powrócić. W ten sposób poznajemy stopniowo społeczeństwo małego miasteczka, w którym żyją postacie utworu. Paralelnie z nimi istotną rolę w organizacji tekstu literackiego pełnią przedmioty – powracające, narzucające się obserwacjom i myślom bohaterów :
spodek z mlekiem, filiżanka z kawą, kwiatek w doniczce, karafka, gazeta, konewka, sanki, walizka, solniczka. Przedmioty te pełnią funkcję atrybutów, pozwalających czytelnikowi identyfikować postacie.
Osoby, rzeczy i często przywoływany kot, istnieją w dziwnym świecie, w którym światło brzasku i samego dnia jest ulotne i trwa bardzo krótko. Zewnętrzny świat ludzi spowija mgła – kotłująca się, wciskająca w szczeliny ulic, w korytarze domów, między ściany mieszkań. Przyjmuje różne odcienie: od szarego, poprzez atramentowy do głębokiej czerni. Postaci wydają się w otaczających ciemnościach zagubione, niepewne kierunku swojej drogi, wątpiące w trafność wybranego celu.
„Dokąd iść”? –pyta dziewczynka po wyjściu z mieszkania Cioci. „Gdzie są komórki, o których mówił dziadek, na prawo czy na lewo?”
„Do którego domu wejść”?- zastanawia się Doktor.
Dialogi występujących w utworze postaci są bardzo skromne, niemal ascetycznie, są
Strzępami rozmów. Ograniczają się do niezbędnej wymiany słów, zdań, ich równoważników.
Wszechobecność cienia, ciemności, atramentowego wieczoru kryje w sobie głęboką, egzystencjalną tajemnicę. Tajemnica ta dowodzi wielkości, uniwersalności utworu. Nieznający swej przyszłości człowiek, niepewnie porusza się w świecie pełnym zagadek
i wymagającym od niego ciągłych wyborów.
Czy pójść w lewo, czy w prawo? – to w gruncie rzeczy fundamentalne pytanie natury egzystencjalnej, moralnej.
Człowiek dokonuje wyborów każdego dnia. Są wśród nich wybory dotyczące codziennych spraw błahych i wybory ważne, od których zależy czasem całe życie jednostki i bliskich mu w sensie rodzinnym, zawodowym, czy sąsiedzkim, ludzi. Autor książki akcentując tajemniczość ludzkiego bytu i konieczność częstego podejmowania decyzji, napisał utwór o trudach ludzkiej egzystencji, o meandrach życia, o odpowiedzialności jednostki za jej los.
Mimo dominacji ciemnych barw w krajobrazie miasteczka, książka nie jest przygnębiająca czy posępna.
Czyta się ją jak tajemniczą baśń, oprowadzającą przybysza po tajnikach ludzkich myśli, po świecie nie w pełni poznawalnym.
Sprawia to język tekstu, zupełnie poetycki, choć całość została napisana prozą. Autor zawarł w książce bogaty materiał leksykalny, liczne tropy stylistyczne i poetyckie skojarzenia. Stronę estetyczną utworu podnoszą zjawiska artystyczne typowe dla poetyki snu, metafory i porównania. Oniryzm, wszechobecny w tekście, pozwala postawić pytanie: czy osoby wystepujące na kartach utworu przeżywają to wszystko naprawdę, czy też może to wszystko im się śni?
Zachęcam Państwa do uważnego przeczytania literackiej suity Michała Zantmana, do próby udzielenia odpowiedzi na postawione tu pytania i poszukiwania nowych warstw sensów i znaczeń przy artystycznej, zamkniętej książce ”Krajobraz z atramentowym wieczorem”.
Sabina Skowron
Jeśli zechcemy rozpatrywać „Rozpoznanie bojem” w kategoriach poezji, to prawdopodobnie doznamy zawodu. Ujrzymy bowiem utwory rymowane, o bliskich rymach , wyraźnie zaznaczonym rytmie i tradycyjnej formie. Nie takich wierszy oczekujemy od współczesnego poety.
Jeżeli jednak spojrzymy na zbiorek przez pryzmat satyry, to zobaczymy autora, który bawi nas zaskakującym ujęciem tematu, żongluje słowem, swobodnie porusza się po różnych obszarach kulturowych, nawiązuje dialog z klasykami (od antycznych Greków po Romantyków). Autor wciela się we współczesnego Anakreonta, Hamleta, Laurę(tę od Filona) i Świteziankę. Postaci te wychodzą z kanonu lektur szkolnych, schodzą z pomników, by w swej nowej wersji mogły być nam bliższe.( Tu zadaję sobie pytanie która z postaci jest bardziej „romantyczna” – pragnąca namiętnej miłości Świtezianka, czy nieczuły na jej westchnienia, nieprzerwanie kontemplujący przyrodę Chłopiec?)
Wiersze Maćka Frońskiego to błyskotliwa i lapidarna forma opowiadania o rzeczach często uważanych za wulgarne i wstydliwe. Słowa są orężem w boju o rozpoznawanie rzeczy. Orężem w walce z głupotą, hipokryzją, brakiem krytycyzmu. Prześmiewczemu tonowi zawsze towarzyszy refleksja, ukazująca prawdę o nas i o świecie w którym przyszło nam żyć. Czy tego chcemy, czy nie obok metafizyki jest fizyka i fizjologia, obok sacrum, profanum.
Lapidarna forma połączona jest z celnością spostrzeżeń i wagą poruszanych zagadnień, niekiedy natury metafizycznej. Autor patrzy na wszystko z przymrużeniem oka i zdaje się zachęcać do takiego spojrzenia czytelnika.
Jest wierny mottu swego zbiorku:” Rzeczą poety jest zadziwiać…” Nie kryje trywialności umieszczając pod wierszem informacje -„ Przy koszeniu trawy”. Patosu nie dodają tez miejsca gdzie powstawały wiersze: Kasinka , Gliwice, Bielsko- Biała.
Miłośnicy nowej formy literackiej ,o ustalonych oczekiwaniach i czciciele poezji przez duże P, nie znajdą tu nic dla siebie. Nie polecam osobom niewolniczo przywiązanym do określonych wartości i tym, którzy słowo pisane traktują bardzo serio. Pozostałych gorąco zachęcam do lektury. Szczególnie zaś tych, którym bliska jest twórczość J. Sztaudyngera, czy S.Żeleńskiego- Boy’a ( a nawet zaryzykuję- A.Mickiewicza).
Katia Jabłońska
Maciek FROŃSKI. Rozpoznanie bojem Wydawnictwo Mamiko, 2006
Maciej Nowakowski – polski lekarz praktykujący od kilku lat w Stanach Zjednoczonych – po dobrym przyjęciu przez rynek wydawniczy książki „Baie dankie, Afryko”, opublikował w noworudzkiej oficynie wydawniczej Mamiko w 2005 roku, kolejną powieść.
Książkę opatrzył tytułem „Na zawsze jutro” i okładką z herbem Rzeczpospolitej.
Zamysł kompozycyjny utworu autor oparł na antynomiach :
wieczność – doczesność
przeszłość – teraźniejszość
Polska – Ameryka.
Nad nimi dominuje manichejski podział ludzkich postępków:
na dobre i złe. Pisarz ich jednak nie ocenia, nie komentuje, nie narzuca odbiorcy gotowych opinii moralnych. Pozostawia je osądowi samych czytelników.
Fantastyczny wątek powieści łączy się z postacią starego Polonusa – Bogdana - żyjącego na początku XXI wieku w luksusowej willi na nowojorskim Manhattanie. Mężczyzna ten mówi o sobie i ludziach mu podobnych „my nieśmiertelni”. W powieści relacjonuje swoje życie, trwające od czasów Konfederacji Barskiej po lata nam współczesne. Urodził się prawdopodobnie tuż przed czasami stanisławowskimi, u schyłku I połowy XVIII wieku w szlacheckim dworku na Podolu. Dziś jest zamożnym człowiekiem, a polskie i amerykańskie służby specjalne próbują dociec, jakimi sprawami finansowymi, polski Sarmata zajmuje się obecnie.
W wykreowaniu tej postaci odegrały na pewno istotną rolę odwieczne ludzkie tęsknoty za nieśmiertelnością i niezgoda na bezwzględną eschatologię dotykającą każdą jednostkę ludzką. Sądzę też, że przy konstruowaniu postaci Bogdana kierowała autorem książki chęć stworzenia Polaka – syntezy, przekroju, jednostki typowej dla naszej historii i polskiej mentalności od czasów oświecenia po lata współczesne.
W życie każdego człowieka wpisuje się topos „homo viator”, czyli pielgrzymowania, podróżowania od kołyski do grobu. Maciej Nowakowski powołał do literackiej egzystencji postać wskazującą na swój początek, ale pewną wiecznego życia, tu na ziemi. Jednak i Sarmata Bogdan ma wpisany w swoją biografię motyw homo viator. Podróżuje , przenosi się z miejsca na miejsce wygnany jakąś katastrofą lub poszukujący innego : spokojniejszego lub bogatszego życia. Młodość spędza w szlacheckiej Rzeczpospolitej, później mieszka w Paryżu i kilku miejscach Ameryki. Żyje intensywnie w sensie biologicznym,
emocjonalnym i duchowym. Stanowi osobowość niezwykłą, w której pierwiastki dobra i zła tworzą dziwną syntezę, a zaskoczony czytelnik nie potrafi jednoznacznie powiedzieć, czego w tym człowieku jest więcej. Niewątpliwie postać Bogdana jest tworem fantastycznym. Natomiast miejsca, będące tłem jego życia, mają w sobie istotne elementy prawdy historycznej, obyczajowej i ekonomicznej.
Autor realistycznie przedstawił środowisko polskiej szlachty żyjącej wśród ukraińskich chłopów na Podolu, konflikty narodowościowe i społeczne, typowe dla XVIII wieku. Nacechowane realizmem są także opisy Paryża i relacja z czasów wojny secesyjnej w Stanach Zjednoczonych, obrazy życia w Ameryce na początku XXI wieku i w Polsce w okresie transformacji ustrojowej.
Z dzisiejszą Polską powieść łączy watek sensacyjny i postać drugiego ważnego bohatera utworu – młodego agenta Urzędu Ochrony Państwa – absolwenta wydziału historii Uniwersytetu Warszawskiego – Marka Poboga. Sympatyczny i wrażliwy humanista „rozpracowuje” tajemniczego nieśmiertelnego Bogdana. Udając dziennikarza, a nawet pisarza, który o starym Polaku chce wydać książkę, słucha relacji swojego interlokutora o jego życiu, poznaje zwyczaje, upodobania i skrywane głęboko uczucia.
Chcąc pokazać obu bohaterów w działaniu i jednocześnie przedstawić czytelnikom duchową stronę wytworów w własnej wyobraźni, autor powieści zastosował dwugłos narracyjny, w tekście książki wyodrębniony zróżnicowaną czcionką. Tak, jak w „Lalce” Prusa, w tej powieści także jedynym narratorem jest bohater – Bogdan, opowiadający o swoim trzywiekowym życiu, drugim autor- prezentujący postać i relacjonujący postępowanie i agencyjne dokonania Marka.
Książka została napisana dobra polszczyzną, bogatą leksykalnie, urozmaiconą składniowo. Fabuła powieści podkreśla szeroki zakres wiedzy ogólnej autora. Świadczą o niej odwołania do historii, filozofii, literatury i świata polityki.
Czytanie powieści Macieja Nowakowskiego to prawdziwa przygoda literacka. Zachęcam do jej poznania i podjęcia próby rozwikłania sensacyjnego wątku utworu.
Sabina Skowron
„Moje pierwsze kino- to WAWEL w Lubaniu na Dolnym Śląsku(...) Miałem siedem lat, wszedłem do kina bocznymi drzwiami, bo były niedomknięte. Ujrzałem n.a ekranie Murzyna, który usiłował włożyć but na bosą stopę. I nagle ta czarna stopa zaczęła rosnąć, aż wypełniła cały ekran. Pamiętam tamto moje zdumienie, trochę też mój przestrach, ale i zachwyt.
Film okazał się większy od życia!”
Czytając te parę zdań napisanych przez Netza na pierwszej stronie przypomina mi się film Giuseppe Tornatore „Cinema Paradiso”. Wyobrażam sobie, że dla siedmioletniego Netza kino stało się tym samym, co dla filmowego bohatera - Toto.
Wydawać by się mogło, że Netz wziął sobie również do serca słowa Alfreda, przyjaciela Toto, skierowane właśnie do niego: „Cokolwiek będziesz w życiu robił kochaj to tak, jak kochałeś kino, kiedy byłeś chłopcem.” Filmowy Toto zostaje reżyserem, Feliks Netz działa p o z a k a d r e m...
Książka Netza jest zbiorem tekstów publikowanych przez autora w miesięczniku „Śląsk” w latach 2000- 2006. Znajdziemy tutaj recenzje obrazów zza oceanu, takich jak „Utalentowany pan Riplay”, „Monster”, filmów kina europejskiego, np. „Pokój syna”, jak i naszego, polskiego - „Dług”, „Plac Zbawiciela” i inne.
Zaletą zaprezentowanych tekstów jest to, że Netz stara się dopatrywać w opisywanych obrazach pozytywów. Przykładem jest tu „Zemsta” Andrzeja Wajdy. W pierwszym zdaniu informuje nas, że „serce „Zemsty” bije na scenie”. Jednak pomimo tego, że i ta próba przerobienia komedii Fredro na film jest nieudana, to o grze Romana Polańskiego (filmowy Papkin) mówi, że „swoją kreacją nie tyle podniósł ten film o piętro wyżej, co potrafił przez ten czas, gdy przebywał na ekranie, utrzymać go parę centymetrów nad ziemią.”
Dobrze mieć tę książkę na półce i zerknąć do niej przed obejrzeniem jakiegoś z opisanych tu filmów. Być może oglądniemy go z jeszcze większą chęcią, albo zaoszczędzimy czas i nerwy. Dobrze mieć tę książkę, ponieważ wśród nieskończonej się ilości proponowanych nam filmów, stanowi ona rodzaj drogowskazu i pomaga dokonywać wyborów, a także dopełnia wiedzy na temat kina. Jest jeszcze jeden powód: „Poza Kadrem” po latach pozwoli nam odkurzyć w pamięci zapomniane już obrazy.
„Kino to dzisiaj tylko sen” usłyszał Toto w Cinema Paradiso. Feliks Netz mówi: „Film okazał się większy od życia!”.
Książka dla wszystkich, którzy chcą głębiej wnikać w obraz na ekranie.
POZA KADREM, Feliks Netz
Wyd. Mamiko 2006
„Krajobraz z atramentowym wieczorem” Michała Zantmana to utwór niekonwencjonalny, opisujący rzeczywistość umowną, niekonieczną, a przez to niepokojacą, intrygującą, czy wręcz magiczną. Odbiega on od ram logicznego następstwa zdarzeń, tworząc odrębną czasoprzestrzeń…koloru atramentowego. Czasoprzestrzeń ta rządzi się własnymi prawami lub, jak kto woli, nie rządzi się prawami w ogóle.
W „Krajobrazie z atramentowym wieczorem” mamy aż dwoje narratorów ( kobietę/dziewczynkę i mężczyznę/chłopca), którzy czasem ironicznie, czasem zaś refleksyjnie, próbują przybliżyć czytelnikowi rzeczywistość, jaką dla nich stworzono, opisać pełne zawirowań relacje międzyludzkie, w jakich uczestniczą najczęściej zupełnie przypadkowo.
Aby więc zagłębić się w ów krajobraz, dostrzec jego niezwykłość, należy po prostu poddać się urokowi magicznej opowieści, płynącej po małym miasteczku, po zalanych nocą zakamarkach domów, w których są, nie są, bywają ich mieszkańcy. Nic bowiem nie jest tu do końca ustalone, nikt i nic nie są niczemu przypisane. Bohaterami są zarówno mieszkańcy zwyczajnego miasteczka, jak i ich mieszkania, jak i całe domy, ulice, mosty, tramwaje…
A wszystko to zatopione jest w czerń nocy. To jej magia pozwala im współistnieć w charakterystycznej atramentowej symbiozie, oddychać, odsłaniać lub skrywać swoje tajemnice. Dzień wymusza bowiem obranie konkretnej drogi życiowej, noc nie wymusza nic. Pozwala śnić swoje marzenia, urzeczywistniać fantazje, tworzyć rzeczywistość nie przystającą do prawideł dnia. Nie ustępuje jej czas. Czas w „Krajobrazie z atramentowym wieczorem” raz płynie wraz z bohaterami, to znowu perfidnie ich wyprzedza, aby za chwilę stanąć i powoli zacząć się cofać…aż do całkowitego zapętlenia.
Płynąc przez „Krajobraz z atramentowym wieczorem” nie sposób nie odczuć w nim atmosfery charakterystycznej dla prozy Brunona Schulza. Pewna umowność, abstrakcyjność, rezygnacja z tradycyjnie konstruowanej akcji odczuwalna jest w całym utworze Zantmana. Pierwiastek z magii przenikającej twórczość Schulza towarzyszy nam podczas całej podróży z „Krajobrazem z atramentowym wieczorem”.
Ewa Żeberkiewicz
„Jest tylko jeden problem-śmierci. Roztrząsać inne sprawy to marnować czas, dawać dowód niewiarygodnego lekkoduchostwa”-tymi słowami Emila Ciorana wprowadza nas Wojciech Brzoska do swojego ostatniego tomu zatytułowanego „Sacro casco”. Niech zostanie mi wybaczone, ale wydaje mi się, że problemów jest nieco więcej-przynajmniej tych związanych z możliwymi odczytaniami omawianego tutaj tomu, czy w ogóle z całościową oceną „Sacro casco”. Zawsze ze sporą dozą sceptycyzmu (by nie powiedzieć: krytycyzmu) podchodzę do tomów, które biorą się za bary z najtrudniejszymi tematami. I nie idzie tutaj o pytania w rodzaju-Czy młodemu poecie w ogóle wolno śmierci w twarz zaglądać? Co młody poeta w ogóle wie o miłości? Kiedy to też ten młody poeta zdążył zgłębić Boga? Byłyby to pytania z gruntu niesprawiedliwe i ,co tu kryć, niemądre. Nie zmienia to jednak faktu,że czytając wiersze, w których poeta rozprawia się z „tematami egzystencjalnymi”, uruchamia się we mnie (jako czytelniku) swoisty odruch obronny, mnożą sie wątpliwości i pytania, a wierszy takich dotykam za wzmożoną czujnością, by podchodząc zbyt blisko się nimi nie sparzyć ( przypomina mi się tytuł jednego z tomów Brzoski- „Blisko coraz dalej”).
Jak pisze w najnowszym numerze „FA-artu” Grzegorz Tomicki (o którym to tekście powiedzieć mógłbym wszystko, tylko nie to, że czyta się go z przyjemnością- być może różni nas poczucie humoru, które nie każdy zdaje się posiadać, a już na pewno nie na pewnym poziomie): „Wadzi się zatem poeta z Bogiem, ze Śmiercią, a nawet z Miłością, bo od tego on jest, aby się wadzić z tym, z czym inni już dawno się pogodzili i żyją nie najgorzej, nie wadząc się z nikim, z niczym i o nic? Oczywiście, że od tego on jest. Od tego i nie od tego, bo poeta od tego jest, od czego być zechce.” W tym miejscu wypada mi się z Tomickim zgodzić, a Państwu niniejszy cytat powinien już wystarczyć, jako że tekstu „Komiczny zmierzch bożyszcz” w całości za jednym razem zdzierżyć nie sposób. Nie zmienia to jednak faktu, że- wracając do tomu Brzoski- komu jak komu, ale poecie wolno, jeśli nie wszystko, to na pewno wiele. I pisać może sobie poeta, o czym sobie tylko zamarzy i co też tylko sobie wyobrazi. Poeta siedemnastoletni może więc pisać wiersze tylko o śmierci i umieraniu, o przerażeniu spowodowanym inwazją zmarszczek i starczym uwiądem. Poeta osiemdziesięcioletni- jeśli taki jego kaprys czy też, innymi słowy, poetycki zamysł- w wierszach wychwalać może pod niebiosa Nintendo i X-Boxa, może rozkoszować się naklejkami z Królikiem Bugsem dodawanymi do płatków śniadaniowych i wspominać czasy, w których mama zmieniała mu pieluchy. Jedna rzecz jednak nie ulega wątpliwości i pozostaje dla mnie (jako czytelnika/krytyka) bez zmian: najistotniejszym pytaniem nie jest „o czym poeta chce mi powiedzieć?” tylko - „ w jaki sposób poeta o tym czymś mówi?”. I tutaj, w związku z tomem Brzoski, pojawia się pewien problem. I nie jest to problem śmierci. Niech się nie obrusza na mnie zza grobu Cioran że na przekór jego przestrogom, decyduję się „roztrząsać inne sprawy”, to jest „ marnować czas”, ale powiedziano już na różnych łamach dużo dobrych słów o „Sacro casco” Wojciecha Brzoski. Nie odżegnując się od atrakcyjnych i zodowalających mnie jako czytelnika sporych fragmentów tego tomu, odważę się jednak dodać do recenzenckiej beczki miodu własną łyżkę dziegciu.
„Sacro casco” otwierają dwa cytaty. Jeden, wyżej już przytoczony, z Ciorana, i drugi, autorstwa Lecha Janerki („Bóg do niczego nie był mi potrzebny”). Skoro już na wstępie mamy do czynienia z Bogiem i śmiercią, domyślać się można, że wkrótce na scenę wkroczy także i miłość. Jako czwarty z najistotniejszych dla Brzoski tematów wyróżniłbym temat przeszłości i pamięci. Właściwie każdy z 36 wierszy dotyka którejś z tych czterech kwestii. Wiersze Brzoski to najczęściej bardzo krótkie formy, z każdym kolejnym tomikiem otrzymujemy od poety mniejszą ilość słów, mimo że wciąż dotyka tak samo ważnych tematów, a zaobserwować można wręcz przechodzenie poety z lżejszej, bardziej ironicznej i humorystycznej ( nawet jeśli często jest to humor czarny) tonacji, w rejestry dużo poważniejsze, niekoniecznie mrugające okiem do czytelnika
z każdą kolejną pointą. Poeta Brzoska przechodzi więc- mówiąc nieco żartobliwie- w „wiek męski”, więcej rzeczy stara się mówić „na serio”, nie wykańczając już każdego wiersza przewrotną frazą, która burzy w tym jednym momencie dotychczasowy porządek wiersza. Niech się jednak nie obawia czytelnik przyzwyczajony do dotychczasowej poetyki autora „Nieba nad Sosnowcem”. Stary, dobry Brzoska trzyma się mocno i wciąż, jak już wspomniałem, pozostaje minimalistą, wciąż bawi go czarny, wisielczy humor („babcia już leży, kiedy tak nagle/pojawiam się nad nią/w czarnym T-shircie, a ona pyta/ „czy to już śmierć”?), wciąż pogrywa z czytelnikiem intertekstualnie i zabawia się postmodernistycznymi z ducha przytoczeniami, parafrazami i trawestacjami (spójrzmy chociażby na tytuły niektórych utworów: „dating session”, „wieczna ospa”, „orzeł i reszta”, „art&business” czy „przełamując wiarę”), wciąż potrafi Brzoska w ostatnich fragmentach utworu, często przy pomocy jednego tylko krótkiego słowa, pokazać czytelnikowi, że wcale nie jest tak, jak jemu się wydaje, że wcale nie mówimy tutaj o śmierci ani Bogu, ani miłości (przykładem niech będzie chociażby „przepłacisz to życiem?”, „prohibicja przesłania pielgrzymki” czy „panendoskopia”).
Brzosce udaje się uciec niejednokrotnie przed prostym zaszufladkowaniem, do którego zawsze skory będzie czytelnik, któremu najwygodniej tak właśnie poukładać sobie te wiersze ( w jednej przegródce wiersze na temat śmierci, w drugiej „Bóg i wiara, a w trzeciej liryki miłosne- wypełniliśmy komodę, możemy odłożyć książkę na półkę). Poeta, nie dość , że przeplata śmierć miłością, miłość Bogiem, Boga śmiercią (znamiennym i znakomitym zarazem przykładem będzie „przepłacisz to życiem?”, w którym cmentarz znajduje się przy ulicy Fracuskiej, prostytutki są trupioblade i mimo sąsiedztwa cmentarza „modlą się o klientów”, w końcu mamy tutaj do czynienia z „miłością aż / pod sam grób”), śmierć innym znowuż razem pamięcią, a pamięć wysłuchiwaną w samochodzie płytą Manu Chao, nie dość, że co rusz pobudza czytelnika do namysłu nad tą, wcale nie tak jednoznaczną, jak mogłoby się na początku zdawać (przeklęty Cioran), lekturą to jeszcze „drażni” dostatecznie już „zbulwersowanego” odbiorcę tych wierszy banalnymi, częstochowskimi rymowankami, niejednokrotnie przypadkowymi zbitkami wyrazów, grami słownymi i nieodłącznymi (jak to u Brzoski), przerzutniami. Zaraz jednak nachodzą czytelnika ( tak było przynajmniej w moim przypadku pytania- czy aby nie za często ucieka (się) Brzoska (wiersze uciekają Brzosce?) w banał ?; czy konieczne są zgrzytające nieznośnie rymy wewnątrz niektórych wierszy?; czy aby na pewno wszędzie tam, gdzie u Brzoski pojawiają się przerzutnie ( a trudno wskazać wiersze z „Sacro casco” bez stosowania ich), pojawiają się one zasadnie i rzeczywiście-przenosząc nas do kolejnego wersu, kolejnej strofy czy często też do pojedynczego słowa-pointy „wykańczającego” samodzielnie wiersz- wprowadzają za każdym razem nowy porządek, nowe znaczenia? Nie wszystkie pomysły też zostały przez poetę zrealizowane z należytą starannością, zdarza mu się nie grzeszyć oryginalnością. Mówię chociażby o utworach takich jak : „zima.przywidzenie,„*** (to mało tęsknić za tobą)”, o sformułowaniach takich jak: „ gdzie kończy się życie zaczyna się picie/ i powolne gnicie” ( z „open-closed”) czy „rzucam cię/ na pulpit paląc mosty przed sobą// jak ty papierosy” (pointa wiersza „bez pamięci”).
Stawiam sobie te pytania i już to, że je sobie zadaję, jest, w moim przynajmniej mniemaniu, znaczące. Chciałoby się powiedzieć: coś jest (niedobrego) na rzeczy. W tej samej jednak chwili uświadamiam sobie, że Brzoska zna dobrze wagę słowa, nie raz i nie dwa bawił się nim w niezwykle niebezpieczny sposób, a wychodził z tych pojedynków na frazy, na języki zwycięsko. Dlatego też, tłumaczę sobie, może po prostu Brzoska jest świadom na jak oceaniczne wody się rzucił, na jak wielkie tematy się porwał i -starym brzoskowym zwyczajem- musi coś zrobić, by nie było, że w tych wierszach to już tylko Bóg, Honor, Ojczyzna się ostały. I dlatego poeta konsekwentnie poeta burzy porządek, z uporem maniaka rozbija stęchliznę powagi i kryształowość formy ( w „hostel celica” czytamy: to jest ironia, drwina albo znak,/ że pora wracać/żeby nie zwariować w kilka dni”), jakby tym samym Brzoska chciał powiedzieć czytelnikowi, że to, co mówi nam autor, nie jest wcale tak istotne, jak chciałby tego czytelnik, jak stereotypowo wymagałoby się tego od śmiertelnie (sic!) poważnych tematów. W efekcie otrzymujemy więc taką na przykład strofę- przepraszam za powtórzenie jej fragmentu po raz wtóry- z wiersza „open-closed”: „gdzie kończy się życie zaczyna sie picie/ i powolne gnicie. zagrajmy więc w kości/ w tym tanecznym poście/ o to, co zostanie. ostatnie pytanie//zamknięta litania”.
Podsumowując, szczerze i naprawdę niechętnie muszę przyznać, że „Sacro casco” nie jest mimo wszystko najbardziej udanym tomem Wojciecha Brzoski. Znając jego wcześniejsze poetyckie dokonania, chciałoby się śląskiego poetę zmobilizować: Wojtek, przecież stać cię jednak na trochę więcej, przecież wiemy, że możesz, że potrafisz. Ostatni tom Brzoski przynosi nam to, co już dobrze znamy z jego wcześniejszych tomów- rozwija Brzoska dawne tematy, powraca do dawnych obrazów (chociażby w wierszu „po grabki”), po raz kolejny mocuje się- raz mniej, a raz bardziej poważnie- ze śmiercią, Bogiem, miłością. Kłopot w tym, że skoro Brzoska penetruje wciąż te same poetyckie rejony ( co nie jest przecież zarzutem), należałoby też mówić o nich nieco inaczej, postępować wciąż krok do przodu, wyprzedzać swojego czytelnika, miast sprawiać, że po lekturze „Sacro casco” odłoży on ów tomik na półkę, a chcąc poczytać sobie Brzoskę raz jeszcze zacznie sięgać do jego wcześniejszych książek. A ja, przyznaję się szczerze, po lekturze najnowszej książki autora „Wierszy podejrzanych”, wracam do wierszy chociażby z „Blisko coraz dalej”(2000) czy „Nieba nad Sosnowcem” (2001).
„Portret” 2007, nr 1 (23)
Wojtek BRZOSKA. sacro casco Nowa Ruda : Mamiko, 2006
„Na zawsze jutro” to druga po „Baie dankie, Afryko” propozycja Macieja Nowakowskiego, przedstawiona za pośrednictwem noworudzkiego wydawnictwa „Mamiko”.
Na pozór jest to zwyczajny,acz interesujacy zapis wywiadu-rzeki, jakiego udziela mieszkający w Stanach Zjednoczonych polski arystokrata Bogdan, pewnemu historykowi z Warszawy, zbierającemu materiał do książki. Bogdan, od lat mieszkający na Manhattanie filantrop, znawca i mecenas sztuki, jako bogaty w różnorodne doświadczenia życiowe arbitum elegantum stanowi idealny temat na książkę. Nie byłoby więc w tym nic dziwnego, gdyby nie dwie rzeczy. Po pierwsze, warszawski historyk, Marek Pobóg, jest „przy okazji” agentem wywiadu w Urzędzie Ochrony Państwa. Po drugie, jego rozmówca ma ponad dwieście lat i jest…nieśmiertelny. Okazuje się, bowiem, że na świecie od zawsze egzystują ludzie nieśmiertelni, co jest oczywiście wiadome odpowiednim służbom wywiadowczym. Akceptują oni jednak tą „inność”, aż do momentu odkrycia pewnej, o tyleż zadziwiającej, co nielegalnej działalności, burzącej starannie wypracowywany latami system ładu i porządku. Na jej czele stoi właśnie nasz rodak-Bogdan. Stąd też pomysł wywiadu Stanów Zjednoczonych, aby we współpracy z polskimi organami rozwikłać ten niecodzienny i ponadczasowy problem. Z Polski przybywa, więc z misją Marek Pobóg, który pod pretekstem napisania autobiografii arystokraty, ma zbliżyć się do niego na tyle, aby ten wyjawił mu szczegółowe informacje na temat swojej przestępczej profesji.
Na tym opiera się główna intryga książki skonstruowanej na zasadzie dwóch, wzajemnie przeplatających się historii (opisu życia Bogdana oraz polsko-nowojorskich przygód Marka), odróżniających się od siebie zarówno formą narracji, jak i rodzajem czcionki.
Autobiograficzna relacja polskiego, a właściwie kosmopolitycznego nieśmiertelnego przedstawia jego barwne losy w oparciu o rzeczywiste fakty historyczne na przełomie dwustu lat. Mamy tu więc obraz życia XVIII-wiecznego szlachcica z Podola. Poznajemy jego codzienność, pierwsze erotyczne doznania, a także ideologię, dla której ujście znajduje, jako uczestnik konfederacji barskiej. Po jej upadku podróżujemy z nim do Francji, a następnie, z oddziałami Kazimierza Pułaskiego, walczymy o wolność Ameryki. Po krótkim okresie względnej stabilizacji, naszego bohatera znów dotykają krwawe wydarzenia-wojna secesyjna. W Ameryce spędza też czas I wojny światowej. Podczas II wojny światowej jest już w Polsce, gdzie czynny udział bierze w powstaniu warszawskim. Na końcu wędrówki wraca, prawdopodobnie na stałe, (chociaż w przypadku nieśmiertelnych nigdy nic na pewno nie wiadomo), do Ameryki. Na jego biografię tyleż ważny wpływ miały perturbacje dziejowe jak i kobiety przewijające się przez całe życie. Ukochana żona-Grażyna, żydowska kochanka-Alicja, czarnoskóra niewolnica-Rene, łączniczka-Kasia, symbolizują jego wieczne dążenie do miłości, szczęścia, a przede wszystkim do normalności, cokolwiek ona znaczy. Pamiętając jednak, że celem wynurzeń arystokraty jest ujawnienie tego aspektu jego życia, który nigdy nie powinien ujrzeć światła dziennego, wspomnieć należy o zajęciu, jakiemu z satysfakcją ( chociażby czysto finansową), oddawał się przez wiele lat. Z racji swojej nieśmiertelności był do niego szczególnie predestynowany. Bycie mianowicie płatnym zabójcą to dopiero początek jego przestępczej działalności…
Druga historia, ta, w której odnajdujemy Marka Pobóga, nie obfituje, co prawda, w tak szeroki asortyment wydarzeń, ale z racji jego niespełna trzydziestu lat jest to przecież zgoła niemożliwe. Tu mamy portret człowieka z jednej strony uwikłanego w specyficzną rzeczywistość agenta wywiadu, pełną konspiracji, podejrzeń, ryzyka, z drugiej zaś odpowiedzialnego męża i ojca. Tak dychotomiczny podział codzienności ma także oddźwięk moralny, jak chociażby w podejściu do spraw wierności małżeńskiej. Kochanka z pracy nie stanowi zagrożenia dla spoistości rodziny, gdyż stanowi nieodłączny, a nawet często bardzo przydatny element tego zajęcia.
Te dwie przeplatające się opowieści wyraźnie pokazują ewolucję relacji między Markiem, człowiekiem „w pracy”, a jego „obiektem”, Bogdanem. Zanika dystans między nimi, pojawia się bliskość podobna wręcz do relacji ojciec-syn. Czy to jednak wystarczy, aby, w końcu doświadczony setkami lat, nieśmiertelny wyjawił swą najważniejszą tajemnicę?
Jak w każdej, dobrze napisanej książce fantastyczno-sensacyjno-przygodowej i w tej, wszystkie elementy układanki powoli dopasowują się do siebie, tworząc spójną całość, a co więcej, w jej zakończeniu czeka na czytelnika niespodzianka. Tą przyjemność pozostawię jednak do indywidualnej degustacji odbiorcy. Aby jeszcze bardziej zachęcić do lektury „Na zawsze jutro” odsłonię rąbek tajemnicy, której szczegóły tak bardzo chciał poznać Marek Pobóg. Posłużę się w tym celu (za autorem), myślą Paula Getty:, „Ponieważ nie mogę tam zabrać ze sobą moich pieniędzy, zdecydowałem się nie umierać.”
Ewa Żeberkiewicz
Nowakowski Maciej. Na zawsze jutro. Nowa Ruda : Mamiko, 2005
Marian Dziwniel
Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę
Długi tytuł książki zdradza treść. Oto mamy do czynienia z trzyczęściową (Kresy; Polska; Francja) opowieścią o życiu autora. Jest to rodzaj politycznej biografii, bo Marian Dziwniel jest człowiekiem uwikłanym w naszą historię. Dlatego jego książka, mimo że napisana na emigracji, jest bardzo polska. Znajdziemy w niej wiele tropów, które od lat dręczą Polaków. Jest temat cierpienia pod okupantem, cierpienia zadanego przez rodaków oraz wciąż aktualny temat emigracji. Na końcu pojawia się nowy rys na mapie polskich problemów, jakim staje się pogłębiający się w naszym narodzie dyskurs światopoglądowy, powodujący kolejny rozłam. Jest to historia bardzo polska, ale napisana z perspektywy francuskiej, dzięki czemu tchnąca pewnym optymizmem.
Autor urodził się na Ziemi Grodzieńskiej, która zrządzeniem historii, po drugiej wojnie światowej, znalazła się poza granicami Polski. Pierwsza część książki zawiera opis dzieciństwa spędzonego na tamtej, szczęśliwej niegdyś, ziemi. Czytelnik zapoznaje się z wnikliwym opisem życia bardzo młodego człowieka, któremu przyszło borykać się z narzuconym radzieckim rygorem. Dowiadujemy się o sprawach strasznych i śmiesznych zarazem. Władza radziecka bowiem gustowała w absurdach. Nie łatwo żyło się Polakom, katolikom, wśród nakazów i zakazów ówczesnego komunistycznego prawa, czy raczej bezprawia. Dziwniel nienawidził i do dziś nienawidzi Stalina i jego wiernych, którzy wywarli przemożny wpływ na życie jego rodziny. Paradoksem książki jest fakt, iż właśnie część kresowa jest w niej najlepsza. Czyta się te wspomnienia jak prawdziwą literaturę. Ze zdań wyziera nostalgia za utraconym dzieciństwem. Czujemy, że pomimo coraz trudniejszego życia, spowodowanego kolejnymi fazami ograbiania przez władzę uczciwych ludzi, potrafili być szczęśliwi. Zapamiętuje się zmagania dziecka ze zbyt wysokim rowerem, czy nauki języka polskiego z Żywotów Świętych i modlitw. Wielość tamtych wspomnień zaskakuje szczegółem. Zaczynamy rozumieć dlaczego tamtejsze polskie dzieci musiały zbyt szybko dorosnąć.
Część polska jest bardziej zwyczajna. Może dlatego, że opisuje szarą, peerelowską rzeczywistość. Tym niemniej opis internowania działaczy świdnickiej „Solidarności” oraz ich pobyt w „ośrodku” jest przejmujący. Na ogół niewiele się wie o tym, co w pierwszych dniach stanu wojennego, działo się za murami więzień. Najczęściej powraca się wspomnieniami do wydarzeń tragicznych (np. z kopalni Wujek). To zrozumiałe. Ale ważne sprawy, często mające wpływ na przyszłość, rozgrywały się także podczas niezliczonych godzin przesłuchań, czy wśród dyskutujących na spacerniaku uwięzionych. Dni stanu wojennego miały swoje chwile wzniosłe, tragiczne, jak i zabawne. I tym razem autor ukazał nadętość i pychę ówczesnych rządzących. Motywem nowym jest niepewność, od której tamta „nasza władza” nie była wolna. Władza jaruzelska nie była tak bezczelna i okrutna jak radziecka, choć potrafiła wnieść w życie ofiar zniszczenie. Czytając owe wspomnienia, najbardziej bolącą kwestią wydaje się fakt, iż po drugiej stronie stali rodacy. To ich zła wola, służalczość, tchórzostwo budziła nienawiść i odrazę.
Część francuska jest ciekawa, ale zarazem jakby najbardziej oczywista. Los tam opisany spotkał na Zachodzie wielu. Realia francuskie w tym wypadku niewiele różnią się od innych. Autor dość pośpiesznie przemieszcza się po latach swojego życia we Francji. Pierwsze wrażenia, pierwsza praca, itd. W końcu stabilizacja wśród udanego życia rodzinnego.
Dziś Marian Dziwniel jawi się nam jako człowiek z dużym doświadczeniem życiowym, za którym stoi słusznie obrana droga. Jest to droga człowieka, który wybrał „Solidarność”. To pewno dlatego w finale wspomnień pojawia się cień, a zrozumienie łączy się z wybaczeniem. Stuknięcie się kielichem szampana w Ambasadzie Polskiej w Paryżu z ministrem pochodzącym z post-komunistycznej partii jest dla autora aktem zrozumiałym, a nawet oczywistym. Po rozmowie i tak „poszliśmy każdy w swoją stronę” - wspomina. Nie oczywiste są dla Dziwniela obecne spory i podziały. Ale taki bywa los rewolucji, która z czasem krzepnie i rodzi nowy opór.
Autor deklaruje chęć pozostania we Francji. Nie czuje potrzeby powrotu do Polski, bo teraz żyje wśród ludzi sobie najbliższych. Nie można mu tego zarzucić. Jednak nachodzi mnie pewna refleksja. Otóż władza komunistyczna nie przypadkiem pozbywała się niechcianych, niewygodnych, a często najcenniejszych osób. Teraz wielu z nich, żyje na obczyźnie. Tymczasem w kraju, bój o władzę toczą ludzie powołujący się na idee „Solidarności”, którzy zarazem o tamtych dniach mają znikomą wiedzę. Może dlatego warto zapoznać się z losami ważnego, patrzącego z dystansem, „solidarnościowca”.
Grzegorz Mucha
Marian Dziwniel Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę. Wydaw.Mamiko, 2007
Książka autorstwa Michała Zantmana jest pewnego rodzaju próbą. To próba spisania czegoś niemożliwego. Próba wielce ryzykowna, która prowokuje czytelnika. Bo to przede wszystkim czytelnik wystawiany jest na próbę. Dotyczy to zarówno czytelnika niecierpliwego, jak i pożerającego fabułę czytacza. W ich przypadku Zantmanowi grozi odrzucenie. Pierwszy szybko wstąpi w stan irytacji, a drugi znużenia. Do jakiego zatem czytelnika powieść jest skierowana? Sądzę że nie do tego, zaprawionego w bojach z tekstem postmodernistycznym i wszelkimi nowinkami. Raczej do czytelnika szukającego w prozie nastroju. Tu nastroju jest aż nadto. W trakcie czytania brnie się, coraz bardziej zagłębiając się w oniryczny świat. Brnie, czasem z niemałym trudem, bo autor nikomu nie zamierza „odpuszczać”. Zantman powoli buduje świat małego miasta, w którego istnienie wierzymy, a które jakby wciąż na nowo się staje. Postaci krążą po nim, bezustannie szukając siebie. Trafiają w miejsca przypadkowe, które wydają się im nowe. Bo każde miejsce w trakcie książkowej rzeczywistości się zmienia. Zarazem mimo zmian, w gruncie rzeczy wszystko pozostaje takie samo. Działa tu jakby rodzaj czasoprzestrzennej pętli, która jest zagadką. Przypuszczam, że także dla autora, który pewno musiał stworzyć powieściowe miasteczko, aby oddać gnębiący go obsesyjnie nastrój.
Powieść nie ma linearnej fabuły. Ludzie się spotykają, rozmawiają, piją (na ogół jedynie wodę) i próbują się gdzieś udać. Zawsze na próbach się kończy. Wszyscy krążą w pobliżu rynku, bądź hotelu, a owe miejsca z zadziwiającą łatwością zmieniają położenie. W tym mieście każdy gdzieś podąża w celu załatwienia błahej (na ogół) sprawy. Prawie żadne z podjętych działań się nie udaje. W zasadzie jest obojętne, czy są to poszukiwania zaginionych dzieci, wyjście po papierosy, czy bezustanne poszukiwanie kota. Bohaterowie gubią się wśród ciemnych zaułków, jakby nie rozpoznawali własnego miasta. Ciemność zawsze zapada gwałtownie. Granica pomiędzy dniem i nocą bywa radykalna. Cel się gubi, a ludzkie figurki próbują powrócić, ale okazuje się to niemożliwe. Natrafiają na nieznanych sobie ludzi, którzy bardzo często okazują się... ich bliskimi. Do wnętrz domów, a nawet mieszkań w świecie Zantmana dostać się jest łatwiej, niż na wspomniany rynek. Wystarczy nacisnąć klamkę. Tym światem rządzi zaniechanie. Paradoksalnie, najwięcej energii ma przybywająca do miasteczka staruszka. I to ona, jako jedyna, podejmuje próbę wydostania się z niego. Przyjechała pociągiem i takim samym sposobem pragnie wyjechać. Czy się uda? Autor nie byłby sobą, gdyby na to pozwolił. Ale dzięki jej rozpaczliwej próbie czegoś się o tym świecie dowiadujemy.
„Krajobraz z atramentowym wieczorem” można przeczytać szybko, albo bardzo powoli. Czytanie szybkie pozostawi w czytelniku niejasne wrażenie przeżytego snu na jawie. Powolne zaś, jest ryzykowną grą, która może się nie powieść. Czy zatem warto do owej gry zasiąść? Otóż warto, choć gra to przedziwna i niczego nie obiecująca. Autor nie daje do zrozumienia, że czytelnika czeka nagroda. Nagrodą pozostaje proces wejścia w ów senny, wieczorny, atramentowy świat.
Najważniejsze wydają się zdania ze środka książki, kiedy narrator (bo czasem ktoś taki się pojawia) wyznaje „Owszem, skłonny byłem zostać tu kwadrans, godzinę, dwie godziny, ale nie na zawsze.” I dalej „Chyba popełniłem największy błąd w moim życiu. Nie powinienem był się tu zatrzymywać. Co mnie podkusiło? I pomyśleć, że, w zasadzie, już jedną nogą byłem po Tamtej Stronie.” A zatem jest jakaś „Tamta Strona”. To tam chce się udać narrator i, być może, cała reszta błąkających się. Co jest po „Tamtej Stronie”? Co tam może być? Lepszy świat? Świat, w którym rządzi działanie? Może śmierć?
Zantman dołożył starań w zbudowanie specyficznie pustego świata. Jego pustka jest niezwykle precyzyjna. A zatem może po „Tamtej Stronie” jest jedynie inny rodzaj pustki? Druga, jasna strona pustki?
Powieść dedykowana jest... Krecikowi. Być może chodzi o postać z popularnej czeskiej kreskówki. Może tam należy szukać odpowiedzi? Książka jawiłaby się wtedy przewrotnym, aczkolwiek mocno przegadanym, żartem. Ale nie zaszkodzi ponownie zapoznać się z przygodami tego sympatycznego, ekranowego żyjątka.
Michał Zantman „Krajobraz z atramentowym wieczorem” [Mamiko 2006]
Grzegorz Mucha
Tom poetycki Zuzanny Turkiewicz to pole, które poetka obsiała nasionami swego serca. Także umysłu. Również świadomości i podświadomości. To pole uprawione po swojemu- sielsko i sentymentalnie. Trochę parafialnie. Pole to niewielkie. Właściwie ogródek (noworudzki) z odniesieniami do Rolicza- Liedera i późnego Brylla, do wcale licznej grupy księży poetów:
Spacerując pustymi zakątkami parku
Spotykam demony o zmroku,
zbłąkanych duszyczek oblicza,
bezdomnych istot mieszkania.
(Nowa Ruda nocą)
Świat jaki pamiętam... tchnie szczerością. Zuzanna Turkiewicz oddaje nam w zawartości tego tomu wszystko, co posiadała w momencie tworzenia. Uczucie szukało ujścia przez strofy nieco nieporadne, ale żywe.
Złota jesień mą wioskę
ozdabia,
okrywa mój raj tajemniczy.
Jest zając i szpak,
jest promyk słońca
na kocim grzbiecie.
(Woliborska jesień)
Nieporadność jest tu zaletą. Pęknięcia między wersem Zuzanny, a „poetyckością wyższego rzędu” emanują urokiem naiwności. Żeby wyraźnie to powiedzieć nie mogę się oprzeć zestawieniu kina czeskiego z plastikowymi produkcjami amerykańskimi (wyjmując filmy Eda Woodsa), Nikifora z malarstwem Wyspiańskiego, Pocka z Herbertem. Nie chodzi tu o wartościowanie, ale kwestie stylu, którym twórca- świadomie lub mimowolnie- rozporządza.
Ludzie zbrukani obłudnie
Ciernie naręczy uniosą.
Misterium prawdy odnajdą,
Czci Boga pośladów
Wymierzą!
(Wyrocznia)
Najgorzej jest kiedy poeta imituje jakiegoś innego poetę (poetkę). Miarą rzetelności wiersza jest jego prawda- sama- w- sobie. Na dobrą sprawę reszta jest tylko pieśnią estetów i przyciężkawych pięknoduchów.
Wiersze Zuzanny pochodzą (według miary młodego wieku poetki) z odległego czasu. Dziś pewnie takich wierszy poetka by już nie napisała. Nie byłoby w stanie zaczerpnąć ze szczerego źródła naiwnej dziewczęcości. Czas płynie. Źródła wysychają. Czekamy na wiersze Zuzanny Turkiewicz ze źródeł dojrzałości.
Świat jaki pamiętam, Zuzanna Turkiewicz
Wyd. Mamiko, 2007
- napisała Sabina Skowron
„Więc, gdy ci ciężko żyć, bądź pełen ducha,
Bądź mężny, a gdyć słońce zajaśnieje,
Nie dmij się pychą, ale wściągaj wzdęte
Żagle i reje.”
Horacy
Wielokrotnie nagradzana za twórczość poetycką Renata Blicharz opublikowała
w grudniu 2009 roku swój trzeci tomik poezji „Czarna aureola” w noworudzkiej oficynie
„Mamiko”. Wbrew tytułowi, książka nie jest zbiorem pesymistycznych, przygnębiających
tekstów. Istotnie, dominują w nich różne odcienie czerni, ale bez żałobnego kiru, beznadziei
i rozpaczy.
Poezja, w której przeżycia wewnętrzne, obrazy otaczającego świata, marzenia senne
i wspomnienia przenikają się, jest raczej wyrazem pogodzenia się z wyrokami przeznaczenia,
z losem, ze zmiennymi barwami życia. Mówiąc prawdę o człowieku i jego odczuciach,
poezja zawarta w tomiku „Czarna aureola”, wyrasta z postawy stoickiej.
W pierwszej części zbioru nimb czerni dotyka kwestii rozstania z ukochanym mężczyzną, psychicznego stanu opuszczonej kobiety, smutków i trosk tkwiących w każdym człowieku,
ciemnej nocy rozjaśnionej światłami wystaw i miejskich neonów. W każdym z tekstów
jasna strona życia pokonuje tę ciemną. To szukanie nadziei nawet wtedy, kiedy jest bardzo
ciężko i trudno, kiedy wszystko jakby sprzysięgło się przeciw nam, jest cechą stoicyzmu.
Uniwersalne przesłanie niesie wiersz „Czarne kruki”. Obecność zbiorowego podmiotu
lirycznego podkreśla ten uniwersalizm. Czarne kruki są metaforą smutków, zmartwień i trosk,
które dźwiga, idąc przez życie, każdy człowiek. .Swoim semantycznym sensem są bliskie
Norwidowskiej „Czarnej nici” z „Mojej piosnki I”. Pogodzenie się z tkwiącymi w nas
”czarnymi krukami” poetka kwituje tercyną zamykającą wiersz:
„Ale tak naprawdę
w ich doskonale obojętnym oku
odbija się tylko nasze przeznaczenie”
Zatem trzeba pogodzić się z życiem, w którym osaczają nas troski i trudności; trzeba je przyjąć i żyć nadzieją, że nadejdzie odmiana na lepsze.
Od odcieni czerni odbija się jasnym blaskiem pogodny liryk opisowy „Pejzaż chorwacki – dwa plany albo ósmy dzień tygodnia.” Krajobraz adriatyckiego pobrzeża,
malowany złotem słońca i zielenią palm, przynosi ukojenie, spokój i zachwyt piaszczystą
plażą wchodzącą w morze, wąskimi uliczkami zbudowanych według starogreckiego wzoru
miasteczek i rysującym się na horyzoncie pasmem gór. Refleksja towarzysząca zachwytowi
dociera aż do Stwórcy – kreatora świata i przynosi pointę:
„Niebo należy do Boga”
”Pejzaż chorwacki”… jest początkiem tryptyku o charakterze religijno-modlitewnym.
Po westchnieniach zachwytu nad pięknem świata, stworzonego przez Boga i podarowanego
ludziom, kolejne teksty: „Modlitwa wielkanocna” i „Przed sądem” niosą modlitewne słowa
człowieczej rozmowy z Bogiem, błagalnego monologu do Pana świata oraz myśli o sądzie
ostatecznym i prośby o zrozumienie słabości człowieka, który „błądzi, dopóki dąży”…
Wszystkie trzy wiersze, choć dotykają boskości, są głęboko ludzkie, traktujące Stwórcę
jak ojca mądrego i sprawiedliwego.
Retrospektywny charakter mają wiersze poświęcone matce i ukochanemu mężczyźnie.
Wszystkie w jakiś sposób dotykają przeznaczenia, z którym nic nie można zrobić,
”trzeba je tylko przyjąć”.
Szczególne miejsce w zbiorku zajmują trzy wiersze zawierające refleksje i wspomnienia
o kompozytorze i muzyku Krzysztofie Klenczonie. Dostrzega się w nich fascynację artystyczną naturą muzyka, zrozumienie dla jego ciekawości świata i zmienności losu,
wreszcie współczucie dla tragicznej śmierci.
Tomik zamykają cztery liryki o cierpieniu, o bólu fizycznym, który najczęściej przychodzi w nocy, czasem zupełnie nad ranem, zawsze nieoczekiwanie , zawsze
zaskakując człowieka . Stanowią klamrę poetycką z pierwszą częścią zbioru, w której
dominuje czerń. Wszak ból na pewno ma odcień czerni.
Wiersze Renaty Blicharz emanują mądrością poetki rozumiejącej potrzebę szukania
umiaru w życiu i możliwości pogodzenia się z tym, co musi się stać, co jest nieuchronne.
Fascynują pięknem słowa: bogactwem metafor, baśniowymi i onirycznymi nastrojami,
niezwykłymi ciągami etymologicznymi, zdolnością pointowania refleksji.
Zachęcam do intymnego spotkania z piękną i mądrą poezją zamkniętą między okładkami,
zdobionego trafnymi monotypiami, tomiku „Czarna aureola”
Sabina Skowron
BLICHARZ Renata. Czarna aureola. Nowa Ruda. Wydawnictwo Mamiko, 2009. (Poezja polska)
Książkę „Misja <Papieskiej Róży>” Janusza L. Sobolewskiego przeczytałem z prawdziwym zainteresowaniem. Należy ona do modnego obecnie w świecie, a zupełnie nie uprawianego u nas gatunku powieści sensacyjnych, tzw. "political fiction". Wybór autora padł na wciąż tajemnicze, ale przecież przeradzające się w światową potęgę Chiny. Fabuła wydarzeń osnuta jest wokół planowanej wizyty w Chinach polskiego papieża i zaangażowania w jej przygotowanie polskich służb specjalnych. Fascynują współczesne realia Chin, a także występujące w książce autentyczne postacie chińskiej sceny politycznej i kurii watykańskiej.
Bohaterka - polska dziennikarka - wspomagana przez agentów CIA, musi stawić czoła nie tylko interesom zrewoltowanych tajnych służb chińskich, lecz również upiorom słynnej NRD-owskiej służby bezpieczeństwa STASI. W każdym razie akcja toczy się wartko, można się zaczytać, zarywając noc.
„Misja <Papieskiej Róży>” polecam bez wahania wydawcom i miłośnikom polskiej powieści sensacyjnej. Także filmowcom, poszukującym wartościowego materiału na scenariusz. Wreszcie coś do poczytania bez kompleksów. Rozdajemy karty, chowamy asy w rękawie, mamy swego Jamesa Bonda w spódnicy.
Grzegorz Mucha napisał swoją pierwszą książkę zatytułowaną „Kobiety i czas”, na którą składa się trzynaście opowiadań traktujących o relacjach kobieta- mężczyzna. Podobno najciekawsze książki pisze się o tym, co się zna. Są bowiem wtedy bardziej prawdziwe, mocniej oddziaływają na odbiorcę . Nie przeczę, że autorowi tematyka skomplikowanych tarć międzypłciowych nie jest obca, natomiast przy czytaniu książki miałam nieodparte wrażenie, że Mucha raczej oddaję w niej swoje marzenia, fantazje, niż skupia się na opisie rzeczywistych przeżyć. Oczywiście każde opowiadanie „zawiera” inną kobietę i innego mężczyznę, ale nietrudno dostrzec w Michale, Marcinie, czy Jacku, wspólnych cech, być może składających się na alter ego autora? Kobiety natomiast są przede wszystkim piękne, lub co najmniej intrygujące, święte, bądź dziwki... Każde z opowiadań Muchy przedstawia, według mnie, jakąś małą fantazyjkę, erotyczne marzenie: a to o kontakcie z niewinną dziewczyną, wśród romantycznych okoliczności przyrody, a to znowu o ostrym seksie z doświadczoną prostytutką.
Mimo, że przez cały utwór przewija się niemały tłumek różnorodnych przedstawicielek płci, umownie zwanej piękną, to stanowią one, jak gdyby, tylko dodatek do mężczyzny. Do Mężczyzny. On bowiem inicjuje jakiekolwiek działania, jest samozwańczym animatorem każdej znajomości, erotycznym motorem działań. Kobietom przypada rola bierna. Nawet jeżeli jest to niewiasta tajemnicza i np. znika naszemu bohaterowi z oczu, to po jego wzmożonych działaniach w końcu pozwala się odnaleźć.
Z mojego punktu widzenia ciekawe jest poznanie tego, o czym marzy mężczyzna...Czego szuka w napotykanych kobietach...
Po przeczytaniu tego tomiku opowiadań dochodzę do wniosku, że może Mucha, poprzez szkice kilku postaci kobiet, chciał stworzyć portret tej jednej KOBIETY, niedoścignionego ideału męskich fantazji, zmiennej i stałej jednocześnie, niewinnej i wyuzdanej zarazem, pragnącej z jednej strony miłości, z drugiej zaś uciekającej przed nowym uczuciem. Oczywiście jest to zamiar tym bardziej intrygujący im bardziej niemożliwy do zrealizowania.
Na koniec pokuszę się nad interpretacją tytułu książki: „Kobiety i czas”. Z pierwszym członem problemu raczej nie ma, do czego natomiast odnieść „czas”? Czy może autor daje nam do zrozumienia, że stosunki damsko-męskie, są ponadczasowe w swojej uniwersalności i mimo lat, wieków, epok, wciąż oparte są na tych samych starych zasadach. Czy może, Mucha sugeruje, że każde uczucie, każda najdrobniejsza nawet fantazja, ma swój ściśle określony moment, chwilę zaledwie, a potem pryska, znika, ulatnia się w sferę wspomnień, dobrych, lub złych... Na te pytania czytelnik musi jednak odpowiedzieć sobie już sam...
Grzegorz MUCHA. Kobiety i czas. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2006
Szukając sposobu takiego odczytania i zaprezentowania książki Elżbiety Lipińskiej „Pożegnanie z czerwienią”, by stało się dla każdego tak jak dla mnie od pierwszej lektury jasne, że jest to zbiór nie tylko dojrzały i ważny, pełen wierszy mądrych, klasycznie i klasycystycznie dopracowanych, a wcale przy tym niepozbawionych lekkości czy humoru, znalazłem, wydaje mi się, to, co wyróżnia te wiersze i tę książkę: to piękna sztuka dyskrecji, będąca w przypadku wierszy Lipińskiej także autentycznym przykładem wielkiej dyskrecji sztuki. Już symboliści pod wodzą Mallarme’go twierdzili, że wiersz nie powinien mówić wprost, lecz sugerować jedynie, ale dopiero przy kwestiach naprawdę istotnych ta technika nie mówienia bezpośrednio na temat, lecz jak gdyby podpowiadania go tylko, ukazuje całą swoją wielkość. A także trudność, bo to trudna sztuka. Elżbieta Lipińska ma tę sztukę opanowaną niemal do perfekcji. (Słówko „niemal” jest tu jedynie bezpiecznikiem; w duchu sądzę, że mogłoby go w tym zdaniu nie być). Elżbieta Lipińska potrafi nie tylko precyzyjnie, a nawet kunsztownie składać wersy, strofy, układać słowo po słowie wiersze krótsze lub dłuższe, ona potrafi na przykład napisać przejmujący do rdzenia liryk o Zagładzie, który pozornie wygląda na wcale wesołą opowieść. Taka jest Elżbiety Lipińskiej „Sztuka magika”, wiersz tylko pozornie prościutki: „z tą biedna krótszą nóżką / był z siebie taki dumny, / gdy udał mu się skok / wołał: patrz, sztuka magika! // a potem trzeba było / zamieszkać w miedzianym kotle / hej, udajemy pranie! / chowaj się! sztuka magika // a teraz – mówiła mama i – / bawimy się w chowanego / z tamtym sąsiadem z przeciwka / nie znajdzie nas: sztuka magika // a gdy ich wyprowadzali / mówiła: nie bój się, synku, / to wcale nie będzie bolało. / zniknęli // sztuka magika.” Umie też Lipińska w sposób równie dyskretny pisać o śmierci i lęku przed nią; mówi o tym jej wiersz „Do morza”, zamykający tomik: „Tego głodu nie można zaspokoić. / Panuje nad wszystkim, / trawi cię jak kwas. / Apetyt nie maleje, / a pożywienia coraz mniej. / Wciąż próbujesz nowego. Smakuje na krótko, / ssanie w żołądku podchodzi do gardła. // Strach – przez lata w odwrocie – / przyczaił się tylko. Dłubał pracowicie. / Teraz sączy się z każdej szczeliny. / Strumyki łączą się, potężnieją. // Tej rzeki nie da się ujarzmić. / Można tylko biernie obserwować / drogę do morza.” I właściwie na każdy temat, czy to miłości rodzicielskiej, czy erotyki, czy pragnień mniej lub bardziej oczywistych jest w tym zbiorze odpowiedź liryczna, jest wiersz, który można godzinami obracać na języku, smakować, kontemplować i analizować. W poetyce Lipińskiej słychać przy tym – i bardzo to dobrze – w każdym z utworów (ja słyszę) najlepsze wzorce powojennej poezji polskiej: Miłosza, Herberta, Różewicza. O dziwo, najmniej znajdzie się tutaj Szymborskiej czy Hartwig, co sprawia, że Lipińska może ze swoimi wierszami, jak myślę, stanąć obok tych świetnych autorek – jeżeli nie w jednym rzędzie, to i tak bardzo, naprawdę bardzo blisko. Elżbieta Lipińska jest – powtarzam – dostatecznie sprawna technicznie, ma własny, osobny świat, nie gubi się, nie podaje ani jednego niewłaściwego wersu – a jej książka nie jest banalna, ta książka jest zdecydowanie ponad poziomem i tak przecież wysokiej średniej krajowej. Ta poetka, gdyby jej o tym powiedzieć, raczej tego nie przyzna, będzie wolała powiedzieć może o sobie niczym w wierszu „Osobność”, że po prostu: „nie daję się rozdziobać krukom wronom / lubię uśmiechy bez kotów / na wpół ukryte psy / wciąż jestem obca wciąż bardziej obca tu // ja wasza quirky-alone.” Na szczęście „quirky-alone” to tylko część jej persony lirycznej – są jeszcze inne, nie mniej ciekawe, intrygujące, głębokie. I myślę, że osobny tekst można by napisać na temat sztuki dystansu w wierszach Elżbiety Lipińskiej. Albowiem sztuka dyskrecji wiąże się też z dystansem. A ten, jak pisała Simone Weil, jest duszą piękna. Którego w „Pożegnaniu z czerwienią” nie brak. Stąd pomysł.
Jakub Winiarski
Elżbieta Lipińska, „Pożegnanie z czerwienią”, Mamiko, Nowa Ruda 2007.
Sacro casco
Mamiko
Nowa Ruda 2006
Wiersze Wojtka Brzoski i jego kolegów śledzę już od kilku lat. Pamiętam swoją niezgodę na ówczesne pisanie poetów ze Śląska, ich metafizykę negatywną, jak to określiłby Karol Maliszewski. Degradacja znaczeń, antyklerykalne wtręty, kolekcjonowanie językowych kiksów to znaki rozpoznawalne poetyki Brzoski- wciąż bawi go obróbka tych samych tematów (ile można trwać jak dzikie dziecko w świecie wczesnego Siwczyka?!) Kiedy już wydaje się, że w tych wierszach może pojawić się jakaś furtka mogąca wpuścić trochę światła, autor przekreśla tę możliwość ironicznym uśmieszkiem, nerwowym grymasem. Tytułowy wiersz Sacro casco dedykowany Wojciechowi Wenclowi odwołuje się do autentycznego zdarzenia- po wieczorze autora Imago Mundi redaktorzy „Kursywy” mieli wypadek samochodowy, co pozwala Brzosce snuć domysły, że zostali ukarani przez „boga”. Po chwili wstrząsu wszystko wraca tu do normy i jest mierzone ludzką miarą. Kiedyś wydawało mi się, że problem wiary jest przestrzenią sporu, że tu dzieją się rzeczy najważniejsze, które mamy do powiedzenia. Po lekturze Sacro casco utwierdzam się w przekonaniu, że jest dokładnie na odwrót- są to martwe rejony języka. Beznadziejność światopoglądowych dyskusji polega na tym, że spór o wiarę w gruncie rzeczy jest pozorny, marginalny-nie chodzi o porozumienie, ale wykładanie swoich racji. Dużo tu miejsca (i dla agnostyków i dla katolików) dla zwyczajnej blagi, tanich póz i gestów. Paradoksalnie rozwiązanie dylematów „wiary i nie” można znaleźć w samych wierszach autora z Sosnowca: „bóg jest w twoim sercu/ i naszych rękach, więc się/ nie lękaj”. Może gdyby zaufał swoim własnym słowom powiodłyby go one w niespodziewanym kierunku?
Artur Nowaczewski
„Topos”, nr 6/ 2006
Wojciech BRZOSKA.Sacro casko Nowa Ruda : Mamiko, 2006
Jeżeli są książki, o których można powiedzieć, że należą do dziwnych, to „Krajobraz z atramentowym wieczorem” Michała Zantmana do takich właśnie można zaliczyć. O autorze dowiadujemy się niewiele, bo notatka zawarta na ostatniej stronie okładki jest niezwykle skromna: „Michał Zantman ur. w 1965 r. w Krakowie. Jest absolwentem Wydziału Prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim.” I tyle, reszta życiorysu pozostaje tajemnicą i wygląda więc na to, że autor nie należy do grona osób eksponujących swoje dotychczasowe osiągnięcia na polu zawodowym i tym literackim. Wróćmy zatem do samej książki. Jest dziwna, a owa dziwność przejawia się w formie, która buduje całą opowieść. Ta opowieść utrzymana jest w konwencji snu, jej treść jest ze snu wyjęta, choć określenie „wyjęta” nie jest najwłaściwsze, bo ta senna historia stanowi niejako istotę całej książki i nie jest to przeniesienie snu na jej stronice, które pełnią rolę czasoprzestrzeni. Brzmi to dość filozoficznie i nieco zawile, ale sposób ujęcia problemu przez Zantmana jest, trzeba przyznać, oryginalny i ciekawy.
Tam, gdzie nie istniały żadne kierunki ( a nawet, jeśli istniały, i tak nie było ich widać, leżały bowiem zbyt głęboko pod powierzchnią nocy) nie można było ani skręcić, ani pójść naprzód, ani zawrócić.
Można było już tylko czekać. (str. 49).
Takie rzeczy mogą się dziać tylko w świecie wykreowanym przez oniryczność. Nawet ruch wydaje się być pozorny. Bohaterowie przemieszczają się na poziomie dwóch płaszczyzn jednocześnie: na płaszczyźnie czysto fizykalnej (czasoprzestrzennej), czyli takiej, do której jesteśmy przyzwyczajeni i nie stanowi to żadnego problemu. Drugą płaszczyznę stanowią stronice czytanej książki i to po niej, stricte, z zupełną swobodą poruszają się postaci nakreślone przez Zantmana.
Biegłem tak szybko, że, przebiegając przez most, zacząłem wątpić czy Doktor, człowiek już przecież niemłody, zdoła mnie dogonić.
Nie. Nie ma cudów - pomyślałem.
Na pewno już mnie nie dogoni.
Musiałem go jednak niewłaściwie ocenić, bo dogonił mnie. I to jeszcze na tej samej stronie. (str. 181).
Sny, jak powszechnie wiadomo, rządzą się swoimi prawami i trudno od nich wymagać zachowania reguł wywodzących się z logiki klasycznej. W świecie realnym raczej nie można pokusić się o stwierdzenie, że ból ciała może być zlokalizowany w szafie stojącej w zasięgu wzroku, ale Zantman zrobił tak, że taki surrealistyczny trick jest w pełni usprawiedliwiony.
No, więc... Gdzie pana boli? - zapytał.
Tam! - Profesor wskazał na szafę.
Szafa?
Doktor odwrócił się.
Podszedł do szafy. Zajrzał do środka.
Acha.
Czyli w ten sposób... - zamyślony wrócił do łóżka. (str. 25).
Już po kilku stronach lektury czytelnik z łatwością może się zorientować, że nie jest to zwykła historia i że przy jej czytaniu konieczna jest zmiana sposobu patrzenia na wszystkie wydarzenia mające miejsce w tej książce. Czytający odnosi wrażenie, iż mimo zmiany miejsca pobytu bohaterów „Krajobrazu...”, tak naprawdę wszystko dzieje się w jednym domu i nikt z tego właśnie domu w rzeczywistości się nie rusza, w rzeczywistości książkowej, oczywiście. Warto zwrócić uwagę na to, że praktycznie cała historia toczy się w ciemnościach, światło jest jakby epizodem, który znika szybciej, niż się pojawia. Ciągle panuje noc i ciemność, a sceneria pławi się w różnie konfigurowanych cieniach. Każdy niemal epizod pełniący coś na kształt rozdziału, kończy się takim właśnie opisem ciemności.
Za nim, sięgając aż po horyzont, leżała nieruchoma, naciągnięta na krajobraz tafla ciemności. Wystające z niej wzgórza wyraźnie kontrastowały z gładką czarną połacią. (str. 104).
Świat przedstawiony w „Krajobrazie z atramentowym wieczorem” jest światem alternatywnym, istniejącym równolegle z rzeczywistym, ale przekonania o tym czytelnik nabiera podczas czytania ostatniej już strony. Zantman jasno stawia sprawę, że dni występujące w książce nie leżą w linii prostej, lecz zakręcają się i tworzą swego rodzaju pętlę. To filozoficzna opowieść o tym, że pojęcie „rzeczywistości” jest mgliste i zaciemnione, a na dodatek mocno zawężone przez ludzi ufających jedynie swoim zmysłom.
Tamara Hebes
Michał Zantman, Krajobraz z atramentowym wieczorem, wyd. Mamiko, Nowa Ruda 2006, s. 256.
Fantastyczno-przygodowa powieść Macieja Nowakowskiego należy do literatury intelektualnej. Struktura narracji przypomina sposób opowiadania czeskiego pisarza Milana Kundery, a niektóre sytuacje wprowadzają czytelnika w specyficzny klimat prozy Franza Kafki. Skoro więc już na wstępie fabuła Nowakowskiego przywodzi na myśl dwa tak znakomite nazwiska literatury europejskiej, to znaczy, że warto po wspomnianą książkę sięgnąć. Bohaterów (głównych) jest dwóch ; nijaki Bogdan, Sarmata oraz Marek Pobóg, młody historyk, pracownik UOP. W tym momencie nasuwa się pytanie: Co może łączyć Sarmatę z pracownikiem UOP-u? Otóż fabuła skonstruowana jest tak, że drogi życiowe tych dwóch spotykają się. Nie bez znaczenia pozostaje również fakt, iż ów Sarmata jest nieśmiertelny... Tutaj fabuła książki wkracza w fantastykę, lecz nie jest to fantastyka natarczywa, nie czyni historii nierealną. Jest wręcz przeciwnie - dzięki historycznym oraz współczesnym realiom z książki przebija autentyzm, a o fantastyce można powiedzieć, że jest w wersji light.
Tempo akcji z początku dość leniwe szybko się rozpędza, punkt kulminacyjny następuje jednak dopiero na ostatnich stronach powieści. Autor z konsekwencją wzmaga napięcie czytelnika. Nie tylko sposób konstruowania akcji, ale przede wszystkim sama treść ,,Na zawsze jutro" świadczy o ogromnej erudycji autora, który drobiazgowo i rzetelnie opisuje składowe życia na dwóch kontynentach (Ameryka i Europa), wkracza w polityczne zakamarki Polski szlacheckiej, komunistycznej i współczesnej, przytacza konteksty wydarzeń historycznych, powołuje się na wielkie intelektualne autorytety.
Nie jest to więc książka do czytania w nudne niedzielne popołudnie. Wymaga od czytelnika intelektualnej aktywności, lekturę znacznie ułatwia znajomość realiów historycznych i kulturowych Polski i Europy. Myślę, że lekturę można by opatrzyć dopiskiem: ,,raczej dla intelektualistów" , ale - jak na to wskazuje słówko ,,raczej" - krąg odbiorców jest nieograniczony.
W kwestiach edytorskich warto zauważyć interesujące, choć nie nowatorskie rozwiązanie (stosował je już m. in. W. Wharton), perypetie Marka opisywane są kursywą, przygody Bogdana tradycyjną, prostą czcionką. Taka forma zapisu dodatkowo uatrakcyjnia lekturę.
Mam nadzieję, że ta opinia zachęci Państwa do sięgnięcia po książkę ,,Na zawsze jutro"
Moim zdaniem naprawdę warto ją przeczytać.
Marta Rudy
Maciej NOWAKOWSKI. "Na zawsze jutro". Wydaw. Mamiko, 2005
KWIT NA BOGA
Pytanie, które należałoby sobie postawić podczas lektury Sacro casco, brzmi: co zostaje z poezji Brzoski po obdarciu jej z warstwy intertekstualno- językowej? Wcale nie twierdzę przy tym, że żonglowanie wpływami młodopoetyckimi (przeróżne nazwiska same cisną mi się na usta), przyprawione „grypsami” słownymi (jak sam autor lubi je określać), jest w jakikolwiek sposób ułomne czy nieciekawe- wręcz przeciwnie. Mnie chodzi jednak o sedno, o podstawę poezji Brzoski.
W pierwszej części tomu byłaby to śmierć. Oczywiście, śmierć przedstawiona w sposób bardzo ironiczny, zdystansowany: dwaj staruszkowie półżartem kłócą się/który pierwszy.// nikomu się nie spieszy (panendoskopia). Bardzo często wiersze podejmujące ten temat przyjmują wręcz formę makabreski, jak w tekście „lato, lato (...)”: babcia już leży, kiedy tak nagle/pojawiam się nad nią w czarnym T- shircie, a ona pyta: / „czy to już śmierć?”.
Śmierć dość bezboleśnie prowadzi nas do Boga, mocno zaznaczającego swoją obecność w drugiej połowie książki. Tu znów ironia, szyderczy dystans: cieszą się wszyscy/ że zmartwychwstaną/ że umiera pan (pascha). Bardzo interesująco wypada w książce swoisty dialog ateisty (to tylko moje przypuszczenie) z Bogiem. Wydaje mi się wręcz, że obecnie to jedyna możliwa artystycznie forma takiej rozmowy. Przekonują o tym również dwie odsłony wiersza tytułowego, na pewno centralne dla książki.
Reasumując, można czytać Brzoskę bawiąc się grypsowaniem autora, ale można tez zagłębić się w jego poezji nieco bardziej, odkrywając przy tym sprawy wręcz fundamentalne, a do tego potraktowane w dość nieprzewidywalny, dla wielu być może drażniący, sposób. Obie możliwości mają swoje racje, swój niezaprzeczalny urok.
Sławomir Kuźnicki
„RED”, nr 1 (2)/2007
Wojciech Brzoska. Sacro casco. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2006. -52 s. ISBN 83-60224-10-2. (poezja polska)
Rozpoznanie bojem poetyckimi wyznaniami szydercy
Na tomik poetycki Rozpoznanie bojem Maćka Frońskego składają się w znacznej mierze utwory autorskie, nie brakuje w nim jednak parafraz utworów literackich, zarówno z kanonu klasyki polskiej, jak i obcej.
Twórczość Frońskiego z pewnością zasługuje na miano trudnej – nie w kwestii interpretacyjnej, raczej ze względu na sposób ekspresji emanującej z poszczególnych wierszy, ich język i niejednokrotnie szarganie świętości. Wszystko to sprawia, że choć w większości utrzymane w biesiadnej tonacji, na nutę Anakreonta wiersze, okraszone odrobiną ironii i zabarwione często obscenicznymi akcentami, szokują i bulwersują czytelnika. Uderza przede wszystkim konstrukcja poszczególnych utworów, w których wzniosłość kontrastuje z przyziemnością i rubasznością, przeszłość ze współczesnością. Zasada kontrastów nimi rządząca sprawia, że jednych twórczość Frońskiego może zachwycać, innych – zrażać, tak czy inaczej budzi emocje, co jest przecież głównym celem poezji.
No właśnie, poezji...Intertekstualność wierszy tworzących tomik Rozpoznanie bojem wskazuje, że ich autor doskonale orientuje się w literaturze. Jego wiedzę literacką poświadcza także umiejętne, zgodne z konwencją, wykorzystywanie różnorodnych gatunków literackich. To jest z pewnością atutem utworów. Co wobec tego razi? Nadmiar ironii, wulgarny język, prześmiewczy ton, sprowadzanie do sfery profanum tego, co święte, trywialne rymy balansujące na granicy wierszoklectwa. Wszystko to sprawia, że tomik Rozpoznanie bojem jest dla mnie jedynie zbiorem wierszy nieskłaniających mnie do refleksji i podjęcia jakiejkolwiek próby interpretacyjnej. Z tego powodu nie mogę nazwać ich poezją. Może nie mam racji, a może po prostu Erato nie obdarzyła mnie wrażliwością na ten rodzaj sztuki?
Maciek FROŃSKI. Rozpoznanie bojem Nowa Ruda : Wydaw. Mamiko, 2006
Rzeczy wydziobywane z podłoża egzystencji
Tematem mini form dramatycznych Kingi Witowskiej są mini egzystencjalne sprawy ich bohaterów. Autorka niczym kura wydziobuje te bolączki i boleści z życiowego podłoża. Nie są to sprawy błahe, bo natrętne i kłujące do kości. Nic ująć nic dodać. Podłoże naszej egzystencji jest najbliżej prawdy o tejże egzystencji. Między życiem a egzystencją jest ta różnica, że życia nie obchodzą żadne psychiczne rewelacje człowieka, natomiast egzystencję bardzo i przede wszystkim:
PROFESOR
Uhm... Ja jestem humanistą. Niektóre rzeczy wydają mi się czasem takie dziwne, jak na przykład to światło... ta jego nieskończoność.
R.K.
Nie musi pan zawsze wszystkiego rozumieć. Są rzeczy, których zrozumieć się nie da, albo dla jednych są oczywiste, a dla innych w ogóle nie istnieją...
PROFESOR
Jak to?
R.K.
Niech pan na mnie spojrzy... Co pan widzi?
PROFESOR
Pana, mężczyznę ubranego w dżinsy i sweter.
R.K.
A właśnie! Czy tylko tyle?
Klinika mózgów
Picasso powiedział, że rzeczywistość (pewnie miał na myśli rzeczywistość człowieczą) powinna być przez artystę rozdzierana. I czasami rzeczywistość sobie, a artysta- pisarz, dramaturg sobie. Ale tak nie jest w tym przypadku. To co dramatyzuje Witowska jest- niestety- rzeczywistością. Robi to subtelnie, a przez strukturę egzystencji bohaterów przebija delikatnie światło... czego? Chyba metafizyki. To jest mimowolne w tych tekstach, ale jest:
KOBIETA 2
Ucieczka w park jest dobrym sposobem na zapomnienie i wstęp do nowego pojmowania rzeczywistości, jednakże smutek realnego świata nie pozwala do końca zatracić się w parku i tak po prostu nie pamiętać, nie dostrzegać, nie przejmować się.
KOBIETA 1
Są rzeczy, sytuacje i osoby, zwłaszcza te ostatnie, z którymi park niestety nie może dać sobie rady.
Park
Tak my i bohaterowie Witowskiej męczymy się na tym padole. Podobnie męczy się Witowska. Męczyli się Beckett i Różewicz. Przy podłożu. I kura dziobała.
Dramatyczne teksty Witowskiej są zadziwiająco uczciwe w warstwie psychologicznej. Nigdy w zasadzie nie obsuwają się pod podłoże przypisanego postacią życia psychicznego. I nie rysują dróg wyjścia, bo co to by była za fanaberia wśród współcześnie piszących sztuki.
R. K.
(...) Wszechobecne światło rozchodzi się poza swoim stożkiem. Nam się wtedy wydaje, że go nie ma i naukowcy próbują udowadniać jego skończoność. Jednakże poza przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, poza przestrzenią, światło wciąż daje nam radość odkrywania co rano naszego istnienia, które jest niemniej iluzoryczne, jak dzielenie się opłatkiem z psem podczas wigilii w oczekiwaniu na kilka słów, które i tak nie spodobałyby się człowiekowi. (...)
Klinika mózgów
Może i przyjdzie czas na nowy Romantyzm czy Pozytywizm. Ciekawe jakby się to miało dokonać?
Ani Witowska, ani żaden z jej kolegów po piórze nie wskoczy na pagórek kłamstwa i fałszowania rzeczywistości.
Bez żartów. Kingo Witowska jesteś dobra- bądź jeszcze lepsza, rozwijaj swój talent. Przejdź do form pełniejszych. Podciągnij nieco prawdę z podłoża egzystencji ku ludzkiej powinności szukania nadzieji.
Kinga Witowska. Lustro. Wydawnictwo Mamiko, 2006
KOMICZNY ZMIERZCH BOŻYSZCZ
„Jest tylko jeden problem – śmierci. Roztrząsać inne sprawy to marnować czas, dawać dowód niewiarygodnego lekkoduchostwa”. Bardzo ryzykowne motto z Ciorana. Nie tylko bardzo ryzykowne, ale i niebezpieczne. A jeszcze i karkołomne. A nawet zuchwałe. I to bardzo. Bo weź potem nie napisz w środku wiersza o śmierci, a dasz dowód nie tylko niewiarygodnego, ale i niesłychanego, a nawet zdumiewającego lekkoduchostwa. I powiedzą, żeś wiary niegodzien.
Godzien, niegodzien, weź potem napisz „odkąd razem zamieszkaliśmy/ przestaliśmy się/ spotykać” (***, s. 19), a powiedzą, żeś zamieszkał ze śmiercią. Żeś, kurna, zamieszkał ze śmiercią, iżby się z nią nie spotykać. Żeś głupio zrobił, marnując taką okazję. Głupio jako poeta, bo tak w ogóle to może i niegłupio, kto wie.
I potem powiedzą, Wojciechu, że ci ze śmiercią po drodze do wiersza. Albo i nie po drodze, jak cię przyłapią na lekkoduchostwie. Po drodze, nie po drodze, nikt ci przecież nie będzie życzył, abyś się zaraz ze śmiercią bratał. Chociaż żyjesz w świecie poezji, a w świecie poezji jak to w świecie poezji – lubią dokopać, jak wiesz. Sam przecież tego-owego szturchnąłem kiedy-niekiedy taktownie, lekutko, a nawet z pieszczotą, a potem pretensje, że czemuś go pobił!
Pobił, nie pobił (ty się nic nie bój), jest jeszcze drugie motto ryzykowne bardzo, niebezpieczne, a do tego równie karkołomne, zuchwałe i niebywałe jak tamto. Równie, o ile nie równiej niebezpieczne, karkołomne, zuchwałe i niebywałe to drugie motto od tamtego pierwszego, bo przecież ono nie tyle już z Emila Ciorana, co z Lecha Janerki, który był powiedział, napisał albo i zaśpiewał, tego nie wiem, tak: „Bóg do niczego nie był mi potrzebny”.
A niech mi się stolec wypsnie! Jakże Bóg do niczego nie był Lechowi Janerce potrzebny, kiedy był mu potrzebny chociażby do tego, izby mógł sobie Lech powiedzieć, napisać albo i zaśpiewać, że Bóg do niczego nie był mu potrzebny. Bo przecież tak całkiem bez Boga, to by tego zdania ani nie powiedział, ani nie napisał, ani nawet nie zaśpiewał, tj. w żaden sposób by zdania o Bogu bez Boga nie sklecił, bo o czym. Toż nawet o nie-Bogu bez Boga ani rusz. Chytrzejsze więc byłoby może motto z Dygata: „Jeśli nie ma Boga, tym lepiej dla Niego”.
Lepiej, nie lepiej, rzecz w tym, że miał być „tylko jeden problem”, śmierć, a tu się okazuje, że jest i drugi, a przy tym nie mniejszy, bo przecież – czy był komu do czego potrzebny, czy nie – to jednak Bóg. A przecież z tego pierwszego motta wynika, że lepiej już miesić wapno niż tracić czas na roztrząsanie takiego „problemu” jak Bóg. Że pisanie o Bogu to dowód niewiarygodnego wprost lekkoduchostwa. Chociaż że Bóg pasuje do wiersza nie gorzej niż śmierć, o tym wiedzą na Śląsku już sześcioletnie dzieci!
Wiedzą, nie wiedzą, rzecz w tym, że miał być tylko jeden problem, a tu nagle są dwa, a i trzeci się oczywiście zaraz za nimi pojawia. Bo że do wiersza równie dobrze jak Śmierć i Bóg pasuje Miłość, o tym wiedzą na Śląsku nie tylko sześcioletnie dzieci, ale i małe dziewczynki.
Że się jednak te motta gryzą ze sobą nawzajem, a razem wzięte się gryzą jeszcze z miłością, to może tak być powinno? Tj. nie dlatego tak być powinno, że to w ogóle dobrze, iż się gryzą, bo zawsze miło popatrzeć, jak się inni za łby biorą, lecz że taki był zamysł poety, iżby się w naszych czytelniczych oczach śmierć z Bogiem pogryzły, a pogodziła ich tyłkiem, przepraszam, pogodziła ich chyłkiem miłość? Może więc motta te użyte zostały ironicznie, aby sobie Janerka jaja porobił z Ciorana czy vice wersal. Albo żeby wiersze sobie z tych mott cokolwiek albo i grubo zakpiły, bo tu raczej nie odwrotnie, z tym że nie na pewno.
Wadzi się zatem poeta z Bogiem, ze Śmiercią, a nawet z Miłością, bo od tego on jest, aby się wadzić z tym, z czym inni już dawno się pogodzili i żyją nie najgorzej nie wadząc się z nikim, z niczym i o nic? Oczywiście, że od tego on jest. Od tego i nie od tego, bo poeta od tego jest, od czego być zechce. A że się wadzi z Bogiem, Śmiercią i Miłością, to się sprowadza do tego, że ze sobą jak każdy się wadzi i bodajby jedli psie gówno, którzy nie wadzą się nawet ze sobą.
„W sztuce człowiek spotyka sam siebie, duch ducha”, jak powiada Gadamer. Powiedz mi, z czym się wadzisz, a powiem ci, kim jesteś. W pewnym sensie. Czyli – także w myśl zasady Fichtego, iż „wszystko, co dostrzegasz poza sobą, jest tobą samym” – kto nikogo i niczego poza sobą nie dostrzega, nie dostrzega sam siebie, resp. nie wadzi się z nikim i z niczym, resp. jest nikim, a nawet niczym, resp. jest, a jakoby go nie było.
A kto się na co dzień wadzi z pierdołami, ten sam jest pierdoła.
A zatem – chwała Poecie!
Zastanawiam się tylko, czy takie wiersze jak prohibicja przesłania pielgrzymki („cała nadzieja w Panu // z nocnego”, s. 36) czy też u-bogi („nie ma boga- / tego księdza”, s. 38) to prawdziwe wadzenie się z Bogiem. A nawet, czy to prawdziwe wadzenie się. Zastanawiam się, czy nie zachodzi tu to właśnie zjawisko, na które narzekał Nietzsche, iż ludzie nigdy nie rozumieją, jeno chwalą lub ganią. To jest, uważają swoje przekonania za wyryte na kamiennych tablicach, co pozwala im chwalić lub ganić, a nawet kpić z innych kamiennych tablic, które uważają za pisane palcem na wodzie. A gdyby się tak jedni z drugimi zastanowili, skąd im się te kamienne tablice w nich wzięły, to minki by może im zrzedli. Może by tak jeden z drugim doszedł do wniosku, iż „żaden punkt widzenia nigdy nie może być tym ostatnim punktem widzenia”, do czego był doszedł William James, a doszedłszy wyciągnął ciekawe wnioski. Sobie poczytajcie.
A może poeta kpi, ponieważ uważa za Bachtinem, iż „mitom i bogom trzeba zadać cios, który pozwoliłby im «komicznie umrzeć»”, bo cóż się lepiej do tego nadaje od kpiny. Ale atłasowa czapeczka ze świńskiego ucha dla tego, kto zgadnie, dlaczego zdanie takie wypsnęło się temu, który tyle się powynawyrzekał na jednogłosową mowę, odsądzając ją od czci i wiary! No bo o jakie mity i o jakie bogi tu chodzi? Toż Bachtin też swoje mity i swoje bogi miał! Czy po to, by nimi zwalczać bogi i mity nieswoje? Atłasowa czapeczka ze srebrnym kutasem na czubku dla tego, kto rozstrzygnie kwestię, jak też zwalczać jedne ograniczone podmiotowo przekonania nieużywając innych podmiotowo ograniczonych przekonań.
Ze świńskiego ucha czy ze srebrnym kutasem, nic u poety Brzoski (którego raz byłem niesłusznie posądziłem o spędzenie nocy w kiblu) nie widzę ani o Fryderyku, ani o Johannie Gottliebie, ani o Michaile, ani nawet o Williamie, nie wspominając już Hansa-Georga. A przecież że o nich wspominam, to nie bez powodu. Bo jednak nie wiem, czy poeta kpi, czy o drogę pyta. Czy kpi może z samego Boga, czy z samej dewocji. Czy z instytucji. Czy z katolicyzmu zwanego w zjednoczonej Europie „polskim”. Czy śmierć mu za jaje, bo młody i głupi, czy wręcz przeciwnie – tak już był dojrzał, że się ze śmiercią spospolitował, a to sposób nie najpośledniejszy, aby ją cokolwiek „oswoić”.
Nie wiem i trzymam się tej niewiedzy jak Wiśka rosołu z makaronem, bo na tę niewiedzę pozwala mi lektura całości sacro casco, tomiku, w którym poza niewielką liczbą przytoczonych tu jajec na twardo i miętko, zwanych przez innych – język się musi wyszumieć – rodzynkami, znalazłem tu co niemiara wierszy z natury wieloznacznych, wielopiętrowych i niepokojących, jak ten przedostatni na przykład: „byłam. / ten smutek, w który wpisuję się jak / okrąg w trapez. w pełni. / w słońcu obchodzę urodziny // łukiem. pomnożę koło pięciu lat życia./ zamiast pomnika / będę. pytać, czy bym się pojawiła gdyby nie / śmierć, która się położyła/ przede mną. // powstałam z niej i od niej / się odwróciłam do góry / dnem. / jak tamten sen, że jestem” (z prochu, s. 46).
Albo ten ostatni: „zrobiliśmy kołyskę / jakbyśmy płynęli / przed narodzenie” (love lullaby, s. 47).
O czym to ja chciałem na koniec? Aha! Zapomniałem.
Grzegorz Tomicki, "FA-art", nr 3/2006
Wojciech Brzoska:sacro casco Wydawnictwo „Mamiko”. Nowa Ruda 2006.
MARIAN DZIWNIEL ”HOMO VIATOR” WSPÓŁCZESNEJ EUROPY
Tytuł książki Mariana Dziwniela „Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę”sugeruje rozważanie literackiego motywu wędrówki. Pozycja ukazała się w noworudzkim Wydawnictwie „Mamiko” w 2007 roku. Została opatrzona wstępem dolnośląskiego poety -
Antoniego Matuszkiewicza.
Kulturowy motyw wędrówki wyrasta z dwóch źródeł archetypicznych ; z „Biblii”oraz
antycznej literatury greckiej. Jego funkcjonowanie w kulturze nowożytnej obejmuje
w rozumieniu dosłownym przemieszczanie się grupy osób lub pojedynczego bohatera
z miejsca na miejsce, czyli podróżowanie w czasie i przestrzeni, a w sensie metafizycznym oznacza człowieczy los, ludzką drogę przez życie.
Chrześcijański filozof wczesnego średniowiecza – Święty Augustyn – twierdził,
że człowiek jako istota żyjąca znajduje się w ciągłym ruchu. Określił jednostkę ludzką
łacińskim terminem „homo viator”, czyli wędrowiec, pielgrzym.
W książce Mariana Dziwniela „Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę”odnajdujemy
obydwa znaczenia motywu wędrówki ; realistyczny i metafizyczny. Utwór jest pamiętnikiem autora opowiadającym o jego dzieciństwie na kresach wschodnich, czyli na terenach dzisiejszej Białorusi; okresie wczesnego wieku męskiego w Świdnicy na Dolnym Śląsku i etapie dojrzałości życiowej i początku wieku emerytalnego we Francji. Losy pierwszoosobowego narratora utworu wyraźnie wpisują się w historię II połowy
XX i początków XXI wieku. Jest to przede wszystkim burzliwa historia narodu polskiego,
a w szerszej perspektywie także innych narodów Europy.
Ciepło i nostalgicznie autor opisuje swoją małą ojczyznę – rodzinną Ziemię Grodzieńską, rozciągającą się nad Niemnem i jego dopływami. Arkadyjskość krajobrazu
i dziecięce poczucie bezpieczeństwa zmąciła sytuacja polityczna tych terenów. Po II wojnie światowej Polacy zamieszkujący okolice Grodna i Lidy znaleźli się poza granicami Rzeczypospolitej. Narrator pamiętnika wzrastał w klimacie ateizacji i komunizacji ludności opierającej się sowieckiej ideologii, obcej polskiej rodzimej tradycji. Mimo intensywnej indoktrynacji, prowadzonej przez władze stalinowskie, ludność Ziemi Grodzieńskiej nie uległa depolonizacji. Większość decydowała się na wyjazd do Polski, niektórzy nie mogąc rozstać się z ojcowizną, pozostali, a kolejne ich pokolenia tworzą dziś silne skupiska polonijne na Białorusi. Rodzina Mariana Dziwniela zdecydowała się opuścić ukochane miejsca i wyjechać do Polski w 1958 roku, czyli wtedy, gdy kończył się okres repatriacji.
Osiedli w Świdnicy na Dolnym Śląsku. Tutaj autor książki ukończył szkołę średnią, ożenił się i podjął pracę w Świdnickiej Fabryce Urządzeń Przemysłowych. Obdarzony wrodzonym
impulsem dążenia do pełnej, obywatelskiej wolności, stał się aktywnym działaczem opozycji politycznej, przeciwstawiającej się zniewoleniu narodu. Opierając się na faktach, szczegółowo, zrelacjonował okres robotniczych strajków , ponury czas internowania
w stanie wojennym; własny i swego pokolenia nonkonformizm wobec ówczesnych władz polskich.
Trzeci etap jego życia to już lata nad Sekwaną. Wraz z falą uchodźców politycznych przeniósł się wraz z rodziną w 1982 roku do Francji. Tam dzięki pomocy wielu ludzi dobrej woli, solidaryzujących się z walczącymi o wolność Polakami, znalazł swoją stabilizację, własne miejsce na ziemi i stworzył bezpieczny dom dla swojej rodziny.
Dziś jest szczęśliwym i spełnionym człowiekiem, ojcem trojga dorosłych, wykształconych
dzieci, żyjącym dostatnio i bezpiecznie. I choć Francja jest jego ojczyzną drugą, z wyboru,
nigdy nie wyrzekł się swoich narodowych korzeni. Swój pamiętnik kończy patriotycznym
credo, powtarzającym jak litanijny zaśpiew słowa:
&”JA JESTEM POLAKIEM”
Z książki Mariana Dziwniela bije autentyzm, głęboka miłość do Polski i permanentne dążenie do wolności kraju i każdego człowieka. Pamiętnik jest mocno osadzony
w faktografii. Prawdziwe są nazwiska, daty, wydarzenia. Dlatego można go określić jako relację dokumentalną. Podkreślają to załączone fotografie i kserokopie dokumentów, zwłaszcza z okresu stanu wojennego.
Motyw wędrówki, dominujący w książce M. Dziwniela, ukazuje człowieka – tu samego autora- w ruchu, zgodnie z kosmiczną zasadą dynamiki świata. Ma również wymiar symboliczny. Staje się pretekstem do refleksji o ludzkim losie, o kondycji człowieka wobec
przeciwieństw i trudności i o jego ustawicznym dążeniu do celu, którym może być zdobycie kolejnych doświadczeń i dochodzenie do prawdy o świecie i o samym sobie.
SABINA SKOWRON
Marian Dziwniel. Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę. Mamiko, 2007
POLISA NA POEZJĘ
Sacro casco jest czwartym tomikiem w dorobku Wojciecha Brzoski. Do tej pory młody poeta znany był z tekstów, będących niejako "podsłuchiwaniem" codzienności, cechujących się dystansem i ironią w oglądzie rzeczywistości. Najnowszy tomik przynosi utwory podobne, ale jednak bardziej emocjonalne w tonie, bardziej osobiste, o czym mogą świadczyć choćby motta zamieszczone przez autora (jedno z Emile'a Ciorana - "jest tylko jeden problem - śmierci. Roztrząsać inne sprawy to marnować czas, dawać dowód niewiarygodnego lekkoduchostwa", drugie z Lecha Janerki - "Bóg do niczego nie był mi potrzebny"). Są także niemal prywatne wyznania w stylu wiersza wiosna, wiosna.
Tytuł całego zbiorku od razu nasuwa skojarzenie z ubezpieczeniem samochodu od wypadku, tak zwanym auto casco, ale także ze słowem "sakralny". Jest to zatem niejako "święte ubezpieczenie";. Od czego? Po lekturze pierwszego tekstu nie mamy wątpliwości, że na wypadek śmierci. Jednakże z drugiej strony, gra słów sacro casco może być także ubezpieczeniem od świętości. Znowu ironiczne, lingwistyczne prowokacje, z których Brzoska jest już dobrze znany.
Poeta dzieli tomik na dwie części. Pierwsza zatytułowana jest pograbki, druga - love lullaby. W obu mnóstwo miejsca zajmują wspomniane językowe zabawy. Dobrym przykładem może być wiersz zatytułowany właśnie po grabki. Cały utwór brzmi "chodź, idziemy do piachu - mówi matka / do swojego syna” (budową wiersz nawiązuje do na starcie bez szans na cud z tomu Niebo nad Sosnowcem). W kontekście rozbicia tytułu, te dwa wersy nabierają nowego sensu. "Chodźmy pobawić się do piaskownicy" - może powiedzieć każda matka, stąd w tytule grabki, służące dzieciom do zabawy. Ale Brzoska nie pisze "piaskownica", lecz "piach", co w wymiarze związku frazeologicznego "poszedł do piachu", nabiera złowrogiego znaczenia. Tym bardziej, że pograbki, pisane łącznie w wierzeniach ludowych mogą kojarzyć się z topielcami czy strzygłami, przychodzącymi po zmarłych.
Tym razem jednak, autor Nieba nad Sosnowcem bywa nie tylko prześmiewczy, ale także poważny, mając na uwadze przede wszystkim słowa Ciorana. Śmierć staje się zatem problemem, którego nie da oswoić nawet szyderstwem czy drwiną. I mimo tego, że "grób jest przyciasny" (wiersz "lato, lato (...)"), a sama śmierć może stać się czasem wyjściem awaryjnym ("dostał przepustkę z aresztu na / cmentarz / w takich przypadkach / często kończy się to / niepowrotem"), lęk pozostaje.
Warto zwrócić uwagę na wiersz, od którego wziął się tytuł całego tomiku. "I jest nam wmówione: bóg przemawia ustami / 'poety'" - tak zaczyna Brzoska utwór dedykowany Wojciechowi Wenclowi. Sam, w wywiadzie udzielonym dziennikarzowi "Gazety Wyborczej", nazwał ten tekst "prześmiewczą polemiką ze sposobem postrzegania świata przez Wencla”. Można by zatem przypuszczać, że Brzoska nie poczuwa się do roli poety-wieszcza, poety natchnionego. Pamiętając o słowach Janerki, należałoby prześledzić kreację Boga, który w omawianym tomiku powinien nie istnieć. Najlepszym przykładem jest wiersz, będący znowu językową zabawą - "nie ma boga- / tego księdza". Krótko, zwięźle, ale jakże treściwie! Innym przykładem może być utwór nawiązujący do zakazu sprzedaży alkoholu, który obowiązywał na czas pielgrzymki Benedykta XVI do Polski. Brzoska tytułuje wiersz prohibicja przesłania pielgrzymki, a tekst brzmi: "cała nadzieja w Panu / z nocnego”. I znowu można w tym przypadku bawić się skojarzeniami. Za "przesłanie pielgrzymki" uznajemy słowa "cała nadzieja w Panu", ale z drugiej strony trzeba zauważyć, że dla niektórych sens pielgrzymki przysłaniała właśni owa prohibicja"; Poeta jest świetny w tego typu zabawach, co udowodnił już poprzednimi tomikami.
Autor Śmierci pozującej do zdjęć pokazuje w swojej kolejnej książce świat zastany, świat, z którego wcale nie powinniśmy być dumni. Nawet najbliższe osoby oddalają się od siebie: "odkąd razem zamieszkaliśmy / przestaliśmy się / spotykać”, liczy się technika: "resetuj życie / którego nie da się tutaj podłączyć jak / komputera czy telefonu / liczą się dzwonki i domofony", a jedyną nagrodą dla wierzących jest "trumna z piachem / kamienie i fale / strachu" (wiersz przełamując wiarę, dedykowany Larsowi von Trierowi, reżyserowi filmu Przełamując fale). To "kraina pizzy, tesco i bigstarów” Ważnym motywem świata Brzoski jest także więzienie, co wiąże się zapewne z pracą sosnowieckiego poety. Pełno w jego utworach takich słów-klucz jak na przykład kraty, grypsy, cela, areszt. Pełno w końcu i poetyckich metafor i porównań: „urodziłem się wiosną a obchodzę zimą przez pomyłkę / śniegu” albo „marszczysz wtedy czoło jak / mops w prima aprilis".
Po ukazaniu się poprzednich tomików Wojciecha Brzoski krytycy pisali zgodnie o ironicznym dystansie autora, o lingwistycznej ironii. Tym razem, jak słusznie zauważył Jakub Winiarski, jest to śmiech „Sorena Kierkegaarda, który obejrzał film Woody'ego Allena”. To swoiste poczucie humoru wiąże się także z radami jakie daje autor „wystarczy dać ulepić z siebie bałwana / i zaśpiewać o księciu z innej bajki", albo z aluzjami literackimi. Czyżby taką aluzją był między innymi wiersz o tytule wieczna ospa, będący zapewne nawiązaniem do utworu Ryszarda Chłopka pod tym właśnie tytułem. Chłopek pisał: „Poczekaj, aż wystygnę / i będę patrzył w niebo z tym samym wyrazem twarzy / co nawierzchnia jezdni pokryta czarną wysypką kałuż (...). Brzoska zdaje mu się odpowiadać: „przychodzi do ciebie ospa jak / kara boska. Każda myśl o mnie / znaczona jest krostą na twoim ciele”. Bóg nie jest potrzebny, ale każde przeciwności losu są jego winą. Cóż, kogoś w końcu trzeba oskarżyć"
Poeta nie rezygnuje z ciągłego przekraczania granic między sferą sacrum i sferą profanum, między światem realnym a wymyślonym. W jego utworach można raz śnić, że się jest, jak w lirycznym wierszu z prochu, albo innym razem można twardo stąpać po ziemi. Można dryfować na obłokach z marzeń, albo być martwym, jak „kartonowa pani z żabki”. W tych wszystkich aspektach widać jednak przede wszystkim jedno – wielką przenikliwość autora.
„Gdzie kończy się życie zaczyna się picie / i powolne gnicie” – straszy nas Brzoska. I ma niestety rację.
MAGDALENA BOCZKOWSKA, "Opcje", nr 4/ 2006
Wojciech Brzoska: Sacro casco Wydawnictwo Mamiko. Nowa Ruda 2006.
POEZJA ZUZANNY TURKIEWICZ ŚWIEŻA JAK WIOSENNA ZIELEŃ.
Debiutancki tomik poezji młodej prawniczki urodzonej w Nowej Rudzie -
Zuzanny Turkiewicz – ukazał się w 2007 roku pod tytułem „Świat , jaki pamiętam”…
Młodość ma swoje oczywiste prawa do radości , zachwytu , nadziei i marzeń.
Aura tych nastrojów przenika cały zbiorek 45 liryków opisowych i osobistych ,
zawartych w książeczce pięknie wydanej w oficynie Mamiko.
„Świat , jaki pamiętam”…to pełna optymizmu poetycka całość zamykająca
w wierszach obraz dzieciństwa i wczesnej młodości autorki. Zachwyt krajobrazami
Gór Sowich łączy się tu z duchowymi odczuciami poetki , z jej głęboką wiarą.
Synteza tych wartości pozwala młodej autorce patrzeć na świat jak na dzieło boskiego
stworzenia. Wrażliwość na bogactwo natury każe jej dostrzec piękno leśnego labiryntu
ścieżek i dróg , rozgwieżdżonego nieba , barwnej tęczy, otulonej śniegiem góry , okrytych
Zielenią zboczy górskich , dolin i wąwozów o niezwykłym uroku , bogatych kolorów
jesieni. Słowem malowane pejzaże zawsze kryją w sobie jakąś tajemnicę. Są wzbogacone
podtekstem refleksyjno – religijnym. Tak autorka sakralizuje swoją małą ojczyznę :
okolice Woliborza i Nowej Rudy. Jest związana emocjonalnie z miejscami swojego
dzieciństwa i umie poetycko nazwać wszystko , co ukochała. Przepiękny liryk „Woliborska
jesień” wprowadza czytelnika w klimat biblijnego Edenu. Poetka pisze:
„Złota jesień mą wioskę
ozdabia,
okrywa mój raj tajemniczy”.
Arkadyjskość ojczystego pejzażu splata się z realistyczną refleksją o trudnej egzystencji
mieszkańców Nowej Rudy. Zachwyt urokliwymi krajobrazami nie przesłania autorce
świadomości o ponurej historii tych ziem („Piramida pracy”, „Most przebaczenia”), o bezro-
bociu nękającym noworudzian obecnie i o Nowej Rudzie jako mieście opustoszałym
i płaczącym.(„Moje miasto”).
Liryki osobiste dotykają kwestii człowieczej wędrówki przez życie. Ponieważ młoda
poetka znajduje się na początku tej drogi, poświęciła refleksjom egzystencjalnym wiersze
o semantycznie nacechowanych tytułach : „Droga do celu”, „Drogowskaz”, „Muszę już iść”,
„Zegary czasu”. Na życiową drogę, po której podąży w przestrzeń i czas, ma osobisty,
optymistyczny imperatyw: „Nie trać wiary w siebie”!. Wiersz ten należy do liryki maski.
Wprawdzie podmiot liryczny jest tu drugoosobowy, czytelnik ma świadomość, że wszystkie
zdania, przepełnione wiarą w moc jednostki zmagającej się z trudnościami życia, autorka
kieruje do samej siebie:
„Ty wygrasz i dotrzesz do celu,
Poskromisz cierpienia krzyż cały!
Ty walkę z trudami pokonasz,
I wszystkich swych marzeń dokonasz!!!
Ty nie trać wiary w siebie!!!
Taką pewność w wygraną walkę ze strachem, przemijaniem i wszelkim złem może mieć tylko
młodość.
Inne liryki osobiste dotykają problemu relacji międzyludzkich. Autorka akcentuje przyjaźń,
zrozumienie, szacunek i życzliwość wobec osób, z którymi zetknął ją los.
Cenną dominantą liryków osobistych są teksty o charakterze religijnym: „Modlitwa”,
„Spowiedź”, „Wigilia”.
Liryki Zuzanny Turkiewicz to piękna, wzruszająca poezja o jej małej ojczyżnie, o kondycji jednostki wędrującej przez życie i o głębokiej wierze umacniającej człowieka
w jego dążeniu do celu i kresu.
Sabina Skowron.
Zuzanna TURKIEWICZ. Świat jaki pamiętam. Mamiko, 2007
Dar świadectwa
Książka Mariana Dziwniela jeszcze raz pokazuje zawieszenie polskiej historii ostatnich wieków między Wschodem a Zachodem, konkretniej, pomiędzy Rosją i Francją. Pierwszy z tych krajów kojarzy się nam – jako organizm państwowy – jak najgorzej, bez względu na aktualną formę ustrojową. Francja natomiast to, powiedzmy, Wielka Emigracja i Maison-Laffitte. Poprzez opisane w niniejszym pamiętniku dzieje własnej rodziny autor pozwala dotknąć wielkiej historii bardzo prywatnie, niemal intymnie, jednak w okresie szczególnie znaczącym. Jest to też przyczynek do zrozumienia, jak dramatyczne przejścia Polaków w połowie XX wieku determinowały stan świadomości uczestników ruchu solidarnościowego –i w latach 1980-81, i po zaistnieniu stanu wojennego. Jest to także pamiętnik emigranta i obok innych podobnych sobie prac współczesnych jest zarazem cząstką opisu wygnańczego losu pokoleń Polaków, zdających sprawę ze swojej egzystencji na wszystkich zamieszkanych kontynentach. Marian Dziwniel należy do tych, którzy nie odżegnują się od Ojczyzny z takich, czy innych powodów. Z przekonania czy z taktyki. Jak tylko stało się to możliwe, nawiązał na powrót kontakty w kraju, wielokrotnie też przyjeżdżał do opuszczonej niegdyś Świdnicy. Tu warto przypomnieć, że miasto to posiada bardzo piękną kartę w swojej najnowszej historii – jako ważny ośrodek przemysłowy a zarazem spore skupisko inteligencji, często kresowego pochodzenia (tak jak autor książki) – było bardzo znaczącym ogniwem powstającego na Dolnym Śląsku Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność”, żywotnym również po 13 grudnia 1981 roku. Można więc odczytywać wspomnienia Mariana Dziwniela jako głos świadomego swojej historii Polaka, jako głos jego pokolenia, którego największa aktywność zawodowa i społeczna przypadła w dobie największego rewolucyjnego porywu w naszych dziejach, ale też jako zdanie sprawy z tego, co zachodziło w określonym miejscu, stając się budulcem jego lokalnej tradycji.
Z książki można również dowiedzieć się o tym, jak w opisywanych czasach brzmiał głos Kościoła – orbi et urbi – to jest na poziomie wielkiej polityki i w Świdnicy. I czym dla zaangażowanych w narodową odnowę była obecność Jana Pawła II.
Piszę te słowa ze wzruszeniem i w poczuciu solidarności z autorem, z którym miałem okazję zetknąć się wielokrotnie w tamtym niezapomnianym czasie – podczas zebrań związkowych, uroczystych nabożeństw i później, w ośrodku dla internowanych. Chciałbym podziękować mu osobiście za trud utrwalenia cząstki naszego wspólnego dziedzictwa.
Antoni Matuszkiewicz
16 listopada 2006 r.
Marian Dziwniel. Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę Nowa Ruda : Wydaw.Mamiko, 2007.
130 s. ISBN 978-83-60224-13-7
OCZY SZEROKO OTWARTE, CZYLI Z DAGMARĄ BABIARZ PODRÓŻ PRZEZ CZTERY KONTYNENTY
Większość ludzi marzy o podróżach w miejsca egzotyczne, tajemnicze i niebezpieczne zarazem. Większość ludzi z wielu względów nigdy się tam jednak nie wybierze, a to z powodu braku czasu, pieniędzy, albo po prostu z obawy przed nieznanym. Nie oznacza to jednak, że ta większość nie odczuwa potrzeby poznania czegoś zgoła odmiennego od swojej kultury, religii, czy stylu życia. Ci właśnie niespełnieni podróżnicy powinni sięgnąć po książkę Dagmary Babiarz pod tytułem: ”Otwórz oczy”. Książkę tę powinni poznać także ci, którzy w miejscach, o których pisze autorka byli. Nadarza się, bowiem dla nich nie lada okazja do porównania wrażeń i doświadczeń, jakich sami doznali, a także, a może przede wszystkim, do powspominania przeżytych chwil.
Autorka zabiera nas w podróż po najbardziej odległych zakątkach naszego globu i to nie tylko ze względu na ich położenie geograficzne, ale przede wszystkim na odległy od naszego, europejskiego, sposób postrzegania otaczającej rzeczywistości, stosunku do religii, świata, ludzi i siebie samych. Babiarz przemierzając bez mała cztery kontynenty ukazuje niezwykle barwny wachlarz społeczności żyjących według własnych norm, zasad, często skrajnie odmiennych od tego, co znamy i akceptujemy.
Chociażby przedstawienie Stanów Zjednoczonych, postrzeganych często jako bezduszny, konsumpcyjny moloch, w „Otwórz oczy” rysuje się jako swoisty tygiel kulturowy, w którym współegzystują: Amisze ze swoją całkowitą negacją postępu technicznego, Żydzi z ortodoksyjnie przestrzeganymi prawami swojej religii i tradycji, wreszcie marginalizowani wciąż Indianie, którzy sami w sobie są niezwykle różnorodni. Z autorką docieramy także na Alaskę, gdzie poznani Innuici (dowiadujemy się, że określenie Eskimos jest obraźliwe i znaczy „ten, który je surowiznę”), snują barwne opowieści o swoim życiu w trudnych warunkach przy okazji obalając wiele mitów na swój temat.
Z Ameryki Północnej w okamgnieniu (w książkach, bowiem takie szybkie teleportacje są możliwe), przemieszczamy się do egzotycznej, niezmierzonej i tajemniczej Azji. W tej podróży mijamy Mur Chiński, chwilę spędzamy na Dachu Świata, czyli w Tybecie, zażywamy kąpieli ze słoniem w Nepalu, aż wreszcie docieramy na Syberię, krainę, w której choć piękno przyrody zachwyca to warunki życia są trudne, klimat surowy i wymagający.
I znów zmiana. Z syberyjskich śniegów wpadamy wprost w upały Ugandy. Tak wita nas Afryka, gdzie oszałamiająca pięknem przyroda sąsiaduje z biedą i głodem jej mieszkańców. Ostatnią podróż z Dagmarą Babiarz odbywamy do miejsca, w którym czas się zatrzymał, do Papui Nowej Gwinei. Przyglądamy się uważnie autochtonom, którzy dążąc do zachowania własnej tożsamości zaciekle bronią się przed zalewem kultury białych.
„Otwórz oczy” Dagmary Babiarz to niezwykle interesujący ”mini przewodnik” po świecie różnic i rozbieżności. Autorka nie tylko przedstawia mało lub w ogóle nieznane życie i kulturę ludzi z czterech kontynentów, ale także podkreśla, na co należy zwrócić szczególną uwagę zwiedzając ich kraje, a nawet, gdzie robić pamiątkowe zakupy, aby nie dać się nabrać na turystyczną tandetę.
Co, moim zdaniem, jest w „Otwórz oczy” istotne i co autorka często podkreśla, to stara prawda, że aby poznać naprawdę rzetelnie to, co składa się na tzw. tożsamość grupy, społeczności, czy narodu, nie należy poprzestawać na studiowaniu kolorowych prospektów, ale starać się poznać (a najlepiej spróbować się zaprzyjaźnić), zwykłych „zjadaczy chleba”. Tylko ludzie od lat zmagający się z codziennością potrafią opowiedzieć prawdziwie o swoim świecie tradycji, religii, kultury. Mimo, że dotarcie do nich jest trudne gdyż wymaga czasu, cierpliwości, a przede wszystkim pokory i szacunku do odmienności ludzkich postaw, czy dążeń; to warto.
Szkoda tylko, że „Otwórz oczy” to tak bardzo skondensowany przewodnik po życiu nieznanych, fascynujących oryginalnością ludzi. Po lekturze pozostaje pewien niedosyt, chciałoby się wejść w te światy głębiej, pozostać w nich dłużej. Każdy z rozdziałów - podróży zasługuje na więcej i obficiej. Kiedy czytelnik ledwie zaczyna rozsmakowywać się w delicjach dopiero co poznanych krain, już w pośpiechu je opuszcza. A tak przyjemnie siedziało się przy amiszowskim stole, czy biesiadowało z nowymi znajomymi z Syberii.
Chociaż właściwie może to i lepiej, bo zanim emocje opadną, obrazy zamażą się w pamięci, czytelnik zdąży spakować plecak i sam wyruszy, aby „dousłyszeć” i „dopoznać”...
Dagmara BABIARZ. Otwórz oczy. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2007. -180 s. : il. ISBN 978-83-60224-22-9
MARIAN DZIWNIEL W DRODZE DO WOLNOŚCI
Tym cenniejsze są opowieści o historii najnowszej naszego kraju, im więcej ich autor ma do przekazania z własnych obserwacji, a przede wszystkim z doświadczenia. Marian Dziwniel opisał w:„Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę” własne losy, którego koleje splotły się z ogromną machiną historii przetaczającą się od Kresów, gdzie się autor urodził, przez Polskę czasów Solidarności, na emigracji we Francji kończąc.
Dziwniel przyszedł na świat w 1946 roku w Starej Dębowej (Białoruś), jako obywatel Związku Radzieckiego narodowości polskiej w domu zamożnych gospodarzy. Akcja kolektywizowania i ateizacji wioski odcisnęła piętno na małym Dziwnielu, który po pierwsze, dowiedział się od towarzyszy komunistów, że Bóg nie istnieje (rodzina Dziwniela była katolicka), po drugie, że jest synem kułaka, a po trzecie, że Stalin jest nadczłowiekiem i geniuszem w każdej dziedzinie życia, a co za tym idzie i partia komunistyczna.
W roku 1958 pozbawieni majątku Dziwnielowie przybyli do Polski, a konkretnie do Świdnicy. Tam właśnie Marian Dziwniel, już jako pracownik Świdnickich Fabryki Urządzeń Przemysłowych był jednym z założycieli i czynnym działaczem NSZZ „Solidarność”. W związku z tym nie ominęły autora prześladowania za przynależność do związków zawodowych, próby zmuszenia go przez SB do podpisania przez tzw. lojalki, wreszcie internowanie. Z jednej strony zatem Dziwniel pisze o wierze w słuszna sprawę, o walce o odkłamanie historii i powrocie do normalności, z drugiej zaś strony o strachu o własną rodzinę, o siebie, o to jaką przyszłość on sam szykuje własnym dzieciom w związku ze swoją działalnością.
W roku 1982 Dziwniel wraz z rodziną , jak i wielu rodaków, opuścił kraj i z prawem do jednokrotnego przekroczenia granicy wyemigrował do Francji. W 1989 roku autor odwiedza swój kraj po raz pierwszy i jest z niego dumny...mimo wszystko.
Tak pokrótce wyglądają losy Mariana Dziwniela, a po interesujące szczegóły należy sięgnąć do książki, a warto. Nie jest moim celem streszczanie utworu, chciałabym raczej wskazać na podziwu godną ogromną charyzmę autora, na jego upór w walce o to co wierzył, o idee. Przez całe życie Dziwniel musiał bowiem zmagać się z przeciwnościami losu, a to z sowietyzacją kraju lat dziecinnych, to ze zwyrodniałym systemem swojej Ojczyzny, to znowu z dostosowaniem się do zupełnie odmiennych zasad życia na emigracji. Udało się. Dziwniel to człowiek spełniony, przede wszystkim dlatego, że w swoim uporze i determinacji w walce o słuszną sprawę był przede wszystkim człowiekiem prawym i co ważne „zachował twarz”, co w dobie „ekshumacji” przeszłości naszego kraju, gdzie tylu dawnych bohaterów z dnia na dzień tę twarz traci, nie jest rzeczą łatwą. Czyżby Dziwniel przestrzegał przed karykaturalizacą lustracji odbywającej się w naszym kraju?
„Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę” można potraktować jako głos w dyskusji o dzisiejszym stanie naszego kraju. Sam Dziwniel z perspektywy własnego doświadczenia ma prawo pytać: Co robicie z naszą wolnością? Gdzie podziała się zasada solidarności, o którą walczyliśmy? Dlaczego partyjne rozgrywki determinują losy naszego kraju? Mam tylko nadzieję, że nie na próżno będziemy szukać na te pytania odpowiedzi.
Zakończę, za autorem, apelem: „Nauczmy się przebaczać!...Ale przebaczać nie znaczy zapominać!...”
Ewa Żeberkiewicz
Marian Dziwniel. Znad Niemna przez Odrę nad SekwanęNowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2007
PODRÓŻNICZE I ETNOGRAFICZNE PASJE DAGMARY BABIARZ
ZAWARTE W KSIĄŻCE „OTWÓRZ OCZY”- Sabina Skowron.
Prawie dwustustronicową książkę Dagmary Babiarz należy umieścić w kręgu literatury
popularnonaukowej. Paralelnie z prezentacją osobistych doznań autorki podróżującej
po wszystkich częściach świata, układa się w utworze „Otwórz oczy”wiedza encyklopedyczna o narodach, ludach, szczepach zamieszkujących tereny poddane poznawczej
penetracji podróżniczej.
Poznaniu i ludoznawczym dociekaniom poddała pisarka egzotyczne dla przeciętnego
podróżnika tereny Ameryki Północnej, Azji, Afryki i Oceanii. Każdy podrozdział, zawarty
w jednej z czterech części utworu, składa się z trzech członów strukturalnych.
Pierwszy podaje stricte naukową wiedzę o położeniu geograficznym terenu zamieszkanego
przez interesującą autorkę ludność, jej etnogenezę; przybliża czytelnikowi historię tej ziemi
i badanej grupy etnograficznej, druga jest rodzajem reportażu z podróży po ciekawych,
acz ekstremalnie trudnych do zwiedzania miejsc i wreszcie część trzecia niezmiennie
zaprasza na zakupy, głównie w poszukiwaniu ciekawostek, wytworów prawdziwej sztuki
badanego ludu. Nabytki te będą potem stanowić pamiątki z podróży i prezenty dla bliskich.
Powtarzanie się strukturalnego algorytmu pomaga czytelnikowi w przyswojeniu wiedzy
o osobliwościach materialnych, społecznych i duchowych kultury wielu ludów, w sporzą-
dzaniu notatek i porządkowaniu materiału rzeczowego.
W słowie wstępnym do edycji autorka napisała, że podczas swojego przemierzania
świata dąży przede wszystkim do poznania ludzi. Krajobrazy, historyczne zabytki i wytwory
sztuki są jedynie tłem pozwalającym bliżej poznać strukturę duchową społeczności znajdują-
cej się w centrum zainteresowania pisarki. Zawsze są to społeczności trudne do badawczej
penetracji, przy powierzchownym poznaniu sprawiające wrażenie swoistego zamkniętego
ogrodu, w którym żyją ludzie nieufni wobec obcych, pielęgnujący tradycję i rozwijający
własną kulturę. Ów „ hortus conclusus”dociekliwej podróżniczce udaje się otworzyć dzięki
zaletom jej osobowości.
Dagmara Babiarz wprost promieniuje życzliwością do ludzi, szacunkiem dla każdej
kultury i każdej grupy etnicznej. Pozyskuje sobie przyjaciół nawet w bardzo egzotycznych
społecznościach i wtedy poznaje prawdziwą głębię ich kultury materialnej i duchowej.
Dzięki otwartości na innych ludzi i wpisanemu w jej sposób bycia szacunkowi dla środowisk
poznawanych jednostek autorka książki poznała tradycję religijną diaspory żydowskiej
w Nowym Jorku, minimalizm życia Amiszów w Pensylwanii, egzystencję Indian – ludzi prerii w Dakocie Południowej, indiańskie plemię Makahów żyjących w stanie Waszyngton
na półwyspie Olimpic, surowe warunki bytowe mieszkańców Alaski, niezwykłość
Państwa Środka, w tym samego Pekinu, mogła ruszyć szlakiem na Wielki Chiński Mur,
być na Dachu Świata, czyli wśród Tybetańczyków, uczestniczyć w iście surwiwalowej
wyprawie do miast i w góry Nepalu, ekscytować się położeniem rosyjskiego miasta Abakanu
na Syberii, poznać biedny kraj Afryki – Ugandę, po „tamtej stronie księżyca”,zainteresować
się plemieniem Pigmejów, przybyłych z Zairu, zbliżyć się w Oceanii do codziennej rzeczy-
wistości Papuasów w Nowej Gwinei.
Głęboka wrażliwość na trudy ludzkiego losu, zrozumienie duchowej sfery plemion,
diaspor i narodów, serdeczne ciepło osoby rozumiejącej i szanującej kulturalną odmienność
drugiego człowieka – czynią z Dagmary Babiarz podróżniczkę niezwykłą, o głęboko
humanitarnej postawie. Oto przykład określenia przez autorkę dzisiejszych Indian:
„Współczesny Indianin to wciąż nieprzeciętnie inteligentny, świadomy życia,rozwinięty
duchowo człowiek o artystycznej duszy, któremu zamiast przestrzeni, piękna, koloru
i powietrza, dano przebrzydłą klitkę. Zabrano mu wszystko”.
Repotażowo-narracyjną prozę niezwykłej podróżniczki czyta się z przyjemnością.
Wpływa na to bogactwo informacji, liczne ciekawostki i język pisarki, zdradzający
jej poczucie humoru.
O nieoświetlonym lotnisku w Abakanie napisała:
„Jedno jest pewne. W Abakanie nie walczy się przesadnie z siłami przyrody.
Jest noc, a w nocy jest ciemno. Nawet na lotnisku.”
Książka została opatrzona tytułem „Otwórz oczy”. Zawarty w nim imperatyw zachęca
do podróży, a zwłaszcza do poznania ludzi. Cieszę się, że mogę obcować z pozycją
literacką, w której racjonalne poznanie świata sytuuje się na równym poziomie
z wrażliwością humanistyczną, dobrocią i życzliwością autorki.
Sabina Skowron
Dagmara BABIARZ. Otwórz oczy. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2007. -180 s. ISBN 978-83-60224-22-9
Zdzisław Lipiński:
Na cyferblacie piasku,
Mamiko,
Nowa Ruda 2009.
Jeśli szukacie poezji kameralnej, pisanej ze środka ciszy, takiej poezji, którą można by nosić przy sobie, podczytywać na przekór zewnętrznym oraz wewnętrznym hałasom, koniecznie sięgnijcie po drugi tomik Zdzisława Lipińskiego.
Czytam te wiersze jak glosy, dopiski do świata. Rozgadanego i zagadanego. Niby powszedniego, wszystkim wspólnego, a tak każdemu odrębnego, jeśli spojrzeć na niego wnikliwiej. Lipińskiemu udało się oddać jego strukturę, będącą czystą przemiennością spotkań i mijań. Raz wynikającą ze zbiegów, innym razem z roz-biegów okoliczności („Natura”), a wielką sztuką jest uchwycić moment, gdy schodzą się w znak, w figurę, która uświadomi nam, choćby fragmentarycznie sens, cel, czy prawdziwą jakość istnienia. Lub znaczenie powrotu. Bo książką tą powraca poeta do swego czytelnika, dojrzalszy o kilka lat wypełnionych dialogami z milczeniem; powraca także do siebie, idzie zasypanym śladem (wiersz „Dom”). Bez wątpienia brzmi w tej poezji gorycz wieku męskiego, poczucie utraty dawnego „ja”, przekonanie o niezmiernej stałości mijania. Mam wszakże poczucie, że nie był to czas stracony, strawiony jałową melancholią. Przeciwnie: mimo wszelakich smutków, czas ten się oczyścił i skrystalizował w rozpoznania nader istotne, dla nas, żyjących w katakumbach wszechświata. Dalekie od wyrażanych wprost ambicji filozoficznych wiersze Lipińskiego niejako mimochodem budują spontaniczną filozofię egzystencji, przypominając: ktoś/ wiąże/ i rozwiązuje nasz byt// zostawia/ odcisk/ w powietrzu.
W tomiku skomponowanym z okruchów, z migawek, uwagi domagają się także teksty oddające lekkość i zmysłową prawdę nagłego spostrzeżenia („Fragment”). Różnorodność obrazowania, przejrzystość metafory, wreszcie dążenie do ścisłości, do prostoty, sprawia, że zbiorek ten może autor uważać za swoje osiągnięcie.
pwL
LIPIŃSKI Zdzisław. Na cyferblacie piasku. Mamiko, 2009
Polecam
książkę Janusza L. Sobolewskiego "Misja ". Przyznam, że przeczytałem ją z dużym zainteresowaniem, jako że tej jakości powieści "political" (niekoniecznie "fiction") spotyka się jak na lekarstwo na naszym rodzimym rynku wydawniczym. Szczególnie zafrapowały mnie fragmenty książki, w których akcja rozgrywa się w Chinach. Autor wykazuje się wielką znajomością chińskich realiów, kreśli udanie portrety bohaterów, zdmuchuje w jakiejś mierze mgiełkę tajemnicy, obecnej od wieków za Wielkim Murem.
Zresztą im dalej w las, tym książka nabiera rumieńców, czyta się ją doskonale, wątki sensacyjne przeplatają się z miłosnymi, a sam wielowymiarowy finał, może gorzki, spinający wątki, tchnie nadzieją.
W dzisiejszym, trudnym dla książki okresie, wartościowe pozycje wymagają promocji. Jestem przekonany, że "Misję " warto wypromować dla masowego czytelnika. To warunek jej sukcesu wydawniczego.
REFLEKSJE FILOZOFICZNE MARKA BOCZKA W TOMIKU POEZJI
„WIERZĘ W PRZYPADEK” - Sabina Skowron
Tytuł wydanego pod koniec 2008 roku zbioru wierszy mazowieckiego poety sugeruje
czytelnikom światopoglądowe credo autora. Potwierdzeniem tej tezy jest wiersz otwierający
tomik, opatrzony tytułem „Przypadek”. Pod pojęciem „ przypadku ” poeta rozumie los,
przeznaczenie, wobec którego jednostka ludzka odczuwa własną małość i słabość.
Zbiór składa się z dwu części: „TYLE SIĘ STAŁO” i „PYTANIA”. Całość tworzy zestaw
liryków refleksyjnych o podbudowie filozoficznej. W wierszach dominuje tematyka egzystencjalna: ukazanie relacji między człowiekiem a światem, między jednostką a losem,
między czasem a ludzkim bytem. Podmiot liryczny snuje refleksje bliskie każdemu, kto
zastanawia się nad sensem i celem ludzkiego życia, toteż osobista liryka autora zyskuje wymiar uniwersalny.
Do pierwszej części zbioru wprowadza nas nierymowany sonet „Tyle się stało”,
poprzedzony mottem zaczerpniętym z poezji Ernesta Brylla. Kataklizmom wstrząsającym
co pewien czas ziemskim globem poeta przeciwstawia tu „abstrakcji przypadłość” nazwaną
metaforycznie „bezwzględnym nauczycielem”.
W innych lirykach akcentuje powtarzające się w naturze algorytmicznie przemijanie pór roku,
podkreślone kontrastującymi barwami: bielą i zielenią.
Człowiek, podporządkowany biegowi czasu, ma tylko chwilowe złudzenie, że może zmienić
świat. To złudzenie mija wraz z dorastaniem, dojrzewaniem i zdobywaniem życiowej empirii.
Dlatego jest „chwilowe”.
Według poety człowiek ustawicznie walczy z losem. Rzuca się w tej walce, szukając pociechy w ulotnych przyjemnościach: papierosach, alkoholu, spotkaniach z przyjaciółmi.
Tę walkę autor nazywa „grą w berka”. Metafora żartobliwa, ale kryjąca pod zewnętrzną
powłoką głębię ludzkiej egzystencji podporządkowanej przeznaczeniu.
W liryku „Tylko” została podkreślona marność dokonań człowieka, zmagającego się
z losem, zarówno w sensie materialnym, jak i intelektualnym i szerzej : duchowym.
Podobnie jak Czesław Miłosz w zbiorze esejów „Piesek przydrożny”, Marek Boczek w swoich miniaturach lirycznych akcentuje znikomość efektów ludzkich działań i wysiłków.
Jednostka wobec losu, wszechświata i wszechmocy czasu wydaje się być istotą podlegającą
nieuchronnym prawidłowościom egzystencjalnym i zbyt słabą, by w zmaganiu się
z przeznaczeniem przyjąć postawę optymizmu i nadziei.
Druga część zbioru, zatytułowana „Pytania”, portretuje człowieka jako rozumny byt
sceptyczny, pełen wątpliwości, wciąż poszukujący prawdy o świecie i o sobie samym.
Nie są to pytania proste i nie ma na nie łatwych odpowiedzi. Autor zbioru twierdzi, że:
" krążą jak stada
ptaków
nad górą
całą w dymie samozapaleń”
Są to pytania egzystencjalne o cel i sens życia. Przychodzą w czasie bezsennych nocy,
wyrastają z obserwacji świata, z codziennych zdarzeń, z uczuć i tęsknot, z lęku
przed tajemnicą przyszłości i przed śmiercią.
Liryki zawarte w tomiku „Wierzę w przypadek” są tekstami poważnymi, ale nie przytła-
czają pesymizmem. Ukazują upodmiotowienie człowieka stającego do nierównej walki
z losem.
I choć to może tylko „gra w berka”, postawa taka świadczy o godności istoty ludzkiej.
W niektórych wierszach dostrzega się czytelne nawiązanie do tradycji literackiej.
Można w nich znaleźć motywy biblijne /np . ukrzyżowanie, potop, wąż – kusiciel/,
echo antycznego fatalizmu i aluzje do klasyków literatury polskiej. Oprócz motta nawiązującego do twórczości Ernesta Brylla, w wierszu „Przypadek” jest odwołanie
do utworu Cypriana Kamila Norwida „Klaskaniem mając obrzękłe prawice”.
W obu tekstach znajdują się pojęcia: „celowość narodzin” i „wskazanie palcem”.
Wiersz „Linia” przynosi skojarzenie z utworem Wisławy Szymborskiej „Nic dwa razy”,
a liryk „Z góry” łatwo zestawić z wierszem Zbigniewa Herberta „Przesłanie Pana Cogito”.
Pod ten adres odsyłają czytelnika poetyckie frazy:
„nie przebaczaj dumie nadwątlonej”,
"nie tylko nie było lepszych”,
„|błazeńska twarz”
Mamy zatem przed sobą refleksyjną poezję o wymiarze uniwersalnym, umocowaną
na mocnym fundamencie filozoficznym i literackim, poezję egzystencjalną, napisaną
przez człowieka głęboko wtopionego w rozmyślania o jednostce ludzkiej, otaczającym
ją świecie i decydującym o niej przeznaczeniu.
Sabina Skowron.
BOCZEK Marek. Wierzę w przypadek. Nowa Ruda: Mamiko, 2008
FUTURYSTYCZNE I ONIRYCZNE WIZJE JACKA OSTROWSKIEGO
INSPIROWANE POLSKĄ WSPÓŁCZESNOŚCIĄ. Sabina Skowron
Po „IPN”- książce wydanej w 2006 roku, Jacek Ostrowski we wrześniu 2007 roku
opublikował swoją kolejną pozycję literacką, opatrzoną tytułem „Polskie pieskie życie”
i podtytułem „opowiadania zmyślone”. Zastrzeżenie zawarte w podtytule jest niekoniecznie
potrzebnym zabiegiem literackim. Wszak w literaturze pięknej fikcja literacka zawsze
dominuje nad ewentualnymi zdarzeniami autentycznymi, z wyjątkiem pamiętników
czy powieści historycznych, w których prawda o epoce układa się paralelnie z wątkiem
fikcyjnym utworów. Nie znaczy to , że podtytuł jest tu zupełnie zbędny.
Autor w pełni świadomy kontrowersyjności dwunastu prozatorskich miniatur, składających
się na jego najnowszą książkę, właśnie podtytułem chce uspokoić czytelnika, że opisane
Sytuacje nie wydarzyły się naprawdę.
Licentia poetica Jacka Ostrowskiego tchnie turpizmem. W każdym obrazku literackim
na pierwszy plan wysuwa się brzydota i moralne zło. I choć chciałoby się powtórzyć
za Norwidem:
„Gorzki to chleb jest polskość” ,
nie można zaprzeczyć, że te wszystkie negatywne zjawiska w życiu społecznym i moralności
współczesnych Polaków istnieją naprawdę. Oprawione w ramkę literackiego obrazka,
przypominają o sobie: pijaństwo naszych rodaków, prostactwo ich zachowań, wulgarność
słownictwa, brak wrażliwości na cierpienie drugiego człowieka, bezwzględne karierowiczostwo, okrucieństwo i podłość.
Żaden zły postępek, opisany w którymkolwiek z opowiadań, nie da się usprawiedliwić
ani wytłumaczyć. Autor zachowuje wprawdzie do nich pewien dystans, nie krytykuje ich
jawnie, ale wydobywa na zewnątrz, wyłuskuje, jak orzech z łupiny.
Szkicuje wyraźnie tło, na którym dochodzi do moralnych wykroczeń, nawet poważnych
przestępstw. Wszystkie one wyrastają z polskiej współczesnej rzeczywistości: złej kondycji
materialnej ludzi, bezrobocia, bezdomności, skłonności do nałogów, chęci zrobienia kariery
za wszelką cenę, lekceważenia zawodowych obowiązków.
Niektóre opowiadania zaglądają w głąb psychiki człowieka, wydobywając na wierzch,
to, „co się komu w duszy gra”. Otwierająca zbiór miniatura „Pogrzeb tatusia” sięga do sfer
podświadomości jednostki i w poetyce snu pozwala bohaterowi utworu zrozumieć tragizm
losów zmarłego ojca. Zupełnie jak w teorii doktora Freuda.
Opowiadanie „Cuchnąca wolność” wprowadza czytelnika w atmosferę egzystencji
mężczyzn, którzy w pijaństwie i bezdomności widzą swoją prawdziwą wolność. Niestety,
ta ich nacechowana straszliwym paradoksem postawa, prowadzi do zbrodni i śmierci.
Akcję opowiadania „Talibolandia” autor umieścił w przyszłości- w 2025 roku.
Ta futurystyczna wizja przeraża obrazem naszego kraju po dwudziestoletnim okresie
despotycznych rządów zachłyśniętych władzą elit.
Pisarz nie stroni też od podejmowania problematyki szerszej, globalnej. W opowiadaniu
„Wola Allacha” dotyka kwestii terroryzmu, wojny cywilizacji współczesnego świata.
Jeden z bohaterów utworu mówi:
"Media i politycy otumanili narody. Jesteście tylko bandą ubezwłasnowolnionych
głupców. Rządzą wami jak chcą i pora, by temu położyć kres.”
To język surowej krytyki i nienawiści, ale uważny czytelnik łatwo może się przekonać,
że uzasadnionej. Autor surowo ocenia politykę nie tylko w tym opowiadaniu.
Wszystkie teksty Jacka Ostrowskiego zdolne są wywołać moralny wstrząs czytelnika.
Wszystkie, choć są opowiadaniami zmyślonymi, wyrastają z klimatu polskiej współczesności:
politycznej, społecznej i moralnej.
Zachęcam do wnikliwego przeczytania zbioru utworów, z których każdy zaskakuje, zadziwia i czegoś uczy uważnego czytelnika.
Sabina Skowron
Jacek Ostrowski. Polskie pieskie życie. Wydawnictwo Mamiko, 2007.
ISBN 978-83-60224-24-3
"światło umieranie" - Szymon Bira. Recenzja Karola Graczyka.
Szymon Bira, dwudziestolatek z Bytomia wydał tomik poetycki i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie zaskakująca dojrzałość i język wierszy, język oryginalny i nieraz wulgarny, ale już teraz umiejący tę wulgarność dobrze wykorzystać. Bywa i bezczelny, ale ta bezczelność wiąże się ewidentnie z odwagą poetycką i potrzebna jest do przekazu, jaki Bira nam niesie, nie wynika ona z braku pokory. Autor prowadzi nas po pewnej linii, wie, o co mu chodzi, jest pewny siebie, więc bierze nas za rękę i opowiada, a ma już co nieco do powiedzenia, co bardzo cieszy u tak młodego poety. Te wiersze nie zostawiają czytelnika z satysfakcją, one dają coś znacznie lepszego i ważniejszego, bo niedosyt po przeczytaniu całego tomu to jedna z przyjemniejszych rzeczy, jakie można odczuć po przeczytaniu książki. Bira podejmuje różne tematy, również te najbardziej banalne, jak chociażby miłość, ale sposób, w jaki je podaje, banalny już nie jest i zachęca wręcz, żeby wejść w ten wsobny świat głębiej i poznać go bliżej. Co ciekawe nie ma w tej poezji uzurpowania sobie prawa do wiedzy, patrzenia na czytelnika z góry, jest młody człowiek piszący z pokorą o sprawach młodego człowieka – mnóstwo tego w internecie, bo i dużo młodych pisze wierszyki, czasem chciałoby się rzec, że zbyt dużo. Bira wymyka się im wszystkim i jest poetą, którego dalszy rozwój warto z pewnością śledzić. Czekamy więc na drugą, jeszcze lepszą książkę.
Bira Szymon. "światło umieranie" .Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2008
DAGMARY BABIARZ FOTOGRAFIE Z PODRÓŻY
Kolejna po „Otwórz oczy” propozycja Dagmary Babiarz to „Podróż za kilka zielonych”, która opisuje wyprawę autorki i jej przyjaciółki przez dwanaście stanów Ameryki Północnej.
Minivanem, pieszczotliwie zwanym Kiciunią, razem z obiema podróżniczkami przemierzamy nieogarnione połacie ziemi zebrane, de facto umownie, w jeden kraj.
W każdym z opisywanych stanów autorka podkreśla jego niepowtarzalny urok, to, co odróżnia go od innych i sprawia, że jest zupełnie wyjątkowy i to, czym może zaimponować spragnionemu wrażeń estetycznych turyście.
I tak oto „degustujemy” m.in. Hawaje z całą egzotyką tego pacyficznego archipelagu; Idaho nazywane przez pierwotnych mieszkańców „klejnotem gór”; przerażająco -fascynujące wulkaniczne popioły Oregonu; uroki Wielkiego Kanionu w Arizonie; Dolinę Śmierci w Kalifornii (nazwa oczywiście nie jest przypadkowa), oraz wiele innych.
„Podróż za kilka zielonych” to jednak nie tylko wyprawa krajoznawcza to także rys historyczny, każdego z poznawanych miejsc, ale przede wszystkim jest to zetknięcie z autochtonami, ich przeszłością, codziennością, stosunkiem do swojej małej ojczyzny. Autorka nie ukrywa, że najbardziej dla niej interesującymi mieszkańcami są ci rdzenni, ci, którzy żyli tam znacznie wcześniej zanim wkroczył biały człowiek ze swoją krwawą ekspansją. Oczywiście mowa tu o Indianach, których D.Babiarz traktując z należytym szacunkiem stara się w miarę możliwości (dostępności), poznać jak najwnikliwiej, zwłaszcza ich wielowiekową tradycję pełną rytualnej magii nierozerwalnie związanej z wszechmocną naturą. To Indianie, bowiem, według autorki, stanowią prawdziwe świadectwo losów ziem, które dużo później nazwano Stanami Zjednoczonymi.
Tak jak w poprzedniej książce tak i w tej D.Babiarz, oprócz serwowania czytelnikowi doznań poznawczych i estetycznych, udziela także praktycznych porad, m.in. jak do takiej, poniekąd, sporej wyprawy się przygotować, a co najważniejsze jak przetrwać, na kogo liczyć, a czego się wystrzegać.
Przemierzając i poznając z autorką rozległe obszary Ameryki Północnej mamy szansę na krótką chwilę zachłysnąć się mijanymi widokami, ludźmi i zwierzętami idealnie wkomponowanymi w krajobraz. Ogrom wspaniałości w każdym z przejawów natury, jakie opisuje nie sposób zapamiętać, jest dla czytelnika jak błysk flesza, pojawia się, żeby zaraz zniknąć pozostawiając odbiorcę z przymrużonymi od blasku oczami. Napotkani ludzie (przede wszystkim Indianie), sportretowani są tak, że tworząc integralną całość ze swoją małą ojczyzną zachęcają do bliższego poznania.
Niech, zatem „Podróż za kilka zielonych” będzie impulsem do samodzielnego zgłębienia (najlepiej jakąś swoją Kiciunią) tych fascynujących i nie do końca odkrytych ziem, które szumnie nazwano Stanami Zjednoczonymi.
BABIARZ Dagmara. Podróż za kilka zielonych. MaMiKo, 2008
„PIĄTA WYPRAWA” ANTONIEGO OLGIERDA MISIAKA – POEZJA
TO PRAWDZIWA.
Pełny tytuł tomiku wierszy kłodzkiego poety brzmi: „Piąta wyprawa Krzysztofa Kolumba do Indii Zachodnich 1960 – 2000.” Zbiorek został opublikowany przez Wydawnictwo „Mamiko” w 2005 roku. Zawiera 17 tekstów poetyckich ponumerowanych,
jak w kalendarzu, Dzień1, Dzień2…aż do 17.
Poezje Misiaka to teksty zupełnie niezwykłe. Wyrosły z dwóch wymiarów człowieczego bytu: realnej, szarej codzienności i fantazji, gry wyobraźni, czyli marzeń.
Literatura poświęca marzeniom wiele miejsca. Poeci i pisarze twierdzą, że są one radośniejszą, oprawioną w piękno i ciepło, ikaryjską stroną ludzkiej egzystencji, że ubarwiają
życie człowieka w każdym jego wieku.
Bruno Schulz marzenia ojca nazwał w „Sklepach cynamonowych” „kolorowymi ptakami”,
Mickiewicz w „Odzie do młodości” stworzył wizję skrzydeł unoszących idealistów w „rajską
dziedzinę ułudy”, Stanisław Grochowiak w wierszu „Ikar” odnosząc się do marzeń, pytał
o „skrzydła z ptasich pęcherzy, rozpiętych na promykach”. Można zatem postawić tezę,
że marzenie to coś ulotnego, zwiewnego, unoszącego człowieka w bezbrzeżną przestrzeń
w myślach, które nic nie ważą w sensie materialnym.
Tylko ludzie pogrążeni w głębokim smutku i samotności mówią, że marzeń nie mają
i niczego nie pragną. Z całą pewnością do tych nieszczęśliwców nie należy autor „Piątej
wyprawy…” Jego bogata wyobraźnia tworzy fantastyczne wizje dalekich krajów, nieznanych
lądów, egzotycznych wysp, gwarnych portów i bezmiernych powietrznych przestrzeni.
Marzenia poety mają jeden wspólny, powtarzający się motyw: dalekich, niezwykłych podróży. Ich wizje są poetyckie, tak jak u schyłku XIX wieku w twórczości Rimbauda.
Autor :Piątej wyprawy”… ma świadomość możliwości podróżowania różnymi
środkami lokomocji. Wymienia w poszczególnych tekstach: samolot, autobus, motocykl Harley Davidson, pociąg, samochód i statek, najczęściej żaglowiec. Szczególnie preferujeS
dalekie wyprawy samolotem i statkiem.
Trudno zidentyfikować i określić bohatera lirycznego tych wierszy. Nie jest nim z pewnością sam poeta. Liryczne „ja” pojawia się tylko na moment w „Dniu16”, w którym
autor zestawia antynomicznie spoczywających na cmentarzu „bo oni odnaleźli swoje dalekie
wyspy” z własnym trwaniem i zmaganiem się z trudami istnienia:
-„A ja z trudnością dźwigam swoje życie…”
Można sądzić, że rolę bohatera lirycznego pełnią tu wyobrażane i wymarzone podróże,
a może poezja w czystej swej postaci:
„Poezja szła mijając jarzębiny.
Przez chwilę zatrzymała się w lustrze
razem ze spadającymi liśćmi, stadem dzikich kaczek
lecących na południe i fragmentem portu,
w którym czekał ostatni odpływający statek.”
Wiersze Antoniego Misiaka można nazwać liryką narracyjną. Każdy z nich , jak gdyby
w opozycji do dystynktywnych cech swego gatunku, opowiada o sytuacji postrzeganej
i o wizjach wykreowanych przez grę wyobraźni poety.
Inspiracją do wywołania i zajaśnienia pełną paletą barw niezwykłych obrazów i zdarzeń
są w tej poezji prozaiczne czynności zwykłego dnia: kupowanie termosu, obieranie jabłka
w poczekalni kolejowej, rozmowa z zamiataczem ulic, obserwowanie niesionego wiatrem
strzępka gazety lub poetyckie skojarzenia przenoszące czytelnika w krainę syntezy sztuk;
dziewczyna grająca w piłkę porównana do wzlatującego ptaka, parada cyrkowców z małą
woltyżerką ubraną w czerwony stanik z cekinami, zapadający zmierzch, zachodzące słońce,
kot słuchający muzyki, lustro odbijające wycinek nabrzeża, rozmowa skrzypiec podsłuchana
przez dziewczynę pijącą kawę i wędrowca czytającego gazetę.
Świat realny i wyobrażany oddziela horyzont, odkreślający obszar nieba i ziemi :
„Za nimi , ukryte za linią horyzontu,
na brzegu odległego morza, są porty…”
Ta linia jest granicą między światem znanym z autopsji a odczuwanym, wymarzonym,
wymyślonym. Marzenia o podróżach to tęsknota do nieznanego, piękniejszego świata.
Sama podróż może być fascynującą przygodą, przybliżająca wędrowcowi to, co nieznane
i barwne :
„Za rodzinnym domem,
za falochronem,
za dziką plażą,
za oceanem
są wspaniałe świątynie,
niebosiężne cerkwie,
złociste estrady,
czarowne miasta,
ogrody.”
Mimo świetlistości, bogactwa i piękna świata, leżącego gdzieś za linią horyzontu, trudno
nie rozważyć jeszcze jednej tezy, proponowanej przez poezję Misiaka. Oto zupełnie realnie,
nie w marzeniach, jesteśmy ciągle w podróży, idąc przez życie i zmierzając do ostatniego
portu:
„ Tam zdążamy wbrew przeciwnym prądom,
hałaśliwym burzom.
Tam w końcu pozbawieni wszystkiego,
niczym pusta muszla
osiadamy w piasku ostatniej plaży”.
Każdy z nas, w tym eschatologicznym sensie, jest wędrowcem, pielgrzymem.
Każdy człowiek to „Homo viator” dążący aż po horyzontu kres.
MISIAK ANTONI OLGIERD. „Piąta wyprawa Krzysztofa Kolumba do Indii Zachodnich 1960 – 2000.” Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo.
Niewątpliwą zaletą książki „Znad Niemna przed Odrę nad Sekwanę” jest jej ogromna wartość dokumentalna.
Marian Dziwniel to działacz dolnośląskiej Solidarności, współzałożyciel i przewodniczący Związku w Świdnickiej Fabryce Urządzeń Przemysłowych, organizator, społecznik. Jeden
z tysięcy, którzy w latach 80-tych mrówczą pracą napędzali działalność Solidarności
i stanowili o jej sile. Aresztowany i internowany tuż po wprowadzeniu stanu wojennego, po wyjściu na wolność postanowił wyjechać. Wraz z rodziną wyjechał do Francji i tam mieszka do dzisiaj. Nigdy jednak nie zerwał kontaktów z krajem i nie przestał interesować się zmianami w nim zachodzącymi.
Tak w dużym uproszczeniu rysuje się sylwetka M. Dziwniela, jaką on sam odmalował na kartach książki „Znad Niemna przed Odrę nad Sekwanę”. Jest to swobodnie opowiedziana historia życia i działalności autora, z wielką historią w tle. Choć, może należałoby powiedzieć inaczej: owa wielka historia często wysuwa się tu na plan pierwszy, jawi się jako potężny czynnik przeplatający się z życiem ludzkim i determinujący je w stopniu bardzo dużym. Autor, urodzony w jakże przełomowym 1945 roku, w polskiej rodzinie
z tradycjami, ale poza granicami nowej Polski (na terenie Białoruskiej SRR), od dziecka wychowywany w oporze wobec systemu komunistycznego i jednocześnie obserwujący
z bliska najbardziej bandyckie metody, jakimi tenże się objawiał. W wyniku paradoksu historycznego pod hasłem „repatriacja” (czyli w rzeczywistości politycznej lat 50 – tych: powrót obywateli polskich do ojczyzny z terenów... których nigdy nie opuścili) trafił do Świdnicy (a jakże: miasta „goszczącego” silną załogę wojsk rosyjskich), gdzie doczekał agonii PRL-u, ale sam moment jej śmierci przyszło mu obserwować już z dalekiej perspektywy francuskiej.
M. Dziwniel, spisując swoje przeżycia, stworzył swego rodzaju ciekawą syntezę: historię własnego życia mniej lub bardziej zgrabnie splótł z historią przez duże „H”. Nie napisał ani autobiografii w pełnym tego słowa znaczeniu, ani podręcznika historii. Dało to ciekawy efekt, choć autor w swej pracy różnie rozkłada akcenty i zdarza się, że niektóre z nich przytłaczają, jak np. zbyt obszerny, i nie pozostający w większym związku z całością, opis dziejów polskiej granicy wschodniej, będący swego rodzaju wstępem do opisu epizodów ze swojego dzieciństwa i młodości, które, z historycznej konieczności, upłynęły na terenie ZSRR. Zupełnie jakby autor starał się udowodnić, że ludzie, których rzeczywistość powojenna odnalazła poza Polską, nie przestali być Polakami tylko dlatego, że przywódcy mocarstw zadecydowali, że odtąd wszystko co polskie, ma kończyć się wraz z linią Bugu.
Jak dzieje pojedynczego człowieka przeplatają się tu z dziejami państw i narodów, tak też opisywane życie w cieniu wielkiej polityki miesza się ze zwykłym życiem codziennym, jego radościami i smutkami: mamy więc tu sielski obraz młodości we wsi Stara Dębowa, miłość, życie rodzinne, wreszcie galerię przyjaciół. I tutaj różnie rozkładają się akcenty, a tematy mieszają niekiedy może nazbyt swobodnie.
Niewątpliwą zaletą tej książki jest jej ogromna wartość dokumentalna: zarówno dla badającego dzieje stanu wojennego historyka (bo akurat stan wojenny i jego następstwa wybijają się na plan pierwszy), jak i dla każdego czytelnika zainteresowanego niedaleką przeszłością. Mamy tu szczegółowy opis zdarzeń, jakie nastąpiły w życiu autora po
13 grudnia 1981 roku. Uważne oko wychwyci w tej opowieści mechanizmy działania milicji i służb specjalnych, dostrzeże zabójczą perfekcję, z jaką pacyfikowano Solidarność, przekona się o najdrobniejszych szczegółach operacji aresztowania i internowania.
Z pewnością każdy z zainteresowaniem przekona się, jak wyglądało życie codzienne więźniów politycznych, zatrute ciągłą niepewnością i strachem o własne życie. Obraz to wyczerpujący i chwilami bardzo przejmujący, ubogacony barwnymi anegdotami, ciekawostkami i dodatkowymi komentarzami.
Dzisiaj, kiedy o najnowszej historii Polski pisze się dużo i nie zawsze z zachowaniem stosownego dystansu, lektura „Znad Niemna przed Odrę nad Sekwanę” daje sporo satysfakcji, mimo pewnych niedociągnięć warsztatowych i dużej swobody w dobieraniu wątków. Czytelnik otrzymuje prosto opowiedzianą historię, która nie próbuje niczego udowodnić, nikogo oceniać ani manipulować faktami. Lektura to z pewnością dla każdego, kto chciałby dowiedzieć się czegoś więcej o niedalekiej przeszłości Polski, oglądanej niekoniecznie przez pryzmat teczek i donosów.
Marian Dziwniel.„Znad Niemna przed Odrę nad Sekwanę”Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2007
REFLEKSJE FILOZOFICZNE MARKA BOCZKA W TOMIKU POEZJI
„WIERZĘ W PRZYPADEK” - Sabina Skowron
Tytuł wydanego pod koniec 2008 roku zbioru wierszy mazowieckiego poety sugeruje
czytelnikom światopoglądowe credo autora. Potwierdzeniem tej tezy jest wiersz otwierający
tomik, opatrzony tytułem „Przypadek”. Pod pojęciem „ przypadku ” poeta rozumie los,
przeznaczenie, wobec którego jednostka ludzka odczuwa własną małość i słabość.
Zbiór składa się z dwu części: „TYLE SIĘ STAŁO” i „PYTANIA’’. Całość tworzy zestaw
liryków refleksyjnych o podbudowie filozoficznej. W wierszach dominuje tematyka egzystencjalna: ukazanie relacji między człowiekiem a światem, między jednostką a losem,
między czasem a ludzkim bytem. Podmiot liryczny snuje refleksje bliskie każdemu, kto
zastanawia się nad sensem i celem ludzkiego życia, toteż osobista liryka autora zyskuje wymiar uniwersalny.
Do pierwszej części zbioru wprowadza nas nierymowany sonet „Tyle się stało”,
poprzedzony mottem zaczerpniętym z poezji Ernesta Brylla. Kataklizmom wstrząsającym
co pewien czas ziemskim globem poeta przeciwstawia tu „abstrakcji przypadłość” nazwaną
metaforycznie „bezwzględnym nauczycielem”.
W innych lirykach akcentuje powtarzające się w naturze algorytmicznie przemijanie pór roku,
podkreślone kontrastującymi barwami: bielą i zielenią.
Człowiek, podporządkowany biegowi czasu, ma tylko chwilowe złudzenie, że może zmienić
świat. To złudzenie mija wraz z dorastaniem, dojrzewaniem i zdobywaniem życiowej empirii.
Dlatego jest „chwilowe”
Według poety człowiek ustawicznie walczy z losem .Rzuca się w tej walce, szukając pociechy w ulotnych przyjemnościach: papierosach, alkoholu, spotkaniach z przyjaciółmi.
Tę walkę autor nazywa „grą w berka”. Metafora żartobliwa, ale kryjąca pod zewnętrzną
powłoką głębię ludzkiej egzystencji podporządkowanej przeznaczeniu.
W liryku „Tylko” została podkreślona marność dokonań człowieka, zmagającego się
z losem, zarówno w sensie materialnym, jak i intelektualnym i szerzej : duchowym.
Podobnie jak Czesław Miłosz w zbiorze esejów „Piesek przydrożny”, Marek Boczek w swoich miniaturach lirycznych akcentuje znikomość efektów ludzkich działań i wysiłków.
Jednostka wobec losu, wszechświata i wszechmocy czasu wydaje się być istotą podlegającą
nieuchronnym prawidłowościom egzystencjalnym i zbyt słabą, by w zmaganiu się
z przeznaczeniem przyjąć postawę optymizmu i nadziei.
Druga część zbioru, zatytułowana „Pytania”, portretuje człowieka jako rozumny byt
sceptyczny, pełen wątpliwości, wciąż poszukujący prawdy o świecie i o sobie samym.
Nie są to pytania proste i nie ma na nie łatwych odpowiedzi. Autor zbioru twierdzi, że:
„ krążą jak stada
ptaków
nad górą
całą w dymie samozapaleń”
Są to pytania egzystencjalne o cel i sens życia. Przychodzą w czasie bezsennych nocy,
wyrastają z obserwacji świata, z codziennych zdarzeń, z uczuć i tęsknot, z lęku
przed tajemnicą przyszłości i przed śmiercią.
Liryki zawarte w tomiku „Wierzę w przypadek” są tekstami poważnymi, ale nie przytła-
czają pesymizmem. Ukazują upodmiotowienie człowieka stającego do nierównej walki z losem.
I choć to może tylko „gra w berka”, postawa taka świadczy o godności istoty ludzkiej.
W niektórych wierszach dostrzega się czytelne nawiązanie do tradycji literackiej.
Można w nich znaleźć motywy biblijne /np . ukrzyżowanie, potop, wąż – kusiciel/,
echo antycznego fatalizmu i aluzje do klasyków literatury polskiej. Oprócz motta nawiązującego do twórczości Ernesta Brylla, w wierszu „Przypadek” jest odwołanie
do utworu Cypriana Kamila Norwida „Klaskaniem mając obrzękłe prawice”.
W obu tekstach znajdują się pojęcia: „celowość narodzin” i „wskazanie palcem”.
Wiersz „Linia” przynosi skojarzenie z utworem Wisławy Szymborskiej „Nic dwa razy”,
a liryk „Z góry” łatwo zestawić z wierszem Zbigniewa Herberta „Przesłanie Pana Cogito”.
Pod ten adres odsyłają czytelnika poetyckie frazy:
„nie przebaczaj dumie nadwątlonej”,
„nie tylko nie było lepszych”,
„|błazeńska twarz”
Mamy zatem przed sobą refleksyjną poezję o wymiarze uniwersalnym, umocowaną
na mocnym fundamencie filozoficznym i literackim, poezję egzystencjalną, napisaną
przez człowieka głęboko wtopionego w rozmyślania o jednostce ludzkiej, otaczającym
ją świecie i decydującym o niej przeznaczeniu.
Sabina Skowron.
Review: Marian Dziwniel: Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę
After researching the Polish „Solidarity emigration” to France for over a year, I am all too aware that little has been written on the Polish Community which formed in France in the 1980s.
I first learnt about the Book: Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę by Marian Dziwniel in the Polish Bookshop in Lille.
In his work Marian Dziwniel provides a comprehensive autobiographical testimony of a Polish „Solidarity émigré's” experience. Not only has it provided me with invaluable evidence in the area of my research but also took me on two fascinating journeys: one through space, all the way from Poland's borderlands, through the Silesia region, up to the banks of the Seine. The other a journey in time, through the convoluted history of Poland, so painful and yet profound and unique. The Author's personal testimony, his sense of belonging to various regions and cultures, his experience of incessant exile imposed by circumstance, his candid reflection on the pros and cons of his decision to leave Poland during the martial law in 1982 - shortly after he had been interned for his activities in the anti-communist opposition – all add to the book's value as a reliable personal and social document.
I read with great interest, and with utmost respect, about the difficult times the Author and his family had to go through during their initial period in France. Having arrived in France with only 150$ in his pocket, his sick wife, three children, a one way ticket, and no word of French, it was necessary to start a new life from scratch. The Author's determination in his search for job and accommodation for his family, but, above all, his commitment to providing his children with best education and careers chances can be said to be the essence of his life and are profoundly moving.
Marian Dziwniel sent me the book himself, a couple of months ago, with a short note saying: „Wherever you go or live your life - stay Polish, at all times”. It must be said about the Author that, even so far away from his homeland, he has always carried Poland in his heart. He has also actively participated in the life of the Polish Diaspora in France, by publishing in Polish magazines, frequenting and organizing various cultural events. Always proud of his roots, he, together with his wife, Maryla, has been successful in passing this sense of belonging to their children. Their son Tomasz is now living and working in Krakow!
I was truly blessed to have met Marian in person, following a couple of months of our e-correspondence, and to have read Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę which has provided me with wonderful insights into his personal story and also into the situation of the Polish community in France. I feel really empowered with Marian's benefit of hindsight which he has been so generous to share with me and all his readers.
There is no doubt that Marian Dziwniel's autobiography has made a valuable contribution in the area of migration studies and émigré autobiographical writing. It has also been of much help in my work with the students of Polish Language and Culture at Trinity College Dublin.
Ewelina Debaene
DZIWNIEL Marian. Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę. MaMiKo, 2007
"PRASKI RAJ" TOMASZA HRYNACZA – PRZYKŁAD WSPÓŁCZESNEJ
POEZJI METAFIZYCZNEJ. - napisała Sabina Skowron.
Świdnicki poeta Tomasz Hrynacz wydał w lutym 2009 roku kolejny zbiór wierszy,
zatytułowany „Praski raj”. Tomik opublikowało noworudzkie wydawnictwo Mamiko.
Jest to szósta poetycka książka młodego twórcy, laureata Konkursu Poetyckiego imienia
Rainera Marii Rilkego w Sopocie i Konkursu imienia Rafała Wojaczka w Mikołowie.
Oprócz wydań książkowych, wiersze Tomasza Hrynacza umieszczane były w licznych
czasopismach i tłumaczone na języki obce: angielski, chorwacki, czeski, francuski,
niemiecki, serbski i ukraiński. Dzięki temu znają je czytelnicy w Europie i poza naszym
kontynentem.
Poezja Tomasza Hrynacza należy do współczesnego nurtu metafizycznego. Nurt ten,
ukształtowany w epoce baroku, rozwijał się także w XVIII i XIX wieku. Istnieje również
w literaturze przełomu XX i XXI stulecia. Jego cechę dystynktywną stanowi charakter
refleksyjno - intelektualny .
Taka właśnie jest twórczość Tomasza Hrynacza. Refleksje poety, przenikające tomik
”Praski raj”, dotykają głównie problematyki egzystencjalnej. Człowieczy los, ulotność
każdej chwili i każdego dnia, znaczenie przypadku w toku upływającego życia – to najważniejsze motywy obecne w tej poezji. Witalizm, tak bliski miłości , trąca jednak
dość często o struny funeralne. Świadomy nieuniknionego kresu ziemskiej wędrówki
człowieka, poeta nie waha się wyakcentować werbalnie tego, co często poeci starają się
nazwać eufemistycznie. W „Praskim raju” śmierć występuje bez niedomówień i metafor.
Poeta snuje refleksje:
„nadszedł czas, by
sprawdzić, gdzie jest to
miejsce, w którym
śmierć wychodzi nam
naprzeciw”.
Tego miejsca nie może sprawdzić ani poeta, ani nikt z nas. Pewni jesteśmy tylko samej
śmierci, która zawsze przychodzi za wcześnie i zawsze zaskakuje otoczenie jednostki
przekraczającej Rubikon.
Refleksyjna liryka Hrynacza sprawia wrażenie pogodnej, bo mówi o miłości i nadziei,
o pragnieniach człowieka, który:
„chciałby tyle
zobaczyć i chciałby
tyle kochać, że
drżąc cały przebija się
w nowe życie”
Równolegle z myślą, w poetyce młodego twórcy ważna jest warsztatowa strona jego tekstów.
Tomasz Hrynacz realizuje się w wierszu białym, bezrymowym. Wypowiada się strofami
zróżnicowanymi pod względem wersyfikacyjnym. Najczęściej jest to elegijny dystych
lub dostojny tetrastych; bywają też quinty i sekstyny. Zgodnie z założeniami poezji metafizycznej, w tomiku „Praski raj” zasługują na podkreślenie liczne oksymorony.
Oto przykłady szczególnie zwracające uwagę:
„nikt się dowie
ile jest w czarnych śnieżkach
nadziei”,
& dreszcze?
ja bardzo mocno je przeżywam
na chłodno”
Niektóre myśli, objęte ramami krótkich liryków, poeta zamknął zaskakującym konceptem.
W wierszu „Wiara czyni cuda” czytamy:
„Radość nie przychodzi
nagle: co innego ból, pierwsza zmarszczka”
Tak właśnie jest w ludzkiej egzystencji. Chwil radości, zwłaszcza tych niespodziewanych,
jest o wiele mniej niż okresów bólu, czasu cierpienia, tak wyraźnie wpisanego w nasz los.
Zachęcam do poznania zbioru wierszy „Praski raj”. Refleksyjna poezja metafizyczna
kunsztem słowa artysty potwierdza to, o czym każdy myślący człowiek wie od zawsze,
tylko niezbyt często o tym myśli.
Sabina Skowron
HRYNACZ Tomasz. Praski raj. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2009 (poezja polska). -ISBN 978-83-60224-34-2
SUBTELNY LIRYZM ANETY NALBORCZYK – WIERZBICKIEJ W TOMIKU
WIERSZY INNY BRZEG - Sabina Skowron
Młoda poetka i malarka Aneta Nalborczyk – Wierzbicka swój debiutancki zbiór wierszy
„Idąc piszę siebie” wydała w 1993 roku. Współpracując z klubem poetyckim działającym
przy warszawskiej „Stodole”, przez minione 15 lat rozwijała własne pasje artystyczne
i doskonaliła warsztat twórczy. Kilkakrotnie została laureatką regionalnych i ogólnopolskich
konkursów poetyckich. Prace plastyczne prezentowała widzom na indywidualnych wystawach malarstwa i rysunku.
Wielbiciele jej talentu zapewne z radością powitają kolejny tomik wierszy uzdolnionej
poetki, opatrzony tytułem „Inny brzeg”. Zbiór ukazał się w 2008 roku w wydawnictwie
”Mamiko”, które popiera młodych, rozwijających się artystów słowa.
Autorka podzieliła zeszyt poetycki na dwie części.. Pierwszej nadała tytuł „Inne lato”,
druga jest echem tytułu całości.
Wiersze Anety Nalborczyk – Wierzbickiej to liryka osobista, spięta w niektórych tekstach
z liryką opisową i refleksyjną. Stanowi syntezę doznań jednostki i odczuwania otaczającego
ją świata w sensie dosłownym i metafizycznym. Zjawiska przyrody są tu nie tylko tłem
osobistych przeżyć i odczuć lirycznego „ja”. Niekiedy poddane antropomorfizacji stają się
tworami kształtującymi nastroje i doznania człowieczego bytu , innym razem, podniesione
do rangi symbolu, pomagają zrozumieć wszechświat i ograniczony CZASEM ludzki los.
Spróbujmy zbliżyć się do symbolicznej materii sztuki słowa tego zbioru subtelnej liryki,
nacechowanej wyznaniem i refleksją. Lód i śnieg symbolizują chłód ludzkiego ciała
i duszy: czasem smutek, czasem zamieranie w lęku przed nieznanym. Słońce, ciepło i dzień
to znaki ożywienia organizmu jednostki, w jej odczuciach emocjonalnych i głębszych,
ukrytych w podświadomości. W większości liryków pejzaż przenika mgła, utrudniająca
postrzeganie wyraźnych konturów opisywanego świata i wprowadzająca niepewność
człowieka usytuowanego w kręgu szeroko pojętego BYTU. Mgła była w literaturze
od zawsze symbolem tajemnicy, niepewności i lęku przed nieznanym. W wierszach autorki
”Innego brzegu”
”mgły schodzą szybciej niż sny z powiek”,
„za oknem ciągle mgła jak płótno naciągnięte na drzewa”,
„mgła wypełnia powoli szerokie misy dolin”.
Jako symbol odnosi się do tajemnicy świata i tajemnicy istnienia w nim człowieka, czyli jak mawiał Witkacy „pojedynczego bytu”.
Już w pierwszej części zbiorku pojawia się liryczne „ty”. W „Innym lecie” możemy
identyfikować je z ukochanym człowiekiem, z osobą bliską sercu bohaterki lirycznej wierszy. Wzajemne relacje tych dwojga są labilne, zmienne, jak w życiu.
W jednym z liryków czytamy:
„jesteś tak blisko
idziemy razem przez pole”,
w innym narasta dystans między mężczyzną a kobietą:
„jesteś na pustyni, piszemy do siebie krótko”,
w trzecim bliska więź jest już przeszłością:
„to wszystko już było, dotykam twojego cienia
tam gdzie dzień zwija się w palcach i traci sens”
W drugiej części tomiku liryczne „ty” adresowane jest do matki. W kilku wierszach pojawia się rzeczownik w wołaczu: „mamo”. Teksty te nabierają refleksyjnej głębi. Materia poetycka
przywołuje retrospekcje z dzieciństwa i wczesnej młodości bohaterki lirycznej utworów,
ukazuje pokoleniowy ciąg rodziny, dotyka problemu przemijania.
Najważniejszym walorem tej poezji jest jej wartość ogólnoludzka. Wiersze Anety
Nalborczyk – Wierzbickiej odbijają w sobie doznania i refleksje każdego myślącego człowieka. Wszyscy przecież mamy świadomość głębi tajemnicy świata i naszego losu,
wszyscy poszukujemy jego sensu. Każdego z nas łączą więzy miłości, przyjaźni i życzliwości
z innymi ludźmi, każdy z nas jest ogniwem w łańcuchu rodzinnych pokoleń.
Sabina Skowron
NALBORCZYK-WIERZBICKA Aneta. Inny Brzeg. MaMiKo, 2008
POETYCKIE KOMUNIKATY GRZEGORZA KWIATKOWSKIEGO
W ZBIORZE WIERSZY "EINE KLEINE TODESMUSIK" - SABINA SKOWRON
Anonsowany wcześniej na stronach internetowych i w prasie literackiej tomik wierszy
młodego gdańskiego poety, z podwójnym echem muzyki poważnej w tytule, ukazał się
pod koniec lata 2009 roku w noworudzkim wydawnictwie „MAMIKO”.
Twórca połączył w nim trzy swoje najważniejsze pasje życiowe: poezję, ukochanie muzyki i chęć komunikowania się z czytelnikami. Dwudziestopięcioletni artysta jest muzykiem i poetą, toteż liczne werbalne frazy jego tekstów często brzmią muzycznie.
Składają się na to warsztatowe cechy tej poezji: rytm, refreny, powtórzenia i stosowana
po mistrzowsku instrumentacja głoskowa.
U tak młodego twórcy zadziwia w analizowanym tomiku wyraźnie przywoływany
motyw śmierci. Artysta zapewne wychodzi z założenia, że nic co ludzkie, nie jest mu obce,
a przecież śmierć, zamykając życie doczesne człowieka, dotknie kiedyś każdego z nas;
jest więc elementem egzystencji jak najbardziej ludzkim.
Geneza tytułu zbioru „Eine kleine Todesmusik” ma wyraźne podłoże muzyczne.
Jego pierwsza część, zaczerpnięta z twórczości Mozarta, wiąże się z drugą: cięższą,
inspirowaną kompozytorskim dorobkiem Franza Schuberta. „Mała śmiertelna muzyka”
lub „Mała muzyka śmierci” jest, jak twierdzi autor w jednym z wywiadów, syntezą
zwiewności Mozarta i pesymistycznego tematu śmierci obecnego w twórczości romantycznego austriackiego mistrza, na przykład w balladzie „Król elfów” i kwartecie
smyczkowym d-moll, zwanym „Śmierć i dziewczyna”.
W wierszach Grzegorza Kwiatkowskiego spoglądamy w różne oblicza śmierci.
Najważniejszym jest niewątpliwie moment zamknięcia człowieczej ziemskiej wędrówki,
drugie oblicze, to upadek moralny osoby ludzkiej, trzecie – to stopniowy rozkład istoty
człowieczeństwa, to nieumiejętność budowania szczęśliwego, radosnego życia, to szerzenie
brzydoty i zła.
Diter Litwann, liryczny bohater pierwszej części zbioru, mówi do czytelnika już
z drugiego brzegu Rubikonu:
„dwie minuty później
w moim sercu
wybuchła bomba”
Zawał serca spowodował śmierć nagłą, której nie mógł przewidzieć czterdziestoletni
mężczyzna.
Inna twarz śmierci w tekście „Artur Schopenhauer” to desperacki czyn samobójczy,
którego antytezę tworzą słowa skierowane przez zdecydowanego na ostateczne odejście
nieszczęśliwego człowieka do syna:
„trzeba żyć Arturze
trzeba żyć”
Kolejne oblicze śmierci, okrywające ludzkość hańbą, to problem holocaustu. Autor dotyka
tego motywu w wierszach: „siły” i „takt”, przywołując grozę obozów koncentracyjnych
oraz w etycznym dyskursie ze Zbigniewem Herbertem: „pan Cogito i litera Pisma”.
Upadek moralny człowieka , obok trzech wymienionych wyżej tekstów, akcentują
wiersze: „Lui”, „Marcel i Bruno”, „język”, „Bertche”.
W zgodzie z tytułem tomik „Eine kleine Todesmusik” tchnie pesymizmem.
Oto śmierć jest wszechwładna i wszechpotężna; człowiek zbyt słaby wobec Niej
i wobec trudności życia.
Turpizm zawartych w nim wierszy bardzo sugestywnie dowodzi, że w otaczającym
nas świecie więcej jest zła niż dobra, więcej brzydoty niż piękna , a śmiertelna muzyka
obezwładnia każdego dnia wiele istnień ludzkich.
Sabina Skowron.
KWIATKOWSKI Grzegorz. EINE KLEINE TODESMUSIK . Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2009. Poezja polska. ISBN 978-83-60224-40-3
"Czat prywatny" z Januszem L. Sobolewskim, autorem książki "Misja Papieskiej Róży", zarejestrowany na portalu "www.gazeta.pl" w dniu 13 lutego 2002 roku, godz. 9.30-10.30.
Janusz L. Sobolewski: Witam wszystkich zaproszonych przeze mnie gości oraz wszystkich innych gości, nie znanych mi, a zaproszonych przez zaproszonych przeze mnie gości.... Sorry. Czyli witajcie wszyscy. A powodem spotkania jest dyskusja pewnego rodzaju, prowadzona w portalu www.gazeta.pl /Forum/Forum Humorum/Forum na plażę/ Bestseller polski 2002.
Marek: Cześć, Janusz. Pal sześć dyskusja, powiedz lepiej, po kiego licha napisałeś książkę?
Janusz L. Sobolewski: Trzeba było, Marku, trzeba było, dla dobra sprawy, by nam nie pluli w twarz...... Tak powiedziałby Dyzma?
Winicjusz: Mnie pan nie zna, więc zapytam, czy czuje się pan Dyzmą?
Marek: Ale odpowiedz, czemu napisałeś w tych czasach, kiedy ludzie nic nie czytają i nie kupują książek? Dla siebie?
Janusz L. Sobolewski: I to jest dobre pytanie. Bynajmniej nie dla siebie. By dać świadectwo. Przepraszam, ale znów kogoś wielkiego zacytowałem, bynajmniej nie Dyzmę.
Rola: Jakie świadectwo?
Janusz L. Sobolewski: Dyskusja w "Forum" jest czatowa i O.K. Jest książka, można poczatować nawet humorzasto... Ale nikt nie wyczatował, że ja nie jestem powieściopisarzem, lecz reporterem. I ta książka też jest pewną zakamuflowaną formą reportażu.
Ryś: Czyli to wszystko, co Pan napisał, jest zgodne z prawdą?
Janusz L. Sobolewski: Posługuję się tu formułą: "oparte na faktach". To bezpieczna prawnie formuła. A zapewniam, że prawda jest w książce cała.
Marek: Czyli prawdą jest według ciebie, że polskie służby specjalne organizowały wizytę Papieża w Chinach i nic z tego nie wyszło?
Janusz L. Sobolewski: Jasne, zapytaj w UOP. Czy czytali moją książkę. Zdziwiłbyś się odpowiedzią.
Jola: Co to jest UOP? Czym się mam zdziwić?
Janusz L. Sobolewski: Urząd Ochrony Państwa. I UOP miał okazję zapoznać się z moją książką. Notabene kto wie, czy przypadkiem nie czytał jej jeszcze przed drukiem, bo w trakcie wydawania książki nastąpiło włamanie do drukarni "niezidentyfikowanych osobników" - tak mnie poinformował wydawca - i kradzież gotowego już komputerowego składu książki. Chyba nawet z komputerami. Z tego powodu wydanie książki uległo opóźnieniu.
Kot: Ale co jest w książce takiego sensacyjnego, żeby aż...
Janusz L. Sobolewski: Wie Pan, gdy piszę o szczegółach rywalizacji dwóch służb wywiadu chińskiego: Gonganbu i Guojia Anquanbu - to wiem, o czym piszę. Gdy opisuję Bao Tonga, to nie wymyślam człowieka. To facet z krwi i kości, który kto wie, czy się teraz nie odezwie. Niech Pan zadzwoni do Ambasady ChRL w Warszawie to Panu powiedzą. Niech pan zapyta Chińczyków o pewne sprawy, bo z wiarygodnego źródła wiem, że książkę analizują. Gdy piszę, że w Mysłowicach konkretnego dnia wyleciała w powietrze konkretna hurtownia cytrusów, a pewien funkcjonariusz policji współpracował dawniej ze Stasi, czyli "ubecją NRD", to nie kłamię. I wtedy, gdy wykazuję, że nasze elity władzy współpracowwały z mafią różnego kalibru.
Grzegorz: Zdradź, jak się tego wszystkiego dowiedziałeś?
Jola: Przecież w telewizji mówili.
Grzegorz: Skoro mówisz, że to prawda, to musisz mieć to udokumentowane.
Janusz L. Sobolewski: Słusznie. Wszystkie cytowane w książce dokumenty są do obrony.
Ryś: No to jest to książka political fiction, czy nie? Wydawca twierdzi, że tak.
Janusz L. Sobolewski: To "sfabularyzowany reportaż", a wydawca (www.mamiko.pl) nie musi wiedzieć wszystkiego...*
Adam: W takim razie czemu sfabularyzowany?
Janusz L. Sobolewski: To najważniejsze pytanie. Najprościej byłoby powiedzieć, że dla własnego bezpieczeństwa. By nie polec w sądzie. I taka jest prawda. W tym stanie rzeczy zawsze można wykpić się formułą "political fiction" i wszelkie oskarżenia ośmieszyć. Ale prawdą jest też i to, że nie wszystkie opisane wydarzenia mam solidnie udokumentowane. Po prostu nie było na to rady. Pewne wydarzenia są prawdziwe, niestety nie w pełni udokumentowane.
Winicjusz: To pana pierwsza tego typu książka?
Janusz L. Sobolewski: Trzecia - w ten sposób pisana. Dwie poprzednie dotyczyły przedwojennego złotego Funduszu Obrony Narodowej oraz pewnej ucieczki z obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu.
Kot: Co to znaczy "w ten sposób pisana"?
Janusz L. Sobolewski: W każdym przypadku źródłem moich informacji jest konkretny, oczywiście zawsze inny człowiek, którego relacje i wspomnienia zarejestrowałem reportersko. Zdradzę tajemnicę, że osoba, która stanowiła źródło moich informacji o misji "Papieskiej Róży", występuje w książce na trzecim-czwartym planie. Proszę nie pytać, kto to, bo nie powiem, mimo iż ów bohater książki ukryty jest pod pseudonimem.
Marek: Myślę, że i tak dużo nam powiedziałeś. Powinieneś teraz czekać aż ktoś sfilmuje twoją książkę w Hollywood, wtedy to będzie HIT.
Janusz L. Sobolewski: Dziękuję za perspektywy... Pewnie się uśmiechniesz, ale ta książka trafiła już pod pewien adres w Beverly Hills...
Marek: Żartujesz?
Janusz L. Sobolewski: Nie, nie żartuję.
Adam: Chyba sobie kupię tę książkę.
Janusz L. Sobolewski: Powodzenia... i wszystkim dziękuję za czas i uwagę. Cześć i pozdrawiam!
POST. NEUERODE. 2002.
1.
Minuta ciszy. Wracaliśmy też w ciszy, pospali się w miarowym szumie wytłumionej kabiny Peugota. Za nami zjawisko, nad którym godziny przedebatowaliśmy w Berlinie. Bo jak nazwać to, co Niemcy nazywają „Gottesfinger”? Te pasma światła przebijające się przez chmury jak rozczapierzona dłoń. Palce Boga rozłożyły się nad Sudetami, opuszczanymi jak zawsze, z poczuciem, że się wraca do siebie, ale jakoś obco będzie wśród ulic nazbyt prostych i zbyt oczywiście prowadzących do celu. Julek zapytał mnie a kto to był ten Zdzichu Żurek. Czytałem właśnie wstęp do jego tomiku, w przeddzień którego Antoni mówił nad grobem poety z Boguszowa, gdy na koszt miasta kładziono go w grotę początku, miękkie przytulisko, które już nie wypuści na zimę. Julek zapytał, kto to był ten Żurek. 10 dni wcześniej, w Kluczborku odszedł Krzysiek. Ich zapracowany anioł od patologusów, więźniom prowadzający młodych poetów do pierdla, a samych młodych poetów chcący jakoś wydźwignąć. I jak opisać migotnięcie człowieka, kiedy uściskał nas przed brama więzienia i fajnie, mówi, że wpadliście. Potem brama raz, obszukanie, krata dwa, krata trzy, siatki, kraty, siatki. Wiersze. Krzysiek przeprosi, że nie było go ostatnio na punkcie spotkań. Wysznytowany więzienny generał przyjdzie po wszystkim i powie, że tą piosenką Stachury to trafiłem, bo rzeczywiście na śniadanie mieli kawę zbożową i chleb i salceson i mają w planie obejrzeć ważny mecz ligi mistrzów. I będzie powrót z Rychem autobusem, przez Gaje Oławskie, sześćdziesiąt kilometrów w trzy godziny. Julek, nie opiszesz teraz nikomu Krzyśka. Ja Ci nie opiszę Zdzicha. Gdy pierwszy raz go widziałem, jeszcze z żoną, taką malutką jak wróbel, gdy Noworudzkie Spotkania z Poezją w Kościele Mikołaja i od ołtarza się czytało. Potem dziekan mszę odprawił i poeci po bokach, jakby koncelebracja jakaś. I razem w tamtej piwnicy. Gileta który fundował wino jako nagrode w konkursie i Teresa Wagilewicz z wierszem o umęczonej stule, a żona Zdzicha w jury konkursu pisanego na serwetkach. Obok niej żona fotografa i żona innego poety – Pola. I On, wielki jak Niedźwiedź. Wyprawy z Davidem po wino, które mniej go interesowały niż wbijanie kciuka w świecę do pierwszej w nocy czemu starałem się wówczas towarzyszyć najlepiej jak umiałem. A Zdzichu o powracaniu do Nowej Rudy welocypedem pamięci. Jakie mi teraz interpretacje jego postaci podpowie ckliwa pamięć. Jak dalece sam siebie oszukam, żeby opowiedzieć przyjacielowi poecie innego poetę, którego nie odwiedziłem nigdy w Boguszowie, ale z którym się pamiętaliśmy. Którego opowiedzą mi inni i wyłoni się nowy obraz. Psa, którego mu odebrano, ostatnich miesięcy w domu wariatów, krążenia wokół domu, podobno potrafił tak całymi dniami. Zapamiętam go tego razu, gdy przyjechał bez żony i smutek zasiał się we mnie, chociaż nie zapytałem, a może opowiedziałby mi, że ona sama tak.
„Chłodny obserwator (...)powie, że te wiersze są przeciętne, królestwo banału. Nigdy nie zgodzę się...” napisze recenzent tego tomiku. Ja też się pod tym podpiszę. Mówił swoim językiem do gór, psa, trawy. Wierzę, że go rozumiały, że odpowiadały mu. I niech sobie tam kręcą nosami. I niech im wykręci te nosy na pohybel. Tak, tu ich boli. Nawet miasta zostaną wkrótce głuche na ich zaklęcia. I pewnie, że chodzi o artyzm, ale Słowo, To Słowo też a może przede. Za nim cała reszta. Minuta ciszy. Palce Boga roztoczyły krąg wokół Ślęży. Mówię, Julek wyobraź sobie, że jesteś pierwotnym człowiekiem i widzisz to co my teraz. Poszedłbym do jaskini i zaczął malować ochrą, odpowie. I tutaj wiesz, boli ich wszystkich. Wiesz których. Zapomnieli, że to nie tylko ćwiczenia na drążkach, że musi być coś jeszcze. To tylko myślę, bo łykam po cichu i zapalczywie łzy. Bo nagle dotarło, powinienem powiedzieć „jebnęło” wręcz, ale znowu to chłopięce gradło nie wymówi, więc tylko napiszę teraz, bo inaczej się nie da. Nawet nie łzy Iwony, nie ta minuta ciszy tak piękna. Nie dyskusyjne „gottesfinger”, którym Milena próbowała zrobić zdjęcie na postoju, tak krótkim, bo jeszcze chwila a trzeba gonić na pociąg, bo musi zdążyć z Brzegu do Krakowa. Ale też nie. To Ty, swoim pytaniem. Nie pytaj mnie Juliuszu kim był. Jest. Rękopisy nie płoną a poeci nie umierają.
2.
Pan zapomniał wysłać zgłoszenie. A bo, psze Pani, to taki odruch warunkowy, że czy się chce czy nie, to się siada za kierownicę fiata, czy innego i się jedzie do tej Akki, Mekki. Jedenasty raz, wie Pani. No ja rozumiem, ale nie będziemy mogli zapewnić noclegu ani wyżywienia. Dobra, proszę sobie nie robić kłopotu, ja przeżyję to jakoś, nie tu, to tam, gdzieś - damy radę. I tego już nie powiem Pani, ale chciałbym napisać to requiem kameralne, którego pierwsze takty, spróbujemy tej nocy, tego poranka , tego świtu jeszcze na chwile odsunąć. Dedykowane będzie potrójnym cieniom żyrandola w jednej piwnicy i tym wykafelkowanym ścianom, początkowo obcym, które dwa lata nasączało się zaśpiewami, przekleństwami, nawet udało się pokochać. Ja tego też teraz nie powiem, ale wiem, że bez słowa, jednego dnia wszystkie te kosmiczne koperki, resztki starych gitar, wszystko znalazło się gdzieś za progiem, bo czas na internet a zakład pracy musi zarobić. Ja nawet rozumiem, ale w sercu mnie ściska, nawet teraz, gdy drzwi na sali obciachowo skrzypią gdy ktokolwiek próbuje na chwilę wyjść. Renia, ta sama Renia, która kiedyś z tym wierszem o telefonie jak sarkofag w wieku lat dwunastu, kiedy to wszystko się zaczęło, nadaje do Swojego na komórce. Żegnam się z nią, jak każdy starszy brat przełykając niedojedzoną z dawien dawna zazdrość. Milena dogorywa obok, próbując szelestem celofanu, w które zawinęło się wyróżnienie, coś tam zagłuszyć. Boguś wpadnie na chwilę tutaj a potem spotkamy się jakiś czas później na piwie rozpamiętywać dawne czasy. Czy już tylko tyle nam zostało. W jakiejś mordowni sączyć tanie piwo? No nie, coś się zrobi. Wiosną czy jesienią. Na razie nie umiem skupić uwagi na wierszach Bogusławy Latawiec, którą przepraszam bardzo z tego miejsca. Czegoś mi w tym tak schludnie utrzymanym ogródku brakuje, a ściślej mówiąc kogoś. Wiem, wiem, widziałem drzazgi na podłodze. Walnęło piorunem, a chromym i frajerom śmierć. Są zaś tacy, którzy nie mogą frajerami zostać nigdy. Niektórym ta sztuka bycia frajerem wchodzi w krew i nie moja wina, że bardziej ich kocham. I schnie we mnie bruzda zaorana kiedyś tam. W chomącie co zatrzymało się z nagła zapadłe boki, żebrowane jak nawa główna. I gdzie ten dobijany, którego zmartwychwstanie miało być ogłoszone. Podnosi łeb, ale wysychają resztki piany na chrapach. I pytam, gdzie oni są?! Gdzie. Ten dobijany gdzieś tu się pasł, skromnie przyginając odrosty w kłębie. Nawet kiedy zarzygani kolesie z „Na Dziko”, powiedzą w czasie występu, że oni to poezja jakaś tam, a jak się nie podoba komuś na sali to niech wypierdala, na co Lorkowski skrzywi się i powie, że już nie może, od tej poezji menstruacyjnej. I jeszcze prozaik Wrocławski, który coś będzie chciał zagrać na gitarze, ale poleci na pysk przed czasem. Później zgaśnie światło, przyjdzie burza. Karol będzie chodził z kartkami miedzy zahipnotyzowanymi i nawet Dzicy na chwilę ucichną. Zapamięta się niewiele, ale z tego co zostanie, wystarczy na długie lata. Tego nie zobaczą ojcowie miasta, w których oczach już zabłyśnie wyrok, gdy zniesmaczeni ruszą swoje urzędnicze tyłki w stronę wyjścia. Ja wiem, mnie to też wówczas nie smakowało. Ale przynajmniej miałem tę błogosławioną chęć przywalenia komuś w ryja, chociaż brzydzę się przemocą. Błogosławione niech będą wszystkie jasne chwile zdecydowania z którym wkracza się na drogi, bez furtek znaczących szlaki odwrotu pobitych milczeniem. A będzie ten dobijany koń jakiś czas później, gdy jeden starszy zasiądzie z jakąś młodą na kolanach. I ten jeszcze jeden obok niego, powtarzający jego słówka, jak zaklątka. I młoda szybko zostanie ogłoszona jako największy talent, a starszy będzie się tłumaczył, że to ona się jego uczepiła, chociaż gołym okiem było widać, że ku obopólnej kontentości. Ot, gry których nie powinniśmy być świadomi, gdy dostajemy tomik do ręki. No więc gdzie ten puls, że chociaż niedobrze się robiło, to przynajmniej było wiadomo, że coś się dzieje. Bez ryzyka nie ma olśnień. Więc teraz wprawdzie od obojętności kawałek ale do komunii daleko. Co z tego, że grzecznie gdy obco i pusto. Kiedyś tu będzie Rumunia. Jeszcze tylko ten dawny song „Republiki” co się odbija czkawką, gdy tak tu siedzę i nie opuszcza, nawet gdy okazuje się, że i spanie się znajdzie i jedzenie. Gdzie oni są!?
Proszę Pani, ja jestem bardzo stąd, tak jak Oni. A dlaczego nie mają tutaj swojego miejsca, to przecież ani moje ani ich zmartwienie. To miasto jest nasze. Na razie chodzimy w oczekiwaniu na ten piracki okręt, który przypłynie którymś z licznych strumieni. Opluci, opluci, opluci.
Jeszcze tu wrócimy. Doskonale wierni. Topole przed internatem, przy ulicy Zaułek puszczają zielone. Zmartwychwstanie będzie ogłoszone.
3.
Nazajutrz na stacji szybki uścisk dłoni z Julkiem. Jeszcze raz, jakimś tekstem, tak banalnym, że może paść tylko miedzy nami:
- Widzisz poetów jak psów pochowają
A Julek, tez chyba zasłyszanym gdzieś cytatem:
- Bo poeci jak psy idą prosto do nieba
Radosław Wiśniewski, czerwiec 2002
Misja Papieskiej Róży
Rynek literatury sensacyjnej zdominowany jest przez twórców zachodnich. Nic w tym dziwnego, wszak znakomicie skonstruowane intrygi, umiejscawiane z dużą swobodą w różnych zakątkach świata zapierają dech w piersiach. Czy można zatem podjąć współzawodnictwo z Morrelem , Cusslerem czy Le Carre'm? Sobolewski udowadnia, że tak. Autor proponuje nam historię polskiej dziennikarki wypełniającej w Pekinie misję, jak się okaże, nie tylko korespondenta prasowego. Powieść ta oparta na faktach, dostępnych strzępach informacji o kulisach przygotowań do papieskiej wizyty w Chinach. Sobolewski zgrabnie przeplata tą sprawę, o międzynarodowym znaczeniu, z wypadkami dziejącymi się na cichej polskiej prowincji. Przez przypadek na światło dnia wychodzą tu głęboko skrywane demony wojennych wspomnień. Te dwa pozornie nie związane wątki splatają się z czasem mocno, a czytelnik zagłębiając się w lekturę konstatuje istnienie zaskakujących, wzajemnych implikacji.
Pomysłowe jest nie tylko zawiązanie i prowadzenie akcji książki. Z jej treści przebija ciekawe, szersze spojrzenie na służby specjalne i porządkowe lat 90. Nie ma tu postaci papierowych, a życie osobiste wszystkich bohaterów, zgodnie z najlepszymi standardami gatunku, przez obowiązki służbowe komplikuje się i wikła niezmiernie. Nie można pisarzowi również odmówić znajomości kultury, polityki oraz rzeczywistości codziennego życia mieszkańców komunistycznych Chin. (TN)
Recenzja ukazała się w "Magazynie Literackim Książki". Nr 5, 2002 r.,s.49
„Jestem pyłkiem z drogi wszechświata...”
Tak napisał o sobie dolnośląski poeta Zdzisław Władysław Żurek w wierszu „Pan Ego
i transcendencja”. Redakcję zbioru przygotował poeta Antoni Matuszkiewicz - przyjaciel autora. Jemu też Zdzisław Żurek zdążył zadedykować swoje wiersze. Tomik ukazał się w noworudzkim wydawnictwie „Mamiko” Apolonii Maliszewskiej pod koniec maja 2002 roku, tuż po śmierci autora. Gdy samotny poeta umierał, trwała praca poligraficzna zmierzająca do oddania jego wierszy w ręce czytelników.
W obliczu rozstrzygnięć eschatologicznych, cytat zawarty w tytule mojej wypowiedzi nabiera nowego, smutnego sensu. Dziś powinien już brzmieć w czasie przeszłym. Słowa te każdy z czytelników, bez obawy popełnienia logicznego błędu, może przyjąć jako własne, choć zostały sformułowane bardzo osobiście. Bo czymże jesteśmy wobec Kosmosu, wobec świata ogromnego i bezkresnego? Polski barokowy poeta metafizyczny Daniel Naborowski określał nasze ziemskie życie jako :
„Dźwięk, cień, dym, wiatr, błysk, głos, punkt...”
Wszystko to przemijające, ulotne, podlegające władzy czasu, o którym Zdzisław Żurek napisał, że w jego mieście Boguszowie-Gorcach są cztery wieże ratuszowe, a każdy z chronometrów wskazuje inną godzinę. Do wyliczeń Naborowskiego określających ludzki żywot, współczesny poeta z Ziemi Wałbrzyskiej dodał „pyłek”. Semantycznie bliski „punktowi” oznacza małość, znikomość jednostki ludzkiej wobec ogromu wszechświata
i wyraża skromność i pokorę autora.
Tomik „Gra Pana Ego” jest dość mocno osadzony w tradycji literackiej i szerszej-kulturowej. Sam tytuł zbioru prowadzi myśl czytelnika w kierunku klasycznego nurtu poezji Zbigniewa Herberta i jego tomiku o podłożu etycznym „Pan Cogito”, wiersz „Ego żeni się” zawiera reminiscencję literacką do sceny z komedii Gogola " „Ożenek". Miłość do świata, w tym do zwierząt i roślin, wydaje się być nawiązaniem do poglądów św. Franciszka z Asyżu. Nazwanie Boguszowa-Gorc „miasteczkiem jak z płótna Breugla” przenosi nas na chwilę w świat niderlandzkiego, renesansowego malarstwa.
Tytuł zbioru wierszy Żurka zawierający frazeologizm „Pan Ego” oznacza „Pan Ja”
i prowadzi nas w świat liryki roli. Twórca obiektywizuje własne odczucia, nadając im kształt mowy wypowiedzianej przez wymyśloną postać. W wierszach spotykamy Pana Ego wobec Wszechświata, wobec nacjonalizmu i realizmu, podczas zawierania traktatu z dobrym duchem źródła i z lasem , w księgarni, na meczu piłkarskim, podczas rozmowy z sąsiadami, w nieprzychylnym interesantowi urzędzie, na spacerze, w czytelni. W liryce roli czyli maski nie można sprowadzić przeżyć wyrażonych w wierszach do rzeczywistych doświadczeń wewnętrznych twórcy. Jednak mimo przyjęcia tego typu konwencji, liryka samotnika z Boguszowa – Gorc wydaje się być poetyckim śpiewem o nim samym, o jego poglądach, myślach i postawach. Najpełniej charakteryzuje siebie w wierszu „Ego”. Określa Pana Ego jako wiecznego opozycjonistę, ceniącego sobie „oazę świętego spokoju”, w której „nie wszystko jeszcze sprywatyzowano”. Koncepcje liryki roli potwierdza otwierające tytuł zbiorku pojęcie „Gra”.
Jednym z wyznaczników liryki w ogóle jest subiektywny sposób obrazowania świata. Zdzisław Żurek pojmuje wszechświat jako harmonijną konstrukcję zbudowaną według antycznych zasad klasycznego piękna : ładu, symetrii i proporcji. Podkreśla, jak jońscy filozofowie przyrody, klasyczną jedność życiodajnych żywiołów : ziemi, nieba, wody i ognia, który w jego poezji przyjmuje postać Słońca.
Z tomiku „Gra Pana Ego” czytelnik może wyprowadzić moralny etos preferowany przez autora i jego lirycznego bohatera. Składa się na niego dążenie do prawdy, dobroć i nadzieja,
a także postawa kontestatora wobec wszelkiego zła, zwłaszcza wobec arogancji
urzędów i wobec władzy coraz bardziej oddalającej się od narodu.
Liczne wiersze zawarte w omawianym tomiku należą do liryki opisowej. Szczególnie wzruszające są obrazy ukochanego miasta, małej ojczyzny poety, przyrody otaczającej Boguszów – Gorce i portrety ludzi : ekspedientki, bibliotekarki w czytelni, pani w kapeluszu. Malarską wrażliwość poety zauważam w wierszu „Chabry”, w którym błękit polnych kwiatów artysta zestawia z kolorem nieba. Kwiaty stają się odbiciem niebieskiego sklepienia i tworzą wraz z nim harmonię Kosmosu.
Zdzisław Żurek to także poeta codzienności. Interesowały go zwykle sprawy i zwyczajni ludzie. Bogactwo atrybutów upływającego czasu znajduję w wierszach : „Ulica dzieciństwa”, „Filozofia codzienności”, „Rozmowa z sąsiadami”. Wszystkie składają się na ustawiczne poszukiwanie sensu życia.
W obliczu przedwczesnej śmierci poety (miał 55 lat) szczególnego sensu nabierają wiersze, w których artysta żegna się z rodziną, z najbliższym otoczeniem, ze światem. Jest w nich wprawdzie dystans do nieubłaganego zakończenia ziemskiej wędrówki , szczypta gorzkiej ironii i oskrzydlony smutkiem humor, ale pod tą warstwą konwencji kryje się poczucie samotności o przeczucie odejścia w tło.
Od Horacego wiemy, że poeta „nie wszystek umiera”. Zdzisław Władysław Żurek pozostanie w pamięci tych, którzy go znali i zachowa swe dobre imię wśród tych, którzy poznali jego wiersze zgromadzone w zbiorach :”Obrazy”, „Wszystkie godziny miłości”, „Słoneczne wzgórza”, „Płonące obłoki”, „Gra Pana Ego”.
Gorąco polecam przeczytanie zwłaszcza ostatniego tomiku. Można w nim dotknąć niezwykłej wrażliwości poety, jego refleksji o bezmiarze świata i ludzkim pyłku, a wreszcie samej istoty życia. Paraboliczny charakter tej poezji przyniesie czytelnikowi wiele przemyśleń, pozwoli autora zaaprobować i zidentyfikować z nimi własny pogląd na świat, na życie i jego wartość.
Sabina Skowron
Maraton, Piotr Saługa
Wydawnictwo Mamiko, Nowa Ruda 2001
Misteria gesto tkanej prozy
Od czasów Schulza chyba nikt nie zbliżył się literackim kunsztem, kulturą słowa do drohobyckiego mistrza w takim stopniu jak uczynił to Piotr Saługa - skromny pisarz z Jaworzna. Maestria. Słowa zaklęte w fantasmagorycznym wirze znaczeń, rozmnażające się w oszalałym pędzie, toczące się jak szalone - rytmicznie, z gracją. Melodia słów nie utyka, nie rwie się - mimo zmian tonacji, tempa, konwencji - stanowi doskonale wypracowaną konstrukcję, formę ujętą w przemyślaną kompozycję. Zapomniana alchemia prozy gęsto tkanej przywołana na kartach powieści rozbudza ukryty w nas głód piękna i cudowności.
Motywem przewodnim powieści jest poszukiwanie legendarnego diademu Bolesława Chrobrego, który przyciąga ludzi z różnych pobudek. W walce o jego posiadanie ścierają się siły Dobra i Zła. Korona jest najbardziej pożądanym przedmiotem, który doprowadzić ma do Tajemnicy. Jest relikwią, fetyszem, metaforą. W szalonej pogoni za enigmatycznym Palladium odnajdujemy zamysł autora: konstrukcja fabularna jest tylko pretekstem do drażniących pytań o cel wszelkich poszukiwań, jest zręcznym nośnikiem wielu manifestów: przeciwko nieczułemu systemowi indoktrynującemu ludzi, gaszącemu w zarodku wszelkie przejawy myślenia, nonkonformizmu. Autor, którego mimowolnie utożsamiamy z głównym bohaterem powieści, chce coś wykrzyczeć. Chce objawić swój sekret, ale nie szepcze go nam do ucha. To krzyk duszy, który odsłania próby ogarnięcia teorii spisku, który bezmózgimi mackami oplata nasz świat.
Powieść przenosi nas w inny wymiar: napuchły od metafizyki, amorficzny świat, w którym ludzie są tylko niewidocznymi konstrukcjami, na których rozpina się bogactwo przeżyć wewnętrznych. Kobiety w powieści - femme fatale - stanowią źródło udręk jak i fascynacji. Tajemniczy Mag towarzyszy bohaterowi w rozterkach - symbolizuje moc sprawczą, nadnaturalne siły, które wprowadzają chaos do naszego świata, bawiąc się losem bohatera Mararonu.
Nic nie jest jednoznaczne - wszystko poddane jest wątpliwości. Od początku pogrążenia się w lekturze Maratonu dotykamy Tajemnicy - mrocznej, niezbadanej - ona kokietuje nas przez wszystkie strony utworu, wciąga w stan fascynacji. Niebezpieczna książka - obcowanie z nią niszczy ład wewnętrzny. Wymusza na nas zrobienie remanentu idei.
Potężna piguła emocji i estetycznych uniesień.
Zalibarek
kwiecień 2002, Kraków
„Ja – przypadek, fantazja przyrody” – o „Maratonie” Piotra Saługi
Tytuł debiutanckiej powieści Piotra Saługi – „Maraton” – mógłby stać się jednocześnie metaforą sposobu jej odczytania, uciążliwego, a przecież nie pozbawionego satysfakcji przedzierania się przez kolejne warstwy tekstu.
Bo książkę czyta się trudno. Nie tylko ze względu na rozmaite ukryte aluzje literackie, nie tylko z powodu eksperymentów z czasem i przestrzenią – ostatecznie czytelnik powieści współczesnej dawno już do nich przywykł. Przyczyną, zwłaszcza w lekturze pierwszych kilkudziesięciu stron, jest język, wieloznaczny, operujący metaforami tworzącymi obrazy z pozoru tylko zwyczajnego świata. Co tu ukrywać, maniera stylistyczna może po prostu drażnić. Budowanie zdań wielokrotnie złożonych, o skomplikowanej składni, naszpikowanie tekstu terminologią z różnych dziedzin, irytujące epatowanie neologizmami – to tylko niektóre z utrudnień w lekturze. Kreowanie przestrzeni wizyjnej, fantastycznej, swoistego „pejzażu duszy”; subiektywny czas, rozciągający się lub kurczący w zależności od wagi wydarzeń w życiu bohatera, mierzony wspomnieniem i wyobrażeniem – tworzą kolejne bariery w odbiorze. Z drugiej strony, te same zabiegi autora mogą stać się przedmiotem fascynacji czytelnika, zmuszonego do bardzo uważnej lektury tekstu.
Skąd zatem moje głębokie przekonanie, że książkę Saługi przeczytać trzeba? I że – w ostatecznym rozrachunku – warto przezwyciężyć początkową niechęć, by się w tej powieści rozsmakować i odkryć, że wciąż jest możliwe pisanie o istocie rzeczy. A bunt przeciw światu, „w którym wszystko idzie na przemiał”, bunt przybierający różne formy, ale najczęściej narażający na śmieszność, jest ciągle aktualny.
Wszak bohater „Maratonu” to współczesny Don Kichot, naiwnie wznoszący miecz przeciw bylejakości dzisiejszego plastykowego świata; budzi tyleż współczucia (a może litości?) co podziwu, bo przecież – wiemy o tym niemal od początku – jest, mający umrzeć. Dla takich jak on nie ma miejsca w realnym życiu. Zwłaszcza że jak wzorcowy romantyk przeżywa „ból istnienia”, nie godząc się na świat jaki jest i próbując w wizjach sennych uchwycić istotę, metafizyczną tajemnicę istnienia. I jak mickiewiczowski Gustaw, pewien jest współuczestnictwa w tej podróży swojej ukochanej, bowiem ona – jeśli została mu przeznaczona od Boga – winna w miłości totalnej rozpoznać swoje drugie ja. Lecz kobieta, „boski diabeł”, choć podobna do romantycznego pierwowzoru (wrażliwa, krucha, delikatna, ale i egoistyczna), jawi się w powieści jako wcielenie perwersji. I nie zamierza w imię miłości rezygnować z własnej drogi poznania (skądinąd nieobcej romantykom!), poznania przez doświadczenie zła, upokorzenie i ofiarę. Nadając bohaterce imię Beatrycze, autor przypisuje jej rolę przewodniczki; nie po niebie, jak chciałby wierzyć narrator, lecz po realnym, pełnym bolesnych doświadczeń świecie. A przynajmniej taką rolę pragnie pełnić sama Beatrycze. W tym kontekście dopiero jej odejście staje się dla bohatera próbą ognia, bo dopiero wówczas może on odkryć prawdę o sobie, przekonać się, jaka jest rzeczywista siła jego buntu przeciw jałowości konsumpcyjnego życia. Ale to cierpienie prowadzi go niemal (?) do obłędu; podejmując próby wyjaśnienia sensu tej męki, dochodzi do interpretacji cierpienia jako „niezgłębionego wyroku Opatrzności”. To nie wyklucza poczucia wybrania, wyjątkowości – cierpienie staje się wtedy szansą świętości daną człowiekowi przez Boga.
Taka świadomość niesie ze sobą niebezpieczeństwo pychy, i jest ono całkiem realne. Zło bowiem, zdaje się twierdzić Saługa, tkwi immanentnie w ludzkiej naturze. I to nie w cielesności jako takiej. Seks może być grzeszny – wtedy gdy staje się jednym z rytuałów zbiorowego wtajemniczenia, ponieważ traktuje człowieka przedmiotowo, jako środek do osiągnięcia celu; ale oczywiście nic się w ten sposób nie odkryje, pogłębi się jeszcze poczucie niespełnienia, pustki, nienasycenia. Ten sam erotyzm jako wyraz miłości przestaje być perwersją, nawet kiedy przybiera formy najbardziej wyszukane. Truizm? Zapewne. A jednak – paradoksalnie – ukazany w „Maratonie” w obrazach ekstremalnych, nabiera nieoczekiwanie życiowej wiarygodności.
Kim jest więc naprawdę narrator i bohater „Maratonu”? Studentem, który z nadmiaru czasu tworzy w sobie świat niepojmowalny dla innych; nadwrażliwcem, który wpuszcza do niego kobietę swego życia, naiwnie sądząc, że miłość pozwoli jej poruszać się w nim jak u siebie, co więcej, współtworzyć go? Artystą, który jak Konrad przypisuje sobie misję zbawienia świata? Gustawem, odtwarzającym w obłędnym cyklu przemian swoje cierpienie, by ostatecznie mocą wyroku milczącego Boga zostać uwolnionym i usprawiedliwionym? Współczesnym, wątpiącym i rozpaczliwie szukającym śladów Boga chrześcijaninem, który wyrósłszy z dziecinnej wiary nieustannie czeka Jego odpowiedzi? Schizofrenikiem przeżywającym lepsze i gorsze stadia choroby? Skrzywdzonym dzieckiem, na próżno uciekającym przed złem świata w bezpieczne ramiona matki?
Podstawowe pytania dręczące bohatera – o sens, o istotę bytu, tęsknota do odkrycia Prawdy muszą oczywiście pozostać bez odpowiedzi. Bezkompromisowość romantycznej niezgody na świat realny w imię wyobrażenia o idealnym zawsze prowadzi do klęski. Ale moment, w którym to następuje, jest jednocześnie wyzwoleniem od męki. Aby nie zdradzić zakończenia powieści, powiem tylko, że dojście na szczyt (dosłowne i metaforyczne) w poszukiwaniu zaginionej korony Bolesława Chrobrego mającej zbawić świat – to wypełnienie i równoczesne zaprzepaszczenie powołania bohatera.
Na koniec niech mi będzie wolno zacytować fragment książki. Obraz przyrody „kraju lat dziecinnych” przefiltrowany przez świadomość dorosłego, zapamiętany i odtworzony z malarską wprost dokładnością, przypomina najlepsze strony prozy Schulza. To dla takich opisów, pozwalających wierzyć, że w każdym z nas kryje się wrażliwość dziecka, warto przeczytać powieść Piotra Saługi.
„Z głębi pamięci wydobywam tamten dech przyrody – głuchy jałowiec, splątany nicią babiego lata, płonie tysiącami świeczników; idę – leniwe mgły wiążą, pętają stopy, mokre poranną rosą... W oddali, tam, w kącie ogrodu, wśród popielatych sztachet płotu, sterczą wychudłe, zdrewniałe tyczki słoneczników. – Ach, świetliści utracjusze, lekkoduchy ogniste! – pamiętacie wyniosłość waszą marną, zarozumiałość próżną, gdy w pełni blasku kwitłyście w promieniach letniego słońca? Dokądże zaprowadziły was pycha z zadufaniem, dokądże? Nikt się już do was nie uśmiechnie, nie pomyli ze słońcem...
Nostalgia maluje w pamięci tamtą jesień... Wierzby wystawały kikutami z kurzu brązowo pomarańczowych pól, wiatr-hulaka pędził chorągwie zwiędłych liści wzdłuż lipowych alei – te biegły, nieprzytomne, ścigane płomieniami ofiarnych stosów; inne, mokre, tliły się ostatkami minionej młodości niczym my – zagubione postacie, zdradzane szelestem ścieżki...Jesień powrotem kalendarza – głodne czekanie zimowych rozpaczy; milknący skowronek, gruba kurtka zimnym popołudniem, czerwone nosy po niedzielnym spacerze...”
"Pierwsza recenzja Agnieszki"
Niedawno zaproponowano mi napisanie recenzji. Było to
dla mnie wyzwanie, gdyż nigdy nie pisałam recenzji, którą
miałoby przeczytać więcej niż jedna osoba. Poza tym jest mi
ciężko się za to zabrać, gdyż trudno oceniać czyjeś dzieło, gdy
nigdy nie próbowało się napisać czegoś własnego. Tym bardziej
podziwiam osoby, które się na to zdecydowały. W treści
powieści Arkadiusza Sanna zawarte są doświadczenia i
spostrzeżenia autora z jego pobytu w Holandii. Książka
przedstawia nam obraz człowieka walczącego o siebie i o lepsze
jutro. Człowieka, który musi się odnaleźć w ciężkich realiach
współczesności i ciężkich prawach, które rządzą tym światem. W
końcu jest to przede wszystkim, książka o przymierzu człowieka z
Bogiem, o wierze, która jest tak bardzo nam istotom ludzkim
potrzebna. Książka "Exodus" stanowi miłą lekturę na wakacyjne
popołudnie, a ponadto porusza istotne problemy, jakie nękają
człowieka. Rafała, głównego bohatera powieści, poznajemy jako
bezdomnego koczującego w najrozmaitszych miejscach. Bytuje tak z
dnia na dzień żebrząc, buszując w koszach na śmieci w
poszukiwaniu smakowitych resztek. Punktem zwrotnym w jego życiu
okazuje się spotkanie tajemniczego Michała, który jak się
okazuje na końcu jest jakby "nieziemski". To spotkanie odmienia życie
naszego bohatera. Uwierzył w Boga, zawarł z nim swoistego
rodzaju przymierze, a Biblię zaczął traktować jako najpewniejszy
drogowskaz. Od tej pory jego życie się zmienia. Wyjeżdża za
granicę, staje się bohaterem, znajduje pracę, zaczyna
egzystencję na poziomie, odnajduje miłość swego życia, wraca do kraju po dzieci
i przeprowadza się tam na stałe zakładając sierociniec. Cud. Tak
pokrótce przedstawia się historia Rafała. Jednakże oprócz treści
są problemy, które gnębią ludzkość przynajmniej od kilku wieków-
poznanie samego siebie, odnalezienie celu i wartości, którymi
będzie się kierował. Powieść Arkadiusza Sanna zwraca nam uwagę na rzeczy, które
mamy przed oczami, ale tak naprawdę ich nie zauważamy. Są one tym
co w życiu powinno być najważniejsze i czym powinniśmy się w
nim kierować - to wartości uniwersalne i najcenniejsze- wiara,
miłość i miłosierdzie. Takimi wartościami, po spotkaniu z
Michałem, kierował się Rafał. To niewiarygodne jak zaufał on
Bogu. Oddał się w Jego opiekę i stał się wierny Jego słowom-
Biblii. Właśnie problem wiary bardzo mnie poruszył. Książka ta
przypomniała mi o Bogu. Mój stosunek do religii jest trochę
mieszany, a tu mamy do czynienia z biednym, brudnym i obdartym
włóczęgą, który składa swe życie Bogu. Ufa mu, chociaż jest w
nieciekawej sytuacji. Potrafi się zdobyć na zwrócenie się do
niego. A co ciekawsze i budujące, po wydostaniu się ze społecznego
dołka nie przestaje kierować się Słowem Bożym, ale dzieli się
tym co zdobył z potrzebującymi. Jest to takie
dobre, że aż trudno w to uwierzyć. Gdyby było na tym świecie
więcej takich ludzi, którzy potrafią zdobyć się na tak wiele dla
innych. Może to, że tak dużo przeżył nauczyło naszego bohatera
większej wrażliwości na problemy innych potrzebujących. Jednakże
tym bardziej ci, którym w życiu się udało powinni podzielić się
z innymi, spróbować pomóc. Właśnie miłość i miłosierdzie są tak
gloryfikowane w powieści Arkadiusza Sanna.
W "Exodusie" podoba mi się to, jak autor wiernie oddał
rzeczywistość, która go otaczała i otacza. W książce widać
obserwacje, jakie poczynił autor podczas swej podróży i pobytu
za granicą. Opis nowej sytuacji, w której się znalazł bohater
powieści, są wnikliwe i oddają zarówno zachowania Rafała, jego
odczucia, jak się odnajduje w nowej rzeczywistości oraz to jak
odbierają go nowi znajomi-cudzoziemcy. Na obczyźnie znajduje
zrozumienie dla problemów ojczyzny, uczy się doceniać to co jej
zawdzięcza. Dlatego później wraca do niej i próbuje coś zrobić
dla ludzi, którzy w niej mieszkają. Polecam powieść "Exodus" autorstwa Arkadiusza Sanna
wszystkim, którzy lubią czytać i chcą poznać niesamowitą historię
Rafała.
„Exodus” Arkadiusza Sanna signum temporis ostatniej dekady XX w.
Arkadiusz Sann – współczesny pisarz polski – rozpoczął swoją twórczość od małych form literackich: reportaży i opowiadań. Odniósłszy sukcesy w tym zakresie, z powodzeniem zaczął pisać powieści. „Exodus” wydany w Nowej Rudzie, w oficynie „Mamiko” jest drugą z kolei epicką formą większych rozmiarów Arkadiusza Sanna.
Termin stanowiący tytuł utworu wywodzi się z antycznej kultury greckiej. W klasycznej tragedii „exodus” to ostatnia pieśń chóru, po której występowało zejście aktorów ze sceny („orchestry”). Exodus – rzeczownik wywodzący się z języka Homera i Eurypidesa
- oznaczał w greckiej wersji „Pisma Świętego” – „wyjście” – tytuł księgi Mojżesza opisującej wyjście Żydów z Egiptu. Wreszcie bardziej współczesne znaczenie tego terminu dotyczy emigracji, opuszczenia przez kogoś własnego kraju. W odniesieniu do treści książki Arkadiusza Sanna tytuł „Exodus” łączy w sobie dwa ostatnie znaczenia: wyjście Mojżesza i jego ludu z Egiptu i wędrówka do ziemi Kanaan – w sensie metaforycznym oraz opuszczenie Polski przez głównego bohatera i jego ośmioletni pobyt na emigracji w Holandii – w sensie dosłownym. Pobyt Rafała Geluka w krainie wiatraków i tulipanów, w jego drugiej ojczyźnie, której zawdzięcza odrodzenie intelektualne, psychiczne i materialne, jest rysem autobiograficznym. Autor powieści również przebywał 8 lat w Holandii i zadedykował utwór „ polskim i holenderskim przyjaciołom”.
„Exodus” ma literacki kształt pamiętnika. Główny bohater Rafał jest jednocześnie narratorem całości. Relacjonuje w niej własny los od skrajnego upadku i utraty rodziny, ciężkiego pobicia, nędzy, strachem przed bandytami, bezdomności, żebractwa i żywieniem się resztkami ze śmietnika, poprzez wędrówkę na zachód za lotem sokoła przez Niemcy, do Holandii, aż do pracy i nauki w obcym mu dotąd kraju i powrotu do Polski jako człowieka wykształconego i zamożnego, zdolnego do wybaczania krzywd i poświęcenia się najbardziej potrzebującym pomocy dzieciom z domu dziecka, który ma ulec likwidacji. Jego życie zatoczyło ogromny krąg, uwieńczony szczęściem osobistym i poczuciem dobrze wypełnionych obowiązków wobec słabych i biednych .
Interesująca akcja powieści jest wprawdzie fikcją literacką, ale liczne fragmenty utworu zawierają w sobie tak wyraźną siłę subiektywizmu i psychologicznej głębi, że czytelnik ma wrażenie obcowania z człowiekiem, który opisuje własne doznania i przeżycia.
Pamiętnikarskie zacięcie narratora jest zróżnicowane w poszczególnych partiach utworu.
Dominują fragmenty o głębokim przeżyciu wewnętrznym bohatera i ekspresji wyrażającej się w jego postępowaniu. Zdarzają się jednak rozdziały słabsze, powierzchownie szkicujące zdarzenie z życia narratora- bohatera. Sugeruje to obawę autora, by nie uczynić książki „przegadanym” tomem, który mógłby znużyć czytelnika.
Powieść – pamiętnik Arkadiusz Sanna ujmuje człowieczy los jako egzystencję podporządkowaną transcendencji, zdeterminowaną boskim przeznaczeniem. Współczesny czytelnik może to odebrać jako chrześcijańską formę antycznego fatum. „Exodus” przesiąknięty na wskroś mistyką. Każdy rozdział utworu poprzedza cytat z „Biblii” stanowiący etyczne motto zawartej w nim treści. Bohater nigdy nie rozstaje się z egzemplarzem „Pisma Świętego”, które przeczytał kilkakrotnie i do którego sięga w trudnych chwilach, szukając w nim pocieszenia, wskazówki, porady. Otwierając księgę na dowolnej stronie, zawsze znajduje słowa otuchy, imperatywu moralnego, drogowskazu. Klamrę kompozycyjną mistycznej warstwy utworu tworzą dwa spotkania z Chrystusem, które przeżył Rafał. Nie wiedział i nie rozumiał przy pierwszym objawieniu, że stał się wybrańcem Boga i doświadczył cudu wysłuchania Jego rady na dalsze lata życia. Z czasem zrozumiał istotę spotkania i w swojej trudnej egzystencji kierował się moralnym nakazem: pomóż innym,
a sam doświadczysz pomocy. Spotkanie z Bogiem zamykającej powieść jest już wyraźnie uświadamiane przez bohatera, ale dopiero po zakończeniu objawienia. To niewidzialny ksiądz z mrocznej głębi konfesjonału powiedział do niego po spowiedzi: „Napisz to wszystko”.
„Exodus” Arkadiusza Sanna to książka stanowiąca literacki znak schyłku XX wieku.
Realia dotykają żywej materii przemian zachodzących w Polsce w latach 90-tych i towarzyszących im niekorzystnych zjawisk socjologicznych i moralnych.: skłócenia Polaków, poszerzania się strefy ludzkiej biedy, narodzin i rozwoju bezwzględnej przestępczości, rozszerzania się bezdomności, staczania się ludzi – często bez ich winy – na samo dno nędzy i rozpaczy. Książka pokazuje także liczne kontrasty pomiędzy życiem społeczeństwa w Holandii i w Polsce oraz zmiany na lepsze, które zaszły w Polsce po powrocie bohatera z emigracji.
Tułacze, emigracyjne losy bohatera – narratora dowodzą, że z najgłębszego upadku człowiek może się podźwignąć, gdy świadczy dobro innym, gdy kieruje się silną wolą i dąży do moralnego i intelektualnego rozwoju. „Exodus” to książka o zwycięstwie dobra nad złem, miłości nad nienawiścią, szczodrości nad chciwością. To także książka o duchowej więzi człowieka z Bogiem i o postępowaniu zgodnym z uniwersalnymi zasadami etyki. Ze względów poznawczych i etycznych jest warta przeczytania. Życzę Państwu przyjemnej i owocnej lektury.
Sabina Skowron
ANIOŁY NIE UMIERAJĄ NA RAKA
Niemal dokładnie w dwunastą Wigilię legendarnego, I Najazdu Poetów na Zamek Piastów Śląskich w Brzegu, 11 grudnia 2002 roku, przyjechała do Brzegu książka, która zarazem zdaje się być podsumowaniem i otwarciem pewnego etapu w duchowym życiu naszej lokalnej społeczności. Prosto z drukarni w Nowej Rudzie przyjechał Tomasz Zacharewicz, od kilku lat lokalny reporter Radia Opole, związany ze Stowarzyszeniem Żywych Poetów od początku jego istnienia, a samochód jego wypełniały egzemplarze poetyckiego debiutu – „Anioły nie umierają na raka”.
Niezależnie od jednostkowych wartości, książka ta jest podsumowaniem i początkiem zarazem. Podsumowaniem, gdyż kończy pewien etap zbiorowego życia Stowarzyszenia Żywych poetów, początkiem, bo istnieją przesłanki do tego by przypuszczać, że otwiera serię indywidualnych dokonań dojrzewającej młodzieży ze Stowarzyszenia. Do tej pory bowiem, indywidualnymi dokonaniami mógł się poszczycić jedynie Ojciec Założyciel – Janusz Wójcik, z tym, że jego książki powstawały jakby autonomicznie, w chwili gdy zakładał Stowarzyszenie i na wstępnym etapie kierował działalnością grupy – dysponował już materiałem tworzonym samodzielnie, trudno zatem powiedzieć aby jego twórczość powstawała w obrębie grupy. Była z góry bytem samoistnym, osobistym i oddzielnym. Tomasz Zacharewicz jest pierwszym autorem, który od początków swojej twórczej drogi z grupą był związany, jego wiersze tworzyły się w tym kręgu ludzi i spraw, od źródeł. Oczywiście powyższa uwaga dotyczy wyłącznie pozaliterackich okoliczności powstawania utworów, jest refleksją bardziej z zakresu mikrosocjologii literatury,
i niewiele mówi o samych wierszach, gdyż te, niezależnie od wszelkich okoliczności, mają zakotwiczenie w autorze. Są obrazem wytwarzanym przez prywatną soczewkę jaką patrzy na świat i samego siebie w tym świecie. Dla mnie, jako „człowieka-lepiszcza”, którym starałem się być przez ostatnich kilka lat dla Stowarzyszenia, książka Tomka Zacharewicza jest znakiem nieuniknionego czasu, kiedy obok silnej więzi grupowej, pojawiają się zjawiska osobne i samoistne, kiedy grupa zaczyna wytwarzać indywidualności, co zresztą nie musi wcale tej małej społeczności szkodzić. Wręcz przeciwnie, wierzę, że ja wzbogaca.
Tomek na swój debiut pracował 11 lat. W czasie gdy w najmłodszej poezji zapanowało rozprzężenie, brak spójności estetycznej, gdy rozgdakała się rozmaitymi głosami, gdy polifonia momentami zaczęła się osuwać w bezmiar chaosu, Tomek Zacharewicz uparcie drążył słowo w samotności, mając w poważaniu – nieważne
z jakich powodów – zmieniające się modne dykcje. Jest zatem w tych wierszach coś ze szlachetnej odrębności a jeżeli szukać jakichkolwiek odniesień, czy literackich inspiracji, to okażą się one leżeć daleko od bieżących sporów i dylematów najmłodszej polskiej liryki. Byłem współredaktorem tego tomu, zatem trudno moje pisanie nazwać obiektywnym. Nie tylko bowiem poczuwam się do współsprawstwa w powstaniu tej książki, ale też byłem obecny przy powstaniu większości tych tekstów. Znając autora, chciałem poprzez ich układ i wzajemną korespondencję, opowiedzieć pewna historię, która po części być może jest historią autora, ale czytelnik może odnajdzie w niej także fragment swojej opowieści.
W pierwszych wierszach pobrzękuje echo fascynacji symboliką neoklasyczną, śródziemnomorską, chociaż od razu znajdą się przełamania osobistym, emocjonalnym rytmem. To opowieść człowieka, który z tym dziedzictwem się zmaga, i ostatecznie chyba się w nim nie odnajduje, nie dociera do zadawalających odpowiedzi, bowiem jego sercu daleki jest podszyty intelektem stoicyzm czy cynizm. Wyrusza w świat, jak w ludowych baśniach, pakując swój skromny wieśniaczy tobołek, szukać wody życia, sensu, czegoś co uspokoi trzepot skrzydeł, bęben serca, zdejmie kataraktę z oczu ślepego Cezara (por. jeden z najlepszych tekstów „Sen Imperatora” str. 12), uratuje od utonięcia w tłumie (podobnie dobry wiersz „Ikar 1997” str. 16). Pierwsza część tomu to zarazem credo i księga wyjścia. To co następuje potem, to kronika nieuchronnie jałowego błąkania się po miastach (mieście?), docieranie do granic tzw. bez-nadziei („jeszcze trochę o tzw. bez-nadziei” str.35). Wszelkie wizje przystani zdają się być tylko zjawami, pozostają zimne ulice nocą, bezdomne psy, znaczniki upływającego czasu. Może nawet znaki czasu przelatującego przez palce. Wreszcie dochodzi do ostatecznego muru. Stany bliskie śmierci, chociaż nie tej dosłownej, bardziej metaforycznej, użytej na opisanie momentów, kiedy coś odchodzi w przeszłość, i wiadomo że nigdy nie powróci, że pojawia się w życiu absolutna nieodwracalność. Motyw śmierci, nie jest odnoszony bezpośrednio do podmiotu wierszy, jest wobec nich zewnętrzny, ginie owad (str.36), snute są plany zamordowania konia (str.37), obserwuje się trupy (str.39), ustala się wymogi, które trzeba spełnić przed zejściem z tego świata (str.38). Śmierć zatem jest projektowana na zewnątrz, przez co unika się w tekście, tak drażniącej u młodych poetów dosłowności, pretensjonalnego i neurotycznego naśladowania gestów tragicznych postaci literackiego panteonu.
Opanowanie chaosu, potwora entropii pożerającego wszystko co widzialne, doprowadza wyimaginowanego bohatera do reintegracji. Chciałoby się powiedzieć, że powraca do punktu wyjścia, do miejsc najbliższych, odnajduje drobne, a przecież ważne kotwice, punkty zaczepienia w rzeczywistości. Bo pojawia się Ona, a zatem fundament własnego domu, pojawia się córeczka Julia, i kto wie, może wśród koncertu, jakim rozbrzmiewa wspomnienie dzieciństwa:
„... wśród jabłoni
leszczyn
modrzewi
jabłka, orzechy, szyszki
wędrują w dół
w dal
w paprocie...”
(str. 52)
... może tam właśnie zbuduje się jakiś prywatny szaniec ciepła, płytki, ale wystarczający okop, naprzeciw „złu dobrego świata”, kto wie, może kiedyś znowu stanie tam gliniana stodoła od której wspomnienia zaczyna się ta historia?
Wspomniałem, że inspiracje tych wierszy to poboczny nurt w polskiej literaturze. To dążenie do melodyki i rytmizacji, chociaż z zaniechaniem rymów i zestaw rekwizytów wykorzystywanych swego czasu przez zapomnianego trochę Tadeusza Nowaka, to atmosfera przywodząca, nie wiem na ile słuszne – skojarzenia z „magicznym realizmem” spod znaku wielkich pisarzy iberoamerykańskich (Borges, Marquez, Llosa i – czy mnie wzrok nie myli? – Coehlo?). Niemożność, być może szlachetna, oderwania się od korzeni, od ziemi, która współtworzy wyobraźnię, czyni z tomu Tomka Zacharewicza, propozycję na pewno osobną. Nie wiem czy unikalną. Wiele wierszy wydawało mi się jeszcze naderwanych, temperament autora nie pozwalał ich doszlifować do końca, nadać im ostatecznego blasku, pozostawiając zamaszystość spontanicznego aktu. Pozostawiałem je, bo wydawały mi się dobrze dopełniać całości narracji jaką próbowałem w tych wierszach znaleźć, wydobyć na światło dzienne, nierzadko wbrew chronologii, bowiem te 11 lat pisania zostało gruntownie przemieszane.
Pozostaje pytanie o to co dalej, gdzie poprowadzą autora tego tomu ścieżki wrażliwości i krewkiego spontanicznego aktu twórczego. Mam przeczucie, że ten sposób pisania pozostawia wiele możliwych dróg rozwoju. Jedna uwaga na drogę – skoro się już dojrzało, czas na utwory o innym ciężarze, innej mocy. Przy zachowaniu wszystkich dobrych cech tego co zostało napisane do tej pory, trzeba chyba cały czas dążyć do radykalnych odnowień języka. Droga opisana w tomie, nie jest bowiem drogą po okręgu, ale – w moim odczuciu - po spirali, zatem wraca się do tego samego punktu, aczkolwiek w widzianego z innej, szerszej, perspektywy.
Zatem ciąg dalszy nastąpi, a mnie pozostaje autorowi życzyć więcej wytrwałości w przebijaniu się do szerszej czytelniczej świadomości, męstwa i otwarcia na konfrontację, co zdaje się do tej pory zaniedbywał z niewiadomych względów, mając ku temu wszelkie predyspozycje. Debiut jest ku temu doskonałym pretekstem.
Życzę także małostkowo (bom współredaktor) szczęścia samej książce, żeby nie przepadła w powodzi niskonakładowych tomików wydawanych we wszystkich zakątkach jednego z najbardziej żywotnych targowisk poezji w Europie – Polsce.
Radosław Siekierezada Wiśniewski
(Tomasz Zacharewicz, „Anioły nie umierają na raka”, wydawnictwo „Mamiko”, Nowa Ruda 2003
WIERSZE ZZA WĘGŁA
(Szkic inter-subiektywny)
1.
„Pan Józek z kiosku przy dworcu: Te, czytałeś Zacharewicza?
Radosław Wiśniewski: Pewnie Panie Józku, czytałem, czytałem, nawet...
Pan Józek: ...Ech, kurna, ja tak zacząłem czytać, bo mecz był nudny w telewizji
Radosław Wiśniewski: ... No i, no i...
Pan Józek z kiosku przy dworcu: ... No i wciągnęło mnie tak, że przeczytałem całe, od deski do deski
(milczenie)
Pan Józek: A rozumisz te jego wiersze
Radosław Wiśniewski: Pewnie
Pan Józek: Ech... kurna, ja to z połowy nie łapię, ale niektóre tam fajne takie ma, no mówię Ci, meczu nie obejrzałem a przeczytałem”
(nieautoryzowany stenogram rozmowy autora tego tekstu z Panem Józkiem co ma kiosk przy dworcu z dnia 16 grudnia 2002 roku)
2.
To podejrzane pisać o wierszach, gdy ich autora zna się dobrze, ba – gdy się z nim jedna ławę szkolną dzieliło, gdy się wspólnie przeżywało pierwsze olśnienia i upojenia możliwościami słowa pisanego. Oddzielenie obserwatora od przedmiotu obserwowanego zdaje się być wówczas iluzoryczne, subiektywizm – który jest podobno wrogiem w takich wypadkach - pewny i bezdyskusyjny. Żeby obrazu dopełnić – przyznaję się bez bicia, że zostałem przez autora książki poproszony o redakcję całości i nastawiony byłem w tym procesie, w ramach którego w sposób nieunikniony pewne teksty musiały ulec - na ocalanie. Wszystko zatem co napiszę poniżej może być użyte przeciwko mnie jako krytykowi. Chciałbym jednak aby to co napiszę, zostało raczej uznane za list do ewentualnego czytelnika książki Tomasza Zacharewicza „Anioły nie umierają na raka”, bo o niej będzie mowa, a nie za recenzję. Wyznanie akuszera, a nie koronera. Przyznaję, istnieją względy osobiste dla których książka Tomka jest dla mnie zdarzeniem szczególnym. Jest to bowiem pierwszy indywidualny głos, który wychodzi w świat z grupy, którą obaj współtworzyliśmy i współtworzymy nadal – Stowarzyszenia Żywych Poetów z Brzegu. Proszę mi wybaczyć, ale dla mnie historia tych wierszy, wyrasta z konkretnego miejsca na ziemi.
3.
Poetycka dykcja Zacharewicza wybrzmiewa bardzo obok tego, co się uznaje w młodej poezji za modne. Nie umiem wprawdzie powiedzieć czy to głos wybitny, na pewno jest mi bliski i na pewno jest bardzo osobny. Osobność sama w sobie nie daje jeszcze rękojmi jakości, chociaż wydaje się, że znacznie zwiększa prawdopodobieństwo. Bliskość jakiej doświadczam czytając tom, któremu starałem się pomóc w powstaniu zasadza się na dwóch planach. Pierwszy obejmuje wspólnotę osobistych doświadczeń. Byłem przy narodzinach wierszy, często byłem ich pierwszym czytelnikiem lub słuchaczem („stary, napisałem coś to ci przeczytam”), co, z drugiej strony, znacznie zawęża mój interpretacyjny horyzont. Drugi plan – to język, raczej odległy od tego do czego przywykłem czytując debiuty ostatnich lat, a zarazem powstający zaraz obok. Tomek stosuje daleko posuniętą redukcję metaforyki do kilku motywów, jego świat poetycki jest pełen konkretu, imion i dźwięków. Wzrastając poza miastem być może instynktownie pochwycił naturalność melodii języka, może rodzice, dziadkowie wpoili mu kresową śpiewność mowy? Nie są to wprawdzie wiersze zdatne do śpiewania, wreslibrowa forma i rwany jakby od niechcenia wers, każe odrzucić taką możliwość, a jednak swoisty rytm i melodyka wybłyskuje – jak mi się zdaje – w sposób nieunikniony raz po raz.
4.
Mam cichą nadzieję, że udało mi się coś wydobyć więcej z rozlicznych, ocalonych w selekcji, czasem pisanych jakby dyszkantem, zbitek wyrazowych, kolumienek wierszy. Układając wiersze, chodząc po nich w nocy, gdy leżały bezbronnie rozrzucone na podłodze pokoju, próbowałem odtworzyć archetypową historię człowieka, który otrzymuje wezwanie do przygody, do wyjścia poza opłotki dobrze znanego świata. Podejmuje wyzwanie, przechodzi bądź nie kolejne próby, by odkryć ze zdumieniem po długiej podróży, że wraca do punktu wyjścia i że nie tyle świat się zmienił, ale on jest inny. Czy pełniejszy? Nie sądzę. Jest w tych wierszach – a widzę to dopiero teraz, gdy oczekiwana od lat książka ciałem się stała – nienasycenie, którego nie zaspokoi zmiana dekoracji. Głód czegoś trwałego, chociażby jak ziemia, sad za glinianą stodołą, kurs wykreślony ręką sternika na mapie, czegoś czym można by odeprzeć fundamentalna bezdomność, bezsens, pustkę. I chociaż ostatecznie odnajdują się jakieś kotwice trzymające podmiot, niby to ułatwiające identyfikację, samookreślenie – to zwróćmy uwagę co autor obiecuje córce Julii? Gdy wczytać się w wiersze zamykające tom - wstawione tam przeze mnie zupełnie instynktownie, na podstawie intuicji, zmysłu wewnętrznego słuchu – okazuje się, że tam jest tylko obietnica dalszej drogi, rozwiera się przestrzeń do odkrycia, nazwania na nowo. Z pozoru zatem historia zatacza koło, ale tak naprawdę podróż się nie kończy. Samemu zwiedziwszy trzewia miast (nawracające w pewnym momencie motywy ulic, nocy, bezdomności w barwach chłodnych, tonacji pastelowej osadzonej w zimowym, jak można mniemać, pejzażu), doświadczywszy przemijania (przemijalność i nieodwracalność w którymś momencie doprowadza do metaforyki śmiercią podszytej), rozpadu naiwnej symboliki (wiersze wyjścia, w których spada Ikar, Krzyż i łatwo się potknąć na przystanku do nieba kończącym się krawężnikiem) – nie ma się wiele do ofiarowania nowemu bytowi, rodzącemu się światu, malutkiemu jak piąstka dziecka czy biblijne ziarno gorczycy. Obietnica dotyczy tylko tego, że w którymś momencie wypuści się pisklę z dłoni i da mu odlecieć.
5.
Niedawno napisałem, że metafora literatury jako zbioru listów bez wyraźnie opisanego adresata jest mi bliska. Powiadam, nie umiem wysilić się na obiektywność i chyba nikogo, kto czyta te słowa, to nie dziwi. Mam wiele obaw o to czy ten język nie popadnie w hermetyzm, nie zacznie pożerać własnego ogona, czy znajdzie odbiorcę. Wydaje mi się jednak, że książka Zacharewicza spełnia postulat, nazwijmy go – epistolograficzny. Jest w niej rodzaj intymności, która nie zatruwa ust niesmakiem, wyznania, które jest zaproszeniem do wspólnej podróży. Nie w obiektywności tkwi ewentualna siła przekazu wierszy z tomu, na który autor pracował 11 lat. Tutaj najważniejszy jest osobisty ton wyznania, ton listu, który nie ma do siebie przekonywać krytyki, ale opowiedzieć komuś w cztery oczy swoją historię, z której niech sobie weźmie czytelnik co chce. Zapewne nigdy nie zobaczymy Tomasza Zacharewicza na rozdaniu kolejnej edycji Paszportów „Polityki”, ale też nie ulega mojej wątpliwości, że wielu laureatów tej szacownej nagrody nigdy nie zdobędzie uznania Pana Józka co ma kiosk przy dworcu w naszym miasteczku. I nie chodzi tutaj o umniejszanie kogokolwiek. Dobra literatura, jest listem którego pewne wątki i figury retoryczne powinny być czytelne dla odbiorcy. Otwartym pytaniem jest do kogo się adresuje tekst, bo osoba adresata nie jest bez znaczenia, jeżeli nadaje się swojej twórczości wymiar publiczny, a książka jest zdarzeniem publicznym. Adresatem wierszy pomieszczonych w tomie „Anioły nie umierają na raka” będą zapewne ci którzy oczekują znowu poezji towarzyszącej człowiekowi, literatury, która wierzy w swoje posłannictwo bycia przyjacielem, rękojmią porozumienia międzyludzkim co do spraw najprostszych i podstawowych. Znajda się w niej ci, którzy są zmęczeni udawaniem przez młodych autorów kogoś innego, przybieraniem póz i ubieraniem masek. Wiem, że książce, jeżeli w ogóle zostanie zauważona, dostanie się za brak olśnień, rewelatorstwa frazeologicznego, ktoś może wytropi kilka niezbyt udanych metafor, ugryzie autora za używanie wsobnych akcentów. Kilka słabszych wierszy, przyznaję to, pozostawiłem dla dopełnienia narracji, korespondencji międzytekstowej, tak, by książka broniła się nie tylko jak zbiór udatnych dziełek, ale także jako całościowe świadectwo egzystencji. Może nie oryginalnej, takiej jakich wiele, ale przecież swoistej i szczerej, z sercem na ręku. To pewnie nie przypadnie do gustu licznym krytykom przyzwyczajonym do gier intertekstualnych, formalnej finezji. Ale to już nie jest ani moja sprawa, ani autora. Niech się dzieje wola Słowa.
Radosław Wiśniewski
(Tomasz Zacharewicz, „Anioły nie umierają na raka”, wydawnictwo „Mamiko”, Nowa Ruda 2003)
Marianna - księżniczka marmurów
Przedsięwzięcia przeprowadzone w latach 2002/2003
w ramach projektu realizowanego przez trzy strońskie szkoły:
Szkołę Podstawową im. Bohaterów Westerplatte
Gimnazjum im. Marianny Orańskiej
Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych
przy wsparciu finansowym
Funduszu Lokalnego Masywu Śnieżnika
Opracowała
Iwona Matuszkiewicz
koordynator programu
Publikacja sfinansowana przez
Fundusz Lokalny Masywu Śnieżnika
Wykorzystano materiały przygotowane przez:
Konrada Bednarczuka
Jolantę Bogiel
Waldemara Buczkowskiego
Dorotę Jezierską
Karola Maliszewskiego
Adriana Młynarczyka
Monikę Ostrowską
Artura Prucnala
Grażynę Rojek
Henryka Romanowa
Krzysztofa Szpaka
Małgorzatę Urbaniak
Redakcja
Antoni Matuszkiewicz
Wstęp
Wszystko zaczęło się na początku czerwca 2002 r. w Wilkanowie. Wtedy to grupa nauczycieli z gmin objętych działaniem Funduszu Lokalnego Masywu Śnieżnika wzięła udział w warsztatach szkoleniowych organizowanych przez Democracy Education Exchange Program. Tam zrodził się pomysł, aby napisać projekt „Marianna – księżniczka marmurów”.
O sukcesie zadecydowała nasza determinacja. Czas był nie najlepszy – zaczynały się wakacje, a nam, po całym roku szkolnych zmagań, nie w głowie było myśleć o takim przedsięwzięciu. Dlatego po pierwszym spotkaniu organizacyjnym zapadła decyzja – nie piszemy i radośnie rozbiegliśmy się do domów na tak upragnione wakacje!
Sprawa projektu miała jednak jeszcze powrócić. Pod koniec czerwca odbyło się spotkanie informacyjne z panią Dorotą Komornicką – prezesem FLMŚ, na temat programu „Działaj lokalnie”. Właśnie w trakcie tego spotkania zdecydowałam się przejąć inicjatywę i jako koordynator przedsięwzięcia prosić sześcioosobową „grupę wilkanowską” o pomoc. Udało się! Pod koniec sierpnia dowiedzieliśmy się, że przyznano nam dotację i tak zaczęła się trwająca ponad pięć miesięcy przygoda z „Marianną”.
Idea projektu była bardzo ambitna. Chcieliśmy połączyć siły trzech strońskich szkół -podstawowej, gimnazjalnej i ponadgimnazjalnej - do pracy nad popularyzacją bogactwa naturalnego naszej okolicy, jakim jest marmur. Zaplanowaliśmy szereg działań mających charakter integracyjny: warsztaty szkolne i pozaszkolne, wycieczki, spotkania z wybitnymi postaciami naszego regionu, konkursy, wystawy, zajęcia sportowe itp. Wstępne prognozy zakładały, że uda nam się zaangażować dziesięciu nauczycieli i stu uczniów. Jakież było nasze zdumienie i radość na koniec, kiedy okazało się, że trzeba wydrukować ponad trzydzieści podziękowań za współpracę i ponad czterdzieści dyplomów dla samych tylko laureatów i wyróżnionych w czterech ogłoszonych w ramach projektu konkursach! W sumie we wszystkich działaniach ujętych w harmonogramie projektu wzięło udział około 650 osób spośród dzieci i młodzieży trzech strońskich szkół!
Niniejsza publikacja ma na celu zaprezentowanie wybranej dokumentacji dostarczonej przez realizatorów projektu, ukazanie zakresu naszych wspólnych działań oraz ich rezultatów. Za kryterium porządkujące kształt broszury przyjęliśmy formy pracy z uczestnikami projektu. Tak więc, można w niej znaleźć informacje na temat warsztatów, spotkań, wycieczek, konkursów , wystaw i innych działań przeprowadzonych w ramach zaplanowanego wcześniej harmonogramu.
Ze względu na ograniczoną objętość naszego wydawnictwa zamieszczamy w nim tylko niewielką część materiału zdjęciowego, który udało nam się zgromadzić w trakcie pracy nad projektem. Zawiedzionych odsyłamy do naszej strony internetowej www.marianna.oswiata.org.pl, gdzie znaleźć można więcej danych na temat naszego wspólnego przedsięwzięcia.
Serdecznie dziękuję sześcioosobowej grupie inicjatywnej w składzie: Adrian Młynarczyk, Jolanta Nowak, Ilona Wojaczek-Szczęsna, Grażyna Rojek, Henryk Romanów, Grzegorz Weber; współpracującym nauczycielom, a w szczególności Dorocie Jezierskiej i Małgorzacie Urbaniak oraz tym wszystkim, którzy swoją pracą i życzliwością przyczynili się do realizacji projektu „Marianna – księżniczka marmurów”.
Iwona Matuszkiewicz
„Biały świat na czarnym lądzie”
Książka Macieja Nowakowskiego opowiada o losach Polaków, którzy postanowili poprawić swój byt osiedlając się w Południowej Afryce. I chociaż wykształconemu człowiekowi nie jest tam trudno zapewnić sobie dostatnie życie, to rzadko idzie to w parze z osiągnięciem szczęścia.
Marek, bohater książki jest z zawodu lekarzem i należy do pokolenia emigracji już nie politycznej, ale tej która opuściła Polskę w celu poprawienia swojego, i tak już nie najgorszego bytu oraz rozwoju zawodowego. Wygląda na to, że w naszym kraju wciąż za największy „triumf” polskiej nauki medycznej uważa się wykształcenie lekarza na studiach. Później do życia musi wystarczyć mu tylko powołanie do zawodu, gdyż satysfakcji nie znajdzie ani w zarobkach, ani podczas praktyki w niedofinansowanym szpitalu.
„Baie Dankie, Afryko” wprowadza nas w znany w niewielkim stopniu świat realiów panujących w Południowej Afryce u schyłku apartheidu. Jest to czas wzmożonych działań ANC - Afrykańskiego Kongresu Narodowego Nelsona Mandeli oraz organizacji Burów AWB, walczącej o prawa białej mniejszości do niepodzielnego rozporządzania bogactwami Południowej Afryki. Te burzliwe przemiany są jedynie tłem akcji. Bohater książki, Marek jest zatrudniony jako lekarz w szpitalu, w którym leczeni są czarni mieszkańcy RPA. Do swoich pacjentów podchodzi fachowo, jak specjalista, ale osobiście nie absorbują go w większym stopniu. Marek woli pozostać w przyjemnym świecie białych. Życie jego znajomych toczy się lekko na spotkaniach towarzyskich przy piwie i łatwo dostępnej marihuanie. Jak się jednak okazało, Marek nie był w stanie zupełnie odizolować od wrzącego tygla w jakim się znajdował. Było to ważnym powodem, dla którego nie związał swojej przyszłości z Afryką.
Nowakowski w ciekawy sposób przedstawia sylwetki postaci otaczających Marka, podkreślając często narodowe podłoże ich cech. Godne uwagi jest również spojrzenie z perspektywy na Polskę i Polaków oraz ich wzajemne relacje na emigracji. Mogłoby się wydawać, że bohaterowie nie mają rozterek filozoficznych i etycznych jakie miały na przykład postacie Kundery. Natomiast wzorem mistrza, autor bezpruderyjnie opisuje przeżycia erotyczne.
Generacja Nowakowskiego wychowana była w realiach małej stabilizacji, pseudodobrobytu „późnego Gomułki” i Gierka. Autor z pewnością przyłączał się do powtarzanych z ironią przez jego rówieśników słów piosenki Perfektu „Telewizor, meble, Mały Fiat – oto marzeń szczyt”. Słowa te traktowały z góry wszystkich dorobkiewiczów spychających na margines sprawy związane z duchowym rozwojem. Bohater Nowakowskiego wyrwał się z małej stabilizacji domu swoich rodziców, trafiając w szpony „dużej stabilizacji” – dom z basenem, pełna lodówka, Volkswagen – dobrobytu realnego. Biorąc pod uwagę czasy, w których toczy się akcja, można stwierdzić, że bohaterowie książki siedzą na beczce prochu. Jak widać, beczka ta jest bardzo wygodna.
Andrzej Różański
Biali lekarze w kraju apartheidu - o debiucie literackim Macieja Nowakowskiego.
„Baie dankie, Afryko” opowieść polskiego lekarza Macieja Nowakowskiego ukazała się na początku 2003 roku, w noworudzkiej oficynie wydawniczej „Mamiko”. Autor książki, 38-letni lekarz medycyny, realizuje się w swoim zawodzie w USA, w stanie Nebraska. Wyjechał tam w połowie lat 90-tych. Przedtem, przez kilka lat mieszkał i pracował w Republice Południowej Afryki.
O realiach tego kraju : społecznych, socjologicznych i obyczajowych oraz o życiu i pracy białych lekarzy napisał książkę „Baie dankie, Afryko” – opowieść o cechach pamiętnikarskich. Akcja utworu rozgrywa się w Pietermaritzburgu. Główny bohater – Marek młody polski lekarz, wyemigrował do RPA pod wpływem sytuacji w Polsce pod koniec lat 80-tych i perswazji zaprzyjaźnionego Afrykanera – Andre. Pierwszemu okresowi pobytu Marka w kraju Zulusów towarzyszyło nieustanne zdziwienie.
Pracował w szpitalu dla ludności murzyńskiej. Żywe temperamenty tubylców, nadużywanie przez nich narkotyków i alkoholu było przyczyną bójek kończących się poważnymi urazami ciała , zwłaszcza w dniach weekendu. Dyżurny personel medyczny, pracujący w trudnych warunkach przy nie nieprzemijającym nawet w nocy upale, miał wówczas pełne ręce pracy. Operacje przebiegały jedna za drugą ; tu zakładano opatrunki , tam zszywano rany, w innym punkcie wypisywano akty zgonu. Nowakowski opisuje obraz cierpienia, śmierci i wysiłków lekarzy w sposób naturalistyczny.
W szpitalu w Pietermaritzburgu pracowali biali lekarze – emigranci różnych narodowości : Polacy, Niemka, Węgier, Bułgarka, Serb i Chorwatka. Autor opowieści wyraźnie skoncentrował uwagę na pracy i sposobie życia poszczególnych lekarzy i małżeństw lekarskich.
Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, stąd pamiętnikarski charakter utworu. Narrator-Marek to wnikliwy obserwator zachowań ludzkich, toteż jego reakcja ma cechy dokładnego, szczegółowego reportażu z życia środowiska lekarskiego w Pietermaritzburgu.
Całość utworu spina klamra kompozycyjna : pierwsze jej ramię stanowi, napisany kursywą, rozdział o party organizowanym na cześć Marka przez jego przyjaciela Jacka, na które dojeżdża właśnie swoim samochodem główny bohater; ramie drugie, zamykające strukturę utworu, stanowi również kursywą napisany rozdział o przebiegu przyjęcia, zachowaniach gości i dość dekadenckim zakończeniu imprezy.
Między ramionami klamry pisarz zawarł dokładną charakterystykę postaci, które uczestniczyły w przyjęciu. Jest to charakterystyka bezpośrednia o odcieniu behawioralnym, napisana z pewną dozą krytycyzmu, ironii, sarkazmu.
W tej części utworu czytelnik poznaje też losy narratora-Marka. Proporcjonalnie do mijanego czasu zdziwienie ustępowało przyzwyczajeniu. Mimo morderczych dyżurów szpitalnych, tropikalnych dni i nocy, Republika Południowej Afryki zaczęła się Markowi wydawać rajem na ziemi. Cudowna przyroda, dobre zarobki, szczęśliwy związek
z niemiecką lekarką podpowiadały mu myśl o stabilizacji. Kupił dom z basenem , zamieszkał w nim i postanowił, że pozostanie tu na zawsze.
I wtedy przyszedł rok 1993, który radykalnie zmienił sytuację polskich emigrantów
w RPA. W wielkanocny poniedziałek został zamordowany pierwszy sekretarz Komunistycznej Partii Południowej Afryki – Chris Chani. Zabójcą okazał się Polak, co natychmiast nagłośniły media. W jednej chwili bezpieczeństwo polskich rodzin zostało zagrożone. RPA przestało być spokojnym rajem na ziemi.
Marek złożył pomyślnie egzamin nostryfikacyjny dający mu uprawnienia do pracy
w Stanach Zjednoczonych i postanowił opuścić kraj Zulusów.
Opowieść nie jest dokumentalna, to w głównej mierze fikcja literacka. Uważam jednak, że zawiera sporo elementów autobiograficznych, których od całej materii literackiej oddzielić nie można.
Kto pragnie bliżej poznać osobowość i kontrowersyjne fascynacje bohatera – narratora, niech sięgnie po opowieść „Baie dankie, Afryko”.
Sabina Skowron
Obyś uczył filistrów
Obyś uczył filistrów pisać! - tak powinno brzmieć nowoczesne przekleństwo rzucone za plecami młodego twórcy, który powinien się spodziewać, że tak właśnie skończy - o ile, rzecz jasna, odniesie sukces i stanie się postacią dosyć stateczną, aby powierzono mu uczenie kogokolwiek. W moim wyobrażeniu twórca, bez względu na wiek, płeć, pochodzenie etniczne i społeczne, powinien być zasadniczo nonkonformistą, to znaczy nie zgadzać się na zastany status quo i szukać dziury w całym, buntować się po prostu najpierw z racji własnej niewygody w tym, co zastane, żeby jednak z czasem, w sposób nieunikniony, nabyć, czy też wzbogacić się o większą wrażliwość i współczucie. Myślę, że tak wygląda naturalny rozwój – jeśli nie ma prawdziwego buntu, nie ma też prawdziwej wrażliwości, wszystko jest niby być może na swoim miejscu, ale jest makietą, jest udawane.
Zapewne jakieś chroniczne wewnętrzne niepogodzenie, jakaś malkontencja towarzyszyła mi w moich wyjazdach do Krakowa, gdzie uczyłam słuchaczy Studium Literacko-Artystycznego, także i tych, których prace prezentowane są w obecnym zbiorze. Najpierw dlatego, że nie udało się z przyczyn programowych ustanowić tego rytmu, który pozwala na spotkania w miarę regularnych odstępach czasu, a zatem na stworzenie warunków dla tego, co nazywam procesem, a co jest pracą grupową, a raczej postępem w tej pracy, rozpiętym w czasie. Ale gdy przez jakiś czas udało się coś takiego osiągnąć, okazywało się, że niewiele z tej magii, która czyni „niemożliwe możliwym” stać się może. Dlaczego?
Najpierw dlatego, iż sądzę, że pracy nad tekstem, oraz nauce technik narracyjnych towarzyszyć musi poważna praca wewnętrzna, że ten, kto chce dobrze, uczciwie i porządnie pisać (co znaczy, że może kłamać ile wlezie, chodzi mi zaledwie o jakąś zasadniczą rzetelność wobec siebie i słowa), powinien wyzbyć się na początek wszystkich swoich nawyków i przyzwyczajeń (a jak raz oswoi się ze stanem wewnętrznej niewiedzy, to potem wyzbywać się ich co jakiś czas, choćby były najporęczniejsze) i wstąpić, że tak powiem, nagi i niczego nie posiadający w obszar ewentualnej swojej twórczości.
Ale to jest oczywiście zupełnie niemożliwe w warunkach uniwersyteckich. Nauczyciele mają swoje przyzwyczajenia, studenci swoje, uczymy więc formułek narracyjnych i jesteśmy zadowoleni, jeśli studenci je absorbują. Jeśli nie jesteśmy filistrem z natury, to stajemy się nim na czas wspólnej nauki - ta sama reguła odnosi się do nauczycieli, jak do studentów, niestety. Z czasem doszło do mnie, że nie muszę dokonywać nadzwyczajnych przemian wewnętrznych w materii klasy – czy choćby w tym kierunku myśleć – że jeśli będę wykonywać swoje minimum socjalne nauczyciela, czyli robić to, co robią wszyscy – to będzie całkiem dobrze.
Ze mną jest jednak tak, że o ile doświadczenie mnie nie wzbogaca (wewnętrznie, wybaczcie ślepe przywiązanie do wartości niewymiernych), to mnie zubaża, jeśli skutkiem jakiejś interakcji nie staje się rozumniejszą, pełniejszą osobą, to jak dla mnie całej tej interakcji mogłoby w ogóle nie być.
Dlatego zaskoczona się czuję, widząc, że plon takiej niebyłej interakcji może być jednak ciekawy. Trudno mi omawiać teraz poszczególne teksty. Może tylko powiem, że szczerze zaskoczyły mnie opowiadania Grzegorza Iniewicza, który faktycznie przez ostatni rok w Studium nauczył się pisać. Pomiędzy Grzegorzem Iniewiczem z I-go roku Studium a obecnym zaszła wielka zmiana. Nauczył posługiwać się słowem w sposób oszczędny, zdecydowany, a przy tym jakże dyskretny. Jego niezwykłe opowiadania, takie jak „Nazwisko” i „Telefon” stanowią zaproszenie w świat ludzi skrajnie wyobcowanych, którzy za pośrednictwem autora ośmielają się pokazać nam kręte ścieżki i przedziwne relacje zależności, poruszane za naciśnięciem ukrytych dźwigni ich świata. Iniewicz oswoił obcego w sobie i może nawet nie jest to udawane, może autor nie pozuje na kogoś, kim nie jest, żeby nam sprawić przyjemność.
Co do reszty tekstów niestety nie mam takiej pewności, wydaje mi się, że autorzy i autorki czasem udają kogoś, kim nie są. Sprawniej, lub mniej sprawnie, z większym lub mniejszym pożytkiem. Nie, nie chodzi o to, że piszą o ludziach, którymi nie są, bo to jest raczej największy urok literatury, ale że pisząc o nich udają ludzi, którymi nie są. A coś takiego, na zajęciach, które by mi się udały, byłoby niemożliwe. Co znów nie znaczy, że autor nie ma prawa udawać kogoś, kim nie jest w tekście. Jak najbardziej ma, o ile jest tego świadomy i podszywa się pod nie swoją autorską świadomość czyniąc ją jednym z ważniejszych punktów przedstawionego świata. Ale teraz myślę, że rozwinęła się też Sylwia Kinga Sawicka, która absurd, bliski też innym autorom tego zbioru, udrapieżnia i ukobieca. Jedno i drugie naraz, a przy tym zachowuje (i mam nadzieję, z czasem rozwinie) strukturę czarnego humoru i stylizowane, mroczne decorum. W ogóle dekadencja zdaje się zwyciężać, co widać u Beaty Pokorskiej, po której spodziewałam się, że rozwijać będzie raczej drobiazgową analizę relacji międzyludzkich w zwykłych, na pozór banalnych sytuacjach. A hardcore obyczajowy, jeśli się w prezentowanych tekstach zdarza (Justyna Kowalska), też jest jakiś modernistyczny. (Odnoszę się w tym miejscu do starej i nieaktualnej ponoć już definicji Kazimierza Wyki, która stawia znak równości między modernizmem a dekadencją – proszę, niby nieaktualna, a przecież aktualna). I cóż, i wciąż nie wiadomo, który to z tej interesującej grupy autorów w przyszłości będzie uczyć filistrów pisać opowiadania. Ale przecież naprawdę to wcale nie jest ważne.
Izabela Filipiak
Berkeley, 3 maja 2003
*
W szkole pisania można się na pewno nauczyć greki, łaciny; można rozszyfrowywać tajemnice języka, można poznawać historię literatury, teatru, malarstwa, muzyki, można przywoływać duchy wielkich twórców, można pozwolić sobie na gry z wyobraźnią...”Sztuka pisania jest bezowocnym zajęciem, jeśli nie opanujemy uprzednio sztuki postrzegania świata, jako potencjalnego surowca dla fikcji” – pisał kiedyś Nabokov.
Studium Literacko-Artystyczne Uniwersytetu Jagiellońskiego nie jest oczywiście typową szkołą pisania, jakie spotkać można w Ameryce, czy w Europie; jest spotkaniem grupy młodzieży, często początkujących pisarzy, ze starszymi kolegami. Myślę, że to przygoda dla obu stron. Ci starsi, wycofujący się już z „czasu rzeczywistego” i ci młodzi, wchłaniający teraźniejszość, jak powietrze. Następuje wzajemna wymiana wyobraźni, doświadczenia, poglądów... Najczęściej omawialiśmy prace literackie, których wybór przedstawiamy właśnie czytelnikom „Wymówień”.
Młodym Autorom życzę dużo entuzjazmu, artystycznej pasji, wiary we własne siły, umiejętności podziwiania świata i wielu sukcesów twórczych.
Wielkie plany małego wydawnictwa
W Nowej Rudzie powstało nowe wydawnictwo chcące promować współczesną literaturę polską. Pierwszą książką oficyny „mamiko” stała się pięknie wydana powieść młodego krakowskiego autora, Piotra Saługi, pt. „Maraton”. Fragmenty tej książki, biogram autora, fotografię obwoluty oraz informacje dotyczące planów wydawniczych znaleźć można na stronie internetowej - www.mamiko.prv.pl
Pojawiają się pierwsze recenzje dotyczące książki Piotra Saługi. Zwraca się uwagę na mroczność, ale i na żarliwość powieści, w której wątek miłosny przeplata się z wątkiem poszukiwania zaginionej korony koronacyjnej królów polskich. Myślę, że nieźle oddają nastrój i tematykę powieści te fragmenty recenzji Małgorzaty Brody: „Maraton. Poszukiwanie porządku we wszechświecie, logiki historii, sensu poszczególnych zdarzeń, przyczyny sprawczej tego przerażającego, a zarazem cudownie spójnego chaosu, który jest wokół nas i w nas samych. A wszystko to pod presją przemijania, które zaczyna się w chwili narodzin i dławi lękiem przed sprawami ostatecznymi. Skołatana wyobraźnia ratuje się tym, co znajome. Stąd liczne biblijne akordy dźwięczące w komorach umysłu bohatera, pierścienie madziarskich księżniczek, postaci Magów, tęsknota za nirwaną. Czasami trudno orzec, czy ta niesamowita mozaika przybliża i oswaja nieuniknione, czy tylko bardziej jeszcze obezwładnia i zniewala. No i wreszcie Beatrycze – promień w piekle życia. Ruchliwy i zmienny. Taka jest natura światła, które niespodzianie roztapia się w tajemnicy cienia. Kobiecie Saługi zawsze towarzyszą atrybuty świadczące o dwoistości jej natury – anielsko demoniczna, elf i tarantula w jednej postaci. Żyje w tym samym świecie, ale jakby w innym wymiarze, posługując się innymi narzędziami poznania, mówiąc osobnym językiem. Trudno zrozumieć kobiecość, ale jak łatwo pokochać! Gdy już to się stanie, Beatrycze zażąda absolutnego oddania, chce, by nadążać za marzeniami, których sama często nie potrafi nawet nazwać, wciąga w truskawkowy wir zmysłowości. Beatrycze-przewodniczka, Beatrycze trzymająca stoper w Twoim biegu przez życie. Każdy może ją znaleźć w swoim łóżku – mówi Saługa – pod warunkiem, że potrafi dostrzec niebezpieczną i cudowną niezwykłość kobiecości.
Wiele jest w Maratonie prób filozofującego abstrahowania. Bohater to egoista własnych uniesień, który zdaje się lepiej czuć w świecie sennych marzeń i narkotycznych wizji niż w zmuszającej do działania rzeczywistości. Jednak rzeczywistość wdziera się nieubłaganie w jego egzystencję pod wieloma postaciami. Jest wątek miłosny, który przewija się w postaci nieustannie podtrzymywanego napięcia pomiędzy bohaterem a Beatrycze. Możemy podglądać życie nocnych klubów, dziewczyn do towarzystwa i narkotykowych dealerów. Znajdziemy też w Maratonie kryminalną intrygę, która zaprowadzi nas w głąb szybów wielickiej kopalni. Równie dynamiczne, choć jakby oglądane przez sepiowe szkiełko, są fragmenty wspomnień, głównie tych z dzieciństwa. Urzekają ciepłem i humorem, dojrzałością obserwacji i umiejętnością formułowania wniosków z zachowaniem ironicznego dystansu do siebie i otoczenia.”
W następnej kolejności pojawią się zbiory wierszy znanych autorów dolnośląskich. Będą to tomiki: „Błękitne przeciwstawienie” Antoniego Matuszkiewicza, „Pan Ego” Zdzisława Władysława Żurka. Jeżeli nie zawiodą sponsorzy, to już niebawem światło dzienne ujrzą kolejne zbiory prozy: „Kalwaria” Macieja Lepianki, „Misja Papieskiej Róży” Janusza L. Sobolewskiego, „Decyzja” Jerzy Stypułkowskiego. Wypada życzyć nowej oficynie powstałej w regionie wałbrzyskim wszelkiej pomyślności.
*
Ken Kesey opisywał we wstępie do powieści Jaskinie, jak pracował nad nią ze swoimi studentami uczestniczącymi w warsztatach literackich: gdy została już szczegółowo rozpisana fabuła, studenci ciągnęli losy i przygotowywali w domu kolejne fragmenty książki. Tak powstała „zbiorowa powieść”, wydana drukiem pod pseudonimem O. U. Levon i S-ka.
Wymówienia naszych słuchaczy nie są utworem zbiorowym, choć książka ta także jest rezultatem warsztatów, poetyckich i prozatorskich, ale prowadzonych przez różnych wykładowców (Ewę Lipską, Bronisława Maja, Karola Maliszewskiego, Marka Bieńczyka, Izabelę Filipiak, a także Agatę Tuszyńską, Jerzego Ridana i Włodzimierza Szturca). Rezultatem w sensie szerokim – zarówno warsztatowych „zadań” i dyskusji, jak i – a może przede wszystkim - twórczych inspiracji. Prezentowane w tomie teksty zrodziły się podczas intensywnych dwu lat pobierania nauk u Mistrzów w Studium Literacko-Artystycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego, pierwszej (i jak dotąd jedynej) w Polsce „Szkoły Pisania”. Efekty tych nauk są zapewne różne: w zależności od talentu i temperamentu, doświadczeń i przeświadczeń, wiedzy o literaturze, świecie i człowieku. Dlatego, być może, książka ta jest ciekawsza od ujednoliconych „zbiorowych (wy)tworów”, ponieważ pokazuje indywidualną dykcję każdego z Autorów (w większości literackich debiutantów), świat jego wyobraźni i wrażliwości.
Zamieszczone tu teksty nie są jednorodne ani gatunkowo, ani tematycznie. Liryczne wiersze sąsiadują z zabawnymi opowiadaniami o „małej codzienności”, przeżycia religijne z odważna erotyką, zapis doświadczeń męskiej wrażliwości z agresywną kobiecą „literaturą menstruacyjną”.
Zachęcam Czytelników do lektury. Lektury uważnej i życzliwej, pełnej ciekawości i... wyrozumiałości.
*
Co im przychodzi do głowy ? Często zadaję sobie to pytanie na zajęciach studium, gdy czytamy teksty pisane przez jego uczestników i dyskutujemy o nich. Nie jest to z mej strony oburzenie, lecz zdziwienie. Co im przychodzi do głowy, takie dziwne, takie inne, takie zupełnie mi nie znane, takie śmieszne, takie smutne, takie straszne! takie, co mnie do głowy nigdy by nie przyszło. Dziwię się więc, oczom nie wierzę, niekiedy podziwiam. I rozumiem, jak niewielkim kamykiem jest moja własna wyobraźnia w tej lawinie obrazów, które wylatują z naszych myśli i spod naszych piór. Nie wiem, czego uczą mych studentów nasze zajęcia; dla mnie są nauką, by użyć terminu modnego ostatnio w ustawodawstwie: "dekoncentracji": ograniczenia siebie i słuchania (oraz czytania) innych.
Witajcie w literaturze
Bierzemy do ręki ich teksty z niepokojem i niepewnością, czy dane nam porozumienie, czy walka pokoleń, czy też – możliwość najgorsza – milcząca obojętność. Jacy są? Jakim wyzwaniom potrafią sprostać? Czy dzięki nim usłyszymy głos pokolenia albo przynajmniej odkryjemy nowe krajobrazy literackie? A przecież- cieszyć się powinniśmy, że w ogóle są. W tych trudnych czasach to cud, czyż nie?
Dzisiejszych debiutantów łączy widoczna już na pierwszy rzut oka sprawność warsztatowa. Cechuje ich gotowość do korzystania z wielu technik narracyjnych poetyk, różnorodność, która nie kojarzy się z zabłąkaniem, lecz dążeniem do wykorzystania wszystkich możliwości.
Powoli jednak rozdzielają się ich głosy, wyłaniają się odrębne rzeczywistości. Prozę analityczną- niespieszną, precyzyjną w każdym szczególe, prezentują Beata Pokorska i Grzegorz Iniewicz. Na przeciwnym biegunie umieścić wypada wiersze piszącego księdza Pawła Pelca. W jego utworach przeżycie religijne splata się z doświadczeniem prowincji- bezpośrednim, autentycznym, szczerym. W świat niepokojących zagadkowych zdarzeń prowadzą utwory Marioli Zielińskiej, których charakter najlepiej określa tytuł jednego z nich- „teatr marzeń”.
Już są. Dobrze, że są.
A co z nich wyrośnie, zobaczymy już niebawem.
href=#back>Powrót
Literackie impresje o człowieku i sensie życia w książce Iwony Mesjasz - „Gaguły”
Słownik języka polskiego nie zawiera hasła „gaguły”. Jest to, jak „Ferdydurke” Gombrowicza, neologizm językowy stworzony przez pisarkę na użytek literacki. Choć sam wyraz brzmi dadaistycznie, po przeczytaniu książki opatrzonej tym tytułem, można sądzić, że „gaguły” to rozmyślania, refleksje, sądy, opinie.
Autorka książki – Iwona Mesjasz – należy do młodego pokolenia dolnośląskich twórców. Wszechstronnie utalentowana humanistka realizuje się w poezji, prozie i publicystyce. Została nagrodzona w konkursach literackich: za prozę w Świdnicy, i za poezję w Gliwicach. Pracuje jako nauczycielka języka angielskiego.
„Gaguły” wydane w oficynie Apolonii Maliszewskiej „Mamiko” w Nowej Rudzie to zbiór 45 miniatur prozatorskich, zatytułowanych najczęściej jednym wyrazem. Są to strzępy rzeczywistości, fragmenty listów, portrety osób, elementy wspomnień – słowem impresje z różnych życiowych obserwacji i doznań. Pisarka swobodnie posługuje się prozą realistyczną, groteską i poetyką snu. Stąd też literacka forma miniatur jest gatunkowo zróżnicowana. Znajdziemy wśród nich obrazki, opowiadania, listy, portrety osób, szkice filozoficzne.
Obok żadnej z miniatur nie można przejść obojętnie. Każda z nich, tak jak sobie tego życzy w esejach Umberto Eco, wyraźnie oczekuje reakcji czytelnika. Jedne ewokują dyskomfort moralny, inne wstrząsają ponurym naturalizmem (np. „Ilonka”), jeszcze inne budzą wzruszenie i zadumę.
Człowiek – literacki bohater poszczególnych utworów – rzadko jak gdyby wstydliwie przeżywa ulotne chwilę szczęścia. Przeważnie niesie przez życie bagaż swojego losu ulegając po drodze rozczarowaniom, goryczy, cierpieniu. Sportretowane przez pisarkę dzieci: Ala, Wychowanek, Ilonka, są w jakiś sposób nie przystosowane do życia społecznego, zaniedbane przez rodziców, upokarzane przez życie. Najbliższe i najlepiej znane autorce środowisko szkolne zostało pokazane w kilku miniaturach realistycznie, z gorzkim rozczarowaniem do wprowadzanej reformy i do dalekich od ideału relacji: nauczyciel – uczeń.
Szkic „Techno – fantasy” zawiera szczegółową analizę wpływu gier komputerowych na rozwój osobowy najmłodszego pokolenia. Autorka z ironią wylicza „korzyści” jakie wynoszą mali komputerowcy z obcowania z wirtualną rzeczywistością: - poznawanie ideologii totalitarnych, - przyjmowanie negatywnych wzorców za autorytety, - widzenie świata jako miejsca walki na śmierć i życie, - postrzeganie drugiego człowieka jako wroga, - przekonanie, że litość i współczucie dla słabszych jest czymś poniżającym. Czytelnik nie może postawić pytania pełnego niepokoju: Co wyrośnie z tej generacji zafascynowanej magią komputerowego okienka?
Jednak najwięcej miejsca w książce autorka poświęciła problemom eschatologicznym, ostatecznym: przemijaniu i śmierci. W rozważania o tym co, nieuniknione, wpisane są myśli o Bogu i o płytkiej, niepełnej wierze i religijności człowieka. Nawet w kościele członkowie wspólnoty chrześcijańskiej potrafią podczas liturgicznego misterium patrzeć wrogo na inną osobę, która chce przyklęknąć w drewnianej ławie, zajętej tylko w części. Z takiej świątyni Bóg jak jaskółka w pierwszym obrazku chce wydostać się na zewnątrz : do przestworzy, do słońca i światła.
Głębia moralnego niepokoju autorki wstrząsa sumieniem czytelnika. Przecież od nas zależy, czy świat, w którym żyjemy będzie lepszy. Pisarka nie mówi o tym wprost, nie narzuca się z natrętnymi dydaktyzmami, ale poprzez wyrazistość obrazu nakazuje indywidualną refleksję, myślowe zatrzymanie się, zadumę nad życiem i rzeczywistością.
Podsuwa też czytelnikowi wzruszające i budujące przykłady : starej nauczycielki zasłaniającej sobą jak tarczą niesfornego ucznia, z którym młoda koleżanka ma trudności, babci pogodzonej z ostatecznym rozwiązaniem i starającej się nie sprawiać otoczeniu kłopotu swoja osobą, sołtysa , w którym jeszcze nie zgasła ufność w ludzi, pana Karola skromnego i zapracowanego intelektualisty, palacza czytającego podczas mszy świętej tekst biblijny z głęboką wiarą.
Wszystkim, którym nieobojętny jest moralny wizerunek człowieka i ludzkiej zbiorowości i którzy chcą pochylić się nad niełatwą problematyką egzystencjalną, polecam przeczytanie tej niezwykle mądrej i pouczającej książki.
Sabina Skowron
Anna Magdalena Pokryszka: Każdego dnia, Nowa Ruda (Mamiko) 2003.
Poezja Anny M. Pokryszki chce mówić "Tak" światu, dlatego, że jest. Dany, podarowany jakby właśnie po to, by można go było sobą wypełnić i dopełnić (por. wiersz "In statu nascendi"). Wyjaśnijmy jednak, że żarliwa, miłująca akceptacja nie odbiera ostrości widzenia; przeciwnie: każe wypowiadać bolesne, szukające sprawiedliwości sądy. Zwłaszcza wtedy, gdy przychodzą dni zarzynania/ bez wojny/ teraz jest/ cicha/ i z zasznurowanymi ustami/ z kłamstwem/ jak z flagą/ która powiewa/ na szczytach dna. - Tak powiedzieć może tylko ktoś, kto potrafi wnikać także w powszednie wzruszenia, spoglądać w ich głąb tak długo, aż dostrzeże tam okruch prawdy, zdolnej objaśnić naturę poznawanych rzeczy lub uświadamianych sobie, często także intuicyjnie, stanów i sytuacji. Poetka nie poprzestaje na ich opisie i prostym epitetowaniu. Intensywność przeżycia chętnie ujmuje w ramy metafor. Tymi ostatnimi ryzykuje czasem posądzenia o banalność lub tautologię (por. np. wiersz "Ptaki skrzydlate"), lecz o wiele częściej trafia nimi w samo sedno czytelniczej wyobraźni.
Zastanawiające, że skłonność autorki do nastrojowości i liryzmu najlepiej się sprawdza w formach nieco obszerniejszych, retorycznych czy nawet mono-dramatycznych niźli w krótkich, prędkich impresjach. Przekonuje o tym iskrząca się inwencjami "Czysta elektryka" lub - a może nawet przede wszystkim wiersz "Ten świat pustką ciała sieje" oraz bardziej syntetyczna "Widokówka z Falaise" , w której dyscyplina monologu szczęśliwie się zbiegła ze starannie rozłożonymi akcentami emocjonalnymi (osobne brawa za pointę!).
Na koniec o rozczarowaniach. Żal trochę, że autorka usiłuje czasem otwierać nową przestrzeń doświadczenia mocno już nadużytych kluczy. (Przykład: błękitne/ niebo/ w twoich oczach - z wiersza "Jak&"). Gratulując poetce drugiego już tomiku, mocno trzymam kciuki za jej czujność wobec własnego języka.
(kl)
Recenzja ukazała się w "poetice"
Wojciech Brzoska, Wiersze podejrzane, Nowa Ruda (Mamiko) 2003.
Trzeci, „pełnometrażowy” zbiór poety z Sosnowca czytałem jak obszerny poemat w czterdziestu pięciu częściach rozpisany na fabuły, monologi, sytuacyjne anegdoty, grepsy. Z wielości form Brzoska próbuje zbudować jedność, dopasowując do siebie mozolnie poszczególne fragmenty, rzeczywistości zauważonej, pomyślanej, odczutej i zasłyszanej. Przychodzi mu to niełatwo. Doświadczenia, obrazy, formy, znaczenia słów okazują się oporne. Ignorują się wzajemnie, albo konfliktują i odpychają. Najłatwiej się o tym przekonać studiując wiersze składające się na kronikę uczuciowych rozczarowań i katastrof. Dramatyczne sceny rozstań czy rozminięć (zob. „uśmiech losu”, „czarno na białym”, „jak na dłoni”) sąsiadują tutaj z melancholijnymi lub (auto)ironicznymi refleksjami nad niemożliwością autentycznego spotkania wolnego od banału i trywialności (wiersz: „erotyk dla zabicia czasu”), nad niemożnością zamieszkania nie-ja w Drugim, a właściwie w Drugiej; nie tylko ze względu na prawidła gramatyki jest ona istotą obcego, żeńskiego rodzaju, słabo przystającego do wszelakich analogii i porównań. Jej radykalna inność otwiera świadomość lirycznego „ja” na pojęcie dzikości, przypadkowości, nieprzejrzystości całej reszty świata i za-świata („awizo”), gdzie człowiek jawi się jako ciało obce, bezbronne, pozbawione oparcia, gdyż jego kibic-reżyser, kimkolwiek jest lub byłby (metafizycznym pomocnikiem? nauczycielem i mistrzem? ojcem? Kimś Jeszcze?), jeszcze się nie narodził (z wiersza „amatorski Przypadek”). Nawet czas jest przeciwko niemu: wije się, zatrzymuje i powraca („Uroboros”). Niedaleko stąd do prawie-Koheletowej konstatacji: jest śmiech i zgrzytanie./ jest dzień i noc. / jest zupełnie inna/ podobna historia („linia śmierci, koło życia”).
Dobrze, że za stron kilkanaście autor pozwoli czytelnikowi wytchnąć od smutków, kreśląc w kolejnych odsłonach dzieje miłości odnalezionej i odnajdywanej, która na powrót uczy się uśmiechu („kicz”).
W anegdotach, kolażach tekstowych, wypełniających w znacznej mierze drugą połowę tomu manifestuje się swoiste (czasem wręcz swojskie) poczucie humoru, wycelowane często w tzw. środowisko literackie. Brzoska dowodzi w nich, że nie stracił właściwej sobie umiejętności chwytania zdarzeń na gorącym uczynku. Nie wyrzekł się przyjemności prowokowania. Choćby do podejrzeń, że zgrozę i gorycz oswaja zgrywą i pozorowanym cynizmem. Życie i miłość to już nie przelewki. I przynajmniej do tego przeświadczenia, poeta swym wierszem dorasta.
pwL
Recenzja ukazała się w Poetice
Maciej Nowakowski: Baie dankie, Afryko. Mamiko, Nowa Ruda 2003, s. 162.
Zgrabnie skomponowana powieść lekarza medycyny Macieja Nowakowskiego o tytule Baie dankie, Afryko jest prozatorskim debiutem. Ten emigracyjny pisarz, najpierw praktykujący w jednym z murzyńskich szpitali w prowincji Natal, w RPA, teraz zaś ukryty w jakimś zakątku stanu Nebraska, proponuje czytelnikowi sfabularyzowany zapis swego pobytu na kontynencie afrykańskim – choć notka z ostatniej strony okładki przekonuje, że książka jest wyłącznie fikcją… opartą na przeżyciach.
Rzecz dzieje się w RPA, w środowisku lekarzy-emigrantów, z nielicznymi wyjątkami wszyscy przybyli na czarną ziemię znad Wisły. W RPA – notuje Nowakowski – są tanie papierosy, alkohol i budynki mieszkalne; jest to więc wymarzony kraj dla pragnących palić i pić w samotności swojego domostwa, i podług tego schematu wiodą swój jałowy żywot bohaterowie Baie dankie… Dnie upływają im na morderczych dyżurach wypełnionych walką o życie pokłutych, pociętych i postrzelonych (dosłownie i w przenośni) czarnych obywateli, przeplatanych weekendowymi imprezami alkoholowo-narkotykowymi przy okazji, których narrator przedstawia nam bliżej kolejne postacie barwnego, acz nudzącego się potwornie, środowiska emigrantów. I tak poznajemy Jacka speca od chirurgii i seksu nieskażonego klątwą katolickiego wychowania; jego żonę Zosię, która ciało miała wysmukłe, a piersi sterczące jak u zgwałconych sanitariuszek na barykadach Powstania Warszawskiego; Valachy`ego, któremu comiesięczne wydatki na dom, samochód i jedzenie nie dawały spokoju, chodził błędny niczym pierwsi chrześcijanie, a oczy płonęły mu religią oszczędzania; Grzesiuka wygłaszającego piękne tyrady o Polakach: nie jesteśmy w stanie popełniać wielkich zbrodni, bo do takich potrzebna jest dyscyplina i organizacja. Polska zbrodnia jest zawęgłowa; zaczaić się, łopatą w banię, po kieszeniach przelecieć, kapuchę zabrać i w długą… Albo klucz z drutu dorobić, samochód zajebać, komputer oszukać i już beemwuchą za miasto, bo Polak potrafi. Poznajemy cały ten barwny korowód postaci wpisany w egzotyczny, a przez to atrakcyjny dla polskiego czytelnika, afrykański świat. O ile jednak wariacje Grzesiuka śmieszą i dają do myślenia (średniacy i patałachy na całym świecie poklepują się nawzajem po plecach, czekając na zmiany na lepsze, na dorastanie dzieci, na sto milionów po wyborach prezydenckich w Polsce albo na bieżącą wodę, jeżeli żyją w Afryce), o tyle narrator – Nowakowski zamęcza napuszonymi wywodami na temat losów narodu, poczucia historii i świadomości narodowej, co w jakimś stopniu zapewne można złożyć na karb tęsknoty za ojczyzną, ale przecież w ten sposób pisarz nie może tłumaczyć zasadności pomieszczenia w książce owych nużących fragmentów.
Baie dankie, Afryko jest pozycją dość ciekawą, w miarę przemyślaną i przede wszystkim dobrze napisaną, co znaczy pozwalającą się czytać. Jej zaletą jest egzotyka, pokazanie świata obcego kulturowo, który tylko nielicznym pozwala się oswoić, inni zmuszeni są natomiast szukać dalej, opuszczać Afrykę – miejsce targane wieloma nie zawsze zrozumiałymi konfliktami. Maciej Nowakowski umiejętnie przybliżył nam „czarny skrawek świata”, umiejętnie zobrazował egzystencję (czyli oszustwa, zdrady i odejścia; słowem – pełnię człowieczeństwa) białych-przyjezdnych na terytorium czarnych-tubylców.
Wojciech Brzoska: Wiersze podejrzane, MAMIKO, Nowa Ruda 2003, s. 60
Młody (rocznik 1978) autor ma w swoim dorobku już dwie książki poetyckie: „Blisko coraz dalej” i „Niebo nad Sosnowcem”. Wydane w tym roku „Wiersze podejrzane” stanowią kontynuację jego drogi artystycznej, której celem wydaje się być wytrącanie czytelnika z myślowej koleiny, którą wyżłobiły teksty porządkujące świat, odkrywające głębokie prawdy na temat-jak mówią krytycy- kondycji ludzkiej. Dlatego wierszyki- żarty, jak np. ten zatytułowany „poetów pojedynek wręcz (przeciwnie)”, składający się z zestawienia dwóch nazwisk: Sławomir Ma tusz / Tadeusz Pióro . Że jednak nie tylko o zabawę słowem chodzi przekonuje inny, też krótki utwór- „wiersz paradoksalnie prawdziwy”: nie mam odwagi powiedzieć tego jej / więc najlepiej napiszę / całemu światu. Czysta liryka.
Nota ukazała sie w najnowszym numerze miesięcznika "Śląsk"
„Maraton” Piotra Saługi – rękawica rzucona współczesności
Usłyszałem, że ta książka stanowić może pewne faux-pas wobec kiszących się własnym sosie koterii literackich.
Istotnie – wydaje się, że mamy do czynienia ze świadomą prowokacją artystyczną, jako że to utwór napisany jakby na przekór, wbrew obowiązującym trendom i modom, narzucanym przez zblazowane, samoadorujące się elity. Tak – to książka nie z tej epoki – czasów wszechobecnego panowania pieniądza i politycznej poprawności. Jeśli dodamy jej głęboko chrześcijański wydźwięk możemy śmiało stwierdzić, że nie spodoba się współczesnym krytykom.
Czy „Maraton” spodoba się szerszej publiczności? Nie sądzę, gdyż tekst dzieła jest – przynajmniej w pierwszej części – wyjątkowo trudny. Z pewnością nie jest to pisanie pod publiczkę.
Komu zatem spodoba się książka i po co została napisana? Czymże jest ów „Maraton” w istocie?
W mojej opinii powieść trafia właśnie w ową istniejącą we współczesnej literaturze polskiej tematyczną, stylistyczną i duchową lukę.
Osnowę magiczno-romansowej fabuły tej dziwnej książki stanowi intryga, związana z poszukiwaniem polskiego narodowego palladium – diademu Bolesława Chrobrego – w którą wplątany został egzaltowany bohater-narrator. Treść książki – od początku do końca – stanowi w gruncie rzeczy metafizyczną metaforę poszukiwania Prawdy, w której dominują motywy biegu, ucieczki, ciągłej nostalgii za ideałem, nieosiągalnym Pięknem, odwieczne wątki związane z poszukiwaniem Absolutu, dążeniem do poznania Tajemnicy.
Ale to wszystko tylko pretekst do bardziej filozoficznej wypowiedzi na temat sensu.
Możemy śmiało powiedzieć, że mamy do czynienia z prestidigitatorem literackim, eksperymentatorem o barokowej wręcz wyobraźni. Od początku widzimy niezwykłe – jak u debiutanta – opanowanie sztuki pisarskiej. Można sądzić, że to kolejny „poéte-voyant” – „poeta widzący”. Dla mnie wypowiedź Saługi stanowi syntezę gatunków literackich dwóch ostatnich wieków – od romantyzmu, przez symbolizm, dadaizm, surrealizm do postmodernizmu. Wspomniana pierwsza część to w gruncie rzeczy odważny poemat prozą, fragmentami przypominający Joyce'owskie epifanie, naszpikowany licznymi odniesieniami kulturowymi i literaturowymi. Widzimy eksplorację własnej podświadomości – łączenie, jak u Nervala, świata rzeczywistego z marzeniem, zjawami sennymi, światem fantazji. Zwraca uwagę śmiałość i dynamika przedstawień, zaskakujących oryginalnością metafory, poszukiwanie frapujących skojarzeń słów i obrazów. Podoba się kontrastowanie tych wypowiedzi fragmentami, w których autor wpada w głęboki, osobisty, liryczny ton. Odtwarzanie obrastających w szczegóły barwnych obrazów z dzieciństwa przypomina z kolei najlepsze strony prozy Schulza. Całość sprawia silne, trudne do opisania wrażenie. Narzuca mi się tu myśl, iż prozę „Maratonu” można by z powodzeniem postrzegać jako efektowną realizację koncepcji Lautreamonta, iż „poeta jest człowiekiem, który winien umieć ujawniać odruchy swej podświadomości i wywoływać u czytelnika wstrząs, który podobny jest do objawienia”.
Próbie przedstawienia przeżycia metafizycznego służą zastosowane środki stylistyczne – mamy do czynienia z eksperymentem na kodzie stylistycznym, w którym czytelnik porażony zostaje bogactwem formy. Zastosowanie zdań wielokrotnie złożonych, o skomplikowanej składni, nagromadzenie neologizmów, nadmiernej ilości terminów z różnych dziedzin zmusza do uważnego czytania każdego akapitu, ale i wywołuje efekt zmęczenia – zupełnie jak w biegu maratońskim. Efekt ten autor uzyskuje też przez częste używanie kilku określeń tych samych rzeczy – choć to pierwszej chwili drażni, to przecież w konsekwencji służy przybliżeniu przeżywanych stanów, wyrażeniu tego, co niewyrażalne. Po kilkukrotnej lekturze proza ta już nie przeraża a oczarowuje.
Osobliwą rolę pełnią w tej opowieści fragmenty z pozoru niezrozumiałe – te pozbawione często rygorów logicznych części iskrzą jednak spontaniczną écriture automatique, nieskrępowaną wolnością w słownictwie. Widać tu wyraźny wpływ dadaistów. Wprowadzenie tych elementów to jeszcze jeden interesujący zabieg twórcy – owe „wysublimowane autoterapeutycznie”, jak chce autor, fragmenty wyraźnie korespondują z zasadniczym motywem poszukiwania Prawdy – w tym przypadku o psychice człowieka (zgodnie zresztą z doktryną dada).
Widać więc, że to książka dla wymagającego, oczytanego odbiorcy, chcącego i umiejącego stawiać sobie podstawowe pytania egzystencjalne. Ale „Maraton” to nie tylko stylistyczna prowokacja. Jest w książce wciągający wątek sensacyjny i harlequinowa nieomal historia utraconej miłości. Zachęcam też do lektury wszystkich, którzy pragną zagłębić się w zapierające dech w piersiach opisy z kraju lat dziecinnych – jedne z najlepszych w literaturze polskiej oraz tych, którzy smakują w śmiałych – nieomal pornograficznych – scenach erotycznych. To aż nadto, jak na jedną książkę.
Pozycję wydało niezależne wydawnictwo „Mamiko” Poli Maliszewskiej, stawiające sobie za zadanie promocję współczesnej literatury polskiej. Wszystkich zainteresowanych zapraszam na stronę internetową: www.mamiko.pl
"Wiersze z podróży"
Do napisania tej recenzji namówiła mnie Pola Maliszewska. Jednakże, gdyby wiersze Piotra Florczyka nie przypadły mi do gustu, nigdy bym takiego tekstu nie popełnił. Drugi więc raz próbuję swoich sił jako tzw. krytyk literacki (pisałem już o poezji Tomasza Groszka, Kurier Przygraniczny.).
W tomie wierszy Piotra Florczyka „Cztery pory roku” najbardziej dla mnie charakterystyczny jest sposób obrazowania poetyckiego, w którym, co rusz można natknąć się na różnego rodzaju metafory, porównania i personifikacje np. „ptaki dyskutują”, „dumne dęby rozkładają nad nami parasole”, „księżyc spaceruje po sztywnym ramieniu mola” itp. Nie brak w tych wierszach oryginalnych metafor: „kombinat koników polnych”, „hamak tęsknoty”,
„w Krakowie zakorkowanym chmurą”. Wszystkie te środki stylistyczne czynią wizję poetycką bardziej plastyczną oraz klarowną. Natomiast w liryku „Kalifornia, piąta po południu” to przerzutnie odgrywają pierwsze skrzypce, załamując rytmikę wersów. Jednak najładniejszymi dla mnie wierszami w całym omawianym zbiorze są „Poezja po zmroku” i „Mów do mnie” – subtelne liryczne wyznania. Duże wrażenie zrobiło na mnie „Epitafium młodego poety” – tekst o wyrazistej rytmice. I w tym wierszu tudzież możemy odnaleźć oryginalne przenośnie typu : „rozczochrane korzenie czasu”. Interesujący obraz poetycki wyłania się z wiersza „Gdzieś na polskiej szosie” ; „Słońce ziewa bezwstydnie pełną buzią”.
Piotr Florczyk mieszka w Kalifornii, ale jego liryki nie są do
końca przesiąknięte tematyką emigracyjną i nie dominują w nich „zamorskie pejzaże”, które, skądinąd, od czasu do czasu się w nich pojawiają („Przyrodnik w Nowym Jorku”, „Kalifornia, piąta po południu”, „Księgarnia Szwede Slavic Books”). Podmiot liryczny w tych wierszach jest przede wszystkim uważnym
i skrupulatnym obserwatorem, który doskonale bawi się paletą środków poetyckich w swoich spostrzeżeniach. Liryki te są przez to bardzo barwne jak widokówki czy też impresjonistyczne obrazy. Każdy wiersz za zbioru „Cztery pory roku” jest właśnie taką filigranową, schludną „pocztówką z wakacji” lub, jak kto woli, „kroniką”, „dziennikiem podróżnym” tudzież notatnikiem, w którym autor zapisuje swoje spostrzeżenia widziane przez „smutne oko okna”, zza szyby samochodu gdzieś na polskiej szosie”. Poeta staje się także przyrodnikiem, który z uwagą śledzi rytm natury oraz pracownikiem zdążającym na „nocną zmianę”.
W wierszu „Cztery pory roku” obraz poetycki jest wyjątkowo plastyczny, jaskrawy jak w telewizorze plazmowym marki Philips („wiatr wypełnia gardła ulic”, „struny czarnego deszczu”, „burza prowadzi do ataku armie deszczu”), dlatego poeta słusznie uczynił właśnie tak tytułując swój zbiór, gdyż podobnie jak w tym tekście tak w całym tomiku występuje pełna paleta barw
i kalejdoskop pejzaży ( od Kalifornii po Kraków).
Piotr Florczyk, „Cztery pory roku”, wydaw. MAMIKO, Nowa Ruda 2003 r.
Piotr Florczyk, „Cztery pory roku”, Mamiko, Nowa Ruda 2003
Zacznijmy w sposób w jaki z książkami postępować się nie godzi. W dzisiejszych czasach okładka jest istotnym elementem, decydującym o tym czy spośród niezliczonych pozycji zapełniających półki księgarni wzrok nasz zatrzyma właśnie ta jedna. Czerń igrająca z bielą, klasyczne połączenie nie pozbawione szarości, przypominające o tym, że w prawdziwym świecie bezwzględność dobra i zła jest wciąż negowana. Chwila buntu, niechęci, a może złości ujętej w kamienne ramy przedstawionego na fotografii posągu przywodzi na myśl te nurty sztuki, które przez szczegóły, poprzez podkradanie życiu, jego najbardziej ekspresyjnych, najżywotniejszych form dotykają istoty życia, człowieczeństwa, a nawet Boga. Cztery pory roku to krąg w którym zamknięty jest indywidualny człowiek, ludzkość i wszechświat. Coraz rzadziej próbujemy uchylić kurtynę, wyjść myślą poza bezpieczną przestrzeń wypełnioną bezustannym biegiem donikąd. Życie toczy się przecież tu i teraz, a nie w tak starannie zaplanowanej przez nas przyszłości. Szczęśliwie nieliczni wiedzą o tym i pozostawiają nam okruchy swoich przemyśleń w tomikach podobnych temu stworzonemu przez Piotra Florczyka.
Rozpoczynamy wędrówkę po muzeum duszy autora od odwiedzenia pełnej duchów przeszłości biblioteki. Pierwiastek historyczny czyni z nas ludzi pozwalając dookreślić jednostkową tożsamość. Jest jesień. Brak ukochanej osoby, niewygodna, utrudniająca swobodne oddychanie samotność skłania podmiot liryczny do otwarcia okna na świat. Do wyjścia poza siebie, ku trwaniu czasu, historii i tworzącego je codziennego życia. Jeśli poświęcimy chwilę na przyjrzenie się światu zrozumiemy bezsens codziennej gonitwy. Spacerując ulicami pół-realnego miasta spotkamy starych znajomych. Dzielimy się niczym kromką chleba pewnością, że „Jutro będzie dzień jak każdy inny – dzień z niebem na plecach”. Rozmowa przerwana milczącym odwieszeniem słuchawki, świt unicestwiający noc. Nowy dzień wypełniony nadzieją na więcej światła, dotyku, przyjaźni i kolejny łyk własnej i cudzej poezji.
Charakterystyczne dla twórcy emigracyjnego pomieszanie obrazów dwu przenikających się przestrzeni tutaj i tam, dodaje czaru wykreowanemu przez autora światu. Przychodzi mi na myśl Adam Lizakowski wspominający rodzinne Pieszyce w taki sposób, iż wrastają one w San Francisco i później Chicago, stając się nieodłączną częścią ich literackiego wizerunku (jestestwa). Tym urokliwym gestem niczym pstryknięciem palców obaj twórcy zatrzymują czas. Skoro można dzięki wielkiej tęsknocie być jednocześnie w San Diego i w Krakowie lub w Chicago i Pieszycach, to czas zasypia. Pozwalamy się wieść wyjątkowo płodnej tęsknocie za tym co dobrze znane, a więc bezpieczne. Za przyjaciółmi, rodziną, za tymi którzy wciąż borykają się z życiem i tymi, którzy żyją już tylko dzięki sile naszych wspomnień. Za ulicami, po których moglibyśmy spacerować wyposażeni w śnieżną laskę, i ciemne okulary bez potrzeby pytania o drogę.
Piotr Florczyk zatrzymuje czas tylko na chwilę, by zaraz pchnąć go z tym większą siłą.
Codziennie, posuwając się kolejny krok naprzód, podejmując kolejne, jak zawsze niełatwe, decyzje czerpiemy garściami z historii wspólnej wielu ludziom i naszej indywidualnej, po to by każdym czynem i myślą na nowo umieszczać siebie w nieustającym kręgu życia.
„Nowy, wspaniały świat ?”
Powieść „Sen” Andrzeja Trembaczowskiego jest pierwszą i jak na razie ostatnią pozycją fantastyczno – naukową w ofercie noworudzkiego wydawnictwa MAMIKO. Jej główny bohater młodzieniec Chris żyje w jakimś syntetycznym, idealnym, wirtualnym świecie, gdzie komputery pełnią rolę rodziców, wychowawców i nauczycieli. O klasie społecznej decydują tzw. „poziomy” zastępujące wykształcenie. Chris właśnie zdał na „szósty poziom”, a wiec znajduje się dość wysoko w hierarchii tego futurystycznego społeczeństwa. Młodzieniec zna tylko rzeczywistość wykreowaną przez komputery, które spełniają wszystkie jego zachcianki. I tak wraz z przyjaciółmi Henrykiem i Sylwią wypoczywa nad morzem, nurkuje podziwiając bogactwo rafy koralowej, przeżywa niebezpieczne przygody uczestnicząc w safari. Chris jednak nie ma absolutnie żadnego pojęcia o rzeczywistym świecie, co go zaczyna coraz bardziej niepokoić. Nie potrafi objaśnić sobie dziwnego snu, w którym pojawia się on sam, jako mały chłopiec oraz surrealistyczna ryba – hybryda. Tytułowy sen kończy się koszmarną pożogą i rozgardiaszem. Chłopiec – Chris zostaje w rezultacie porwany przez nieznanych ludzi. W zasadzie później cała fabuła powieści skupi się na poszukiwaniach przez Chrisa odpowiedzi na tę sama zagadkę. W młodzieńcu budzą się wątpliwości i podejrzenia, co do namacalności i tak reklamowanej doskonałości świata, w którym przyszło mu żyć. Śledztwo, które poprowadzi na własną rękę, doprowadzi go do nieoczekiwanych i zaskakujących rezultatów. To tyle krótkiego wprowadzenia...
Powieść A.Trembaczowskiego czyta się dobrze i stanowi jej niewątpliwy atut. Trzeba przyznać, iż "„Sen" jest napisany sprawnie i z polotem. Mocną stroną pisarza są dialogi składające się przede wszystkim z replik. Wątki natomiast splatają się w miarę logiczną całość, co jest przecież bardzo ważne w prozie fabularnej. Odniosłem wrażenie, że nad fabułą powieści unosi się duch twórczości Philipa K. Dicka („Ubik”) oraz Stanisława Lema z jego „Kongresem futurologicznym”. Można byłoby również w tym miejscu przywołać Georga Orwella z powieścią „Rok 1984”. Wypada mi tylko żałować, iż autor jedynie szczątkowo potraktował kwestię realności wirtualnego świata. Wątek ten został lekko zarysowany.
A przecież główny bohater „Snu” niejednokrotnie zastanawia się, co jest prawdziwe, a co jest tylko kreacją komputerową. Problematyka ta jest teraz jak najbardziej na czasie, a odświeżyli ja ostatnio, kontynuując koncept Dicka , filmowcy obrazami „Matrix”, „Raport mniejszości”, „Trzynaste piętro, „ Pamięć absolutna” itd. Autorowi omawianej powieści zabrakło chęci albo wyobraźni, by zaskakująco spuentować powyższy wątek. Ja przynajmniej miałem uczucie niedosytu, gdyż oczekiwałem wyjaśnienia bardziej ambitnego.
A. Trembaczowski nie omieszkał przemycić do „Snu” coś ze swoich życiowych pasji ; wyczerpująco objaśnia podstawy surviwalu, udziela rzeczowych informacji o florze i faunie raf koralowych itp. Muszę jednakże odnotować pewną nieścisłość fabularną; pisarz ustami jednego z bohaterów książki stwierdza, że zwierzęta wyginęły w jakimś kataklizmie, co nie zgadza się z później opisanymi faktami. Pojawia się również kwestia zwierząt – mutantów (ryba-hybryda), a autor zbywa je milczeniem, w ogóle ich nie przedstawiając. Poirytowało mnie także nadmierne moralizatorstwo w zakończeniu powieści – opis „dzikich”, którzy żyją, jakby znajdowali się w jednej z pierwszych komun chrześcijańskich. Te partie tekstu są najbardziej infantylne i naiwne. Ale przestaję się już czepiać... Podsumowując; muszę oddać honor A. Trembaczowskiemu, iż pomimo tych kilku niedociągnięć i mankamentów, napisał całkiem niezłą powieść fantastyczno – naukową, którą z czystym sumieniem mogę polecić miłośnikom tego rodzaju prozy.
Mariusz Poźniak
A.Trembaczowski, „Sen”. Wydaw. MAMIKO, Nowa Ruda 2003
Wojciech Brzoska. "Wiersze podejrzane", Mamiko, Nowa Ruda 2003
Tytuł tomiku Wojciecha Brzoski nawiązuje do rozróżnienia, którego dokonał niegdyś w eseju Proszę pokazać język Stanisław Barańczak: słowa dzielą się na te „poza podejrzeniem” i te „w stanie podejrzenia”. Poezja, która stawia poza podejrzeniem swój własny język, głuchnie na groźby pobrzmiewające w językach innych albo udaje, że ich wcale nie słyszy. Bohater Brzoski obsesyjnie wręcz tropi wkradające się w codzienne życie, mowę (także w poezjowanie!) fałsze. Etyczny niepokój towarzyszy mu na każdym kroku, a pisanie tych „podejrzanych” wierszy jest dla autora swoistą strategią obronną przed szerzącym się dziś nihilizmem. W tym sensie jest to więc poezja konieczna i ocalająca. Niemniej nikogo nie ocala na siłę, ma wymiar prywatny, jednostkowy, a kolejne utwory składają się na sumienną kronikę wrażliwości. Patronami brzoskowego „życiopisania” są Podsiadło i ... Białoszewski, wiele linijek poeta z Sosnowca usłyszał bądź przeczytał i zlepił w nowe, samodzielne całości. Talent do opowiadania, niepowtarzalna wymowa zgrabnie zarysowanych sytuacyjnych scenek, towarzyszące im zdziwienie i niewymuszone refleksje- to najsilniejsze strony tomiku. A słabsze? Kilka tekstów chybionych, włączonych do książki chyba zbyt pospiesznie. Niemniej jako całość Wiersze podejrzane się bronią. Autor korzystając ze zderzeń głosów cudzych i przełamań typowych dla młodej poezji schematów powoli dochodzi do swojego własnego, niepodległego głosu. Podobny wysiłek widać w wierszach innych śląskich „roczników siedemdziesiątych”. Być może dojrzewają oni do tego aby się odżegnać od przypisywanej im dotąd stadności?
Artur Nowaczewski
(„Topos”, nr 6/2003)
Dysonans księżycowej nocy
Krzysztof Karwowski
Biorąc w dłonie „Sakrament Księżycowej Nocy - ballady i romanse” 1 sam tytuł jawi się mi jako wyzwanie wobec wieszcza (prawie przed dwoma wiekami używającego tytułu, który teraz został użyty w podtytule), znowu to jako próba przekodowania jego liryki romantycznej, bądź czerpania inspiracji z jej bogatych zasobów. Aby na samym początku określić się jasno (co do atrakcyjności literackiej książeczki) stwierdzam, że wiersze te warto przeczytać i z pewnością będą one budzić w nas emocje, dostarczając wrażeń, które wielokrotnie utożsamiane są ze współczesnym pojęciem sztuki. Zapewne nie każdemu będzie odpowiadać poetyka, ale ci, którym będzie, z pewnością zaakceptują zaproponowany przez autora styl i uda się im wydzielić właśnie te, najbardziej dla nich atrakcyjne wątki. Do twórczości Mariusza jestem nastawiony pozytywnie nie chciałbym być utożsamiany z propagatorem znaczeń pejoratywnych w odniesieniu do jego utworów. Oczywiście przerysowałem niedoskonałości, a w zbyt małym stopniu omówiłem wartości. Uświadomić sobie należy także pewną dziejową przemianę poetów, w nawiązaniu do stosunku pomiędzy ich dziełami a samym sposobem życia. Obecnie zmuszeni są oni bowiem do wzbudzania kontrowersji w swoich artefaktach pozostając w życiu codziennym niekontrowersyjnymi. W epoce, do której odwołuje się Mariusz sytuacja wyglądała zgoła odmiennie. Nie da się tutaj mówić więc o naśladownictwie, ale o inspiracjach.
Zbiór wierszy Mariusza Poźniaka w swej wizualnej, edytorskiej formie wywołuje przeczucie nadchodzącego wewnętrznego napięcia, dysonansu, być może w znaczeniu aronsonowskim. Poznaję treść zbioru w chwili, kiedy autora już znam – co rodzi świadomość nieświadomego przeistaczania przeze mnie istoty poznania, doznania, percypowania owej treści, podczas uzewnętrzniania własnych myśli w formie niniejszego zapisu. Występuje tu analogia do zaczarowanego zwierciadła (z którym kojarzy się mi ilustracja na okładce, uosabiająca tajemne przejście ze świata iluzji znanej – tzw. rzeczywistości – do obszarów nieznanych, nieprzewidywalnych). Często podobną rolę pełnią lustra w baśniach, czy bajkach. Przed oczy przychodzą mi sekwencje z Alicji w krainie czarów, bohaterów filmu Power-Rangers, a także różnych filmów (szczególnie) Disneya ów motyw wykorzystujących. Bohater przechodzący na drugą stronę zwierciadła dostrzega zwykle odmienną naturę rzeczy już (co jest zwodnicze) jemu znanych, nabierających w nowym kontekście sytuacyjnym znaczeń wcześniej wręcz niewyobrażalnych, co może wywoływać przeobrażenia osobowości bohatera (chciałoby się rzec, że to psychologiczny aspekt aktualizacji struktur poznawczych). I to może być zwodnicze, gdyż żaden utożsamiający się z podmiotem poeta nie jest w stanie sformułować zdarzeń, obszarów, lub sytuacji stanowiących trwały punkt odniesienia do prawdy, jeśli jego poetyka nie będzie niezwykle wiarygodna.
Czytelnik w zbiorze Poźniaka znajdzie wiele „klimatów” bliskich mickiewiczowskiej Świteziance, czy Romantyczności. Fakt ten skłania mnie do zdefiniowania autora Sakramentu, jako poety w sposób zamierzony próbującego odnaleźć się w stylu neoromantycznym. Oczywiście i główne wątki liryczne pozostają w pewnych korelacjach ze wskazanymi wcześniej dziełami, kiedy w różnych sytuacjach kobiecość, czy kobieta stawiana jest w sytuacji, kiedy „duby smalone bredzi” 2 . Mniej utożsamiałbym tę poezję ze stwierdzeniem „Miej serce i patrzaj w serce!”3 . I to na tyle moich odwołań o charakterze „szkolniackim”, bowiem takowym jako poeta brzydzę się dość mocno. „Ballady i romanse” Mickiewicza, gdyby były napisane współcześnie, mogłyby być przykładem megagrafomanii, ponieważ kontekst kulturowy, literacki i historyczno-społeczny przez dwa wieki uległ ogromnym przeobrażeniom. Następujące zmiany determinują sposób interpretowania także językowych artefaktów. Temu nie ma co się dziwić, biorąc pod uwagę ilość tzw. epok, jakie w tym czasie przeminęły sobie i przeszły do zbiorowego doświadczenia (lamusa) również poetów.
Nie wiem, czy książkę Poźniaka mógłbym określić jako samplowanie romantycznego ducha. A może bardziej jako próbę kreacji specyficznej formy ponowoczesnego neomanieryzmu? Jako światło nadziei u Poźniaka dostrzegam nie zamykanie oczu na świat przełomu wieków, postmodernizmu i nie kneblowanie ust wyłącznie słowami, czy zwrotami zgoła archaicznymi, dzięki czemu „ustronie to/ jest jakby przedpokojem/ w którym znajdują się bramy/ tajemne przejścia/ do alternatywnych wymiarów”4 . Wiersze umieszczone w zbiorze cechują się specyficzną symboliką. Nie ma praktycznie utworu pozbawionego symboliki, bo czymże jest odwołanie do dziewięciu muz i komety w „Balladzie o dziewięciu drogach”. Pośród gąszczu odwołań, porównań, alegorii, niedopowiedzeń i podtekstów trudno jest niekiedy dostrzec właściwą frazę, bowiem ta musi walczyć z błędnymi rycerzami, Orfeuszami, królami lasu, Faustami i całą rzeszą postaci mitologicznych pamiętanych inaczej. Dzieje się tak do momentu, aż kontrolę nad wszystkim przejmuje Władca Ciemności, który ten chaos ujarzmia.
Pewnym hiperklasycyzowaniem jest skłonność autora do używania dość pretensjonalnych (jak na współczesnego poetę) sformułowań. Przykładem mogą być antytezy-oksymorony: „wyuzdaną niewinnością”5 , „pomarzłych płomieni”6 , których w książce jest wiele, ale nie zawsze usytuowane są w najodpowiedniejszej pozycji (jako element struktury utworu). Innym punktem dysonasowym są niesharmonizowane przebiegi obrazowe (np. „...prastary skansen/ pokryty patyną szronu/ pomarzły spienionych fontann zdroje/ i już zawsze łapiące z trudem tchu/ chińskie karpie złote” 7 , które w zasadzie mogłyby funkcjonować, jednakże jako bardziej autonomiczne fragmenty, nie miażdżone przez otaczające wersy. Efektem jest w takich przypadkach (wierszach) destabilizacja konstrukcji.
Przy omawianiu Sakramentu nie sposób nie wspomnieć o wierszu pt. „Epigraf: Thomas de Torquemada (1420-1498)”. Utwór jest literacką perełką zbioru. Jeśli Poźniak pójdzie w tym kierunku, to chwała mu za to, bo będziemy mogli mówić o kolejnym utalentowanym poecie dolnośląskim. W „Epigrafie” udało się mu stworzyć własny, błyskotliwy styl. Wiersz ten wyrył się mi w korze pamięci, stając się etykietą, poprzez którą będę postrzegał kolejne wynurzenia omawianego, noworudzkiego poety. Jeśli jednak autor będzie chciał być drugim Mickiewiczem, to hordy wygłodzonych wilków, biesów i wampirów z jego wierszy zaczną walczyć o prawo do pożarcia ich twórcy w ojcobójczym rytuale - sakramencie. Wieszcz jest trupem i nic już nie napisze. Mariusz ma szansę jeszcze coś stworzyć.
Na koniec uwag kilka wróbla Ćwirka. Co do formy: jest do przyjęcia, na ogół poddaje się trawieniu i nie pozostawia lirycznych resztek pomiędzy zębami. Jeśli zaś chodzi o książeczkę jako całość, to jest ona zaprojektowana z wysokim poczuciem estetyki. Niespodzianką może być jednak poszukiwanie w jej wnętrzu równie delikatnych treści. Zwłaszcza o miłości wysokiej lub zwykłych fascynacjach erotycznych znalazłem mniej, niż należałoby oczekiwać po podtytule. Zapodziałem odwołanie do mistycyzmu – na czym polega, pozostawię do indywidualnej interpretacji czytelnikom.
Jeszcze raz dla jasności: można nie zgodzić się z wizją świata zaproponowaną przez Mariusza Poźniaka, ale nie można jej zlekceważyć, ani zignorować. Oczywiście, jak zwykle znajdą się przeciwnicy i znajdą zwolennicy. Aby dokonać samookreślenia co do tego, po której stronie się stanie, książkę należy bezwzględnie przeczytać w całości. Ma ona ogromną, bardzo cenną zaletę – nie pozostawia nas w obojętności – gdyby bowiem tak było, to taki rodzaj twórczości musiałbym nazwać jałową. Tutaj jednak owej jałowości nie ma i jak przypuszczam Mariusz znajdzie wielu przyjaźnie nastawionych odbiorców, wśród których być może będziecie i wy.
Krzysztof Karwowski
1. M.A. Poźniak, Sakrament Księżycowej Nocy – ballady i romanse. Nowa Ruda, 2003.
2.A. Mickiewicz, Ballady i romanse. Warszawa, 1982, s. 12.
3.Ibidem, s. 13.
4.Fragment wiersza „Revenant”; Sakrament..., s. 34.
5.Ibidem, s. 10.
6.Ibidem.
7.Ibidem, s. 13.
Piotr Florczyk. "Cztery pory roku" Nowa Ruda (Mamiko) 2003
Wiersze pomieszczone w debiutanckim tomie krakowsko-kalifornijskiego poety Piotra Florczyka w pierwszej, pobieżnej lekturze wydają się nie na czasie - ściszone, skupione, próbują oswoić zarówno przestrzeń zewnętrzną: nad-pacyficzną z Krakowem w tle, jak i wewnętrzną - przestrzeń osobistego doświadczenia. Operują środkami łagodnymi, uciekają od gwałtownej ekspresji. Ich liryczny protagonista rad przechadza się po bibliotekach i parkach ("List do S.), czasem nawet nawiedzi cmentarz, ale nie po ty, by delektować się marnością, ale - by wyjść stamtąd, szepcząc "Nie spieszmy się, proszę" (to także tytuł wiersza) i schronić się we własnym domu z widokiem na ocean, gdzie nie dzieje się właściwie nic, co mogło by go zmartwić lub zaboleć ("Niewiele"). Tak, uspokojona kontemplacja przeważa tutaj nad dramatem, a spojrzenie nad zdarzeniem. Poeta patrzy, a co ważniejsze, widzi. I owo widziane stara się choćby intuicyjnie pojąć, zrozumieć, najwyraźniej po to, by dojrzeć do każdego dnia/ z niebem na plecach. Wie ponadto, u kogo doskonalić swój kunszt obrazowania. Znać po nim wyraźnie terminowanie u Miłosza i Zagajewskiego. Można się również domyślać inspiracji liryką amerykańską (pozgadujmy - Kenneth Rexroth? a może Denise Levertov?). By się o tym przekonać warto poświęcić nieco więcej czasu na lekturę wierszy "Tulipany", czy "Przyrodnik w Nowym Jorku" - uważnych, wmyślonych w poetycki obraz, dlatego najmocniejszych chyba w całym zbiorze.
Bodaj najmniej szczęścia ma autor do tytułów: tak gładkich, że już przezroczystych niczym tematy szkolnych wypracowań. Wyrządzają one całemu tomikowi nie nazbyt sympatyczną przysługę.
Tom Piotra Florczyka nosi charakterystyczne cechy debiutu; nie zawsze równy, chwilami więcej obiecuje niźli spełnia. Niemniej określa kierunek rozwoju wyobraźni i języka, zdążającego, co pewne, do świeżości i oryginalności.
pwL
Recenzja ukazała się w poetice
NIE BYĆ KAPUŚCIŃSKIM
Notka na okładce informuje, że mamy do czynienia z „fikcją literacką opartą na przeżyciach w Republice Południowej Afryki”, jednak właśnie w ową „fikcję” najtrudniej uwierzyć; więcej, jeśli to fikcja, może tym gorzej dla książki. Naprawdę bowiem czytałam Baie Dankie, Afryko jak opowieść z nieznanego kraju, gawędę emigrancką, nie jak powieść. Wciągnęły mnie barwne epizody, rysunki postaci, obserwacje obyczajowe, zapisy stanu ducha, ironiczne rozrachunki z nadziejami i porażkami życia. W delektowaniu się nimi przeszkadzałoby założenie, że czytam powieść. Od powieści wymagam bowiem koncepcji, konstrukcji, konsekwencji (lub ich antytez). Jako powieść Baie Dankie, Afryko po prostu się sypie.
A jednak czytałam tę rozsypkę z zainteresowaniem, co sama sobie muszę wytłumaczyć. Po pierwsze, jesteśmy niewątpliwie wielbicielami prozy reportażowej, autentyku, autobiografii. Trudno zadziwić nas jakąś ich szczególną formą, jako że wszystkie formy już były. Zainteresowanie może więc budzić nie tyle formalne wyuzdanie lub przesubtelnienie, co samo mięso opowieści. Po drugie, autor wyemigrował do RPA ze Szczecina, moje rodzinne miasto pojawia się w tle kilkakrotnie, jest punktem odniesienia. Dla mnie ta okoliczność jest tym bardziej interesująca, że pozwala mi znaleźć kontekst dla tej narracji w prozie podróżniczej, konkretnie zaś mówiąc: marynistycznej. Po trzecie, Południowa Afryka jest miejscem mniej znanym, panujące tam obecnie warunki nie należą do szeroko dyskutowanych w Polsce, a przecież to tam sytuuje się automatycznie raj. Dowodem choćby edycja, przepraszam za słowo, debilnego programu „Kawaler do wzięcia”, w którym narzeczonym był także przystojniak ze Szczecina. Raj, gdzie możesz poczuć na własnej skórze, co znaczy słowo rasizm, którego mieszkańcy specjalizują się w hodowli rotwailerów. Po czwarte, Maciej Nowakowski dopisuje jeszcze jedną część do zbioru narracji emigracyjnych, które przeżywają w latach 90 –tych już nie lifting, a prawdziwą liposuction.
Bohater tej fabuły opisuje swą praktykę chirurgiczną w szpitalu dla czarnych Afrykańczyków (nie ma problemu z nomenklaturą, więc i ja sobie pozwalam na rasistowskie słówko) na początku lat 90 –tych. Kilkuletni epizod, będący szkołą medycyny i życia, kończy decyzja wyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Konstrukcja powieści, moim zdaniem świadcząca o nie-fikcyjności przedsięwzięcia, ma kilka, by tak rzec, dominant. Po pierwsze czcionka wyróżnia w kilku miejscach coś, w czym zapewne należy się domyślać dziennika, pamiętnika lub notatek. Zasadnicza fabuła składa się z szeregu epizodów opowiadających o życiu w RPA, o losach wąskiego grona białych przybyszów, część z nich to emigranci z Europy Wschodniej i Środkowej. W pewnym momencie okazuje się, że opowieść jest retrospektywnym romansem, że zmierza do opisu rozstania, które zbiega się z dojrzewaniem do decyzji wyjazdu. Konstrukcja ta jest luźna w stopniu, który niweczy ewentualne napięcie, jakie mógłby odczuwać czytelnik w związku z duchowymi rozterkami bohatera.
Retrospekcja zaczyna się zresztą nęcącym dialogiem o erotyce. Wiedza o życiu, także intymnym, przekazywana bohaterowi przez starszego kolegę, mentora w sprawach chirurgii i kobiet, zachęca do czytania. Szkoda, że tak niewiele epizodów tę zapowiedź obscenów realizuje, bo są to fragmenty celne. Podobnie jak obserwacje obyczajowe, autokomentarze, ironiczne oceny postaci i politycznej sytuacji w RPA. O wiele mniej przekonująco wypadają dywagacje filozoficzno-literackie. Najbardziej zgrzytają „literackie” frazy. Najbardziej, bo język autora jest sprawny, barwny. Jeśli pisałam o podobieństwach z relacjami podróżniczymi, Nowakowski na ich tle wypada zdecydowanie dobrze. Dlatego tam, gdzie idzie w liryzm lub szuka szczególnie celnej frazy, przestaje brzmieć. Często jest to kwestia niedokładności frazeologicznych i składniowych. Na przykład w takich zdaniach jak: Trudno zapewnić szczęście partnerowi życia, nie będąc samemu szczęśliwym; pomoc dentystyczna oraz zlew w kącie do mycia rąk. Wiele z tych usterek spowodowana jest skłonnością do używania inwersyjnej składni, która „uchodzi za literacką”, ale wydaje się manieryczna; szczególnie, jeśli nie zostanie po mistrzowsku zrealizowana.
Wszystkie te zastrzeżenia byłyby fundamentalne, gdyby upierać się przy ocenianiu książki jako powieści. Ja traktuję ją jako prozę autobiograficzno-emigracyjno-podróżniczą. I jako taka ma same zalety. Opisuje emigrację z jej mitami, zabawnymi z oddalenia dramatami (świetny opis drogi przez Niemcy do RPA), tworzeniem mikro- przestrzeni społecznej w nowych miejscach pobytu. Pokazuje czytelnikowi nie-martyrologiczną rzeczywistość życia w międzynarodowej społeczności eksperckiej, tworzonej przez lekarzy. Charakteryzuje życie w jednym z najciekawszych krajów świata. Prezentuje mocnego mężczyznę naszych czasów, odrobinę mizoginicznego, odnoszącego życiowe sukcesy; postać pozytywną i sympatyczną, z lekką domieszką spleenu, lecz w sumie bez nieznośnych póz śmiertelnie zranionych „porzuconych przez matki, ojców i wartości”, których legion w prozie emigracyjnej pokolenia urodzonych po 1960. Pozornie tylko uchyla się od diagnoz bardzo serio, bardzo przekonujących, których autorem mógłby być wyedukowany postkolonialnie ponowoczesny humanista.
Maciej Nowakowski pisze w jednym z fragmentów, że nie chciał być Kapuścińskim. Nie odwiedzał więc shiptownów, zakapiorskich dzielnic, mógł tylko fantazjować na temat życia w takich miejscach. Nawet jeśli ich nie odwiedzał, są obecne w jego świadomości narracyjnej, także jako luki. Stał przy końcu pasa transmisyjnego – z dzielnic czarnej nędzy, przez pracę służby w domach Afrykanerów, wojnę domową – Murzyni trafiali do szpitala, gdzie ich kroił, szył, gdzie stwierdzał zgony. W nagrodę leżał przy basenie w raju. Co z tego, że nie miał powołania na Kapuścińskiego? Jego o-powieść jest frapująca.
Maciej Nowakowski, Baie Dankie, Afryko. Wyd. Mamiko, Nowa Ruda 2003. – s. 162.
Inga Iwasiów Recenzja napisana dla "Nowych Książek" |
Płonące oczy
Gdy wziąłem do ręki zbiorek wierszy W. Brzoski Wiersze podejrzane mile mnie zaskoczyła oprawa graficzna: czarne tło, wyrazista twarz poety, w niej płonące oczy. Ciekaw byłem, czy w tekstach też jest tyle ognia. Postanowiłem tym wierszom bliżej się przyjrzeć.
Po pierwszym, pobieżnym czytaniu (gorące pierwsze odczucia bardzo sobie cenię) pozostała we mnie chęć powtórnego przeczytania kilkunastu wierszy. Wymienię tylko kilka: „drugi oddech”, „uśmiech losu”, „wiersz paradoksalnie prawdziwy”, „ *** (cztery zgrabne foki...)”, „pokolenie”, „kicz”, „*** (nie jestem tu za karę ...)”, „cienie, postępy”. Autor w scenach wziętych bezpośrednio z życia (tramwaj, autobus, kontakty koleżeńskie) stara się wyzwolić drzemiącą tam metafizykę. Bardzo udaje mu się to w wierszu „drugi oddech” :
W środku / zimy w obronę bierze nas stary / mróz który kradnie gorące oddechy / rzeźbi na szybach kryształowe / ornamenty ze słów. one właśnie / zakwitają językami liści, szronem / topniejących snów ! W niektórych tego typu wierszach przydałaby się jednak wyraźniejsza puenta, bo czytelnik poezji- przecież bardziej literacko wyrobiony- nie zawsze potrafi ją odkryć. Podoba mi się również, podobny w uzmysławianiu przemijającego czasu tekst „uśmiech losu”. Cały zbiorek jest ciekawy semantycznie, żywy, a potoczny czasem język przydaje mu pieprzu. Poeta chce nas wyzwolić z kolein tradycyjnego myślenia, odświeżyć czytanie liryki. Chociaż nie jestem przekonany, czy tak dużo tekstów ( to ogólna cecha poetów roczników siedemdziesiątych) powinno odnosić się do codzienności lub ją komentować. Czy nie trzeba czasem „dorzucić” trochę eschatologii czy ontologii ( takiej w rozumieniu R. Ingardena) ?
Pochwaliłem tomik, o jeden wiersz jednak mam pretensje, ten ze str. 52- „nie, prawda ?”. Taki komentarz z marszu gdziekolwiek byś szedł. Brak tu pogłębienia poetyckiego, żadnej puenty, bezkrytyczne postrzeganie otoczenia: wczoraj pod płotem / widziałem jeża /tak, to był / szczur. Przecież Brzoska umie pisać mądre i krótkie wiersze. Przytoczę dla przeciwwagi- mam w lesie/ całą Częstochowę- krótki, mądry, trafny- „pielgrzymka”.
Mam wrażenie, iż ten zbiorek jest trochę słabszy od dwu poprzednich. Autor to jednak poeta- młodzieniec. Przełomy twórcze i zawirowania literackie przed nim. Najlepiej mu życzę. Na pewno napisze jeszcze wielkie wiersze. Wypada wierzyć R. M. Rilkemu, że poezja nie jest uczuciem, jest doświadczeniem.
Jerzy Lucjan Woźniak
„Kurier Literacki”, nr 4 (14)/2003
„Świat jest miłością”...
W lipcu 2001 roku ukazała się drukiem kolejna edycja poezji Antoniego Matuszkiewicza – mieszkającego na Dolnym Śląsku – poety, dramaturga i prozaika. Tomik wierszy został opatrzony tytułem „Błękitne przeciwstawienie” zainspirowanym cyklem rysunków Józefa Hałasa. Niektóre z nich wzbogacają szatę graficzną wydania: okładkę i poszczególne części w zbiorze. „Błękitne przeciwstawienie” starannie wydała Apolonia Maliszewska w noworudzkiej oficynie „Mamiko”
Dorobek poetycki Antoniego Matuszkiewicza obejmuje zbiory poprzedzające najnowsze „Błękitne przeciwstawienie” : „Czyste powietrze”, „Lżejsze od Ziemi”, „Góry Kamienne”, „Rebeka”, „Nowy Rok”, „Spojrzeć najdalej”, „Droga do Iwonicza”, „Eden”, „Vox celestis”.
Poezja Matuszkiewicza jest refleksyjna, podbudowana rozległą erudycją z różnych dziedzin humanistyki ; architektury, malarstwa, muzyki, filozofii i religioznawstwa, poszerzoną efektami obserwacji otaczającego artystę świata. „Błękitne przeciwstawienie” to poetycki wyraz zadumy twórcy nad kosmosem, człowiekiem przemierzającym drogę wyznaczonego mu czasu ziemskiej egzystencji i Bogiem – Kreatorem , architektem wszechświata. Stanowi swoistą syntezę poezji intelektualnej i sensualnej. Z wierszy tego tomiku odczytujemy wprawdzie afirmację życia, ale blask witalizmu jest tu wyraźnie przyćmiony cieniem śmierci. Podmiot liryczny ma pełną świadomość kresu ziemskiej wędrówki każdej istoty ludzkiej i to przeświadczenie tłumi jasną stronę palety barw świata natury.
Tytuł zbioru sugerujący liczne antynomie w kosmosie odwołuje się w istocie do harmonii wszechświata, który Stwórca wykreował według zasad klasycznego piękna : ładu, proporcji i symetrii. Błękitowi nieboskłonu odpowiada błękit wód mórz, oceanów, rzek i jezior. Pomiędzy dwiema warstwami błękitu usytuowany jest ląd, na którym żyją rośliny, zwierzęta i ludzie.
W lirykach Matuszkiewicza nie ma czystego moralizowania, sugestywnie wyrażonego imperatywu moralnego, narzucającego czytelnikowi sposób przebycia ziemskiej drogi żywota. Jest w nich subtelna etyka wyrastająca z refleksji o krótkości ludzkiego życia i o drugim życiu, które rozciąga się poza zasłoną oddzielającą to, co znane od tego , co przeczuwane. Uczy miłości do świata przyrody, zachwytu nad jej pięknem, radości z każdego przeżytego dnia, uczy tolerancji wobec inności bliźnich : narodowościowej i wyznaniowej. Słowa zacytowane przeze mnie zamiast tytułu zaczerpnęłam z wiersza „Błędne skały”.
Podziw dla piękna skalnych form, harmonizujących z kształtami obłoków na niebie, czar lasu i zieleni traw dyktuje poecie słowa :
„Świat jest miłością”
W innych lirykach odwołując się do różnych wyznań i religii twórca „Błękitnego przeciwstawienia” dąży do ekumenezy ; nie przeciwstawia wierzących prawosławnych katolikom, wskazuje im jednego Boga – obecnego w wierszach : „Ewangelia”, „Broumowski Monastyr”, „Ikonostaz domowy”, a zwłaszcza „Wobec krzyża”. Ze zbioru wynika przesłanie , że każdy człowiek powinien dążyć do zrozumienia drugiego człowieka, umieć darzyć miłością bliźniego, kochać przyrodę i wielbić Stwórcę, który wykreowany przez Siebie świat podarował ludziom.
Poezja Matuszkiewicza łączy w sobie najczystszy realizm wyrastający z sensualizmu z metafizyka, filozofią i oniryzmem. Mówiąc, że „świat jest miłością” maluje słowem konkretne miejsca tego świata : wspomnienie z młodości spędzonej na kresach otaczających Lwów i rzeczywistość, która otacza artystę obecnie : Sudety, pasmo Karkonoszy, górskie strumienie niosące bogactwo szlachetnych kamieni i minerałów : porfiru, karneolu i będące symbolem przemijania jednostek i całych pokoleń.
Nie jest to poezja łatwa w odbiorze. Matuszkiewicza posługuje się wierszem białym, bezrymowym i przeważnie nieregularnym. Niewątpliwie taki warsztat literacki sprzyja zadumie i refleksyjności, pozwala też czytelnikowi na pewną swobodę w interpretacji głosowej i semantycznej utworów. Stawia jednak przed czytelnikiem wymagania : oczekuje wrażliwości i intelektualnego przygotowania.
Warsztat poetycki Antoniego Matuszkiewicza jest bogaty w metaforykę , antytezy, porównania, onomatopeje i przerzutnie. Elementy regularności, niepełnej zresztą, dostrzec można jedynie w wierszach napisanych tetrastychem lub tercyną. Oprócz ilości wersów w strofach trudno doszukać się innych zgodności. Liczba sylab w poszczególnych wersach waha się od 9 da 12. Nie spotkałam strofy napisanej zdecydowanym sylabowcem. Ilość ze strojów akcentowych w wersach oscyluje wokół 3 lub 4. Nie jest to więc wiersz toniczny. Matuszkiewicz pisze wierszem wolnym, o dowolnej strofie i swobodnej wersyfikacji.
Na podkreślenie zasługuje tworzywo wierszy z tomiku „Błękitne przeciwstawienie”, czyli bogactwo i piękno słowa. Liryki Matuszkiewicza mają też w sobie coś z poezji lingwistycznej. W niektórych z nich poeta bawi się słowem i zdecydowanie bardziej dba o stronę dźwiękowo-muzyczną utworu niż jego warstwę znaczeniową.
Nie ulega wątpliwości, że Antoni Matuszkiewicz to wrażliwy humanista i utalentowany poeta, który w tomiku „Błękitne przeciwstawienie” zawarł kosmiczny obraz świata doczesnego i przeczucie pozaziemskiego.
Podejrzany do odwołania
Rzeczywistość nieustannie nas zwodzi i tego jednego możemy być pewni. Każ-de pokolenie twórców zdaje swój raport z podstępów rzeczywistości, z jej postępów w okłamywaniu nas. Jeżeli spojrzeć już choćby na tytuł trzeciego tomiku Wojciecha Brzoski Wiersze podejrzane, a do tego wziąć pod uwagę krytyczne rozpoznania na temat poezji tzw. „roczników siedziedemdziesiątych” można domyślać się, że będzie-my mieć do czynienia z kolejną manifestacją braku zaufania wobec świata pozbawio-nego Sensu, świata w którym istnieją tylko sensy różnorakie, niekiedy tylko przystają-ce do siebie. Można by założyć, że odczucie przypadkowości jako zasady, a języka jako bytu, który tylko współistnieje ze światem, będzie i u Brzoski – jedynym możli-wym do obrania – centrum. Można też oczekiwać strategii obronnej, próby zajęcia pozycji wobec zafałszowanej i samo fałszującej się, dzielącej się w nieskończoność rzeczywistości. Tomik w dużej mierze potwierdza te przypuszczenia.
Przyznam, że dawno już nie czytałem tak „konfliktowych” wierszy. Wszystko zaczyna się tu od konfliktu i wokół niego koncentruje. W inicjalnym utworze Przeni-kanie czytamy: różnimy się od siebie jak gąbka od kredy/ ty starasz się zapomnieć/ ja staram się ocalić/ choć niewielki fragment Czasu. Rozbieżność charakterów dwojga ludzi, odmienność oczekiwań wobec partnera, nieprzystawalność wymarzonych światów jest tematem licznych wierszy. Kronika wypadków miłosnych obfituje w sprzeczki, zdrady, a także podchody (zob. Krótkie streszczenie letniej, a jakże gorącej telenoweli…). W Czarno na białym, jak na dłoni liryczny reporter relacjonuje przebieg – w sensie dosłownym – bolesnego rozstania: została po mnie tylko niewielka blizna/ na jej dłoni – wtedy wreszcie po raz pierwszy/ zrobiłem skuteczny unik, a zaraz potem/ nastąpiło jej twarde lądowanie na ziemi. kiedy wypróbowała tę samą metodę,/ mój upadek okazał się co najmniej/ równie bolesny, mimo że zamiast krwi/ płynęła sama woda.
Od zażyłości do rozstania – tak przedstawia się najkrótsze streszczenie historii związku, którego katastrofalne zakończenie podpowiadał już utwór otwierający tomik. Nie brakuje tu także miłosnych nawrotów, westchnień do utraconej miłości, czy też tęsknoty do już inaczej doświadczanej, prawdziwej bliskości. Wiersze podejrzane są jednak czymś więcej niż zapisem traumatycznych doznań, nie układają się w liryczny pamiętnik, chociaż tomik przy pierwszej lekturze może sprawiać takie wrażenie. Ca-łość jest bardziej skomplikowana.
Rzeczywistość nieustannie nas zwodzi, a nasza pamięć, zamiast być naszym sprzymierzeńcem, często – na pewno częściej niż nam się zdaje – kolaboruje z naszym wrogiem, czyli rzeczywistością – tak właśnie można by powiedzieć za Proustem. Ce-chą naszego poznania jest fragmentaryczność. A nasza pamięć na dodatek upraszcza jeszcze obraz, pozbawiając go szczegółów, tych drobiazgów, które są najbardziej wartościowe, bo decydują o wyjątkowości przeżycia. Pamięć pozbawia nas fragmen-tów wspomnień, a nieraz zabiera duże części tego, co dla nas ważne, co chcielibyśmy pamiętać. Ale też równie często w inny sposób manipuluje nami, przestawiając detale, umieszczając je w innym miejscu lub czasie. W najdłuższym i chyba najciekawszym utworze (Uroboros) mamy tego przykład: czas wije się zatrzymuje i powraca/ po po-nad trzech latach/ zwinny niczym wąż gryzacy/swój ogon i okrągły jak stolik/ nad któ-rym pochylamy się/ od ładnych już paru godzin/ nie widząc końca tej dziwnej/ rozmo-wy. bo ciągle zgadza się tylko środek. Tak, problem tkwi nie tylko w niemożności przypomnienia sobie epizodów w całej ich urodzie oraz pełni, ale polega również na uzgodnieniu wspólnych wersji. Jedno i drugie jest prawie niemożliwe do osiągnięcia. Rozbieżne zapiski na ten sam temat mnożą się i kłócą ze sobą. Niełatwo stwierdzić, czy podmiot liryczny opowiada o wielu wariantach tego samego zdarzenia, czy też zupełnie innych, choć niesamowicie do siebie podobnych. Na to pytanie akurat znaj-dujemy w innym tekście podpowiedź: jest dzień i noc./jest zupełnie inna/ podobna hi-storia (Linia śmierci, koło życia).
Jeśli już mówić o strategiach poetyckich wobec rzeczywistości, co sprowoko-wałem na początku, według Brzoski najlepszą jest wykorzystanie sensotwórczej roli pomyłek i przeinaczeń, czyli po prostu brnięcie w środek zamieci niż od niej ucieka-nie. Warto dodać na marginesie, że komentowane już przez krytyków upodobanie po-ety do rozmaitych gier językowych znajduje tu wyraźniejsze potwierdzenie niż w przypadku dwóch wcześniejszych jego tomików.
Oczywiście, nie same wiersze o – z różnych względów – trudnej miłości znaj-dziemy w zbiorku. Liczną reprezentację mają tzw. wiersze towarzyskie, będące za-bawnymi, dosyć prześmiewczymi komentarzami życia literackiego (Nie, prawda?; młody poeta Paweł Barański wysyła nieco starszemu poecie Jackowi Po anonimowy, choć przyjazny liścik…) albo też parodiami łatwo rozpoznawalnych poetyk, czy raczej najczęściej obecnie stosowanych praktyk poetyckich (Śniadanie; Niedziela, niewierny „esemes” do Pana Boga, panie Brzoska?). Wiersze o miłości wśród których znaj-dziemy i kilka subtelnych erotyków, są jednak tej książki trzonem, to w nich celuje Brzoska i to na nie przede wszystkim chciałem zwrócić uwagę. Wiersz „miłosny”, jak żaden inny, rodzi się z potrzeby bliskiego kontaktu, z potrzeby doświadczania Drugie-go. Myślenie o miłości, o swoim stosunku do bliskiego człowieka jest często probie-rzem naszego stosunku do świata. Trudna miłość – jak powiedziano by jeszcze dzie-sięć, no góra dwadzieścia lat temu – może być najlepsza szkołą życia. Ach!
A co do podejrzliwości, to podejrzewam, że jest to intrygujący tomik, który znajdzie swoich czytelników. Podejrzewam go o to.
BRZOSKA Wojciech, "Wiersze podejrzane". Nowa Ruda : Wydaw.MAMIKO, 2003
Wojciech Giedrys, „Ścielenie i grzebanie”, Mamiko, Nowa Ruda 2004
Budzę się. Otwieram oczy. Słońce złoci powietrze i ciepłymi promieniami głaszcze moją twarz. Lekki wiatr porusza zawieszonymi przy frontowych drzwiach dzwoneczkami. Ten pierwszy z miliona dźwięków rozpoczyna radosną symfonię dnia. Cieszy mnie myśl o kolejnym czekającym dniu. Znów mogę zrobić wszystko cokolwiek zechcę, cokolwiek sobie wyśnię, wymarzę. Nawet gdy po raz kolejny postanawiam zacząć wszystko od nowa, nie dokonuję mordu na swojej przeszłości. Nie żałuję niczego co zrobiłam, a kiedy podstępnie pojawia się w moim sercu żal, że czegoś nie zdążyłam zrobić, ratuję się przed nim myślą o czekającym na mnie długim, tym albo przyszłym życiu. Taka jestem, taką siebie uczyniłam, taką mnie uczyniono. Z tego też względu liryka Wojciecha Giedrysa to dla mnie wyjątkowo gorzki owoc. Dekadenckie, pesymistyczne widzenie świata jako pozbawionego sensu, przepełnionego tragizmem, wyzutego z ludzkiego współodczuwania i miłości, nie jest wyrazem wyłącznie współczesnych czasów. Równie rozpaczliwie, a jednak jakościowo całkiem odmiennie krzyczał poprzez swą poezję choćby Stachura. Jego ból, niepewność jutra, choć były niemniej rozdzierające zawierały w sobie jednak nieodmiennie element nieziemskiego piękna. Tego piękna, którego czasy współczesne ze swoją sztuką, z naturalistyczną poezją zdają się być pozbawione.
Liryka Wojciecha Giedrysa zawieszona jest pomiędzy narodzinami, życiem i śmiercią. Łączy dzieciństwo, okres buntu i dorastania, pozornej dorosłości i nieuleczalnej starości. Zaciera granice pomiędzy człowiekiem i zwierzęciem. Gdyby autor idąc za radą Nietzschego uczynił przeszłość, teraźniejszość i przyszłość wyrazem własnej, zawieszonej nad sobą niczym jedyne nienaruszalne prawo, woli dostąpiłby boskiej pełni. Uwolniłby swe ludzkie istnienie od zgubnego, nienawistnego resentymentu. Od uczucia przez które człowiek toczy sam ze sobą nieustannie wyniszczającą wojnę. Droga, którą podąża autor tomiku „Ścielenie i grzebanie” nie zbiega się jednak z drogą Nietzschego nie tylko ze względu na indywidualność jednostkowego ludzkiego istnienia. Wybór drogi prowadzącej w przeciwnym kierunku niż ta wiodąca ku pogodzeniu się ze sobą i światem zdaje się być świadomym wyborem autora. Wyborem życiowym i artystycznym. Z pewnością nie jest to wybór ostateczny. Ludzka młodość, ludzkie życie, pełne są nierzadko radykalnych przeobrażeń. Nieprzewidywalne czeka nas tuż za rogiem przecząc wszelkiej ostateczności.
Podmiot liryczny opuszczony przez kolejną bezimienną kobietę próbuje na nowo nakreślić rozmyte, rozpływające się w jego spojrzeniu kontury rzeczywistości. Dobiera się do zakurzonych szafek, na których pogrążone w wiekuistym śnie rozkwitają, pleśnią oczywiście, zeszłoroczne pająki i muchy. Oprawcy i ofiary złączeni są nierozerwalnym małżeńskim węzłem, w tym i przyszłym życiu. Szuflady wypełnione są rachunkami i listami do kobiet, o których trzeba zapomnieć pogrążając się w pozbawionym czucia i świadomości śnie. Jedyną kobietą posiadającą własną twarz jest Matka. Ona dała początek życiu i podsycała jego żar dzień po dniu, by nie zgasł i miał siłę przetrwać. Wokół postaci matki koncentruje się wiele lirycznych obrazów tomiku „Ścielenie i grzebanie”. Towarzyszy ona dziecięcej wyprawie do sklepu ze słodyczami, odprawia magiczne kuchenne rytuały wypełniając czas dzieciństwa niezapomnianym aromatem migdałów, ziół, pieczonych ciast i mięs. Ona jest tą, która na czarnym firmamencie nieba zawiesza rozpraszający mrok księżyc. Prócz niej wszystkie pozostałe składające się na życie podmiotu lirycznego elementy są niestałe. Podmiot liryczny choć pogrążony jest w przemijalności, zmienności, nie godzi się na nią. Staje się medium, poprzez które wypowiadają się inni ludzie zyskując tym samym własne istnienie. Bieda, przemoc, samotność, brzydota, bezlitośnie powtarzalna pospolitość, to stałe tło wierszy Wojciecha Giedrysa.
Bogactwo, choć zazwyczaj pełne przepychu jest zwykle po prostu nudne. Bieda bliska jest ludziom sztuki nie dlatego, że sami jej często doświadczają, lecz ze względu na jej zachwycającą barwność, malowniczość, wyjątkową siłę kreacyjną. Jest ona wyśmienitym, doświadczonym rzeźbiarzem, którego tworzywem jest zarówno martwa tkanka rzeczywistości jak i jej żywa, ludzka tkanka. Biedę postrzegamy jako bardziej prawdziwą. Wydaje się, że właśnie w jej świetle możemy dowiedzieć się najwięcej o sobie i swoim człowieczeństwie. Autor wykorzystuje to i wprawnie żonglując słowem roztacza przed oczami czytelnika skłaniający do wielu indywidualnych przemyśleń obraz poetyckiego świata. Człowiek jest weń włożony, świat jest dla niego zbyt dużym ubraniem i żadną miarą nie chce wyglądać jak gdyby był uszyty na miarę. Podmiot liryczny błąka się brudnymi ulicami miasta, pomiędzy niezliczonymi blokami zamieszkanymi przez mrowie ludzi. W tym świecie trawionym przez nowotwór nawet przedmioty patrzą na człowieka wilkiem. Nic więc dziwnego, że podmiot liryczny prosi, by odciąć go od miażdżącego poczucia winy, za grzechy własne, innych ludzi i całego świata, a mnie znów na myśl przychodzi Nietzsche. Filozof ten uprawomocniał tak wielkie poczucie winy skłaniając świadomość do dobrowolnego przyjęcia na siebie odpowiedzialności.
Z punktu widzenia ludzkiego życia jest to moim skromnym zdaniem o wiele bardziej obiecująca droga. Gdy za punkt odniesienia przyjmiemy poezję będziemy zmuszeni przyznać, że oba sposoby widzenia świata, że obie praktyki życiowe są równie płodne.
Anna Wójcik
Mariusz Appel, [kocie łby], Mamiko, Nowa Ruda 2004
Poezja tak jak człowiek przybiera wiele oblicz. Zmieniamy się wraz z biegiem historycznie pojmowanego czasu, także z długością i szerokością geograficzną na których przyszło nam żyć. Nasz horyzont kształtują pojawiający się i znikający ludzie. Niestałość jest bodajże najbardziej symptomatycznym przejawem współczesnych czasów. Nie potrafimy odnaleźć punktu zaczepienia, ani w sobie ani poza sobą. Nierozpoznawalność, tak świata jak i własnej istoty, wynika być może z niemożliwego do ogarnięcia natłoku docierających do naszej świadomości bodźców. Ponieważ każdemu zewnętrznemu impulsowi odpowiada wewnętrzny obraz toniemy w obu wymiarach: świata i własnym. Zagubieni, zdezorientowani otaczamy się murem milczenia. Z kilku spróchniałych, nadgryzionych zębem czasu desek mieszkania, pracy czy poezji budujemy nasze prywatne arki noego. Wchodzimy na pokład samotnie lub w towarzystwie kota, którego szczęśliwie nigdy nie posądziliśmy o próbę przełamania lodów. Zamknięci we własnej klatce czekamy na potop. Zalewa nas informacja.
Skomplikowaliśmy świat, w którym chcąc nie chcąc musimy żyć tak bardzo, że przestaliśmy całkiem rozumieć ludzi. Stali się nam obcy, reagujemy na nich mieszaniną strachu i nierozerwalnie związanej z nim agresji. Nie potrafimy dzielić z nimi naszych radości doświadczanego bólu. Coraz częściej godzimy się na przygodne związki i życie na „kocią łapę”. Nie potrafimy wyobrazić sobie, że coś mogłoby trwać całe nasze życie, a co dopiero wieczność. Z tym wiąże się kryzys religijności w krajach, w których religia nie jest uznawana za jedyną ostoję wolności i narodowej tożsamości.
Liryki Mariusza Appela są doskonałym wyrazem całkowitego wyalienowania jednostki charakteryzującego czasy współczesne. Tematyka przeważającej większości wierszy obraca się wokół relacji damsko – męskiej, w której mężczyzna jest zawsze w uprzywilejowanej pozycji. Spomiędzy wersów wyziera postać mężczyzny niezależnego, pewnie kroczącego przez życie, świadomego własnych celów i rozstającego się bez żalu z kolejnymi kobietami. Jest to zewnętrzna maska nałożona przez podmiot liryczny. Czytelnik ogląda świat jego oczyma, wygląda przez jego okno, mieszka w jego domu, jego dłońmi pieści „kształt poprzecznie prążkowany – kobiece ciało”. Odczytanie kolejnych wierszy nie pozwala zdjąć maski lecz zaledwie odrobinę uchylić. Bardziej domyślamy się niż wiemy, że skrywa się pod nią złakniony czułości człowiek. Zadziwiające jest, że w dzisiejszym świecie potrzebę czułości wiążemy intuicyjnie ze słabością podczas gdy w rzeczywistości okazywanie uczuć jest oznaką siły. Także poezja, jako zdjęcie części choćby ochronnego pancerza jest heroicznym wyrazem odwagi, tym godniejszym pochwały, że większość z nas woli wciskać się w bezpieczne ślimacze skorupy.
Autor opowiada w swoich wierszach historię ludzi, którzy nawet jeśli razem, są osobno. Powielają schemat nieudanych związków opartych na całkowitym braku porozumienia wierząc, że „życie to gra o sumie zerowej”. W tej grze kobieta i mężczyzna nie są pełnoprawnymi partnerami. Koniec znajomości wieńczy protekcjonalne odprawienie kobiety. Pan i władca pozostaje na swych włościach w towarzystwie wiernego towarzysza kota, „który wygrał losowanie i został zamiast kobiety”. Mruczące zwierzę o miękkim futrze jest jedyną istota z którą podmiot liryczny jest na stałe związany emocjonalnie i życiowo. Z pewnością zwierzę nie wymaga od nas tak wiele jak człowiek. Wiersze Mariusza Appela nie są jak mogłoby się zdawać na pierwszy rzut oka egoistyczną szowinistyczną tyradą. Oddają one bardzo trafnie swą formą i treścią emocjonalne rozchwianie współczesnego człowieka. Boimy się otworzyć przed drugim człowiekiem. Nie znamy własnych możliwości, potrzeb tym bardziej więc nie jesteśmy zdolni określić własnych oczekiwań w stosunku do innych ludzi. Tak jak bohater wierszy składających się na tomik „[kocie łby]”, my także gubimy się w wielkim mieście świata udając, że wciąż nad wszystkim panujemy. W rzeczywistości jesteśmy tylko ludźmi i pragniemy przede wszystkim czuć obok bezustannie pulsujące ciepło kochającego nas ludzkiego ciała. Niestety, podobnie jak podmiot liryczny i my zatraciliśmy zdolność postawienia siebie twarzą w twarz z drugim człowiekiem. Już tylko mijamy się z nim na ulicach, w pociągach, na klatkach schodowych, w drzwiach do mieszkania i nawet we własnej sypialni. Autor trafnie ujął nasz stosunek do drugiego człowieka pisząc w jednym ze swych wierszy, że „wyjście między ludzi wybudza całkiem jak wsadzenie dłoni w drzwi”. Rzeczywistość jest albo fragmentaryczna i dociera do nas w formie klatek puszczonego w zwolnionym tempie filmu, albo rozmyta z powodu zbyt pospiesznego tempa odtwarzania. Temu przyspieszeniu i zamgleniu występującym naprzemiennie odpowiada struktura wierszy Mariusza Appela. Wyrzucone zostały z wierszy duże litery podobnie jak z ludzkiego życia wszystkie wielkie idee. Obrazy, w których uchwycone zostały drobne wycinki ludzkiego życia budowane są z szeregu pojedynczych spostrzeżeń. Mowa świętuje pozwalając płynąć strumieniowi świadomości. Spomiędzy wersów wyziera tęsknota za utraconą stabilizacją i zapomnianą tradycją, być może z tego też powodu okładkę tomiku Mariusza Appela zdobią tytułowe kocie łby.
Anna Wójcik
Poezja w wysokim zagęszczeniu („Gazeta Wyborcza” – wydanie toruńskie)
Nakładem wydawnictwa „Mamiko” z Nowej Rudy ukazała się debiutancka książka młodego toruńskiego poety Wojciecha Giedrysa. Ścielenie i grzebanie to propozycja adresowana do czytelnika bardziej wymagającego. Pierwszą rzeczą, jaka się narzuca po przeczytaniu tomiku, jest to, że wiersze są gęste od znaczeń. Teksty mówią o podstawowych sprawach: powolnym wybudzaniu się z dzieciństwa, bolesnym dorastaniu, trudnym byciu z innymi ludźmi i z bliską kobietą. Ścielenie i grzebanie jest czymś w rodzaju duchowego pamiętnika, w którym zapisuje się wszystkie własne obserwacje, ambicje, lęki i przyzwyczajenia. Poeta miejscami ucieka w sentymentalność, innym razem niebezpiecznie zbliża się do obrazów z pogranicza śmiałej erotyki. Czasami opisuje świat w sposób realistyczny i konkretny, najczęściej zaś kieruje się w stronę sennej cudowności i surrealizmu.
Wojciech Giedrys, Ścielenie i grzebanie, Wyd. Mamiko, Nowa Ruda 2004, 32 s.
„Jabłka, jeszcze rumiane...”
Jest w tych wierszach ulotność, napomknięcie, chwilowość. Jakby nagły widok nieznajomego, wyznanie przypadkowego pasażera w pociągu. Jednak nie błahość, jeśli nawet znikomość, to znikomość człowiecza w ogóle, wrodzona nam nieporadność bycia. Niezgrabność istnienia. Chwilo (...) złapana / tkasz delikatną / mgłę życia („Chwila”). Ale w tej chwili, w tej mgle, jak światło samochodu na ścianie ciemnego pokoju pojawia się ważka świadomość – grzechu, cierpienia, samotności, śmierci. Skazani jesteśmy na oczekiwanie, ponieważ stworzenie jakby nie zostało doprowadzone do końca. Chcielibyśmy uznać się za spełnionych, gotowych, lecz widzimy, że to, co nas otacza, nie jest w pełni, a przynajmniej nie stanowi wraz z nami spójnej całości. Ptak leci prawie nisko a świat w ogrodzie / tak prawie czeka / na przyjście lata. Rajskość tego zmysłowego świata zdaje się podważona, zaprzeczona w przeczuwanej wieczności.
Poetka coraz bardziej zapatrzona jest w świat nieoczywisty, a jednak – mocą paradoksu –może dokonywać w nim egzystencjalnych odkryć, jakby sięgając w głąb zmąconej wody i dotykając naturalnego ładu kamieni w łożysku. Zresztą woda (a także jej pochodne – deszcz, mgła, chmura, wilgoć, źródło, kropla, fala itp.) to bardzo ważny – może najważniejszy – klucz tej poezji. Jak prosić / o ciało / przejrzyste / jak / woda / źródlana („Jak”).W wierszu o spełniającej się miłości czytamy: Już wiem / co to morze, morze jest we mnie / szumi / najbardziej. Autorka odkryła też, że świat potrzeb / to kalejdoskop / który // trzeba odpowiednio / obrócić // żeby szkiełka (...) ułożyły się // we właściwy / krajobraz. Potrzebuję // to magiczne / słowo / zmienia / rzeczywistość. „Układany świat” – jak brzmi tytuł cytowanego wiersza – to domena dowolności, manipulacji, magicznego zaklęcia, a nie stwórczego Słowa. Słowa bezinteresownego w swej absolutnej wolności. Pewne wyobrażenie o tym Słowie daje wiersz o symptomatycznym tytule – „Tak”: Wolność (...) gdy cisza / wypełnia przestrzeń // i jeszcze radość / wypełnia / ale niecierpliwa. W tytułowym – „tak”, w jego wolności, brzmi przede wszystkim cisza, zawiera ono bowiem obydwa aspekty ludzkiego istnienia – vita contemplativa i vita activa, postawy obu ewangelicznych sióstr – Marii i Marty, z tradycyjnym podkreśleniem prymatu tej pierwszej.
Wraz z Autorką jesteśmy jednak wciąż na ziemi, gdzie nieodwołalnie stajemy się zarówno podmiotem, jak i przedmiotem eksperymentu. Szukałam porządku / wszechrzeczy / też // w miękkim dotyku / materiału; lubiłam / twoje koszule (...) w koszulach / był inny świat / wyprany wykrochmalony („Czysta elektryka”). Jednak – Ten świat jest gorszy / niż się wydawało. Ostatni cytat pochodzi z wiersza o programowo antypoetyckim tytule: „Świat z zasznurowanymi ustami”. Wspomniana już uprzednio magia nie sprawdza się w sprawach miłości, oto w utworze „Mojej nocy amulet” czytamy: by biel / twoich zębów / jaśniała / boleśnie, a zaraz potem: mogłeś / tylko ocalić // a pozostałam / w mojej nocy / najgłębszej / z prośbą / o dzień. Czasem fizyczne cierpienie, choroba pozwala odkryć nieoczekiwane oblicze miłości. Raczej czekam na objawienie / we mnie // nie przestałam wierzyć w miłość - / ale // stała się dla mnie / potrzebnym powietrzem. A konkluzja? - jest dobrze zapomnieć – (...) jakby się nic nie stało / staje się obojętne / nic. Tytuł tego utworu – „Cud wyzwolenia” – pozwala odnieść to „nic” nie do nihilizmu, a raczej do wizji znanej już z „Tak”. Każde odejście, utrata, każdy brak jest także szansą wzrostu dla naszej prawdziwej wolności. Jakże trafna wydaje się w tym kontekście formuła z innego zapisu: nadzieją / moje ciało // wtapia się w noc („Nadzieją i liniami ciała tapetuję pokój”). Nie istnieje przecież miłość bez nadziei. Kiedy wędrujemy Przez wielki świat przez ciemność. „Ten świat pustką ciała sieje” – jak głosi tytuł wiersza – twój oddech // teraz skrył się w wilgotną ziemię // ziemia oddycha razem ze mną / i cicho wzdycha do gwiazd // tak śmierć przychodzi każdego dnia. Tak ujrzanemu światu – w imię nadziei, w imię prawdziwej miłości – sprzeciwia się poezja. Ma moc uobecniania błogosławieństwa początku: Wiersze (...) jak jabłka / jeszcze rumiane / z utraconego raju Adama. To poprzez nią mogą się ziścić następne / słowa / narodziny (liryk „Wiersze dojrzałe”). Dla zintegrowania rzeczywistości, zjednoczenia wewnętrznego z zewnętrznym. Współudziału w dziele stworzenia. Dla ciszy najgłębszej i - niecierpliwej co prawda, ale jednak – radości.
Antoni Matuszkiewicz Anna Magdalena Pokryszka. "Każdego dnia". Nowa Ruda : Wydaw. MAMIKO, 2003 |
Spróbujmy w skupieniu wsłuchać się w rytm słów i zdań, dając się ponieść skreślonej na kartach niniejszej księgi opowieści. Historia to niezwykła, albowiem za sprawą ciekawego pomysłu autorki, łącząca w jeden splot wydarzeń wielkich i niejednokrotnie tragicznych zarazem, losy ludzkie i dzieje miejsca, w którym bądź to z wyboru, bądź z przypadku, postaciom stworzonym przez Magdalenę Goik przyszło wypełniać swoje życiowe powinności. Konstrukcja ta jest doskonałym pretekstem do prowadzenia wielowątkowej narracji, wspartej na kanwie fragmentów fikcyjnych i rzeczywistych życiorysów kilku kobiet, pozornie tylko sobie obcych i obojętnych wobec siebie, uczestniczących jednak w jakimś nadnaturalnym misterium wspólnych trosk, smutków, radości, sukcesów, wzlotów i upadków wpisanych w odwieczny krąg tworzenia, trwania i przemijania. Tłem dla tych jakże bliskich nam wszystkim doświadczeń są rzeczywiste, opisane w annałach dzieje konkretnego, lecz bardzo szczególnego miejsca na mapie Górnego Śląska – bytomskiego wzgórza św. Małgorzaty. Niewybaczalnym błędem byłoby jednak sądzić, iż mamy do czynienia ze zbeletryzowanym dziejopisarstwem, udziwnionym nieco i podanym czytelnikowi w formie i konwencji lekkiej, łatwej i przyjemnej w odbiorze. Użycie chronologicznie uporządkowanego ciągu historycznych zdarzeń, naznaczonych piętnem niepasującej do literackiej estetyki maniery opisu faktograficznego, jako powieściopisarskiej osnowy, chociaż jest przedsięwzięciem niezwykle trudnym, to jednak z wielu względów stanowi ważną i udaną część pisarskiego eksperymentu Magdaleny Goik. Pomysł ów skrywa tajemnicę, którą warto zgłębić wnikając z zaciekawieniem w świat rzeczywisty, lecz w swej artystycznej kreacji dalece wyimaginowany różnorodnością uczuć, zdarzeń i emocji. Spróbujmy zatem wziąć udział w tej niezwykłej peregrynacji, bez obaw o stratę jakże cennego dziś czasu. Być może jego ulotną wartość odnajdziemy właśnie w powieści Magdaleny Goik, brnąc u jej boku krok za krokiem ku dawno zapomnianym koślawym uliczkom, coraz bardziej stroskanego smutnym losem swych mieszkańców magicznego miasta marzeń.
Tekst Dariusza Kota z okładki książki Magdaleny Goik "Powieść miasto i anioły".
"Powieść miasto i anioły" -Magdalena Goik. Bytom, Nowa Ruda : HYLA Wydawnictwo,Wydawnictwo MAMIKO, 2004
Magdalena Goik, „Powieść miasto i anioły”, Mamiko, Nowa Ruda 2004
Jednym z największych, jeśli nie największym, paradoksem naszych czasów jest rozwijająca się w zastraszającym tempie nauka, która miast tłumaczyć rzeczywistość, czyniąc ją jasną i całkowicie zrozumiałą, tylko zaciemnia, więcej nawet, odrealnia jej wizerunek. Powinniśmy spokojni i bezpieczni mruczeć z zadowolenia poddając się z ufnością transplantacji serca wykonywanej przez bezmyślną, ale jakże precyzyjną maszynę. Niestety gdzieś w głębi naszej świadomości MASZYNA łączy się z mityczną hydrą, lewiatanem lub jakąś inną równie niepojętą, nieujarzmioną i groźną poczwarą. Każda próba zgłębienia elitarnego języka nauki kończy się niezawodnie fiaskiem. Nawet najtęższe umysły muszą ulec wobec różnorodności jego dialektów odpowiadających poszczególnym działom nauki. Sytuacja, w której jeden człowiek badał świat we wszystkich jego aspektach nie jest już możliwa. Tym samym świat rozpadł się na milion drobin niczym strącone nierozważną ręką zwierciadło. Czyżby pech miał nas już nie opuścić? Czyżbyśmy powołując do życia maszynę skazali się na wieczną niewiarę we własną ludzką mądrość i możliwości? Kiedy rankiem wyglądam przez okno i widzę sarny z ciekawością zaglądające na moje podwórko nie potrafię przyjąć do siebie tego pesymizmu. Kilka hałasów w kuchni i psy zaczynają dobijać się do drzwi. Otwieram, wpadają jak wicher niemal nie zwalając mnie z nóg, radosnym szczekaniem domagają się porannej miski mleka. Z ich spojrzenia, z wyrazu ich psich twarzy odczytuję pewność, że wszystko jest na swoim miejscu, takim jakim być powinno, jakim było wiele, wiele wieków temu i jakim pozostanie mimo wielu czekających nas spełnień i rozczarowań. Wszystko jest na swoim miejscu nawet w tak drobnych szczegółach jak kot, który znów uciekł spod ich silnych psich łap i ostrych kłów i teraz bezczelnie huśta się na firance. Te proste obrazy, powtarzające się co dzień w prawie niezmienionej postaci niczym w kalejdoskopie pokazują jak wielkim i niewybaczalnym błędem jest poddanie się pesymizmowi i alienacji wynikającej wyłącznie z pozornego niezrozumienia świata. Zawsze zazdrościłam mojej babci spokoju z jakim podchodzi do życia, z jakim przyjmuje wszystkie starcze bóle; i siły ducha dzięki której dzień w dzień podnosi z łóżka wadliwą maszynę ludzkiego ciała mając jak zawsze tak wiele do zrobienia. Kwitnące w ogrodzie kwiaty, rozsiany po kuchni zapach świeżego ciasta nadają życiu prawdziwy sens, dzięki prostym codziennym czynnościom świat odzyskuje właściwy mu wymiar.
O tym wszystkim opowiada Magdalena Goik. Jej bohaterowie związani ze sobą niewidzialną nicią przypadku-losu pokonują drogę od rozmazanego obrazu przed oczami Wisienki w pierwszych latach jej życia po historię miasta, które dręczone i poniewierane zawsze podnosiło się z kolan dzięki stałości i jedności swego ducha. Dotychczasowe słabości okazują się naszymi atutami. Choć nie potrafimy ogarnąć wzrokiem całości wszechświata, z drobnego fragmentu potrafimy wyłuskać to co stanowi o jego istocie. Kiedy pojmiemy, że miłość jest jedynym celem ludzkiego życia odsuniemy od siebie niepokój. Siła wiary w ludzką miłość płynie nie z pragnienia bycia kochanym lecz z nieograniczonej potrzeby darzenia innych miłością. Kochając innych napełniamy miłością własne serca. Zdarza się jednak, że obraz przed naszymi oczyma mętnieje, zaciera się, brudzi, wypełnia nas strach i bezradność. Wpadamy w pułapkę zimnej, wrogiej ciemności. Wydaje nam się, że z tego gorszego od śmierci stanu nic nas nie zdoła wybawić i wtedy przychodzi odsiecz. Światło. Anioł i jego nieograniczona, wieczna miłość.
W tej wyjątkowo ciepłej, pełnej wiary, nadziei i miłości, kobiecej prozie Magdalena Goik ukryła klucz pozwalający nie tylko odnaleźć spokój we własnym sercu, ale co równie ważne pogodzić się z ludzkim i nieludzkim światem. Wystarczy tylko sięgnąć po książkę, otworzyć pierwszą stronę i dać się unieść jej wartkiemu nurtowi.
Anna Wójcik
O poezji z Anną Magdaleną Pokryszką rozmawia Anna Wójcik
Czy poezja jest obecna w Pani życiu "Każdego dnia"?
Tak i nie... może rozwinę myśl. Po raz pierwszy po pióro sięgnęłam, kiedy miałam szesnaście lat. Na przerwie między lekcjami zachwyciło mnie drzewo, które stało po drugiej stronie ulicy. Chciałam utrwalić ten moment. Podczas lekcji języka polskiego rodził się we mnie zachwyt nad poezją. Swoje pierwsze utwory chowałam do szuflady albo rozdawałam koleżankom. Po latach zrozumiałam, że poezja jest dla mnie bardzo ważna. Takie głębokie wdychanie świeżego powietrza. Tylko, że nie można codziennie żyć na takim oddechu, więc są dni odświętne, w których spadającym owocem jest wiersz i dni szare budowane w mozolnym trudzie,
kiedy ona jest nieobecna. A książki od dawna były moim drugim, lepszym światem.
W jaki stopniu przeszłość warunkuje człowieka, a na ile zdolny jest on zamknąć za sobą drzwi tak jakby zamykało się rozdział książki?
W dużym stopniu przeszłość kształtuje człowieka, jej część to trwały zapis i decyduje o dalszych jego losach. Bywają takie wydarzenia, które są wycinkiem życia jaki można opisać i zapiąć w klamrę, a tak właśnie zamyka się w klamrę rozdział, jakąś zakończoną część książki. Ma on pozostać w takiej, a nie innej formie i nie podlega już dalszym zmianom. Tak można tylko raz zamknąć drzwi bezszelestnie, bo strony tworzonej i czytanej książki przewraca się delikatnie, w skupieniu i koncentracji. I choć jej strony można przewracać i czytać na okrągło, rozdział pozostanie taki sam. Podobnie bywa z życiem.
Istnieje wolność całkowita, choćby chwilowa podobna tej, którą opisuje wiersz zatytułowany "Tak"? A może zawsze, nawet w takich jakże cudownych, ale ulotnych chwilach zniewoleni jesteśmy naszą cielesnością?
Wiersz "Tak" jest moją odpowiedzią na tę całkowitą wolność, na razie niestety tylko chwilową. Mogę powiedzieć, że ona jest kiedy czuje się piękno życia i chwil, jest darem, w naszym ludzkim pojęciu nieuchwytna. Nie można stać się jej właścicielem. Mnie ta chwila się przytrafiła w ząbkowickim parku, późnym wieczorem, padał deszcz i panowała cisza, słychać było tylko krople deszczu.
W "Wierszach dojrzałych" nakreślony został obraz pracy twórczej polegającej na objawionym narodzeniu się wiersza w skończonej postaci. Na ile odpowiada
to Pani twórczości?
Chciałam nakreślić obraz swojej pracy twórczej w skończonej postaci. I ten obraz całkiem mi się udał, pomijając oczywiście inny aspekt; mozolnego trudzenia się nad warsztatem i zmagania się z tworzywem jakim jest słowo.
Czy pisanie wierszy ma jakikolwiek sens w "świecie z zasznurowanymi ustami"?
Czasami jedyny sens. Kiedy ma się zakneblowane usta, słowo pisane może się stać jedyną niezastąpioną formą wypowiedzi, a może również ocalić życie. I tak chyba jest w moim przypadku. Pisanie mnie ocaliło od zgnilizny tego świata.
Twierdzi Pani, że "ten świat pustką ciała sieje" tymczasem grafika zdaje się sugerować, że świat przepełnia duch, dusza, Bóg czy raczej Bogini?
To już jest Pani interpretacja wizji ząbkowickiego artysty. Narysował grafikę po przeczytaniu mojego wiersza "Każdego dnia", więc może jest to wizja, jaka pokrywa się z moim pierwotnym zamysłem, bo tomik miał swoje źródło w tym wierszu, nie znalazł się on w zgromadzonym zbiorze. Po wybraniu utworów przez krytyka, na taka wersję się zgodziłam.
Jeżeli mowa o bogini, to nawiązuje to do mojego światopoglądu religijnego, który się jeszcze zmienia. W twórczości poszukuję Wszechogarniającego Stwórcy; a Bogini?… z dwóch istniejących pierwiastków na ziemi męskiego i żeńskiego, ten drugi postrzegam jako bardziej doskonały, a więc bliższy Stwórcy, spychany jednak na margines w patriarchalnym kościele katolickim, przez który częściowo zostałam ukształtowana, bo w ramach tej struktury byłam wychowywana na katoliczkę.
Jak często ludzie stają się " niepotrzebnym przedmiotem"? Czy jest to choroba naszych czasów ?
Tak często, że nawet tego nie chcemy już zauważać. To była i jest choroba. Egoizm i szowinizm to dwie choroby ludzkości.
Treść tomiku "Każdego dnia" kojarzy mi się bezwiednie z obrazem spokojnego, ledwie pomarszczonego przyjaznym wietrzykiem "morza", ponad którym nad niemal
bezchmurnym niebem świeci słonko. Skąd ta cisza? Przecież życie to ciągłe pasmo burz, zagubień, walki o siebie i innych cierpień i łez?
Nie pierwszy raz spotykam się z taką oceną. Innym, którzy czytali moje wiersze, też kojarzą się ze spokojnym morzem. To dlatego, że niektóre wiersze są nieświadomym zapisem zapisem najpiękniejszych chwil, które spędziłam nad morzem. A cisza z kontemplacji. Ileś lat przebywania w pobliżu zakonnych kręgów i katolickiego kościoła, to mnie ukształtowało i odcisnęło swoje piętno. Zresztą piszę o odwiecznych problemach tego kościoła w jednym z nowych utworów "Niech zakwitną jabłonie". Jest to wiersz o księdzu pedofilu. Bóg dla mnie przewidział drogę twórczą... miejsce, w którym mieszkam również natchnęło mnie ciszą; spokojna lipowa alejka. Tak, życie to czasami tylko jedna ciągła walka o siebie i innych, a mimo to wiersze w tomiku "Każdego dnia" są tylko subtelnym zapisem chwil. Jedyny ukryty wierny obraz mojej poezji oddają słowa, które usłyszałam kiedyś od człowieka, którego spotkałam przypadkowo w drodze - Inni płaczą, a Pani pisze wiersze.
Stałym rekwizytem świata Pani liryków jest przybierająca najrozmaitsze postacie woda. Jakie jest jej znaczenie?
W dzieciństwie spędzałam czas nad Bałtykiem, gdzie zabierał mnie mój dziadek. Z miłości do morza, z samotnych wędrówek leśnymi ścieżkami, słuchania strumyków i szumu deszczu, z wielu samotnych chwil powstawały wiersze.
Świat ludzi, miliardy istnień zredukowała Pani do jednostek: siostry, ukochanego. Tymczasem przyroda ukazywana jest w wielkiej różnorodności od stokrotki po kosmos, czyżby natura była bliższa Pani niż ludzie?
Natura rzeczywiście jest mi bliższa niż ludzie, bo jako dziecko musiałam walczyć o swoje życie i wytrwać pozostawiana często sama sobie, poznałam bestialskie okrucieństwo i ludzką obojętność, mimo istnienia wokoło miliardów ludzi. I ciągle na to okrucieństwo "człowieka przez duże C" patrzę ze zdziwieniem i przerażeniem. I cóż w tym dziwnego, że umieściłam w tomiku dwie dla siebie bardzo ważne osoby?
Na ile ekologiczna wymowa "Katedry" jest protestem przeciwko aktowi, w którym Bóg przekazał człowiekowi wszelką władzę nad tym światem, w równym stopniu nad
kamieniem i ptakiem?
Jeżeli wszelką, to na sto procent. Jestem ostrożna w używaniu takich słów jak wszystko, tak samo jak zawsze, na pewno i nigdy. Kiedy widzę słowo wszystko myślę o pięknym wierszu Wisławy Szymborskiej "Wszystko": Wszystko, to słowo bezczelne i nadęte pychą.../ A tymczasem jest tylko strzępkiem zawieruchy.
Człowiek, maszyna i miłość jako proces chemiczny? Wiersz "Czysta elektryka". To takie niekobiece...
... nawet bardzo. Coś podobnego czytałam: "Miasto, masa, maszyna" i ludzki postęp cywilizacji, ale czy ludzie wraz z postępem stają się lepsi.
Wciąż istnieją barbarzyńskie społeczności, zwyczaje; przymyka się oczy na przemoc wobec kobiet i dzieci, choćby ostatnio (rzeź gwałtów w Sudanie), handel ludźmi, miejsca na ziemi, gdzie kobiety pełnią rolę podrzędną albo nic nie znaczą, nie mają prawa głosu i prawa do wolności, mimo istnienia wielu religii i czy ten świat jest kobiecy?
Tomasz Hrynacz, Enzym, Mamiko, Nowa Ruda 2004, s. 46
„Pustostan”, ani teraz ani przeszłe czy przyszłe kiedyś. Samotna oddzielona od siebie nawzajem, a niekiedy nawet od siebie samych pogoń za jakąkolwiek substancjalną formą bytu. Za czymkolwiek mogącym zdyskredytować drążące człowieka niczym robak poczucie bezcelowości i braku jakiegokolwiek sensu. Poczucie zawieszenia sięgające o wiele dalej niż kiedykolwiek dotąd, bo aż do granic cielesności. Dotychczas ratunkiem dla wątpiących w siłę własnego umysłu, w jego zdolności poznawcze, była fizyczność. Teraz i ona tonie w mroku. Świat fizyczny odgrodzony okienną szybą od obserwatora, jeśli w ogóle istnieje, przypomina obłędny sen z jego poćwiartowanym sensem, płynnością i wynaturzeniem. Słowa wierszy wyrywane pojedynczo ze świata, z duszy, zlepione zostały jak gdyby na siłę, wbrew własnej woli związane, skrępowane, zestawione w przeczące naturze, oddane chaosowi zdania. Ale i te nie wytrzymują naporu pozostającego w bezustannym ruchu, pędzącego z niszczącą, miażdżącą siłą lawiny strumienia świadomości. Nie wytrzymują i pękają tak jak świat, jak człowiek, jak życie. Gdzieś w podświadomości obłędu pobrzmiewa wciąż to samo wątpienie, wciąż to samo pytanie o możliwość życia po: po holokauście, po komunizmie, po World Trade Centre, po Osetii, ale i po pragnącej wolności, a więc podstawy każdego nawet schorowanego, ludzkiego bytu Czeczenii, a także po tym co jeszcze nie nastąpiło a już jest, jest w nas, jest nami. Owa przygniatająca świadomość popycha nas ku egzystencjalistycznemu poczuciu odpowiedzialności za stwarzanie siebie poprzez każdy najdrobniejszy nawet czyn. Więc heroicznym wysiłkiem narzucamy światu ramy czerni i bieli, wciąż pełni obawy, że „zabraknie sił, by zliczyć pinezki minut, które już dawno pożegnaliśmy”. Świadomi, że „budząc się coraz częściej zapominamy co chcieliśmy powiedzieć” oraz, że „każda próba odkupienia kończy się tym samym”, a więc śmiercią, zbrodnią, pędzącym znów na oślep ku otchłani światem; pozwalamy sobie na irracjonalny komfort nadziei. O tyle irracjonalny, o ile w świecie konstytuowanym przez brak logiki i rozsądku w ogóle możliwa jest irracjonalność. Nie ma króla, nie ma poddanych. Hrynacz porywa czytelnika zmuszając go do podążania obłędnym torem swych myśli czy może raczej rojeń. Na naszych oczach podmiot liryczny przechodzi metamorfozę. W „Nieznanej skali” zanurzony jeszcze w otchłaniach pesymizmu i niemocy prowadzi swój wewnętrzny monolog „Ale czego jeszcze można chcieć, skoro światy dzieją się tuż obok? Już dowiedziałem się: pomruk nieba- nic więcej. Koło mnie”, by zaledwie stronę dalej odrodzić się, otrząsnąć z niewiary i pozwolić unieść się światłu nadziei. Teraz już wiemy że ”Wystarczy jednak chwila: słońca przypływ, przebudzenie w tobie, i już więcej znaczą: czajnik, kapiszony, stara kokarda”. Mężczyzna odradza się z kobiety i poprzez kobietę, bierze ciało z jej ciała, duszę z jej duszy i nadzieję z jej nadziei. Poprzez jej obecność konstytuuje swój byt niczym w wierszu „Trzecia salwa. W czerwcu twoje urodziny”, gdy wyznaje „Gromadzę atomy. Cząstki ciebie. Archiwum zapachu i wilgoci. Gdybym się pomylił, nie byłoby mnie”. Tak więc okazuje się, że w tym nigdy „nie ujawnionym do końca”, „stłuczonym”, „rozbitym”, charakteryzującym się bezpowrotnością, chorobliwą przemijalnością świecie, jest jednak coś stałego. Jest gdzieś w mroku jeśli nie światło, to choćby cień światła, za którym można już jednak podążyć, który można wchłonąć by krążył w żyłach zakażając każdą cząstkę naszego ja wolą życia. Bo życie w świecie Hrynacza jest chorobą nieuleczalną, ale przy tym niezwykle heroizującą. Poprzez tę ułomność na kartach „Enzymu” materializuje się idea Bogoczłowieka. Człowiek odradza się sam z siebie, jest swym początkiem i końcem, otchłanią, z której wyłonił się i która wchłonie go u kresu czasu. Jest swym własnym niebem i piekłem. Autor nie tylko przezwycięża chaos obezwładniający współczesnego człowieka, on idzie o wiele dalej, on go ujarzmia, rozbraja, czyni niegroźnym i momentami żałośnie śmiesznym. Prowadzona przez wieki, lata, przez wiele umysłów i ksiąg, przez niezliczone strofy wierszy walka pomiędzy życiem i śmiercią, cieniem i światłem, dniem i nocą, dobrem i złem zostaje zakończona. Wyraźnie, niemal uparcie zaznaczana przez Hrynacza dychotomia, jak gdyby to ona miała stanowić o istocie człowieczeństwa zostaje zdetronizowana dzięki ostatnim dwu, może trzem wierszom. W wierszu „Jest ktoś, kto mówi” podmiot liryczny wyznaje: „Ponieważ dość już było o śmierci, teraz- wzorem lat- wyjawimy, co potem”. By znów zaledwie stronę dalej spuentować swoją i naszą, czytelników, podróż podnoszącym na duchu i wielce optymistycznym stwierdzeniem: „Miłość przychodzi niespodziewanie”. Zbyt niepewni siebie, zbyt zagubieni nawet jej nie szukaliśmy, przyszła sama, odnalazła nas i stworzyła. Pozwoliła by mężczyzna odrodził się nie poprzez dalekiego, transcendentnego, nieobecnego i niemego boga lecz poprzez ciepłą, pachnącą, cielesną, żywą kobietę.
Tomasz Hrynacz serwuje czytelnikowi całkiem zgrabną i apetyczną porcję chaosu. Jego fatalizm, pesymizm, wbrew jednak wszelkim rozsądnym przewidywaniom pospolitych zjadaczy chleba nie uśmiercają nas, przeciwnie, działają niczym katalizator, za sprawą którego wyłania się z nas nowe być może bardziej bolesne, ale i bardziej świadome życie. W tym szaleństwie jest metoda.
Anna Agnieszka Wójcik
Świadomość środka
Poetka nadal, tak jak napisała w pierwszym swoim zbiorze poezji – Bez lęku / z ramionami zwiniętymi / w skrzydła / głową pełną / szeptu łąk – idzie przez świat. Może tylko z nieco większą hojnością wersu układa pełen szlachetnej pierwotności krajobraz. Mimo żywej warstwy duchowej, w jej utworach nie ma abstrakcji. Zapewne za sprawą owego szeptu łąk, lecz nie tylko. Joanna Mossakowska jest zdecydowanie poetką doświadczenia – czy jest to przeżywanie domu i lasu (w istocie będącego dla niej domem duszy), czy uczestnictwo w sprawach miłości, rytuału i modlitwy. Niebo i ziemia współistnieją tutaj w dramatycznej nieraz bliskości. Bunt ani rozpacz nie niweczy nigdy głębokiej – instynktownej, nie wyrozumowanej – akceptacji natury i losu, wyraźnie naznaczonego kobiecą tożsamością. Wiersze te pozwalają pomyśleć o spontanicznie ujawniającej się mistyce niedwoistości, dla której nie istnieje tu i tam, teraz i potem, choćby – po śmierci. Spojrzenie pada jakby od środka, z pozaczasowego centrum, epizody zewnętrznej i wewnętrznej aktywności układają się współśrodkowo, przypominając skupione odmawianie modlitw czy mantr w rytm nawleczonych na tę samą nitkę paciorków. Świadomości środka dobrze służy powściągliwość środków artystycznych. Sztuka wypowiadania słów okazuje się sztuką poszerzonej teraźniejszości. Dzięki temu rysujący się w poszczególnych wierszach podmiot zyskuje na subtelności, nie tracąc autentyczności wyrazu kwestionuje ostateczność swych granic. Wydaje się, iż pomiędzy autorką a jej poetycką bohaterką trwa bezustanne napięcie oczekiwania i zaskoczenia a mowa nigdy nie oddala się zbytnio od nadającego jej sens milczenia. Na tej właśnie płaszczyźnie, głębiej może i mocniej niż w rozsianych tu i ówdzie pojęciach i rekwizytach, ujawnia się w twórczości Joanny Mossakowskiej pokrewieństwo z orientalnym – taoistycznym? buddyjskim? – poglądem na świat.
Antoni Matuszkiewicz
MOSSAKOWSKA Joanna, "Wytańczone wiatrem". Nowa Ruda : Wydawnictwo MAMIKO, 2004.
ISBN 83-920410-3-8 Seria "poezja polska"
MARKOTY
Joanna Mueller
Bywają wiersze, które najlepiej tłumaczą się w tłumie tramwaju. Są takie, którym potrzeba intertekstualnego szmeru biblioteki, a także te podróżne, wstukujące się w takt kolejowych traktów. Jeszcze inne wymagają nadejścia nocy albo przeciwnie – porannego wybiegu w otwartą, rozzielenioną przestrzeń. Pośród nich istnieje grupa utworów, które mocniej niż pozostałe dbają o zapewnienie sobie przywileju niedostępności (certyfikatu bezpieczeństwa): pustego mieszkania dzielonego co najwyżej z kotem, zatrzaśniętych wejść i wyjść (dzwonek u drzwi. przepraszam ale nie mogę/ zrealizować tego połączenia), nieporuszonych klamek (w zamku Gerdy czuwa tytanowy klucz), zasuniętych zazdrostek (po tamtej stronie jest za wietrznie), wyciszonych regałami ścian, świętego pokoju. Teksty te wskazują czytelnikowi miejsce odosobnienia (jedną z opcji jest odwrót/ w stronę ściany), każą mu skupić się w kłębek, załamać się w wielu miejscach, by udało się w tym skuleniu w ciałociasności zmieścić całocielesność. Na książkach, które zrodziły tego typu wiersze, powinno się jako znak rozpoznawczy umieszczać trzy litery, widniejące niegdyś na chrześcijańskich odrzwiach: D.O.M. Przed otwarciem zaś czterech ścian tych poetyckich azyli i klauzul należałoby odczynić światowe uroki (co właśnie czynię, kryjąc się w lekki stan podgorączkowy pod kocem, z moim domowym duchem, który zaczyna po gryzoniowemu smakować trzymane przeze mnie kartki z wierszami, jakby nie obawiał się starcia z czającym się wewnątrz nich kotem), warto by także zamówić i zakląć wszelkie pogody bezduszne (na przedłużającą się zimę zamawiam siarczyście wiosenną herbatę), a wreszcie wykonać magiczny ruch podpatrzony przez kogoś u Brunona Schulza, który, gdy się bał, kreślił w powietrzu palcami kształt domu. Wylęk: pomieszczenia pomieszkań, wejścia w domy jak w dym. Teraz możemy już zacząć kotochwilnie, od koniuszka języka po uśmiech, jak przyjaciel Alicji z Krainy Czarów, znikając – wnikać.
Co skrywa migotliwy uśmiech kota – tym razem nie z Cheshire, lecz z południowych dzielnic Warszawy? Jaki apel wysnuwa z siebie mruczna opowieść, którą nam snuje Mariusz Appel? Drugi tomik poety (po [kocich łbach] wydanych w 2004 roku) kojarzy mi się ze starszym o kilka lat debiutem książkowym Grzegorza Olszańskiego Tamagotchi w pustym mieszkaniu. Trudne do nazwania podobieństwo kryje się nie tylko w przypadkowym skojarzeniu pustego mieszkania z samotnością pozostawionego tam kota lub porzuconej japońskiej zabawki elektronicznej, której dzisiaj nie dokarmia już żadne dziecko, bo w tym sezonie trendy stało się dopieszczanie innych maskotek (co zresztą czyni samotność tamagotchi jeszcze bardziej bezbrzeżną). Pokrewność książek Olszańskiego i Appela jeszcze silniej zawęźla się w cesze charakterystycznej dla obu tych niemal rówieśników – cesze, którą można by (bez ironii!) określić tytułem wywoławczym trzech wierszy pierwszego z nich – Z życiowych problemów nieżyciowych facetów – oraz zdarzeniem z utworu Rozbieg autorstwa drugiego. W Rozbiegu bohater kotochwil zostaje wygnany z pieleszy, w których zwykle pozwala mu się chronić autor, a po wyrzuceniu na aut wbiega w samotność długich dystansów (co i tak jest jego niemijającym jak melancholia stanem, bo samotność wchodzi/ w krew i uderza do głowy). To jedna z kilku w tej książce opowieści z motywem dziecięcym, dla mnie najbardziej wyrazista i uderzająca. Nieżyciowy facet wspomina, jak to – będąc dzieckiem – zaliczał okrążenia po osiedlu i jak był za te odosobnione treningi wyśmiewany przez kumpli zaliczających gry wyłącznie zespołowe. Wyśmiewali się – ja nie śmiałem/ poza równym oddechem niczego zrobić. W tym zdaniu objawia się jakaś straceńcza chłopięcość długodystansowca, aż do nagości wyzbyta wspólnotowych (tak, panowie!) póz twardzieli z wódką i papierosem czy buntowników wychodzących z siebie przez okno. Fraza ta kryje w sobie jednak jeszcze coś o wiele głębiej przynależnego samemu autorowi (bo w tym wierszu młody sportowiec dogania dojrzewającego poetę): równy oddech, czyli jedyne, nad czym nieśmiałość ośmiela się zapanować. Wiersze Mariusza Appela, który równanie oddechu zna z codziennych doświadczeń trenera, mają swój dogłębnie cielesny rytm i wsłuchują się wyłącznie we własny rozbieg, dzięki czemu – takie mam wrażenie – nie zgubią nigdy sygnatury kroków, czy to dogonione przez wyścig poetyckich szczurów, czy też niedoścignione przez galopujące pogonie-epigonie.
Chyba właśnie stopniem wyrównania oddechu, które postępuje od zewnętrza ku wnętrzu, kotochwile różnią się od kocich łbów. Książka debiutancka zwykle jest obciążona ryzykiem nadwyrężenia – poeta bowiem, jak niedoświadczony sportowiec, od razu chce zdobyć wszystkie medale, dlatego zbyt mocno i na wszystkie strony naciąga mięśnie języka. Lingwistyczne wyboje, którymi wybrukowane były trakty kocich łbów, w kotochwilach jakby łagodnieją. Appel w miejsce chyba zbyt licznych wcześniej, a na pewno za bardzo wyczynowych lingwistycznych gier (które stały się ostatnio zespołową nie grą już, lecz epidemią), oferuje czytelnikowi więcej narracyjnych obrazów, które okazują się wielką mocą jego poezji. Mamy zatem kilka wierszy wysnutych z pieleszy pieluszek. Te historie z dzieciństwa nie są zgrupowane wyłącznie w naiwności tomikowego początku, przeciwnie – zostały jak klatki filmowe wśród klatek schodowych rozrzucone po całej książce, co sugeruje, że opisywana chłopięcość nie jest wcale epoką zamkniętą czy utraconą, lecz raczej stanowi jeszcze jeden dom wyobraźni, w którym można zagościć zawsze: tu i teraz. Wśród tych kadrów, gdzie dzisiejsza samotność przeplata się z dziecięcą grupowością, pojawiają się utwory takie jak Blokada, Ratcatcher, La Joven czy Ptaszek, których narracje snują się sennie z mroczniejącego ekranu telewizora czy kart niedoczytanej przed snem książki. Mniej w kotochwilach narracji damsko-męskich – kobieta bywa w mieszkaniu bohatera znacznie rzadszym niż w poprzednim tomie gościem. Jeżeli przychodzi, to na chwilę kocio błyśnie nagością w drzwiach pokoju (który urządzono wbrew zasadom feng shui), zamilknie w nieodebranym telefonie lub odejdzie z kwitkiem spod nieotwartych przez nieuleczalnego melancholika drzwi. Znacznie częściej pozostanie jednak grającą w gumę w oddaleniu od chłopca dziewczynką ze SzP nr 5 albo tą pierwszą, którą samotny biegacz pogonił, bo strawestowała imię jego brata Grześka w grzech.
Kończąc to moje skromne zamawianie uroków (czymże zaś ono przy magicznej mocy Appelowego kota?), mam jeszcze pokusę wyrzucenia z siebie kilku przekornych, wiedźmowych zaklęć. Chciałabym życzyć Mariuszowi na przyszłość trochę tego, co okazuje się drugą stroną życzeń otwierających jego wiersz Mamo, a co on sam gdzie indziej trafnie ujął w wierszu-wyznaniu Moja druga połowa jest kotem: niedługo się skończy, wtedy wniknę w miasto/ ponownie, odbezpieczę się. Odbezpieczenie, wygnanie, utrata azylu, arytmia oddechu – wiem, to bardzo złowieszcze wróżby dla człowieka, a jednak chyba dobrodziejskie dla poety. Czy nasz autor ośmieli się wpuścić raniący gwar miasta w dom swojej mowy, czy to właśnie będzie kolejny ruch wspinania się na palce, żeby dojrzeć, czy tędy pójdą poetyckie drogi jego markotów? Tego na szczęście ani nie wiem, ani się nawet domyślam, na pewno zaś bardzo na to czekam. Gdzieś, kiedyś Mariusz Appel wyda tomik „Kotochwile”, który będzie dobrą książką – napisano niedawno w pewnym zaprzyjaźnionym piśmie. Oto teraz się stało, czas w lekturze równać oddech, czekając na następne książki. Zanim jednak bohater się odbezpieczy, by ojczyznę języka od nowa wybijać na niepodległość, niech jeszcze przez chwilę ma nad nim pieczę matecznik mowy. Niech skarpetki z wkładkami/ aluminiowymi do turystyki górskiej zakłada wciąż nie na kaskaderskie wojaże, lecz po to, by je ścierać na kilku metrach „mojego m” – tu, gdzie zdobywa się szczyt po szczypcie,/ gromadzi przedmiot za podmiotem. Niech jeszcze przez kotochwilę będzie mu do twarzy w chłopięcym grymasie acedii, w milczącej odmowie współudziału, w mnisim splendid isolation, gdzie ascetycznego stroju – koszulki z revlonu do spania – z rytualną dbałością/biernością nigdy się nie przewraca: Raz/ śnię na prawej, raz na lewej stronie. I tak jest wygodniej. Niech jeszcze przez moment zmarszczki na czole przypominają/ kształtem szlaczki pierwszoklasisty, a wąs kota – rzęsę słonia, i niech przez ten krótki czas dobrą wróżbą między niedojrzałym snem a przejrzystością pobudki będzie ta smutna mantra markotów:
najlepsze wyjście to wejść do środka. Zatrzasnąć
drzwi za sobą, zamknąć się w sobie i skupić na czymś
jak wiązka światła w soczewce. Po drodze, w zgiełku
żył, gdzieś w okolicach przegubów gubiąc tętno.
Teresa Wierzewska-Wilk, Tydzień ważniejszy od życia, Mamiko, Nowa Ruda 2005
Między niebem a ziemią.
Banałem byłoby powiedzieć, że Tydzień ważniejszy od życia jest historią wielkiej miłości. Gorące uczucie łączące głównych bohaterów rzeczywiście wysuwa się na pierwszy plan. Jeśli jednak przyjrzeć się wnikliwiej fabule, nie można nie zauważyć, że tym o czym tak naprawdę opowiada autorka jest samo życie w jego najbardziej nagich i dotkliwych przejawach. Teresa Wierzewska-Wilk z kobiecą przenikliwością kreśli obraz świata i człowieka. Tkając z kolejnych zdarzeń fabularną rzeczywistość rzuca jasne światło zrozumienia na siatkę warunkujących każdego człowieka powiązań oraz granice jego pozornej wolności. Zbyt często wydaje się nam, że jesteśmy doskonale samodzielni, samowystarczalni. Zapominamy, że na podejmowane przez nas obecnie decyzje ma wpływ przeszłość. Może ona przybrać postać dzieciństwa ciążącego nad nami niczym fatum. Tego właśnie doświadcza główna bohaterka, kiedy już jako dorosła osoba uwodzi swego ojczyma mszcząc się za porzucenie przez ojca w dzieciństwie i brak miłości ze strony matki. Wbrew oczekiwaniom misternie przez długi czas planowana zemsta nie przynosi ukojenia. Bohaterka przez wiele jeszcze lat pozostanie zamknięta w skorupie, przez którą niezdolne będzie przebić się żadne uczucie. Mężczyzn, z którymi się zwiąże będzie traktowała, jeśli nie wyłącznie przedmiotowo, to lekceważąco lub co najwyżej pobłażliwie. Dopiero spotkanie z Clarkiem zapoczątkuje prawdziwy uczuciowy przełom w jej życiu. Połączy ich miłość. Przeciwko temu uczuciu przemawiać będzie nieomal wszystko. Clark okaże się wujem Emilki, mężem ciotki, którą bohaterka kocha, i której nie chce ranić. Więc ucieka, zanurza się w cierpienie, pracę, samotność i związek z niekochanym mężczyzną. Jak się jednak okaże przed przeznaczeniem nie można uciec. Dzięki doświadczeniu miłości dokonało się w niej swoiste przeobrażenie. Z poczwarki, małej przebiegłej i mściwej kocicy wyłonił się motyl kobiety. Nienawiść, która była wcześniej głównym motorem jej działań znikła bezpowrotnie, pozostał po niej chłodny profesjonalizm. Pogodzona z losem Emilka poświęca się całkowicie robieniu kariery. I wtedy właśnie los płata jej figla. Na konferencji w Nowym Yorku spotyka mężczyznę, którego pokochała jedyną prawdziwą i pierwszą miłością. Po raz kolejny okazuje się, że los kpi sobie z ludzi. Nasze postanowienia to zbyt mało, by móc mu się przeciwstawić. Uczucie jest silniejsze od rozumu i niejednokrotnie bieg ku szczęściu prowadzi nas w chaszcze cierpienia. Clark i Emilka skazują się na to cierpienie dobrowolnie. Postanawiają nie ranić nikogo z bliskich im osób, a więc wieść nadal dwa osobne poukładane życia. Spotykają się odtąd tylko raz w roku, na tydzień w mieście, które na nowo ich ze sobą połączyło. Ich wyrzeczenie ma charakter symboliczny. Jest nawiązaniem do dawno i jak się zdawało bezpowrotnie przez nas porzuconego, lecz jakże pięknego archetypu prawdziwej miłości. Tej, która łączyła starożytnych czy średniowiecznych bohaterów. Miłości, która nie żądała niczego dla siebie, a gotowa była oddać wszystko łącznie z życiem. Jest to miłość sprawiedliwa, miłość która dzięki swej wewnętrznej sile obejmuje sobą cały świat. Choć przez cały rok poza tym jednym tygodniem oboje zakochani zamiast żyć egzystują w półśnie, tęskniąc bezustannie, nawet przez chwilę nie żałują tych lat, które bezpowrotnie bez siebie tracą. Wiedzą, że wielu ludzi nie doświadcza nawet tej odrobiny szczęścia. Potrafią docenić łączące ich uczucie, podnosząc je do rangi prawdziwego skarbu. Zdają się czuć podskórnie, że więcej szczęścia i miłości nie zdołają wydrzeć światu, nie raniąc innych i tym samym nie uśmiercając własnego uczucia. Miłość prawdziwa jeśli ma zostać nagrodzona wiecznym szczęściem, musi być karmiona wyłącznie dobrem. To jedno z jej odwiecznych przekleństw. Bohaterowie powieści Teresy Wierzewskiej-Wilk dzięki swej wytrwałości i sile charakterów, zostają w końcu nagrodzeni.
Miłość nie jest jednak jedynym tematem poruszanym w Tygodniu ważniejszym od życia. Autorka od 1976 roku zamieszkująca w Austrii należy do pokolenia ludzi, których dziejowe okoliczności skłoniły do opuszczenia Ojczyzny. Znaczącą rolę odgrywa więc w kreowanej przez nią fikcyjnej rzeczywistości historia. Czynnik, który we współczesnym świecie jest jednym z wyznaczników różnicy pokoleniowej. Młodzi ludzie, którzy choć wychowani w polskich rodzinach większość swego życia spędzili poza granicami Polski borykają się z problemem własnej tożsamości. Podczas gdy ich rodzice wrastając wraz z upływem lat w nowe środowisko, krajobraz, nowe obyczaje i język doskonale wiedzieli kim są, dzisiejsi dwudziestokilkulatkowie nie potrafią jednoznacznie się określić. Nigdzie nie czują się u siebie. Niektórzy z nich czują się ograbieni z Ojczyzny, wielu jednak dzięki dziejowemu zamieszaniu zyskuje o jeden dom więcej. Kosmopolityzm nie jest już uważany za godny potępienia ciężki grzech. Coraz częściej dostrzegamy jego walory. Proces znoszenia granic jest trudny i powolny. Boimy się podobnych pomysłów jak idea globalnej wioski. Wydaje się nam, że przez otwarcie granic, przez jednoczenie systemów prawnych, ekonomicznych czy monetarnych utracimy całkowicie własną osobowość. Prorokujemy kres różnorodności i zagładę w postaci jednej wspólnej idei. Nic bardziej mylnego. System, który stawiał na jedność oraz na jak najszczelniejsze zamykanie się wewnątrz własnej skorupy mamy szczęśliwie już dawno za sobą. Poznawanie obyczajów innych nacji, ich języka, upodobań kulinarnych w żadnym razie nie niesie ze sobą zagłady różnorodności. Najlepszym tego dowodem jest wielość i obyczajów, i dialektów, i kierunków artystycznych czy prądów intelektualnych wewnątrz każdego kraju. Nie widzę powodów, dla których otwarcie granic miałoby tej wielości zagrozić. Więcej. Może ono znacznie ułatwić życie. Gdyby nie austriacki paszport, bohaterka Tygodnia ważniejszego od życia być może nigdy nie mogłaby zrobić tak zawrotnej kariery ani osiągnąć w życiu tak wiele zarówno osobiście jak i finansowo. Dziś możemy się swobodnie poruszać po świecie i w większości tylko od nas zależy jak oraz gdzie spędzimy życie.
anna agnieszka wójcik
Proszę, i oto mamy nowego pisarza w Kotlinie. Elias Marouch jest lekarzem, dobrym lekarzem, ale ma przy tym wyraźne powołanie do pisania. Mimo, iż język polski nie jest jego mową ojczystą, posługuje się nią odważnie i bez kompleksów.
Jego króciutkie historie, mini-opowiadania wydają się być zaprawione szczyptą egzotycznych przypraw – to zmieszana ze sobą tradycja wschodnich przypowieści, anegdoty, surrealistycznej powiastki. Cechuje je dziecięca świeżość, ciepły humor i radość opowiadania.
Dla nas, wyrosłych w umiarkowanych szerokościach geograficznych, opowieści Eliasa Maroucha stanowią jeszcze ciekawy i oryginalny punkt widzenia, z którego możemy rzucić okiem na samych siebie.
Olga Tokarczuk
SAMANTHA KITSCH 25 WIERSZY
Tomik poezji, Samanthy Kitsch nosi nazwę „25 wierszy”. Po prostu. Nie sugeruje, zatem żadnego nastawienia odbiorcy do tematyki utworów w nim zawartych. Zwraca uwagę pseudonim autorki: ”Kitsch”, a może swojsko brzmiący „kicz”, jako, że jest to nasza rodaczka? Sugeruje to delikatną prowokację. Wszak wiersze zawarte w tym zbiorze traktują o eksploatowanych w poezji: szczęściu, miłości, zagubieniu, potrzebie refleksji. „Na domiar złego” nad wszystkim dominuje natura, symbolizująca wolność i niczym nieskrępowane piękno w swej pierwotnej istocie. Podejmując, więc taką tematykę łatwo, zamiast utworu poetyckiego, podać odbiorcy lekkostrawną papkę w kiczowatej obwolucie. Ale nie w „25 wierszach”.
Tu nad każdą ludzką emocją, nad szukaniem sensu, czy też trwaniem w bezsensie, czuwa natura. Jej bezkresne piękno, opisywane chociażby w utworach: „Zawieszenie”, „Odludzie”, tworzy idealną harmonię. Tylko od siebie zależna, cyklicznie rekonstruując swój wielowiekowy porządek daje poczucie bezpieczeństwa i przewidywalności, co dobrze obrazuje chociażby utwór „Niezależnie”:
„Świat jest dobry,
że istnieje niezależnie.(...)
Las na zboczu i zapach sosen.
Niebo delikatne.
Jak bezpiecznie!”
Do owego, naturalnego ładu, dąży także człowiek, istota zagubiona w rzeczywistości chaosu i pędu. W „Ucieczkach” bohater dusząc się w atmosferze nakazów, zakazów, szukając dróg ukojenia, wraca oczami wyobraźni do piękna przyrody:
„ Kiedyś jeszcze były ucieczki złote rzeki wybiegające z zaciśniętych powiek (...)
Wdech już zawsze za płytki na próżno czekam na jeden potężny powiew.”
Otępienie, czy wręcz swego rodzaju zatracenie w bezsensie, uwidacznia się także w utworze „Pożar”, o czym świadczą te słowa:
„Myślę, czy nie cofnąć się w płomienie po parasol.
Po co- deszcz i tak zgasi moją pochodnię.”
Namiastką wolności dla ludzi zamkniętych w miastach-klatkach jest przestrzeń balkonu, a imitacją piękna na nowo pomalowany budynek. Na przykład, jak w wierszu „Lila”, na liliowo:
„(...;)maść na brzydotę
dezynfekcja
substytut wiecznej wiosny
wiecznie pnących róż”
Jedynym wyjściem, ozdrowieńczym wyrwaniem się z pędu, jest postój,…choćby na chwilę, na moment przypomnienie sobie siebie. W „Godzinie” bohater zapytuje:
„Tak się zaczęła moja godzina medytacji.
Skąd brała pewność, że jest mi niezbędna?
W czym ujawniłby się jej braki?”,
natomiast w utworze „Sponiewierana” można pokusić się o swoistą odpowiedź:
„(...)nieustanna alternacja winy i nadziei
w pogoni za Kolejną Zmianą- aaach mniemałam absolutnie
w moim życiu konieczną-
nareszcie żadna nadzieja mnie nie gnębi
Więc spaceruję patrzę oddycham głęboko
odpoczywam
wieczny odpoczynek-(...)”
Dopiero, gdy człowiek zda sobie sprawę, że jest elementem większej, logicznej całości świata natury i bezmyślny bieg przed siebie nie da mu szczęścia jest szansa, aby je odnaleźć. To zwyczajne...potrzebne jak tlen. Definicja szczęścia według Kitsch brzmi:
„Wczoraj w nocy złoty księżyc w pełni.
A dziś rano
na ogromnym parkingu znalazłem jednocentówkę.”( „Szczęście”)
Tomik kończy utwór „Łąka”, urocza akwarela, na którą patrząc spod przymkniętych powiek, można ujrzeć pradawną symbiozę natury i jej człowieka.
Malarskość tego zbioru jest uderzająca. Przestrzeń pełna światła i kolorów pochłania odbiorcę, a efektywnemu łączeniu barw, ruchu, dźwięku nie sposób się oprzeć:
„Ostatni koralik miażdżą lodowe bloki.
Drzazgi lodu pryskają w okna samolotu,
któraś podpala go jak zapałka.”(„Tama”)
Personifikacja przyrody( „góra parskała...prychała”, „śnieżny biust”) w połączeniu ze zwiewnością, lekkością, ale i dosadnością środków wyrazu, opisujących egzystencjalne ludzkie dylematy, autorka stworzyła harmonijną całość nastrojową i estetyczną.
Zmienność stylu narracji zastosowana w tym zbiorze nienachalnie podkreśla uniwersalny charakter utworów.
„25 wierszy” Samanthy Kitsch. Warto. Po prostu.
SIEDEM ODBIĆ W LUSTRZE KINGI WITOWSKIEJ
Noworudzkie wydawnictwo „Mamiko” tym razem przedstawia nam młodą, mieszkającą w Anglii autorkę, Kingę Witowską i jej „Lustro”.
Jest to dobrze napisana, niebanalna propozycja ujęta w ramy siedmiu dramatów, w których silnie zaznacza się motyw przewodni, przeplatający się przez kolejne utwory, przybierający różnorakie formy, ale stały w swojej zasadniczej istocie. Spoiwem łączącym bohaterów poszczególnych dramatów jest ogromna, instynktowna, granicząca z bólem fizycznym potrzeba ucieczki od rzeczywistości, okrutnej, wymagającej, odbierającej nadzieję, w zamian nie dając nic. Świat rzekomo logiczny, poukładany, jaki dla nas stworzono i jaki my współtworzymy, nie sprawdza się. Stalowe schematy, ślepo i bezrefleksyjnie przestrzegane granitowe reguły wyznaczają ramy życia codziennego, tworzą machinę rzeczywistości, w której kręci się bezwolny człowiek. Nie jest przewidziane, aby ten ludzki trybik zatrzymał się choć na chwilę, rozejrzał wokół, zastanowił nad alternatywą, a może nawet nad sposobem odzyskania wolności. W pewnym jednak momencie mechanizm zaczyna rdzewieć, mur omszałego porządku pękać, a człowiek w chaosie zrywa się do ucieczki. Wybierając zaś jeden z wielości jej wariantów staje się jednocześnie testerem i innowatorem.
Bohater dramatu „Lustro” skorzystał na przykład z tytułowego lustra, aby stworzyć sobie rzeczywistość odwróconą, według niego lepszą, pełniejszą oraz kobietę-idealną istniejącą bezwarunkowo. Gdzieś za plecami trwa, co prawda poprzednie życie, w nim jakaś kobieta, jakieś dziecko, związana z tym odpowiedzialność. Nie jest to dla mężczyzny ważne. Kobieta z lustrzanego odbicia jest, bowiem wyobrażeniem niezobowiązującym, obecnym zawsze, gdy on uzna, że jest potrzebne. Mężczyzna na chwilę tylko odwraca głowę od szklanej tafli, aby zobaczyć, że wybierając inny świat nie traci nic. Może tylko tę flaszkę wódki spod ściany…Na pewno?
Można też uciekać całkiem dosłownie, prozaicznie. Po prostu wyjechać z jakiegoś miasta A do miasta B, jak to czyni Olga z „Kukurydza w sałatce z tuńczyka”: „Wylądowałam w tym mieście tak po prostu. (…) Wiedziałam, że gdy tego nie zrobię, pogrążę się w sobie, a co gorsze, czas zatrzyma się w miejscu i bardzo trudno będzie go przekonać do kolejnego kroku naprzód(...)”. Bohaterka zrzuca z siebie ciężar odpowiedzialności za rzeczywistość pozostawioną i podąża w nieznane. Lepsze? Może tylko będzie to codzienność zmodyfikowana, ale w gruncie rzeczy oparta na tych samych zasadach, tak samo wymagająca uzasadnienia swojego istnienia poprzez stosowanie się do reguł w niej panujących. Nic nowego?
W monologu Ingrid z „Wariacji”, oderwanie się od dręczącej szarości dnia, banału miłości niespełnionej, nieodwzajemnionej bohaterka widzi w próbie realizowania się poprzez sztukę, ściślej poezję. Odnosi się, więc do podręcznikowego wizerunku artysty, który kreuje go jako osobę niemalże nietrzymającą się twardej skorupy rzeczywistości. Z zasady poeta jest zatem wolny, nieskrępowany sztywnymi konwenansami. Jednak Ingrid ostatecznie stwierdza, że nie nadaje się do „sztuki”, jest zbyt banalna, prozaiczna: „Chyba jednak dobrze, że nie umiem pisać wierszy. To na pewno byłby wiersz o niechcianej miłości.”
Czy wie jednak, że uczyniła pierwszy krok w tamtą stronę?
Natomiast dialog dwóch kobiet w dramacie „Park” to znowu wskazanie tytułowego parku, jako symbolu oderwania się od kieratu codzienności, swoistą oazę odrealnienia. Niestety tak jak w poprzednio wspomnianych utworach i ta ucieczka ma charakter tymczasowy, to tylko chwila zapomnienia, moment. Kobieta 2 mówi: „ Ucieczka w park jest dobrym sposobem na zapomnienie i wstęp do nowego pojmowania rzeczywistości, jednakże smutek realnego świata nie pozwala do końca zatracić się w parku i tak po prostu nie pamiętać, nie dostrzegać, nie przejmować się.” Utwór kończy się brutalnym, acz „odpowiedzialnym” stwierdzeniem kobiety 1:” Park nie istnieje”. Czy jednak istnienie, choćby tylko tymczasowe, to nadal nieistnienie?
Różnorodność form ucieczki od tłamszącej zwyczajności, potrzeba odnajdywania się w czymkolwiek, a często z kimkolwiek prezentują bohaterowie „Reality Pill”. Chaos w definiowaniu rzeczywistości alternatywnych, wielość recept na tworzenie własnego „ja” składa się na obraz opisywanej zbiorowości ludzkiej. Tu można zaistnieć chociażby w wierze w kota, albo bardziej przyziemnie („przycieleśnie”), w seksie, czy w używkach. Wyłania się tu problem nadmiaru, wręcz ogromu pseudowartości i „nibyidei” z którego trudno jest wyłonić te prawdziwe. Czy w naszej współczesności jest to w ogóle możliwe?
Człowiek teraźniejszy, poszukujący, w efekcie coraz bardziej samodzielny, staje się oporny, krnąbrny wobec zastanego porządku.
Utwór „Oblicze dnia” to ostrzeżenie…pamiętajcie,że:”Park nie istnieje”.
W gruncie rzeczy uciec się nie da. Przedstawiony tu opis morderstwa to brutalne zderzenie człowieka z rzeczywistością przez podkreślenie jego ułomnej cielesności. Jest on bowiem za słaby wobec czasu, który płynie niezmiennie, świata, który trwa i trwać będzie pomimo wszystko, nawet człowieka.
Utwór, moim zdaniem, pointujący myśl przewodnią zbioru „Lustro”, chociaż uplasowany na miejscu pierwszym, to „Klinika mózgów”. Prezentuje on ucieczkę od bólu, strachu, odpowiedzialności w formie ekstremalnej, pełnej, zatraconej...prosto w obłęd. Szaleństwo bohaterów ( R.K., Profesora, P.P.), staje się karykaturalną odmianą wolności, paradoksalnie ujętą w ramy społecznego przyzwolenia. „Normalni” (tu: lekarze i pielęgniarka), oswajają tę „inność”, wymyślając na nią coraz to nową nomenklaturę: ”psychoza rozszczepienia”,”rozdwojenie jaźni”. Istnieje bowiem obawa, że to co nienazwane po prostu nie istnieje. Można się tu zastanowić, czy szaleństwo jest jedyna skuteczną ucieczką od nieakceptowanych norm i zasad w kierunku „światła-umysłu wyzwolonego”.
Zbiór „Lustro” w sposób dosadny odzwierciedla smutne symbole naszych czasów, przewartościowanie wartości, brak imponderabiliów niezbędnych, tak naprawdę, jak tlen. To obraz bezradności człowieka wobec zasad, które nie dosć, że go przerastają to jeszcze nie do końca są zrozumiałe. To także próba polemiki z bylejakością rzeczywistości zastanej na rzecz nowej, nieznanej, w założeniu lepszej. Istnieje jednak duże prawdopodobieństwo, że niestety tylko innej. O tych wątpliwościach jednak opowie Jacek, alter ego swojego brata R.K. z „Kliniki mózgów” : „Czy można przewidzieć przyszłość? Czy ludzie posiadają zdolność podróży w czasie? Czy podróż w czasie jest dobra czy zła? Czy warto wiedzieć co się stanie? Czy lepiej żyć w niepewności?(...)Czy koniec czegoś jest początkiem czegoś innego?”
Ja odpowiedzi nie znam.
Ewa Żeberkiewicz
WITOWSKA Kinga. Lustro. Nowa Ruda : Wydaw.Mamiko, 2006. -100 s. ISBN 83-60224-07-2
WZLOT DO POCZĄTKU
Elżbieta Maria Śmigielski przedstawia nam tomik poezji pod tytułem „Wzlot do początku”. Wszystkie utwory zawarte w tej propozycji są zgrabnie zrymowane, a bez specjalnie wyszukanych metafor mogą być z łatwością odebrane przez czytelników dla których poezja kojarzy się z czymś zawiłym, a przez to niezrozumiałym. Konstrukcja tomiku opiera się na wyznaczonych przez autorkę sferach tematycznych dotykających zarówno rzeczy dla człowieka istotnych, świata jego wartości, norm i zasad, jak i traktujących o historii naszego kraju, ale także zawarte są w nim utwory o zabarwieniu czysto rozrywkowym, np.: „Mały Krecik”, czy „Kogucie trele morele”.
Śmigielski w części zatytułowanej „Sprawy Ducha I Moralności” podejmuje tematykę trudną, ocierającą się o sprawy dla człowieka najważniejsze, stanowiące trzon jego egzystencji. Mówi zatem o wartościach podstawowych jak: prawda, dobro, pokora, miłość, które w nowoczesnym świecie przytłacza: pycha, zawiść, złość. W utworze „Upadłe Wartości” wypowiada się następująco:
„Lepką żądzą oklejona Czystość
zatraciła kryształu przejrzystość.”
Według autorki, człowiek współczesny zatraca się w rzeczywistości w której dominuję chęć posiadania nad ludzkimi odruchami, pieniądz nad wartościami od wieków uznawanymi za sacrum. Śmigielski proponuje przez utwór „Rachunek Sumienia” zwrot ku Bogu, symbolowi miłości i sprawiedliwości, a wybawienie przedstawia obrazowo jako „Wielką Kometę”, która:
„Wydrze lud prawy z ciemności kleszczy.
Sługom ciemności koniec obwieści.”
Jak już wspomniałam, obecna jest w tym zbiorze także polska historia. W części: „Bolączki naszych czasów, czyli rozmaite trucizny zalewające nasz wspaniały świat”, autorka daje upust swemu rozczarowaniu potransformacyjną Ojczyzną porównując chociażby polską scenę polityczną wprost do Orwellowskiego „ Folwarku zwierzęcego”.
Niepokojące ją kwestie społeczne porusza w sposób bardzo dosłowny i dosadny. Szereg krótkich fraszek to zarazem szereg palących problemów naszego kraju o których Śmigielski głośno mówi:
Statystyka z Zoologu
”Co oznacza średnia płaca?
Statystyki stek to bredni!
To jak mrówkę wziąć i słonia
i wyliczyć ciężar średni.”
W tomiku „Wzlot do początku” ,mimo jego niezbyt obszernej formy, prezentowana tematyka jest różnorodna, obejmuje zarówno sferę duchową jak i cielesną człowieka. Cześć zatytułowana „Bon Apetit” wytyka bowiem typowo polskie przywary związane z szumnie eksploatowana tradycją.
Mimo, iż Śmigielski nie stroni od podejmowania w swoich utworach tematów poważnych to jednak pierwsza myśl jaka mi przyszła do głowy po przeczytaniu niniejszego zbioru było słowo: „wdzięczne”. Utwory, choć nieraz surowo piętnujące i gromiące nasze przywary, podane są właśnie we wdzięcznej, lekkiej formie, że aż trudno mi uwierzyć, iż tak dużo w nas wszelkich złych i przewrotnych cech. Wolę zatem na koniec optymistycznie zacytować „Kogucie trele morele”:
„Potem będą trubadurzy
i weselny orszak szczurzy,
strojny w wieńce z dzikiej róży.
Szczęścia bezmiar ich odurzy...”
Ostatnia część „Wzlotu do początku” skierowana jest do przyjaciół autorki mówiących po angielsku. Te utwory pozostawiam więc do indywidualnego odbioru tym, którzy mienią się jej przyjaciółmi i których dodatkowym atutem jest znajomość owego języka.
Elżbieta Maria Śmigielski. Wzlot do początku. Nowa Ruda : Wydaw. Mamiko, 2005. -70 s. ISBN 83-60224-03-X
Poważna niepowaga (i na odwrót) (Wojciech Brzoska, „Sacro casco”)
Wojciech Brzoska (1978) przekroił na pół swój czwarty w dorobku tomik Sacro casco. W części pierwszej zatytułowanej pograbki, zaprasza do piachu, proponuje rozmowy o cierpieniu, umieraniu i grzebaniu. Konsekwentnie gimnastykuje piaskowe motywy (w nagrodę trumna z piachem), w czym przypomina Dariusza Suskę, autora zbiorów Wszyscy nasi drodzy zakopani i Cała w piachu.(...) Ważni dla Brzoski są dawni brulionowcy. Niektóre fragmenty dyskretnie korespondują ze Świetlickim (nasz śnieg jest tylko w bramach otwartych na oścież).Podsiadle dedykowany jest wiersz, w którym do piosenek Manu Chao (w wersji hiszpańskiej) wcinają się radiowe modlitwy (zwłaszcza kiedy śpiewają o marihuanie). Liryczny podmiot nabiera ze wszech miar zasadnych podejrzeń, że to palec boży majstruje przy odbiorniku (może to znowu bozia daje mi jakieś znaki).
Ciężar treści egzystencjalno-religijnych dźwiga tytułowy wiersz Sacro casco (Wojciechowi Wenclowi).Polisa auto casco skojarzona zostaje z boską asekuracją w wypadkach życia i w perspektywie wieczności. Jeden z lepszych wierszy jest dedykowany matce (...).
Wojciech Brzoska, Sacro casco, Mamiko Nowa Ruda 2006
Krzysztof Fiołek: Malarze i piaskarze Lampa nr 9 (30)/2006
Jakub Winiarski
Poważna niepowaga (i na odwrót) (Wojciech Brzoska, „Sacro casco”)
Dwa motta do „Sacro casco” (z Ciorana: „Jest tylko jeden problem – śmierci. Roztrząsać inne sprawy to marnować czas, dawać dowód niewiarygodnego lekkoduchostwa." Oraz z Lecha Janerki: „Bóg do niczego nie był mi potrzebny.”) zapowiadają tom wierszy potencjalnie zdecydowanie bardziej poważnych niż niepoważnych. Lecz jest jeszcze ironiczny tytuł książki, z którym w kontekście tak poważnych zapowiedzi nie bardzo wiadomo co zrobić. No i są jeszcze wszystkie Brzoski wiersze zebrane w dwóch częściach: „I. pograbki” i „II. love lullaby”. Te z „pograbek” już recenzowałem. Podobał mi się ten arkusz, miał spoistość, czułem w nim niepoślednie poczucie humoru autora i podobała mi się jego konsekwencja. I teraz także podobają mi się te wiersze, dobrze przyswajam strofy w rodzaju: „babcia już leży, kiedy tak nagle / pojawiam się nad nią / w czarnym T-shircie, a ona pyta: / czy to już śmierć? ”. Po takich strofach wiem, że Wojciech Brzoska ma swoją sprawę ze śmiercią, z umieraniem – i choćby się nie wiem jak wił i wykręcał przed uznaniem tego, co zaraz napiszę: wiem, że to sprawa poważna. (Dlatego oswaja ją żartem.) Do tego dochodzi sprawa Brzoski z Panem Bogiem, który nawet jeśli nie jest mu, jak deklaruje za Lechem Janerką, do niczego potrzebny, to przecież jest mu potrzebny choćby do tego, by mógł powiedzieć, że do niczego mu nie jest potrzebny... Nie takie to wszystko, jak widać, proste. Stara się Wojciech Brzoska sprowadzić Boga (często nazywanego tu Panem) do wymiarów ludzkich. Żartuje Brzoska: „cała nadzieja w Panu // z nocnego”. („prohibicja przesłania pielgrzymki”) Lub zastanawia się: „nie wiem, może to znowu bozia / daje mi jakieś // znaki.” („znaki drogowe”.) W końcu najgłębszym, jak podejrzewam, motywem tomu „Sacro casco” okazuje się być bunt podniesiony przeciwko traktowaniu katolickich zaświatów jako lokaty kapitałowej czy czegoś w rodzaju ubezpieczenia od wypadków (auto casco). Przypuszczam, że Wojciech Brzoska bardzo poważnie nie wierzy w Boga, bardzo poważnie myśli o nieuniknionej możliwości śmierci i bardzo poważnie irytują go wszyscy ci, którzy traktują wiarę jak rodzaj umowy kupno-sprzedaż, handel wymienny (cnotliwość za zbawienie), wszyscy ci, którzy pisząc lub wypowiadając się o Bogu i śmierci robią to niefrasobliwie, czy wręcz głupio. Pod niepoważnymi wersami Brzoski czają się otchłanie powagi, może nawet trwogi. Jego śmiech jest śmiechem Kierkegaarda, który obejrzał właśnie film Woody Allena. Być może taka wrażliwość jest dziś nie tylko popularna, lecz także – przynajmniej w przypadku niektórych – konieczna. Mnie w każdym razie wrażliwość autora, oraz forma i treść „Sacro casco” pasują w lekturze dosyć. Nie twierdzę, że jest to genialne, na pewno jednak nie błahe.
Jakub Winiarski
Wojciech Brzoska.<Sacro casco, MAMIKO, Nowa Ruda 2006.
Wyproszone metafory(recenzja)
Autor: izrael
Zaintrygował mnie wiek Autora tomiku Rewers, którego recenzję przeczytałem w jednej z wysoko nakładowych gazet. Osiemnaście lat? To przecież tak niewiele, do pewnego czasu uważałem, że to liczba niewystarczająca, by wydać swój tomik wierszy, a jednak Tomasz Pułka stał się obiecującym poetą, niezależnie od metryki i niezależnie od zwyczaju mniej lub bardziej późnych debiutów. Na poetykę Rewersu nie składają się żadne wysublimowane formy. Pojawia się szczątkowy dialog jak w wierszu zatytułowanym Bilet (calando) :
– O czym myślisz?
że mój sen jest kształtem światłowodu więc jest
i dworcem rękawiczką kokardką lub jabłkiem
fragmentem martwej natury z twoim spojrzeniem
Pytania wypełniają pustkę między dwiema dobrze się rozumiejącymi osobami. Mężczyzna w tej rozmowie tylko z pozoru wie wszystko i stara się wykreować wrażenie treści, niezmąconej niczym, a treścią jest sen lub sama jego esencja – życie. Wiersz udanie pokazuje istnienie człowieka nie tylko we śnie, nie tylko w życiu, ale poprzez przenikanie i odwrócenie proporcji. Kobieta, zadając drugie z kolei pytanie: – Jestem tam?, nie oczekuje potwierdzenia swojego istnienia – tutaj i w tej chwili. Gdy przychodzi do ostatnich słów, zbudowania ostatniego pytania, znów wszystko ulega zmianie. Kobieta zgadza się ostatecznie na sen, o który tak uparcie pytała: Więc śpijmy kochanie – to, co miało być istotą teraźniejszej chwili ulega przeniesieniu w świat wyobraźni. Bilet (calando), nie jest ani wyborem ascetycznego języka, ani rozbudowanej metaforyki, jego układ jest symetryczny – pytanie, obraz, pytanie, obraz, pytanie, obraz, zakończenie. Drugą formą, którą posługuję się autor Rewersu jest rzecz jasna monolog. Monolog, któremu często niestety można zarzucić rozwlekłość, ale z drugiej strony ujmujący w swej warstwie językowej. Wiersz o pogodzie jest najlepszym tego przykładem, pierwsza strofa to przede wszystkim brak dynamiki, podmiot ukazuje świat w oczekiwaniu i może pośrednio, dla niego, świat nudny:
...bo tutaj metr to tyle co pół
drogi do morza a morza jak na złość nie ma jest
tylko ta mgła rozpięta na całej długości sznurka
Swój punkt widzenia określa na początku:
...krawędź
to jedyny fragment płaszczyzny pozwalający na lepszy
widok...
Tak pozostaje, aż do drugiej strofy, która wydaje się ciekawsza, a podmiot sam autoironicznie odwraca się od początkowego rozleniwienia. „Przyspiesza”, a to dzięki wprowadzeniu w obręb świata „jej”, która staje się centralnym punktem odniesienia. Po deszczu i mgle z pierwszej części wiersza, pojawia się śnieg – kojarzony z wyłączonym telewizorem, ze stanem trwałym i nie do przezwyciężenia. Wiersz o pogodzie może być dla czytelnika tym, co sugeruje tytuł. Można w nim również zauważyć pewne stale powracające motywy w poezji Pułki. Warkocze i włosy, które są skojarzeniami negatywnymi, wobec których pojawiają się słowa znamionujące cierpienie:
wznak podpalić wioskę i przez sen patrzeć na tył głowy
na warkocz ciągnący aż do bólu wrysowanego w mapę ciała
W Punktach papilarnych (accelerando) pojawiają się z kolei takie słowa:
A śmierć jest
taką małą dziewczynką z luźnym warkoczykiem i ona ten
warkoczyk co noc musi zjadać.
Świat w poezji Pułki nie jest odrażający ani bezwzględny, jest jednostkowy. Wszystko zależy tylko od relacji, jakie człowiek ułoży sobie z drugą osobą i tylko wobec niej da się ten świat jakoś poskładać w całość. Trudno w dzisiejszej poezji od kogokolwiek wymagać twórczości „pogodnej”, witalistycznej i też autor Rewersu wolny jest od wszelkich oczekiwań, pisze jak dojrzały człowiek pod trzydziestkę, można mu tylko pozazdrościć, że ciągle mimo wszystko ma lat osiemnaście. Pułka waha się pomiędzy dwiema koncepcjami czy dwoma pomysłami na poezję – między podglądaniem świata a wchodzeniem z nim w dialog, między ciszą a nieodpartą chęcią dodania czegoś od siebie. Na dobre wychodzi tomikowi niezdecydowanie autora w tej kwestii. Jeśli mówić o tej pierwszej koncepcji, to trzeba wspomnieć o dwóch przychodzących na myśl utworach: Wiersz o podglądaniu, Drugi wiersz o podglądaniu. Różnią się one stylem i poziomem, ten pierwszy, mimo że zimny i ma postać relacji, jest po prostu dobry. Drugi natomiast nie wytrzymuje niestety tej wewnętrznej rywalizacji, co nie znaczy, że pozbawiony jest swojego uroku. Język zaskakuje, gdyż te dwa wiersze są wyraźnie czymś autonomicznym wśród reszty utworów z Rewersu:
zbyt wielu ludzi w tym mieście ma ciemne włosy,
to takie polskie, mieszkanie na trzecim piętrze,
drzwi pilnuje judasz, na klatce dzieci grają
w kapsle, w każdą noc przed losowaniem lotto
jest spakowany, czeka albo pije ciepłą wódkę
Wiersz o podglądaniu
Do „tradycyjnego” dla siebie języka wraca jednak już za chwilę w Drugim wierszu o podglądaniu:
Powtarza: to dobrze, wymyślone – umrzeć w wycinku gazety,
coraz więcej pali, kiwa się na krześle. Czyste bywają już
tylko krople deszczu lub łyżeczki do herbaty...
Spaja te parę zacytowanych wersów wizja upadku, pewnego oczekiwania. Oczywiście czas ulega zniekształceniu. W Wierszu o podglądaniu jest to czas „przed”, w Drugim wierszu o podglądaniu czas „po”. Rozkładanie się i powolne znikanie człowieka wobec niespełnionych nadziei i życia, to motywy towarzyszące podglądaniu. Kim jest podglądający? Jedynie obserwatorem. Tak więc na pierwszy plan wybija się „obserwowane”, a dopiero po nim idzie „obserwujący”. Na koniec warto wspomnieć o wierszach, które wybijają się ponad przeciętność (którą każdy początkujący poeta przyjąłby zapewne z pocałowaniem ręki). Są to trzy utwory: Didaskalia (rallentando), Temat, Rewers. Didaskalia to utwór, w którym zbiegają się ze sobą najważniejsze tematy dla Pułki: spojrzenie z boku na świat, pamięć człowieka i jego relacje z otoczeniem. Autor proponuje inne spojrzenie na rzeczywistość, nie „zza”, ale „od spodu”:
Zmień obiektyw, trzeba będzie popatrzeć od spodu,
to nie jest takie proste, jakim mogłoby się zdawać,
gdybyś miał latawiec, a nie dwie małe rączki.
Do tego spojrzenia trzeba dodać perspektywę didaskaliów, perspektywę tytułową. W I strofie pojawia się też zaraz nieuporządkowanie ludzkiego myślenia o przeszłości jako motyw poboczny:
Co z ciebie za odłamek,
skoro nie pamiętasz? Skoro dobrze wiesz, że mimo tej
ściany, wciąż gonimy cienie
Notabene często to „nieuporządkowanie” dotyczy samego piszącego, bo nie można nie odnieść wrażenia, że w niektórych wierszach jeden temat goni drugi. O czym, może trochę autoironicznie, Pułka wspomina w Temacie:
Mamy tu cały szereg inspiracji, wystarczy się rozsiąść, a przybiegną
studnie, puste hangary, tak wspaniale kołujący ból
i niewiarygodny upał.
Te dwa wiersze łączy jednak coś więcej: wspomnienie dzieciństwa jako gry tracącej urok i bledniejącej:
Batonik w kieszeni się nagrzewa, rozmazuje i topi. Brudzi
kieszenie, szpilki w mgnieniach słońca, przekład z wczorajszego
oblężenia sklepów. Mieliśmy domek na drzewie, zardzewiał
Temat
...uśmiechnięty rój
łyżeczek, weź jedną, wydłubiemy ci oko. To takie
żarty nie bój się, przecież nie będę gryzł, ledwie
mogę zjeść jabłuszko.
Didaskalia (rallentando)
W Temacie też jako w jednym z niewielu wierszy autor Rewersu podejmuje grę z czytelnikiem, tropiąc jego sposób odbioru, próbując się postawić w roli, a formy i niedopełnienia Pułka uwielbia. Świat w jego poezji to nie tylko, jak wspomniałem, relacje, próby dogadania się z drugą osobą, ale również brak – brak wszystkiego i niczego. Coraz to nowe przedmioty, sprawy są dla bohatera (chyba mogę tak napisać, gdyż podmiot liryczny brzmiałby tu co najmniej bezosobowo) dopełnieniem jego istnienia. Ten młody autor sam sobie postawił wysoko poprzeczkę i miejmy nadzieję, że będzie pisał i wydawał podobnie piękne wiersze.
Wyproszone metafory są jak człowiek odprowadzający
córkę na pociąg (córka jedzie na stancję, będzie
mieszkała z Michaelle, Rosie, Christine), człowiek
który wsiada by znaleźć jak najlepsze miejsce,
a potem w trakcie szukania,
pociąg nagle rusza.
I patrz gdzie jesteśmy.
Rewers
Tomasz Pułka,"Rewers", mamiko, Nowa Ruda 2006, cena 6 zł, można zamówić przez stronę wydawnictwa:
http://www.mamiko.pl/zamowienia.php
Tomasz Pułka – urodzony 21 czerwca 1988 roku, mieszka w Rudniku k. Myślenic, uczy się w Krakowie."Rewers" to jego debiut książkowy.
Recenzja z Portalu Literackiego FABRICA LIBRORUM
Skaza na Krajobrazie
Niemal jednocześnie, na początku roku ukazały się dwie powieści: „Skaza” Magdaleny Tulli, i „Krajobraz z atramentowym wieczorem” Michała Zantmana, Te dwa utwory jakkolwiek różniące się znacznie od siebie, mają zaskakująco wiele punktów stycznych.
Akcja obydwu książek rozgrywa się w miasteczku.. Chociaż nie jest powiedziane kiedy dokładnie jest umiejscowiona, przywołuje świat z minionej epoki, bez najnowszych zdobyczy techniki. Przekaźnikiem informacji w obydwu utworach jest gazeta. Wiadomo jednak, że są to zaledwie wycinki istniejącego świata. W „Skazie” domyślamy się istnienia miejsca, w którym znikają brakujące gwoździe i inne materiały, w które helikopter zawiezie lotników, skąd przyjadą taksówki po uchodźców, W „Krajobrazie..” bohaterowie wybierają jedną z dróg, ale mają świadomość istnienia innych, o których nie wiedzą gdzie prowadzą. Jest też pociąg przejeżdżający przez miasteczko. O ile w „Skazie „ miejscem rozgrywających się wydarzeń jest centralny placyk z przylegającymi doń budynkami, w „Krajobrazie”- wędrujemy po miasteczku, odwiedzając niektóre mieszkania, rynek, kawiarnię, szkołę, hotel..
Utwory zostały skonstruowane jako samoistne światy. Niejako dla potrzeb opowiadanych historii, stworzono świat, w którym rozgrywa się akcja utworu. Dowiadujemy się, że jest jakaś logika wewnętrzna, utworu, zasady i jednocześnie ograniczenia konstrukcyjne, czy wreszcie osoba samego twórcy.
Magdalena Tulli przedstawia nam świat wzniesiony z pomalowanej dykty, gdzie perspektywa oddana jest za pomocą sztuki malarstwa iluzyjnego .Niestety wskutek niesolidności i malwersacji ekip budowlanych- jest wiele niedociągnięć, co więcej , braków. Brakuje np. kancelarii notariusza, który wprawdzie wychodzi do pracy ,ale z braku stosownego szyldu nie może do niej dotrzeć. Świat ten jest niedoskonały, za co część winy przyjmuje autor- zleceniodawca na siebie. Nie sprawdzał, przymykał oko na drobne fuszerki. Potem sprawy wymknęły się spod kontroli i potoczyły własnym biegiem. Uczestniczymy w wydarzeniach, które scala w jedną historię plac, wokół którego się gromadzą. Narracja biegnie niejako dwutorowo: opisuje wydarzenia dziejące się wewnątrz placu i na tyłach dekoracji ( gdzie odnajdujemy majstrów, dla których przeliczanie zysków jest jedyną pociechą w świecie bez kobiet). Każdy z wątków w pewnym momencie zaczyna się toczyć własnym biegiem, według własnej logiki.
U Michała Zantmana odnajdujemy świat zawieszony w kosmosie, zawierający się w opowiedzianej historii, w czasie i przestrzeni należących tylko do tego świata. Poszczególne sceny budowane są jak dekoracja teatralna, gdzie każda plansza scenografii ukazuje inny aspekt rzeczywistości. Światło niczym reflektor przenosi nas na scenę wydarzeń- gdy gaśnie światło akcja zastyga do momentu kiedy nie pojawi się promyk słońca, czy choćby gwiazda na niebie.
Postaci i przedmioty znajdują się w określonych miejscach, do których bohaterowie trafiają pozornie przypadkowo. Siedem dni i nocy ułożonych jest obok siebie na planie koła, które zamyka się w momencie zakończenia książki. Każdy dzień ma inny koloryt. Po nich jak po labiryncie- wędrują postaci.
W „Skazie” Postać określana jest przez strój, który nosi. Garnitur z przedniego materiału dla Notariusza, fartuch z perkalu dla Służącej, wytarta marynarka spięta w pasie dla Studenta, mundur i płaszcz dla Lotnika, mundur dla Policjanta. Kiedy student stanie na czele rewolucji, będzie chciał za wszelką cenę zdobyć płaszcz z dystynkcjami i oficerki, należące do oficera lotnictwa. W efekcie ten, kto przywdziewa ów płaszcz staje się faktycznym przywódcą rewolucji. Ludzie przyjmujący status uchodźców, wyglądają nieadekwatnie w swych starych ubiorach, toteż przyjdzie im wymieniać futra na skromniejsze, bardziej odpowiednie palta. Znamienne jest także, ze trudno wskazać osobę odpowiedzialną za zaistniałe wydarzenia. Największe brzemię odpowiedzialności niosą najbiedniejsi. Uchodźcy, szeregowy policjant, służąca…
W „Krajobrazie…”postaci opisane są przez role jakie pełnią. Mają one stały repertuar zachowań i wypowiadanych kwestii. Ojciec odkrywając w sypialni Matkę, czy wtulonego w kąt chłopca konstatuje, że jest ojcem. Mężczyzna w towarzystwie Cioci , to z pewnością Wuj. Burmistrz nieustannie zmierza do ratusza. Doktor oddany jest medycynie, która wypełnia mu całe życie. Nauczycielka oddana sprawom edukacji, wolne od nauki dni postanawia spędzić w pokoju nauczycielskim. W Mariannie parzącej kawę rozpoznajemy służącą. Staruszek jeżdżący na łyżwach, staje się Dziadkiem ,w momencie gdy tak się do niego zwraca młoda dziewczyna. Niektóre z nich w gruncie rzeczy chciałyby wydostać się poza role- znaleźć się w innym domu, innej nocy. W gruncie rzeczy dopiero w działaniu, w zetknięciu z innymi osobami, dowiadują się czegoś o sobie. Hotelowy Portier marzy tylko o tym, by nastawić patefon- cóż kiedy ciągle przeszkadzają mu w tym goście pytający o wolny pokój! Staruszka opuszcza miasteczko nie zjadłszy wyczekiwanego od przyjazdu podwieczorku. Wuj w przeczuciu nadciągającego końca, chciałby gdzieś uciec.( „Koniec” oznacza jakiś kataklizm, oraz jednocześnie zakończenie książki). Naprawdę ciężko pracuje tylko Dozorca, zwłaszcza gdy pada śnieg tworzący metrowe zaspy.
M. Tulli próbuje wcielić się w każdą z postaci. Budzi w nas poczucie empatii, zwiększając jednocześnie ich wiarygodność. Mówi :” jeżeli jestem służącą, to…, jeżeli jestem notariuszem, to…Sposób narracji, pozostawia nas jednak obok,” na zewnątrz” życia bohaterów. Jesteśmy świadkami tego co im się przydarzyło, Jesteśmy naocznymi „świadkami” ich przeżyć.
U M. Zantmana postaci prowadzą dialogi i mówią w pierwszej osobie, co sytuuje czytelnika niejako „wewnątrz” życia bohaterów. Dzielimy przeżycia z nimi. Identyfikację ułatwia sugestywny język tym intensywniejszy, że słowa tracą sens symboliczny ,a przybierają dosłowne znaczenie.
W obydwu utworach podobne jest także to ,że po zakończeniu nie rozstajemy się z bohaterami. Pozostajemy z nimi w atmosferze niespełnienia, tęsknoty za czymś bliżej nieokreślonym, za „lepszym” światem. Autorzy wyprowadzają narrację poza opisywane wydarzenia. Autorka „Skazy” snuje jedną z możliwych wersji losów uchodźców w Ameryce, autor „Krajobrazu z atramentowym wieczorem „– oznajmia, że w tym momencie historia rozpoczyna się na nowo, by znów zatoczyć swe koło.
Na koniec warto zwrócić uwagę na formę. Język obydwu utworów jest bogaty, obrazowy, pełen metafor i skojarzeń, refleksji i odczuć. „Skaza” napisana jednak została w sposób tradycyjny, do jakiego przywykł czytelnik dobrej literatury. „Krajobraz” natomiast stanowi nową jakość , łączącą prozę, poezję , muzykę i wymaga od czytelnika otwartości na nowość, uważności, kojarzenia faktów i odwagi w sięganiu po to ,co jeszcze nie zostało wypromowane.
ZANTMAN Michał. Krajobraz z atramentowym wieczorem. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2006. 256 s. ISBN 83-60224-06-4
NIEROZMOWY Z BOGIEM
Wojciech Brzoska pisząc swoje wiersze nie tylko kreuje nowe światy i znaczenia. Przede wszystkim filtruje otaczającą go rzeczywistość przez słownik własnych znaków. Świat wyraża w krótkich, wielopłaszczyznowych metaforach, metaforach ukrytych w języku potocznym, w codziennych grach językowych. Wplata w wersy dialogi, słowa podsłuchane w tramwajach. Każdy może się znaleźć w jego wierszu, minąć się z bohaterem wiersza na ulicy, ocierać się o niego w przepoconym autobusie. Przestrzeń miasta w tekstach wydaje się być bardziej żywa od jej mieszkańców.
Gdzieś w tym wszystkim poeta doszukuje się sensu, spogląda zza krat, choć nie wiadomo do końca, po której stronie tych krat stoi i gdzie one właściwie są. Miasto, mieszkanie, więzienie- przestrzeń otwarta czy przestrzeń zamknięta.
Brzoska w Sacro casco przechadza się po ulicach miasta w towarzystwie śmierci i prowadzi rozmowy z Bogiem w swoim ironicznym języku. Wbrew pozorom mówienie w sposób niepoważny o poważnych rzeczach-samotności, miłości , zamknięciu, zwątpieniu , celowości, Bogu i śmierci- sprawia, że stają się one bardziej prawdziwe, zwykłe, bliższe. Ukonkretnienie pewnych sytuacji pozwala nam przełamać barierę obcości, przełamać tabu.
Dość już mówienia, że Brzoska nawiązuje tradycją do brulinowców, do Świetlickiego. To już czwarty tomik tego autora, jego lingwistyczne zabawy towarzyszą nam we wszystkich. Poeta ma już wyrobiony swój konkretny język, który jest na tyle charakterystyczny, ze łatwo go rozpoznać. Jeśli gdziekolwiek spotkamy dwuwers kończący się mówi matka do swojego synka-to na pewno będzie to Brzoska.
Matylda Sęk
Recenzja ukazała się w magazynie kulturalnym „Art Anons” (nr 0/2006)
Wojciech Brzoska.sacro casco.Nowa Ruda:Wydaw.Mamiko,2006. Poezja polska. ISBN 83-60224-10-2
Z kocem po kamiennych schodkach – o debiutanckim tomiku Tomasza Pułki
Mamy debiut. Właściwie jest to – jeżeli ufać portalowi literackie.pl - 70 kilogramów debiutanta przy 181 centymetrach wzrostu co wskazuje jak mniemam albo na lichą dietę i skłonność przy tym do brzydkich nałogów albo na młody wiek. W przypadku Tomasza Pułki niedowaga jest efektem zapewne nie tylko wieku – 18 lat ale i również godzin spędzonych na czytaniu filozofii, młodej poezji i prozy czy zażywania jakiś innych niecnych rozrywek. Skutkiem tego jest „rewers” - tomik poetycki wydany właśnie przez Mamiko w Nowej Rudzie.
Mamy niezłą okładkę. Na pierwszej stronie czarno białe zdjęcie skrzyżowania ulic w jakimś anglojęzycznym mieście. Widzimy ludzi zatrzymanych w codziennym biegu do pracy, turystów z mapami, sklepikarzy, zaparkowane samochody. Wszystko jest takie statyczne i ostre oprócz taksówki, przemykającej właśnie przez skrzyżowanie (widoczny jest efekt poruszenia). Fotografię tą powielono dwa razy, właściwie nie wiadomo dlaczego.
Na odwrocie autor i jego dość skromna notka biograficzna. Całość jednak została, że tak powiem popsuta na składzie. Czcionka i zdjęcia (szczególnie autora) kiepskiej jakości, nierówne marginesy a do tego aż dwa różne numery ISBN. Szkoda.
Mamy ciekawy tytuł. „Rewers” to słowo niezwykle bogate w znaczenia i konteksty. Najpierw ma się na myśli odwrotną stronę medalu lub monety – co jest tą monetą w przypadku poezji Pułki? Później myślimy o lewej, spodniej stronie czegoś np.: haftu, tkaniny, obrazu – jaki świat odbija ta liryka?. Na końcu rewers odnosi nas do pokwitowania na pożyczony przedmiot lub pieniądze – czy rzeczone wiersze mają charakter krótkich zapisków czynionych na byle czym chociażby na kwitku? Niestety tytułowy wiersz niczego nam nie przybliża, nie wyjaśnia. Jest najsłabszy w tomiku. Niezgrabne określenia (płyta podłogi), zdania (wszyscy/w koło piętrzą chybotliwość języka), pseudofilozofowanie (Już nic się tu nie rusza, wręcz/nie pozwala na ruch, nakłada taki reżim/stagnacji) szczątkowy obraz poetycki i rozwodnienie napięcia. Ciekawa jest tylko metafora metafory, która jest jak człowiek odprowadzający/córkę na pociąg (...)człowiek/który wsiada by znaleźć jak najlepsze miejsce ,/a potem, w trakcie szukania,/pociąg nagle rusza. Można odnaleźć jednak w książce Pułki wiersz, który znakomicie zastępuje fatalny rewers i co najważniejsze odnosi się również do tego pojęcia. data zwrotu – bo o tym utworze mowa, zdaje się odpowiadać niemal na wszystkie postawione pytania. Jest kluczem do zrozumienia koncepcji poetyckiej preferowanej przez autora (będziemy się tak ślizgać na powierzchni słów(...)przesypywać przez perspektywy) będąc przy tym próbką niesamowitych umiejętności warsztatowych.
Mamy zatem 28 utworów poetyckich. W większości są to teksty dobre, a nawet zaskakująco dobre jak na osiemnastolatka przed maturą. Ma świetny słuch językowy i lekkie pióro, słychać, że czyta niejedno, również umiejętności operowania polszczyzną pozazdrościł by mu niejeden z roczników siedemdziesiątych. Jest w tym jednak jakiś chaos, nie przemyślał autor kompozycji książki, trudno wyodrębnić spójny obraz czy historię, którą chce przedstawić. Wiersze tytułowane są raz dużą, raz małą literą. Czasem pojawiają się znaki przestankowe, czasem ich nie ma. W jednych utworach dominują konkretne historie, w innych słowa. Autor balansuje pomiędzy wierszem narracyjnym a lingwistycznym. Robi to jednak niezbyt twórczo, zaliczając po drodze kilka śmiesznych wpadek (piąty dzień bez koca, fascynacje urodą czeskich modelek które złocą się w pilsnerze). Czasami brak jest także Pułce umiejętności pointowania, stopniowania napięcia i kondensowania rzeczywistości. Bywają teksty naprawdę intrygujące, które zniszczone zostały przez niepotrzebne frazy a nawet całe zwrotki jak w przypadku wiersza o podglądaniu. Powinien się zatem poeta wprawiać w skreślaniu, gdyż poezja to nie tylko tworzenie pięknych zdań. Tak sądzę.
Mamy również świat dozwolony od lat osiemnastu widziany oczami mężczyzny wchodzącego w wiek chmurny i durny. Jesteśmy niechcianymi świadkami sytuacji codziennych i intymnych, wzajemnego oswajania się ludzi, miłości i pierdolenia się. Widzimy życie dorosłych w którym podmiot liryczny to się odnajduje, to się gubi.
Jeszcze się gubię, widzisz to, prawda? Ale już coraz/ przestronniej jest w tym gubieniu. Polowaniu/ na ścięcie, podprowadzeniu cię palcem, gaśnięciu.
Nie mamy redaktora i jednego wiersza w spisie treści.
Łucja Abalar
Tomasz Pułka „Rewers”, Mamiko, Nowa Ruda 2006
pytajniki stawiane „po norwidowsku” - Bogdan Widera
To poezja jaką lubię. Dużo bawienia się słowem, czasem nieoczekiwanym rymem, jest humor, są nawet pytajniki stawiane „po norwidowsku”. Pozornie „formalizm”- jak by powiedzieli socrealistyczni krytycy. A przecież za tymi zabawami kryją się niejednokrotnie obrazy bardzo liryczne, otwierające wyobraźnię albo budzące skojarzenia poruszające. Wiersz „po grabki”: „chodź, idziemy do piachu”- mówi matka/ do swojego synka. Albo „zwierzęta i ludzie”: w „żabce” kartonowa pani reklamuje jakiś bank.//jest piękna, martwa i uśmiechnięta.//na jej policzku siedzi wesoła mucha/i też udaje// nieżywą. Inspiracją są rzeczy zobaczone, podsłuchane i – gdyby nie zamknięto ich w „klatce wiersza”- właściwie błahe. Nieoczekiwanie nabierają znaczenia, stają się nośne. Nie ma wątpliwości, że to prawdziwa poezja. Brzoska, choć to człowiek młody (nie ma jeszcze trzydziestki) chłonie świat.
Wielu innych „patrzy w siebie” i nudzi.
Bogdan Widera
(recenzja ukazała się w „Śląsku”, nr 11/133)
Wojciech BRZOSKA. Sacro casco. Nowa Ruda : Wydaw. Mamiko, 2006
Kojarzony ze snem sen
Michał Zantman, autor „Krajobrazu z atramentowym wieczorem” to urodzony w 1965 roku krakowianin przyznający się do ukończenia studiów prawniczych na tutejszym uniwersytecie.
Prezentuje nam książkę prozatorską – debiutancką, łączy zarówno intuicję, wspomnienie młodości jak i doświadczenie całkiem już pokaźnego życia.
Nie może nie niepokoić, że wieczór Zantmana jest „atramentowy”. Wynikają z tego, przynajmniej dla mnie, dwie konsekwencje: atramentowy czyli napisany, literacki czyli zintelektualizowany. Po drugie tytuł nie sugeruje kolejnej linearnie napisanej dla linearnego czytelnika powieści. Czy te wstępne założenia się potwierdzą?
„Ojciec umrze! / Ja wręcz przeciwnie: urodziłem się”. To sui generis motto a niewykluczone że po prostu początek książki przenosi nas w świat edypalno-freudowskiego ojcobójstwa, obecnego też u Kafki i nawiązujących doń: m.in. Tadeusza Różewicza w sztuce „Pułapka” wystawianej obecnie w Teatrze Słowackiego czy w ciekawym eseju „Temat Kafka” Krzysztofa Lisowskiego, by powołać się na najbliższe terytorialno-czasowo-osobowe przykłady.
U Zantmana często powtarzają się słowa: sen, noc, ciemność. Mimo to, podobnie jak w „Stu latach samotności” Marqueza, ludzie nie mogą zasnąć („Widzę, prawdę powiedziawszy niewiele widziała, że pani nie może zasnąć”, s. 46). Nie ma to wymiaru cywilizacyjnej tragedii jak w miasteczku Macondo, a jedynie „atramentowego” zabiegu. Bezsenność jeszcze bardziej wydłuża noc, potęguje płynące z niej doznania. Dzięki temu nikt nie przerwie dziejącej się sennej logiki: kiedy na następnej stronie zdjął kapelusz (…) zajrzał pod stół. sprawdził za kanapą. Niepotrzebnie. Wyglądało na to, że mieszka sam. Bez żony. Bez dzieci. Nie szkodzi – wcale się tym nie przejął. Nawet dobrze się składa. Przy moim nieregularnym trybie życia i tak nie miałbym na nich czasu”, s.27. „Musnąwszy parapet, przemknął się tuż nad głową wuja Leona”, s. 28. Czy coś się przypomina? Oczywiście, lewitujący ojciec z prozy Bruno Schulza. Aż ciekawość bierze, by wyjrzeć czy okno nie wychodzi aby na „Ulicę Krokodyli”. I czy nie zaczęło się „święto wielkiego sezonu” Obaj pisali o ojcach. Czyjej wizji bliższy jest Michał Zantman? Kafki? Schulza? Może na razie uznajmy to za zadanie Czytelnicze, bowiem
bowiem, analizy, wstępu, wymaga bardziej technika obrazowania, odkrywanie linijka po linijce tego co świat przedstawiany (nie przedstawiony) i sam autor mają do powiedzenia: „Znów pogrążyli się, lecz każde z nich w swoim, milczeniu. / Właściwie nie było już o czym mówić. / W pobliżu pieca stał stół. / Na stole stał flakon. / Za flakonem na talerzyku leżała zmięta, brudna serwetka”.
Jak to się stało że po niemal pół stronie względnie zwartego tekstu (tak jest, solidarnie przechodzę na konwencję autora w której wydarzenia dzieją się nie „wtedy a wtedy” lecz na takiej czy owakiej stronie), nie dowiedzieliśmy się, jakich książka ma bohaterów, o co im „biega”, czy jest zarysowanie przestrzeni dramatu, punkty zwrotne. Ależ autorowi na tym bynajmniej nie zależy. Pisze stronę czterdziestą, tak jak pisał trzynastą. Nawet zmiana narratora z męskiego na damski przebiega niezauważona. Jest „niewyrażona” zmianą języka, stylu. Króluje nad tym bezczas. Pamięć jest nielinearna i poszczególne tropy są jak gałązki wyrastające z jednego drzewa. „Czas się nie dzieje”, jest tylko materialno-fizycznym pretekstem do posuwania zdarzeń. Ale o tym wiemy z naszego „usus”, z zasad doświadczenia życiowego. Samym bohaterom idzie to raczej niesporo: „Pomidorka?.. – śniadanie wydłużało, przeciągało się. Przeciągając się, wcale nie posuwało się naprzód. / Może jeszcze mleczka… - nic sobie z tego nie robiąc, Ciocia postanowiła pchnąć je nieco”. Z samych cytatów, bo konkluzja jeśli jest rozwija się w podświadomości, zaczyna docierać, że chodzi o dom. Jest brat i siostra, rodzina bliższa i dalsza, zstępno-wstępna, w kolejnych kręgach pokrewieństwa. Niech tatuś sobie „lata”, niech ożywia i tak nieśmiertelne wizje Marca Chagalla dziejące się nad witebskim niebiem, ale co gorsza umowny jest też dom, platforma na której dzieje się literackie wszystko: „Mieszkanie dryfuje po niezmierzonych połaciach nocy , s. 17; innym razem dom pojawia się tylko w świetle zapałki, dzieląc jej efemeryczny los. A pozostając przy malarstwie: wyczuwa się pokrewieństwo z Paulem Klee.
Odczuwa się niepokojący brak zakorzenienia, jakże inny niż w literaturze mieszczańskiej, choćby u Tomasza Manna, u którego: dom stoi już lub staje się na samym początku, postaci są ukształtowane, wyraziste, czasem dynamiczne, mają swoje cele a czasem i nieszczęścia, i w ich rytmie przeżywają swoje życie. U Zantmana bohaterowie wyraźnie nie mają oparcia w domu, w domu a więc w niczym. Biblijny Józef idący na wygnanie, podobnie jak wcześniej jego ojciec Jakub, powielając rodzinny kod tez i antytez, mają w głowie, w pamięci, wartość wyższą, i nie są bezdomni. Bohaterowie Zantmana pozbawieni są wszystkiego, dlatego że tak naprawdę nie mieli dzieciństwa. Stawiam tą tezę ryzykownie, jak zawsze przy opisywaniu literatury trudno dookreślalnej.
Pora już myślę na resume. „Krajobraz z atramentowym wieczorem” nie jest to bynajmniej literatura popularna, nazbyt jest zagadkowa.
Co nie znaczy że nie obfitująca w efekty. Warto zwrócić chociażby uwagę na humor: nauczycielka śpi w pokoju nauczycielskim, burmistrz przez całą książkę nie jest w stanie dotrzeć do pracy. Źródłem uśmiechu może być paradoks: ojciec zamiast dzieci jeździ na sankach (to też swoista przenośnia).
Poza tym konstrukcja: akcja książki rozgrywa się w ciągu 7 dni, każdy z nich ma swój dominujący kolor (jak chociażby sepia w filmie Krzysztofa Kieślowskiego „Podwójne życie Weroniki”). Przestrzeń zda się być zrównana z czasem, jawa ze snem i nie ma nic „oprócz”. Budzimy się ze snu (być może: przerywamy lekturę), i jest tak samo. Równocześnie w jednej pozycji pojawia się nawiązanie do teorii względności i światów równoległych. Rzeczy występujące w „dramacie”, np. walizka, są równie ważne co ludzie. Zarówno skład książki, jak i spore nierzadko odstępy na stronach, swoista wersyfikacja zachowana przy cytowaniu, każe domyślać się powiązań z techniką poematów i ze „strumieniem świadomości”. Jest to na pewno interesująca pozycja dla wielbicieli Kafki (choć sposób napisania jest mniej „urzędniczy”, tezy nie są intelektualne lecz uczuciowe). Podobieństwa do swoich ulubionych światów przedstawionych znajdą tu także zwolennicy Bruno Schulza, być może poematów amerykańskich beatników. Natomiast skojarzeniem ostentacyjnym, że nie warto go tak pokreślać, jest wieloksiąg „W poszukiwaniu straconego czasu”, pewna konwencja w ramach której gramy z czasookresem albo tenże (igra) z nami. Pozycja ciekawa dla przeciwników klasycznej fabularności, dla osób obdarzonych dobrą pamięcią i chętnych do wejścia w świat prowadzonych w sposób nietypowy a obmyślony przez autora,
z poważaniem,
Łukasz Mańczyk
Michał Zantman, „Krajobraz z atramentowym wieczorem”, wyd. Mamiko, Nowa Ruda 2006
PIĘĆ KRÓTKICH PRZYPOWIEŚCI JACKA OSTROWSKIEGO I PUENTA
„IPN” to propozycja autorstwa Jacka Ostrowskiego dotykająca aktualnego problemu rozliczania się z PRL-owską przeszłością. Rozliczanie to o charakterze medialnego spektaklu z udziałem publiczności ma zapewne tyleż samo przeciwników co i zwolenników. Autor staje jednak po stronie sceptyków, oponuje przeciwko czarno-białej kategoryzacji tych, którzy z SB współpracowali. Ostrowski przeprowadza czytelnika przez historie pięciu ludzi, którzy takową współpracę z SB popełnili. Pokazuje jak różnorodne motywy nimi kierowały, jak ze zróżnicowaną intensywnością informowali SB o wywrotowej działalności wrogów demokracji ludowej i jakie były tego skutki. Dla przykładu przytoczę dwie kontrastujące ze sobą historie. Pierwsza to historia Jana Pietrzaka, donosiciela, mordercy, stuprocentowego kanalii, działającego wyłącznie dla własnych korzyści, który za dobrą i rzetelną służbę PRL-owskiej władzy, w konsekwencji „odznaczony” został przez IPN „czystą teczką”. Z drugiej zaś strony Ostrowski przedstawia nam postać księdza Józefa Paciora który, aby uchronić pięcioro młodych ludzi od więzienia zgadza się na współpracę z SB. Staje się zarazem podwójnym agentem działającym także na korzyść Kościoła, co pozwala mu nie zwątpić do końca w sens wiary i życia. Jego współpraca ze służbami bezpieczeństwa to pasmo moralnych udręk, którego finałem jest uznanie przez IPN za zdrajcę i wroga demokracji.
Nietrudno zatem dostrzec sprzeciwu Ostrowskiego wobec bezkrytycznej akceptacji IPN-owskich wyroków, które, jak stwierdza, nie muszą być (a często nie są), sprawiedliwe. Mają za to, jak twierdzi autor, ogromną siłę niszczenia ludzkiego życia. Ostrowski poddaje pod wątpliwość sens lustracji w kraju, gdzie demokracja jest za młoda (a może już skarlała?), za słaba, aby odciąć się od wpływu ludzi władzy mocno tkwiących w układach poprzedniego systemu. Ostrowski posługując się dosadnym określeniem na „wyrocznię rozświetlającą mroki PRL-u”, nazywa IPN, Instrumentem Podlenia Narodu, co chyba jasno wyraża jego stosunek do tejże instytucji.
Zgadzam się z autorem, że rozliczanie się z przeszłością jest jednym z najtrudniejszych wyzwań jakie stoi przed teraźniejszością i które cieniem kładzie się na przyszłości. Zgadzam się także z tym, że idea lustracji w naszym kraju została wykoślawiona, a może i doprowadzona do granic absurdu. Trzeba jednak zadać sobie pytanie, jak inaczej zamknąć rozdział niechlubnej PRL-owskiej historii, bo zamknąć trzeba. Nie można bowiem przy każdej „wpadce” młodej demokracji zrzucać winy na zatęchłą przeszłość. Nie można z trybun sejmowych wołać, iż idiotyzmy dnia dzisiejszego są konsekwencją wypaczeń dnia wczorajszego. Może więc Jacek Ostrowski zaprosi do współpracy swoich przyjaciół i w swojej następnej książce tchnie trochę optymizmu w naszą przyszłość?
Jeżeli, bowiem, oprócz krytyki, nikt nie stawi czoła wyzwaniu i nie zajmie się sensownym projektowaniem przyszłości dla naszej „pogubionej” Ojczyzny pozostanie nam tylko bezterminowe zwiedzanie Anglii tudzież Irlandii...
Jacek OSTROWSKI. IPN. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2006
Kobiety i czas – opowieść o współczesnych egoistach?
Zbiór opowiadań Grzegorza Muchy, zatytułowany Kobiety i czas, jest pierwszą i, miejmy nadzieję, nie ostatnią książką w dorobku artystycznym tego pisarza. Choć jego tytuł sugerować by mógł, że poświęcony jest on wyłącznie płci pięknej, zawiedzeni okażą się ci, którzy liczą iż będzie to kolejna książka o prozaicznych problemach kobiet w stylu Judyty czy Bridget Jones – w rzeczywistości jest to wnikliwe studium męskiej psychiki, widzianej poprzez pryzmat kontaktów damsko-męskich.
Niemal od razu zwraca uwagę czytelnika sposób, w jaki autor podchodzi do charakterystyki bohaterów, biorąc płeć za nadrzędne kryterium ich podziału. Uderza przede wszystkim fakt, że koncentruje się na kobietach, dostrzegając jedynie ich cielesność, poprzez którą należy rozumieć przede wszystkim wygląd zewnętrzny. Autor skupia się głównie na ich wyglądzie, jakby celowo unikał dotarcia do ich wnętrza.
Żadna z kobiet, bohaterek jego opowiadań, nie jest postacią przeciętną. Każda z nich ma w sobie coś, co przykuwa uwagę mężczyzn – może to być fryzura, strój, uśmiech, wykonywany zawód, innym razem niestarannie zafarbowane włosy, nietypowe, tajemnicze, a czasem wręcz wyzywające zachowanie, czy po prostu zbyt intensywny zapach perfum. Wszystkie te, na pozór błahe rzeczy intrygują mężczyzn, wpływają na ich wyobraźnię i sprawiają, że zaczynają oni zabiegać o głębsze poznanie kobiet, które dzięki nim wyróżniają się z szarego tłumu.
Nawiązanie relacji między bohaterami we wszystkich opowiadaniach jest dziełem przypadku (chociaż są wśród nich tacy, którzy w przypadki nie wierzą, zasłaniając się fatalizmem). Spotkanie nieznajomej kobiety, wyróżniającej się na tle tłumu jakimś, często trywialnym szczegółem, budzi w mężczyznach chęć jej zdobycia, która dla autora opowiadań staje się punktem wyjścia do analizy męskiej psychiki. W jej wyniku dowiadujemy się, że jednymi kieruje przede wszystkim ciekawość (Upalne lato, Zielone jabłko, czyli opowieść więzienna), chęć nawiązania porozumienia z płcią przeciwną, mogąca zaowocować dłuższym związkiem, scementowanym prawdziwą miłością (Spotkanie, Barmanka, W parku, Ania i czas, Zapach, Ola i Olga). Inni liczą jedynie na jednorazowe przygody sprowadzone do seksualnych uniesień, które mają służyć udowodnieniu samym sobie, że potrafią zdobyć się na coś szalonego, nieodpowiedzialnego, a jednocześnie podbudowującego ich męskie ego, coś, co pozwoli zdobyć im uznanie (o ironio!) w oczach innych (Budyń, czyli opowieść bankowa), zapomnieć o rutynie (Pani Prawnik) lub wręcz przeciwnie – staje się złudną namiastką prawdziwego szczęścia obcowania z kobietą (Powrót).
Pomimo tak wielu różnic w sposobie prezentacji bohaterów, nietrudno zauważyć, że więcej ich łączy niż dzieli. Wszyscy oni są samotni, zamknięci w sobie, boją się otwarcie wmówić o swoich uczuciach i pragnieniach. Niejednokrotnie wstydzą się tego, kim są naprawdę – często zatajają swoje imiona, podają się za kogoś innego – tak, jak gdyby bali się, że gdy świat dowie się o nich czegokolwiek, znajdą się ludzie, którzy będą chcieli zniszczyć to, na co tak długo pracowali, wykorzystując te dane przeciw nim. Nie jest to jednakże ochrona prywatności, lecz paniczny lęk przed otwarciem się na drugiego człowieka. Bohaterowie pragną być anonimowi, a jednocześnie chcą czuć się rozumiani i doceniani. Gra pozorów, w którą są uwikłani, prowadzi do tego, że czują się zagubieni w otaczającym ich świecie. Równocześnie pragną być szczęśliwi, ale strach przed ujawnieniem swojego prawdziwego ja i werbalizacją swoich pragnień im to uniemożliwiają. Innego człowieka, a tym bardziej osobę płci przeciwnej, traktują jak potencjalne zagrożenie dla ich egzystowania. Takie postępowanie prowadzi do tego, że nie dość, że sami są nieszczęśliwi, zarażają tym innych. Pragną zrozumienia, ale trudno im zdobyć się na szczerość, chcą kochać i być kochani, ale wstydzą się o to prosić. Boją się zranienia i odrzucenia. To wszystko pozwala porównać bohaterów do planet należących do tego samego układu, aczkolwiek krążących po innych orbitach – mijają się, ale nie jest im dane spotkać się na dłużej. Jak gdyby bali się, że początek czegoś nowego byłby zapowiedzią tragicznego końca.
Sposób, w jaki autor opisuje spotkania dwojga ludzi przeciwnych płci intryguje czytelnika. Niedomówienia między bohaterami sprawiają, że wymowa opowiadań okryta jest aurą tajemniczości. Po przeczytaniu każdego z nich czytelnik czuje pewien niedosyt (nic nie jest w nich wyjaśnione do końca). Kompozycja otwarta jednych może irytować, drugich skłaniać do przemyśleń. Nie jest jednak bezcelowa – służy podkreśleniu znaczenia teraźniejszości w życiu bohaterów, którzy, uwikłani w sprawy dnia codziennego, boją się spojrzeć w przyszłość, tak, jak gdyby z góry wiedzieli, że wszystkie ich plany skazane są na niepowodzenie.
Autor nie ocenia ani nie wartościuje postępowania bohaterów swoich opowiadań – jest jedynie komentatorem zdarzeń. Nie znaczy to jednak, że opowiadania przytłaczają czytelnika swoim sprawozdawczym tonem. Wręcz przeciwnie – jego spostrzegawczość dotycząca rzeczywistości oraz umiejętność wnioskowania i pointowania („Cholerne promocje. Człowiek jest od nich uzależniony”) sprawiają, że dość banalne historie zostały opowiedziane w dość wysublimowany, a jednocześnie trzymający czytelnika w napięciu, przystępny sposób.
Urszula Brzezicka
Grzegorz MUCHA. Kobiety i czas. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2006
Bestseller po polsku - czyli o książce Janusza L. Sobolewskiego „Misja papieskiej róży”
Dysponując piórem wyostrzonym w wieloletniej pracy dziennikarskiej, czterdziestoletni publicysta sięgnął po formę bardziej pojemną. W 2001 roku ukazała się jego powieść „Misja papieskiej róży” w ambitnym wydawnictwie Mamiko opatrzonym symbolem liry. Noworudzka oficyna Apolonii Maliszewskiej wybiera ze współczesnej literatury polskiej same perełki: z poezji, prozy psychologicznej i sensacyjnej.
„Misja papieskiej róży” Janusza L. Sobolewskiego jest powieścią sensacyjną, zawierającą w sobie cechy literatury faktu i politycznej prozy fikcyjnej. Książka została napisana ze swadą literacką, żywym, rozbudzającym wyobraźnię czytelników językiem.
Wielowątkowa akcja powieści rozgrywa się paralelnie: w Chinach i w Polsce:
CHINY
POLSKA
Postacią łączącą te odległe miejsca na ziemi jest polska dziennikarka Danuta Górecka, która uprawia swój zawód profesjonalnie, z ogromną dociekliwością, sprytem, umiejętnością zjednywania sobie przyjaciół i zwalczania przeciwników. Autor powieści wykreował postać swojej głównej bohaterki jako jednostki dynamicznej, obdarzonej licznymi talentami
i zdolnościami, skupiającej w sobie jak w soczewce większość wątków treściowych utworu. Jako wysłanniczka polskiej prasy Górecka przybywa do Chin pod koniec XX wieku, by spenetrować istotę i głębię przemian, jakie zaszły w tym komunistycznym państwie w 10 lat po zbrodni na placu Tienanmen w Pekinie. Osią wydarzeń, w które wpada Górecka, są przygotowania Chin do przybycia papieża Jana Pawła II do tego państwa. Spostrzeżenia inteligentnej dziennikarki są interesujące. W Chinach ciągle trwa walka zwolenników starego reżimu ze zwolennikami demokratyzacji ustroju i otwarcia państwa na świat. Są to zmagania opakowane w ideologiczne dyskusje, a w istocie brutalne, przeniknięte skrytobójczymi zamachami i bezkarną działalnością płatnych zabójców. Naród chiński żyje zdezorientowany, utrzymywany w kłamstwie, oszukiwany i manipulowany, nieorientujący się w bezpardonowej walce toczonej na szczytach władzy. Rządzący państwem notable przeciwni są wizycie Ojca Świętego w Chinach. Obawiają się, że przybycie chrześcijańskiego autorytetu może nie tylko otworzyć żelazną chińską kurtynę i umożliwić objętemu totalitaryzmem narodowi szerokie otwarcie na świat, ale przyspieszy znacznie demokratyzację Chin.
Sygnały wysyłane ze stolicy apostolskiej spotykają się ze sprzeciwem aparatu władzy, który zamiast odpowiedzi dyplomatycznej wprost, stosuje zamachy terrorystyczne na oligarchów kościoła katolickiego w Chinach. W wyniku udanego zamachu zginął kardynał Chen Li, drugiemu wysłannikowi Watykanu - kardynałowi Giusti ratuje życie polska dziennikarka.
Na Chiny, jako na ostatni wielki bastion komunizmu w świecie, skierowane są także oczy i uwaga służb specjalnych różnych krajów: CIA i dawnej, niemieckiej Stasi.
Działacze niemieckiego komunistycznego wywiadu Stasi prowadzą przestępczą działalność również w Polsce. Jest to przestępczość wielopłaszczyznowa: prowadzenie handlu skradzionymi samochodami, bronią i narkotykami, wnikanie w struktury polskiej policji
i rozsadzanie realizacji ich rutynowych działań od środka, wreszcie skrytobójcze mordy polskich policjantów. W tych operacjach kierowanych z Berlina przez ludzi, którzy zamknąwszy oficjalnie za sobą rozdział Stasi, po lustracji, niby oczyszczeni - weszli w organizacje nowego niemieckiego wywiadu i korzystając z charakteryzacji, nowego image’u
i nowego statusu społecznego (często są biznesmenami), a jednocześnie wykorzystując stare powiązania, bezkarnie penetrują tereny Polski i rozwijają działalność przestępczą.
Czarnym charakterem tej grupy osób jest Reinert vell Katze (Stasi) vell Kotecki - oficer policji polskiej. To groźny przestępca, płatny zabójca. Zmieniając swój wygląd, nazwisko
i paszport podróżuje po Europie i Azji. Dokonuje płatnych zabójstw polityków w Chinach, wynikiem jego przestępczego działania jest śmierć kardynała Chen Li i próba zamachu na kardynała Giusti. Ocalony przez Górecką kardynał wrócił szczęśliwie do Watykanu, gdzie przedstawił hierarchom Kościoła niezwykłą osobowość polskiej dziennikarki. Uzyskała ona w Watykanie poetycki pseudonim „papieskiej róży”. Jest to symboliczne odniesienie do chińskich, herbacianych róż, które zniewalają swoim wyglądem, choć nie mają zapachu. Australijski dziennikarz Stephen Langton przysyłał Góreckiej do Polski zasuszone płatki róż jako symbol miłości.
Wątek podstępnego skrytobójcy Reinerta przenosi się kilkakrotnie do Polski. Obok licznych przestępstw kryminalnych popełnił zbrodnię na młodym polskim policjancie - Andrzeju Pałce. Motyw rodziny Pałki obejmujący cztery pokolenia jest najbardziej wzruszającym wątkiem powieści.
Śmierć Andrzeja pomścił wreszcie były komendant posterunku w Mysłowicach - opiekun byłego policjanta - emeryt Białko. Zginął wprawdzie od noża Reinerta, ale zdążył przed śmiercią nacisnąć spust pistoletu, a „kula, niesiona przez samego Pana Boga, trafiła w skroń Koteckiego i utkwiła w jego mózgu”. W ten sposób oddając własne życie, ocalił Jasia - syna Andrzeja Pałki. Może przynajmniej on będzie mógł żyć spokojnie, bez strachu przed wendettą Stasi.
Postać dziennikarki Góreckiej skupiająca w sobie wszystkie wątki utworu przynosi również motywy osobiste: romans z Langtonem, losy jej rozbitego małżeństwa i młodość syna Marka. Motywy te czynią z powieści political fiction utwór interesujący, bardziej życiowy i humanitarny, bliższy losom zwykłego człowieka.
Złożona kompozycja utworu została przez autora po mistrzowsku scalona, utworzyła zwartą, fascynującą całość. Rozstrzelenie akcji w czasie i przestrzeni nie zaszkodziło jej komunikatywności. „Misja papieskiej róży” jest bestsellerem, który czyta się jednym tchem.
Zachęcam do przeczytania tej interesującej powieści, opartej na chińskich realiach, na wydarzeniach prawdziwych i prezentującej autentyczne postacie. Dodatkowy jej atut stanowi ukazanie walki politycznej w Europie Środkowej, w tym i w Polsce, obejmującej świat przestępczy i struktury policyjne.
Instrument Podlenia Narodu- słów kilka o IPN-ie Jacka Ostrowskiego
IPN – akronim bardzo popularny w ostatnich czasach, aczkolwiek, za sprawą mediów nastawionych na sensacje, okryty złą sławą. Słowo bardzo modne, przykuwające uwagę, budzące wiele kontrowersji; użyte w zwrocie „otwarto teczki IPN-u” budzi niezwykłe emocje: z jednej strony ciekawość, z innej – strach, czy aby to, co zostanie w nich ujawnione nie zniszczy komuś (ew. nam – do końca nie wiadomo) życia.
IPN to także tytuł debiutanckiej książki Jacka Ostrowskiego, która, podobnie jak skrót użyty w funkcji tytułu, budzi wiele kontrowersji, zmusza do refleksji i zachęca do rachunku sumienia. Tworzy ją pięć historii byłych współpracownikowi SB, których losy – chociaż ich różne – składają się na obraz PRL-owskiej rzeczywistości.
Bohaterowie (choć nie wiem, czy to określenie jest właściwe) pochodzą z różnych środowisk: jest wśród nich syn komendanta lokalnej milicji, potomek przodowników pracy, ksiądz z zapadłej wioski, z którym rodzice wiążą wielkie nadzieje, skorumpowany lekarz. Wszystkich łączy to, że byli tajnymi agentami SB, różni – przyczyna i przebieg ich donosicielskiej kariery.
Andrzej Anioł (Syn prominenta)zaczął współpracować z SB dla świętego spokoju – jego ojciec był człowiekiem oddanym partii, więc aby zadośćuczynić jego marzeniom, zobowiązał się raz na jakiś czas składać ogólne raporty o antypaństwowej działalności studentów. Nieświadomy konsekwencji podpisał naprędce cyrograf i zapomniał o całym zdarzeniu; na nieszczęście dla niego SB o tym doskonale pamiętały.
Janowi Pietrzakowi (Historia Pietrzaka) współpracę zaproponowali sami członkowie SB, którzy dostrzegli w nim cechy doskonałego kapusia: głupi, pierwszy do bicia, uległy, ale bardzo lojalny wobec przełożonych – dzięki temu łatwo było nim manipulować).
Józef Pacior (Historia Paciora), młody, bardzo zdolny ksiądz, w którym kuria widziała doskonałego duszpasterza i wiązała z nim wielkie nadzieje (tak jak później SB), został agentem by ratować (jego dusza za ich wolność) studentów – przez jego antypaństwowe pogadanki groziło im więzienie.
Franciszek Ochoczy (Lekarz) zaczął donosić ze strachu o (za przeproszeniem) własny tyłek. Donosił ochoczo i na wszystkich; równie ochoczo piął się po szczeblach kariery (która stała przed nim otworem bynajmniej nie dzięki posiadanej inteligencji) i, w zamian za obszerne raporty, przyjmował pieniądze.
Był też jeszcze jeden bohater – Aleksander Leszczyński. On nie współpracował z SB, ale jakie to ma znaczenie...Uczciwość nie popłaca...
Przytoczone przez autora historie stają się punktem wyjścia do oceny postępowania donosicieli, ale przede wszystkim, demaskując wszelkie układy, są sprzeciwem wobec peerelowskiej polityki. Podejmując ten trudny temat, autor (a jest on wnikliwym obserwatorem formułującym niezwykle trafne wnioski) wylicza wszystkie grzechy karierowiczów i otwarcie, z wyraźnym obrzydzeniem i niekiedy sarkazmem mówi o uwłaczającym ludzkiej godności ich postępowaniu. Rozprawia się także z SB, bez ogródek mówiąc o metodach ich postępowania, które polegają głównie na zastraszaniu, szantażowaniu, przekupstwie, a wszystko po to, by utrzymać się na stanowiskach i móc czerpać z tego profity – w rzeczywistości sprawy kraju ich nie obchodzą.
Takie ujęcie tematu powoduje, że z książki wyłania się ponury obraz Polski – nie tylko tej sprzed 1989 r., ale również tej, w której przyszło nam żyć. Porównanie takie jest możliwe dzięki retrospektywnej narracji obejmującej życie bohaterów od momentu narodzin aż do chwili, gdy ze zniecierpliwieniem okupują korytarz w gmachu IPN, czekając na wyrok w sprawie ich przyszłości.
IPN nie jest zatem niczym innym, jak ironicznym komentarzem do procesów lustracyjnych, które stały się prawdziwą plagą IV Rzeczypospolitej; jest także otwarcie wygłoszonym sprzeciwem wobec bezkrytycznemu uznawaniu ich wyroków za prawowite. Wyraża gorzką prawdę o regułach panujących w kraju: „[...] inny szyld, ale ci sami ludzie i działania te same”. Nadal obowiązują te same zasady – do władzy dochodzi się nie bacząc na skutki („teraz robi się to w rękawiczkach”). Politycy, przekonani, że cel uświęca środki, chcąc odwrócić potencjalne zagrożenie dla zajmowanych przez siebie stanowisk, urządzają „publiczną kastrację osobowości” (czyt. lustrację). Tworzą rodzaj medialnego show, by tylko skierować zainteresowanie publiki (obywateli IV RP) na inny tor (chwyt sprawdzony, jeżeli chce się uniknąć skandalu). Tylko jakim kosztem? Książka zawiera w sobie jeszcze jedno przesłanie – właściwie przepowiednię: „Źle skończy kraj, w którym naród szczuje siebie nawzajem”.
No cóż...Pozostaje mi mieć nadzieję, że będzie inaczej, i że...hmm, moja wypowiedź nie stanie się pretekstem do założenia mi teczki. Wprawdzie mamy wolność słowa, ale po lekturze tej książki nie można być tego pewnym....
Urszula Brzezicka
Jacek OSTROWSKI. IPN. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2006
Leszek Niedzielski
Krzyki w Parku Południowym
-------------------------------------------
Chyba trzeba będzie pewne wybrane książki umieścić na indeksie. Niektórzy mówią: „na indeksie ksiąg zakazanych”. Można i tak ale książka na indeksie, to właśnie książka w spisie dzieł niedozwolonych do czytania. Tak. Chyba trzeba będzie zabronić czytać pewnych autorów, a dokładnie – „niepewnych”. Jednakowoż nie aż do tego stopnia, żeby palić te książki na stosie. Nie. Nie aż do tego stopnia, żeby palić te książki na stosie jak to czyniono już w przeszłości. Jak to czyniono już w przeszłości również z czarownicami. Książki bywały przecież tak samo niebezpieczne jak czarownice, a i czarownice bywały równie ciekawe jak niektóre książki. Jak niektóre nie rozcięte jeszcze książki. Tak czy owak, na razie nie ma się co spieszyć z paleniem. Spaloną książkę źle się czyta a książkę zakazaną, zabronioną czyta się bardzo chętnie, z dużym zaciekawieniem i często z wypiekami na twarzy. Żeby zachęcić młodzież do czytania można by dodatkowo umieścić na niektórych egzemplarzach napis: dozwolone od lat 18. A dzieci?! Dzieci dopiero wsłuchiwałyby się w całą Polskę, która by im czytała! I może się okazać, że czytelnictwo rozwinie się dzięki zakazowi czytania.
Kiedy taki Witold Gombrowicz był „na cenzurowanym”, bo inny pisarz, niejaki Władysław Gomułka (te same inicjały – W.G.) go nie lubił, książki tego pierwszego pisarza można było czytać oficjalnie ale tylko na miejscu, w czytelni Biblioteki Uniwersyteckiej lub Ossolineum. Tak było między innymi z „Dziennikami” wydanymi przez „Kulturę” paryską. Każdy student rwał się do tego zabronionego emigracyjnego pisarza. Przychodziło się dobrowolnie do czytelni, szukało się w katalogu, na literę „g” nazwiska Gombrowicz, wypełniało się rewers, oddawało go dyżurnemu bibliotekarzowi, siadało się na numerowanym miejscu przy stoliku w czytelni, z niecierpliwością czekało się na zamówioną książkę i wreszcie po kilku długich minutach, jeżeli akurat wybrany tytuł nie był już w czytaniu, pogrążało się w lekturze. Ja sam trafiłem kiedyś zupełnie przypadkowo na Gombrowicza jakiego jeszcze nie znałem. Wertowałem sobie bezwiednie kartki katalogowe w czytelni Biblioteki Uniwersyteckiej na Szajnochy kiedy w pewnym momencie mignęło mi znane nazwisko i wydawnictwo „Kultura”. W szufladce katalogu z autorami na literę „c” znalazłem: „Adam Czerniawski: Mniejsze większej całości. Z przedmową Witolda Gombrowicza. Kultura ..., rok, str., itd.” Podskoczyłem z radości, że jeszcze coś ciekawego, zakazanego przeczytam; że może znowu przeczytam coś w rodzaju „A płyńcież wy Rodacy do Narodu Waszego Świętego, chyba Przeklętego!”. Szybko wypełniłem rewers, podałem go dyżurnemu bibliotekarzowi, usiadłem przy stoliku w czytelni, poczekałem parę długich minut i doczekałem się! Książka była w charakterystycznej dla wydawnictw „Kultury” szarej, miękkiej oprawie. Przeczytałem napis na okładce: Adam Czerniawski – Mniejsze większej całości. Z przedmową Witolda Gombrowicza. Odwróciłem okładkę, odwróciłem pierwszą czystą kartkę i na karcie tytułowej przeczytałem: Adam Czerniawski – Mniejsze większej całości, i dalej większymi już czcionkami: Z przedmową Witolda Gombrowicza. Odwróciłem kartę tytułową i zobaczyłem duży napis: Przedmowa Witolda Gombrowicza. Odwróciłem tę kartkę i przeczytałem kolejną stronę: Warto przeczytać. Witold Gombrowicz.
Niedawno wpadła mi znienacka w ręce, też w miękkiej okładce, książka Roberta Migdała o intrygującym tytule „Fader”. Naprawdę warto ją przeczytać!
xxxxx
MIGDAł Robert. Fader. Nowa Ruda. Wydawnictwo Mamiko, 2009
|
|
|
|