| Zdzisław Władysław Żurek |
 |
Zdzisław Władysław Żurek urodził się 24 października 1947 r. w Boguszowie - Gorcach, miasteczku ("jak z płótna Breugla") w Sudetach Środkowych. Pisał wiersze, prozę i teksty piosenek. Ukazały się cztery tomiki poetyckie : "Obrazy"(1980), "Wszystkie godziny miłości"(1993), "Słoneczne wzgórza"(1995) i "Płonące obłoki"(1999). Swoje teksty publikował w "Informatorze Kulturalnym Województwa Wałbrzyskiego", "Kulturze Dolnośląskiej", "Trybunie Wałbrzyskiej", a także w antologiach wydawanych z okazji "Noworudzkich Spotkań z Poezją ." Fragment powieści "Schizofrenicy" zamieścił "Almanach Wałbrzyski" w roku 1997.
Zdzisław Władysław Żurek zmarł w maju 2002 roku.
Pan Ego zawiera traktat
z Dobrym Duchem źródła
Twarz swoją myję
często w tym praźródle
jako że czyste jest
niczym kryształ
Postanawiam więc
chronić modlitwą
oraz dobrym słowem
wodę wód wszelkich
źródło gór wysokich
chwalić gdzie można
smak przedni tej wody;
zaprawdę
smaczna jest ponad wszystko
o Dobry Duchu
źródła gór podniebnych
tobie przyrzekam
czystość swych uczynków
Być jako woda
źródlanie przeczystym
wędrowcom służyć
radą i pomocą
niech źródło bije
przez lat jeszcze wiele
Ty Dobry Duchu
opiekuj się szczodrze
Pan Ego przepił szklanką
źródlanej wody
Dobry Duch sprawie
Pobłogosławił
Trwają tak teraz
Pan Ego
Duch Dobry
i czyste źródło
pośród świerków harnych
Wiosenna wyprawa
Pan Ego
z przyjacielem
drożą swe nogi
drogą
leśną
podleśną
przyleśną
Idą
rozmawiają śmieją się
rzucają rebusy słów
w przestrzeń lasu
wysokopienną
Jak tu niezwyczajnie
myśli Pan Ego
na swych plecach niosąc
chwałę gór
Cała cisza świata
w śpiewie świerków
zamieszkała
Łąka
las
i góry
przyjmują wędrowców
z uwagą
Przypatrują się
krokom stawianym
dość pewnie
gestom rąk
mimice twarzy
Pan Ego z przyjacielem
przystają niekiedy
na chwilę
łowią w niesyte oczy
marsz dolin
w stronę nieba
Kraina Słońca
daleko w przestrzeni
międzyświata
trwa jak zjawa;
sen krótkotrwały
południa
Wtedy oni
jak ostatni pasażerowie
do Utopii
wchodzą pośpiesznie
na pokład
niebo przestrzeni
Waldemar Kontewicz (ur. 1951) –
braniewianin z urodzenia, sądecczanin z woli ojca, torontończyk z wyboru od 25 lat. Absolwent Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Olsztynie. W latach 70-tych wiejski nauczyciel
w Bieszczadach i na Kurpiach. Aktualnie nauczyciel matematyki w kanadyjskiej szkole średniej. Poeta, prozaik, tłumacz poezji anglojęzycznej.
Jego twórczość literacką publikowano między innymi w „Więzi”, „Polityce”, „Twórczości”, paryskiej „Kulturze”, „Naszej Szkole”, „Nowej Okolicy Poetów”, „Migotaniach, przejaśnieniach”, a także w kanadyjskiej i amerykańskiej prasie polonijnej oraz internetowych „Zwojach”.
Fragment książki
Dziażka1
Dla Taty
Grudzień 1946 roku był tak zimny, że lód na Pasłęce począł pękać ze strachu. Ostatni dąb w Braniewie, który oparł się wojnom nie tylko światowym, pochylił się przed Liceum Hosianum – jakby w podzięce za żołędzie, jesienne kolory, ptaki w koronie – i skonał. Gruzy miasta stężały na kość, a tajemniczy parowóz przymarzł do torów kolejowych. I chyba nawet Pan Bóg odwrócił się ze wstydu, kiedy zobaczył, jak z towarowych wagonów poczęli wychodzić Kresowiacy. Latarnie gotyckiego dworca świeciły łososiową rtęcią. A oni mieli odwagę stawiać pierwsze kroki na nieznanej im Warmii. Ba, zaczęli tak głośno mówić, a właściwie śpiewać, że Najwyższy kazał otworzyć szeroko wrota do rozstrzelanych kamienic. Polskie Wojsko rozkazy wykonywało natychmiast, więc kominy ocalałych pruskich domów znów zaczęły otulać zmarznięte niebo warkoczem białego puchu.
Do uśmierconego miasta wracało życie. Już nie to pruskie, ale wilniuckie, lwowskie, kresowe. Tęgi mróz ustępował miejsca szczuplutkim panienkom. A młodzi polscy żołnierze stawali na posterunku okaleczonej egzystencji miejskiej i boskiej. Ubrani w zielone wełniane szynele przepasane dziażką, z ruską pepeszą na ramieniu, strzelali oczami za pięknością ze Zwycięzców.
Niebiańska zjawa wciąż jeszcze była dzieckiem. Wymagała opieki rodzicielskiej i nie tylko. Na pruskich gruzach grasowali rabusie i uzbrojeni bandyci. Węszyli za złotem, alkoholem, napadali na kobiety. Nie podarowali nawet kościołom, a cóż dopiero czternastoletniej cudowności. Osaczyli dziewczynkę powracającą ze szkoły. To był jej drugi dzień w klasie. Cieszyła się do momentu kiedy na jej drodze stanęło trzech pijanych rzezimieszków. Płacz. Prośby. Śmierć . I właśnie wtedy, kiedy nie tylko słońce zachodziło za horyzont, właśnie wtedy pojawił się ON: piękny, silny, w zielonym szynelu z dziażką w ręku. Młócił zarośnięte gęby tężej niż żyto w stodole. Wypadały zęby, leciały przekleństwa na hanzeatyckie gruzy. Trzy śmierdzące wrzody uszły z życiem, bo ON nie złożył pepeszy do strzału. Gardził śmiercią. Miał przy sobie skórzaną dziażkę, która dziś jest rodzinną pamiątką.
--------------------------------------------------------------------------------
1 dziażka – (dialekt wileński) pasek skórzany
Waldemar Kontewicz. Braniewnik. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2011.
ISBN 978-83-60224-69-4
FELIKS NETZ – (1939) poeta, prozaik, twórca słuchowisk (m.in.: Pokój z widokiem na wojnę polsko-jaruzelską), felietonista, krytyk filmowy, tłumacz. Ukończył filologię polską na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, gdzie stale mieszka. W ostatniej dekadzie wydał m.in.: Urodzony w święto zmarłych (powieść1995), Wielki zamęt (felietony 1996), Róg Ligonia i Królowej Jadwigi (opowieść dokumentalna 1997) Dysharmonia caelestis (powieść 1994, nominowana do nagrody NIKE). Znawca, komentator i tłumacz dzieł Sándora Máraiego (Żar, Księga ziół, Występ gościnny w Bolzano, Krew świętego Januarego).
KAZIMIERZ KUTZ:
Feliks Netz jest kimś oryginalnym i wybitnym w śląskim pejzażu intelektualnym. Jest także chorobliwym kinomanem, co potwierdza niniejszym zbiorem. W kinie przesiedział co najmniej 1/3 życia, i pisze o filmach z namiętnością,. ale jest przy tym rzetelny i kompetentny; porusza się w historii kina światowego - i kina naszego – ze swobodą godną zazdrości. Felek jest w tej dziedzinie fenomenem, bo na dodatek nie zanudza.
LECH. J. MAJEWSKI:
Recenzje filmowe Feliksa Netza należą do elitarnej grupy. Celne. Penetrujące. Merytoryczne. Kto dzisiaj tak pisze? Kto ma odwagę myśleć za siebie i nazywać rzeczy po imieniu? Wystarcza palce jednej ręki. A ten, kto chciałby, musi wpierw, jak Netz, urodzić się poetą.
HENRYK WANIEK:
Pamiętam te sprzed wielu już lat, tak zwane przedpremierowe pokazy, na których zwykle spotykałem Felka Netza. Zachował swoją miłość do filmu, podczas gdy ja zmarnowałem szansę. Ale nie żałuję. Mogę dzięki niemu czytać. Lubię to. Czasem bardziej niż wysiadywać w kinie.
KRZYSZTOF SIWCZYK:
Filmowe egzegezy Feliksa Netza wykraczają daleko poza rutynową krytykę filmową, przyznająca filmowi odpowiednio dużą lub małą ilość gwiazdek. Netz nie pozwala sobie na pobieżne ferowanie sądów. W stosunku do opisywanych przez siebie dzieł, zachowuje postawę cierpliwego interlokutora o wyraziście ukształtowanych preferencjach estetycznych. Tylko takie podejście do języka filmu daje szansę usłyszenia argumentów płynących z wielkiego ekranu. Dla takiego widza warto zawsze robić filmy, a czasem nawet w jakimś zagrać.
JANUSZ STYCZEŃ:
Recenzje Feliksa Netza są głębinowe. Feliks Netz umie wejść w sanktuarium danego filmu, jeżeli ten film jest dziełem artystycznym. Netz umie też pokazać, że dany film owego sanktuarium nie posiada i nie zasługuje na miano dzieła.
Fragment książki "Poza kadrem" Feliksa Netza. Książka ukaże się przed Bożym Narodzeniem 2006 roku.
PORNOGRAFIA
Film pt. „Pornografia” jest dowodem na to, że reżyser, który nie lubi (a więc chyba nie ceni) pierwowzoru literackiego, nie powinien go przenosić na ekran. Po pierwsze, dlaczego akurat wybrano „Pornografię”? Bo to świetny tytuł? Otóż ten tytuł nie ma żadnego związku z filmem J.J. Kolskiego, ponieważ to, co Gombrowicz nazywa „pornografią”, nie mieści się w potocznym rozumieniem tego słowa. Najgłębszą istotą tej powieści jest uwiedzenie i wiele oficyn zachodnich wydało „Pornografię” pod tytułem „Uwiedzenie”. Jednakowoż jest to uwiedzenie szczególne. Intryga zostaje zawiązana po to, aby młodych, czyli Henię i Karola „popchnąć do grzechu”, ponieważ młodzi-niewinni są dla „starych”, czyli Witolda i Fryderyka – niedostępni. Co to znaczy: niedostępni? Między innymi to, że młodość jest nie do przebicia! I nie ma żadnych połączeń pomiędzy starością i młodością. Jest to oryginalna teza Witolda Gombrowicza, być może lepsza niż jej opracowanie czysto beletrystyczne.
Fryderyk tak kieruje zdarzeniami, aby doprowadzić do, jak to nazywa, „sparzenia młodych”. To spoufaliłoby obie pary, bo Fryderyk i Witold to także para „(..).nasze podniecenie nie miało na czym się wyładować, i ono teraz grasowało między nami... nic teraz nie pozostawało nam, prócz nas samych... i, brzydząc się sobą, byliśmy jednak ze sobą w tej zmysłowości naszej, rozbudzonej”, ale jakby przed decydującym krokiem, który by z nich zrobił kochanków. Leży między nimi coś, jakby kłoda, która uniemożliwia im zaspokojenie seksualnych apetytów, nie zaspokojenie wzajemne, bo mimo wszystko „brzydzą się sobą”, czyli swoją „starością”; obiektem ich seksualnej fascynacji jest szesnastoletni Karol, dla nich niedostępny, więc posiąść go mogą w ten jedyny sposób, iż za ich poduszczeniem uwiedzie go Henia. Innymi słowy: Henia uwodzi Karola „zamiast”. Albo inaczej: dla Fryderyka i Witolda. Brzmi to cokolwiek trywialnie, a jeśli dodać, że wszystko to dzieje się w Polsce okupowanej przez nazistów w roku 1943, nie dziwi, iż Artur Sandauer w szkicu „Witold Gombrowicz – człowiek i pisarz” (1965, druk w warszawskiej „Kulturze”) napisał o ostatniej wówczas powieści Gombrowicza: „...ta niesmaczna ramota, gdzie pod zadymionym przez krematoria niebem dwaj panowie dają upust swym wyszukanym gustom”.
Film J.J. Kolskiego również dzieje się w roku 1943 w „okupowanej Polsce” (cudzysłów jest tu konieczny, ponieważ Gombrowicz uprzedził we wstępie do powieści, że „jest to Polska imaginacyjna”; (Czesław Miłosz zauważa, że kto myśli, iż takiego dworu w okupowanej Polsce nie było, ma o okupowanej Polsce naiwne wyobrażenie!), dwaj panowie (grają ich Krzysztof Majchrzak i Adam Ferency), dobrze pod pięćdziesiątkę, przyjeżdżają na wieś, do majątku znajomego Witolda, aby wyrwać się z warszawskiego środowiska artystycznego i niejasnych interesów (pokątny handelek), ale nic nie wskazuje – w przeciwieństwie do powieści - że Fryderyk i Witold są parą homoseksualistów. I to jest dziw nad dziwy w całej tej filmowej opowieści: bo po co oni prowokują owo „sparzenie młodych”? Jeśli odebrać ich dziwnemu postępowaniu walor okrutnego pretekstu, jaki jest obecny w powieści, to wówczas to, co robią jest nie tylko niesmaczne, ale niedorzeczne i niczym nie uzasadnione.
Scenarzyści filmowej „Pornografii” popełnili zasadniczy błąd: z Witolda uczynili mdłą figurę, w której żadną miarą nie rozpoznajemy Gombrowicza, a przecież narrator mówi o sobie wprost: „Ja, pisarz polski, ja, Witold Gombrowicz”, i to czytelnikowi wystarczy, ponieważ czytelnik wie, że to jest – w czasie. gdy toczy się akcja filmu - autor „Pamiętnika z okresu dojrzewania”, a zwłaszcza powieści „Ferdydurke” i sztuki „Iwona, księżniczka Burgunda”, już wtedy ktoś bezwarunkowo wybitny. Natomiast Fryderyk jest upersonifikowanym Złem, Gombrowicz nienachalnie, lecz wystarczająco sugestywnie diabolizuje swojego bohatera, każe nam widzieć w nim wcale nietuzinkowe wcielenie Mefistofelesa.
Ale przecież Jan Jakub Kolski z Krzysztofem Majchrzakiem nie przenoszą na ekran „Pornografii” Gombrowicza! Oni robią film zupełnie obok Gombrowicza. Owszem, jest to uprawnione podejście do ekranizowanej literatury, ostatecznie liczy się rezultat. Rzecz w tym, ze rezultat nie jest zadowalający. Bowiem nie zaufano Gombrowiczowi. Jeśli Gombrowiczowi nie przyszło do głowy – bo przyjść nie mogło – aby Fryderykowi dorobić przeszłość obozową, żonę Żydówkę, i córeczkę, której on, ojciec wyrzekł się na rampie, uciekając przed jej wołaniem „Tate!”, to nic autorów filmu nie usprawiedliwi z podobnego dopisywania do Gombrowicza. Nie ma bowiem nic gorszego nad dopisywanie. Można wyciąć, wykreślić, wyrzucić, ale nie wolno dopisywać. Zwłaszcza autorowi nie żyjącemu. Jest wprawdzie w powieści zdanie o tym, iż w miasteczku „wyczuwało się nieobecność Żydów”, ale to nie znaczy, iż „Pornografię” można wpisać na listę literatury zajmującej stanowisko wobec holocaustu. Bo gdyby Gombrowicz chciał pokazać Polaków ukrywających Żydów w domu pod podłogą, to by to zrobił. Gombrowicz znalazłby dla sprawy żydowskiej, czy polsko-żydowskiej, rozwiązania powyżej pomysłów o żonie Żydówce i Żydach ukrywanych w piwnicy. Ponieważ był przeciwko stereotypom. Gdyby dotknął tego tematu, poszedłby z pewnością swoją drogą, tak, jak to uczynił z oficerem AK, dając nam, swoim rodakom, tak na tym punkcie uwrażliwionym (pamiętny, haniebny plakat z hasłem: AK – zapluty karzeł reakcji!), wizerunek słabeusza, człowieka, który się rozsypał, w rezultacie tchórza. To boli. Ale za ten zadany nam ból odpowiedzialność wziął Witold Gombrowicz.
Patrząc na film, nie mogę dać wiary, że Fryderyk (zresztą ktokolwiek) z tak traumatycznym doświadczeniem, jakie mu nadali scenarzyści filmu, w ogóle mógłby się wdawać w jakieś gry wokół „sparzenia Heni i Karola”. Jest to błąd w sztuce, i nic tu nie pomoże pasja Krzysztofa Majchrzaka, z jaką gra Fryderyka. U Gombrowicza jest oczywiste i naturalne, że robią to w dużej mierze z nudów. Szukając w grze, jaką inscenizują, podniety dla swoich zmysłów. Popełniony błąd w sztuce, błąd psychologiczny, sprawia, że to, co dzieje się na ekranie jest mi najzupełniej obojętne.
Co piszę z przykrością, bo cenię sztukę Jana Jakuba Kolskiego i podziwiam od lat kunszt Krzysztofa Majchrzaka. Ale nie mogę inaczej. Jana Jakuba Kolskiego namawiam gorąco, aby robił swoje kino, aby realizował własne scenariusze. Bo i „Daleko od okna”, i „Pornografia” są gorsze nie tylko od „Jańcia Wodnika”, lecz także od słabszej przecież „Historii kina w Popielawach”.
Feliks Netz -
"Poza kadrem" Mamiko, 2006
Urodziłem się we Lwowie, w rodzinie nauczycielskiej, 13 sierpnia 1945 roku. Osiem miesięcy później moja rodzina opuściła Lwów i po dwuletnim pobycie w Oleśnie Śląskim osiadła w Świdnicy. Ukończyłem tutaj liceum im. Jana. Kasprowicza. W latach 1963 - 1968 studiowałem na Uniwersytecie Wrocławskim historię, równolegle uczęszczając na zajęcia międzywydziałowego Studium Kulturalno-Oświatowego. W roku 1976 ukończyłem Podyplomowe Studium Muzeologiczne na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie.
We wrześniu 1968 roku zostałem zatrudniony w Miejskiej Bibliotece Publicznej im. Cypriana Norwida w Świdnicy. Po dwóch latach przeniosłem się do Świdnickiego Ośrodka Kultury, a w roku 1973 przeszedłem do świdnickiego Muzeum Dawnego Kupiectwa. W latach 1976 - 1979 byłem dyrektorem tej placówki. W 1979 roku rozpocząłem pracę w Muzeum Okręgowym w Wałbrzychu. W 1981 roku oddelegowano mnie do pracy w NSZZ „Solidarność”. Jako przewodniczący komisji kultury wchodziłem w skład władz wojewódzkiego MKZ. Zorganizowałem i prowadziłem pismo związkowe „Niezależne Słowo”, aż do internowania mnie 13 grudnia 1981. Po powrocie pracowałem jako robotnik w wytwórni świec „Galess”. W latach 1987 - 1988 byłem instruktorem działu wydawniczego Wojewódzkiego Centrum Kultury i Sztuki „Zamek Książ”, gdzie przygotowywałem „Materiały Repertuarowe”, książki literatów naszego regionu, a także prowadziłem własną rubrykę w „Informatorze Kulturalnym i Turystycznym Województwa Wałbrzyskiego”. W roku 1989 brałem udział w kampanii wyborczej komitetów obywatelskich, a w latach 1989 - 1990, byłem zastępcą redaktora naczelnego wznowionego „Niezależnego Słowa”. Prowadziłem własne wydawnictwo „Pluton”, w którym opublikowałem ponad 20 tytułów - zarówno autorów związanych z regionem, jak i klasyków literatury światowej (Sandor Petofi, Janos Pilinszky, Kahlil Gibran).
W roku 1972 w miesięczniku „Odra” ukazały się moje wiersze. W latach 1980 i 1982 wrocławskie „Ossolineum” wydało zbiory moich poezji: „Czyste powietrze” i „Lżejsze od Ziemi”. W 1986 w Wydawnictwie Literackim w Krakowie ukazał się cykl prozy poetyckiej pt. „Góry Kamienne”. Następne książki poetyckie to: „Rebeka”(1988), „Nowy Rok”(1989), „Spojrzeć najdalej”(1991), „Droga do Iwonicza”(1993), „Eden”(1994). W roku 2000. ukazał się w ramach Biblioteki Wrocławskiego Oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich zbiór liryków „Vox celestis”. Opublikowałem dotychczas dwa tomy prozy - „Dochodzenie”(1998) i „Subatlantyk” (2000, nakładem Instytutu Wydawniczego „Świadectwo” w Bydgoszczy). Również w 2000. roku wyszedł w Świdnicy mój wywiad z Andrzejem Szyszko-Bohuszem pt. „Świadomość światła”.
Opracowałem wydaną w Świdnicy, w 1995 roku antologię „Cień serca” oraz „Almanach Wałbrzyski” prezentujący ponad stu autorów z terenu ówczesnego województwa (1997). Współredagowałem „Czas opowiadania”, antologię młodych prozaików dolnośląskich. Jestem autorem kilku utworów dramatycznych („Pokutny krzyż” - nagroda w konkursie Ministerstwa Kultury i Sztuki i Teatru Polskiego we Wrocławiu w 1990 roku, premiera w Teatrze Polskiego Radia - oraz „Pokaz mody”, „Hotel EUROPA”, „Monsignore”, słuchowisko „Pan Sziwa” emitowane przez Polskie Radio Wrocław). Posiadam liczne publikacje w prasie kulturalnej w całym kraju (m.in. „Format” - Wrocław, „Fraza” - Rzeszów, Borussia” - Olsztyn, „Krasnogruda” - Sejny, „W drodze” - Poznań, „Więź” i „Dialog” - Warszawa, „Tytuł” - Gdańsk itd.). Jestem członkiem -założycielem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.
W roku 1996 przeniosłem się do Stronia Śląskiego, a rok potem do Starego Gierałtowa w Górach Złotych. Na terenie Ziemi Kłodzkiej organizowałem spotkania literackie w ramach Wszechnicy Literackiej SPP. Latem 1999 roku przeprowadziłem Plener Literacki nad Białą Lądecką.Z końcem tego samego roku zaczęło ukazywać się redagowane przeze mnie pismo regionalno-artystyczne „Stronica Śnieżnicka”.
Wiersz z tomiku:
BŁĘKITNE PRZECIWSTAWIENIE
Józefowi Hałasowi
Blade brodawki niebios
szereg modrych blizn
Mleko i krew życie i śmierć
w błękicie
„Błękitne przeciwstawienie”
sprzeciwia się światu
białej papierowej
kuli w której mieszka światło
U jej wylotu porcelanowy
dzwoneczek czeka iluminacji
Poniżej bieli
tylko ten świat
stworzonych powtórnie
z wilgotnej gleby
odtwarzanych tchnieniem
gwiazdy
pustoszejącej do wewnątrz
Teraźniejszość
mieszka w niebieskości
między błękitem a błękitem
Łączy stronice
liturgii godzin
Malarz
z własnym
światłem idzie pod brzask
Powraca
za ścianę za czas
za siebie
Pisze mi się
półmrokiem długopisem
błękitnym między kartkami
„Naśladowania”
i Ewangelii
Między nocą a dniem
Nie pisz o wszystkim
pisz całym sobą
Malarz stawia znaki
i jak potomstwo Abrahama
policzone w niepoliczalności
są ziarnka piasku
źdźbła trawy i liście
Malarz choć jest
na świecie nie jest
z tego świata
Świat jest w malarzu
jak Ziemia w błękicie
Obraz przekracza
potrzebę obrazu
Otwiera
otwartą przestrzeń
Cisza i zgiełk
na równi niepojęte
niemieją pod niebieską
tęczówką
U źródła próźni
Na skraju abstrakcji
Wrocław, 14 stycznia 1995 r.
Blinde Passagiere. Pasażerowie na gapę.
Einsteigen - Aussteigen
(ein fahrplan statt einer einführung)
Noch nie ist es mir gelungen in Berlin um Ein Uhr nachts auszusteigen.
Jedes Mal wenn ich auf den Fahrplan schaue, scheint es, als
wäre Eins die einzige Zeit, in der ich es tun kann. Doch irgendetwas
stört, legt sich auf den Weg, liegt dort so lange bis die Uhren zu eilen
beginnen, zu beschleunigen, zu hetzen und Eins flüchtet. Es ist als
wäre zwischen mir und der Stadt eine Grenze, Gedärm, ein Magen
der jene verdaut, die sie überqueren wollen. Die Zollbeamten fressen
die Minuten wie Säure und legen Solitär. Sie schauen in die
Passphotos wie in die Karten des Gegners und sagen - "um eins will
dich dort niemand".
Der Hunger der Stadt wächst erst nach halbstündiger Erwartung.
Deshalb erreiche ich die Tische der Berliner Strassen um ein Uhr
zweiundfünfzig. Ich bin schon zu spät und weiß nicht wie mich die
Nacht aufnehmen wird. Ich steige ein, will die Stadt mit dem Bus
durchkreuzen, aber ich bin schon zu spät, obwohl der Bus kommt
während meine Verspätung weiter wächst. Obwohl ich zu spät bin,
lerne ich in dieser Verspätung rechtzeitig zu sein. Rechtzeitig an der
Masurenallee aussteigen, rechtzeitig am Hermannplatz aussteigen.
Rechtzeitig denken, dass man gleich da ist. In einer fremden Stadt
die eigene Stadt finden.
Ich steige aus, obwohl der Plan nichts erzählt von nächtlichen Kneipen,
in denen zwei Türken sitzen. Männer, die Passanten beobachten
um zwei Uhr dreißig. Typen, die glücklicherweise nicht rauskommen
um zu fragen wie spät es ist und wieso ich so sehr zu spät bin.
Zwei Kerle, denen ein warmer Hocker lieber ist als ein Gespräch mit
jemandem um zwei Uhr dreißig auf der Karl Marx Strasse. Und selbst
wenn ihnen ein Gespräch lieber wäre, was würde ich ihnen sagen.
"Wo ist this place I´m looking for?", die Zunge und die Grammatik zu
brechen fällt mir genauso leicht wie das Abnehmen des schweren
Rucksacks auf der Suche nach der zweiten Querstrasse und der
Tankstelle an der Ecke.
Ich steige aus und denke, wieso schaffe ich es nie in Berlin um Eins
auszusteigen. Wäre ich um Eins ausgestiegen, hätte ich dann dieselben
zwei Türken gesehen, mit denen ich um zwei Uhr dreißig lieber
nicht sprechen wollte. Hätte der Mann um zwei Uhr fünfundvierzig vor
meinen Augen die Morgenzeitungen in die Briefkästen an der Reuter-straße getan.
Waren alle wie ich so viel zu spät und doch immer noch rechtzeitig.
2:47 Geehrter Leser, wenn du, dieses Buch in der Hand, Zweifel
hast, wisse, dass du der blinde Passagier bist. Schaue nicht zurück,
schau in den Spiegel in der S-Bahnwand. Sobald du dieses Buch öffnest,
kaufst du eine Fahrkarte, die dich jedoch zu nichts berechtigt.
2:49 Du fragst: was ist das für eine Fahrkarte, die dir keine sichere
Reise erlaubt? Ich antworte: was ist das für eine Reise, in der die
Emotionen so genau gemessen sind wie die stetige Körpertemperatur.
2:51 Die Reise selbst darf nicht zu früh beginnen. Sie kann ein Erfolg
werden, wenn wir rechtzeitig da sind. Wir haben Glück, wenn wir es
im letzen Moment schaffen. Doch wenn es zu spät ist, kannst du die
Reise vergessen. Noch schlimmer ist es, wenn du an einem Ort stekken
bleibst, von dem du nicht einen Schritt in jedwede Richtung tun
kannst. Es bleiben jedoch Zweifel, ob das Ende tatsächlich so sein
muss?
2:55 Die Werbetafeln an der Haltestelle informieren über viele
Möglichkeiten, kauf einen Wagen, kauf Milch, kauf bei uns, kauf,
kauf, kauf. Du hast ein Buch gekauft. Du weißt nicht, wohin dich diese
Verschwendung führen wird.
Viel Glück, blinde Passagiere. Bon voyage...bye bye.
Tomek Zacharewicz
wsiadam - wysiadam
(czyli rozkład jazdy zamiast wstępu)
Jeszcze nigdy nie udało mi się wysiąść w Berlinie o pierwszej w nocy.
Za każdym razem, gdy patrzę na rozkład jazdy, wydaje się, że
pierwsza to jedyna pora, kiedy mogę to zrobić. Coś jednak przeszkadza,
kładzie się na drodze, leży tak długo, aż zegary zaczną pędzić,
przyspieszać, gonić i pierwsza ucieknie. Jest tak, jakby pomiędzy
mną a miastem była jakaś granica, trzewia, żołądek trawiący tych, co
chcą ją przekroczyć. Celnicy jak kwas zżerają minuty układając
pasjansa. Patrzą w zdjęcia paszportów jak w karty przeciwnika
i mówią - "o pierwszej nikt tam cię nie chce".
Głód miasta rośnie dopiero po półgodzinnym oczekiwaniu. Dlatego
docieram na stoły berlińskich ulic o pierwszej pięćdziesiąt dwa. Już
jestem spóźniony i nie wiem, jak przyjmie mnie noc. Wsiadam, chcę
przeciąć miasto autobusem, ale już jestem spóźniony, choć autobus
podjeżdża, gdy moje spóźnienie wciąż rośnie. Choć jestem spóźniony,
uczę się bycia w tym spóźnieniu na czas. Na czas wysiadać na
Masurenallee, na czas wysiadać na Hermannplatz. Na czas myśleć,
że już blisko. W obcym mieście odnaleźć własne miasto.
Wysiadam, choć plan nie mówi nic o nocnych knajpach, w których
siedzi dwóch Turków. Mężczyzn obserwujących przechodniów o drugiej
trzydzieści. Facetów, którzy na szczęście nie wyjdą zapytać,
która godzina i dlaczego jestem tak bardzo spóźniony. Dwóch gości,
którzy wolą wygrzany stołek od rozmowy z kimś o drugiej trzydzieści
na Karl Marx Strasse. Nawet gdyby woleli rozmowę, co bym im
powiedział. "Wo ist this place I'm looking for?", łamanie języków i gramatyki
przychodzi mi tak samo łatwo jak zrzucenie ciężkiego plecaka
w trakcie poszukiwań drugiej przecznicy i stacji benzynowej na rogu.
Wysiadam i myślę, dlaczego nigdy nie mogę wysiąść w Berlinie
o pierwszej. Czy gdybym wysiadł o pierwszej, zobaczyłbym tych
samych dwóch Turków, z którymi o drugiej trzydzieści wolałem nie
rozmawiać. Czy mężczyzna o drugiej czterdzieści pięć na moich
oczach wkładałby poranne gazety do skrzynek na Reuterstrasse.
Czy wszyscy tak jak ja, byliby tak bardzo spóźnieni ale jednak wciąż
na czas.
2:47 Szanowny czytelniku, jeśli masz wątpliwości trzymając w ręce tę
książkę, wiedz, że to ty jesteś pasażerem na gapę. Nie oglądaj się za
siebie, spójrz w lustro utkwione w ścianie metra. Otwierając książkę
kupujesz bilet, który jednak do niczego cię nie uprawnia.
2:49 Pytasz: co to za bilet, który nie pozwoli mi bezpiecznie
podróżować? Odpowiem: co to za podróż, w której emocje są tak
dokładnie zmierzone jak stała temperatura ciała.
2:51 Sama podróż nie może się rozpocząć zbyt wcześnie. Ma szansę
powodzenia, kiedy jesteśmy na czas. Mamy szczęście, gdy uda
nam się przybyć w ostatniej chwili. Gdy jest jednak za późno,
o podróży możesz zapomnieć. Jeszcze gorzej, gdy utkniesz w miejscu,
z którego nie możesz zrobić nawet kroku w dowolnym kierunku.
Pozostają jednak wątpliwości, czy rzeczywiście taki musi być koniec?
2:55 Reklamy rozwieszone na stacji informują o wielu możliwościach,
kup samochód, kup mleko, kup u nas, kup, kup, kup. Kupiłeś książkę.
Nie wiesz, dokąd taka rozrzutność cię zaprowadzi.
Powodzenia pasażerowie na gapę. Bon voyage....papa.
Tomek Zacharewicz
Blinde Passagiere. Pasażerowie na gapę Mamiko,

Iwona Mesjasz urodziła się 21 grudnia 1969 r. w Świdnicy. W roku 1994 ukończyła studia polonistyczne na Uniwersytecie Wrocławskim, a w latach następnych uzyskała międzynarodowe certyfikaty z języka angielskiego. W 2002 r. skończyła we Wrocławiu studia podyplomowe z metodyki nauczania języka angielskiego. Jej teksty znalazły się w antologiach: „Cień serca” (Świdnica 1995), „Imiona istnienia” (Wrocław 1997), „Almanach Wałbrzyski” (Wałbrzych 1997) i „Czas opowiadania” (Wrocław 1998) oraz w zbiorach towarzyszących imprezom poetyckim (Noworudzkie Spotkania z Poezją, Den Poezie w Broumovie). Nagrodzona na konkursie literackim w Świdnicy (za prozę) i w Gliwicach (za wiersze). Jej publicystyka ukazywała się we „Wiadomościach Świdnickich”, „Sudeckich Wiadomościach Gospodarczych”, lądeckich „Wiadomościach Lokalnych” i w „Nowej Szkole”, a recenzje i eseje w „Stronicy Śnieżnickiej”. Pracuje jako nauczycielka Szkoły Podstawowej i Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych w Stroniu Śląskim; mieszka w Starym Gierałtowie.
Jolanta Rybczyńska urodziła się 15 grudnia 1968 r. w Wolsztynie. Od 1991 do 1993 r. studiowała w Akademii Polona Artium w Monachium u prof. Jacka M. Rybczyńskiego i prof. Leona Jończyka (grafikę i rysunek) oraz gościnnie na Uniwersytecie Johannesa Gutenberga w Moguncji (grafikę i szkło artystyczne). Od 1994 r. studia na Uniwersytecie J. Gutenberga w Moguncji (grafika, typografia, rysunek, papier i tkanina artystyczna) zakończone dyplomem w 2002 r. Wystawy indywidualne w Moguncji, udział w przedsięwzięciach artystycznych związanych z Wapiennikiem „Łaskawy Kamień” w Starej Morawie (m.in. Międzynarodowe Spotkania Graficzne w 1998 r.) oraz w dorocznych Salonach Sztuki w Kłodzku. Mieszka w Starej Morawie i w Moguncji.
Tomasz Hrynacz - „Praski raj”
Tomasz Hrynacz
urodził się w 1971r. Autor książek poetyckich: „Zwrot o bliskość” (Kraków 1997), „Partycje oraz 20 innych
wierszy miłosnych” (Sopot 1999), „Rebelia” (Wrocław 2001), „Enzym” (Nowa Ruda 2004), „Dni widzenia”
(Jugowice 2005). Jego wiersze przetłumaczono m.in. na język angielski, chorwacki, czeski, francuski, niemiecki
i serbski. Mieszka w Świdnicy Śl.
Wiersze pochodzą z wydanego tomu „Praski raj”.
Nic nie obraca się
Bez przyczyny przeciw tobie.
W końcu słońce przecież ożyje
i spali skrzep bieli.
Na powrót w tym głosie
przeważy modlitwa wszystkich
dziennych spraw,
bo to jemu powierzasz swoje
jutro. A ono obraca się
przeciw tobie.
Teraz zmącone oko
przygasa i deszcz się
kończy,
co się więc widzi, kiedy
patrzy się bez
przyczyny ?
Na powrót powziąć rany
i ciernie, do reszty zakopać
groby,
pokochać popiół, by
w zmartwychwstanie
uwierzyć.
Marcowa krucjata
Szturm wody i wiatru.
Tak może się zdarzyć,
że pozostaniesz w tej
mętnej wodzie do końca,
gotowy czekać na sen biały
i lekki, czując jak pod językiem
rtęć wędruje ku twierdzy serca.
I nie ma powodu, by sądzić, że
stać cię na cud, bo dokądkolwiek
byś nie wyruszył i tak będziesz
wobec wieczności odległy.
Starsze panie nie farbują włosów
Dwuznaczne milczenie podrażnia nerwy.
Ale, nie dlatego, nie zostanę na noc.
Masz mnie a ja ciebie. Tak nagle gwar ulic
odcina cię od wspomnień. Zwalniasz krzesło
i za plecami zostawiasz jedynie cień ulic.
To, co zaoszczędziłaś w pamięci, rozmieniasz na
drobne smutki. Słońce wyrasta przed tobą, a to
bynajmniej nic nie oznacza. Po prostu czujesz się
zbita z tropu. Namierzasz wszystkie dni,
w których miłość umocniła cię, a śmierć
nie zaglądała pod powieki. Dobrze, niech
trwa fala radości, niech sytuacja dopasuje się
do chwili bardziej niż zwykle. Włos dzielisz
na czworo, nakładasz złudzenia farbę.
Nowe dni rozbłysną, roziskrzy się w tobie
duch, pozostaniesz naprawdę wolnym ptakiem.
Promień przyciąga, wiedzie na pokuszenie
jutra szybciej niż głos anioła stróża.
Uznajmy to za przejaw braku poczucia sensu.
Takie czasy, kiedy starsze panie nie farbują już włosów.
A ciepłe sny coraz częściej poddawane są ulewie
niechcianych pobudek. Rodzi się wszechogarniające
uczucie, że polecone słowa nie sprawdzą się
i znów położysz się spać z otwartymi oczami.
Zatem nie mówmy o tym, co potem, porozmawiajmy,
jakby tu zagrać flipa, by nie nadwerężyć ręki.
HRYNACZ Tomasz. Praski Raj.
Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2009. -89 s.
ISBN 978-83-60224-34-2
(Poezja polska)

Joanna Mossakowska - "Wytańczone wiatrem"
(z domu Mikulska) urodziła się we Wrocławiu (5.09.1956), gdzie ukończyła V Liceum Ogólnokształcące , a następnie Akademię Rolniczą.
W 1982 roku przeprowadziła się w Góry Złote ( środkowa część Sudetów Wschodnich).
Obecnie mieszka w Lądku Zdroju i w Orłowcu.
W 1991r. wydała tomik wierszy „Chwile” ( Stowarzyszenie Literackie im.K.K.Baczyńskiego.)
Publikowała m.in. w „Almanachu Wałbrzyskim – Literatura - Fotografia”, „Stronicy Śnieżnickiej”, „Frazie”.
Uwielbia tańczyć ........z wiatrem.
***
Miłość mojej czułej skóry
twoich chciwych dłoni
zaczyna się
w pierwszych kręgach snu
uwolnieni od dnia
strącamy gwiazdy
i już
obok twój sen
a miłość twoich czułych dłoni
mojej chciwej skóry
trwa
Lądek Zdrój`grudzień
***
Za zasłonami
małe miasteczko
popycha czas
zegar w nocy milczący
już dawno nie słyszałam ptaków
od wczoraj zima
z sennymi oczami
bawi się w choinki
Lądek Zdrój,Klonowa`grudzień
***
Nawoływani
przychodzą pod dom
przeźroczyści
od księżycowych wędrówek
rozsyłają uśmiechy
i budzą kwiaty zeszłego lata
Ogród GórskiegoWiatru,zima
***
Ciemność poprzetykana mrozem
czasami wiatr
zalśni jak ostrze
czyhające
na zagubionego w lesie
Dolny Orłowiec`styczeń
***
Przez powieki znużenia
widzę więcej
zmęczenie śpiewa
blade z niewyspania
Lubię te kołysanki
ze złudzeń odarte
wpatruję się w siebie
pęknięć pełną
zasmucona
że piękna tak mało
***
W zimowy wieczór
przy ogniu grzeję nogi
droczę się ze zmęczeniem
Górny Orłowiec-,dom`styczeń
***
W czterech ścianach
oddech czajnika
czekanie
syte ciepłem
zbłąkane pytania usnęły
gdy przyjdzie wiatr
zaczną
swój taniec
Górny Orłowiec-,dom`zima
***
Nie umiem opowiedzieć
i sny się przelękły
słucham budzika o świcie
i zmęczenia jak kamień
między tym ma się zmieścić
ta ważna odpowiedź
piąta kromka chleba
miłość między nami
Lądek Zdrój-miasto`luty
Nazywam się Bartosz Suwiński (ur. 1985; mieszkam w Opolu), i jestem doktorantem na Uniwersytecie Opolskim. Przygotowuję dysertację o poezji Krystyny Miłobedzkiej.
Poezję, prozę, szkice krytyczne i naukowe publikowałem min. w "Kresach", "Frazie", "Toposie", "Ricie Baum", "Wyspie", "Pograniczach", "Red", i tomach pokonferencyjnych. Oczekuję na druk swoich tekstow w "Śląsku" i "Polonistyce".
Stale współpracuję ze "Stronami".
Wybrane wiersze z wydanego tomu.
Świt
Ornat wschodu zapięty
na pierwszy promień słońca.
Kolejna warstwa świtu zrzucona
z ramion, ciśniętą w kąt jak pusta butelka.
Morze
Odpryski nieba na załamujących się
falach powtarzanych jak oddech.
W dali bruzda za którą nie ma nic, co jest.
To, co układa się w porządek znaczeń, rozprute niebo.
Miraż
Gazela śmierci ciemnej na pustyni
reszty twoich dni. Skorpiony kłują usta
modlitwy o deszcz. Pieśni nawianych piasków,
oazy grobów rozsypanych jak proch.
Nie lękaj się gdy zbłądzi karawana,
kiedy podejdą hieny, zapada się miraż.
Ogień
Noc, drepcze kości jak torf.
Miękko ściele się głowa na poduszce,
cicho płoną resztki tego, co jutro
złoży się (we mnie) od nowa.
Co porzucone dla nas utyka szczeliną
dnia, światło nie może się zapodziać,
więcej.
Makata
Wychudzona szkapa
skubie trawę
obok kaplica dach ze strzechy
porośnięty mchem
koń chyli głowę a
pot spływa na ziemię
gdzie
piasek zapomnieć chce suszę
a wiosna jak zeschnięte strupy
opada z drzew.
Sierpniowa etiuda
Krowa z dzwoneczkiem. Mężczyzna
zdejmuje kapelusz, kłania się.
Wilk liczy owce. Brakuje.
Podnosi krzyk do ust.
Zbiera zioła.
Słomkowy kapelusz przetkany
piołunem. Ciężki warkocz opada
na plecy. Na tyłku pot.
Gałąź ugina się od jabłek:
biała larwa,
tańczy w środku.
SUWIŃSKI Bartosz "Sehir". Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2010. (Poezja polska) ISBN 978-83-60224-49-6
Andrzej Trembaczowski - IKS
Prezentujemy fragment powieści :
Oczywiście
Ci którzy stoją na szczycie schodów
Oni wiedzą oni wiedzą wszystko
Co innego my
Sprzątacze placów
Zakładnicy lepszej przyszłości
Którym ci ze szczytów schodów
Ukazują się rzadko
Zawsze z palcem na ustach
Zbigniew Herbert
Zmierzchało. Na zachodzie niebo zachowało jeszcze turkusową barwę, ale od strony parku już było granatowe. Rozrzucone chaotycznie obłoki lśniły podświetlone niskim światłem; najpierw białym, a potem złotawo-miedzianym. Wyglądały jak kłębki kolorowych włosów. Złotawa barwa przechodziła stopniowo w czerwień, potem w purpurę, aż wreszcie chmurki stały się szare. Nadal jednak odcinały się od jaśniejszego w tej części nieba. Pod drzewami cień gęstniał, ale tu, na otwartej polanie, było jeszcze dość jasno. Nieruchoma tafla wody błyszczała gasnącym blaskiem słońca. Powietrze stało nieruchome i nawet najlżejszy powiew nie poruszał otaczających wodę szuwarów. Ucichło brzęczenie owadów, słychać było jeszcze przedwieczorne nawoływanie ptaków szykujących się do snu. Na niewielkiej ławeczce z niemalowanego, szorstkiego drewna ciemniały dwie sylwetki. Chłopak i dziewczyna. Obserwowali zachodzące słońce.
- Piękne niebo – powiedziała dziewczyna cichym głosem. - Lubię zachody słońca nad wodą.
- Mmm - mruknął chłopak.
- Jeszcze trochę i zrobi się ciemno.
- Jeszcze trochę. Nie musimy nigdzie się śpieszyć - odpowiedział chłopak. Otoczył dziewczynę ramieniem.
- Zobacz, jakie dziwne ptaki - powiedziała.
- Ptaki? Nie widzę żadnych ptaków.
- Tam, nad wodą. Lubię ptaki - przytuliła się - ale takich jeszcze nie widziałam.
- Aaa, teraz widzę. To nie są ptaki. Ptaki nie latają o tej porze.
- Dlaczego? Mogą chyba latać o każdej porze?
- Są ptaki nocne, ale nie takie. To nie są ptaki. Zobacz, poruszają się jakoś dziwnie, takimi zygzakami.
- Są takie zwinne...
- Zbliżają się, zaraz zobaczymy je lepiej.
Nad stawem, na tle ciemniejącego nieba wyraźnie widać było poruszające się punkty. Rosły, już nie były punktami. Dość szybko zataczały w powietrzu koła, zygzaki i pętle, zręcznie trzepocząc delikatnymi skrzydłami. Było ich coraz więcej. Nadlatywały gdzieś zza stawu. Zbliżały się.
- To nietoperze - powiedział chłopak. - One właśnie teraz wylatują na żer.
- Nie wiedziałam, że nietoperze są takie duże.
- Nie są duże. Wydaje ci się.
- Zobacz!
Latające stado przybliżało się. Krążyły teraz tuż nad ławeczką. Jeden zniżył się i szybującym ślizgiem przemknął prawie nad ich głowami. Rzeczywiście, był znacznie większy od przeciętnego nietoperza. Wyraźnie usłyszeli dziwny szelest, jaki wydawały błoniaste skrzydła. Dziewczyna wzdrygnęła się.
- Czy... czy one nie są groźne? - przytuliła się mocniej.
- Skądże! Nic nam nie zrobią. Nie bój się - roześmiał się chłopiec.
- Był taki wielki...
- No, miał może półtora metra. Rzeczywiście, nigdy nie widziałem takich nietoperzy.
- Ja nigdy nie widziałam nietoperzy.
Robert Migdał. Lat 33. Jedna żona, 1 dziecko i 1 napisana książka (jak na
razie, bo kolejna w drodze).
Urodził się w Głogowie na Dolnym Śląsku, od 14 lat mieszka i pracuje we
Wrocławiu. Ukończył stosunki międzynarodowe na Wydziale Nauk Społecznych
Uniwersytetu Wrocławskiego, ekspertyzę dokumentów na Wydziale Prawa i
zarządzanie zasobami ludzkimi w Wyższej Szkole Bankowej.
„Fader” to jego debiut literacki, choć w swoim życiu napisał tysiące
artykułów i dziesiątki reportaży. Przez 8 lat pracował jako reporter „Super
Expressu” z Dolnego Śląska, następnie przez dwa lata był wydawcą wydań
codziennych gazety „Słowo Polskie – Gazeta Wrocławska” a od 2007 roku jest
szefem działu Opinie i wydań magazynowych dziennika „Polska – Gazeta
Wrocławska” we Wrocławiu.
Poza pisaniem uwielbia godzinami słuchać piosenek Izabelli Skrybant –
Dziewiątkowskiej z „Tercetu Egzotycznego” i Violetty Villas oraz łazić po
wrocławskim ogrodzie zoologicznym – przy wybiegu dla żyraf może stać
godzinami. Poza tym chyba nie odstaje od normy. No, może z małymi wyjątkami:
nienawidzi zielonego groszku za to filmy Pedro Almodovara może oglądać na
okrągło. Nie cierpi jazdy samochodem, za to uwielbia rejsy statkiem po Odrze
(zwłaszcza po zmroku).
Mecenat: Marek Łapiński Marszałek Województwa Dolnośląskiego
Książka dofinansowana przez Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu – Instytucję Kultury Samorządu Dolnośląskiego
Patronem medialnym książki jest Polska - Gazeta Wrocławska.
Debiutancka książka Roberta Migdała ukazała się w kwietniu 2009 roku.
Fragment :
***
Fader prawie od razu po przyjeździe do nowego miasta (już po
paru tygodniach) ściągnął do siebie rodzinę. Zapakował prawie cały
dobytek na ciężarówkę (taką od przewożenia kurczaków z fermy do
fabryki pasztetów), mamę z wielkim brzuchem usadowił w szoferce
(włożył jej poduszkę pod pupę, żeby było wygodniej).
Pierwszych minut, zaraz po przekroczeniu granic miasta, na pewno
nie zapomną do końca życia.
Mama dostała bólów porodowych. Ostrych. Takich co cztery minuty.
Czop śluzowy pokryty krwią wypadł na podłogę szoferki (bo
mama dla wygody bez majtek jechała).
Wody płodowe jej odeszły (tacie chlupało pod nogami). Rozwarcie
zrobiło się jak trzeba. Wzorcowe. Takie, o jakich się czyta
w książkach. Potężne. Duuuże.
Zacząłem się po prostu uparcie pchać na świat. Jakbym nie mógł
poczekać aż się rozpakują, nacieszą nowym mieszkaniem...
– Do szpitala. Kurwa szybciej. Do szpitala. Bo czuję już główkę
dziecka, jak mi się mizia między udami – darła się mama ściskając
ojca za nogę tak, że potem miał krwiaka jeszcze przez kolejnych kilkanaście
dni w tym miejscu. – Kurwa ruszaj się szybciej tym gruchotem!
– przeklinała jak szewc, choć nigdy wcześniej ani później nie
klęła. Taka sytuacja. Tato był tak samo zestresowany jak i ona. Cisnął
gaz do dechy tak, że o mało co nie wcisnął pedału gazu w podłogę.
Pędził jak wariat.
Lekarzom (którzy kopcili „klubowe” przed wejściem do szpitala)
oczy wyszły na wierzch, gdy zobaczyli, jak pod izbę przyjęć zajeżdża
ciężarówka wypakowana po brzegi stołami, krzesłami, z boku wisi
lampa, a z szoferki dobywa się krzyk kobiety: „Rooodzęęę!
Rzucili pety na trawnik. W try miga skombinowali szpitalne nosze
i jak na sygnale gnali na porodówkę.
To były dla mnie (i rzecz jasna dla mamy) sprawy sekundowe.
Kilka szybkich parć i już widziałem światełko w tunelu.
Waga 5,40, wzrost 64 centymetrów. Kawał chłopa. Wyskoczyłem
na świat zaraz po przekroczeniu drzwi sali porodowej. Szybki byłem.
Tacie nie dali wejść na salę porodową. Nie to co teraz. Pokazali
mu mnie (takiego różowego, z czerwonymi plamami na buzi, z przymrużonymi
oczkami) przez małe okienko w zamkniętych drzwiach
prowadzących na oddział. Parę sekund na zapamiętanie jak wyglądam.
– Syn – rzuciła pielęgniarka położna zniecierpliwionemu tacie,
który przestępował z nogi na nogę
– Zdrowy? – darł się tato przez zamknięte drzwi. Emocje go rozsadzały.
Pot zalewał mu oczy i ciekł po buraczanych policzkach razem
ze łzami.
– Jak byk. Wszystko ma na swoim miejscu. Dziesięć paluszków
u rąk, dziesięć u nóg. I dużego kutaska. Chłopak jak malowany –
uśmiechnęła się położna i zabrała mnie do mamy. Tata się popłakał.
Tak bardzo chciał mieć syna. Tak bardzo na mnie czekał. Zamiast
kupić mamie jakieś kwiaty, czekoladkę, przyniósł jej do szpitala...
żółtą bluzkę. Z krótkim rękawkiem, rozpinaną przy szyi na trzy guziczki.
Mama miała ją na szczególne okazje, nigdy jej nie przypaliła
żelazkiem, nigdy nie poplamiła barszczem.
Ma ją do dzisiaj. I choć się w nią już dawno nie mieści, to trzyma
na półce, w dębowej szafie. Ukrytą w pudełku wyłożonym miękkim
pluszem.
– Dobre wspomnienia z nią mam: o tobie, o tacie. Nie mogłabym
jej ot, tak wyrzucić – powtarza mama.
* * *
O mały włos mama umarłaby przez mnie. A raczej przez lekarzy,
którzy nie dopilnowali jej po porodzie, żeby urodziła do końca łożysko.
Z objęć śmierci uratowały ją... śliwki sąsiada.
Mama bardzo długo dochodziła do siebie. Była bardzo słaba. Czuła
się nieswojo. Temperatura. Brzuch bolał ją masakrycznie.
– Tak to jest po urodzeniu dziecka. Urodziłaś. I brzuch cię będzie
bolał. I cipka. Przecież przez twoją malutką wielkości śliwki matka
natura przecisnęła potężnego arbuza. Musi boleć... – mówiły jej koleżanki
i szły do domów gotować grochówkę.
Przyczyna była jednak inna. Mama dostawała z godziny na godzinę
zakażenia. Łożysko gniło w jej brzuchu. Jeszcze dzień lub dwa i śpiewała
by razem z Aniołami w chórze u świętego Piotra.
Jednak wcześniej zjawił się inny anioł. Sąsiad. Pan Tadeusz spod
„osiemnastki”. Stary kawaler. Wiek emerytalny osiągnął już tak dawno,
że nie pamiętał kiedy, może nie chciał, a może to już Alzheimer go
ukradkiem atakował. No i zapalony działkowiec.
– Witam sąsiadko – rzucił od progu. – Słyszałem, że się syn urodził,
to śliwek sąsiadce przyniosłem na kompot – uśmiechnął się od
ucha do ucha pokazując swoje dwa złote zęby.
Wręczył mamie dwudziestolitrowe wiadro soczystych śliwek
„srujek” – jak je nazywaliśmy. Takie małe, żółte. Nierobaczywe. Bo
u pana Tadeusza robaków na działce nie było.
– Choć nic a nic nie pryskam chemikaliami – bił się w piersi.
No i mama chcąc nie chcąc, choć padała z nóg, musiała zrobić
kompoty, dżemy i soki. Żeby się śliwki nie zmarnowały.
– Szkoda by było, a i panu Tadziowi bym przykrość zrobiła, jakby
jego srujki w koszu wylądowały. Przecież nazrywał. Dał z dobrego serca
– tłumaczyła sobie i gotowała. Najpierw zmęczyła się myjąc każdą
śliweczkę z osobna. Najbardziej jednak dało jej w kość bieganie z mieszkania
do piwnicy i z powrotem, tak z pięć kursów, po słoiki na kompot.
Tak się rozruszała tymi przygotowaniami, że gdy robiła ostatni
kurs objuczona słoikami typu „twist” usiadła na schodach na pierwszym
piętrze.
Zrobiło się jej słabo. Mroczki pojawiły się jej przed oczami. Po
chwili gwiazdeczki, aż zobaczyła całą konstelację. I tę widoczną
z półkuli północnej, jak i południowej.
Nagle, spomiędzy jej ud, zaczęła płynąć mocnym strumieniem krew.
– Krwotok – zdążyła tylko pomyśleć i zemdlała.
Krew lała się z niej szybko i miarowo.
Mamę znalazła sąsiadka z II piętra, panna Petronela. Wracała akurat
ze swoim pudelkiem „Miu miu” ze spaceru. Wszczęła alarm swoim
piskiem tak głośnym, że kto żyw wyleciał z domu na klatkę schodową
(swoje super wysokie „C” zawdzięczała 37-letniemu śpiewaniu w chórze
kościelnym jako solistka w parafii pod wezwaniem św. Mikołaja)
Karetka zabrała mamę na oddział reanimacyjny.
Mama nie słyszała wycia syren. Krzyków lekarza nawołującego
pielęgniarki. Świateł migających nad jej głową, gdy na podkutym kołami
łóżu pędzono z nią na salę operacyjną.
Zabieg trwał kilka godzin. Usunięto jej łożysko, zatamowano
krwotok, kilka razy przetaczano krew.
Do tego, po dwóch dniach, bo nadal było z nią kiepsko, wycięto jej
wszystkie kobiece narządy wewnętrzne (macica, jajowody i życiodajne
jajniki wylądowały w kuble, a potem w piecu, w szpitalnej spalarni).
Byłem więc jej ostatnim dzieckiem w życiu, jakie mogła urodzić.
Po tygodniu wyszła ze szpitala. Dochodziła jeszcze do siebie przez
miesiąc. Fizycznie. Psychicznie przez kolejne pół roku.
Tato nigdy nie dał jej odczuć (po powrocie do domu), że jest dla
niego mniej kobieca (a nawet niekobieca) przez tę operację. Inna.
Całował ją czule. Tulił. Stanął na wysokości zadania. Był cudowny.
Jak prawdziwy facet, który dba o swoją kobietę.
– Nawet jakby ci cycki obcięli to by to nic nie zmieniło. Kocham
cię. Po prostu cię kocham – szeptał do niej, a łzy płynęły jej takim
strumieniem, że dławiła się łykając je.
Przez ten wypadek mama straciła pokarm w piersiach. Tak więc
od małego byłem karmiony mlekiem w proszku z butelki (trzy miarki
na 90 mililitrów schłodzonej wody co 2-3 godziny w ciągu dnia i co
4 w ciągu nocy), zamiast ssać błogo i beztrosko mlekodajne cycuszki
(badania różnych mądrych tego świata dowodzą, że inteligentniejsze
są dzieci karmione piersią. A ja mówię, że to gówno prawda.)
Sąsiad Tadeusz stał się ulubionym sąsiadem moich rodziców. Często
gościł w naszym domu na porannej herbacie z mlekiem (rzygać mi
się zawsze chciało na sam zapach „bawarki”)
Zapraszana była też panna Petronela z „Miu miu”.
Oboje wybawcy mojej mamy zbliżyli się z czasem do siebie (i to
dosłownie).
Panna Petronela chodziła na działkę do pana Tadeusza (oglądać
jego pnące róże wcale nie w różowym kolorze), on do niej na balkon
podziwiać pelargonie (ich zapach dusił wszystkich w całej okolicy).
Razem zaczęli jeździć do sanatorium (Duszniki-Zdrój leżały u ich
stóp). Chodzili na długie spacery, nikt nie wie do dzisiaj, czemu na
miejski stadion. Oboje przecież nie pasjonowali się piłką nożną. Może
ze względu na zieloną murawę?...
Gdy miałem 2 latka pobrali się. Ślub wcale nie był skromny. Prawdziwe
emeryt-party. Setki balonów. Latające kolorowe serpentyny.
Konfetti (którego kilogramy wycięła własnoręcznie – dziurkaczem
– moja mama ze stosu kolorowych gazet). W głośnikach królowali
Santor i Fogg. Wino się lało strumieniami (nikt się nie porzygał, choć
wielu się spiło). Tort był trzypiętrowy, makowe pierwsze piętro, drugie
czekoladowe, a trzecie pełne wiśni w alkoholu.
Hitem na stole (oprócz bigosu z dużą ilością suszonej śliwki i sałatki
jarzynowej – bez cebuli i pora) były brzoskwinie faszerowane
mięsem mielonym z kurczaka z dodatkiem orzechów.
***
Robert MIGDAł. Fader. Wydawnictwo MaMiKo, 2009. ISBN 978-83-60224-32-8

- absolwent filologii polskiej
na Uniwersytecie Wrocławskim.
Autor zbiorów poezji:
„Senne Podróże” (1997),
„Po drugiej stronie lustra” (1999)
oraz zbioru opowiadań
pt. „Kołysanka Wilka” (2000).
Publikował m.in. w „Czwartym Wymiarze”
(opowiadanie „Czekałem na Ciebie...”).
Gabriel Leonard Kamiński - "Pejzaże"
Gabriel Leonard Kamiński, urodzony 1.IX.1957 r. w Gorzowie Wlkp. Od 1958 roku mieszka we Wrocławiu, w dzielnicy Fabryczna, dawna ul. Przodowników Pracy, obecnie al. gen.J.Hallera.
Absolwent IV L.O we Wrocławiu, Policealnego Studium Kulturalno-Oświatowego oraz Instytutu Bibliotekoznawstwa Uniwersytetu Wrocławskiego. Poeta, wydawca, księgarz.
Od 1990 członek wrocławskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Debiut prasowy w 1974 w „Konfrontacjach”. Publikował w „Integracjach”, „Nurcie”, „Sigmie, „Odrze”, „Morzu i Ziemi”, suplemencie „Konfrontacje Literackie”, „Pomostach”, ostatnio „Kalendarzu Wrocławskim”, „Słowie Polskim”, „Kartonie”, antologiach|: „Poezja Lauru Arki”, „Literatur und Kritik”, ostatnio „Ty mówisz Odra”, antologii poezji miłosnej „Mrok i światło”. Laureat wielu ogólnopolskich konkursów i turniejów poetyckich m.in.: Warszawskiej Jesieni Poetyckiej, Jaszczurowego Lauru, Milowego Słupa, 2–krotnie konkursu im. J.Śpiewaka w Świdwinie. Zwyciężca ogólnopolskiego konkursu na zestaw wierszy ogłoszony przez Dom Kultury w Białymstoku (1989), ostatnio w 1999, 2000, ogólnopolskiego turnieju zorganizowanego pod patronatem Klubu Muzyki i Literatury pt. „Ty mówisz Odra”.
Autor sześciu książek poetyckich: w 1980 roku, debiut: pt. „Opis rzeczy szczególnie martwych” (Kalambur- SZSP), w 1983r: „Nie ma między
nami różnicy” (OkiS -ZLP), w 1987 „Ulica Przodowników Pracy” (MAW –
W-wa ), w 1999 „Deja vu” (Wydawnictwo Arhat), w 2003 „Wratislavia cum figuris” (Wydawnictwo ATUT), a ostatnio w 2006r. „Roth – Nowy Testament” (SPP Wrocław). Autor kończy drugi tom książki poetyckiej o Wrocławiu, ”Wratislavia cum figuris II” i pracuje nad zbiorem opowiadań związanych z Wrocławiem pt. „Wrocławska Abrakadabra”.
Od 2000 roku pracuje w Portalu Internetowym - Sfera Intermedia we Wrocławiu, jako dziennikarz i recenzent. Nominowany za 2006 rok do nagrody dziennikarskiej „PIKowy Kaur”, za „wszechstronną prezentację książek w mediach elektronicznych”.
z tomu: Pejzaże
Pezjaż polski (liryczny)
Odmówiłem cię w skrzydłach husarii
pod murami wiednia. Pod wieżą mariacką
stać tak długo będę, aż dźwięk trąbki jasny
przeniesie cię z małopolskiej ziemi aż do granic śląska.
W leszczynie będę brodził szukając Twoich śladów,
zwodzonym mostem zieleni grodząc góry od morza.
Białowieżą ciebie wytęskniłem nizając echo twoich kroków
coraz bliżej źródeł dunajca. Łagodnie tulę
grzbiety górskich szczytów, tak jak
scałowywać będę z rąk Twoich
spierzchnięte pragnieniem strugi wodospadów.
Potem w milczeniu u bram gniezna
na kawałkach brzozowej kory
spiszę nasz wyśniony prawiek miłości.
Jeno kadłubkiem ci będąc a nie gallem anonimem
u wrót Wratislavii stać będę
w pokutnym kapturze, od świtu aż do zmierzchu
jako błędny rycerz,
jak bezdomny sługa sztuk wszelakich
czekając na zwodzone mosty
naszego przeznaczenia.
20.10.2007/10/02/2008
Pejzaż paryski
Słońce pod koniec dnia kruche jak mydlana bańka
między przęsłami wieży Eiffla podobne jest
do drabiny jakubowej. Wspinam się po nim
na sam szczyt Montparnasse. Mrużę oczy
przed odłamkami Pere-Lachaise jak kot
przebiegając pod murem Ogrodu Luksemburskiego.
Za plecami mam Lasek Bouloński, Łuk Triumfalny
i chłodny strumień samochodów wspinający się
na sam szczyt pustego o tej porze nieba.
Jak szymon słupnik aż po La Defense
będę szedł za Tobą na szczudłach zmierzchu.
Płótno Modiglianiego ciężkie od kolorów stygnącego dnia
przecina sekwanę na pół, tuż przy bulwarze sebastopolskim.
Bukiniści schodzą do wnętrza przepastnych kufrów
powtarzając na pamięć "A rebours " Huysmansa.
Hiob usunął z paryskich kanałów pamięć. Teraz młodzi żołnierze,
pojedynczo, wracają chyłkiem z linii Maginota, wstydząc się
swoich ran. Skrępowani wyrzutami sumienia; ukradkiem
poprawiają zadania domowe z nieśmiertelności.
Apollinaire z obandażowaną głową, notuje
chaotycznie na kawałku ligniny ostatnie "Kaligramy".
Odurzeni wiosną przechadzamy się wśród płycizn kanału St. Martin.
Śluzy i zwodzone mosty dyskretnie uniesione
o tej porze przepuszczają splecione ze sobą
ciała kochanków.
Światłość jest z nami.
12.02.2008/18.02.2008
Pejzaż holenderski
Skrzydła wiatraków unoszą powoli w powietrze ikebanę muszli.
Kraby cofają wskazówki piaskowych zegarów aż do wrót holandii.
Zapach tulipanów wpleciony w chodaki Van Gogh'a staje się jedynym
zamieszkanym przez nas ogrodem ziemskich rozkoszy.
Młyny wodne i czaple brodząc w przędzy lata stają na rozdrożu
kapliczkami dozgonnych modlitw o wieczność tego świata.
Poldery o zachodzie słońca spięte tuż przy łbach końskich
uzdami spienionego morza cofają przypływ aż do Amsterdamu.
Brodzić będziemy w własnej nagości płótnami Vlamincka,
Vermeera i DeJonga czuli na każdy najdrobniejszy szczegół hagi,
by w zimie na czubkach łyżew przenieść
w lodowych piruetach głębokie przeręble pocałunków ponad
kanałami Skaldy. Wiatr chłodzi twoje wargi niosąc
w żaglach smak północnego morza tak, by nanizane
na twoje stopy gwiazdy unosiły Cię nad brzegiem miłosnej delty
coraz dalej od breughelowskiej wieży babel.
Groble i tamy chronić nas będą niczym falochrony
od bezimiennych sztormów; wodne arterie przyjmą hołd
chorągwi mego pożądania łącząc solnymi językami nasze
rozgrzane poranną jutrznią ciała.
W morskich przypływach trwamy jakby w zodiakalnej nirwanie
mieszając w tyglach popioły haarlemu.
11 – 15.04.2005
Pejzaż norweski
Renifery odparowują nosami szron z wnętrza witrażu.
I widzę jak śnieg w Tobie łagodnie opada.
Łyżwiarze przecinają niebo tuż ponad horyzontem.
Sosny trącają czubkami szyszek pocięty błękit;
widać przezeń las i Twoje ramiona - próbujesz
przeciągnąć wygięte łuki mostów ponad zamarzniętymi stawami.
Ryby przeglądając się w kawałkach kry jak w lustrach
niosą na swoich grzbietach przesłanie nieba i przestrzeni.
Linie przypływu oddzielają strome brzegi rzeki od łagodnych
pagórków mrozu. Delikatne zawiązki wiosny wplątane
w lodowe figury dopełniają perspektywy.
I słyszę jak ogród o rozwidlających się ścieżkach czasu
wodzi nas nas pokuszenie coraz dalej od zimy.
Spóźnieni łyżwiarze o zmierzchu wypływają z głębin
podobni do lukrowanych figurek z weselnego tortu.
Karmię wyobraźnię, mogę jeść garściami obrazy pełne gorących myśli,
gdzie ręka, oko i umysł tworzą czytelny zarys
Twojej twarzy, linii pleców i ramion.
W dotyku łagodnie zmierzam do wiosny.
6.03.2006.r
Pejzaż turecki
Minarety i jaskółki wyrzeźbione w słońcu wtańcowują się w bosfor.
Morze przeciska się między nimi w miłosnym szepcie.
Łodzie pełne figowych kiści i daktyli łagodnie kołyszą lato
w naszych ciałach. Oddychasz całą sobą wciągając w nozdrza
słodki zapach mirry i kadzidełek; przez dardanele otwierają się mierzeje pełne
gorącego piasku – światło sięga do wnętrza istambułu.
Siedzisz zwinęta w pół na wzgórzach piniowych podobna do
figurki z tombaku, modlę się u Twoich stóp jakby wrót miniaturowych meczetów.
Muezini z daleka zwijają gorące powietrze w kształt namiotu,
wersety koranu owijają się wokół nas jak turbany,
a hagia sophia przyjmuje pod kopułami hostię zmierzchu.
Kobiety w czadorach z dzbanami oliwy na głowie
na akweduktach podobne są z daleka
do sennej karawany. Umywam Twoje stopy,
zraszam wargi kroplami różanej wody.
Stary drewniany stambuł w ciałach derwiszy tańczy swój obłąkańczy
krowód miłości i pożądania.
Łączymy się z wonnymi olejkami rozświetlonym łańcuchem
oliwnych lampek, które rozstawione wzdłuż ulicy prowadzą nas
coraz bliżej pępka świata.
Tuląc się w moich ramionach podobna jesteś do świętej Izydy
zatrzymanej w czasie, zawieszonej w powietrzu
na jedną chwilę albo na całą wieczność
karawanseraju.
23 – 25.03.2004
Pejzaż wenecki
Wiatr przynosi od morza zapach fig i przejrzałych oliwek.
Canale Grande pełny karnawałowych masek tak, iż możemy przejść
po nich na drugi brzeg jak po ruchomym moście.
Alchemia polityki wypaliła w sjeneńskich marmurach tajemne błyskawice i
teraz rysy dożów wykruszają się kawałek po kowałku.
Sztandary opuszczono do połowy; wplecione w arkady okrywają mury
całunem purpury. Sen zabiera im wieczność. Lwy na pomnikach
spięte na tylnich łapach kaszlą powietrzem przesyconym confetti.
Kochankowie wyławiani z ciemności pochyleni ku sobie
podobni są dorozgrzanych monet.
Balkony oplecione winną latoroślą jak napowietrzne statki dryfują
odbite w zwierciadłach przypływu. Przebrałaś się za Utracony raj -
udrapowane tiule rozpadały się w moich rękach odsłaniając delikatność skóry;
gładziłem twoją szyję ukrytą w owalu spiralnych bransolet,
pocałunki zostawiały na niej ślady warg.
Moje podręczne piekiełko pełne jest pokory i niesprawdzonych receptur, gdzie
korzeń mandragory toczy spory z ogonem jaszczurki.
Rusztowania na placu św. Marka utrudniają mi teraz niezdarne próby lotu
nad cieniem monety z wizerunkiem konnego posągu.
Próbuję anielskość wyplątać z objęć dekadencji. Nasza miłość
coraz bliższa własnej śmiertelności zawzięcie kolekcjonuje nowe formy życia.
Pierwsze fale przypływu docierają od strony Pałacu Dożów,
przelewając się przez lampiony gaszą zmęczony trwaniem horyzont.
Twoją podobiznę będącą symbolicznym odwzorowaniem raju utrwalam
w medalionie. Daleka laguna wskazuje drogę cienką linią mewich skrzydeł.
Pakuję węzełek z resztkami szachownicy na której umarła
niedokończona partia. Filozofowie nazwą to później carpe diem.
Sto wysp mnie żegna moja miła, sto barek pod pełnymi żaglami
wyprało morze z solnych mielizn. Niosę Cię ponad Ponte dei Sospiri i
Ponte Rialt wśpiewując się w stały ląd pod stopami.
Zmierzam do środka ziemi.
18-20.03. 2004
Andrzej Trembaczowski - Sen

Rocznik 1951; urodzony w Lublinie, gdzie mieszka do dziś.
Żonaty, dwoje dzieci: córka i syn.
Z wykształcenia fizyk, z zamiłowania przyrodnik. Empirysta – "patrzę, obserwuję, wyciągam wnioski".
Zainteresowania: rozmaite.
Hobby: wędkarstwo, żeglarstwo, fotografia i leśne wędrówki.
Książki: „Nocne połowy ryb”, PWRiL 1989, „Zanim wyruszysz, czyli coś o survivalu”, Dom Wydawniczy Bellona 1996, artykuły o wędkowaniu i o survivalu, opowiadania wędkarskie (w przygotowaniu).
Od kilku lat związany z witryną Internetową „Rybie Oko” i Klubem Wędkujących Internautów.
VIII
Ogromna, czerwona kula unosiła się nad horyzontem. Powierzchnia rzeki parowała. Niziutko przesuwały się czerwonawe mgiełki. Basowy pomruk wibrował w powietrzu. Dwa śmigłowce zawisły nieruchomo, potem zbliżyły się, rosły i rosły, aż przesłoniły sobą wszystko. Huk silników potężniał, stawał się trudny do wytrzymania. Wewnątrz siedzieli dziwni ludzie w srebrzystych kombinezonach. Chris zbudził się.
-Dziś mija siedmiutysięczny czterechsetny dzień Nowej Ery - oznajmił na powitanie komputer, jakby bardziej uroczystym głosem. - Miłego dnia, Chris.
Chris skończył śniadanie i popijał kawę. Śniadanie wyjął jak zwykle ze skrzynki. Odkąd przeszedł na poziom szósty, ani razu nie był w jadalni. Wolał zamawiać posiłki do domu. W ten sposób mógł wybierać pomiędzy rozmaitymi ofertami, zamiast brać z lady co popadnie, jak to robił kiedyś. Prawdę mówiąc niewiele zyskiwał na tym. Najczęściej nie wiedział, co kryje się pod nieznaną nazwą. Przedtem wybierał dania "na oko", sugerując się ich wyglądem, teraz pozwalał składać komputerowi propozycje. Ale zawsze stanowiło to jakąś odmianę, poza tym mógł określić, czy woli danie zimne, czy gorące. Czasem życzył sobie czegoś "retro". Tym razem na śniadanie zjadł okrągłe placuszki. Były ciepłe, trzeszczące w zębach i nadziane czymś kwaskowatym w środku.
"A więc minęło już prawie pięćdziesiąt dni od wakacji" - pomyślał, przypominając sobie domek nad morzem, podwodne przygody, żeglarskie popisy Henryka, a także safari. Zerknął na rogi wiszące nad kominkiem. "Pięćdziesiąt dni" - westchnął. Cały ten czas poświęcił rozwiązywaniom problemowych testów. Jedynym urozmaiceniem były spacery po "tamtej stronie", jak je sobie nazwał, no i Kid. Mimo woli przypomniał sobie ostatnią wycieczkę i morderstwo, którego byli świadkami. Wzdrygnął się. Nie chciał o tym myśleć, wolałby o tym zapomnieć, ale to nie było takie proste. Nie potrafił. Przerażenie i bezsilność - oto co czuł wtedy, gdy powstrzymany kurczowym chwytem drobnej dłoni Kida cofnął się i schował za pojemnikami. Te uczucia towarzyszyły mu podczas pośpiesznego powrotu i nie opuściły go do dziś. Nie potrafił się od nich uwolnić. Próbował uciec od tych strasznych przeżyć, ucząc się intensywnie, czasem mu się to udawało, wystarczało jednak, aby skończył rozwiązywać testowe zadanie i znów tamta okropna scena pojawiała się mu przed oczami. Wracała natrętnie tak, jak ten niezrozumiały, koszmarny sen. Nawet częściej. Chris nie mógł pogodzić się z tym, że wszystko toczy się jak dawniej, tak jakby właściwie nic szczególnego nie zaszło. Cóż jednak miał robić?
Aby oderwać się od tych natręctw spróbował skupić się nad tym, co usłyszał na powitanie.
Zwykła, codzienna, banalna informacja - oto rozpoczyna się kolejny dzień. Co oznacza siedmiutysięczny czterechsetny dzień Nowej Ery? Dlaczego ton głosu był uroczysty? Może zdawało mu się? Jakiż to powód? To, że ostatnie dwie cyfry są zerami, nie było przecież niczym szczególnym? Nonsens. Za kolejne sześćset dni będzie równe osiem tysięcy, no to co? Też nic. Czy się coś z tego powodu zmieni? Być może awansuje, być może będzie wtedy na siódmym poziomie, może dadzą mu jakąś pracę, ale to nie wyniknie przecież z okrągłej daty! Nowa Era... Za dwa tysiące sześćset dni nastąpi kolejne zerowanie, drugie od Wielkiego Wydarzenia, które zapoczątkowało Nową Erę. No i co z tego?
Pod wpływem tych refleksji, a może mimo wszystko z powodu bardziej uroczystego powitania, Chris postanowił spędzić ten "okrągły" dzień inaczej. W końcu znalazł pretekst, by odstawić testy i poszperać trochę w encyklopedii. Zapragnął dowiedzieć się czegoś o czasach poprzedzających Wielkie Wydarzenie. Z zapałem zabrał się do poszukiwań. Od razu napotkał trudności, jak zwykle, kiedy nie wiedział dokładnie, jak nazwać to, czego szukał. Od czego zacząć? Zapytał o Wielkie Wydarzenie. Rozległ się dźwięk, jakby frazy hymnu, a potem męski głos powiedział patetycznym tonem:
- Witaj w siedmiutysięcznym czterechsetnym dniu Nowej Ery. Masz szczęście żyć w czasach powszechnego pokoju i dobrobytu. Ciesz się. Oto minęło już siedemnaście tysięcy czterysta dni od ostatecznego zwycięstwa nad wszelakim złem panującym na Ziemi. Siedemnaście tysięcy czterysta dni tryumfu rozumu ludzkiego. Już siedemnaście tysięcy czterysta dni przeszło od zaprowadzenia nowego ładu społecznego, opartego na racjonalności, wzajemnym poszanowaniu i odrzuceniu przemocy. Siedemnaście tysięcy czterysta dni temu ludzkość pokonała wreszcie dręczące ją upiory. Raz na zawsze, dzięki rozumowi, człowiek wyzwolił się z jarzma pętających go ciemnych demonów. Wyzbył się wszelkich popędów i negatywnych emocji. Zapanował Nowy Ład i trwać będzie wiecznie.
Chris nie wiedział, jak przerwać to przemówienie, ale na szczęście głos zamilkł i zrobiło się cicho. Dziwne, został zasypany lawiną słów i właściwie nie dowiedział się niczego. Dalej nie wiedział, czym było to całe Wielkie Wydarzenie ani kto zaprowadził Nowy Ład. Nie było również mowy o tym, jak ten Nowy Ład zaprowadzono i jakich to cudów dokonano, aby "wyzwolić rozum ludzki" i pozbyć się "dręczących ciemnych sił i upiorów". Znów przypomniał sobie morderstwo, którego był świadkiem. Coś tu się nie zgadzało.
Postanowił wyjaśnić zagadkę inaczej. Przywołał kalendarz, nastawił datę na trzydzieści tysięcy dni wstecz i uruchomił. Okienko podręcznego ekranu zamigotało. W mgnieniu oka przemknęły cyfry i obrazy. Potem nagle wszystko zatrzymało się, ekran zgasł i pojawił się napis-ostrzeżenie, że będzie stosowana inna jednostka czasu. Chris niecierpliwie uruchomił ponownie kalendarz. Ekran znowu ożył, ponownie pojawiały się i znikały rozmaite sceny, jednak wolniej. Skoki pomiędzy chwilowymi obrazami stały się wolniejsze na tyle, że prawie można było rozpoznawać to, co przedstawiały. Wreszcie ekran uspokoił się i przestał migotać. Chris zobaczył miłą, uśmiechniętą twarz dziewczyny, która powiedziała:
- Jest niedziela, dwudziestego stycznia dwa tysiące piętnastego roku. Właśnie minęła siódma zero zero czasu środkowoeuropejskiego. Imieniny obchodzą Fabian i Sebastian. Wszystkiego najlepszego! Nad Europą umocnił się rozległy wyż. Mamy słoneczną, lecz mroźną pogodę, tylko na Wyspach Brytyjskich niebo jest zachmurzone, a temperatura bliska zeru. Na Bałkanach i w południowej części Półwyspu Iberyjskiego temperatura przekracza dziesięć stopni. W rejonie Alp spodziewane są zamiecie i burze śnieżne. Kierowcom zmierzającym w tamte strony zalecamy szczególną ostrożność. Na Półwyspie Skandynawskim i w środkowej części kontynentu panują tęgie mrozy. Zziębniętych zapraszamy do Grecji - uśmiechnęła się. - Słoneczna pogoda sprzyja dobremu samopoczuciu. Podajemy wiadomości.
Już ta porcja informacji dotycząca pogody szokowała. Nie chodziło o inną rachubę czasu, mniejsza z tym. Co innego uderzyło Chrisa. Szczegółowy opis pogody świadczył o zależności ludzi żyjących w tamtych czasach od warunków atmosferycznych. Głosik wyrecytował dalej najważniejsze wydarzenia. Ekran wyświetlał zmieniające się sceny. Kolejno pojawiło się kilku komentatorów, każdy z nich coś tłumaczył, ale Chris niewiele z tego rozumiał. Oto ktoś z kimś zawarł jakieś porozumienie, ktoś inny z kimś innym nie potrafił się porozumieć. Gdzie indziej znowu jakieś ustalenia nie zostały dotrzymane i spowodowało to zamieszki. Chris zobaczył tłum wzburzonych ludzi. Krzyczeli i rzucali kamieniami. "Skomplikowane to wszystko" - westchnął. Potem dowiedział się o oskarżeniu któregoś z dalekowschodnich koncernów o nielegalną sprzedaż urządzeń elektronicznych do strefy arabskiej oraz że było to pogwałceniem nałożonego na te towary embarga.
- Same niezrozumiałe terminy - mruknął. Później jeszcze zobaczył skutki wybuchu bomby w centrum Paryża. Znów pojawiły się gadające twarze. Komentatorzy próbowali ustalić, jakie ugrupowanie terrorystyczne było odpowiedzialne za tę masakrę. Najpierw nikt się nie przyznał, a potem aż dwie grupy terrorystów. Jedna nazywała się "Bojownicy Czerwonego Wschodu", a druga "Front Wyzwolenia Ziemi - Frakcja Radykalna". Chris nie mógł pojąć, jak ktoś w ogóle mógł się dopuścić takiej zbrodni. Następnie dowiedział się o aresztowaniu jakiegoś Wiaczesława, oraz że jest on prawdopodobnie łącznikiem mafii rosyjskiej. Znowu "mędrcy" snuli wywody o wszechpotędze tej mafii oraz o jej powiązaniach z czołowymi politykami i światem biznesu. Przy okazji nadmienili o powszechnej korupcji.
Kompletnie zdezorientowany Chris ledwie zapamiętawszy kilka terminów wyłączył kalendarz i wrócił do encyklopedii. Zaczął cierpliwie odszukiwać zapamiętane hasła i dokopywać się do ich znaczeń. Brnął w ten sposób coraz dalej w gąszcz niezrozumiałych określeń i ani spostrzegł, gdy minęło mu całe przedpołudnie. Poczuł głód i zaprzestał dalszych poszukiwań. W głowie miał kompletny zamęt. Zdążył przyswoić sobie mnóstwo nieznanych dotąd terminów. Obejrzał na ekranie nieprzebraną ilość rozmaitych, dziś już nieużywanych przedmiotów, nawet zapamiętał nazwy niektórych. Wykonał gigantyczną pracę, ale nadal nic nie rozumiał. Nie dowiedział się ani czym było owe Wielkie Wydarzenie, ani na czym polega Nowy Ład i co zrobiono, aby dzisiejsze życie uczynić tak odmiennym od tego sprzed trzydziestu kilku tysięcy dni. Sama zmiana sposobu rachuby czasu też była intrygująca - dlaczego ją zmieniono?
Różnice pomiędzy życiem ludzi z minionych czasów a jego własnym były olbrzymie. Rzeczywiście, obecnie panował spokój i porządek. Nie było takiego ogromnego, porażającego wręcz zamieszania. Oto siedzi sobie wygodnie przed komputerem, stara się wyjaśnić interesujące zagadki. Nie obchodzi go pogoda, zresztą w każdej chwili, gdy zechce, może ją zmienić, przynajmniej wizualnie. Za chwilę zamówi sobie obiad. Tak, rzeczywiście żyje się łatwo. Nic złego nie dzieje się, żadne nieszczęście nie może go spotkać. Nie grożą mu żadne niebezpieczeństwa. Nie ma katastrof, trzęsień ziemi, bandytów. Jest bezpieczny, w każdej chwili może...
Nagle - ta myśl była uderzająca - uświadomił sobie na czym polega podstawowa różnica. Komputer wymienił na powitanie datę i życzył miłego dnia. Wywołany z kalendarza dzień rozpoczynał się całym zalewem informacji, od pogody po rozmaite wydarzenia. Czy świadczyło to tylko o panującym wówczas chaosie? A może... może teraz nie podaje się żadnych informacji? Tak, to niemożliwe, aby nic się nie działo! A morderstwo, którego był świadkiem?!
Chris przestał jeść. Tak, to było to. Zaniechano informacji! Uznano, że są niepotrzebne, a może szkodliwe? Zebrał ze stołu naczynia z niedokończonym obiadem i wrzucił wszystko do skrzynki na odpady. Poczuł wielką potrzebę pogadania z kimś na ten temat. Ale z kim? Z komputerem? "Henryk! Muszę zobaczyć się z Henrykiem!" - nagle postanowił. Nie widział go od powrotu z safari i od dawna miał zamiar odwiedzić przyjaciela. Wciąż jednak był pochłonięty rozwiązywaniem testów.
Wywołał Henryka. W okienku ukazała się znajoma, uśmiechnięta twarz.
- Cześć, Chris! Fajno, że odezwałeś się. Właśnie pięć dni temu awansowałem na siódemkę i dostałem zajęcie. Możesz mi gratulować. A co u ciebie?
Chris pogratulował przyjacielowi i począł dzielić się z nim swoimi przemyśleniami.
- Zaraz, nic z tego nie rozumiem - rzekł Henryk. - Wiesz co? Wpadnij do mnie. Pokażę ci, czym się teraz zajmuję.
Chris wybrał w windzie tabliczkę z numerem Henryka i dotknął jej pierścieniem. Po chwili stanął w progu jego mieszkania i... zdumiał się. Henryk całkowicie zmienił wnętrze.
- Wejdź proszę. - Henryk uścisnął przyjaciela. - Siadaj.
Chris usiadł na wskazanym fotelu i z miejsca zapomniał, po co właściwie przyszedł. Bo atmosfera Henrykowego mieszkania była szczególna. W całym pokoju był półmrok. Było tak ciemno, że Chris ledwo rozpoznawał zarysy najbliższych przedmiotów. Gdzieś z przodu, na wprost siedzących, ćmiła rubinowa poświata.
- No, jak ci się podoba? - spytał Henryk.
- Niewiele widzę - odparł Chris. - Strasznie tu ciemno, jak... w lochu.
Henryk roześmiał się. Przesunął prawą ręką. Rubinowa zorza rozjarzyła się i rozpełzła po ścianach, które zabarwiły się na czerwono. Chris dostrzegł, że znajdują się w skalnej grocie. Ze stropu zwisały długie stalagmity, z których miarowo skapywała woda: kap, kap, kap. Obejrzał się. Drzwi oczywiście zniknęły, to go nie zdziwiło. Za plecami miał chropowatą, szorstką ścianę, po której pełgały czerwonawe światła. Spostrzegł tajemnicze znaki, które układały się w dziwaczny napis. Wyglądały tak, jakby ktoś okopcił w tym miejscu czymś ścianę. Spojrzał w górę. Tuż nad nimi wisiały skalne sople, na szczęście nic po nich nie ściekało. Strop pokrywało za to splątane kłębowisko pajęczyn.
- Jak ci się u mnie podoba? - spytał Henryk.
- Średnio. Zawsze miałeś dziwaczne pomysły. Czyżby taka atmosfera sprzyjała twoim nowym zajęciom? - Chris nie mógł powstrzymać się od ironii.
- To są moje nowe zajęcia. Zajmuję się wizualizacją przestrzeni. Oprócz tego dalej studiuję. Dostałem nowy komputer. Profesjonalny. Zobacz.
Znów coś tam pomajstrował. Rubinowe światło rozjarzyło się jeszcze bardziej. Migotało. Wyglądało jak odblask odległego ogniska. Chris dostrzegł, że jaskinia ciągnie się długim korytarzem, który lekko opada w dół. Dalej korytarzyk rozszerzał się.
- Zajrzyjmy tam - powiedział Henryk i obraz przybliżył się tak, jakby uszli kilkanaście kroków. Korytarz zamienił się w wielką, podziemną salę, całą zalaną czerwonym światłem płynącym gdzieś z dołu. Przed sobą dostrzegli nieruchomą taflę - podziemne jezioro, Światło płynęło spod powierzchni wody. Na lewo, na niewielkim podwyższeniu pod ścianą, Chris dostrzegł łoże usłane białym, puszystym materiałem, a na nim jasnowłosą dziewczynkę. Spała. Raptem usłyszeli kroki. Gdzieś z boku musiały tam być ukryte drzwi lub inny korytarzyk, wyszedł wysoki, zgrabny młodzieniec w lśniącej, czarnej zbroi. Śmiałym krokiem zbliżał się do śpiącej dziewczynki. Wtem pojaśniało. Powierzchnia wody wzburzyła się mnóstwem bąbelków, które ulatywały z sykiem. Buchnęła para. Młodzieniec przystanął na moment, spojrzał na wodę i przyspieszył kroku. Powierzchnia wody pękła nagle i ukazała się straszliwa, zębata paszcza potwora. Smok prychnął ogniem, aż zabulgotała i zasyczała woda. Młodzian momentalnie uchylił się, dobył miecza. Wydawał się śmiesznie drobny i delikatny w porównaniu z bestią. Odważnie ruszył do przodu, zasłaniając sobą łoże i śpiącą dziewczynkę. Natarł na smoka. Pchnął silnie i ugodził potwora w prawe nozdrze. Smok ryknął, plunął ogniem i w jednej chwili śmiałek wyparował. Przestał istnieć. Dziewczynka nadal spała. Potwór sapnął, wynurzył się powoli i zbliżył się. Niezdarnie wypełznął na brzeg jeziora wlokąc za sobą długi, pokryty kolcami ogon. Nieproporcjonalnie małe skrzydełka, spięte jak u nietoperza błoną, przylegały do opasłych boków. Całe ciało okrywał pancerz dachówkowato ułożonych łusek. Gad wylazł ze chrzęstem, stanął na brzegu i otrząsnął wodę. Łypnął ogromnymi gałami oczu, rozejrzał się po jaskini, jeszcze raz spojrzał na dziewczynkę, po czym położył się opierając pysk na wielkich, trójpalczastych łapskach zakończonych straszliwymi pazurami. Parę razy poruszył leniwie skrzydełkami i znieruchomiał. Wydawał się pogrążony w drzemce. Wtem, gdzieś od góry, rozległ się szmer. Potwór otworzył jedno oko, ale natychmiast znów je zamknął. Szmer powtórzył się, był głośniejszy. Osypały się skalne okruszki. Smok nie reagował.
Chris spojrzał w górę i dostrzegł, jak ze skalnego sopla jeden po drugim zsuwają się po cienkiej lince maleńkie ludki. Było ich siedem. Wszyscy ubrani w jednakowe, jasnozielone stroje, bogato wyszywane złoceniami, wszyscy brodaci. Na nogach mieli pantofle o podwiniętych śmiesznie czubkach. Jeden za drugim zeskoczyli zręcznie na posadzkę i raźno pomaszerowali w kierunku śpiącej. Smok uchylił powieki. Przymrużonymi oczyma obserwował kroczące postacie i gdy śmiałkowie znaleźli się pomiędzy nim a dziewczynką, zerwał się nagle. Szybkim ruchem przydeptał dwóch pierwszych, trzech dalszych zgarnął zamaszystym majtnięciem ogona i strącił w wodę - plusnęła i nieszczęśnicy zniknęli. Pozostali dwaj zdążyli odskoczyć i truchtem rzucili się do ucieczki. Prędziutko przebierali małymi nóżkami, tylko migały podwinięte pantofelki. Smok zwinął pysk w trąbkę i dmuchnął za uciekającymi. Świsnęło. Porwani silnym podmuchem zniknęli w ciemnościach groty, po chwili słychać było, jak rozbijają się gdzieś o ścianę. Dziewczynka spała dalej.
Smok rozejrzał się z wyraźnym zadowoleniem, po czym oblizał się i podpełzł do łoża. Dziewczynka zbudziła się nagle. Usiadła. Spuściła drobne nóżki na ziemię, przetarła piąstkami oczy. Dostrzegła raptem potwora. Wyglądała na przerażoną. Zerwała się gwałtownie, tupnęła nóżką i... ryknęła straszliwie. Smok skulił się cały, przypadł do ziemi. Dziewczynka zeskoczyła na posadzkę. Smok rzucił się do ucieczki, próbował zsunąć się do wody, ale dziewczynka podbiegła i zręcznie przydeptała mu ogon. Potwór zapiszczał przeraźliwie. Uniósł się i stanął na łapach. Dziewczynka chwyciła jakiś długi, cienki przedmiot - może był to miecz porzucony przez młodzieńca? - i dźgnęła w opasłe podbrzusze. Potwór wydał z siebie dziwny, skomlący pisk, po czym zaczął puchnąć. Rósł w oczach i pęczniał. Robił się coraz większy i większy, przesłaniał sobą wszystko. Pękł nagle z ogłuszającym hukiem. Silny podmuch postrącał ze stropu stalaktyty. Ściany zarysowały się i pękły. W jednej chwili jaskinia rozleciała się. Obróciła się w gruzowisko. Wszystko zakrył skalny pył, a gdy opadł, w powietrzu unosił się rój kolorowych motyli. Były ich tysiące, wielkich i malutkich, żółtych, czarno-czerwonych, lazurowych i białych. Trzepotały, wirowały, tańczyły w powietrzu.
- Jak ci się podobało? - spytał Henryk.
Chris nic nie odpowiedział, był pod wrażeniem.
- Właśnie na tym polega moja nowa praca. Wymyślam różne postacie, układam rozmaite historyjki i kreuję je. Pamiętasz wakacje? Widzisz, teraz i ja potrafię zrobić coś takiego.
Chris pamiętał. Przypomniał sobie także, po co tu przyszedł.
- Nie rozumiem, po co robisz to wszystko? - zapytał.
- Jak to po co? To moje zajęcie. Lubię je. Czy musi być inne uzasadnienie? Znasz lepsze?
Chris nie odpowiedział. Rzeczywiście możliwości zabawy były przeogromne.
Podwórko
Byłem wyrostkiem, a ono miało kształt ślepej kiszki,
przemierzanej przez nas bez butów i skarpet. Bose stopy
rozgniatały porozrzucane wkoło, jak pieprz
wysuszone ptasie odchody, które braliśmy pod lupę
słońca i oglądaliśmy linie papilarne naszych pięt,
udając fachowców od daktyloskopii.
Przy drzwiach po prawej mierzwiła się samorodna
piaskownica. Na wilgotnym od deszczu piachu zostawały
ekslibrisy z kurzych i kocich łapek. Z lewej dostępu broniła
nieotynkowana ściana stajni sąsiadów, która nam służyła
za bramkę. To tutaj graliśmy w jedynki i trenowaliśmy strzały
w okienka z ceglanych spojeń. Obok garbiła się zamknięta
na drewniany skobel komórka. Nie miałem odwagi,
żeby sprawdzić, co ukrywa. Odstraszała wonią piżma,
które kojarzyło mi się z nadużywającymi perfum kobietami
w wieku babci.
Całość, wyściełana czółenkami kory, była domknięta
barykadą z wysuszonych starością pniaków. Stały tu bezużytecznie
odkąd w okolicy pojawiło się centralne ogrzewanie i gaz.
Tuż przy nich kiwały się krzewy agrestu, które ostatnio miałem
na wysokości oczu. Teraz ledwo sięgały pasa. Płot chylił się
ku upadkowi. Swoich wymiarów nie straciło jedynie pole widzenia.
Mamo
Przed wyjazdem ciągle powtarzałaś: trzymaj się
z dala od rękoczynów i nie uciekaj
do przemocy. Uczyłaś, jak się uniezależnić
od nałogów. A teraz? Jest mnóstwo żółci - w środku
i na tkaninie dłoni: od nikotyny, od pomarańczowych
skórek. Dziękuję za te skarpetki z wkładkami
aluminiowymi do turystyki górskiej. Wędruję w nich
po nowym mieszkaniu. Tu zdobywa się szczyt po szczypcie,
gromadzi przedmiot za podmiotem. Ursynów jest pełen
facetów spacerujących z psem i puszką piwa, czasem setką
pomysłów na rozpoczynający się dzień (jutro będzie jeden
mniej). Chciałbym ci jeszcze opowiedzieć o blasku latarń,
bladym jak absyntowe źrenice ulicznic Toulouse-Lautreca,
lecz to zbyt skomplikowane. Koszulkę z revlonu wziąłem
sobie do spania. Nigdy jej nie przewracam. Raz
śnię na prawej, raz na lewej stronie. I tak jest wygodniej.
Wierszyk szkolny
Dzieciaki z młodszych roczników zgrabnie rytmizują
przestrzeń szkolnego dziedzińca. Drzemiąca dozorczyni
na migi tłumaczy swoje sny. Chłopcy z siódmej b
właśnie ruszyli z piłeczką tenisową na podbój
piłkarskiego boiska. Ja z kumplami i kilka fajnych babek
wiecujemy w piaskownicy. Nagle jak spod ziemi wyrasta
waryński i wysoko się prężąc, rozkopuje osiedlowe
podwórko. Obrotami diesla mamrocze, że to z polecenia
jakiejś pięciolatki. Takie były te chwile: zgubne dla nas
jak drzewa dla liści jesienią. Po lekcjach, żeby zabić
nudę, z narażeniem życia usiłowaliśmy grać na podkładach
kolejowych w klasy. Wszystko z czerwonej cegły, co mogło
być starsze niż my, na wszelki wypadek ochrzciliśmy:
poniemieckie. I ten nasz powrót na skróty: zjawiamy się
wiecznie spóźnieni. Z resztkami andrutów w ustach,
przyklejonymi do podniebień jak komunia, i smutkiem,
którego nie udało się utopić w ciemnym piwie.
Ptaszek (na podstawie C. Saury)
Widzisz? Wystarczy zasłonić ptaka i od razu cały obraz
przestaje skrywać tajemnicę. Wuj umiejętnie zwodował
palec wskazujący w miejscu, gdzie na reprodukcji Breugla
rysowały się skrzydła, skazując Manu na kilka sekund
zawieszenia wzroku. Wyrok zapadł w momencie, kiedy
chłopcu udało się podzielić uwagę między doskonałość
postaci z dzieł klasyków a klasycznie doskonałą sylwetkę
kuzynki Fuensanty (tej jego ptaszyny, którą nadal smakował
w myślach, trawiony własną tajemnicą). Zapalmy światło,
bo półmrok rozprasza kolory. Imaginacje pryskały ostrożnie
jak pierwsze krople wody podczas porannych toalet. Wczoraj
po śniadaniu udało mu się wsunąć do ust pestkę z resztkami
jej brzoskwini. Później gonili się bez tchu aż na dach, pełen
suszących się prześcieradeł, które wisząc równo, rzędami,
były dla nich jak warstwy biszkopta w tortach stryja Ernesto,
pośród których pyszniło się słodkie nadzienie z półnagich
cieni. Zwierzali się sobie, przysięgali na krzyże sterczących
w dali wież kościoła i wierzyli w to, że mapy ich wnętrz są
uwiecznione na obwodzie tęczówek jak godziny na tarczy
zegara. Łzy na pogrzebie dziadka wywołał przyjazd rodziców.
Moja druga połowa jest kotem
Pomieszczenia pomieszkań: szczękające zamki,
gdy zęby kluczy próbują się dopasować, i wejścia
w domy jak w dym, żeby natychmiast zaciągnąć
rolety dla podtrzymania czynszowego spokoju.
Porowate ściany absorbują w całości. Bezruch
kosztuje nas zbyt wiele, więc dotykiem na styku
subkultur ciał wplatamy się w siebie jak nitki
spotykających się autostrad. Szukając przyjaźni
gubimy orientację, bo jedyny wspólny mianownik
to jazz w wykonaniu faceta z ustnikiem w ustach
zamiast zębów. Chet podbija membrany i serce,
lecz niedługo się skończy, wtedy wniknę w miasto
ponownie, odbezpieczę się. Ulice przeprowadzą
swoje nieme śledztwo bez szemrania, oślepi mnie
inwigilacja samochodowych halogenów. Resztki
nocy i opary spalin skondensują się nad arterią
w smog z historii, w której nic nie broni się samo.
Mariusz Appel -
"Kotochwile" Mamiko
Urodzony w 1989 roku, student Uniwersytetu Jagiellońskiego. Publikował w
"Opcjach", "Akcencie", "Kozimrynku" i "Esensji". Członek Stowarzyszenia
Literackiego Erynie. Redaktor działu poezji w czasopiśmie internetowym
"sZAFa".
Książka Mateusza Witkowskiego została wydana w kwietniu 2010 roku.
humanizm
tak to się właśnie kończy:
łapczywość wyciągniętych dłoni
kontra nieuchronność sufitu
firmamentu nieuchronność
wiemy już dobrze
choć na razie
nie mówimy o tym głośno:
wszystkie resztki z ostatniej wieczerzy
zjadły już przed nami jakieś psy
eliasz
bar miś
mekka niedożywionych studentów
cały tonie w plastikowych kwiatach
jest już grubo po siódmej
robi się coraz szczuplej przed ósmą
pijany siedzi przy stole
i równie pijaną frazą
mówi:
„to ja jestem prorokiem tego świata”
a najgorsze jest to
że może mieć rację
telefon
telefon dzwoni
telefon a nie ty
dzwoni
martwy jesienin
ian curtis
jim morrison
wszyscy moi herosi
na emeryturze
niczym niewierna kochanka
stroją sobie ze mnie żarty
samym brzmieniem głosu
w tej samej chwili gdzieś ktoś
robi w tobie kolejną dziurę
i wyjmuje z twojego boku
zwilgotniałe palce
bo ty też masz
dryg do żartów
kochanie
WITKOWSKI Mateusz.
Brzydkie wiersze Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2010. (Poezja polska). ISBN 978-83-60224-50-2
BIO
Rocznik 1984. Mieszka w Gdańsku. Poeta, muzyk. Wydał tom wierszy "Przeprawa” (2008) oraz "Eine Kleine Todesmusik” (2009). W przeszłości muzyk na ulicach Liverpoolu. Obecnie członek zespołu Trupa Trupa. Zgłoszony do Paszportów Polityki (2009). Laureat Nagrody Miasta Gdańska dla Młodych Twórców (2009). Stypendysta Fundacji Grazella (2009). Stypendysta Miasta Gdańska (2010). Laureat ogólnopolskich nagród poetyckich (m.in. Władysława Broniewskiego, Witolda Gombrowicza, Złoty Środek Poezji). Dwukrotnie nominowany przez Gazetę Wyborczą do nagrody Sztorm Roku (2008, 2009). Nominowany do nagrody Splendor Gedanensis (2009). Publikował m.in. w Tygodniku Powszechnym, Gazecie Wyborczej, Dzienniku, Lampie, Dwutygodniku, Toposie i Odrze.
sprawcy
zabili im dziecko
ale mieli wciąż swoje ciała
zdjęli z siebie ubrania
i zaczęli się kochać
będą mieć nowe dziecko
mocno w to wierzą
ich ruchy są rytmiczne
są czystą energią
ich ruchy są rytmiczne
są czystym spalaniem
Alfa i Omega
Diter i Uve
sprawcy pogrzebów i wojen
słońca
w sobotnie poranki
wsiadali na rowery
matka zakładała na ich głowy akwaria
i jechali do lasu
by ciosać drzewa
pewnego dnia zaparł się ojca
i nie założył na głowę akwarium
bo w jego życiu pojawiła się kobieta
w piwnicy na półce opalizują
atrybuty ich dawnej miłości:
dwa zakurzone akwaria
dwa dłuta
dwie siekiery
i dwa drewniane słońca
kwilenie
wystawili trumnę przed dom:
była wyściełana różowym płótnem
i wyglądała jak magnolia
i robili sobie z nią zdjęcia
nie było płaczu ani much
ktoś puścił arię śpiewaną przez Enrica Caruso
a kiedy zaszło słońce i zrobiło się całkiem ciemno
zapalili lampiony i zawiesili je na drzewach
a potem wyjęli z trumny ciało i zaczęli z nim tańczyć
jego żona jak zwykle nadeptywała mu na nogi
i powiedziała z wyrzutem i z przejęciem:
czemu nam to zrobiłeś
jak mogłeś
jak mogłeś
a on jej odpowiedział:
umarłem abyście znowu mogli w coś wierzyć
wasza nabożna radość i zabawa
to dla mnie największe wynagrodzenie
za godziny w których słabł mi puls
i słyszałem wasze kwilenie
KWIATKOWSKI Grzegorz.
"OSŁABIĆ". Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2010. (Poezja polska)
ISBN 978-83-60224-57-1
Olgerd Dziechciarz, poeta, prozaik, felietonista. Opublikował kilkanaście książek, ostatnio: "Miasto Odorków" (opowiadania, wydawnictwo AMEA ) i "Galeria Humbug" (wiersze, wydawnictwo NEON).
Galeria Literacka przy BWA Olkusz, spotkanie z Olgerdem Dziechciarzem, autorem "poMazańca" - 21. V.
21 maja 2010 r.
Galeria Sztuki Współczesnej BWA Olkusz, ul. Szpitalna 32, godz. 18.00
Galeria Literacka przy Galerii Sztuki Współczesnej Biuro Wystaw Artystycznych w Olkuszu zaprasza na spotkanie z pisarzem Olgerdem Dziechciarzem, które będzie poświęcone jego najnowszej książce "poMazaniec" (Mamiko 2009).
Fragmenty książki "poMazaniec", wyd. Mamiko, Nowa Ruda 2009
Studnia
Wnętrzności ziemi, jeśli są jakieś wnętrzności, są zanurzone w wodzie. Woda jest gładka, spokojna. Dziewczyny nie powinny przeglądać się w studniach, ale my jesteśmy chłopcami, więc nam wolno. Korzystamy z tego pozwolenia. Dwa czarne popiersia wykrojone w srebrnej tafli. Krzyczymy. Zdeformowane słowa wracają ze spuszczoną głową. Duży kamień niszczy wszystko. Ale wszystko wraca. Studnie są nieśmiertelne. Cisza, jaka w nich panuje, obezwładnia. Chciałoby się wskoczyć do środka, zobaczyć co jest głębiej. Bo głębiej musi być COŚ!
Bobo
Nie wiem, jak wygląda, ale wiem, gdzie mieszka - w piwnicach, na strychach, pod korzeniami drzew. Jeśli zamknę oczy i skupię się, to przez moment widzę czeluść, a w niej coś dużego, tłustego. To coś się przesuwa, skrada, mlaska, pochrząkuje, ma czerwone źrenice niczym wściekły pies. Jest groźne, choć nie wiem, na czym jego groza polega. Bobo nie ma stałych zajęć, nie wychodzi z miejsc, w których żyje. Do czego służy? Z tego, co sobie przypominam, służy głównie do straszenia takich dzieci jak ja. Dobrze wypełnia swoją rolę, bo się go boję. Kiedy idę po ziemniaki do piwnicy i schodzę po kamiennych stopniach, nigdy nie wiem, czy wrócę. A jeśli coś mi się stanie, na przykład zniknę, zostanie tylko wiadro do połowy wypełnione kiełkującymi już kartoflami? Najgorszy jest moment, w którym muszę się odwrócić, a potem pierwszy, drugi stopień; i ostatni, kiedy już jestem prawie u celu... Zatrzaskuję drzwi do piwnicy, wkładam patyk, żeby je zamknąć (nie ma skobla). Ciekawe, czym się Bobo żywi, skoro mnie nie zjadło; nie ubywa też ziemniaków z pryzmy ani stojących na półce słoików z przetworami.
Bóg
Wisi nad drzwiami. Jest umocowany na krzyżu. W Jego twarzy jest tyle bólu, że nie mogę na Niego patrzeć. Ale czasami patrzę. Jest mi Go wtedy bardzo żal. Zastanawiałem się nawet, czy Go nie oderwać od tego krzyża, ale chyba tak nie wolno robić. To musi być strasznie niewygodnie tak wisieć przybitym za dłonie i stopy. Kiedyś stanąłem niechcący na desce z gwoździem. Zardzewiały gwóźdź przebił podeszwę trampka, potem stopę - i wyszedł wierzchem buta. Bardzo mnie bolało. Zostawiałem za sobą krwawe ślady.
Podobno On umarł za mnie. To ładnie z Jego strony, ale wcale Go o to nie prosiłem. I chyba bym nie poprosił, bo teraz czuję się winny. A może właśnie o to w tym chodzi?
Fragmenty książki "poMazaniec", wyd. Mamiko, Nowa Ruda 2009
czerwcowy świt
poranna zorza nad lasem
blednie szarzeje zaczyna
ustępować niewidocznemu
jeszcze słońcu
z rzednącej mgły na łące
wyłaniają się rozkraczone
krzewy i wysmukłe brzozy
zza nich wychodzi ojciec
z wędkami w ręce
(pamiętam te czeskie klejonki)
krępa sylwetka krok pewny
jak zwykle
lekko pochylona głowa
widać że zamyślony
zamykam oczy
słyszę ptasi koncert
Październik 2007
nowy dzień
upstrzony srebrem
bezkres rozlanego granatu
pomału blednie
gwiazdy oddalają się
toną w otchłani kosmosu
maleją tracą blask
nad lasem
horyzont szarzeje
by za chwilę
zaświecić jaskrawym różem
porysowanym pasmami
fioletu
malarska impresja świtu
w słyszalnej ciszy
przerwana nagle
ogromną pomarańczową
kulą słońca
i hałaśliwą radością ptasią
czerwiec 2007
Bory Tucholskie
Za tę ziemię mężczyźni bez
strachu umierali, zabierając
z sobą obraz strzelistych sosen
i zapach piołunu, pomieszany
z macierzanką. A wokół piasek
złoty Borów. A w domach
kobiety w rozpaczy bezdennej,
bez mężów, zasmarkane, bez
ojców dzieci. Bory szumiały
im do snu o miłości kołysankę.
Do ziemi jałowej, do tych żółtych
piasków, do Borów zielonych, do Wdy
srebrnej wstęgi. Bo w korzeniach
sosen kości ojców. Dziś pnie
pachnące żywicą w ramionach,
w nocy mlekiem, w spazmach kobiety.
Jak przebiśniegi wiosenne, pierwszy
krzyk noworodków. Ta ziemia nie umrze,
ona rodzi. Na niej miłość chroniący
mężczyźni, szerokobiodre kobiety.
sierpień 2009
sulmin
piękno pól szept drzew
smak wiatru
w wieczornej ciszy
spokojny oddech
nieskończoności
nie wiesz
czy stoisz na progu
domu
czy świata
sierpień 2010
***
sierpień ciepły
jeszcze
słońcem świeci
wrotycz
siwe ostów
rozczochrane głowy
w ustach smak
pachnących wiatrem
jabłek
chłodne wieczory
gwiazdom
o jesieni szepczą
sierpień 2009
MIĘDZY EPIKUREM A EKLEZJASTĄ
„grzechy najwspanialsze” Krzysztofa J. Lesińskiego zachwycają prostotą, celnością i śmiałością ekspresji intelektualnej. Pierwszy rozdział tego tomu to pytania o sens ostateczny ludzkiego istnienia i częste (może niekiedy aż natrętne) nawiązania do gorzkiej mądrości Eklezjasty: „Wszystko to marność”. Poeta spiera się z Bogiem, z dogmatami kościelnymi, ze szlachetnymi, aczkolwiek nafaszerowanymi fałszem i pruderią hasłami typu: „człowiek to brzmi dumnie”.
Czy bóg
to filozoficzna doktryna
czy są sprawiedliwe wojny
dlaczego niewinnością pachną dzieci
- te i podobne pytania ostateczne w rodzaju: jaki sens i znaczenie ma to, że żyję małą chwilkę na tej Ziemi, gdzie przyszło mi się przez przypadek narodzić, i czy ktokolwiek kiedykolwiek po mojej śmierci będzie wiedział co mnie bolało, cieszyło, martwiło, jaki byłem samotny i jakiego znalazłem Boga? – stanowią oś tematyczną i problemową pierwszej części zatytułowanej „Wciąż idę”.
Poecie bliska jest myśl zawarta w religiach Dalekiego Wschodu, gdy na te egzystencjalne rozterki znajduje taką oto eschatologiczną odpowiedź :
WIARA
trzeba
utracić tożsamość
rozpłynąć się
w bezmiernej otchłani
oceanu czasu
żeby uzyskać
spokój
i nieśmiertelność
anonimową
W drugiej części znajdujemy wiersze (niekiedy bardzo piękne) głoszące pochwałę ziemskiej miłości, kobiecego ciała, miłosnego aktu, erotycznego zespolenia. Ukoronowaniem tej części jest „Litania”, wiersz-perełka, w polskiej erotyce nie znajdujący sobie równego, bo z jednej strony bardzo śmiały, wręcz wydawałoby się fizjologiczny i ekshibicjonistyczny, a jednak nie przekraczający granicy dobrego smaku, zachowujący walor liryczny.
Apostrofa:„najsłodszy nasz grzechu/ zmiłuj się nad nami” przypomina liryczno-erotyczne zaklęcia z wierszy Marii Pawlikowskiej –Jasnorzewskiej, wspaniałej poetki opiewającej również wartość cielesnych uniesień.
Poetyckim dopełnieniem zbioru są utwory zamieszczone w trzeciej części zbioru i zainspirowane pięknem przyrody „małej ojczyzny” Lesińskiego, umiejscowionej na Kaszubach, gdzie autor ma dom w Sulminie i gdzie mnie też gościł w czerwcu 2010. Nie tylko dlatego, że tam byłem i nalewki gospodarza rzadkiej smakowitości piłem - mogę docenić wyborność takiego oto drobiazgu poetyckiego:
SULMIN
piękno pól szept drzew
smak wiatru
w wieczornej ciszy
spokojny oddech
nieskończoności
nie wiesz
czy stoisz na progu
domu
czy wszechświata
Ten ostatni dział wierszy poświęconych ziemi, niebu, gwiazdom, dębom i klonom sulmińsko-wojtalowskim (Wojtal to druga mała ojczyzna Lesińskiego znajdująca się w Borach Tucholskich) stanowi myślowo - zmysłową kontrpropozycję w stosunku do postnych biadoleń Eklezjasty.
Zresztą, w ogóle liryka autora „Najwspanialszych grzechów” jest rozpięta między przeciwnymi biegunami, zbudowana na paradoksach i antynomicznych prawdach. Przyświecają jej biblijny Eklezjasta, kochający uciechy i rozkosze życia doczesnego Epikur oraz, gdzieś w tle, Wergiliusz i nasz Kochanowski, opiewający sielskie uroki natury i prowincji.
…I na tych wewnętrznych sprzecznościach i dramatycznych wątpliwościach – nieobcych nikomu kto ma wyobraźnię i wrażliwość – wyrażonych bardzo celnie i prosto zasadza się urok liryki Krzysztofa.
Józef Baran
sierpień 2010
***
Krzysztofa J. Lesińskiego znam z wierszy i z kilku rozmów telefonicznych, znam tak dobrze, że zaprzyjaźniłem się z nim na ślepo i na odległość. Potrzebę poezjowania Krzysztof poczuł, gdy mu się urodził syn, ujawniał swoje wiersze dopiero w wieku emerytalnym. Szczęśliwie znalazł mądrych doradców w Piotrze Cieleszu i Józefie Baranie.
Z jego czterech zbiorków poetyckich znam dwa późniejsze („kamień pokaleczony czasem” i „lęki niepokoje”), obydwa bardzo lubię. Jest to piękna poezja bezpośredniej ekspresji uczuć i refleksji nad własnym życiem.
„Grzechy najwspanialsze” są prawdziwą niespodzianką. Nie ma w nich poezji naiwnej, zastąpiła ją poezja, można powiedzieć uczona, kunsztowna w swoich formach, pisana w kolaboracji sztuki słowa z innymi sztukami.
Autorowi „grzechów najwspanialszych” nie marzy się „potrząsanie nowości kwiatem”, chce opowiedzieć siebie i swoją duchową istotność w zgodzie z duchem tradycji poetyckiej od antyku po czas dzisiejszy. Wzorów dla siebie szuka u poetów i poetek, których podziwia. Bezpośrednią ekspresyjność i bezpośrednią opisowość zastępują teraz wyrafinowane poetycko ekfrazy i intelektualna poezja w poezji. Ta przemiana nie kłóci się z osobową autentycznością wcześniejszych wierszy.
Henryk Bereza
wrzesień 2010
***
Bywają okresy, w których słowa zatracają swoje właściwe znaczenie. Podobnie jest z nazwami i określeniami tego, co robimy w życiu. A przecież dla każdej rzeczy i dla każdego działania można znaleźć adekwatne określenie. Słońce jest słońcem, księżyc księżycem, ziemia ziemią. Kamień, roślina, zwierzę i człowiek mają swoją funkcję. Niektórzy ludzie pozostają w wymiarach kondycji ludzkiej poddając się temu, co im zostało narzucone. Czasami starają się z tego wyzwolić, wykorzystując swoje, zdolności myślowe i manualne. Typowe jest to dla artysty, gdy tworzenie pozwala mu na określenie własnego miejsca w otaczającym go świecie.
Spotkałem takiego artystę. Nazywa się Sylwester Chłodziński. Jest rzeźbiarzem w pełni rozumienia tego słowa. Dobrze, że Krzysztof J. Lesiński zaprosił do swoich wierszy rzeźby swojego przyjaciela, Sylwestra Chłodzińskiego. Przeczytajcie wiersze Krzysztofa, obejrzyjcie rzeźby Sylwestra, nie starając się znaleźć w tym połączeniu ilustracji wizualnej lub słownej. Po prostu stańcie w tym magicznym kręgu zakreślonym przez tych dwóch artystów. Może wtedy poezja stanie się POEZJĄ a rzeźba RZEŹBĄ. To, co określił Gustaw Flaubert podróżując: „obserwować bez wartościowania, zrozumieć bez osądzania”.
Prof. Harry Stonehage
Zbiory poetyckie Krzysztofa J. Lesińskiego
zabierzcie ode mnie złe myśli - 2001
dałeś mi dar - 2002
kamień pokaleczony czasem - 2006
lęki niepokoje - 2008
pokaleczony czasem - 2009
taniec z pamięcią - 2010
grzechy najwspanialsze - 2011
Andrzej Mesjasz - Odkłamać miłość. |  |
Urodził się w 1961 r. w Świdnicy. Absolwent Zespołu Szkół Spożywczych we Wrocławiu. Był współzałożycielem klubu literackiego „Logos”, działał społecznie w poradni ds. uzależnień w Wałbrzychu. Włączał się w akcje na rzecz ochrony środowiska naturalnego. Aktywnie uczestniczył w pracach świdnickiego stowarzyszenia „Iton” i organizowanego przezeń projektu „W blasku istnienia”. Brał udział w VI i VII „Międzynarodowym Najeździe Poetów na Zamek Piastów Śląskich” w Brzegu. Uprawia krytykę teatralną i filmową. Pisze poezję, prozę i aforyzmy. Publikował na łamach „Wiadomości Świdnickich” i w antologiach „Cień serca” (MBP, Świdnica 1995). „Niech się dzieje wola słowa” (Nowa Ruda 1995), „W pogoni za ptakiem” (Świdnica 1996). „Jak przed podróżą” (Nowa Ruda 1996). „Almanach Wałbrzyski. Literatura. Fotografia”(WBP, Wałbrzych 1997), „Almanach Świdnickiej Kultury 1945 – 2000. Pegaz nad Świdnicą” (Urząd Miejski w Świdnicy, Świdnica 2001).
piszę
chcę wejść w niedoczytane
masz dobre oczy
zobacz jak w tańcu
rozcinasz przestrzeń wydobywając się
spontanicznie z zatrzaśniętej osobowości
otwórz się
proszę
autor czterech tomów wierszy : "Bloki"(1997),
"Hocki-Klocki"(2000), "Brania"(2003),
"Pukanie Ziemi"(Mamiko, grudzień 2006)
Pukanie ziemi
Wszystko co ubrało się w czas musi być święte.
Najbardziej złożone szczepy słów. Luźne stopy
metali szlachetnych z tymi co mniej. Mignięcia
ciał astralnych. Pełne kolorowych póz i radości
ciałka ludzi widzialnych. Nawet to ciche pukanie
wiatru który przed momentem poderwał z ziemi
piórko i teraz uprawia gody z oknem. Po Ziemi
przyjdzie inna ziemia. Jak co nazwiesz: tak święte.
Lecz na razie brak chóralnych tonów. Tylko pukanie
w kruchy pulpit snu słychać wyraźnie i trzeba stopy
układać w taki sposób by nie pozbawiać radości
tych jasnopiórych konstruktorów. Tego mignięcia
anielskiego. Tego zdjętego z samej góry mignięcia
które urywa się z bystrych chmur by dotknąć ziemi
która rodzi nam te wszystkie nagie owoce radości.
Strączki dzieci. Ciałka synów i córek. Ciała święte.
Czasami widzę jak na parapecie zostawiają stopy
odbite w kurzu. Jakby chciały uczulić na to pukanie
którym zapowiedzą się z kolejnym wiatrem. Pukanie
dyskretniejsze od muśnięcia ćmy albo od mignięcia
szepczącej ledwie lampy. Tu światło kłaść pod stopy.
A usta mieć pełne miodu mleka i gęstej treści ziemi.
Kiedy mamy pewność że to co krzyczało jest święte.
Bo co było kalekie wynieśliśmy z buszu i daje radości
tyle że możemy pozbywać się tych nadmiarów. Radości
i jaskrawo połyskujących jak cukier podniet. Pukanie
w szyby zawsze będzie zwiastować ciepły grad święte
deszcze i płodne pioruny. Na zakodowane mignięcia
będziemy mieć małe sprytne lusterka. Na całej ziemi
nie znajdzie się nikt obcy kto postawi tutaj swoje stopy.
Ten rewir jest przyporządkowany nam. Nasze stopy
wydeptały tu własne ścieżki i dróżki. Lukrowe radości
wykiełkowały na podlewanej naszą gorzką treścią ziemi.
Jest możliwe przyjęcie jednego rozmówcy. Znasz pukanie
stróżów i niebieskich muzykantów. Srebrzyste mignięcia
teraz tak oczywiste. Przez to że w tym czasie święte.
Sam zaplanowałeś ten ogród. Masujesz swe święte stopy
trzymając je pod poziomem dnia. I te mignięcia radości.
Kiedy dokładnie słyszysz ten szept. To pukanie ziemi.
Arkadiausz Kremza -
Pukanie ziemi Mamiko, 2006
Ewa Parma, ur.1961.
Anglistka, poetka, fanka Marillion, Karkonoszy i Czesława Miłosza.
Uważa, że bycie poetą jest jak bycie alkoholikiem: jest się nim zawsze, nawet jeśli się nie pisze - aż do chwili, gdy znów przychodzi ta przemożna ochota, by coś skrobnąć, bo przecież kto nie pisze - nie żyje...
Debiutowała w roku 1987 w "Tak i Nie". Publikowała wiersze, prozę, eseje i tłumaczenia poezji amerykańskiej poetki Lindy Nemec Foster m.in. w "Poezji", "Literaturze", "Czasie Kultury", "Śląsku", "Młodej Sztuce", „Migotaniach Przejaśnieniach”, antologii młodej poezji dolnośląskiej "Imiona istnienia"i licznych antologiach pokonkursowych. Jej wiersze przetłumaczone na język angielski znalazły się w kilku amerykańskich magazynach literackich (The Los Angeles Review , The Connecticut River Review, Artful Dodge, Mr Cogito, International Poetry Review). Wydała tomik "Tylko dla modliszek".
Wiersze z wydanego tomu:
Krzyk
Krzyczę do ciebie
każdym wierszem
tą opowieścią idioty
pełną wściekłości i wrzasku
być może nic nie znaczącą
Krzyczę do ciebie
bo żyję
i staram się dobrze oddychać
a wiersz reguluje oddech
twój mój i supernovej
z której krzyku jesteśmy
Krzyk rozpoczyna życie
i wielką namiętność
daje pewność
że jesteś chciany
i we właściwym miejscu
Krzyk jest najlepszą odpowiedzią
na ciszę cięższą niż
nagrobny kamień
i na brak słów przy rozstaniu
Milczenie jest złotem głupców
Życie jest warte krzyku
Z krzyku jesteś
i w krzyk się obrócisz
16.08.2010.
Oda do własnego kolana
czyli Kocham powroty!
Pamiętam moje kolano
z dzieciństwa
male zgrabne z pieprzykiem
wiecznie miałam je przed oczami
chowając się w trawie
kucając na nocniku
przyklękając w kościele
dotykając delikatnie
schnących zadrapań
Potem zaczęło
ginąć mi z oczu
aż całkiem zniknęło
hen daleko
pod fruwającymi falbankami
spódnic koronek pończoszek
pod wytartymi dżinsami
aż wreszcie ujrzałam je na nowo
gdy czyjaś czuła ręka
odkryła je przede mną
Na środku nadal tkwił
pieprzyk a więc
to na pewno byłam ja
- i tak samo pachniały trawy...
Maria Magdalena
z Pieskowej Skały*
Jeżeli opuszczą mnie moje diabły,
obawiam się, że ulecą z nimi moje anioły.
R.M.Rilke
Nie patrz tak na mnie natarczywie
nie oddam ci ani jednego grzechu
i nie chcę by ode mnie odeszło
siedem moich złych duchów –
każdy z nich to bliski przyjaciel
prawdziwy anioł stróż
w rozterkach zawsze przy mnie
w upadkach niezawodny
w rozpaczy niezastąpiony
Gdy wychodzę z mojej jaskini
okrywam się szczelniej włosami
- ich blask oślepia anioły
co przychodzą z wodą i chlebem
i wodzą na pokuszenie swoim
androgynicznym pięknem
Za każdym razem pytają
czy łaska już na mnie spłynęła
lecz ja wciąż nie jestem gotowa
i wybieram pocałunek mężczyzny
przy którym zapiera mi dech
- oddychaj – mówi mój anioł
- oddychaj – powtarza mój demon
23.07.2010.
*drewniana figura Marii Magdaleny z 1400r. przedstawia kobietę
o oczach Meryl Streep, okrytą płaszczem z włosów.
Campo del Cielo
1576
Pamiętam tylko deszcz
rozżarzonych skał
który spadł na nas nagle
i zastygał bryłami
żelaza na sawannie
Patrzyłeś w niebo
z zachwytem i niedowierzaniem
- nadepnąłeś mnie
przez nieuwagę
i omal nie wpadłam
prosto w ogień
co sunął za nami
Zdążyliśmy tylko wspiąć się
na najbliższe drzewo
i chwycić za ręce
a w chwilę potem
nasze twarze spłynęły
jak woskowe maski
w morze ognia
2010
Mam ją na biurku
Czeka na ciebie
Gwiazdka z Niebiańskiego Pola
żebyś przestał patrzeć
ciągle w niebo
depcząc po mnie
i nie widząc
jak codziennie wpadam
w morze ognia
bez ciebie
8.09.2010.
Powrót
Ewa Parma.
"W strefie ognia". Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2010
Marzena Orczyk-Wiczkowska
Rocznik siedemdziesiąty. Poetka, przed debiutem książkowym. Laureatka konkursów literackich i poetyckich, m.in. ogólnopolskich konkursów: im. R. Wojaczka, St. Grochowiaka, K. Ratonia, De-konstrukcje, M. Kajki, M. Hłaski, H. Snopkiewicz. Nominowana do nagrody głównej w konkursie im. J. Bierezina w 2006 r. Nagrodzona „Przepustką Literacką” przez miesięcznik „Zwierciadło” oraz Nagrodą Prezydenta Dąbrowy Górniczej za osiągnięcia w dziedzinie kultury.
Dotychczasowe publikacje: „Fraza”, „Nowe Zagłębie”, „Migotania, Przejaśnienia”, „Arkadia”, „Śląsk”, „Kursywa”, „Opozycja”, „Megalopolis”, „Neurokultura”, „Pkpzin”.
Z zawodu psycholog. Mieszka i pracuje w Dąbrowie Górniczej.
Pięć wierszy z zapowiadanego tomu:
suchy lód
tak właśnie jest na końcu: kasztan spada. parki pustoszeją. brodzisz
wśród żółto-brązowych liści. szelest w tobie jak w naczyniach połączonych.
tam brakuje, tu więcej. to samo ze słońcem. na drugiej półkuli lato,
tutaj ziemia zmyta deszczem. gładzisz czule kota i jakoś sobie płynie
ten czas, od soboty do soboty. w niedzielę tańczą. kiedy padają zmęczeni,
gubisz drogę, jak na pikniku pod wiszącą skałą, z tą różnicą,
że ty jednak wracasz, chociaż nic nie jest już takie samo.
powoli odwracają się bieguny, zmienia klimat, nastawienie.
jesteś teraz komórką w oceanie metanu. masz w sobie pamięć
przyszłych roślin, zwierząt, ludzi. obejmujesz korę drzewa, turysto, stwórco.
żywica zabarwia skórę, zostawia niezmywalny stempel. tu byłem, tam też,
w tysiącach miejsc, w których niebo pachnie mocniej, woda zapala się.
teraz tylko pogłos, martwe powidoki. widzieć wszystko to tak, jakby nagle
stracić całą świeżość. nieobecność nas konserwuje, jak suchy lód.
tetrapharmakon
bez względu na suche deski, którymi opalasz dom,
bez względu na chimerycznych bogów i czarne krawaty
ubierane w ostatnią podróż, bez względu na krótkie
i długie dystanse - nie ma śmierci. jest pałeczka w sztafecie,
ogniwo twarde, gorące. jest kwas trawiący metal i papier,
który spala się szybko. wiadomość dostarczona spartanom
to tylko czysta kartka. trzcina i trawa. sianem pachnie żłóbek.
spokojnie. spokojnie. kumaryna uśpi nas. lulilulilaj.
bez względu na śmierć, śmierci nie ma?
marilyn monroe staje przed trybunałem
pytacie mnie o te i inne sprawy. naprawdę nie wiem,
co mam wam powiedzieć, zwłaszcza, że nie żyję
od dłuższego czasu. spytajcie swoich przewodników duchowych.
nie jestem przecież żadnym filozofem, chociaż widzę więcej,
niż wam się wydaje. byłam rybką pływającą w turkusowych akwariach,
drusillą panteją, waniliową słomką, przez którą mleko smakuje lepiej
(dociekliwi zawsze będą się zastanawiać, czy słomka ma tego świadomość).
mimo wszystko czytałam klasyków. byłam nawet trochę oswojona
ze śmiercią. jak było z tą śmiercią? spójrzcie na falującą na wietrze sukienkę.
czy to nie wystarczy? jesteśmy dopóki lakier na paznokciach schnie,
szminka zostawia ślad.
pisać
pisać śliną, zostawić mokry ślad
na liściu - to bardziej trwałe.
papier schnie, marszczy się, żółknie.
zabija go czas, jak wszystkie błyskotki,
miłości i śmierci. przewracasz kolejną
kartkę, łamiesz na pół historię.
litery rozbiegają się, ulatują jak mole,
zabijane jednym klaśnięciem.
mówi się
„Płomień przeszywa krew.
Przejść na drugą stronę, obchodząc śmierć”
E.Cioran
mówi się. do ucha ścian, na wskroś weneckich luster
przez ściśnięte gardło. rozbieżnie i wspak. mówi się -
to tak, jakby ktoś zasadził w tobie drzewo.
drzewo rośnie wraz z tobą: im więcej słów wypowiadasz,
tym bardziej cię uwiera. im bardziej uwiera,
tym bardziej chcesz objąć je w sobie, potrząsnąć i złapać
dawno opadły owoc, pomarszczony jak malutka
główka złego indianina z bajki, której nie pamiętasz.
a jeśli nie pamiętasz, to tak, jakby wcale nie było
tej całej podróży, jakby nie było ciebie.
jakby mówiło się tylko dla zabawy, a nie do wyczerpania.
jakby uschły wszystkie gałęzie,
a całe źródło nagle wyparowało.
gdy nie ma źródła, nie trzeba nic obchodzić?
jeśli tak – przejść na drugą stronę oznacza:
nie mieć innego wyjścia, bo płonie w tobie ogień,
a przeznaczeniem każdego drzewa jest spłonąć.
bo utkwił w tobie gwóźdź i rysuje cię do krwi.
bo metal jest silniejszy od drewna.
bo ziemia zamienia metal w odwieczny kształt nocy.
ORCZYK-WICZKOWSKA Marzena
"Grypsy z Panoptikonu". Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2010. (Poezja polska) ISBN 978-83-60224-58-8
Aneta Nalborczyk-Wierzbicka - Inny brzeg
Aneta Nalborczyk-Wierzbicka (ur. 1971) debiutowała w 1993 roku tomikiem „Idąc piszę siebie”, rok później ukazał się arkusz poetycki „Milczenie” w klubie poetyckim działającym przy warszawskiej :”Stodole”. Laureatka kilku konkursów poetyckich regionalnych
i ogólnopolskich. Drukowała w prasie lokalnej i regionalnej.
Pochodzi z Podbeskidzia. Tam otoczona przyrodą postanowiła studiować biologię
na Uniwersytecie Warszawskim.
Od najwcześniejszych lat jej drugą wielką pasją jest malarstwo olejne, akrylowe, artystyczna aranżacja ścian. Ma na koncie kilka indywidualnych wystaw malarstwa i rysunku.
Na co dzień Kierownik filii Gminnego Ośrodka Kultury w Raszynie, gdzie od czterech lat prowadzi pracownię plastyczną dla dzieci.
Z przyjemnością ilustruje również swoje książki poetyckie ponieważ uważa, że słowa
i obrazy doskonale się w ten sposób uzupełniają.
INNE LATO
wiatr przebiega nad nami, zagląda w rękaw sukienki
ale tam już tylko mrówki i ciasno na zakrętach
rysuję na tobie zwierzęta. kota, słonia, żyrafę
a długość jej szyi przyprawia cię o zawrót głowy
powoli mijają godziny, niebo przechyla się nagle
i patrzysz na słońce z zamkniętymi oczami
to wszystko już było, dotykam twojego cienia
tam gdzie dzień zwija się w palcach i traci sens
ALCHEMIA
powietrze skrapla się. na styku
dwóch ciał drobne wrzenia
mamy czas. ramiączko na końcu
języka i dalej. gładki jedwab
tuż przy ziemi. deski
odwracamy ściany. do siebie
plecami. liczymy do dziesięciu
na granicy lotnego popiołu
w rękach pali się śnieg
DRABINA
na progu szopy noc. długo przełykaliśmy
i strach chował się w szczelinie między palcami
blisko wejścia stał warsztat stolarski na wysokości
małych twarzy wolno przebarwiały się deski
naoliwione imadło dziadka skręcało nas
od tych zapachów z podłogi, otwartych lakierów
czasami przez ściany przechodziły króliki,
tak łatwo się przewracały na mokrej trawie
między latami stawaliśmy coraz bliżej drabiny,
na strychu rósł odwrócony szerszeń. czekał
Aneta Nalborczyk-Wierzbicka - Inny brzeg. Mamiko, 2008


Pasją Arkadiusza Sanna (ur. 1959) jest pisanie. Literatura, to jego idee fixe. Pisze od 21 roku życia. W 1982 roku tygodnik Na przełaj przyznał mu w konkursie “Fragment życiorysu” III miejsce za reportaż Kanał 1980. Jego właściwy debiut nastąpił jednak w 1991 roku na łamach miesięcznika Easy Rider, gdzie ukazało się jego opowiadanie Plebejusze.
Przez 10 lat pracował jako robotnik. W 1992 roku wyjechał do Holandii, gdzie przebywał 8 lat. Zebrane tam obserwacje i doświadczenia zawarł w powieści EXODUS.
A. Sann jest autorem również dwóch zbiorów opowiadań (w tym jednego dla dzieci i młodzieży) oraz obszernej powieści z gatunku Entwicklungsroman - wszystkie te utwory są obecnie przygotowywane do druku.
Exodus - Arkadiusz Sann Mamiko, 2002
Kinga Witowska - Lustro
Kinga Witowska urodziła się w 1977 roku w Nowym Sączu. Nie praktykująca nauczycielka języka angielskiego. Od ponad pięciu lat mieszka w Londynie, gdzie pracuje i studiuje (translatoryka). Mocno stąpa po ziemi, choć głowę ma w chmurach
PARK
Miasteczko na południu kraju. Pochmurne niebo, nie pada deszcz. Na ławce przy bocznej alejce siedzi kobieta, lat około trzydziestu, elegancko ubrana. Pisze. Dosiada się do niej inna, w zbliżonym wieku. Jest to przypadkowe spotkanie, nie znają się.
KOBIETA 1
Park przenika moje życie.
KOBIETA 2
Proszę?
KOBIETA 1
Park przenika moje życie.
KOBIETA 2
Hm?
KOBIETA 1
Nie zdawałam sobie z tego sprawy aż do dzisiaj, gdy usiadłam na ławce.
KOBIETA 2 przygląda się zdziwiona.
KOBIETA 1
Towarzyszy mi w różnych momentach, tych dobrych i tych mniej, tak jak dziś kiedy czekam na godzinę szesnastą aby wreszcie stąd uciec. Jest partnerem w drodze do pracy. Wtedy jest najbardziej wesoły i tętni życiem. Wypełniają go urwisy z pobliskiego liceum. Jednakże dzisiaj park jest niemal pusty.
KOBIETA 2
Tylko dwie ławki zajęte przez pojedyncze osoby.
KOBIETA 1
Pewnie tak jak ja wyczekujące czegoś.
KOBIETA 2
Oprócz tego jacyś ludzie wędrujący po alejkach jak po labiryncie.
KOBIETA 1
Żeby jak najszybciej znaleźć wyjście! Śpieszą się! Chcą dotrzeć do wyznaczonego celu. Tylko jeden mężczyzna powłóczył nogami i obrzucał mnie spojrzeniem mówiącym „co ty głupia tyle piszesz?”. Co go to obchodzi?! Był pijany...Przypomniało mi się, jak siedziałam tutaj z K. Nie, to było na innej ławce...i ponad dwa lata temu. Miałam na sobie czarna, długą sukienkę, piliśmy piwo a obok nas co chwilę przechodzili jacyś ludzie, choć było już późno. Prawie tak jak ostatnio, gdy wymienialiśmy poglądy na temat poczynań NATO i tragedii uchodźców. Na moment zrobiło się bardzo politycznie. Patrząc na niebo stwierdziliśmy, że i tak pewnie kiedyś jakiś asteroid rozwali ziemię, więc dlaczego by się nie zabić?
KOBIETA 2
Co?
KOBIETA 1
Takie małe zbiorowe samobójstwo, przecież życie i tak nie ma sensu. Potem porozmawialiśmy trochę o problemach sercowych naszej wspólnej koleżanki, za którą, nie będę ukrywać, nie przepadam. Wspomnienia wspólnych chwil sprzed czasu, gdy jedno dziwne wydarzenie namieszało między nami, wypełniały nam kolejne minuty. Potem skończyło nam się piwo i poszliśmy dalej.
KOBIETA 2
Tym razem park był tylko jednym z przystanków w drodze przez miasto?
KOBIETA 1
Tak...Kiedyś, gdy siedzieliśmy tu razem zastanawialiśmy się, czy może przypadkiem jest tu ktoś oprócz nas, kto teraz rozmawia o wierszach. Wybuchliśmy śmiechem. Wydawało nam się to niemożliwe patrząc na tych, którzy wypełniali puste miejsca.... Wracając do rzeczywistości. Świat skończył się półtorej godziny temu. Po raz kolejny. Teraz siedzi w pokoju najebany jak świnia, a ja myślę co można zrobić, żeby się stąd wyprowadzić.
KOBIETA 2
Na dobre?
KOBIETA 1
Na dobre. Tymczasem uciekam w świat parku. Kolejny raz on daje mi schronienie. Zastanawiam się jak wyglądałoby moje życie gdyby nie on. Może siedziałabym teraz na dworcu. Pewnie w jakimś barze przy stoliku z kubkiem soku jabłkowego. Hasło na kapslu brzmiałoby zapewne „zniewalasz mnie”. Obok siedziałby długowłosy mężczyzna pijący herbatę z cytryną z przydworcowej szklanki, czytałby kolorowe czasopismo, patrzył przez szybę na pozostałą część dworca i tak jak ja obserwował ludzi. Na mnie nie patrzyłby w ogóle. Za mną siedziałaby staruszka czytająca na głos gazetę i robiąca ołówkiem notatki. Stoły jak zwykle byłyby klejące, we flakonach stały nierozwinięty jeszcze bez, bo przecież to dopiero połowa kwietnia, a ja musiałabym pić mój sok bardzo powoli, żeby pani sprzedająca nie nalegała na zakup czegoś nowego. Napisy coca cola i fanta stanowiłyby dziwny mariaż z napisem społem na cukierniczce, w której znajdowałby się cukier. Może nawet pomyślałabym aby podejść do tego mężczyzny żeby wypełnić sobie czas chwilą rozmowy. Ale pewnie jak zwykle moja nieśmiałość nie pozwoliłaby mi na to i kazała trwać przy swoim stoliku z widokiem na stertę brudnych naczyń. Najgorsze byłyby spojrzenia bezdomnych. Pewnie podszedłby do mnie jakiś pan i poprosił o pieniądze na zupę. Odpowiedziałabym, że nie mam, a zaraz potem pożałowałabym tego, ale było mi głupio powiedzieć, że skłamałam. Pani w okienku niegrzecznym tonem odmówiłaby głodnemu panu, a ta staruszka czytająca gazetę dałaby mu złotówkę na żurek. Jedno nie ulega wątpliwości... Tak jak teraz w parku, na dworcu też chciałoby mi się płakać. Może nawet bardziej, bo napis „samoobsługa” nad okienkiem niemiłej pani nie wzbudzałby we mnie uśmiechu, tak jak mimowolnie i nieświadomie robią to drzewa.
KOBIETA 2
A może wszystko wyglądałoby inaczej?
KOBIETA 1
Inaczej?
KOBIETA 2
Może siedziałaby pani na dworcu autobusowym, na zielonej ławce przy drugim stanowisku, tyłem do kierowców taksówek, którzy tam razem nie zadawaliby głupich pytań. Przeszłaby obok pani kobieta z dwoma córkami, a każda z nich trzymałaby dwie duże reklamówki. Młodsza córka ubrana byłaby różową sukienkę, a starsza miałaby spodnie w kwiaty. Jakiś chłopak powiedziałby pani, że ma pani ładne okulary. Rozbawiłoby to panią, ale rzuciłaby pani tylko krótki uśmiech, bo miałby na nogach sportowe buty nie wiadomo jakiej firmy i włosy koloru musztardy.
KOBIETA 1
Ha ha.
KOBIETA 2
Ucieczka w park jest dobrym sposobem na zapomnienie i wstęp do nowego pojmowania rzeczywistości, jednakże smutek realnego świata nie pozwala do końca zatracić się w parku i tak po prostu nie pamiętać, nie dostrzegać, nie przejmować się.
KOBIETA 1
Są rzeczy, sytuacje i osoby, zwłaszcza te ostatnie, z którymi park niestety nie może dać sobie rady.
KOBIETA 2
Właśnie.
KOBIETA 1
To czego najbardziej nie lubię to kłamstwo. Kłamstwo! Wie pani, że według słownika języka polskiego kłamstwo to „twierdzenie niezgodne z rzeczywistością, wypowiedziane z zamiarem wprowadzenia kogoś w błąd.”? Fałsz, łgarstwo, nieprawda.
KOBIETA 2
Bezczelne, wierutne kłamstwo.
KOBIETA 1
Uciekać się do kłamstwa.
KOBIETA 2
Nie skalać się kłamstwem!
KOBIETA 1
Przyłapać kogoś na kłamstwie!
KOBIETA 2
Kłamstwo się wydało!
KOBIETA 1
Kłamstwo ma krótkie nogi!
KOBIETA 2
Kłamstwo, kłamstwa, kłamstwu, kłamstwie!
KOBIETA 1
Kłamstewko, kłamanie, oszustwo!
KOBIETA 2
Nieprawda, zafałszowanie, wymysł, fantazja!
KOBIETA 1
Koloryzacja, konfabulacja, mistyfikacja!
KOBIETA 2
Fikcja. Do wyboru!
KOBIETA 1
Skłamał po raz kolejny w dniu gdy kot cierpiał po operacji sterylizacji, a potem powiedział, że to ja przyczyniłam się do rozpadu jego małżeństwa.
KOBIETA 2
Ty też skłamałaś.
KOBIETA 1
Park nie istnieje.
Kinga Witowska -
Lustro Mamiko, 2006
Zuzanna Turkiewicz - „Świat jaki pamiętam"
ZUZANNA TURKIEWICZ ur. w 1978 r. w Nowej Rudzie (Góry Sowie). Absolwentka
Liceum Ekonomicznego oraz Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia
prawnik. Z zamiłowania podróżnik i fotograf. Obecnie współpracuje z
Uniwersytetem w Marburgu prowadząc prace naukowe z zakresu prawa
międzynarodowego i europejskiego. Pisze od najmłodszych lat.
WSTĘP
Tomik pt. „Świat jaki pamiętam...” to zbiór myśli, które rodziły się
w mojej głowie i sercu przez wiele lat. Były przelewane na papier dla
mojej duchowej potrzeby dialogu z samą sobą.
Przez długie lata wiersze te były zapomniane, aż do momentu, kiedy
pewnej deszczowej niedzieli Marta odkryła je w zakurzonym kufrze na
strychu. Dzięki jej ciągłym namowom i naleganiu przez prawie dwa
lata borykałam się z myślami o opublikowaniu utworów. W wyniku
tego w maju 2006 roku zapadła decyzja, iż wiersze te ujrzą światło
dzienne i podzielone zostaną na dwa tomiki, a drugi z nich nosić będzie
tytuł „Gdyby nie On"
Zbiór tych wierszy to nic innego jak przemyślenia dorastającej na
wiejskim łonie natury dziewczynki, która drogi swojego życia upatruje
w Bogu, rodzinie, szacunku i miłości. Dziewczynki, która wierzy
w prawdę i sprawiedliwość, mimo iż widzi otaczające ją z każdej strony
cierpienie ludzi i zwierząt.
Większość wierszy dotyczy miejscowości z której pochodzę, jej
cudownych krajobrazów i miejsc, które codziennie odwiedzałam w drodze
do szkoły. Miejscowości, która mimo zwiedzenia już tylu innych
zakątków świata, jest dla mnie najpiękniejszym azylem na ziemi. Moim
jedynym prawdziwym domem!
Mottem mojego życia jest to, aby stwarzać świat lepszym dla
ludzi, i aby perły poezji były ukojeniem dla rozpaczających i być
może radą dla szukających w niej pomocy i nadziei...
Z całego serca pragnę tu podziękować mojemu serdecznemu
przyjacielowi księdzu Piotrowi, którego przyjaźń, modlitwa i siła jest
szlachetnością, którą obdarował mnie Bóg. Moim przyjaciołom, którzy
swoją obecnością przez cały czas wspierają mnie, służąc mi przyjacielską
pomocą i radą. Pani Jadwidze Sadowy-Cebula, pani Zofii Klimek
i panu Wiesławowi Kowalskiemu za wyznaczenie moich granic
zawodowych i za uświadomienie mi tego, że droga, którą idę jest słuszna.
Marcie, bez której namowy Tomik ten by nie został wydany. Mojej
babci Emmi Bosshammer, której obecność i wieczorne rozmowy będę
pamiętać do końca życia. Dziękuję również mojej całej rodzinie i wszystkim
innym, których pominęłam ponieważ brakowałoby tu miejsca, aby
ich wymienić, a są dla mnie bardzo ważni.
A przede wszystkim dziękuję moim kochanym i cudownym rodzicom
Ewie i Zdzisławowi, za ich ciężką pracę i wkład, który włożyli w moje
wychowanie. Dziękuję za to, że zawsze jesteście, kiedy Was potrzebuję,
i że tak bardzo nas kochacie. To właśnie Wam z wdzięczności i miłości
dedykuję ten Tomik. Z okazji Waszej trzydziestej rocznicy ślubu, życzę
Wam wszystkiego dobrego, dużo zdrowia i nadal tak pięknej miłości,
którą siebie i nas obdarowujecie! A sobie życzę, aby Bóg pozwolił nam
jak najdłużej trwać razem ciesząc się sobą i wiarą w Boga, która tak
umacnia i wiąże naszą rodzinę. Bez Was, Dawida, Grzegorza, Ani,
Adama i „bożego słowa” moje życie nie byłoby takie, jakim jest...
Zuzanna Turkiewicz
LEŚNA SZOSA
Kiedy idę szosą
Gór Sowich
widzę mój raj
upragniony!
Zbocza powleczone
tysiącami barw,
dolinę dziewiczej
Piękności.
Malowany wąwóz
otula me życie schronieniem,
barwami złota
bogactwem obdarza.
To moja niekończąca się
kolorowa Fortuna !!!
WOLIBORSKA JESIEŃ
Jesień okryła mą wioskę,
kolorami życie mieszkańców
otula.
Jest czerwień - miłości,
brąz - zamyślenia,
złoty - bogactwa.
Jesień okryła lasy i łąki,
aleja kasztanów
szarością smutnieje.
Brzozy deszczykiem
złotych listków tańcują,
babie lato kosmyki
mych włosów przeplata.
Złota jesień mą wioskę
ozdabia,
okrywa mój raj tajemniczy.
Jest zając i szpak,
jest promyk słońca
na kocim grzbiecie.
Woliborska jesień
mą wioskę do snu chce utulić,
w ciepłych kolorach zimę zawołać.
Woliborska jesień chce pomóc
wierności nam do niej zachować.
MOJE MIASTO
Szum ulic,
klekot starego autobusu
wiezie mnie do Rudy.
Przejazdem
omijam wioski,
ryba w wodzie
pluskiem mnie wita.
Śmierdząca,
kopalniana hałda,
bólem bezrobocia
uderza,
Nie ma już nic!
Nie ma po co wracać,
Nie ma po co tu żyć!
A ja? Co ze mną?
Dziękuję Bogu,
że znowu tu jestem!
W mojej opustoszałej,
płaczącej Nowej Rudzie...
Zuzanna Turkiewicz .
Świat jaki pamiętam. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2007. -57 s.
 | MACIEJ NOWAKOWSKI
Baie Dankie, Afryko |  |
(ur. 1965), lekarz medycyny, wyemigrował do Republiki Południowej Afryki.
Przez kilka lat pracował w szpitalu, który zgodnie z zasadami apartheidu leczył murzyńskich mieszkańców
w prowincji Natal, będącej w tym czasie centrum południowoafrykańskiej wojny domowej. W połowie lat
90-tych przeniósł się do Stanów Zjednoczonych i obecnie jest lekarzem, praktykującym w małym mieście w stanie Nebraska. Jego debiut „Baie Dankie, Afryko” jest fikcją literacką opartą na przeżyciach w Republice Południowej Afryki.
8.
Lisa Hausman była Niemką z Hamburga i już po piętnastominutowej z nią rozmowie, zaczynałeś sobie zdawać sprawę, że jest w stanie porwać mężczyznę do miłości. Różniła się na korzyść od swoich pobratymców, na ogół przecież solidnych i bez kompleksów, rzetelnie pracujących aż do osiągnięcia upragnionej „Deutsche Muede”. Ona stanowiła sobą więcej niż dobrze naoliwiona niemiecka maszyna, więcej niż wiertarka Boscha i dobrze wybrukowana ulica Berlina...
Wiele volkswagenów jeździ po świecie, a ich właściciele rozpływają się w pochwałach ich niezawodności i prostoty. Prostota opli sprawia, że zawsze znajdują się klienci zach-walający solidność ich stalowej blachy. Nawet plastykowe trabanty mają ciągle swoje fan-kluby; tabuny Ossis wyruszają kawalkadami mydelniczek do Tunezji, dumni, że w śródziemnomorskim upale rdza nie zjada ich karoserii.
Lisa nie była trabantem ani volkswagenem jettą. Nie była oplem askoną, audi ani nawet mercedesem. Kiedy przejeżdżała cicho obok albo miękko naciskając na hamulce, parkowała na chwilę w twoim „drivewayu”, kilka spojrzeń i krótka rozmowa wystarczyły do sformułowania twojej o niej opinii: Lisa była porsche carrerą.
9.
Niełatwa jest miłość międzynarodowa, jeszcze trudniejsza jest miłość polsko-niemiecka.
Nie uciekniesz, bracie, historii; Bismarck ukaże ci się w najmniej pożądanych momentach i spoglądając surowo przez monokl w złotej oprawie, przypomni ci, że słowa „Slave” i „Sklave” podobnie brzmią i podobne mają znaczenie.
Trudne było moje uczucie do Lisy. Afekt, jakim darzył ją Valachy, był też niełatwy, ale przyczyny jego dramatu były inne i opowiem o nich później.
Kiedy zakochałem się w Lisie, pragnąłem podzielić się moim uczuciem z przyjaciółmi i poznać ich rady i opinie.
Kiedy próbowałem wybadać Grzesiuka, co myśli o związku Polaka z Niemką, zaczął wygłaszać mi swoje teorie, wypracowane podczas uciążliwych lat pracy na oddziałach urologicznych w Lublinie, kiedy to gnębiono go w polskim piekle medycznym. Pasją Grzesiuka była historiozofia, a jego widzenie świata miało pewne zabarwienie faszystowskie połączone z wpajanym mu przez lata słowiańskim poczuciem niższości.(...)
Jacek Ostrowski - "Szlaki życia"
Fragment książki "Szlaki życia : Gdańsk-Warszawa-Kraków-Paryż-Kandahar"
Sznur błyskawicznie napiął się, stopy zawisły tuż nad dywanem.
Ciało z łoskotem spadło na podłogę.
Dziewczyna leżała półprzytomna, a nad nią z nożem w dłoni stał Załuski. Pochylił się nad samobójczynią i sprawdzał tętno. Otworzyła oczy.
– Gdzie ja jestem? – szepnęła.
Jej wybawca uśmiechał się, kręcąc głową.
– W domu, ale niedużo brakowało.
– Skąd pan tu się wziął? – wydusiła.
– Zabrakło mi cukru i przyszedłem pożyczyć. Drzwi były otwarte, to wszedłem.
– Zamknęłam drzwi, dobrze to pamiętam.
Mężczyzna wzruszył ramionami.
– Dlaczego? – spytał.
– Co dlaczego?
– Dlaczego chciałaś odebrać sobie największy dar? Co było tak ważne, że chciałaś oddać życie?
– To nie pańska sprawa. Proszę mnie zostawić. Nie miał pan prawa wchodzić w moje życie.
Mężczyzna podniósł się i podszedł do okna. Otworzył je. Patrzył nic nie widzącym wzrokiem na Kościół Mariacki.
Dziewczyna usiadła i trzymała się za gardło, była oszołomiona.
– Mylisz się, to moja sprawa – odezwał się po chwili.
– Pana? A co panu do mnie? A co panu do moich spraw?
Odwrócił się i podszedł do kanapy. Kątem oka obserwował Ewę. Ona zaś podparła głowę rękoma i płakała.
– Co pan wie o życiu? Moje jest gówno warte. Wszystko zmarnowałam, zniszczyłam i nie mam po co żyć. Chcę umrzeć. Chcę, żeby skończył się już ten koszmar.
– Koszmarem nazywasz to, że jesteś w ciąży?
Dziewczyna z zaskoczeniem podniosła wzrok, spojrzała na swojego rozmówcę.
– Skąd pan wie? Skąd pan to wie? O tym nie wie nikt poza mną! Kim pan jest?
– Sąsiadem, nie poznajesz mnie? Łatwo jest się domyślić, co cię gryzie, młoda damo. Skoro młoda ładna dziewczyna targa się na własne życie, to znaczy, że jest w ciąży i to z chłopakiem, który ją rzucił. Teoretycznie sytuacja bez wyjścia.
– Skąd pan to wszystko wie? Śledzi mnie pan? – szeptała.
Załuski wyszedł do kuchni i po chwili przyniósł szklankę jakiegoś napoju. Podał ją dziewczynie.
– Pij, to przyniesie ci ulgę.
Wzięła naczynie i trzymała w ręku.
– Pij, po tym nie będzie cię gardło boleć – ponaglał ją.
Przechyliła szklankę i łapczywie piła. Zaś jej wybawca cały czas wnikliwie się jej przypatrywał.
– Dlaczego chciałaś zostać mordercą?
– Mordercą? Ja nie chciałam nikogo zabić.
– Chodź tu do mnie na kanapę, a coś ci pokażę – zrobił zapraszający gest ręką i sam usiadł. Dziewczyna z wahaniem zajęła miejsce obok niego. Cały czas była oszołomiona.
– Nie musisz się mnie obawiać, naprawdę jestem twoim przyjacielem – uspokajał.
Wyciągnął powoli obydwie dłonie i dotknął nimi skroni dziewczyny. Poczuła dziwne ciepło, wszystko wokoło zaczęło się rozmywać. Poczuła się tak, jakby spadała w jakąś otchłań. Leci, leci i nagle widzi Kraków z lotu ptaka, jest coraz niżej… teraz może dojrzeć pojedyncze domy, poznaje swój, ale nie tu zmierza. Widzi budynek szkoły, tak, tej dwie przecznice dalej. Kieruje się do jednego z okien, jest uchylone. Boże! Widzi siebie, ale jest jakaś inna, poważniejsza, starsza. Siedzi w pokoju nauczycielskim, naprzeciw niej jakaś nauczycielka. Ta kobieta uśmiecha się do niej, mówi coś. Słyszy coraz wyraźniej.
– Naprawdę wszyscy jesteśmy pod wrażeniem. Gratuluję pani syna. Nie dość, że jest najlepszym uczniem w szkole, to jeszcze wygrywa dwie centralne olimpiady przedmiotowe. Myślę, że jest pani dumna z Rafała.
– Bardzo jestem dumna. Jest moim największym skarbem i dla niego żyję.
– Nie dziwię się, jest tego wart.
Szkoła oddala się w zawrotnym tempie. Teraz leci w kierunku Uniwersytetu. Widać oświetlone okna auli. Odbywa się uroczystość wręczania dyplomów. Tłum ludzi, a w pierwszym rzędzie wśród zaproszonych gości siedzi Ewa. To już nie ta dziewczyna obcałowująca się z chłopakiem na klatce schodowej, to kobieta w średnim wieku.
Na mównicy stoi dziekan i przemawia do zebranych.
– Drodzy państwo, jest mi niezmiernie miło oznajmić, że wśród naszych dzisiejszych absolwentów jest student, któremu udało się równolegle skończyć cztery kierunki. Jest to pierwszy taki przypadek. Prymus nazywa się Rafał Jałczak i zapraszamy go jako pierwszego do odebrania dyplomów – wskazuje kogoś na widowni.
Na sali robi się szum. W trzecim rzędzie podnosi się z krzesełka wysoki chudy młodzieniec z burzą czarnych kręconych włosów. Wśród gromkich oklasków podchodzi do szefa wydziału. Ten wręcza mu cztery ciemnoniebieskie książeczki.
– Nasz wybitny absolwent ma do nas jedną prośbę. Chce powiedzieć kilka słów i robię zadość jego życzeniu, udostępniając mu mównicę – dziekan siada za prezydialnym stołem, a do mikrofonu podchodzi Jałczak. Spogląda po zebranych, zalega cisza.
– Wiem, że w pierwszych słowach powinienem podziękować gronu naszych wybitnych wykładowców, ale proszę o wyrozumiałość. Chcę moje pierwsze słowa skierować do mojej mamy, będącej tu razem z nami.
Spogląda w kierunku Ewy. Wszystkie oczy kierują się na skromnie ubraną kobietę w pierwszym rzędzie. Ona siedzi wpatrzona w syna, a jej oczy błyszczą od łez, od łez szczęścia.
– Mamo, dziękuję ci za wszystko, dziękuję ci za twoje poświęcenie, za twój trud i oddanie. Zrezygnowałaś ze wszystkiego, żeby mnie wychować, dałaś mi całe swoje życie. Nie ma nic cenniejszego niż życie. Za to wszystko dziękuję ci!
Zrywają się gromkie oklaski, cała sala wstaje i bije brawa.
Nagle wszystko ginie.
Jacek OSTROWSKI.
Szlaki życia : Gdańsk-Warszawa-Kraków-Paryż-Kandahar. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2009
Rafał Tumski - "Zdoła"
O autorze:
Rafał Tumski (ur. 1982, zm. 2009) – wrocławianin. Absolwent X L.O. we Wrocławiu, rozpoczął studia na wrocławskim Wydziale Archeologii, nie ukończył. Zmarł w kwietniu 2009 w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach, oficjalnie w wyniku przedawkowania narkotyków. Pozostawił po sobie rękopisy dwóch powieści: "Zdoła" i "Rozewrzeć Światłem".
Fragment:
Ni stąd ni zowąd przypętały się do nich dwie pannice. Jedna Murzynka a druga gruba.
- Cześć Trollu, cześć Lufa!
- Cześć dziewczyny, co porabiacie? – Lufa poczęstował je na powitanie gibonem.
- Nic szczególnego, bawimy się, a wy? - dziewczęta przyjęły gibona ochotnie.
- My jak zwykle, jaramy pedingtony i pracujemy – wyszczerzył się Troll. – Nie ma czasu nawet na miłość.
- Na taką szybką też nie? – łasiły się. Murzynka pogłaskała Trolla po policzku.
- Jest coś takiego jak szybka miłość? - ten wydawał się niewzruszony.
- Miłości jest wiele, Trollu - gruba była gotowa na seks. Ewidentnie. Patryk nabrał pewności, że Troll sypia z nimi oraz wieloma innymi, i że ma kilkanaście bękartów po całej Polsce.
- Kiedyś mi powiedział, że miłość do jednej osoby jest grzechem – szepnął Patrykowi na ucho drobny, krótko ostrzyżony chłopak, który niepostrzeżenie podkradł się ze skrętem.
- Yoł, yoł! - Grześ wrócił. Złożył nabożnie ręce. - Drodzy parafianie! Wybieram się do lokalu sprzedaży bezpośredniej. Czy macie jakieś intencje?
- Co panie sobie życzą? - Troll objął obie dziewczęta, Murzynkę całą, a grubą do połowy.
- Proszę wodę niegazowaną – zamówił Patryk. – Skąd oni mają tyle kasy? – zapytał sam siebie.
- Nie słyszałeś? – odparł chłopak ze skrętem, wielce zdumiony, jakby była to sprawa równie oczywista co kulistość Ziemi. – Troll posiada kartę kredytową bez limitu. Bierze na krechę, ile chce, a kiedy przychodzi czas spłaty, wyciąga z bankomatu dwa razy więcej niż jest winien. Połowę zanosi do banku, resztę przepija... Tak w ogóle to Kąsior jestem – wymienili uścisk dłoni. - Dobra, chodźmy do tego sklepu – oznajmił głośno i wraz z wesołą czeredą zawinął się do monopolowego. Dziewczyny wzięły Grzesia pod ramię i tuliły doń czule.
- Gorące laski – ocenił Patryk.
- Masz kobiety, masz szacun – Troll został razem z nim. Wiódł wzrokiem za odchodzącymi pośladkami Murzynki. Wolał nie patrzeć na grubą, aby nie prowokować przemożnych sił natury.
- Czasami mam przesyt seksu – Patryk pozwolił sobie na zwierzenie.
- Ja się nie rucham. Jestem wstrzemięźliwy - odwzajemnił się Troll. - Tu chodzi o władzę, bracie. One chcą rządzić twoją górą (dotknął palcem głowy) przez twój dół (chwyt za krocze). Prawdziwa walka rozgrywa się o twojego ptaka, bo to klucz do władzy nad umysłem.
- Serio? Nie odwrotnie? – Patryk podważył tę teoryjkę.
- Nie – uciął Troll. Wierzył tylko w swoją filozofię. - Wytresuj ptaka, żeby nie zrywał się nieproszony, zdobędziesz respekt kobiet i władzę nad ich duszami.
TUMSKI Rafał. "Zdoła". Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2011. -160 s. ; 20 cm
ISBN 978-83-60224-63-2
Tomik wierszy Samanthy Kitsch pod tytułem Bahama ukazał się nakładem wydawnictwa Czasu Kultury, Obserwator. Wiersze Samanthy Kitsch publikowały następujące czasopisma: Odra, Kresy, Studium, Zeszyty Literackie, Czas Kultury, Kwartalnik Artystyczny, Kartki, Res Publica Nowa, B1, Chicago Review i Przegląd Polski Nowego Dziennika.
W styczniu 2006 r. Mamiko wydało "25 wierszy" Samanthy Kitsch.
Prezentujemy kilka wierszy z nowego tomiku.
W samo południe
Jedź sto mil na północ i dwa
tysiące na zachód. Skręć w prawo,
w lewo, potem w lewo-prawo.
Zobaczysz stację benzynową,
maleńki bar i motel. W tle
pagórek z wygryzionym lasem.
Prawda, że tu kiedyś byłeś?
Masz w uszach własny głos,
kupowałeś kawę i słoneczne
okulary. Twój głos ostrzejszy,
bez chrypki. Lepsza pogoda,
bez mgiełki, wyraźne kontury.
Młody odkrywca – to nic,
że powtarzałeś czyjąś trasę,
rolę. A teraz? Stoisz na parkingu
nieruchomy, jakbyś się wahał,
czy nie wejść w jakąś inną
rzeczywistość, nie stać się
kimś innym. Pocisz się, drga
nagrzane powietrze. Bar i maleńki
motel, pagórek i wygryziony
las, dwie krzyżujące się drogi,
drogowskazy. Zrobisz,
co zechcesz – nie masz wyboru.
Lila
w kamienicy z surowej cegły
ktoś pomalował drzwi, framugę, pięć
schodków, poręcz i dwie kolumienki
grubą warstwą farby koloru
LILA/PURPURA/FIOLET
coś pomiędzy bzem a piwonią
ale ostre, błyszcząco-rażące –
“świeżo malowane” na dobre pięć lat
przyszedł doktor był pijany
i przylepił się do ściany
dom z liliową szminką na ustach
dom w fioletowych majtkach
w śliniaku, po którym ściekła
cała porcja włoskich jagodowych lodów
a ściana była mokra
więc przylepił się do okna
a że okno było duże
więc wyleciał na podwórze
na którym surowa cegła, śmiecie
rdza i kurz, popękany beton?
nie, za domem ogródek –
fragmenty muru porósł bluszcz
soczysta trawa lśni pod oknem gdzie rano nie sięga
cień ogromnego śmierdzącego drzewa ailanthus
i gospodyni rodem z Gwinei
w wiśniowej halce podlewa malwy
przyszedł malarz był naćpany
i patrzcie jest kopiowany
po tygodniu fiołkowy pąs
szerzy się, jakby dzielnicę zaraził liszaj –
pleśń lubująca się w cegle
i odrapanym tynku –
maść na brzydotę
dezynfekcja
substytut wiecznej wiosny
wiecznie pnących róż
Fatamorgana
popękana nierówna równina
rozdroża suchych potoków
kaktusy zeschnięte pędy
rdzawa ziemia kamienie piach
znów ktoś na desce surfingowej
sunie lawirując między kaktusami
napięty żagielek w ostre pasy:
karmin – oranż – biel – fiolet
figura jaskółki kostium płetwonurka
wiecznie młody uśmiech
kaktusy różnego wzrostu
beczkowate fallusowate wielorękie
z rozczapierzonymi dłońmi szpikulców
w kotlinie cały ich las-sad
i cała grupa: wielobarwni w dziwnych pozach
gdy slalom coraz bardziej ryzykowny –
żeby tylko nie rozdarły kolce
przechylonych do poziomu żagli!
z tyłu kilku na snowboardach
sam kąt nachylenia ciała nadaje im pęd
zamyka się za nimi na horyzoncie
sinoniebieskie wulkaniczne pasmo
chmura pyłu opada –
zostawili po sobie idealną widoczność
Łąki
[...tę jedyną]
żołnierz drogą maszerował
łąki zapadały się w równinę
szedł niebezpiecznie blisko deszczu
łąki pięły się w górę potoków
ważki wstrzymywały oddech
kwitły sady stalagmitów
i mgła podmywająca krater
to jest piosenka o piosence:
pogoda drżała na wietrze
rozgrzany granit pachniał sianem
i łąki w pajęczynach rozdroży
to jest piosenka o piosence
ale morze raz jest a raz go nie ma
szedł niebezpiecznie blisko deszczu
ale morze raz jest a raz go nie ma
jałowce iskrami zasypały parów
tak ostro ptak okręcał widnokrąg
aż pękł lodowy cumulus
łąka rozkołysała całą przepaść
Samantha Kitsch -
25 wierszy Mamiko, 2006
Zdzislaw Lipiński - "Na cyferblacie piasku"
Notka Biograficzna
Zdzisław Lipiński urodził się w 1962 roku w Sopocie, gdzie zamieszkuje do dziś. Pierwsza poetycka publikacja ukazała się w 1980r. w Dzienniku Bałtyckim. Pierwszy tomik poezji zatytułowany „Skamieniałe morze” ukazał się w 1999r. Publikował też wiersze w „Toposie”, „Przeglądzie Artystyczno- Literackim”(PAL) oraz „Tyglu Kultury”. Przez kilka lat współpracował z dwumiesięcznikiem literackim „Topos”.
dom
przespałem swoją godzinę
na prawym boku złudy
przyśniłem białe góry
na jawie mgłą okryte
za podwójnym oknem
za otwartymi drzwiami
rzeczywistość moich
zasypanych śladów
Statki
zostawałem na brzegu
ilekroć w morze
wypływały moje nadzieje
i nikły na horyzoncie
kładłem się na piasku
patrzyłem w niebo
w powietrzu latały ptaki
muszle błękitu
patrzyliśmy sobie w oczy
z ptakami wzajemnie
zazdroszcząc przestrzeni
i ziemi spokoju
poezja
na białej kartce
kilka
rozrzuconych
ziaren
prawdy
*
na czterdziestym
kilometrze życia
o krok od pułapki
wieku średniego
patrzę jak
na krawędziach obłoków
przeciera się
niebo
*
wszystko co mam to
rytmy serca wolne lub
szybkie oddech życiodajny i
nadzieję że to i tamto naprawdę
istnieje
Grzegorz Kwiatkowski - "Eine Kleine Todesmusik"
Grzegorz Kwiatkowski (ur. 1984) - poeta, muzyk. Wydał tom wierszy “Przeprawa” (2008) oraz “Eine Kleine Todesmusik” (2009). W przeszłości muzyk na ulicach Liverpoolu. Obecnie członek zespołu TrupaTrupa. Zgłoszony do Paszportów Polityki (2009). Laureat Nagrody Miasta Gdańska dla Młodych Twórców (2009). Stypendysta Fundacji Grazella (2009). Laureat ogólnopolskich nagród poetyckich (m.in. Władysława Broniewskiego, Witolda Gombrowicza, Złoty Środek Poezji). Dwukrotnie nominowany przez Gazetę Wyborczą do nagrody Sztorm Roku (2008, 2009). Nominowany do nagrody Splendor Gedanensis (2009). Publikował m.in. w Tygodniku Powszechnym, Gazecie Wyborczej, Dzienniku, Dwutygodniku, Toposie i Odrze.
c h ł o p c z y k
wstawał wcześnie rano ze swoją babcią by sprzątać ulicę
a kiedy mróz ściął rzekę pomagał jej roznosić świąteczny opłatek
ten chłopczyk nie nawykł do brania ale do dawania
dlatego nigdy później nie potrafił uszczęśliwić żadnej kobiety
D i t e r L i t w a n n , u r . 1 9 6 4 z m . 2 0 0 3
spojrzała w okno i wykrzyczała:
jaka piękna tęcza
nie podszedłem do okna
nie ruszyłem się z miejsca
od tej pory zacząłem zjadać swoje zapasy
jeżeli mówiłem jej: odejdź
to znaczy że naprawdę potrzebowałem pobyć sam
tamtego dnia śniły mi się setki luster:
w każdym inna ale ta sama osoba
zbudziło mnie jej chrapanie
dwie minuty później
w moim sercu
wybuchła bomba
a u t o r
podczas spaceru nad rzeką zobaczył topielicę
w białej szacie poprzeszywanej wodorostem
natychmiast pobiegł do domu po płótno farby i pędzle
i wrócił nad rzekę gdzie do wieczora łowił wzrokiem
ludzie z miasteczka dziwili mu się bardzo
ale on widział jak unosiła się pięć centymetrów nad wodą
obraz zawisł w kościele świętego Jerzego w Tinben
gdzie można oglądać go po dziś dzień:
Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny
obraz z roku 1680
autor: nieznany
U v e
Uve idzie z dzieckiem na łąkę
gdzie wiatr zagłuszy jej płacz
Diter naostrzył latawiec
chce na niego złapać jaskółkę
Uve przyciska dziecko do piersi
wiatr ustaje latawiec spada
Diter Diter niemądry chłopcze
na swój latawiec upolowałeś
płaczącą jaskółkę i jej pisklę
Grzegorz Kwiatkowski -
"Eine Kleine Todesmusik" . Mamiko, 2009
Joanna Matlachowska-Pala - "Telegram Eklezjasty"

Urodziłam się 03.02.1965 w Warszawie, ukończyłam studia na wydziale lekarskim Akademii Medycznej w Poznaniu. Wtedy też podjęłam pierwsze próby literackie, prezentując wiersze na Studenckich Dniach Kultury Chrześcijańskiej w Krakowie. Zostałam dwukrotnie laureatką Konkursu poetyckiego im. R. Brandtstaettera w Poznaniu, organizowanego przez redakcje miesięcznika ”W Drodze”, ”Słowo Powszechne”, ”Przewodnik Katolicki”. W 1993 otrzymałam wyróżnienie w IV Konkursie Poetyckim o nagrodę K.K. Baczyńskiego.
Brałam udział w audycjach poetyckich w Radio Opole, Najeździe Poetów na Zamek Piastów Śląskich w Brzegu, otrzymałam I nagrodę w Turnieju jednego Wiersza w Brzegu w 1994 r.
W 1999 otrzymałam nagrodę główną w III Konkursie Poetyckim „O ludzką twarz człowieka” w Krośnicach. W 2011 roku uczestniczyłam w XIX Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim „Dać Świadectwo” w Krakowie, otrzymując II nagrodę.
Od 1992 roku jestem członkiem Unii Polskich Pisarzy Lekarzy.
Drukowałam na łamach ”Słowa”, ”W Drodze”, ”Przewodnika Katolickiego”, „Gościa Niedzielnego”, ”Magazynu Literackiego”, ”Stron”, ”Almanachu UPPL”, „Indeksu” ( pismo wyd. przez Uniwersytet Opolski). W 1995 ukazał się mój debiutancki tomik wierszy "Most dla motyla” w serii poetyckiej Stowarzyszenia Literackiego im. K.K.Baczyńskiego w Łodzi. W 1997 zamieszczono moje wiersze w antologii młodej poezji dolnośląskiej – „Imiona istnienia” . W 1998 r Biblioteka Wrocławskiego Oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich wydała „Czas opowiadania”- almanach młodej prozy dolnośląskiej, gdzie zamieszczono moje opowiadanie. W 2000 r wydałam drugi tomik wierszy „ Biało –błękitne” . W 1996 otrzymałam nagrodę w konkursie UPPL na krótką formę prozatorską. „Telegram Eklezjasty „ jest moim trzecim tomikiem poetyckim.
Mieszkam i pracuję w Opolu. Jestem zamężna, mam trzech synów. Poza poezją dużo radości dostarcza mi turystyka górska, śpiew i domowe muzykowanie.
Kilka wierszy z wydanego tomu:
To miejsce
Jest miejsce gdzie się krok nie odbija głucho,
a gdy przystanąć – cisza dźwięczy w uszach
przestronna i sięga daleko, w ślady lotów ptasich.
W ciszy tej się mieści i obłok co górą przepływa
i tamta ścieżka co dziś trawą , zapomniana, szumi .
W niej zwarte w oka mgnieniu krok mój i kroku zatrzymanie,
co środkiem jest , nie celem.
Widać też ciszy poruszenie, odcieni i barw powiew,
Opadająca ręka anioła , jak na ikonie Świętej Trójcy
wskazuje ziemię.
Stwarzanie
Nocą ktoś za moimi plecami
rysuje niebo
wyznacza granice snu i jawy
i nie wiem zupełnie nic o tym
że słońce powoli odrywa się
od powierzchni wody
zatacza coraz szersze kręgi
wypatruje właśnie mnie
A ja za chwilę stojąc zdumiona
w potoku światła
przypominam sobie
o początku
***
Ironista i magik
opowiada
jak na kościelnej wieży
zagnieździły się sowy
a pewnego dnia pies zasnął za ołtarzem
Wiosną usłyszy pierwszego skowronka
i słucha z zadartą głową
Do nieba wchodzi
po promyku słońca co prześwietla witraż
i spada wpół drogi
Czasem zamyśli się nad czymś
i zapatrzy
i jest tak przeźroczysty
że przez moment
wydaje się że widać Boga
MATLACHOWSKA - PALA Joanna. Telegram Eklezjasty. Nowa Ruda : MaMiKo, 2011 r.
Marian Dziwniel - "Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę"
Przedstawiamy fragment książki Mariana Dziwniela "Znad Niemna przez Odrę nad
Sekwanę"
Żona nie doczekawszy się mego powrotu do domu na Nowy Rok, znów przygotowała niewielką paczkę i poszła z nią do aresztu śledczego w Świdnicy, a tam usłyszała:
– Nie ma go tutaj.
– A gdzie jest?
– Nie wiem.
– A kto wie gdzie jest mój mąż?
– Komendant Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Wałbrzychu. Tam proszę udać się osobiście, telefonicznie ani listownie informacje nie są udzielane.
Żona poszła do Urzędu Miasta, by uzyskać stosowną przepustkę na wyjazd do Wałbrzycha, za przejazd bez przepustki groziły sankcje milicyjne. Pojechała małżonka do KW MO w Wałbrzychu i tam dowiedziała się, że „... pani mąż przebywa w ośrodku dla internowanych w Kamiennej Górze... ”.
Dowiedziawszy się gdzie jestem żona poszła do Urzędu Miasta po przepustkę na przejazd do Kamiennej Góry. Zwolniła dzieci ze szkoły, razem wsiedli do autobusu i z przesiadką w Wałbrzychu dotarli pod ośrodek, w którym byłem kuracjuszem. Żona zadzwoniła do drzwi dyżurki, otworzyło się okienko i padło „regulaminowe”:
– Czego?...
– Chcę uzyskać widzenie z moim mężem, tu internowanym.
– Dowód...
Żona podała swój dowód osobisty, podała legitymacje szkolne dzieci, a zza okienka usłyszała:
– Jak zasłużył to uzyska zgodę na widzenie, a jak nie – to nie...
„Zasłużyłem”. Po otrzymaniu telefonu od dyżurującego SB-eka oddziałowy zawołał i powiedział:
– Przygotować sie do widzenia.
– Coooo?!... Do widzenia,... wychodzę stąd?!
– Nie do „do widzenia”, tylko do widzenia się z żoną – wyjaśnił oddziałowy.
Szybko szykuję się na spotkanie z małżonką. O higienę osobistą dbaliśmy – tu specjalnych przygotowań nie potrzeba, jeszcze tylko uczesać włosy i brodę i jestem gotów. Ale myślę, może uda się przemycić jakąś informację na zewnątrz. Idę szybko do Antka Matuszkiewicza i do Mirka Sośnickiego, oni redagowali „Niezależne Słowo”– biuletyn NSZZ „Solidarność” województwa wałbrzyskiego, oni najlepiej zredagują nasz gryps. Antek z Mirkiem szybko redagują list do ks. prałata Dionizego Barana i do JE ks. kard. Henryka Gulbinowicza. Wszyscy świdniczanie podpisujemy się pod tymi listami, maskuję je i staję w gronie innych szczęśliwców przy drzwiach wyjściowych. Robią nam pobieżną rewizję i ruszamy na spotkanie z naszymi najbliższymi. Cieszymy się na to spotkanie, a nie wiemy, że nasi najbliżsi czekają na śniegu i w mrozie i w niepewności czy „byliśmy grzeczni?” i czy przyjdziemy. Na salę widzeń wpuszczono ich przed nami. Wchodzę na salę i ku ogromnemu zaskoczeniu i radości widzę, że żona jest z dziećmi. Oddziałowy o dzieciach nie mówił.
Siadamy za stołem naprzeciw siebie, taki jest regulamin, ale najmłodszy syn Tomek, nie bacząc na regulamin zanurkował pod stołem i już tuli się do mnie. Pilnujący nas nie reagują, więc za chwilę cała trójka siedzi przy mnie. Żona siedzi po przeciwnej stronie stołu, niewiaście nie przystoi przełazić pod blatem stołu. Rozmawiamy – pytamy – słuchamy – odpowiadamy, a siedzący po bokach SB-ecy obserwują nas, podobno potrafią odczytać treść rozmowy po ruchu warg mówiącego. Żona mówi, że stan jej zdrowia pogarsza się i że pisała podanie do komendanta KW MO o zwolnienie mnie z inernowania, bo ona musi się poddać leczeniu szpitalnemu. Każe mi też pisać podanie o zwolnienie, bo „... co z dziećmi?, mama (moja) nie poradzi sobie sama z trójką dzieci... ”.
Udało mi się przekazać grypsy, na drugi dzień żona przekaże je księdzu Baranowi. Grypsów adresowanych do kardynała Gulbinowicza – jak wiem – było więcej. Poruszony nimi metropolita czynił ogromne wysiłki aby zwolnić nas z ośrodka w Kamiennej Górze. Dopiął tego, już po moim wyjściu stamtąd, pozostali internowani zostali przeniesieni do Nysy.
Widzenie dobiega końca. O Boże! – jak szybko, a tu tyle zostało do powiedzenia, do opowiedzenia. Żegnamy się, żegnają się wszyscy, żony przykazują nam: „bądź grzeczny”, bo następnego widzenia nie dostaniemy. Jeszcze słychać okrzyki „pozdrów ich”, „ucałuj”, „dbaj o siebie”, „do zobaczenia” i wracamy z paczkami od naszych najbliższych. Po pobieżnej rewizji wracamy, rozpakowujemy paczki, szukamy ukrytych przesyłek, dzielimy się zawartością paczek z tymi spośród nas, których nie odwiedziły rodziny.
Następne przyjazdy żony i dzieci stały się łatwiejsze dzięki Henrykowi Niedźwiedzkiemu z „Solidarności” świdnickich taksówkarzy. Transport w taxi był mniej uciążliwy dla mojej chorej żony. Któregoś razu moja żona przyjechała bez naszych dzieci, ale z żoną Ryśka Moździerza i z ich małą córeczką. W czasie widzenia siedzieliśmy przy jednym stole, a mała dziewczynka biegała sobie po sali. Nagle otworzyły się jedne drzwi, wszedł oficer SB, którego znaliśmy pod nazwiskiem Oblak (a może to był tylko jego pseudonim służbowy?). Córka Ryśka podbiegła do stolika i zapytała:
– Tatusiu, a kto to?
– Oblak – poinformował swoją latorośl Rysiek.
Dziecko wybiegło przed wchodzącego oficera SB i donośnym, piskliwym głosikiem wykrzyknęło:
– Ooooo, Oblak świnia!
To dziecko wiedziało, że ten, który zamknął jej tatusia jest „świnią”. A w SB-eka jakby piorun trzasnął, zrobił „w tył zwrot” i wyszedł. Przy następnych widzeniach już nam nie asystował.
Żona Ryśka przywiozła druty i wełnę i Rysiek zrobił sobie sweter z pięknym, charakterystycznym napisem „Solidarność” z przodu, na piersi. Nie wolno było nam nosić żadnych odznak solidarnościowych, a tu sweter z naszym wielkim symbolem. Nosił Rysiek ten sweter, ale przezornie nie afiszował się z nim przed SB-ekami w obawie przed rekwizycją.
Pod koniec stycznia, SB-ecy „opiekujący się” internowanymi kolegami z województwa jelenogórskiego założyli podsłuchy pod stołami w sali, gdzie spotykaliśmy się na tzw. widzeniach z rodzinami. Podsłuch został odkryty, jeleniogórzanie zdemolowali sprzęt podsłuchowy, rozpoczęli strajk głodowy, solidarnie wsparliśmy ich w tym, ale od tego wydarzenia zwiększyliśmy naszą czujność. Moje spotkania z rodziną zaczynały się teraz od tego, że moi synowie nurkowali pod stół i sprawdzali w blacie nawet najmniejszy sęk, a każdy gwoździk był przez nich dokładnie obmacywany.
Marian Dziwniel -
"Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę" Wydawnictwo Mamiko, 2007
Antoni Olgierd Misiak - "Piąta wyprawa Krzysztofa Kolumba do Indii Zachodnich 1960-2004"
Dzieciak znaleziony przy drzwiach przytułku dla sierot został nazwany Krzysztofem Kolumbem, być może dla żartu tak zapisał go w księgach sekretarz gminy. KRZYSZTOF KOLUMB urodzony między dwiema wielkimi wojnami był zbyt młody, by wziąć udział w tej drugiej, ale został przez nią napiętnowany, z czego zdał sobie sprawę w późnym wieku. Znajomi /bo nie miał przyjaciół/ mówili o nim, że składa się z wielu osobowości. W obecności kilku osób czuł się nieswojo i przeważnie milczał. Jego prace z fizyki teoretycznej należały do najlepszych.
Sekretarka opowiadała, że gdy weszła do gabinetu Profesora, by uzgodnić z nim harmonogram spotkania z Prezydentem, Profesor spojrzał w okno, uśmiechnął się, powiedział, że musi załatwić pilną sprawę i wyszedł, nie zakładając marynarki. Podobno widziano go jeszcze na Długim Targu. Szedł trzymając za rękę dziewczynę, która tam grała na skrzypcach, zarabiając podczas wakacji /mówiono o niej, że była Ukrainką lub Białorusinką, studentką konserwatorium w Kijowie/. Ci, co ich widzieli, zaskoczeni byli tym, że mimo wielkiej różnicy wieku wyglądali jak rówieśnicy.
Podobno w pewnej chwili nad Długim Targiem przeleciało wielkie stado albatrosów, otoczyło na moment idącą parę i kiedy odleciało, dziewczyna
i Profesor zniknęli. Potem policja zabrała futerał na skrzypce, jedyny materialny ślad, jaki po nich pozostał.
Poszukiwania nie dały rezultatu. Wspomnień po nim pozostało niewiele. Wspominano, że kiedy był zadowolony z odpowiedzi studenta, mówił mu „znalazłeś swoje tablice” i była to najwyższa pochwała. W garażu trzymał starą ramę Harley Dawidsona, a w biurku, które komisyjnie otwierano, była morska muszla przymocowana do rzemyka, fragment starej morskiej mapy, bilet do cyrku sprzed pół wieku, mocno zniszczona książka Faulknera „Wielki las”, kawałek rogu jelenia, kilka suchych liści, owoc jarzębiny, zdjęcia statków, bilety kolejowe, stare programy koncertów skrzypcowych, prawie nieczytelny list z wysp Polinezji, gazeta ze zdjęciem żołnierzy chińskich zdobywających Tybet. Ktoś z komisji patrząc na to, powiedział „Piąta wyprawa Krzysztofa Kolumba do Indii Zachodnich” i to zakończyło sprawę. Ostatniej pracy, którą Profesor pisał piórem tłoczkowym w grubych zeszytach, nie odnaleziono. Nosiła tytuł „Teoria Przemian”.
Ze wspomnień i przypadkowych rozmów udało się Pani z biblioteki odtworzyć kilkanaście fragmentów dni z życia Profesora. Zapiski te razem z zawartością szuflady biurka przekazano do archiwum pod litery K.K.
Dzień 1
Kiedy grająca w piłkę
podskoczy z ciałem wygiętym w łuk
i już oderwie się od ziemi,
/można to porównać do wzlatującego ptaka/
zatem kiedy przebywa przez chwilę w świecie ptaków,
patrzący na nią,
fotoreporter poważnej gazety dostrzega w tym
/bo inaczej nie potrafi już widzieć/
zaokrąglony fragment skrzydła samolotu,
kreski bomb i słyszy w wyobraźni
głos spikera... osób cywilnych, w tym
kobiet i dzieci...
Chłopiec, któremu grająca i stado
spłoszonych mew przesłania morze,
znajduje w sobie /obudzoną tym obrazem/
chęć wędrówki za linię horyzontu
i dalej,
w miejsca dostępne jedynie
ptakom i marzycielom.
A kiedy grająca uderzy w piłkę
i nagle zwiotczeje w locie
/można to porównać do ptaka trafionego strzałą/
słowa i obrazy odchodzą.
1972
Dzień 2
Przyjechał cyrk.
Mała woltyżerka szła obok klowna,
wyprzedzał ich grający na bębnie atleta,
zmuszając przechodniów do zwrócenia uwagi
na paradę cyrkowców, w której mała woltyżerka
z cekinami na czerwonym staniku jawiła się
kimś z odległego świata, gdzie
po ulicach chodzą słonie, lwy
i dziewczęta z cekinami na stanikach.
Chwilowo parada cyrkowców umieszczona
w obrazie miasta zakryła szare domy,
odpadające tynki,
mroczne podwórka.
Potem w miarę jak cichł oddalający
się bęben, szarość powracała.
Wolnymi od niej byli jedynie ci
co godzinami nad rzeką wypatrywali
polującego zimorodka albo latali na chmurach,
ich świat wypełniały morskie mapy, karawele,
portowe knajpy, odkrywcy, handlarze,
porzucone panny, misjonarze, a także
rozbitkowie, rozmyślający przy ognisku
o świecie, w którym na ulicach tańczą
dziewczęta w czerwonych stanikach
i chodzą lwy łagodne,
dopóki i im się nie zjawi
odziedziczony po przodkach,
zielony bezkres
z wiatrem
i gonitwą do zatracenia.
1968 ?
Dzień 3
Tam dokąd jechał Harley Davidson
czekała tarcza słońca nad powierzchnią morza
i ciemniejąca głębia
i czarne sosny
i kruk.
Zostawił ślad opon na piasku
wyraźny w miejscach nietkniętych falą
i głos silnika barwiony śpiewem kosów
przed wieczorną ciszą.
Szedł za nim zmierzch, a w nim: tonęły
drogi rysowane na papierowych mapach,
cichły fale,
nieruchomiały ptaki.
Widział go Pan, siedzący na drewnianych schodach,
i przypomniał sobie wystawę sklepu alpinistycznego,
przed którym stał, wspominając
swoje zdradzone marzenia.
Widziała go dziewczyna w chabrowym dresie,
której życie było już poukładane,
ale tej nocy niepokojące pragnienia
długo nie dawały jej spać.
Widziały go pary prowadzące przy kawiarnianych
stolikach swoją grę
i kupcy zamykający sklepy.
Budził w nich niepokój.
A przecież był to jedynie Harley Davidson,
jadący ze swoim nieznanym jeźdźcem
odwiecznym szlakiem rabusiów i barbarzyńców,
ścigając zachodzące słońce.
Droga na Wetlinę 1960
Dzień 4
Psy ścigające jelenia,
/wiejskie kundle spuszczone z łańcuchów/
przebiegły drogę, na której zatrzymało się kilka samochodów
z kobietami i mężczyznami patrzącymi na bieg.
Było to jak w książkach Faulknera,
gdzie ludzie i zwierzęta żyją w dziwnym
nierozerwalnym związku.
Sfora zginęła w wieczornej mgle.
Przez chwilę słychać było żałosny jazgot psów,
miażdżonych uderzeniami kopyt.
Potem ruszyły samochody.
Siedzące w nich pary wracały do domów,
wioząc wspomnienie psów i jelenia
oraz wywołane tym obrazy kapeluszy i siodeł,
fragmenty dawno oglądanych filmów,
wpisane w sylwetkę jelenia
/stalowoszarego w przymglonym świetle zachodzącego słońca/.
Powoli obrazy bladły.
Rozmowy wracały do rutynowych zdań,
a tam, za szarą gęstniejącą mgłą,
trwał prawdziwy bieg i prawdziwa krew
barwiła szlak ucieczki
jelenia i goniących psów.
1987
Janusz L.Sobolewski - I zamknę cicho drzwi...
Zgromadzone w książce reportaże przetrwały upływ czasu: intrygują, wzruszają, uczą. Dają świadectwo epoce. Wpisują się w klasykę gatunku. Dokumentują życie ludzi: niezwyczajnych, walczących o swoje, ukrzyżowanych... Jacy są bohaterzy reportaży? Prawdziwi. A prawda jaka? Cała. Kawał tu prawdy o ludziach: emocje i słowa, każdy szczegół, nazwiska. Poznać ją to zyskać moc: doświadczeń, wrażeń, refleksji.
Doktor Wiesław Skoraczyński nie ma nóg. Do jego Przychodni Rejonowej w Nowej Sarzynie przychodzą ludzie na nogach, by leczyć wrzody, kolki, kaszle i nerwice. Otrzepują śnieg lub błoto z butów, przytupując zdrowo przed drzwiami gabinetu. Tup - tup!, tup - tup! Przekraczają próg nogą pewnie. - Panie doktorze, czy można w e j ś ć? - pytają. Idą: szur - szur, szur - szur, szur - szur... W tym gabinecie każdy krok ma dźwięk, smak, barwę. Pachnie. Pachnie kwiecie polsko-ukraińskiego Derejowa, gdzie ojciec był przed wojną naczelnikiem poczty. Barwi się na różową skórę gospodarnej matki.
(z reportażu „Doktor z Nowej Sarzyny”)
Wstaję o piątej rano. Pół godziny modlitwy. O szóstej krótka msza poranna. Śniadanie. A potem jestem już do nocy - z przerwą na obiad - na ulicy, chodząc z domu do domu. Dzień po dniu, bez względu na nastrój czy pogodę. Niekiedy wydaje mi się, że zamknę oczy. Często wieczorem nie jestem w stanie zjeść, niczego wypić, utrzymać szklanki w ręku. Co tydzień przybywa kilkanaście nowych osób, potrzebujących pomocy.
(z reportażu „Siostra Anna - ...tak bez strachu/ Przyjdę - i zamknę cicho drzwi”)
Można by też wyliczyć kilometry z Kazimierzy Wielkiej do Warszawy, Gostynina, Wrocławia, Poznania, Olsztyna, Kutna, Ostrowca Świętokrzyskiego, Bydgoszczy, Inowrocławia, Torunia, Włocławka, Łodzi, Bytomia, Zabrza, które Stanisław Przybyszewski pokonał wytrwale. Zjeździł w poszukiwaniu krewnych. Zahaczając korespondencyjnie o miasta: Londyn, Wiedeń, Boonsboro, Sydney na przykład, by nie wymieniać w nieskończoność. Nieskończoność równa się w tym wypadku siedemdziesiąt trzy, gdyż tyle pozycji zawiera lista żyjących przedstawicieli rodu Przybyszewskich. Tę listę Stanisław wozi zawsze ze sobą.
(z reportażu „Przybyszewski”)
W aktach sądowych paranoicznego mordercy Mieczysława Słomki, mylącego zapisy biblijne z życiem - zdjęcia dowodowe. Na zdjęciach - wbity w ziemię krzyż z ukrzyżowanymi zwłokami Stanisława Salwerowicza...
(z reportażu „Życie i śmierć Stanisława Salwerowicza, ukrzyżowanego jak Chrystus”)
Mówię ludziom, by mnie nie zaczepiali. Noli me tangere, nie dotykaj mnie, kurwa, to rzecz pierwsza. A oni nie pozwalają żyć, mają coś zawsze do mnie. Kiedy skarżę na nich, to szurają: "Ja to tam pisać nie będę - kolega kpi - ja nie jestem literat". Stosują różne formy ostracyzmu. Ale mniejsza z tym. Potrafię odgryźć się, no nie?
(z reportażu „Bokser”)
Wreszcie lekarze orzekli: zdolny do pracy! Ucieszyłem się. Poszedłem do Komitetu Wojewódzkiego w Krakowie. Towarzyszący służbista przedstawił mnie: Jan Kurczych. Było już po przemianach w partii. Nowi ludzie w KW. Zastałem kierownika Wydziału Organizacyjnego KW i instruktora Komitetu Centralnego z Warszawy.
- To, widzicie, towarzyszu, jest tak. Wy, jako stalinowiec, nie możecie pracować w aparacie partyjnym.
- A ty jesteś kto? - zapytałem.
(z reportażu „Stalinowiec”)
- Grali w karty, zbierali razem znaczki. Mąż po pracy interesował się tylko domem. Najlepszy człowiek. Wszystko. Niech pan idzie. Z tego, co powiedziałam, to całe życie może pan sobie dośpiewać.
Tak, idę..., ku pamięci wydarzeń z dnia 16 grudnia 1981 roku.
(z reportażu „Kto moją miłość wytłumaczy?”)
W końcu przyszedł dzień, że zawiał wiatr w górach i poniósł spadochron wraz ze Stępniem hen, gdzieś tam. Minął czas i nie wrócił. Nie pisana była Stępniowi profesja hotelarza. Za to Akiko Miwa wylądowała w Harklowej na amen z japońską rodziną. "Akiko Koszary" zmieniła w "Villę Akiko". W wywiadach z nią, o niej, miło o początkach AKIKO, o Stępniu ni słowem. ...Te jego marzenia?... Jeśli gdzieś na niebie, po świecie, tam gdzie tylko o krok od Legii Cudzoziemskiej, płynie w obłokach kolorowa czapa - to Stępnia, to ze Stępniem, w gonitwie za szczęściem i marzeniami o czynach wojownika.
(z reportażu „Spadochroniarz ze szczęściem w czapie”)
U kresu - los dał marszałkowi szczęście. W puchu. W koronkach. W dobrobycie. Szczęście niańczone. Z ptasim mleczkiem i potrawami wiedeńskiej kuchni. Dla służby domowej - panicz. Wychuchany syn marszałka! ...Po sześćdziesięciu latach siedzi oto za stołem w sanockim domu. Z pękniętą gitarą nad głową. Z wklęśniętą czaszką. Pijak, w lustrze starszy niż metryka. Nie ogolony. Łysiejący z czoła. Z cesarsko - królewskim owalem głowy. Z opadającymi ku ramionom włosami. Z bokobrodami.
(z reportażu „Marszałkowe brzemię”)
Dziobak: - Trzeba ubrać dzieci do szkoły, patrzeć, by wszów nie miały. Żona prymitywnie w wannie umyje, ale wszystkie grunt czyściutkie, nie osrane. (Córka Lila: - Wszy...).
Zalewska: - Jak chce mieć ich dwadzieścia, to musi się śpieszyć, póki żona dobrze wygląda i zdrowa.
Dziobak: - Moje cacuszka, najmilejsze. Wzrusza się.
(z reportażu „Dziobak”)
Na krakowskim cmentarzu Batowice, w kwaterze 229, rzędzie 6, grobie 9, z krzyżem zgodnie z przepisami, spoczął Orestes Ślatyński. Choć podawał nazwisko W., po ojcu... Choć jako Ślatyński - zgodnie z dokumentami - miał na imię Julian... Choć nie żył tak długo, jak zapisano w akcie zgonu... Żył cztery, a może pięć lat krócej.
(z reportażu „Życie bez życia Orestesa W.”)
A Jan Hałuszka trzęsie się z jakiegoś powodu? - Taki nerwowy, brzuch mu podskakuje wtedy. Pan uważa, ciemne to sprawy - różni ludzie: i Polak Nowik, i Mazur Kulesza, i Ukrainiec Hałak, roznoszą po Srokowie w ciemno, ale mniejsza z nimi wszystkimi, bo to Hałuszka w jupiterze. Uważam. Przez Hałuszkę ksiądz Edward G. skazany za to, że uderzył w twarz Hałuszkowego pasierba. Miał prawo uderzyć? A ten Hałuszka - "UB-owiec, bandyta z UPA i SS-man" - miał prawo skarżyć się? Na ostatek swego intrygującego życia? Jedno życie, a do licha losów.
(z reportażu „Jedno życie, a koniem go nie objedziesz”)
- Przez lata pracy w konsulacie w Szczecinie przyzwyczaiłem się do szczerości, do otwartości w głoszeniu poglądów. W rozmowach z Polakami mówiłem otwarcie, co sądzę o wielu sprawach. I czułem, miałem ufność, że mnie nie zakablują. Po trzech latach pracy w Krakowie, zgodnie z zasadą rotacji konsularnej, miałem zamiar pisać prośbę o roczną prolongatę pobytu w Polsce. Taka możliwość istniała, ale już sam nie chciałem. Jakże to tak, nie mógłbym mówić, co prywatnie myślę? - zwierzył się Szardakow. I wyjechał. Bagaż zostawił.
(z reportażu „Szardakow wyklęty!”)
Walczę, gdyż czuję się u siebie, w swojej Ojczyźnie. “Oto jest sumienie narodowe!" - że powtórzę słowa kardynała Stefana Wyszyńskiego. Gospodarujemy olbrzymimi dobrami, chcemy, aby procentowały one na naszej ziemi. Prowadzę w Klubie dyskusje pod hasłem: “Konfrontacje poglądów na życie", aby udowodnić, że człowiek nie jest zwolniony z walki z sobą i z walki o siebie do ostatnich swych dni i że życie jest naprawdę piękne, a jego szarość nie musi być ponura. Ja, Władysław Jachniak, oddałem swoją skromną osobę, wraz z długoletnimi doświadczeniami i kwalifikacjami, tej sprawie.
(z reportażu „Nie jedno mam życie”)
Podczołgał się. Z mozołem pokonał płot z drutem. Brodził teraz po pas w wodzie. Kilkaset metrów za nim horyzont jaśniał poświatą Stammlagru. Soła niosła wodę powodziową w kolorze kawy, szumiącą i prychającą na porwanych gałęziach. Brnął pod prąd przy lewym brzegu, by oddalić się jak najdalej od strzeżonego mostu. Z drogi dochodziły jazgoty niemieckich maszyn. Po dwóch, trzech kwadransach zdecydował się przepłynąć rzekę wpław na drugi brzeg. Silny prąd znosił go. Wreszcie z wysiłkiem wyczołgał się w krzaczaste zarośla na prawym brzegu Soły.
(z reportażu „Czyny i ...ucieczka z obozu śmierci”)
Nie łudźcie się więc wy, rycerze spod znaku św. Huberta, którzy społecznym groszem opłacacie mszę świętą na intencję tego patrona w parafialnym kościele w Jerzmanowicach i modlicie się przed jego ołtarzem, przystępujecie do konfesjonału po rozgrzeszenie, a także i wy, krakowskie wykształcone czarne kruki spod znaku ateizmu, że historia was rozgrzeszy - mylicie się wielce. Wy wszyscy wyczłowieczeni, półchłopki i komunistyczni arystokraci, ludzie, jak was poznałem, o instynktach krwio- i padlinożernych, typu hien i szakali - nie pożrecie mnie w tak haniebny sposób, a waszą ograniczoną, naiwną, rozhuśtaną wyobraźnią nie zmienicie biegu historii.
(z reportażu „Łowy w kraince słów”)
A pojechał Magdoń tera nosze Wzgórze orać. Najsamprzód dawno miedzo Lipieńki zaoroł, pszenice posioł na pokaz, że sieje, wienc uprawia. Zbiero na ludzkim gnoju, bo ludzie tom jeszcze nawozili, jeno sztuczne nawozy dodaje. Ludzi zganio ze Wzgórz krzyczonc, że to jego, nikomu nogo stanoć tera tom nie pozwala, gdy go o to nie poproszo. A nie poproszo, bo to ich. Jak któryś wbrew groźbom wpendzi na pastwiska krowe, to biegnie na kolegium i skarży. Zabroł Wzgórza na amen, szkoduje wsi, bo krowy głodne porykujo, z ludźmi na kolegiach sie procesuje i tom wygrywa. My sie odwułujem. Niby Wzgórza tera jego. Ale jak jego, kiedy nosze. Sąd Najwyższy rozstrzygnie. My nie chcemy niczyjej krzywdy, jeno Magdonia, kończy Lipieńka, my tylko wystempujem sprawiedliwie.
(z reportażu „List sołtysa do Sądu Najwyższego w sprawie Magdonia i Lipieńki”)
Janusz L.SOBOLEWSKI. "I zamknę cicho drzwi..." Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2011
Tomasz Pułka - urodzony 21 czerwca 1988 roku, mieszka w Rudniku k. Myślenic, uczy się w IX LO w Krakowie. Interesuje się sobą, ponadto: czyta, śpi, kocha swoją szkołę i swoją Aleksandrę, je. Publikował gdzieś tam, wygrał coś tam, nie umie o sobie pisać, woli pisać wiersze.
"Rewers" to jego debiut książkowy.
Kilka wierszy z debiutanckiego tomiku:
bez filtra
te hasła nie otwierają żadnych drzwi przeciwnie
zapalają zielony neon exit i trzeba wyjść
z ciebie siebie nie rozumiem chciałbym pisać
szeptem kobiecą mruczanką jakąś delikatną nutą
wieszać cię na czwartej linii od góry i zbierać
mak językiem pamiętasz jak to było drożały lizaki
wujek bawił się w złodzieja nie ufaliśmy piosenkom
edyty i książkom jerzego a teraz tylko mgły centymetr
igra z ogniem leci sobie w kulki taki jest plan
Wiersz o podglądaniu
zbyt wielu ludzi w tym mieście ma ciemne włosy,
to takie polskie. mieszkanie na trzecim piętrze,
drzwi pilnuje judasz, na klatce dzieci grają
w kapsle. w każdą noc przed losowaniem lotto
jest spakowany. czeka, albo pije ciepłą wódkę
jeszcze nigdy nic nie wygrał. potrafi za to
łamać chronologię dni, spluwać na przechodniów,
zasypiać na stojąco. tyle doświadczenia, a tak
kiepskie kwalifikacje. sąsiad to przynajmniej
pisze listy do prezydenta, ogląda obrady sejmu
wie co się dzieje na świecie. a tymczasem świat
jest schowany w paczce po klubowych, w gazecie
ze zdjęciem córki. młoda, zdolna pani doktor,
dobrze że ma się choć taką pociechę gdy jedyny
pewnik to palacz w kotłowni, bo telewizor kłamie.
czasem jest wieczór, a czasem pisze na okładkach
książek: dzisiaj nie widać już nawet samolotów,
kości Hanki są cienkie jak światło elektryczne,
mam gorzki oddech, szczekają psy.
kilka słów o mówieniu przez sen
To wyszło z rozmów i grudek ziemi między listami. Z problemów
ze znalezieniem pierwszego słowa. Powinno błyszczeć, a pachnie
jaśminem? Cóż - tyle dróg, a każda niewłaściwa, jak kierunki
wyznaczone przez krzyż wiszący nad łóżkiem. Performance znaków
tańczących na talerzu. I my po przeciwległych krańcach obrazu,
tak znikają wieczory. Mieszają się z farbą, ściekają wprost
w usta. Połknij, zapomnij, odwróć się na pięcie
nie wracaj do domu.
Didaskalia (rallentando)
Zmień obiektyw, trzeba będzie popatrzeć od spodu,
to nie jest takie proste, jakim mogłoby się zdawać,
gdybyś miał latawiec, a nie dwie małe rączki. Tam,
albo i tędy; kierunki nie są wytyczną drogi, najwyżej
podprowadzeniem pod temat, sentymentalnym
wydźwiękiem tamtej drużyny. Co z ciebie za odłamek,
skoro nie pamiętasz? Skoro dobrze wiesz, że mimo tej
ściany, wciąż gonimy cienie. Ty lubisz ruch, ja wcale
nie jestem wybredny, zniesmaczony, starczy porządna
parabola, parabellum, albo choćby złoty strzał
uśmiechem. Drastyczne prędkości przesuwające
przedmioty i jeszcze kilkadziesiąt zgrzebnych słów
na "p"; na przykład poziomka zamiast pistoletowej
kuli, roztańczone sztormy czyli zmysły drgają pod
wpływem przypływu zepsucia, uśmiechnięty rój
łyżeczek, weź jedną, wydłubiemy ci oko. To takie
żarty, nie bój się, przecież nie będę gryzł, ledwie
mogę zjeść jabłuszko. Ta gra będzie grą, jeśli
postawisz mi obiad, a ja znajdę w rozkładzie
pociągów jeden żywy organ.
zwykłym
Był taki dzień po którym ślizgaliśmy się jak ważki
po brzuchu Adriany Sklenaříkovej (najdłuższe nogi
lub najdłuższa droga) Pytałaś mnie o moje fascynacje
urodą czeskich modelek które złocą się w pilsnerze
nie zważając na własne zdrowie Liczy się kompozycja
jaką osiągają chmury zaraz po zgaszeniu gwiazdy
co najmniej formatu Andrija Szewczenki Tak się topi
w słowach tak moczy się nogi w ujściu źrenicy gdzie
jadę wspomagać twój trzeci dzień bez znieczulenia
jest nadzieja że poprawi mu się zaraz po wniesieniu
kwiatów albo po zdjęciu zrobionym przez zagięty
łokieć Tu nie wolno palić listów bo woźna pilnuje
drzwi nadzoruje przepływ kurzu choć mamy marzec
dochodzący do perfekcji w przycinaniu palców i nic
z tego nie wiadomo bo wszyscy mówią i mówią a
przecież jutro będzie wtedy i tylko wtedy
piłaś ze mną czarną kawę a to potrafi przygasić
przestrzeń Zobacz: wabię przygodę krzyczę na rekiny
i wyjmuję ości z twoich warg brudząc pęsetę Wiesz
jak to jest gdy człowieka budzi krzyk Te nakłucia są
konieczne jak to że masz prześcieradło na biodrach
Drzesz się
Tomasz Pułka -
Rewers Mamiko, 2006
Grzegorz Mucha - "Kobiety i czas" (opowiadania).
zdj. Kinga Owczennikow
Autor urodził się i mieszka w Katowicach. Ukończył liceum, a potem studia. Pracował w wielu miejscach, takich jak wytwórnia filmowa, pizzeria, telewizja czy... hafciarnia. Niektóre zajęcia wspomina miło, jak np. mycie (metodą "na sucho") samochodów na Heathrow, kiedy jeszcze lądowały tam concordy. Był czas, że organizował koncerty, krótko prowadził galerię sztuki. W końcu zaczął pisać, jak wszyscy "po przejściach". Obecnie współpracuje z internetowymi portalami i pismami, zwanymi społeczno-kulturalnymi. Jego opowiadania publikował Śląsk, Opcje, ProArte i węgierski Magyar Naplo. A to jest jego pierwsza książka.
* * *
Fragment opowiadania "Powrót"
Obudziłem się, a widok za oknem był jak kolejny sen. Ujrzałem pełne purpury, gęste obłoki. Pełzły po niebie dumnie, nie zważając na przecinające je samoloty. Widok był wstrząsający. Chmury wypływały zza wieży ratusza i dostojnie przemieszczały się w kierunku morza. Wciągnąłem głęboko powietrze, dla którego tu przyjechałem, ale dotarło do mnie ledwie jego wyobrażenie. Byłem w sercu miasta. Czułem zapach stołówki i kotów. Jeden z nich obserwował mnie z płotu przecinającego podwórze. Widząc mój wzrok, zmrużył oczy, po czym ruszył w kierunku śmietnika. Minął go, nawet nie spoglądając na jego zawartość. Po chwili zniknął pomiędzy zaparkowanymi samochodami.
Było późno, ale ten dzień miał swój czas. Znalazłem się pośród przedwieczornego tłumu. Przed lokalami i sklepami rozsiedli się gitarzyści. Goniony ich talentem, wydostałem się nad kanał. Przesuwałem się wraz z ludźmi w kierunku targu, zaznaczonego dla turystycznych nowicjuszy wysokimi masztami zacumowanego jachtu. Widziałem je wyraźnie. Dla mnie były znakiem przeszłości. Flaga na szczycie najwyższego z nich łopotała złudną obietnicą. Wydostałem się z tłumu. Brodziłem wśród drewnianych ław i stołów. Rozglądałem się. Stała nieco na uboczu, wśród cieni rzucanych przez jacht. Nie uśmiechała się. Nawet na mnie nie patrzyła, choć pewno zauważyła, jak się skradałem. Nie chciała usiąść. „Te wszystkie zapachy są takie intensywne”, usłyszałem, nie bardzo wiedząc, czy to dobrze, czy źle. Przekroczyliśmy w poprzek placyk, za którym zaczynał się kolejny labirynt uliczek. Ale tamten labirynt był nieco inny od tego, z którego właśnie się wydostałem – pusty i cichy. Po kilkudziesięciu krokach ulica zawładnęła nami całkowicie. Domy zamknęły nam odwrót. Stukot jej obcasów stał się bardzo wyrazisty. Szliśmy przed siebie, ale cel był nieznany. Kostka brukowa wymykała się nam spod nóg na wszystkie strony. Wtem w stukot wdarł się zgrzyt. Syknęła i chwyciła mnie za ramię. Podniosła prawą nogę, spoglądając krytycznie na obcas. Puściła mnie, chcąc ruszyć przed siebie, ale przytrzymałem ją w talii. „Puść, bo zacznę krzyczeć”, wyszeptała. Wiedziałem, że na tej ulicy, wyglądającej jak z początku poprzedniego stulecia, byliśmy zupełnie sami. Zmierzch okrył nas całkowicie. Domy kiwały na nas cieniami nielicznych latarń. Rozważałem możliwość zerwania z niej sukienki wraz z jej psychicznym pancerzem. Czułem, że ten spacer jest jak wejście w sen wampira. Domagał się szalonego zakończenia. Może czekała na krwawy ślad na szyi? Kot na płocie i złamany obcas były sygnałami nadchodzącej zbrodni. Drżała. Doszliśmy do końca ulicy, która przez chwilę zastanawiała się, czy nas wypuścić. Czułem wyraźnie to wahanie. Latarnia zamrugała i zgasła. Za załomem znów czekały na nas ławki i ludzie. Nagle powietrze rozdarł ryk syreny. Kanałem płynął prom. Zatrzymała się, jakby się bała zrobić jakikolwiek ruch. Stałem obok. Blisko. Olbrzymi prom omiótł nas światłem i dźwiękiem. Ludzie na pokładzie nie zwracali na nas uwagi, zbyt zajęci sobą. Za chwilę mieli wysiąść i pośpieszyć na kolację. Potężna śruba biła w wodę, a nad nią dawała nam znaki kolorowa bandera. Staliśmy na granicy światów. Wciąż obejmował nas cień mrocznej ulicy, ale przed nami otworzyła się spacerowa aleja. Teraz mogłem to zrobić. Chwyciłem cienki pasek sukienki i przyciągnąłem ją mocno do siebie. Mogła sobie krzyczeć. Skoro ulica przemieniła mnie w wampira, to i tak nie miała szans. Obejmowałem jej ramiona, plecy i pośladki. Czułem jej zapach. Zamkniętą w szczupłym ciele obietnicę morskiej przestrzeni. Nie krzyczała. Zapomniała, wciąż oszołomiona koszmarnym spacerem i przepływającym promem. Nagle poczułem na ustach palce, a całe Jej ciało nienaturalnie się naprężyło. Wypuściłem z dłoni pasek, stanowiący przez długą chwilę naszą kotwicę. Odsunęła się i wyszła z cienia. Potem szybko przeszła na drugą stronę alei, by zatrzymać się przy balustradzie. Dobiegłem do niej w momencie, kiedy środkiem kanału przemykała głośna motorówka z dwoma mundurowymi na pokładzie. Krzyczała, jakby chciała ich zawrócić, ale nie było to wołanie o pomoc.
Grzegorz MUCHA.
Kobiety i czas. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2006. 160 s.
ISBN 83-60224-11-0
Katarzyna Brzóska - Ukryte

Katarzyna Brzóska, ur. 29-go stycznia 1976 roku w Słupsku Absolwentka filologii polskiej i studiów podyplomowych na kierunku bibliotekoznawstwo i informacja naukowa słupskiej Akademii Pomorskiej. Autorka arkusza poetyckiego Kolory na środku (1999r.) i tomików poetyckich: Tristania (2002r.), Po śnie przedsen (2005r.). Publikowała w antologiach: Gdzie indziej ,Patrzeć na siebie bez alfabetu ,Wyrwane z krwioobiegu , Contemporary Writers Of Poland, Ślady dotyku, Z ziemi przychylnej oraz w Prowincjonalnym Okazjonalniku Literackim Łabuź, Autografie, Śladzie i Poezji dzisiaj. Jej wiersze tłumaczono na angielski, niemiecki, rosyjski i francuski.
Strona internetowa autorki: www.w tristanii.republika.pl
Z wydanego tomiku „Ukryte”
ODCZYNIANIE
Völva zasłoni skrzydłem kruka
Wila wykąpie w obłoku
dopóki Królowa śni odwrotny sen
nie zbudzą się
koszmary na własnych marach
ze strachu struchlałe
podrygują w obłędzie pikseliozy
jak blaszane pajacyki
wydane na pastwę gradacji
bledną - znikają - nie istniały
POD POWIERZCHNIĄ
wystarczy, że zmruży oczy
a ktoś inny przejmuje pstrykanie palcami
krajobrazy spadają z wysokiego pułapu
w pustkę krzeseł na całej długości stołu
pod blatem jest inaczej
podłoga oddycha równo i bez wartościowania
oczy szybko dostrzegają nad sobą wzór
co wieczór obdzierając czarną dziurę ze skóry
aż spadnie odpowiednia ilość powlekanych odłamków
po równo w dłonie czerni i bieli
pod język zgaszone światło
widok nadpłynął szerokim kątem
znieruchomiał nie zastygając
ŁĄKA
łąka zmyla straże asfaltu
drapieżna otulina
dla przerośniętych paznokci
rozpostarta w głąb własnych aort jak parasol pędzelka na powiece
zasypia gasząc ostrość
na deserowej galaretce
znużona gryzieniem futra pszczoły
BRZÓSKA Katarzyna. Ukryte. Nowa Ruda : MaMiKo, 2012
Sławomir Matusz - "Pieśni odejścia i powrotu"
Sławomir Matusz (ur. 1963 w Sosnowcu) - poeta, eseista, krytyk literacki. Stypendysta Zarządu Województwa Śląskiego w 2008 roku. Jest autorem tomików wierszy Nie podaję nikomu ręki (1985), Mistyka zimą (1990), Szare mydło (1993), Podtrzymanie, podniesienie (1994), Wakacje (1995), Przewrotka aniołów (1999), Elegia transgeniczna/ Transgenische Elegie (2000), Mięśnie twarzy. Wybór wierszy z lat 1983-2001 (2002), Serdeczna mammografia (2003), Cycek Boży (2007), 5.31. Ojciec Konrad (2008) oraz zbiór Narkoeseje (2004), Pieśni odejścia i powrotu. (2010).
Przygotowuje do druku tom Licznik Geigera. 20 najważniejszych współczesnych wierszy polskich w interpretacjach – publikowany we fragmentach w „Migotaniach, przejaśnieniach” i „Akcencie” oraz tomik wierszy Piosenka o okienkach.
Wiersze, artykuły i szkice publikował m.in. w „Twórczości”, „Toposie”, "Akcenie", kwartalniku „44”, "Migotaniach, przejaśnieniach", „Czasie kultury”, „Portrecie”, „Opcjach”, „FA-arcie”, „Kartkach”, Śląsku”, „Undergroucie”, toruńskim kwartalniku „Teka”, „Zeszytach poetyckich”, „Akcencie”, „Pro Arte”, „Kulturze”, magazynie „Teraz” (Filadelfia), „Gościu Niedzielnym”, „Gazecie Wyborczej” i wielu innych. Prezentowany w antologiach „Macie swoich poetów” (1996), „antologia nowej poezji polskiej” (2000), „Zagłębie poetów” (2002) "Zderzenia poetyckie 2009" (2009).
O twórczości S. Matusza pisali między innymi: Krystyna Kłosińska, Marian Kisiel, Edyta Antoniak, Karol Maliszewski, Piotr Bratkowski, Janusz Drzewucki, Bożena Budzińska, Grzegorz Olszański, Maciej Szczawiński, Paweł Dunin-Wąsowicz.
Stanisław Burkot (UJ) zaliczył trzy tomiki S. Matusza do najważniejszych książek poetyckich lat '80 i '90 (St. Burkot Literatura polska po 1939 roku, PWN 2006).
Wiersze S. Matusza tłumaczono na niemiecki, angielski, szwedzki, słoweński i czeski. Był Stypendystą Zarządu Województwa Śląskiego w 2008 r. Jest autorem nazwy i formuły Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „Przeciw poetom” im. Witolda Gombrowicza. Należy do Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem, Górnośląskiego Towarzystwa Literackiego.
Strona autorska:
www.poezja-slask.webpark.pl
Sławomir Matusz
Pieśni odejścia i powrotu
Druga elegia dla Edyty
Będę Cię szukał wszędzie –
bo moje szukanie jest pełne
prawdy i miłości. Będę błądził,
bo błądzenie jest szukaniem Ciebie.
Szukał w zapoznanych kątach domu:
szufladach ze zdjęciami, na twardym
dysku, w zapomnianych ulicach miasta
– gdzie koty nie chodzą, miejscach
spacerów i spotkań, listach, wspólnie
czytanych książkach, szafach z ubraniami,
koszulce na oparciu krzesła i niebieskim
staniczku pachnącym piersią.
Szukał w kwiatach na oknie
i ziołach w kuchni, wylizanych
garnkach, a pobielonych pleśnią.
Będę znajdował Twoje ciepło –
w poręczy schodów, poduszce, solniczce,
słuchawce telefonu, filiżance z nie dopitą
herbatą, łyżeczce którą musnęłaś ustami,
pasku od sukienki, odbiciu na obrączce
– bo dobry Bóg daje znaleźć szukającym.
Będę wertował słowniki, podkreślał
zaklęcia i słowa, które słyszałem od Ciebie,
głoszone z miłością, nadzieją, dobre słowa,
pisane na urodzinowym bileciku:
By powoli porządkować kochając;
w powieści Nabokowa: Ufając Tobie
zawierzam Bogu, że „szach i mat”
w grze o tę miłość należy do nas...
Na nowe życie z prawdą i miłością. Damy radę.
Damy radę. Będę pisał na wodzie,
palcem na piasku, na skałach, na murach
kościołów, na murach tego miasta –
aż do krwi, aż do kości. Żłobił aż miasto
zrozumie tę miłość. Damy radę – będę
pisał na kamieniach polnych w drodze
do Lisowic, szukając Ciebie, prosząc ojca.
Moje szukanie jest pełne prawdy i miłości.
Będę szukał wszędzie Twoich ust i słów,
Twojej rady i śmiechu. Twojej ręki, zawstydzenia,
radości i stóp do całowania w zimnej pościeli.
Będę rwał zęby smokom, wypalał cegły,
nosił wodę, karmił wspólnie łabędzie, całował
szyję i oczy, i usta, nosił ciało nadziei – całował
pępek świata i strugał kołyskę. Mojaś Ty, Plenna –
odbiorę owoc, jaki dasz. Będę Cię szukał
w trzewiach i trzewikach,
rozłożonych udach, w kwileniu,
bólu, odurzeniu sobą, we włosach i duszy,
w splątaniu ramion, losów i uczuć,
pieśni razem śpiewanych – aż zaplotą
się w jedną pieśń, której słowa: damy radę.
Będę szukał wszędzie, bo moje szukanie
jest pełne prawdy, miłości, zawierzenia i płaczu.
Bo moje szukanie jest pieśnią, płaczem, jest życiem.
Po śmierci Matki nie płakałem tak, jak
teraz płaczę, bo zostawiła mnie z Tobą.
15 i 16 czerwca 2009 r.
Zmarła 10 marca 2007 o godz. 5.31
pamięci Matki
Chciałem, żeby jeszcze zaznała radości, żeby coś zobaczyła pod koniec życia - zobaczyła jeszcze raz Kraków, pojechała do Pragi, pojechała na południe Europy - nigdy nie była za granicą a zbierała pocztówki; żeby przestała palić i była zdrowsza, mniej się kłóciła, żeby nie jadła tyle białej chemii.
Chciałem, by przed śmiercią zobaczyła Barnabę, by zobaczyła, że mnie się zaczyna układać. Cieszyłem się, że zaprzyjaźniły się z Edytą.
Że mogą ze sobą gadać po 2-3 godziny - podczas kiedy ostatnie parę lat my ze sobą nie mogliśmy wytrzymać 10 minut. Była harda, w ostatnich latach nieprzystępna. Liczyłem, że pierwszy kryzys chorobowy ją zmieni - że zrozumie i poczuje potrzebę opieki.
Że to zauważy i jeszcze raz doceni. Naprawdę tego chciałem - myślałem o tym.
Cieszyła się "Cyckiem Bożym" - choć nie wiem czy go czytała - żartowała z Edytą, że sam jestem taki Cycek Boży. Mnie tego nie mówiła.
Miałem nadzieję na to, że doczeka jeśli nie jakiejś mojej nagrody, to przynajmniej nominacji do Nike. Że będzie dumna, chociaż przez chwilę. To miało być dla Niej i dla Barnaby. Nawet jej nie zdążyłem o tym powiedzieć.
Modlitwa
dla Edyty Antoniak
Panie Boże pomóż abym nie zmarnował
żadnego dnia i jej uczucia. Abym pamiętał
o jej dwunastoletniej tułaczce i nie zaniedbał
niczego, aby stworzyć jej dom. Abym ręki
nie podniósł, nie skrzywdził słowem i ścierpiał
gorzkie żale – lepiej ją rozumiał. Aby nie cierpiała
biedy i poniżenia ze strony głupich i złych ludzi.
Aby mogła być szczęśliwą matką i nie doświadczyła
więcej samotności. Bo każdy człowiek złożony jest
i prosty zarazem – w czystości serca pragnie prostych rzeczy
błądząc często. Tak ja pobłądziłem pragnąc tego,
co ona, dla niej. Otoczony chmarą złych ludzi, którzy
czynili krzywdę jej i mnie, trwoniłem czas – wdając się
w próżne dyskusje z nimi, miast ją ratować – serce szczerze
mnie kochające. Sam tułacz, porzuciłem knajpy i tawerny,
ale nabrałem złych manier człowieka który śpi z zawiniątkiem
pod głową – by w razie niebezpieczeństwa szybko się oddalić.
Wiedziałem co to dom – ale prawie go nie zaznałem
nosząc swoje rzeczy pół życia na kiju. Uwolnij mnie
Panie Boże od koszmarów dzieciństwa i wieku młodego.
Uwolnij od pomyłek w wieku dorosłym. Uwolnij od tytoniu.
Uwolnij moje oczy od pokus, na które tracę czas. Uwolnij mnie
od nieprzyjaciół. Abym mógł okazać wdzięczność Mojej Pani
i dać to, na co zasługuje – miłość, bezpieczeństwo
dostatek, macierzyństwo, spokój. Aby stał się DOM,
o którym oboje marzyliśmy. Aby zdziercy i oszuści,
poborcy podatków i komornicy go nie nachodzili, a nasze dzieci
rosły szczęśliwe. Abym widział uśmiech, a nie lęk
przed kolejnym dniem na jej twarzy. Panie Boże, daj nam miłość
w całej krasie i okazałości – pozbawioną leków, lęków i poniżenia.
Miłość może być głęboka ale i głodna, zagubiona.
Spraw, aby nasza miłość nie była bezdomna i przepełniona
trwogą. Panie Boże spraw abym nie zapomniał tej modlitwy,
a ona odmawiała ją ze mną codziennie, i nie brakło nam siły,
i bym nie zmarnował kawałka kamienia i grudki gliny
tak nam potrzebnych, by zbudować dom.
Tak mi dopomóż. Jak możesz, dopomóż nam więcej.
MATUSZ Sławomir. Pieśni odejścia i powrotu. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2010. (Poezja polska). ISBN 978-83-60224-46-5
Kornel Maliszewski - Wintro
Kornel Maliszewski- rocznik '88, urodzony w Nowej Rudzie. Mieszkał także we Wrocławiu
i Cieszynie, aktualnie studiuje etnologię na UAM w Poznaniu. Publikował jedynie w autorskim art-zinie DIE PIARD. "Wintro" to jego debiut książkowy.
Fragment książki:
Nocne roztopy za uchem... Już nieustępliwe małe wodospadziki, pędy strumieni sunęły przez miasto, aby wpaść do rzeki i porozrabiać w jej korycie. Ściany znów zmieniały swoje kolory, z żółtego wieczorem przeistoczyły się różnobarwne mozaiki, wyglądały jak oblane benzyną, mieniły się w potokach światła latarni. W łazience słyszałem coraz wyraźniejsze dźwięki rozbijanych malutkich szklaneczek, a piszczące rury i korek od czajnika, który nagle wystrzelił, skutecznie wygoniły mnie z domu, abym poodkrywał noc.
Kruszyłem pozostały lód, moje buty chciały wskoczyć na którąś z kier i płynąć prosto do rzeki. Chłód był już mokry, nikt nie potrafił zapalić zapałki, nieliczni szarzy ludzie chrobotali i chrzęszczeli wraz z piaskiem i sadzą. Śledziłem niektórych, ale szybko ginęli w swoich zakamarkach połykani przez bramy. Kilka żabich oczu chichotało z wnęk domów. Ktoś na pewno miał nóż, jeszcze go nie wyjmował, czekał na sam środek nocy, kiedy bezdźwięcznie wybiłaby jej ulubiona godzina, ta spółka była całkiem zorganizowana i miała kilka ciał na sumieniu, bezdomnych psów, podciętych kabli, bezgłośnego świstu, który oddalał blady dzień.
Zwykłe parkany i kolumny zamieniały się w krogulce, płachty czerni wisiały na niewidzialnych kablach. Szedłem już sam ulicą, mijając zapyziałe małe warsztaty, sklepy, których dawno już nie powinno być, wystawy ze sztucznymi kwiatami, pożółkłymi opakowaniami po bombonierkach, chińskimi koronkami, kilkoma muchami czekającymi na zmiecenie małą miotełką. Zatrzymałem się przy zakładzie pogrzebowym. Spoglądałem na twarze osób, które ostatnio odeszły, przy każdej był ten sam schematyczny tekścik o żalu i bólu, nie wiedziałem dla kogo jest to robione, dla zmarłego, rodziny, księdza, boga czy świętego spokoju. Spytałem w duchu ich wszystkich o Irmę Pieronek, ale żadna z twarzy nie raczyła mi odpowiedzieć, wykląłem ich i poszedłem dalej.
Zdawało mi się, że pomnik chciał ze mną rozmawiać. Niemieckie inskrypcje falowały i musiałem zamykać oczy, aby znów wracały do swojego wiekowego porządku. Wdrapałem się na cokół, poboksowałem chwilę świętego, a później naplułem mu w mordę. Litery na tablicy błądziły w tylko sobie znanych kierunkach, a ja szybko uciekłem na inną ulicę.
Szła przede mną starsza kobieta, nie garbiła się jeszcze, ale chciała już bardzo być w swoim mieszkaniu. Nie wiedziała, kto za nią szedł, ale naturalnie się bała. Mógłby to być każdy, ona trzęsła się przed symbolicznym nocnym zbójcą. Przyśpieszyłem, a ona próbowała być jeszcze szybsza, ale po czasie nie była w stanie wyrównać strat. Sapałem za nią głośno, bo nie miałem już żadnych skrupułów, a ona mimo wszystko starała wymknąć się z lepkiego pościgu.
- Znałaś Irmę Pieronek? - szepnąłem, łapiąc ją za ramię.
- Nie - powiedziała ze wschodnim akcentem, nie odwracając się.
- Musiałaś ją znać.
- Nie znam żadnych twoich dziwek - odwróciła się i spojrzała na mnie. Miała złą twarz, popękaną niczym kora, w jednym oku rozpalał się zgorzel. Zląkłem się i pobiegłem na drugą stronę kamiennego traktu.
Doszedłem do rzeki, szumiała złowieszczo, coś co chwilę pluskało, może były to ostatnie zatrute ryby. Nad wodą unosiła się czerwona mgiełka, połykając tlen i zatruwając malutkie brzózki i łopiany. Przeszedłem przez most, miałem nadzieję, że nie ma pod nim przybitych gwoździami kotów. Nie chciałem ich odkrywać. Przeleciało nade mną kilka nietoperzy. Krwista mgła gęstniała, kilka odgłosów zwierzęcego bólu dochodziło z okien kamienic. Ktoś się darł, że już nie wytrzyma i lał tanią wódkę z okna, a ta rozpryskiwała się na bruku. Byłem bliski obłędu i musiałem iść do ostatniego otwartego baru. Przytułku nocnych ludzi.
Wszedłem do zadymionego pomieszczenia. Półmrok rozlewał się po wnętrzu. Usiłowały świecić mętne żarówki, zbierając hordy owadów. Było kilka pomieszczeń, oddzielonych orientalnymi tkaninami, które dzwoniły, gdy się je pokonywało. Usiadłem w czarnym kącie, na ścianach zdjęcia przedwojennego miasta, kilka hełmów, czekanów, znalazł się nawet cep gotowy do użycia przy pierwszej bójce. Słodki, zatęchły smrodek przyczepił się już dawno i nie zniknie dopóki nie wjedzie tam stado buldożerów.
Poszedłem do baru. Barman był w żołnierskiej kamizelce i sypał zebranymi przez wieczór żarcikami. Były głównie o Murzynach i zdradzie małżeńskiej. Wąsaty człowiek obok mnie zamówił lane piwo i pięćdziesiątkę wódki. Zrobiłem to samo, aby się dostosować.
- Panie, mam dosyć tych kutasiarzy na górze... Na dole też - zagadnął do mnie, przyjeżdżając po wąsie, jakby chciał zagwizdać.
- Ja mam dosyć tych pośrodku - odpowiedziałem mu nieśpiesznie, wgapiając się w jego wąsy. Część była czarna, część ruda, a jeden kawałek siwy.
- Tutaj się już, kurwa, człowiek nie liczy, tylko mechanizmy - zbliżał się, wydmuchując na mnie kłęby zatrutego dymu.
- Dobrze, że tutaj nie wejdą ich czerwone mordy, że to jest miejsce dla człowieka - rzuciłem i zacząłem przebijać się znów do swojego czarnego kąta, ale wąsacz chciał mnie złapać, a barman przywołać pieprznym kawałem o czarnoskórych.
- Zostań pan - zajęczał wąsal, trzymając mnie za kieszeń.
- Muszę iść, dziewczyna na mnie czeka - skłamałem i zniknąłem w mroku i oparach. [...]
RYSZARD CZĘSTOCHOWSKI - "GORĄCE MASY POWIETRZA"
NOTA
RYSZARD CZĘSTOCHOWSKI
Urodził się 12 września 1957 r. Jest autorem 8 tomików poezji i książki
z dramatami. ”Gorące masy powietrza” są 10 pozycją książkową w dorobku autora. Publikował w kilkudziesięciu periodykach m.in. w Tygodniku Powszechnym , Więzi , Literaturze , Res Publice , Kresach , Kartkach , Frazie , Kwartalniku Artystycznym ,paryskiej Kulturze, Akcencie , Odrze etc. Od roku 1994 członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich . Zawodowo zajmuje się od roku 1985 terapią narkomanów.
Dziękujemy Urzędowi Miasta w Bydgoszczy za pomoc w wydaniu książki.
Wiersze z wydanego tomiku:
MONI ARKADI I
Tutaj tylko czaszki i sypiące się stare mury zostały
Najstarszy klasztor europy nieczynny
W cerkwi babinka bez ręki nie przyjmuje jałmużny i
Nie pozwala się fotografować turystom
Są jeszcze ludzie honoru
Dla których bogiem nie stała się mamona
A bóg znaczy nadal ten sam bóg
Na krecie kronosa i zeusa zwyciężył święty paweł
Przynosząc tu chrystusa
Heraklion,czerwiec 2007
MONI ARKADI II
Co pozostaje po nas na tej ziemi
Tylko czaszki i sypiące się mury
Czas decyduje o wszystkim
Choć podobno nie istnieje
Wyobraź sobie kim byś był bez krwi
Kim byś był bez szkieletu
Kim byś był bez ludzkiego mięsa
Kim byś był bez mózgu
Kim jesteś bez boga?
Hersonissos,czerwiec 2007
PATRZEĆ W GŁĘBIĘ
Z hammametu pamiętam jedynie tę parę
Siedzącą na tarasie kawiarni
Jasnego blondyna i murzynkę
Milczeli i patrzeli w dal
Morza
Trwało to kilka minut a ja ich nie mogę
zapomnieć
Od kilku lat jako największe wydarzenie
Z Tunezji
Może jeszcze tylko przypadkowe znalezienie
Na cmentarzu grobu byłego premiera
Italii bettino craxi
Resztę usunęła pamięć
Teraz gdy patrzę na morze też widzę
Tamtą melancholijną piękną parę
Stalida,czerwiec 2007
Ś.P Babci Paulinie Schonrock gdańszczance która przez kilka
Pierwszych lat mojego życia mnie wychowywała
SAMOTNOŚĆ czyli PORTRET RODZINNY WE WNĘTRZU
Wracałem z okęcia i kątem oka spostrzegłem mijającego
Mnie brata przyrodniego udał że mnie nie widzi
Przeciął nam drogę rozmawiając z kolegą
Też pewnie warszawskim biznesmenem
Po śmierci matki nasze kontakty zamarły
Byliśmy z rożnych ojców i
O różnych nazwiskach
Mogłem go zaczepić zawołać ale
Dałem mu odejść w spokoju
Nic nas już nie łączy
Od małego byłem mu zawalidrogą
Jak się urodziłem miał już 10 lat
A gdy ja miałem 10 on już studiował
Architekturę i do b. nigdy na stałe
Nie wrócił
Cała moja rodzina żyje sobie beze mnie
Tą po kądzieli z ełku giżycka grajewa
Widziałem ostatni raz ćwierć wieku temu
Na weselu kuzynki doroty inną kuzynkę
Ewę jeszcze raz widziałem w filmie „urodziny
Matyldy” gdzie zagrała zaraz po szkole aktorskiej
A brata stryjecznego marcina trochę się wstydziłem
Bo został gwiazdą disco polo wokalistą zespołu
Boys po matce też bym się miller nazywał
Natomiast po mieczu częstochowscy z pomorza
Osiedli głównie w gdańsku tutaj w b. mam kuzynkę
Historyczkę i stryja prawnika których raz w życiu
Widziałem
Zabawna anegdota krąży po mojej rodzinie że jesteśmy
Spokrewnieni z generałem millerem szwedem oblegajacym
Częstochowę w czasach potopu
Do ojczyzny już część m. nie wróciła i osiadła w kurlandii i
Na mazurach
A moja mama anna miller wyszła za zmanierowanego
Szlachetkę częstochowskiego który zwiał na tamten
Świat kiedy zaczął być mi potrzebny gdy skończyłem 14 lat
I chciałem z nim porozmawiać
WYBRANE FRAGMENTY EUROPY
Praga oświetlona noc synagoga kafka we mnie
Lekki jak lęk i sen kruchy
Miła dziewczynka z ciechocinka z bólem miesięcznym
Wenecja tramwaj wodny puste uliczki klaustrofobie
San marino serpentyny alkohole chmury i góry
Rimini ricione la strada
Nocleg w kostnicy pijaństwo dyskoteka techno
Wyzywające półnagie barmanki w ciągłym rytmie
Włoskie wielkie żarcie
Plaża adriatyk z drugiej strony krew nienawiści
Rzym zmierzch bogów transwestyci i prostytutki
Na cudownym placu fontanny hiszpańskie schody
W remoncie
Lido di osti nocna kąpiel w morzu tyrreńskim
Sól spłukiwana czerwonym winem
Asyż zmęczenie nie odczułem świętego franciszka
Jeszcze ciągle nie ta chwila dlaczego?
Padwa narkomani w szaletach krew z ich żył w
Pisuarach rawenna grób dantego święty antoni
Nawraca ryby
Wiedeń opustoszały grób mozarta szyderstwo z duszy
Artysty ślady młodości matki z drugiej wojny światowej
Prater orkiestra duet hippisów weteranów
Śpiewający kawałki z absolwenta kurdowie demonstrujący
Swoją zagładę europo europo patrzysz chociaż oślepłaś
CZĘSTOCHOWSKI RYSZARD -
"GORĄCE MASY POWIETRZA". Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2008. (Poezja polska) ISBN 978-83-60224-26-7
Mariola Mikołajczak - "Powiedz mi swoje imię"
Mariola Walczak-Mikołajczakowa
Językoznawca, rusycystka i bułgarystka, absolwentka Wydziału Filologicznego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Od 1988 r. pracuje w Katedrze Filologii Słowiańskiej UAM, obecnie na stanowisku profesora.
W czasie studiów zainteresowała się bliżej językiem staro-cerkiewno-słowiańskim oraz językiem i kulturą Bułgarii i temu właśnie poświęciła dotychczasową pracę naukową i dydaktyczną. W latach 1998-1999 pracowała jako lektor języka polskiego w Uniwersytecie im. Paisija Chilendarskiego w Płowdiwie.
W roku 1996 obroniła pracę doktorską z zakresu słowiańskiego językoznawstwa porównawczego, a w roku 2005 uzyskała stopień doktora habilitowanego nauk humanistycznych. Opublikowała dotąd kilkadziesiąt artykułów naukowych oraz 11 książek: m.in. Język piśmiennictwa bułgarskiego. Zarys dziejów (Poznań 1998), Bałkańskie rytmy życia, czyli o tradycji przechowanej w języku (Gniezno 2001), Tajemnice słowiańskich bogów (Wrocław 2001), Piśmiennictwo katolickie w Bułgarii. Język utworów II połowy XVIII wieku (Poznań 2004), Chrześcijańska Bułgaria (Poznań 2007), Bułgarski Ezop (Poznań 2009) a także – napisane wspólnie z mężem, profesorem Aleksanderem W. Mikołajczakiem – Bajeczne dzieje Polski (Wrocław 2001) i Europa na moście westchnień (Gniezno 2003). Jest redaktorem serii wydawniczej Biblioteka Duchowości Europejskiej i periodyku „Fundamenta Europaea”.
Od 2007 r. przewodniczy Komisji Slawistycznej PAN w Poznaniu.
Streszczenie
Książka jest fabularyzowanym reportażem, opartym na tym, co przeżyłam i usłyszałam
w jednej ze wsi w Rodopach. A usłyszałam to wszystko z ust Pomaków, czyli bułgarskich muzułmanów, mieszkańców małej wioski, znajdującej się dziś na pograniczu bułgarsko-greckim. Jest to społeczność w pewnym sensie stygmatyzowana, nierozumiana i nieakceptowana w pełni przez resztę społeczeństwa.
Przed wieloma laty kupiliśmy w tej wsi dom, spędzamy tam kolejne wakacje i coraz głębiej wnikamy w życie tej zamkniętej społeczności. Mieszkańcy wsi otwierają się powoli, bo jesteśmy obcy, chociaż naszą koegzystencję ułatwia fakt, że bardzo dobrze znam język bułgarski. Po latach zaczęli więc mówić o rzeczach nawet najbardziej bolesnych i drażliwych, wśród których na pierwszym miejscu znajduje się przymusowa zmiana imion i nazwisk w latach 70-ych i później. Wokół tego wątku oparta jest konstrukcja książki. Przyzwyczajanie się do naszej obecności pociąga za sobą coraz większą szczerość i otwartość, aż w końcu przestają się bać mówić o tym, co przez lata stanowiło tabu.
Książka składa się odrębnych fragmentów, które mają formę moich rozmów z jedną z wiejskich kobiet o imieniu Kitka (w rzeczywistości Kibrije, co wyznaje mi po kilku latach znajomości). Jest to prosta kobieta, obdarzona jednak niezwykłą inteligencją i darem opowiadania. Swoimi opowieściami Kitka przybliża mi powoli świat pomackiej społeczności – mówi o historii wsi i ich codziennym życiu, legendy miesza z rzeczywistością, ale z tych opowiadań wyłania się spójny obraz mało znanego etnosu. Wspomnienia Kitki sięgają lat powojennych, zmian ustrojowych, które ona dziś chyba akceptuje, mimo wielu traumatycznych przeżyć z czasów komunizmu (jej życie dzieli się na dwie epoki – „stara” demokracja i „nowa” demokracja). W obecnych czasach, mimo pozornej wolności, żyje się im gorzej i ona to analizuje na własny sposób, odwołując się często do mitów i opowieści związanych jeszcze z wojnami bałkańskimi 1911-1913, druga wojną światową itp.
Jednocześnie Kitka odkłamuje zafałszowany obraz Pomaka, jaki utrwalił się w bułgarskiej świadomości. Jest muzułmanką, tradycjonalistką, ale jednocześnie kobietą żyjącą w XXI wieku i godzącą się na zmiany, jakie niesie życie. A przy tym świetnie gotuje i dzieli się ze mną przepisami na pyszne jedzenie, które wymyślono w krainie odwiecznej biedy.
MIKOŁAJCZAK Mariola.
"Powiedz mi swoje imię". Nowa Ruda : MaMiKo, 2011. -132 s. ; 21 cm.
ISBN 978-83-60224-67-0
W Y M Ó W I E N I A
Antologia
Studium Literacko-Artystyczne
KRAKÓW 2001-2003
Wybrane fragmenty z książki:
JOANNA FILIPEK
Mieszkam tu i ówdzie, obecnie w Zielonej Górze, jestem praktykującym informatykiem z racji wykształcenia, zaś kucharką, praczką, sprzątaczką, lekarką, pedagogiem, psychologiem, negocjatorem, specjalistą od logistyki i wiele innych z racji uprawiania zawodu matki. I jak tu nie szukać schronienia w literaturze? Pomaga też jazz, muzyka barokowa i filmy Lyncha.
Dlaczego piszę?
Zbieram słowa jak poziomki.
Przybywa w garnuszku tym szybciej, im emocje intensywniejsze.
Potem okazuje się, że wszystkie zielone, na nic.
Zaglądam do garnuszków innych, tam pysznią się wielkie, rumiane dojrzałością jagody.
Gdy włożyć taką do ust, rozgnieść na podniebieniu językiem, przeniesie w letni las, czy w inną opowieść.
Podglądam ukradkiem, skąd przynoszą te najsmakowitsze.
Są, wiszą na krzaczkach, tylko zrywać.
Znów szybko napełniam kobiałkę, ostrożnie chwytając w palce owoce, by nie rozgnieść delikatnego miąższu.
Pędzę do domu spróbować, kurcze, smakują jak ziemniaki.
Dlaczego zbieram słowa? Bo są.
A poważnie? Jest jeszcze kilka historii, które chciałabym opowiedzieć.
Miara objętości
Jak zmierzyć puls wszechświata? Wszystko w nim drży, bez przerwy się rusza, nieskończenie wielki kosmos stale kurczy się, zapada się w siebie z ogromną szybkością, my zagubieni gdzieś w nim na pozornie stałym gruncie, ale przecież wnętrze Ziemi to kipiąca lawa, pokryta tylko cienką warstwą skały, jak pomarańcza skórką, a ta skała to zlepek atomów, z których każdy, jak twierdzą fizycy, składa się bardziej z energii niż z materii. Zresztą, nasze ciała, sprzęty, podłoga i strop naszego domu, to też tylko nagromadzenie nieustannie krążących elektronów. Wszystko się rusza.
Gdzie tyka zegar wszechświata, odmierzający rytm natury? W czym go liczyć – w nanosekundach, milionach lat, czy w latach świetlnych? A może zadowolić się ludzką perspektywą, i przyjąć za miarę rytm pokoleń?
Myślę o tym jednego z tych dni, gdy, zwinięta pod kocem w kącie łóżka, nie chcę widzieć nikogo. Puls wszechświata czuję wtedy opuszkami palców, nieustanny chaotyczny ruch, bolą mnie elektrony krążące w moim ciele, paznokciach, włosach.
Nie ma myśli, na którą nie odpowiedziałabym »Nie chcę«. Zostawcie mnie, samą, nie mówcie do mnie, zróbcie sobie kolację, niech tata przepyta cię z historii. Chciałabym złapać cię za rękę, wbić w nią głęboko paznokcie – jęczeć »Pomóż mi«. Może tak kiedyś robiłam. Teraz wiem, że muszę przeczekać.
Wyszli, chaos powoli się uspokaja. Sprzęty przybierają na powrót swoje kształty, cichnie chlupot myśli. Ostrożnie wyglądam spod koca. Rozprostowuję skurczone nogi, ręce, rozluźniam kark. Dobrze trwać w ciszy, jak pod wodą. Nagle uchylają się drzwi. »Chcesz herbaty?« Dobre intencje zabełtały wszechświat. Znów wszystko drży i pulsuje.
Wreszcie natura, jak stary znachor, upuszcza mi krwi. Pozbawia nadmiaru rozedrganych cząsteczek. Myśli stają się mniej gęste, ciało lżejsze. Znów jestem ciałem stałym, wiem, że muszę się spieszyć, bo nim minie miesiąc, nieuchronnie znów elektrony ruszą do szalonego pędu.
Rytm mojego ciała, napędzany zegarem wszechświata. Twierdzenie odwrotne byłoby zuchwałością.
Swoją drogą, ciekawe, jaką miarą mierzyć objętość krwi menstruacyjnej przelanej na Ziemi przez kobiety, nie mówiąc o samicach innych gatunków?
GRZEGORZ INIEWICZ
Mieszkam w Krakowie, z wykształcenia jestem psychologiem. Interesuję się współczesną prozą i poezją, kinem europejskim, a także związkami między sztuką i szaleństwem.
Dlaczego piszę?
Każda odpowiedź na to pytanie wydaje mi się trochę banalna. Tak naprawdę, to po prostu siadam i piszę. Najbardziej lubię to robić w nocy – gdy jest ciemno i cicho. Pomysł zazwyczaj przychodzi nagle, pod wpływem jakiegoś wydarzenia, myśli, a czasem pojedynczego słowa. Na początku jest to dla mnie zabawa, zabawa słowem albo postacią, ale żeby wyjść poza zwykłe notatki, wtedy muszę zacząć ciężką pracę. „Oswajanie słów jest trudniejsze niż oswajanie tygrysów”, jak pisała Halina Poświatowska. I sam nie wiem kiedy zabawa zmienia się w mozolne kreślenie kolejnych wersji tekstu, a za oknem zaczyna świtać... Gdy patrzę wstecz to odkrywam, że moje teksty zawsze miały jakiś związek z wydarzeniami mojego życia. I jeśli nawet kiedyś odkryję, że to, co piszę ma wartość tylko dla mnie, to i tak powtórzę za Edith Piaf „Je ne regrette rien”.
Drabina
Mój dziadek słynął z tego, że się wspinał. Jak wspominała babcia, najpierw chodził z linami w Tatry, co skończyło się zaraz po ślubie, bo jak mawiała, nie chciała, żeby mu się coś stało, a potem wspinał się po własnoręcznie układanych piramidach ze stołów i stołków. Nie było to oczywiście wspinanie się dla samego wspinania, lecz na przykład, aby coś zawiesić albo poprawić coś innego. Typowa dziadkowa konstrukcja wyglądała tak: duży stół, na nim mniejszy, na mniejszym stole krzesło, dajmy na to kuchenne, a na nim taboret. I na tym wszystkim dziadek.
Potem była drabina. Pamiętam ją dobrze. Zazdrościłem dziadkowi przywileju wchodzenia na samą górę, podczas gdy ja mogłem najwyżej do drugiego szczebla. Drabina była czarna, a właściwie było to pół drabiny, jak wtedy myślałem, porównując ją z drabiną, na jakiej chodził malarz, który malował nasze mieszkanie. Więc te pół drabiny dziadek opierał o ścianę i wychodził na samą górę. Kiedyś te pół drabiny zsunęło się po ścianie z dziadkiem na górze, który na domiar złego, w ostatniej chwili chwycił się obiema rękami zwisającego przy ścianie kabla i kurczowo trzymając się go, zjechał na podłogę, kalecząc sobie dłonie.
Przypomniałem sobie tę historię, gdy siedząc w sobotnie popołudnie w fotelu, skończywszy malowanie sufitu, patrzyłem na rozstawioną na środku pokoju drewnianą, pochlapaną farbami drabinę, pożyczoną od sąsiada. Zdjąłem zawieszony na niej pojemnik z farbą i przez najwyższe szczeble przerzuciłem stary sweter, który miałem ubrany w trakcie malowania. Sweter pasował do drabiny.
Ponieważ sąsiad gdzieś wyjechał, nie oddałem drabiny od razu. W niedzielę powiesiłem na niej kwiatek w koszyku ze sznurka, z którym po zmianie umeblowania nie miałem co zrobić. Mimo, iż drabina stała na środku pokoju, nie stanowiła dla mnie przeszkody. Omijanie jej sprawiało nawet przyjemność. Zwłaszcza, gdy przechodząc obok, mogłem się jej przytrzymać. Nie było to coś, czego bym jakoś szczególnie potrzebował, tym niemniej dotyk drewna mile drażnił skórę.
W poniedziałkowy poranek, przed wyjściem do biura, snułem się po mieszkaniu jeszcze w szlafroku i z filiżanką czarnej kawy. Przechodząc obok drabiny poczułem, że obsuwa mi się pasek przy szlafroku. Chciałem go poprawić, lecz rękę miałem zajętą filiżanką. Położyłem ją więc na czwartym od dołu szczeblu i zawiązałem pasek. Ta sytuacja podsunęła mi na myśl jeszcze jeden sposób wykorzystania drabiny. Wygrzebałem spod szafy w przedpokoju deskę z jasnego drewna, z sękiem tkwiącym nieruchomo na jej środku i położyłem ją na trzecich szczeblach obu nóg drabiny. Dla sprawdzenia, czy był to dobry pomysł położyłem na desce filiżankę z resztką kawy. Stała na niej pewnie.
Gdy wieczorem wróciłem do domu na środku pokoju stała konstrukcja, o której w ciągu dnia trochę zapomniałem: pobrudzona farbami drewniana drabina, z zawieszonym na szczycie swetrem i kwiatkiem, a nieco niżej, na zrobionej z deski półce, stała pusta filiżanka po kawie. Po przeczytaniu gazety tylko przez moment zastanawiałem się, gdzie ją odłożyć. Zajęła miejsce filiżanki, dzieląc je z krawatem i wiecznym piórem marki Parker.
We wtorek stwierdziłem, że jedna półka to zdecydowanie za mało. Na szczęście za szafą w przedpokoju była jeszcze jedna deska. W ten sposób znalazło się miejsce na parę książek i miseczkę z ulubionymi cukierkami toffi, pomalowaną w tańczące skośnookie dziewczęta. Poplamiony sweter schowałem do szafy, a na jego miejscu powiesiłem zieloną marynarkę. Jej niedbale wystająca z tyłu podszewka, którą nauczyłem się zręcznie chować przy ubieraniu, nadała drabinie bardziej odświętny, a równocześnie bardziej ekstrawagancki wygląd.
W środę musiałem zrobić pranie. Po wyjęciu mokrych ubrań z pralki uświadomiłem sobie, że nie zawiązałem w łazience sznurków, które ściągnąłem przed malowaniem. Z szuflady kuchennego stołu wyjąłem sznur od snopowiązałek, bezskutecznie usiłując sobie przypomnieć, skąd mógł się tam wziąć. Jeden jego koniec przywiązałem do najwyższego szczebla drabiny, drugi do karnisza. Przez chwilę z zachwytem patrzyłem na swoje dzieło, po czym powiesiłem pranie.
W czwartek kupiłem w antykwariacie kilka starych płyt gramofonowych z francuskimi przebojami z lat 50 i 60. Położyłem je na podłodze, oparłszy o drabinę. Dało mi to pewność, że tu będą bezpieczne. Miseczkę po cukierkach toffi wyniosłem do kuchni, a na jej miejsce położyłem pustą butelkę po jakimś włoskim winie. Zdjąłem pranie i zacząłem się zastanawiać, do czego mógłby mi się przydać wciąż wiszący sznurek. Z tą myślą zasnąłem.
W piątek na sznurku powiesiłem czarno białe fotografie rynku mojego miasta, zrobione jeszcze przez dziadka. W tym samym dniu zostały też zajęte pozostałe szczeble drabiny. Znalazły się na nich: szelki, słuchawki od magnetofonu, ściereczka do wycierania naczyń i mały ręcznik z napisem „Wars”, który z roztargnienia spakowałem do swojej torby, jadąc pociągiem relacji Moskwa-Warszawa.
MARCIN KOSSAKOWSKI
Urodziłem się 1980 roku w Jędrzejowie, tam też mieszkam.
Uwielbiam ten niebyt, który odrywa mnie od ziemi, uwielbiam, kiedy podnosi on innych. Moje pisanie to pamięć dla mnie, kierunek do poznania bliżej. Opisuję świat jaki widzę, odkrywam inne jego kolory, czasem też samego siebie. Cieszę się, że jestem wśród ludzi, których dane mi było poznać, zaprzyjaźnić się, żyć tą samą chwilą.
*
Widzialność świata jest niemożliwa, póki nie wyjdziemy poza progi swoich pokoi, ulubionych kawiarni, nie spalimy kilogramy tłuszczu na swoich pierwszych rowerach, nie zwolnimy pracowników swojego umysłu. Ona oddycha w nas od narodzin ciekawości, a kiedy przychodzą do nas mętne myśli ujawnia się na ekspresowej trasie naszego życia. Wtedy najlepiej jest wybiec poza plan i odszukać pierwszej szosy. W ciszy , bądź przy odgłosie radia wpłynąć do pierwszego zatrzymanego samochodu, w beztroskim geście założyć rękę na rękę i zespolić swój wzrok z życiem za szybą. Choć na chwilę negować każdą idealną myśl, lecz tu trzeba raczej zachować dystans. W świecie podróżnika apogeum wyobraźni jest nieosiągalne. Pytania o egzystencję są raczej dostępne, trzeba tylko ujrzeć uroki świata i użyć skutecznego sposobu dla zabicia własnego ja.
Widzieć więcej, złamać nakazy, zakazy, zaistnieć obrazem wlepiając się w spojrzenia obcych ludzi. Fałszywe stwierdzenia wydobyć z ich spojrzeń, mówiąc : tajemniczy gość przechodzi przez obce miasto.
JUSTYNA KOWALSKA
- - ur. Sylwester' 78. Studiuję dramaturgię na wydz. Reżyserii PWST im. L. Solskiego w Krakowie. Uczęszczam też na zajęcia Studium Literacko-Artystycznego. Otarłam się o informatykę (robotyka), kończę studium reklamy (specjalizacja Realizacja Tv i Filmowa). Do tej pory druknięta byłam jedynie w "Suplemencie" i zinach Internetowych "Fahreinheit" itp. W ramach autorskiego teatru "Niemirando" zrealizowałam multimedialny performance. W dziedzinie dramatu reprezentuje mnie Agencja Dramatu i Teatru "Adit".
Piszę bo to mi pomaga żyć.
dystrakcja.republika.pl
MACIEJ KUCZYŃSKI
O sobie?
Maciej Kuczyński ur. 1979.
Mam nadzieję, że przyszły magister socjologii na Uniwersytecie Wrocławskim.
Dlaczego piszę?
Można by poprzestać na najprostszej i zarazem na najbanalniejszej odpowiedzi, że z tzw. potrzeby serca. Może rzeczywiście i tak na początku było, kiedy poczyniłem pierwsze próby ponad dekadę temu. Jednak stopniowo pisanie zaczęło pełnić „funkcję sprzątaczki” tj. pomagało mi uporządkować to co dla mnie istotne. Początkowo nie pałałem też zbytnią sympatią do książek, jednak sytuacja diametralnie się zmieniła za sprawą pewnej młodej damy, która będąc moją rówieśniczką pochłaniała z zapartym tchem „Wojnę i Pokój” kiedy ja w tym samym czasie mogłem się pochwalić „zaliczonymi” kilkoma lekturami szkolnymi i całą armią etykietek po tanich winach…. Niemniej jednak rozmowa szła nam dość sprawnie. Gdzieś tam mimochodem przyznałem się do swojej książkowej awersji. Nie spotkała mnie za to żadna fala krytyki, ona powiedziała tylko: ”Spróbuj, jestem pewna, że ci się spodoba” Miałem wówczas 14 lat – spróbowałem…. i tak jest do dziś. Ta historia też w jakiś sposób pociągnęła moje pisanie.
Teraz jest to dla mnie tak naturalna czynność, że nie wiem, czy mógł bym inaczej. Mam nadzieję , że uda mi się kiedyś wyjść poza egoistyczno-erotyczne pisarskie getto i skupić się bardziej na tym co zewnątrz.. Chciałbym stać się bardziej prozaiczny…
Szklanki
Niektóre słowa przywołują starych przyjaciół
będących gdziekolwiek w innym miejscu.
Wspomnienia pozostają przy mnie -
ciągle i niezmiennie.
Wspomnienia przemycane w opróżnionych szklankach,
obdarte ze swej magii – rozmyte
Znajome twarze pochylają się nade mną wykrzywione śmiechem.
Piękno chwili – potęgowane wywołuje ekstazę.
Nie potrzeba już nic przyozdabiać,
wystarczy zatrzymać zegary,
sycić się do woli
przebytą prawdą
Wspomnienia umierają o poranku
w pozostawionych niedopitych szklankach.
Męczą nad wyraz spragnione myśli,
wolnym krokiem wracają do siebie.
Różanki, wiersz ukończony 1 listopada 1999r.
Niech – nawiązanie
I teraz niby też jest sezon.
By widzieć wszystko zupełnie realnie,
pozwolić się wypowiedzieć
wszystkim tłumionym emocjom.
Niech drążą w głowie nowe krajobrazy,
sypią sól w rany.
I niech to przetrwam krzycząc w ciszę ból
a czasem nawet smakując z dłoni krew.
Niech i będzie.
Albo też,
w końcu skończy się sezon,
lecz jeśli tak to i coś więcej.
Niech wróci ukojenie
i włosy skropione deszczem.
Wtedy znów będę karmił w sobie śmierć.
Poznań 26 listopada 1999r.
PAWEŁ PELC
Od pięciu lat jestem księdzem diecezji przemyskiej. Obecnie posługuję w Archikatedrze w Przemyślu.
Poezja jest dla mnie listem do świata i o świecie.
Jest formą dialogu: z człowiekiem, którego spotykam w różnych zakamarkach codzienności i z Bogiem, w którego wierzę i którego mam nadzieję osobiście spotkać, by poprosić o autograf pod tym, co Swojego przekazał przez moje wiersze.
Ten najwspanialszy Poeta, Malarz i Twórca naprawdę pięknie poukładał ten świat , człowiek to arcydzieło niekiedy wypacza i komplikuje, a poeta szuka prawdy, która jest sensem i celem jego twórczości.
Ku wieczności
Minionych chwil
nie da się odzyskać
są jak małe stacyjki
za oknem pędzącego pociągu
przytulne zakątki życia
skreślone z rozkładu jazdy
takie dalekie i zapomniane
a jednak
ważne bilety
w podróży ku wieczności
MARCIN PIENIĄŻEK
Doktorant na Wydziale Prawa i Administracji UJ. Miłośnik muzyki, literatury oraz życia.
Kiedy dwa lata temu trafiłem do Studium, moje wiersze mówiły o lęku, śmierci i zwykle chybionej czułości. Nie sądziłem, że ktokolwiek zechce je przeczytać. Dziś próbuję pisać także o radosnym „tu i teraz”, które towarzyszy wsłuchiwaniu się w codzienne słowa bliskich. Szukam szczęśliwszego języka, by opowiadać nowe historie.
W parku chudy chłopak obejmuje ciało dziewczyny,
O której boi się marzyć,
A nalana twarz pełni
Ma to za nic.
W szpitalu milknie rozmowa
Niemowląt zdziwionych półmrokiem,
Który przysiadł w ich głowach.
Klęcząc przy swoim łóżku stara kobieta
Prosi anioła, aby na nią zaczekał.
1996
Minuta wody
Której anioł
Od czubka głowy
Ubiera ciało
Ty zimną wodą
Zapalasz ogień
Na płytkach powiek
Pod miękką stopą
Teraz na głowie
Wodopój ciału
Wodorost włosów
Zlepia pomału
Przez wodorostów
Mokre klosze
Ja, ręcznik
Ciepły sen
Przynoszę
1999
BEATA ANNA POKORSKA
Filolog polski, doktorant ( literaturoznawstwo, romantyzm, Pamiętniki duchowieństwa XIX wieku), były księgarz, redaktor miesięcznika literackiego „Akant”. Mieszkam w Bydgoszczy.
Pisałam „od dziecka” – wtedy głównie poezję. Zaginął mi brulion z pierwszymi wierszami, które spłodziłam jako ośmioletni brzdąc. Jedna z większych strat w moim życiu! Potem, jako nastolatka, dramaty. Jeden z nich: „ Córka dwóch ojców” zachował się do dziś. Ależ jest dramatyczny! Tak, nie pokazałam go nikomu. Dzisiaj wiem, że moim językiem jest język prozy. Czuję go najlepiej, choć wiersze „ popełniam” również, jednak mam świadomość ich nie najwyższej jakości. Czyli do szuflady.
Tak więc proza...Czemu piszę? Piszę, bo muszę. To wyższy imperatyw, którego nie umiem wytłumaczyć. Jak siadam przed kartką lub klawiaturą ogarnia, mnie nastrój święta i dziwna radość, choć wiem, że za chwilę będzie może ciężko. A może nie...Czy jest w tym sens? Nie zastanawiam się nad tym zbytnio. Dla mnie jest. Tak jak sens ma chwila, gdy otwieram książkę, i już wiem, że za chwilę będę tam, gdzie najbardziej chcę być. W niej. Chciałabym, żeby ktoś tak się poczuł, trzymając kiedyś moją książkę. I by się nie zawiódł.
Krzesło
Czułam pod sobą krzesło. Strukturę drewna, łagodne guzki nitów i fakturę łuszczącej się farby. To, że było twarde i niewygodne. A nawet jego zielony kolor. Czy można czuć kolor krzesła? Za chwilę przestanie być zielone. Jak się zabarwia zieleń nasączona krwią?
Gdybym mogła siedzieć nie dotykając go. Próbowałam usiąść na boku, zakładałam nogę na nogę, zsuwałam się na sam jego brzeg, wreszcie chciałam zawisnąć w powietrzu. Jednak jego budowa nie pozwalała na autonomię siedzenia w oderwaniu od funkcji krzesła. Po prostu. Siedziałam więc i nasączałam je sobą .
Czerwień, która gromadziła się w lekkim zagłębieniu powierzchni lub spływała nieznanymi korytarzami popękanych włókien organicznej materii, była naszą tajemnicą. Moją i krzesła. Jeżeli wstanę, jak ją ukryję? Krzesło ukaże swą zbrązowiałą zieleń i wszyscy pomyślą - skąd to skalanie? A potem skierują na mnie oskarżycielski wzrok. I nic nie powiem na obronę zbrukanego mebla, bo jeszcze nie umiem tłumaczyć się z własnej krwi. Zawisnę tylko przykrością na klamce, marząc, by się poruszyła i otworzyła drzwi. I pozwoliła przejść niezauważoną do schodów, i wreszcie do szatni, gdzie wisi mój płaszcz? Długie do kolan wybawienie.
Wyjścia nie ma. Moje krzesło stoi w rzędzie pod oknem, więc droga ku drzwiom naprzeciwko to marsz przed ekranem rentgena. Jeżeli opuszczę zacisze drewna, stanę w obnażającym świetle ludzkiego zdziwienia, żądnego wyświetlenia zakłóceń w estetyce moich dżinsów. Nasiąkających lepką substancją życia i zyskujących na odrębności. Czy to były jeszcze moje spodnie? Kiedy rozstanę się z krzesłem, wystąpią przeciwko mnie. Staną się moim oskarżeniem. Już teraz metal zapięcia ranił skórę, więc uciskane podbrzusze z oburzeniem pulsowało w rytmie wypływów, jakby w odwecie za męczącą torturę. Nieznana dotychczas wojna żywego z martwym. Palcami badałam teren walki, przypisując im rolę bezstronnego sędziego. W meczu bez reguł i nieznanym przeznaczeniu.
Muszę więc zostać tu, na moim krześle i liczyć na jego niemą dyskrecję. Zupełnie jak w bezpiecznym, ale niewygodnym gnieździe, z którego krawędzią łączyły mnie tylko centymetry obolałego ciała. Reszta lewitowała, pozbywając się ciężaru zdolnego rozpłaszczyć gęste jezioro winy, by nie spłynęło smukłymi nogami mebla.
Bolesne oczekiwanie. Znieruchomiała przestrzeń dająca złudzenie normalności. Jakby można było odwrócić bieg krwawej rzeki. Jakbym na powrót mogła stać się tamtą dziewczynką. Ale już nic nie powróci, tylko ja muszę biec naprzód licząc, że znajdę wyzwolenie. Wpatrywałam się we wskazówki zegarka, popychając je do szybszego ruchu. Każdy okrąg zatoczony sekundnikiem zwiększał szansę na ocalenie. Niedługo zostanę sam na sam z krzesłem.
Do tętniącego podbrzusza dołączył irytujący rytm sekundnika. Jeszcze nigdy nie byłam tak intensywnie skupiona. Czułam moje ciało, jakbym znalazła się w środku każdej komórki. Zdawało mi się, ze słyszę szum rzeki w żyłach i wicher powietrza w moich płucach. Ciepło wezwanych do odpowiedzi tkanek, ich rytmiczne nawoływania, zestrojone z tykaniem zegara serca. Moje zwielokrotnione, jaskrawe i głośne ja. Tylko, czy ja tego chciałam? Czy pragnęłam żyć ponad spodziewane? Ponad oczekiwane? Wyrwano mnie ze snu dzieciństwa i kazano żyć w środku nieznanej katastrofy, wypływającej z mojego ciała, znaczącej przestrzeń wokół mnie mną samą. Uczyniono mnie własnym niebezpieczeństwem. Zamkniętym w pozornym spokoju drewnianej przystani.
Wreszcie. Znajomy rumor odsuwanych krzeseł, ciężki tupot butów o drewnianą podłogę. Wychodzą. Nagła cisza i obezwładnienie. Oddycham przeraźliwie, jakbym wypływała na powierzchnię. Już można wstać. Siedzę jednak zespolona z krzesłem i nie mogę się podnieść... Czuję dziwną łączność z meblem, które dochowało mojej tajemnicy. Które teraz czegoś ode mnie żąda.
Wyjmuję więc chusteczkę i nieudolnie ścieram z niego ślady mojego istnienia.
SYLWIA KINGA SAWICKA
Zaczynałam jak wszystkie nastolatki spontanicznie: z zakochania, z nieodwzajemnionej miłości itp., i jak wszystkie od wierszy. Od niezgrabnych, pokracznych – czysty zapis emocji. Jedna z prób poradzenia sobie z uczuciami. Metoda ta zdała egzamin... Z biegiem czasu pisanie przestało pełnić funkcję wyłącznie terapeutyczną i stało się także moim sposobem komentowania rzeczywistości – nie tylko tej wewnętrznej.
Równocześnie prowadzony dziennik pozwala śledzić rozwój i metamorfozy mojego pisania, pozwala wracać, czerpać, nabierać dystansu… I tak tkwię już dobrych kilka lat zaprzęgnięta w – jakże przyjemny – kierat kartki i długopisu. Nie sądzę bym w przyszłości chciała się z niego wyzwolić. Życie to przecież doskonały pisarski afrodyzjak.
Kobiecość
Duża wskazówka zegara zatrzymana na dwunastce mała na czwórce, tak jest zawsze. Jeszcze nie świta. Leciutko wiatr porusza firankę. Już jest, czai się, na razie skulony, przyczajony. Nabiera sił by stać się wielki i potężny. Leciutko przewracam się na bok. Ręka ostrożnie wędruje na skraj brzucha. Delikatnie, pod gumkę majtek wsuwam palce. Gładzę, uspokajam; chociaż jeszcze trzy godziny, może dwie godziny snu. Próbuję go uśpić, oszukać, zabrać mu moc, pozbawić go siły i wzrostu.
Wstaję, piję kawę z imbirem. Delikatna spirala ciepła owija się wokół; już nie jest taki groźny. Powoli staje się sprzymierzeńcem. I to on, a nie przyczyna stwarza mnie kobietą. Przez trzy dni zamknięta w kokonie, zabijana każdym skurczem, stwarzam siebie. W purpurowym śluzie i czarnych, galaretowatych skrzepach. Kolejne trzy dni, tylko krew, ostatnie machnięcie pędzla. Z tym ostatnim dniem, z tym ostatnim maźnięciem, gdy dzieło jest skończone, znikam, by pojawić się z bólem. Początkowo zaczajonym, nieśmiałym, pozbawionym siły. Bólem, który za każdym razem muszę oswajać by stał się sprzymierzeńcem.
Wychodzę z mieszkania, łapię ukradkowe spojrzenia mężczyzn i to nie zapach, i nie kokon cząsteczek wokół mnie tylko wzrok zatopiony w cyklach bólu, wydobywa z nich tęsknotę, pragnienia. Zamierają. Szybko opuszczam powieki, a oni budzą się i szukają w mglistych oczach odkupienia.
Zostałam kochanką. By nie mieć dzieci dostałam tabletki tuż po stosunku. Łańcuch cyklu pękł. Ból nie przyszedł, chociaż się rodziłam. Nie było skrzepów i śluzu, tylko krew. Za trzecim razem, po tabletkach czułam, że siebie nie stwarzam. Odeszłam, bo nie mogłam zostać idealną kochanką.
Byli inni mężczyźni zwabieni tajemnicą. Bałwochwalczo czczących to co później brutalnie i bezwzględnie niszczyli.
W końcu poznałam mężczyznę, mężczyznę doskonałego. Uciekałam do niego przez wszystkie godziny doby. On się oddalał, przytłoczony moim nadmiarem. Ten ostatni raz, kiedy chciał odejść, przyniosłam czerwone wino. Do jego kieliszka dodałam skrzep, śluz i krew. Piliśmy. Lekko się uśmiechałam i patrzyłam jak siebie stwarza.
ZOFIA ZAJĄC-GARDEŁA
Mieszkam w Krakowie, skończyłam filologię polską na UJ,
przygotowuję do druku "Dzieła zebrane" Władysława Sebyły. Piszę
wiersze i opowiadania. Interesuję się psychologią i malarstwem.
Po co piszę?
To jak zapytać wiatru, po co wieje.
Lub słońca , po co świeci.
Świat jest nieogarniony w swoim bogactwie, a ja pragnę uwiecznić
choć cząstkę przeżyć, wzruszeń, myśli.
Piszę, choć na poezję nieurodzaj...
Nie może stanąć czas
jak krew zakrzepła w probówce.
Nie może biec na oślep,
choćby cel leczył świat.
Wrośnięci w historię oddychamy,
kochamy się,
rośniemy,
gubimy zęby portfele uśmiech
sadzimy drzewa
zbieramy zioła.
Naiwnie wierząc
W prawdę Zmartwychwstania.
Wczoraj rankiem zimowym
Wyszłam bez okrycia
Drżąc na ciele blednąc
Biegłam
Ulica patrzyła brudnymi
Tłumu oczami
Nikt się nie uśmiechnął
Nie upuścił czapki
Ktoś leniwie pchał
Wózek z niemowlęciem
Ktoś szarpał się pijany
Grożąc naokoło
Ktoś płakał na rogu
Ja przemknęłam chyłkiem obok.
MARIOLA ZIELIŃSKA
Jestem absolwentką filologii romańskiej, mieszkam w Krakowie.
Czym jest dla mnie pisanie? Sądzę, że to swoista płaszczyzna dialogu z drugim człowiekiem. W dzisiejszym świecie, gdzie człowiek czuje się, jak gdyby pędził przez życie pociągiem pospiesznym, pisanie pozwala mi zatrzymać się i dostrzec istotę tego, co dzieje się wokół. Pozwala mi zejść głębiej, pozwala dotknąć tego, co każdy z nas głęboko skrywa w sobie: bólu, samotności, wiary, nadziei. I tym chciałabym się dzielić.
Margerytka
Już czas posegregować wspomnienia
po tobie
bukiet wciąż stoi na stole
jakbyś odszedł dopiero wczoraj
wyjmuję z niego przywiędłe marzenia
jedno po drugim
róże zastygłe w przestrzeni
ranią mi palce
krew wciąż pulsuje
wystarczy już
ten kwiat zostawię w wazonie
biała margerytka
zawisła na urwisku w ostatnim momencie
ocalała
my poszliśmy dalej
w przepaść
Płaszcz
To dziwne
Zapamiętałam tylko
Twój płaszcz
Wkładany pospiesznie
Tak jakbyś bał się
Że nie zdążysz odejść
Tomasz Dalasiński - "Porządek i koniec"
Tomasz Dalasiński – ur. 1986. Twórca tekstów poetyckich publikowanych na łamach
m.in. „Kresów”, „Toposu”, „Czasu Kultury”, „Odry”, „Tygla Kultury”, „Frazy”, „Zeszytów Poetyckich”, „Opcji”, „Rity Baum”, „RED-a” i „Portretu”. Laureat X Tyskiej Zimy Poetyckiej (2010), nominowany do nagrody głównej w OKP im. J. Bierezina (2008). Dwukrotny stypendysta Marszałka Województwa Kujawsko-Pomorskiego w dziedzinie kultury,
doktorant w Zakładzie Polskiej Literatury Współczesnej UMK. Mieszka w Sędzinie i Toruniu. Zbiór wierszy porządek i koniec uważa za swój właściwy debiut książkowy.
Kilka wierszy z wydanego tomu:
ponad wszelką wątpliwość
udowodniwszy sobie, że wszystko można podać
w wątpliwość; podawszy to
na tacy z półwytrawnym winem, winę
wziąwszy na siebie; wziąwszy
to sobie do serca i wziąwszy się w garść
na końcu przetłuszczonej od słońca ulicy,
idziemy i patrzymy na zapadające
się w siebie tu i ówdzie widoki, co chyba
nie jest jeszcze najgorszym widokiem
na przyszłość.
cały czas
pod przykrywką własnej skóry. nie mam zdania
prostego, musi być złożone
z krwi i kości, lub chociaż z ulicy i
deszczu, który pada z wściekłością
szczegółowych pytań. tak łatwo jest przesiąknąć
przekonaniem o czymś, co ma znaczyć
to wszystko? wszystko
jedno, skoro
ten deszcz kiedyś ustanie,
a pytania nie.
czy ja wiem
coś o zdjęciach i śmierci na skutek
(chciałabyś się rozmnożyć w związku
z tym, co wyżej?). fotograficy, pijani
grabarze, skąd takie połączenie
między neuronami? jeżeli to możliwe,
zacznij być jadalna, zdjęcie
ubrań to wszystko, co należy zrobić
ażeby się oczyścić? dajmy na to,
w saunie: para rozszerza pory, w porach
lepszych warto
podejmować czynności mające na celu. cele,
ciemne i zimne, w których zakonnice
oddają się cichemu obcowaniu z panem
et circenses, widzisz? do czego to
doszło.
[Elwirze Wilczyńskiej]
daję słowo,
do-
słownie: z ust do ust, przy
stole, przy-
najmniej tyle mogę
zrobić, zanim język
zanurzy się w sałatce z kurczakiem
i piwie, to znaczy, zanim z resztą
albo, zresztą, bez, zabiorę, jeśli można,
zdanie w kwestii smaku.
[Aleksandrowi Madydzie]
w rezultacie
tkwi sedno wszelakich czynności. za czym
trzeba podążać, żeby dojść
do siebie? myślę o
i „więc jestem”
na pustym przystanku, na tym
w końcu stanęło, ale po co
język? w rezultacie
tramwajem w stosownym kierunku, ruch
ust w przeciwną stronę z przerwą
na, to wszystko.
DALASIŃSKI Tomasz. Porządek i koniec. Nowa Ruda : MaMiKo, 2011. -(Poezja polska)
Halszka Podgórska - Dutka - "Miłość ze słońca"
Halszka/Halina /Podgórska-Dutka urodziła się tuż po wojnie w Tarnowie. Posiada wykształcenie artystyczne i uniwersyteckie. W młodości poruszała się w kręgu wybitnych
artystów wielu dyscyplin sztuki i ich dzieł. Od lat siedemdziesiątych wdraża się we własną twórczość, aby w osiemdziesiątych już aktywnie pisać i przygotowywać do publikacji, jak też i równolegle malować, wystawiać i uprawiać małą ceramikę. Wydała sześć tomików wierszy:
„ Muszla z Agrygentu”, „ Trubadurzy kosmosu”, Małe przymierze z absolutem”, „Gwiezdne pomosty”, „Żabia rewolucja”, „Zew niewiarygodnego”, zbiór myśli „Preludia buddyjskie” dwa zeszyty opowiadań „Metafizyczny czworonóg” i „Tropiciel niezmierzoności”, dzienniki „Chwytanie czasu” i publikacje z zakresu muzyki. Stawia sobie wyzwania dotrzymania pulsu rzeczywistości zarówno w świadectwie zobaczonego, jak i językowej zdolności wydobycia
elementów paralelnych kreacji, a w swym pisarstwie poszukuje materii subtelnej pośredniczącej, zdolnej wytrzymać rzeczywistość, zrozumieć zbudowaniem, poprzez czerpanie z całozasobu cywilizacyjnej drogi, nieograniczonego ludzkiego braterstwa.
Mieszkając i pracując w Krakowie czynnie bierze udział w życiu artystycznym miasta.
„ Miłość ze słońca”
W pewnym mieście zasiała się rodem ze słońca osobliwa miłość. Zrazu niezauważona przez na ogół zajętych sobą mieszkańców, powoli wiła swe gniazdo z gałązek słonecznego drzewa, wznosiła kolejne wystawne komnaty i salony sztuki , werandki do wygłaszania poezji i wysokie altanki do obserwowania gwiazd w nocy. Wprost nie można było się nadziwić, ile było w niej kształtów nieprzebranych i znaków ponadzmysłowej godności.
Aż pewnego razu, wyczołgała się skądś poczwara, a i nawet wzbiła w powietrze, jak ta z „Ody do wolności” , połykając całe zaczarowane miasto miłości, obłąkując mieszkańców i odwracając ich uwagę od siebie, swych szczytnych spraw i zadań. Gdy zniknęły wzgórza miłości, zniknął też i zwykły,
ludzki czas, zwykle bystro podążający.
Ludzie, kręcąc się w kółko, radowali się fałszywym zewem postępu i pomyślnego dalszego ciągu.. A z brzucha smoka dobywały się głosy: „ Smoku, smoku, niepotrzebnieś nas połknął. Teraz sam się już też nie odnajdziesz. Nasza miłość nie jest dzisiejsza jedynie i jej tajemne, niezwykłe zadania mogą sięgać całej cywilizacji”. „ Co wy tam mruczycie?” -zawył smok. „ Jest tylko to co teraz, czyli ma was nie być!”. „Smoku, smoku-to całkiem odwrotnie. Twoje istnienie zależy od naszej miłości, jej życia, pracy, mądrości i jej bezmiernej ilości lat liczącego rodowodu. Już to że nas połknąłeś, świadczy, że znaleźliśmy się już w bardzo odległej epoce, patrząc w tył, a wcześniej musiała już tam zdążać cała teraźniejszość. Bo tylko my się na tym znamy”- przekonywali. „Lepiej byś nas już wypluł i został sfinksem. Jakże byłbyś wielki, gdybyś nastawił się na nowy sposób przedzierania się w czasie-z nieograniczonego programu”. „Dlaczego ja?” -żachnął się. „Czyż nie mam tylko straszyć i zabijać? Jako ten którym jestem, sam sobie nie poradzę”. „Coś wymyślimy, coś się zmieni”- ucieszyli się.
Zaczarowana kula światła wydobyła ich na zewnątrz w sposób dla smoka niezauważalny. Ale i nie cierpiał już przez swą poczwarność. Wesoło
uderzał swoją kitką czując obecność czujnego wszystkim archanioła. W dodatku miał jeszcze czarującą lwią grzywę.
Niech przeprawia się życiem kto może, a zagadka nowej wieści
rozstrzygania o świecie zawsze się znajdzie.
Halszka PODGÓRSKA - Dutka -
"Miłość ze słońca". Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2011
Wojciech Brzoska
ur. 1978, poeta, redaktor „Kursywy”. Autor tomików: Blisko coraz dalej (2000), Niebo nad Sosnowcem (2001), Wiersze podejrzane (2003). Współautor filmu Scrafitto (dodatek do „Kursywy” nr 3/2005).
Publikował m. in. w „Odrze”, „Kresach”, „Arkadii” „Czasie Kultury”, „FA- arcie” „Lampie”, „Studium”, „Gazecie Wyborczej”. Jego wiersze tłumaczono na angielski, niemiecki, czeski, słowacki i słoweński . Pochodzi z Sosnowca, obecnie mieszka w Katowicach.
Wiersze z wydanego tomiku. Książka ukazała się w czerwcu 2006 r.
sacro casco
Wojciechowi Wenclowi
i jest nam wmówione: bóg przemawia ustami
„poety”. on właśnie przeszedł przemianę, już nie jest
„rycerzem niepokalanej”. lecz zamiast w wino woda
tych słów przemienia nas
w drwinę z modlitwy tuż przed i
po. a było pisane: „nie jedź na spotkanie nie wierząc
w zbawienie przez wiersze dane od
pana. nasz śnieg jest tylko w bramach otwartych na
oścież, a lód na zakręcie, gdzie głuchych jak pień wyrzuca
prędkość wprost w drzewo
złego. niespodziewane zderzenie
ze śmiercią i zanik pamięci kluczowych
wierszy jak wiara w karę poddana
w wątpliwość. i bóg litościwy już po raz wtóry sprowadza na
ziemię, na dalszą diagnozę do
pogotowia. rozwój wypadków jak auto
casco kosztuje nas wieczność tych paru
chwil spisanych jeszcze na całe szczęście w prawdziwym
życiu.
znaki drogowe
Jac Po
manu chao w wersji hiszpańskiej
w dziurach na drodze przeskakuje
mi ostatnio na modlitwy
w radio.
zwłaszcza, kiedy śpiewają o
marihuanie.
nie wiem, może to znowu bozia
daje mi jakieś
Wojciech Brzoska -
Sacro casco Mamiko
znaki.
Andrij Bondar - "Jogging"

ANDRIJ BONDAR- ur. 14 sierpnia 1974 w Kamieńcu Podolskim. Poeta, tłumacz, publicysta. Wydał dwie książki: "Wiosenna herezja" (1998) oraz "Prawda i miód" (2001). Przetłumaczył na ukraiński "Ferdydurke" Gombrowicza. Jego wiersze ukazały się po polsku w nr. 4/99 Literatury na Świecie w przekładach Adama Wiedemanna i Marii Pastyrczyk. Ostatnio przebywał w Warszawie i Krakowie na zaproszenie Ministra Kultury. Żonaty, mieszka w Kijowie.

BOHDAN ZADURA ur. 1945 - poeta, prozaik, krytyk literacki, tłumacz; członek redakcji kwartalnika "Akcent" i miesięcznika "Twórczość". Autor 16 tomów wierszy, 5 książek prozatorskich, kilku krytyczno-literackich. Ostatnio (2002) opublikował tomy wierszy "Ptasia grypa" i "Stąd" oraz tom szkiców i felietonów "Między wierszami". Najnowsza książka to tom wierszy "Kopiec kreta" (2004). Od urodzenia mieszka w Puławach.

ADAM WIEDEMANN (1967) – poeta, prozaik, felietonista Res Publiki nowej. Wydał trzy tomy wierszy: „Samczyk” (1996), „Rozrusznik” (1998) i „Konwalia” (2001) oraz dwa zbiory opowiadań: „Wszędobylstwo porządku” (1997) i „Sęk Pies Brew” (1998), oba nominowane do nagrody NIKE. Laureat nagrody Fundacji Kościelskich (1999). Mieszka w Krakowie.
Wiersze w tłumaczeniu Bohdana Zadury :
Ciekawy film
dla S.Ż. z miłością
mój tato obejrzał swój pierwszy film pornograficzny
kiedy poszedł mu 61 rok życia
to właściwie nie był film pornograficzny w zwyczajnym rozumieniu tego słowa
gdzie widać wszystkie narządy płciowe
gdzie z mężczyzn tryska prawdziwe nasienie
gdzie kobiety namiętnie łykają to nasienie
to było soft porno Tinto Brasa
chyba "La Monella"
taki sobie obraz – nawet freda nie pomarszczysz
ale rzecz zupełnie nie w filmie
a w niemal dziecięcym zadowoleniu mojego starego
który dopiero w 61 roku życia
zobaczył coś o czym tylko słyszał
o czym być może marzył ale nigdy nie poznał
chociaż z drugiej strony co może zdziwić człowieka w wieku 61 lat?
„wychodzę coś załatwić chcesz obejrzeć ciekawy film?” – zapytałem
a już mogłem się nie obawiać
już mogłem spokojnie rozmawiać z nim na te tematy
między nami nie było tabu
i powiedziałem to nie jak własnemu ojcu
a jak dobremu kumplowi od którego mogłem oczekiwać podobnej otwartości
„dawaj” – zgodził się na eksperyment
bardzo dobrze że tato dożywszy swoich lat
nie czuje różnicy między „soft” i „hardcore”
a więc i nie wie jak wyglądają te pedofilskie obrazki w internecie
z maleńkimi dziewczynkami-pierwszoklasistkami
nawet nie jest w stanie sobie wyobrazić że istnieją strony web
gdzie muskularni mężczyźni walą jeden drugiego od tyłu
gdzie matka robi minetę własnemu synowi
gdzie dziadek defloruje rodzoną wnuczkę
gdzie "golden rain" i "anal" i "scum" i "gangbang" i "mature" i "pregnant" i "lolitas" i "asian lolitas" i "blow-job" i "brother and sister" i "amateurs"
i cała kupa innych dziwactw
gdzie o wiele mniej normalnego zdrowego seksu
kiedy „on” na „niej” i wszystko jasne i niczego nie widać
ale wszystkiego można się domyślić
czasami zdaje mi się że całe to totalne porno
musi wejść w jakiś wewnętrzny kryzys
no dobrze
jeszcze dziesięć lat i oni zdołają wymyślić coś nowego
nowe zboczenia nowe pozycje nowe kazirodcze perypetie
oni zdołają dołączyć nowe środki wspomagające
na przykład „sandy i jenny robią laskę rurze wydechowej nowego citroëna”
albo „czwórka pięcioklasistek pod gołym niebem posuwa dyrektora szkoły wskaźnikiem do map”
albo „dwaj dominikanie kończą od jednego spojrzenia na plamistego dalmatyńczyka”
nie nie mówię o upadku moralności
kim jestem żeby mówić o upadku moralności
nie jestem wieloletnim więźniem politycznym i nie mieszkam we Lwowie
samemu ledwie wystarczyło mi sił żeby pokazać swojemu ojcu
dość przyzwoity film o zwyczajnej włoskiej dziewczynie z wielkimi ustami
w poszukiwaniu odpowiedniego narzeczonego
mam nadzieję że nie dożyję czasów kiedy zaczną
wszystko to filmować od środka
w takim przypadku wątpię czy porozumiałbym się ze swoim ojcem
Jogging
długo nie mogłem dojść do siebie
po mailu z berlina od mego przyjaciela olafa
w tym mailu prócz obowiązkowych atrybutów które
z zasady sprowadzają się do rytualnych pytań
o kwestie zdrowia i plany twórcze
(jakby w tej twórczości można było coś zaplanować)
w tym mailu jakby między wierszami czysto po niemiecku bez przesady ale
z odczuciem głębokiego tragizmu dokładnie w paru zdaniach
było powiedziane mniej więcej tak:
„od wczoraj zacząłem unikać spotkań z moim sąsiadem
mieszkamy koło siebie już dwadzieścia lat jest moim rówieśnikiem
i co rano razem biegamy w tym parku niedaleko
on zawsze mi
wydawał się trochę dziwny kiedy nastąpił wybuch w czarnobylskiej elektrowni atomowej
zaczął obklejać sobie ściany starymi gazetami żeby nie daj
Boże do jego mieszkania nie przeniknęło promieniowanie a wczoraj na schodowej
klatce spotkałem jego żonę która powiedziała że on ma raka krwi
w ostatnim stadium nieuleczalnego i że to koniec
a ja teraz boję się mu popatrzeć w oczy a wiesz taki
sympatyczny człowiek tak przyjemnie się z nim biegało rano...”
natychmiast chciałem jakoś uspokoić olafa
pocieszyć mówiąc „nie przejmuj się taki los zresztą
znajdziesz sobie innego sąsiada dla porannych przebieżek a jeśli
nie znajdziesz sąsiada to weź sobie irlandzkiego setera
wiesz jak one lubią biegać? to nawet o wiele lepiej niż
z człowiekiem no i te psy nie chorują na raka” ale
nawet nie wiem czemu ale nie zacząłem nawet tego robić
nagle to wszystko wydało mi się jakąś czystą literaturą
pomyślałem że to mógłby być niezły fabularny pomysł
dla powieści kundery
który lubi mistrzowsko opisywać ludzkie tragedie a tu wszystkie ingrediencje
gotowe – berlin niedługo przed zjednoczeniem dziwny sąsiad dwadzieścia lat
wspólnego biegania gazety na ścianach jak kronika przełomowych historycznych wydarzeń
które zmieniły oblicze europy choroba rak i widzą państwo
on nie wie jak teraz popatrzeć w oczy
napisałem coś całkiem neutralnego
coś w typie „trzymaj się zresztą ty już jemu w niczym nie pomożesz a ty
jeszcze masz żyć i żyć nie myśl o tym co złe nie myśl
o raku”
a potem przyszło mi na myśl coś zupełnie heretyckiego
pomyślałem:
oto już dziesięć lat żyję w odległości niespełna stu
kilometrów od czarnobyla żyję i chodzę tymi granitowo-marmurowymi
ulicami dostaję chamskie porcje wszelkiego radioaktywnego
promieniowania mam krótkowzroczność niedawno wykryli u mnie zapalenie wątroby
co prawda na informacyjnym poziomie jednak zapalenie przygłuszony
katar żołądka od czasu do czasu daje mi się we znaki od piętnastu lat nie
schodzą brodawki choć mi nie przeszkadzają ale nie schodzą
jak wszystkie czarnobylskie dzieci mam problemy z tarczycą
czasami kłuje mnie serce i wszystko to jeszcze przed trzydziestką
ale ja dokładnie wiem że nie zachoruję na raka
po prostu jestem pewny że nie zachoruję na raka
będę żył długo o jejku jak długo
nie będę kupował gazet nie będę biegał rano nie będę czytał kundery
nie będę chodził po mieście z dozymetrem nie pójdę na badania
nie podpiszę deklaracji nie wystąpię z partii
nie wstąpię do partii nie zrobię analiz nie zabiję nie ukradnę
nie porzucę ojczyzny wejdę głęboko bardzo głęboko w maleńką swoją
ojczyznę
i zasnę
Wiersze w przekładzie Adama Wiedemanna :
* * *
strach uleci -– tylko wody
prąd ochładza
lękiem w pieśniach – oczach bladych
prze-prowadza
ciało dźwięczy – noc obwieszcza
cień przepaści
biały papier zwisłych skrzydeł
z lustra tafli
paproć spali serce w kwiat
dzwon proroczy
zgorzkłych kwiatów miękki piach
łzami w oczy
* * *
tak obejmują nas
tak kochają
tak darzą
tak obcierają nas
tak cisną
tak parzą
słowa
i las zielony
niczym tekst
i mkną do mórz
syntaksy rzek
i zamroczeniem
kłuje liść paproci
i owies brzeg
strumienia mowy złoci
* * *
daremny płacz daremny wszystko na nic
moje oczy zielony smutek otumani
syreny czarny ryk ponad świątyni brwiami
poleci w dal gdzie zawisł niemy nawis
o czymś epickim wiatr wył niczym wieszcz
łza drżała w srebrnym ostrzu marzeń
o słodkim maju śniąc lśniły lichtarze
ostatnie modły intonował deszcz
Canis et lupus
René Descartes nieomal pysk w pakuły wstawił,
Ciemność rozpruwszy niecierpliwie.
I Cerber szczerzy kły na skrzek chełpliwych pawic,
Cyjanek nieba żółte ługuje igliwie.
Na płachcie nocy pucha smętnie i posępnie
Rozszataniony puszczyk, antymysi chwin
Niedoszczekaną psio-wilczą piosenkę –
Szczekaliśmy na księżyc sobacząc mu since.
Jak my we dwóch wsłuchani w szurum-burum ciał,
I mąka łabędziła skronie,
I w mglistym wietrze stół się osowiały chwiał,
A psia krew ciekła, bordo sączyło się po niej.
Wybrane fragmenty z książki "Marianna - księżniczka marmurów" : |  |
Najlepszy polski marmur Biała Marianna – wydobywany w okolicach Stronia Śląskiego -wykorzystywany jest przy projektowaniu wnętrz w obiektach użyteczności publicznej. Zdobi Sejm, Senat, Filharmonię Narodową, Ministerstwo Finansów, kościoły w Złotym Stoku, Stroniu Śląskim, Marii Śnieżnej na Iglicznej, banki, budynki służby zdrowia, obiekty sportowe, handlowe, przemysłowe oraz mieszkalne.
Marianna Wilhelmina Orańska
Urodziła się 9 maja 1810 r. w Berlinie jako córka namiestnika, a od 1815 r. króla Niderlandów, Wilhelma I i królewny pruskiej Wilhelminy Fryderyki z domu von Hohenzollern. Związki królewny Marianny ze Śląskim to konsekwencja losów jej rodziców. W wyniku rewolucji belgijskiej znaleźli schronienie w Prusach nabywając dobra poklasztorne w Lubiążu, Henrykowie i Kamieńcu Ząbkowickim. Po śmierci rodziców Marianna otrzymała kamieniecki spadek, a następnie dokonała nowych zakupów. W 1838 r. kupiła klucz stroński i majątek rycerski Strachocin. Znajdowało się tu 8736 ha lasów oraz zespół obiektów przy dworze, wznoszącym się koło drogi do Bolesławowa. Wiodła życie barwne, ale i pracowite, pełne zarówno wspaniałych, jak i tragicznych momentów. Za sprawą Marianny na dworze pruskim wybuchł skandal, mianowicie wyszedł na jaw jej romans z koniuszym. Konsekwencją tego był szybki rozwód, a magnatka w ciągu doby musiała opuścić pruski dwór oraz przyjąć tytuł Marianny Niderlandzkiej (Orańskiej).
Wybudowane przez nią drogi gospodarcze i dukty umożliwiły rozwój wsi, pozwoliły zagospodarować rozległe kompleksy leśne, głównie w Górach Bialskich i Masywie Śnieżnika. W roku 1843 koło Stójkowa wybudowała piec hutniczy, fryszarkę i szlifiernię przerabiającą rudę z Siennej i Janowej Góry, które działały do czasu wybudowania przez nią huty szkła kryształowego w Stroniu Śląskim (1864). Na potrzeby budowy pałacu w Kamieńcu Ząbkowickim założyła w Krzyżniku kamieniołomy marmuru, gdzie do dziś jest on wydobywany, a w zależności od odcienia skały nazywany Białą, Różową i Zieloną Marianną. Księżna lubiła osobiście doglądać swoich spraw, czego dowodem może być szybki rozwój zakupionych przez nią dóbr. 20 lipca 1840 r. dostała się na szczyt Śnieżnika wraz ze swoim ojcem królem Wilhelmem. Aby polepszyć warunki funkcjonowania gospodarstwa pasterskiego na Hali pod Śnieżnikiem wybudowała do niej drogę. W 1871 r., z uwagi na coraz większy ruch turystów, zbudowała tzw. „Szwajcarkę”, która obecnie stanowi główną część schroniska „Na Śnieżniku”.
Marianna była osobą z wielkim smakiem artystycznym i dużym zmysłem organizacyjnym i gospodarczym. Jako ewangeliczce wpojono jej etos pracy. Mimo swego pochodzenia była osobą niezwykle prawą, (co nie było regułą w tych czasach), skorą do pomocy potrzebującym. A jednak nie było to przeszkodą w osiąganiu przez nią coraz większego bogactwa i rozwoju posiadanych majątków. Królewna Marianna wzniosła potężny zamek w Kamieńcu Ząbkowickim, zagospodarowała wiele rozległych terenów Ziemi Kłodzkiej (głównie w rejonie Masywu Śnieżnika), zgromadziła cenne dzieła artystyczne, prowadziła wiele działań dobroczynnych. W naszym regionie od jej imienia pochodzą nazwy: Droga Marianny, Marianówka, Źródło Marianny, Biała Marianna (Różowa i Zielona). To jedna z najwybitniejszych postaci kobiecych w XIX w. Jak pisze prof. Krzysztof Mazurski – może stanowić ona symbol jednoczącej się Europy, jako że powinna zajmować poza ojczystą Holandią poczesne miejsce w świadomości społeczeństw Niemiec i Polski, a także Czech, łącząc je wszystkie razem w imię wspólnych ideałów i wartości humanistycznych.
[Na podstawie artykułu Mieczysława Krawczyka, „Stronica Śnieżnicka” 1/1999.] (s.
Olgerd Dziechciarz - „Mniej niż zło”
Olgerd Dziechciarz (ur. 1968 w Olkuszu) – poeta, prozaik, felietonista. Współtwórca Galerii Literackiej przy BWA w Olkuszu i Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Kazimierza Ratonia.
Autor pięciu książek poetyckich: Ubyt (1996), Podmioty codziennego użytku (1999), Autoświat (2007), Wiersze (p)różne (2008), Galeria Humbug (2009), trzech zbiorów opowiadań Masakra (2007), Miasto Odorków (2009), poMazaniec (Mamiko 2009), tomu humoresek Graf von Mann (2007) i kilku wyborów felietonów np. Partykularne interesy czy Olkusz dla opornych.
W wydanym tomie "Mniej niż zło" znalazły się teksty publikowane dotąd pod pseudonimem Tytus Żalgirdas (m.in. w: Ricie Baum, Toposie, Opcjach, Cegle, Migotaniach, Przejaśnieniach).
Trzy wiersze z tomu
Starość
stara kobieta w czapce zsuniętej na uszy
(czy dlatego jest głucha?)
niby trudno ją wyminąć na wąskim chodniku
a przecież dawno ją wyminąłem
2007
Dustin Hoffman w dziale spożywczym dużego sklepu
tkwi ze spuszczonymi rękami
z wyrazem bezgranicznej
bezradności na udręczonej twarzy
tak jakby przebrał się za samego siebie i rola
przerosła jego aktorskie możliwości
dlatego sporo racji jest w podpisie pod zdjęciem
że Dustin Hoffman ma duży problem z wyborem
odpowiedniego jogurtu dla siebie
podwinięte rękawy chabrowego t-shirtu
sugerują że gwiazda ekranu ma dużo zapału
ale tępe spojrzenie wyprowadza widza z błędu
może nie umie wybrać
bo nikt nie podał mu jego kwestii
anonimowy idiota obdarzył ten dział plotek z łamów
„Życia na gorąco” (numer z 25 sierpnia 2005 roku)
sugestywną nazwą: „Gwiazdy z bliska”
a przecież z bliska nic nie jest do siebie podobne
krawędzie stają się łagodnymi zboczami
góry skromnymi wypiętrzeniami
a niezmierzone głębie kałużami w których toną
całe konstelacje wypalonych gwiazd
fotograf który uchwycił Dustina Hoffmana
przed witryną z jogurtami
zapewne nie jest miłośnikiem kina
przyczaił się jak wesz w gaciach
i czekał i czekał i czekał
aż zdybał małego wielkiego człowieka
na gorącym braku uczynku
Olkusz, 2005
Żal
włosy będą rosły
paznokcie będą rosły
będziemy rośli w nieskończoność
i nikt nie będzie nas podziwiać
2007
DZIECHCIARZ Olgerd.
"Mniej niż zło". Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2011.
(Poezja poska)
ISBN 978-83-60224-66-3
Michał Sobol - "Działania i chwile"
Urodziłem się w roku 1970, publikowałem w "NaGłosie", "Twórczości",
"Kresach", w roku 2001 wydałem tomik "Lamentacje" wyróżniony nagrodą
Kazimiery Iłłakowiczówny za najlepszy książkowy debiut poetycki roku.
W tym roku brałem udział w festiwalu poetyckim "Poznań poetów".
Bardzo dziękuję burmistrzowi Niepołomic, Panu Stanisławowi Kracikowi za pomoc w wydaniu książki "Działania i chwile"
Kilka wierszy z wydanego tomiku:
Wycieczka
Do skałek pod Niekłań przybyliśmy prawie bez słów
kto chciał pić miał obmurowane źródło
kubek po lodach albo złożone ręce
Miasto zostało za nami nie poznane nigdy do końca
bo i jak kiedy - nie było czasu
w rozkładaniu motyli na piance w budowaniu z liści
Nic się nie zaczęło i splot ulic zawsze znajdował
wyjście przestrzeń łąki jakiś nieużytek na którym ludzie
przypominają instalacje naftowe opuszczone lecz sprawne
Na skałkach jak pączki robiliśmy zdjęcia
staliśmy w oknach wypłukanych przez wodę
próbowaliśmy skoku z wieżowca na dach katedry
brat weterynarz i ja
chwila dzikiej pogody i już czuć terpentynę na odcinku wzdłuż bloków
chociaż nie powinno nie ma żywicznych krzewów w żadnym żywopłocie
a nawet gdyby nie ruszają zaraz po pierwszej dawce mocniejszego światła
pamiętam podobną nad rzeką kiedy opona grzęzła w rozmarzniętej ziemi
kołysząc motorower na którym mój brat ja i wędki jak piki z Sienkiewicza
ale gdzie tam grzbiet konia za niski nogi skurczone my owady w locie
a wszystko że czasu mieliśmy za mało nie rozpasanie zmysłów całym dniem
lecz jedna godzina z brakiem upatrzonego wcześniej stanowiska
i przy wyborze wracania po ciemku mimo to wystarczyła by się uporać
uciec przed męką spania po czterech w pokoju czy gminnym pomorem
kur - Panie doktorze - Nic się nie da zrobić - żółtą szczepionką
na żółtym fartuchu bo na sprzątaczkę zabrakło funduszy i miejsca
tutaj inaczej te same są tylko nazwy zakrętów w lewo i w prawo
uwaga na duży ruch ostrzejsza noc mniej nagła zapalaniem lamp
domy w ścianie większa liczba sąsiadów i sen
o wielkim braniu rano
brat hydraulik i ja
że musiała tam być wiedzieliśmy plany takie jak te nie kłamały od dawna
kanalizacja zakończyła już fazę bujnego rozkwitu i jej przyrost
wyznacza jedynie budowa osiedla domków gdzieś na peryferiach miasta
ale na razie suche trzaskanie łopaty krojenie ciężkiej jak buty ziemi
o strukturze bloku którego wypiera się udając zdziwienie cukiernik
jakbyśmy od dzisiaj grzęźli w wykopie i nie wiedzieli czego nam trzeba
więc o głodzie dalsze przecinanie warstw sprasowanych szczątków
organicznych i tych bez życia wracających najczęściej do stanu rud
albo niżej farbki potrzebnej tylko popołudniami przy zabawie w indian
by wreszcie zobaczyć w źrenicach spoglądających na nas okien
frontowe ogródki boisko drogi wyłączonej z ruchu w mozaice napisów
i gier nie rozstrzygniętych na szkolnej przerwie lecz to najkrócej
bo zaraz poślizg stępionego ostrza na kamiennej czterdziestce rutyna
kolejnego przyłącza jeśli jutro chcemy odpocząć gruchot zasypywania
a potem narzędzi o drewniane dno wozu i nowe zadania bez powrotu myśli
brat pszczelarz i ja
żadne opuszki palców czy wargi w cukrze zgwałcone
- te same gumowe rękawice do miodu i pszczół
jeśli zużyte przestały służyć w zakładzie
nam się jeszcze przydadzą
tu w nienormalnie otwartej przestrzeni przypominają
opary cynku zakazane dla płuc naszego brata
i galwanizowane odlewy o rzeźbie współczesnej - upadła
drobna wytwórczość została historia wybrzuszeń
i ślady kamieni rozbitych o mur ale dla nas
to już wczorajsze napisy jak mapy wyśnionej Ziemi
rysowane kredą niespełnione projekty lepszych sojuszy
łatwej wygranej w miejsce układu Start - 2
bo kolejny kryzys w stosunkach supermocarstw oddalało
połączenie stacji Mir i Apollo jak uścisk dłoni
wydanie pocztowego znaczka - a metal księżyca
widzimy nawet w dzień nad łąką
w porze pierwszego podbierania kiedy dźwigając pełne ramki
trzeba uważać bardziej na nierówności terenu
spod ochronnej wyostrzającej obraz siatki - dla nas
znienawidzone partie trutowego czerwiu
las i my
język ptaków śpiewających nie wymaga przekładu
drży na piersiach a potem między łopatkami
przyzwyczajeni do wyzwisk nasłuchujemy tylko
kroków na ścieżce i dokładniejszych informacji
o miejscu gdzie wysypały prawdziwki
inaczej kto by wytrzymał niewolę zakręcających
kolein miękkich od deszczu i traw - naszą pamięć
o nich potrafi zachować jedynie konkretny cel
nie całkiem legalny po którym próżne butelki
zakrętki błyszczące jak nowy pieniądz w słońcu
zawsze musieliśmy szukać namacalnych śladów
które zmieniają ścianę splecionych gałęzi i pajęczyn
w fasadę pustki nasz wypad w kontynuację - mocny kij
udomowiony kilkoma ruchami noża czy grupa dębów
granicząca z łąką uznana za starych przyjaciół
czynią coraz mniej groźne ciemnienie igliwia i liści
a odwrót ciągle możliwy
i kiedy idziesz las odkleja swoje przejścia
na to przybycie jak wcześniej na moje zachowując
nienaruszone ciepło i czystość dla obydwu
Michał Sobol -
"Działania i chwile" Mamiko, 2007
Magdalena Goik - "Powieść miasto i anioły"
Fragment książki Magdaleny GOIK "Powieść miasto i anioły", wydanej w czerwcu 2004 r. przez Wydawnictwa HYLA i MAMIKO.
Wisienka
Wisienka poczuła pod palcami coś twardego i gwałtownym ruchem zacisnęła palce. Poczuła wewnątrz dłoni coś co nie było nią samą. Za chwilę palce rozluźniły się, a Wisienka odwróciła główkę w stronę skąd dobiegał głos. Poczuła zapach, który od początku kojarzył się jej ze snem, spokojem i bezpieczeństwem. Spróbowała podnieść główkę trochę wyżej, żeby wtulić się w ten zapach i zasnąć albo chociaż leżeć tak w cieple. Lekko uchyliła powieki i bardziej odczuła niż zobaczyła nad sobą jaśniejszą plamę – to ciepło i zapach, które towarzyszyły jej od zawsze. Na to doznanie usteczka rozciągnęły się w malutkim uśmiechu. Jej ciałko wypełniło uczucie błogości i zadowolenia, które uzewnętrzniało się przez ten uśmiech. Ale ten stan przekraczał granice uśmiechu, dlatego Wisienka z całą siłą na jaką ją było stać poruszyła obiema nóżkami, a ruch ten sprawił jej tak wielką przyjemność, że poruszyła nóżkami jeszcze raz, a potem znowu.
Małgorzatka
Wzgórze Małgorzatki nazywane też po prostu Małgorzatką znajduje się w górnym biegu rzeki Bytomki. Otoczone było podmokłymi zielonymi łąkami porośniętymi słonecznymi kaczeńcami. Trudno powiedzieć dlaczego właśnie tu przyszli osiedlić się ludzie, choć w pobliżu rozciągało się mnóstwo znacznie bardziej przyjaznych terenów. Małgorzatka przyjęła ich z wdzięcznością na swój ciepły pachnący wiosną brzuch, obiecała dać im schronienie i ich żywić. Ci, którzy tu przybyli spędzili noc na ciepłym brzuchu Małgorzatki i w swoich snach zobaczyli lepianki zmieniające się w drewniane chałupy, a potem w wielkie murowane domy, wspaniałe wznoszące się do nieba kamienice i strzelające w górę budowle zakończone ostro jak szczyty gór, jakich nigdy w życiu nie widzieli. Zobaczyli głębokie doły pełne czarnych kamieni, które zamieniały się w chleb. Rano postanowili więc tu zostać, bo mężczyźni powiedzieli, że nigdzie już takiej ziemi nie znajdą, gdzie z kamieni rodzi się chleb. Zabrali się do pracy. Wokół Małgorzatki usypali wał z ziemi, aby ją chronić przed niebezpieczeństwem. Ale takie zabezpieczenie wydało im się niewystarczające, postanowili więc wzmocnić je drewnianymi palami. Zajęło im to dużo czasu, bo mężczyźni musieli przygotować narzędzia na tyle mocne żeby można nimi ściąć drzewa rosnące na szczycie wzgórza. Potem kilka dni je cięli. Najpierw czuli się tak jakby okaleczali swoją Małgorzatkę, żaden z nich nie chciał zrobić pierwszego ruchu, pierwszego nacięcia, bo obawiali się wielkiego krzyku, który wydobędzie się z wnętrza wzgórza. W końcu jeden z nich przyklęknął, oparł dłonie o ziemię i szeptał coś czego nikt inny nie słyszał, a co brzmiało trochę jak prośba, a trochę jak modlitwa. Potem wzięli się do pracy. Kobiety przynosiły im jedzenie albo przysyłały dzieci z posiłkiem. Niewiele tego było, tyle co zdołały zebrać w lesie, czasem jakiś ptak albo ryba. Kiedy drzewa były już ścięte, mężczyźni ociosali z nich pale, którymi wzmocnili wał chroniący Małgorzatkę. Potem powoli zaczęli budować swoje domostwa najpierw bez żadnego planu, wybierali po prostu miejsca, które im się podobały i w których czuli się dobrze. W ten sposób pokryli brzuch Małgorzatki strupami domów i zaczęli orać jej ciało, żeby zasiać różne zboża i inne rośliny, którymi mogliby się żywić i które dadzą im ubranie. Zima była ciężka, śnieg, który pokrył całe wzgórze szybko zamienił się w zlodowaciałą skorupę nie dającą oparcia stopom tak, że strach było wychodzić z chałupy nawet po wodę do Bytomki albo po drewno do lasu. Spali więc całymi rodzinami przytuleni do siebie żeby nawzajem ogrzewać swoje ciała. I z tego wszystkiego na jesieni po pięknym gorącym lecie obrodziły nabrzmiałe ciała kobiet i ciało Małgorzatki. Kobiety przyjęły to co urodziła ziemia, Małgorzatka przyjęła ich dzieci. Niektóre z nich zbyt słabe zabrała do swego wnętrza, inne zgodziła się żywić i ubierać. W ten sposób kobiety i Małgorzatka sprzymierzyły się już na zawsze dzieląc się i opiekując owocami swego ciepłego, pulsującego życiem brzucha.
Zuzanna
Zaprosili gości, samych najbliższych znajomych, żeby wspólnie spędzić wieczór, napić się wina. Jej mąż okazał się duszą towarzystwa, brylował. Pierwszy raz widziała go w takiej sytuacji. I teraz obok lęku, który czuła do tej pory uświadomiła sobie istnienie całkiem innego uczucia – radości. Ucieszyła się, że jest tak wspaniałym mężczyzną. Dawniej przecież nie był taki. Pamięta go jako cichego, spokojnego i małomównego człowieka. Na pytania odpowiadał tak lub nie, nie wdawał się raczej w dyskusje. Trudno byłoby powiedzieć, że był zamyślony czy zamknięty w sobie. On po prostu był sobie, stał na marginesie dnia, całkiem przypadkowo i przepraszająco. Teraz błyszczał, błyszczały mu oczy, rozrzucał po pokoju błyszczące słowa. Tego właśnie wieczoru w nagłym jakimś przebłysku intuicji czy iluminacji Zuzanna zobaczyła, że ma w sobie moc zmieniania ludzi, że swoją wewnętrzną siłą potrafi przyoblekać ich w postaci, których obrazy istnieją w jej umyśle. W nocy pojawił się anioł i wręczył jej list napisany anielskim pismem, ale rozszyfrowanie znaków przyszło jej z łatwością. W liście było napisane:
Z mocy naszej, nadanej Nam przez Stwórcę, My nadajemy sens Twoim słowom.
Od tej pory używaj ich oszczędnie, lecz wyraźnie, pamiętając, że Słowo nadaje kształt rzeczywistości.
Podpisano Wszelkie Istoty Anielskie
Z upoważnienia Najwyższego.
Jagna
Ostatnio Jagna spędzała w sądzie bardzo dużo czasu, co burzyło jej poczucie wewnętrznego uporządkowania, które próbowała sobie wypracować. Każda sprawa przynosiła ze sobą jakiś nowy niepokój i niestałość prawd, w które chciała wierzyć. Na przykład kobieta zaskarżyła swojego byłego męża o wyższe alimenty na synów. A on płakał przed sądem, łzy leciały po twarzy i głos wiązł mu w gardle. Urywał słowa i strzępił zdania, i tłumaczył, że on dałby swoim synom wszystko i chętnie da. Że ona to za jego plecami. Że nie wiedział. Że on chce swoim synom dom wybudować. Sąd dał mu wiarę. Ale ta kobieta, co ona sobie myślała. Co chciała osiągnąć. Dlaczego to zrobiła?
Albo dziewczyna, która ukradła płytę kompaktową w supermarkecie, bo podobał jej się ochroniarz i chciała zwrócić na siebie uwagę. Dostała osiemnaście miesięcy w zawieszeniu i grzywnę. Była przerażona i zupełnie zdezorientowana. Wyglądała jakby to nie ona decydowała o sobie, jakby ktoś zupełnie inny posługiwał się nią dla swoich własnych celów.
Jagna długo nie mogła pozbyć się jej z pamięci. Cały czas widziała przed sobą jej oczy niewidzące i nieobecne. Przez te oczy cała wydawała się tylko swoim cieniem albo swoim odbiciem w lustrze. Ona zapadła się głębiej w siebie, gdzie nie mógł jej dostrzec nikt z zewnątrz. Jej dusza stała się kulką nieszczęścia, którą ona sama tak bardzo pogardzała, że nie chciała nawet się do niej przyznać. Konsekwencje tego co zrobiła przerastały i sam czyn i granice jego rozumienia. W jednej chwili stała się kobietą posądzoną o czary i prowadzoną na sąd, choć wyrok jest już znany. Teraz już na zawsze pozostanie kobietą naznaczoną, napiętnowaną i nieczystą. Straciła siebie i brakło jej sił na dalszą walkę. Tłum z niej szydzi, lecą słowa – kamienie, a jej niedoszły kochanek śmieje się z niej i jej miłości. A jej brakuje istnienia nawet na to, aby go przekląć na wieki. I mimo że idzie jeszcze, to już straciła życie i najsurowszy wyrok niczego nie może jej pozbawić. Nie poczuje już teraz nic, nawet dotyku anioła na swoim ramieniu.
A ta kobieta, która zabiła swojego kochanka? Co z nią? Kim jest teraz? Rozpruła mu brzuch nożem kuchennym tak, że wnętrzności wylały się na podłogę. Oszalała ze strachu rzuciła się do ucieczki. Zbiegła po schodach. Nagle stanęła w pół drogi, bo uświadomiła sobie, że on jeszcze żyje, trzeba mu pomóc! Wróciła do domu. Położyła mu na ranę i wnętrzności mokry ręcznik. Poduszkę pod głowę. Poleciała do sąsiadki. Zadzwoniła po pogotowie. Wrzeszczała do słuchawki. Przyjeżdżajcie! On jeszcze żyje! Żyje do cholery! Sąsiadka zadzwoniła po policję. Policja przyjechała pierwsza. Aresztowali ją chociaż mówiła, że to nie ona zabiła, że zakrwawiony nóż, który znalazła przy swoim kochanku połknęła. Że ona go kocha, mimo że on ją bił. Że umarł, bo pogotowie przyjechało za późno, że oskarży pogotowie.
Ja
Poszłam do spowiedzi. Chodziło mi o zazdrość, chciałam się jej pozbyć. Wyrzucić ją z siebie, zostawić przy konfesjonale. Siedziałam w ławce i przypominałam sobie inne grzechy: zaniedbanie modlitwy, niechodzenie do kościoła, no i wróżenie. Z kart. Powiedziałam wszystkie. Zazdrość jako najcięższy zostawiłam na koniec. Ale ojca Sebastiana moja zazdrość nic nie obchodziła. Wściekł się o wróżby. Najpierw twarz mu skamieniała. Potem wysyczał:
–To najbardziej plugawy grzech o jakim słyszałem. Módl się do Boga o przebaczenie. W Starym Testamencie za to kamienowano.
Popatrzyłam co robi. A on zbiera z ziemi kamienie wkłada je do rękawa habitu. Zbiera je coraz szybciej,
a z ust cieknie mu ślina. Zbiera je jeszcze szybciej. I rzucił! Pierwszy, drugi, trzeci! Następne! Lecą! Lecą! Lecą!
Usiadłam zapłakana i obolała w ławce. Płakałam, płakałam, prosiłam Boga, żeby mnie przygarnął. Grzeszną. I przygarnął mnie. Wlał mi spokój w ramiona i palce rąk, w uda i stopy. Posłał anioła. Nie widziałam go, ale słyszałam w mojej głowie. Mówił, że zakonnik i Bóg to nie to samo, że Bóg wybaczył mi jeszcze przed spowiedzią, że wybaczył już wtedy, gdy w żalu poprosiłam o wybaczenie. Zapytałam anioła, dlaczego Bóg posługuje się takim narzędziem jak ojciec Sebastian? Odpowiedział mi, że nikt nie potrafi rozpoznać zamysłu Boga po zdarzeniach, po tym co go spotyka. Zapytałam więc po czym można rozpoznać zamysł Boga? A on mi odpowiedział, że po własnych pragnieniach. Że pragnienia zaprowadzą mnie tam, gdzie powinnam dojść. Że jeśli pragnienie jest szczere i pochodzi z głębi serca, zaprowadzi mnie do Boga, a Bóg zaprowadzi mnie do siebie samej. Chciałam go jeszcze zapytać czy mam walczyć o siebie i o swoje pragnienia, ale jego już nie było.
Michał Tabaczyński - szkolny atlas apokalipsy wiersze z lat 1997-2006

Michał Tabaczyński(1976)- tłumacz literatury amerykańskiej i czeskiej, autor esejów i szkiców krytycznych.
Opublikował arkusz Wiersz(Toruń 2004) i antologię współczesnej poezji amerykańskiej Parada równości(Kraków 2005). Współautor słownika młodej kultury Tekstualia bis(Kraków 2006).
W lipcu 2007 r. w wydawnictwie Mamiko wydał "szkolny atlas apokalipsy"
Trzy wiersze z wydanego tomiku:
Na drogę
„Takie ognisko tutaj uczyniło
Ranek, tam wieczór, i już jedna strona
Tonęła w bieli, w tamtej ciemno było...;„
Dante
Najdroższa, pomóż; wśród błahych inwokacji –
ja – wciąż na parkingu, czekam w samochodzie,
ty – w szale zakupów (rząd kas, na podłodze
walają się drobne, ktoś przed tobą płaci
złotym mastercardem – nieziemskie transakcje;
zachodzące słońce znów tka przez żaluzje
żałosne widziadła...). Wcale nie żałuję,
że wreszcie wracamy. Prędzej, nasze akcje,
niezbywalny ciężar, brawurowo tracą
na wartości, teraz, tu, w przedsionku nieba.
Lotne dywidendy, których nie potrzeba
przedstawiać – śmieszą nas swoją mrówczą pracą.
A pracują na nas, zresztą – ostatkiem sił.
Wypada wciąż wierzyć w wartościowy papier,
ten ostateczny trust. Stylowy ochłapie,
ekstatyczny wersie, resztko starta na pył,
błaha inwokacjo, najmniejsza podaży –
jeszcze nam zależy. Ciężki krok metrycznych
stóp, tych jedynych stóp zysku – wbrew wytycznym
opowie o wszystkim, cokolwiek się zdarzy.
Wbrew wytycznym (prosto! jasno! beznamiętnie!)
odtańczy znów swoje na tych wysokościach,
gdzie niestały promyk, przesadnie nieznośna
formalna brawura – tłumaczą się mętniej
i mętniej. Jedźmy już, szczęśliwie za rogiem
otwiera się niebo: obfita recesja,
natchniona prowizja, paniczna, przedwczesna
wyprzedaż. Powiedz, co kupiłaś na drogę.
2004
Uwikłana w nicość niewygodo...
Uwikłana w nicość niewygodo – podróży?
gonitwy? ucieczki? Kurczący się dystansie,
co to za ucieczka, która się tak dłuży?
Ty, letni przeboju, niepowstrzymany transie,
wyśpiewujesz piękno, które – kogoś tu wzruszy?
1999
Wcale mi nie zależało na tym...
Wcale mi nie zależało na tym, na czym powinno
było zależeć najbardziej, chociaż jawnym petitem
pisały o tym gazety, o tym nadawał płynną
polszczyzną radiowy spiker i z banalnym zachwytem
mówili o tym na wizji, ja jeszcze nie wiedziałem,
że mowa to jest atrament w kolorze ciemny szafir,
który wysycha na popiół, że komicznym widziadłem
bywa jątrząca się fikcja – zadrukowany papier,
że świat przykłada do nas obce zupełnie miary,
droczy się, nieustępliwy, ale wytrawny handlarz,
bez końca winduje ceny, w przecenie ma koszmary,
że i te idą jak woda – ta, w której ty się taplasz.
2005
Michał Tabaczyński -
szkolny atlas apokalipsy wiersze z lat 1997-2006 Mamiko, 2007
Tomasz Hrynacz - Enzym
Tomasz Hrynacz, ur. w 1971 r. Poeta, obecnie współpracownik internetowego dwumiesięcznika poświęconego zagadnieniom współczesnej poezji "poetica".
Publikował m.in. w paryskiej „Kulturze”, „Dekadzie Literackiej”,” Czasie Kultury”, „Odrze”, ”bruLionie”, „Kresach”, „Res Publice Nowej” ,”Akcencie”, „Opcjach”, „Twórczości”. Laureat konkursu im. Rainera M. Rilkego
( Sopot 1997) oraz Rafała Wojaczka (Mikołów 1997). Wydał m.in. "Zwrot o bliskość" (Kraków 1997), "Partycje oraz 20 innych wierszy miłosnych" (Sopot 1999), "Rebelia" (Wrocław 2001). Mieszka w Świdnicy Śląskiej.
adres: Tomasz Hrynacz, ul. Okrężna 72 m2, 58-100 Świdnica Śl.
Wiersze spękane, rwane, jakby niedokończone, zawieszone. Świat jest chaotyczny, poeta podsuwa mu lusterko i rysuje kolejny chaotyczny obrazek. Hrynacz nie daje żadnej pociechy. Ale ja za bardzo nie wierzę poetom pocieszającym z urzędu.
Karol Maliszewski
Hrynaczowi „wierzyć się nie chce”, ale wierzy. Chodzi oczywiście o poezję, pisanie, staranie się. Zbawienie?
Piotr Śliwiński
Dobrze stanąć w progu tych wierszy. Jeszcze lepiej- wejść do ich wnętrza, skonfrontować się z nimi, przejrzeć się w ich głębokich zwierciadłach, których odbicie trzeźwi, uwalnia od ich iluzji, uczy pokory wobec kruchości i niepewności istnienia.
Piotr Wiktor Lorkowski
Prezentowane wiersze pochodzą z nowego tomu "Enzym"
Brakujący klucz
Co jest celem twej podróży?
Czy to, by uznać rozpędzony
sen za łaskawe światło,
w czasie, gdy dni zwinęły się
w kłębek, aż słychać łomotanie?
Zanim o cokolwiek spytasz,
zacznij domyślać się skutków.
Przechył kontrolowany
Stłuczony i rozbity.
Dzień. Nie ujawniony
do końca.
Palce przystanęły. Niczego
nie piszą. To co się
budziło, nie zostało
obudzone.
Stłuczony. Rozbity.
Odwrócony początek. Nie wróci
bezpowrotnie.
Zdradzone miłości dryfują we śnie
To nie przypadek.
To czyny nie do odwołania.
Czarno na białym
Chmurna noc, na pół martwy księżyc.
Białe jak kość serce. Widmo krąży.
Jakkolwiek by było: czemu śpisz,
kiedy śmierć tak się naprzykrza?
Dreszcze
Wymieńmy się choćby imionami.
Słońce wdziera się do bram.
Czyż nie sądzone Ci to było wcześniej?
Miłość przychodzi niespodziewanie.
Paweł Tański - Mikrotony

Paweł Tański – ur. 22 lipca 1974 roku w Toruniu. Adiunkt w Zakładzie Antropologii Literatury i Edukacji Polonistycznej Instytutu Literatury Polskiej Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Autor książek: W cieniu poematu. Emigracyjna poezja Mariana Czuchnowskiego (2003), Tradycja i talent. Szkice o poezji emigracyjnej (2006), Sandały Hermesa. Szkice o poezji (2008),
Ja, motyl i inne szkice krytyczne (2010). Redaktor i współautor tomów: Marian Czuchnowski – kronikarz emigracyjnej codzienności (2002), Problematyka tekstu głosowo interpretowanego (I) (2004), Problematyka tekstu głosowo interpretowanego (II) (2006), Problematyka tekstu głosowo interpretowanego (III) (2010), Zajmuje się głównie problematyką kultury XX wieku
i współczesnej (tj. po roku 2000). Artykuły, rozprawy, szkice i recenzje publikował w wielu czasopismach i księgach zbiorowych. Wydał zbiory wierszy: Ukryty pod topolami (1997), Zdania z wiśni (2000), Baśnie, głosy, przedmioty (2001), Ogrody toruńskie (2007). Jego wiersze tłumaczono na język angielski, chiński, czeski i serbski. Stypendysta Marszałka Województwa Kujawsko – Pomorskiego w dziedzinie literatury w roku 2011.
* * *
w głosach kobiet znajdziesz ukojenie,
będziesz szedł przez las i znajdziesz mech,
zaśnij, syneczku, zaśnij, kochany, las to matka,
która cię pocałuje. będziesz krwawił, a ona zaśpiewa
i śpiewać będzie. powietrze w maju, niedziela,
centrum miasteczka, w którym stachura czyścił staw,
drzewa jak głosy kobiet, mostek,
matka idzie o kuli, chłopiec śpiewa,
biegnie jej na powitanie.
żona w sukience. w głosach najbliższych kobiet
znajdziesz mech, połóż na nim głowę, znajdziesz spokój,
blask na wodach czarnej rzeki; słońce zachodzi,
na wodach stawu światło poranka
* * *
układamy z traw
mowę popołudnia
głos kontemplacji
alfabet sensu
to nie mowa trawa
lecz mowa wędrowania
gdy trzymam w dłoni
dłoń
sześciolatka
patrz jaką fajną drogę wybrałem
mówi
i mknie
pod górę
30 lipca 2011 r.
* * *
spędzam teraz dni na placu zabaw
i w lesie
chłopiec ma czerwone spodenki
zieloną bluzkę
lepimy bałwany
z piasku
układamy z szyszek
sztukę współczesną
sztukę zrzucania igieł
z drzewa ciała
wrzucania igieł
w stóg siana
to będzie wyprawa we dwóch
pies namiot ognisko samochód
spędzamy teraz dni w lesie
układamy z igieł
sztukę
dzieciństwa
30 lipca 2011 r.
TAŃSKI Paweł. Mikrotony. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2011
Antoni Olgierd Misiak - Teoria przemian

Antoni Olgierd Misiak
Urodził się w 1939 roku; zapisuje notatki od chwili przerwania studiów na Politechnice Wrocławskiej. W 1976 debiutuje w "Życiu Literackim" opowiadaniem "Polowanie". Wyróżniany w konkursach poetyckich, m.in. w gdańskiej "Czerwonej Róży", "Odgłosach"
i dwukrotnie w turnieju "O Laur Gryfa Słupskiego". Po przejściu na emeryturę wydał "Piątą wyprawę Krzysztofa Kolumba". Przygotowuje do druku "Metropolię" i "Santiago".
TEORIA PRZEMIAN
Cień Autora tańczył na białych ścianach. Światło kołyszącego się kandelabra zawieszonego przed głównym ołtarzem wprawiało go w ruch razem z cieniem wiszącej obok kadzielnicy.
Złudzenie tańca było tak sugestywne, że wizja ogrodu, którą przywołał widok bluszczu oplatającego pień starej lipy rosnącej przy kościelnej bramie ukryła się ponownie w podświadomości.
W bocznej kaplicy Proboszcz opowiadał kilku znajomym o skrzyni znalezionej w ruinach Spalonego szpitala. Swoje opowiadanie urozmaicił demonstracją przeraźliwego głosu rozlegającego się przy otwieraniu skrzyni. Głos zagłuszył organowy koncert Bacha grany przez studenta konserwatorium .
Scena ta w połączeniu z fragmentami zapamiętanej rozmowy stanowi kanwę opowieści. Autor umieszcza w niej dodatkowo zauważone w miejskim muzeum zdjęcie zmumifikowanych koni odkrytych po osunięciu klifowego brzegu. Opis przy zdjęciu głosi, że sądząc po uprzęży mogły to być konie Saracenów. Autor zapisuje kilka podyktowanych wyobraźnią zdań mających rozpocząć opowiadanie;
Widziano konie Saracenów wchodzące w morze. Za nimi była łuna pożaru barwiąca wodę i mgła idąca do brzegu, jeźdźców nie było. Może jakieś cienie na plaży dawały złudzenie ruchu. Dzwonił dzwon Jakuba, ale nikt nie śmiał wyjść do pożaru. Świtem ogień sam zgasł. Ucichł też straszliwy krzyk pochodzący nie wiadomo skąd. Ludzie wyszli z domów. Klasztor nie spłonął. W gwiazdozbiorze Kasjopei zapłonęła nowa gwiazda.
Potem już po poznaniu Narratora, Autor włącza do opowiadania jego tekst i nim rozpoczyna opowieść;
Graliśmy w brydża ktoś powiedział zaraz spadnie deszcz. Tak napisał Narrator czternastego czerwca na rachunku za kawę i mineralną wodę, odruchowo dodając; Do dziesiątej brakowało dwunastu minut.
W pobliżu jakiś dzieciak grał na skrzypcach powtarzając tą samą melodię. Nad lasem widać było burzową chmurę. Dziewczyna z wiklinowym koszykiem po-śpiesznie dopijała kawę. Wędrowiec z muszlą na szyi czytał zdjętą z wieszaka gazetę. Plakat z reprodukcją portretu Jacqueline1 przyklejony taśmą samoprzylepną na szybie drzwi kawiarni zachęcał do obejrzenia wystawy sztuki dwudziestego wieku. W okiennej wnęce ratuszowej wieży wędrowny sokół rozszarpywał gołębia. Stado przerażonych gołębi krążyło nad wieżą. Na pobliskim placu robotnicy wyciągnęli z ruin kolorową skrzynię.
Narrator łączy z tym zapamiętany z porannego spaceru obraz koni wynurzających się z mgły i jeźdźców osłaniających kapturami twarze przed chłodem.
Autor czytając tekst Narratora zatrzymuje się na postaci dziewczyny. Wyjmuje ją z tekstu, łączy w wyobraźni z czytającym gazetę chłopcem / bo tak dostrzega osobę wędrowca/. Spojrzenia dziewczyny
i chłopca spotykają się . (...)
MISIAK Olgier Antoni
"Teoria przemian". Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2010. ISBN 978-83-60224-55-7
Jacek Ostrowski - "Polskie Pieskie Życie"
Fragment opowiadania "Wariat"
WARIAT
Szpital Psychiatryczny, gdzieś w Polsce, 17 października 2005 roku, godzina 12, mała cela na drugim piętrze w południowym skrzydle, a w niej filigranowy, może czterdziestoletni mężczyzna , a właściwie jego wrak. Mały, chudy korpus, duża podłużna twarz z zapadniętymi policzkami, brązowe oczka osadzone w głębokich oczodołach , czarna, mocno przerzedzona czupryna i śmieszne odstające uszy - to wygląd człowieka z dziesięcioletnim stażem pacjenta domu wariatów. Siedzi skulony przy stoliku i ponownie pisze prośbę o zwolnienie.
Szanowny Panie Ordynatorze! ( tu mu zadrżał długopis w dłoni)
Zwracam się do Pana po raz sto dwudziesty z prośbą o zwolnienie. Jak już wielokrotnie oświadczałem - jestem zupełnie normalny, a te latające spodki, które często lądowały przed moim domem to szczera prawda - na co mam dowody. W mojej skrytce w banku jest film, na którym udokumentowałem te zdarzenia i wystarczy tylko po to pojechać. Proszę
niech ktoś mnie tam zawiezie, przecież to tylko godzina jazdy, proszę!!!!!!!
Pisałem już o tym, że ci ze spodków, kiedy lądowali ostatni raz coś mi wstrzyknęli i dlatego dopiero po miesiącu odzyskałem pamięć, ale teraz wszystko pamiętam. Nie mam już Rodziny i nikogo kto mógłby mnie wyręczyć i dlatego zwracam się do Pana Panie Ordynatorze.
Wiem że pewnie nie ma Pan dużo czasu ale ja już proszę dziesiąty rok i to tylko o sprawdzenie skrytki bankowej. Błagam!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Adam Gapiński
Odłożył długopis , złożył papier na dwie części i schował do kieszeni.
Rozległ się stukot chodaków na korytarzu.
Zazgrzytał klucz w zamku, drzwi uchyliły się, a w progu stanął potężny „mięśniak” z tacą w ręku.
- No kosmito! – zaśmiał się szyderczo – jedzenie i zielone pastylki od zielonych ludków!
- Nie chcę ! – Gapiński próbował protestować, ale co znaczył jego opór przy sile tego drugiego. Chwycony w stalowy uścisk nie miał wyboru, ale tym razem udało mu się ukryć medykamenty pod językiem.
- A teraz jedz ! – rozkazał osiłek
- Mam list do doktora! – zaskomlał pacjent wyciągając kartkę.
- Znowu? - pielęgniarz pokręcił głową, wcisnął zwitek papieru do kieszeni i wyszedł.
- Dlaczego ja tu siedzę??? – zaryczał nasz bohater wypluwając lekarstwo – dlaczego????
Chodził wzdłuż swojej celi podchodząc do ściany, by z całej siły tłuc w nią głową i dopiero, kiedy poczuł w ustach lepki smak krwi z rozbitego czoła, opanował się.
- Nie, nie, muszę kontrolować się, bo znowu zamkną mnie w tych materacach i zabiorą długopis, a wtedy nici z pisania – usiadł i wolno zaczął wycierać twarz.
W tym czasie, w służbowej willi położonej w samym centrum szpitala , w stylowym salonie z pięknymi ciężkimi meblami, wspaniałymi obrazami na ścianach, z rozkosznym ciepłem bijącym od kominka, z kieliszkami koniaku w dłoniach , w głębokich skórzanych fotelach siedzieli: ordynator Stefan Tumiński oraz jego zastępca Rafał Opalski .
Jacek Ostrowski -
"Polskie Pieskie Życie" Mamiko, 2007
Powrót
Mateusz Wabik - "Spisek"
Mateusz Wabik – Ur. 1975, mieszka w Krakowie. Absolwent filologii polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Opublikował dwa tomiki wierszy: „Próba głosu” (1999), „Przestrzeń lokalna” (2003). Publikował m.in. w „Kresach”, „Lampie”, „Pracowni”, „FA-arcie”, „ARTylerii”, „Ricie Baum”, „Studium”, „Wir” (Niemcy), „Torso” (Niemcy), „Akcencie”. Laureat konkursów im. Stanisława Grochowiaka, pisma „Pro Arte” na poezję roczników 70-tych. Stypendysta Urzędu Miasta Krakowa w dziedzinie literatury (2003). W pierwszej połowie lat 90-tych wokalista i współautor tekstów grup death metalowych Samhain i Death Sea.
W czerwcu 2009 r. wydał w Wydawnictwie Mamiko z Nowej Rudy - w Sudetach Środkowych, trzecią książkę "Spisek".
Szewska
Miłosz doczekał dziewięćdziesiątki. Tu w Krakowie
mógłby stanąć i zamienić się w pomnik, ale na razie
na Szewskiej zaimprowizowano targi jego książki.
Jest scena. Dwa puste mikrofony. Jordan na półce
z papieżem. Są baloniki. Jest TYGODNIK
POWSZECHNY. Tylko brakuje noblisty. Stoję pod
Kulturalnym i czekam na A. i S. i dobrze, że
coś przykuwa uwagę bo przyszedłem za wcześnie.
(nad ulicą obłoki jak na zamówienie)
Berliński kac
W Berlinie Kornhauser dogryza bruLionowi. Wyraz
jego twarzy przypomina minę kota. Zjadł ser, myszy,
a teraz odpowiada na pytania niemieckiej publiczności.
Podobno lata 90-te w Polsce były już w 50-tych. Nawet
Niemcy nie chcą w to wierzyć. Po lewej stronie wygodne
milczenie pozwala nam myśleć nad treścią polemik. Lecz
po wyjściu ktoś z nieba pościągał pioruny. Maciek
zanosi do samochodu niemieckie książki. Są rozdawane autografy.
Twarze ulegają przyjaznym skinięciom ręką jakby niemieckie
poetki w końcu powiedziały jesteśmy wasze. Atmosfera
zjednoczenia? Eee tam. Kto idzie na piwo.
***
Kolejny mijany archipelag bez wizji.
Ze snem o międzylądowaniu na Antarktydzie.
Jej jedyna mieszkanka już zbudowała igloo i oswoiła
pingwiny. Lód płonie pod jej stopami
gdy przechodzi z lekkością piosenki przez pióropusze
płonącej wody tak jakby szła po północy z osuszonego
radia mała emisja. Taka retransmisja spod szronu,
gdzieś na śmigle czyjeś niedopowiedzenie i czarci
uśmiech przyjaciół. Z wizją czy bez z rozklekotanej
jesieni w osuszane przez oddech lato.
Niewierny
Pod koniec września nie dostałem się na studia
doktoranckie. Przez całą noc przesuwał się
film na zwolnionych obrotach. Kiepska kopia
pamięci pokazywała dzień egzaminu – klatkę
po klatce, zbliżenia na doktorów i profesorów
patrzących na mnie jak na pacjenta ze złośliwym
nowotworem poezji. Dzień po ogłoszeniu wyników
poszedłem na ulicę Gołębią i pytałem „dlaczego?”.
Sekretarz komisji mówił o wielu nie przyjętych, częstując
mnie mową – trawą o łataniu dziury w budżecie. Nocą
przechodząc obok uniwersytetu przekonałem się
gdy podszedłem bliżej i dotknąłem budynku:
uniwersytet był cały z kamienia.
Nikt nie wyjdzie stąd żywy (na podstawie wiersza Czesława Miłosza)
pamięci Jima Morrisona
W dniu premiery autobusy rozwożą
ludzi do pracy, muchy nie mogą
znaleźć wyjścia z zamkniętych pomieszczeń,
wesołe delfiny i młode wróble na okładkach
czasopism dla dzieci przypominają o sobie
narysowanym uśmiechem.
W czasie premiery kobiety ziewają, młodzi
mężczyźni sprawdzają zawartość portfeli,
a potem mijają na ulicy pijaka, który
stracił zęby w bójce o 10 groszy, dla nich
nie kończy się ta noc.
A ci co czekali braw i aplauzów
są zawiedzeni.
A którzy chcieli dobrych recenzji
i szybkich samochodów nie mogą uwierzyć
w swoją przegraną przeszłość.
Dopóki kominy będą wysyłać dym w rozdziawiony pysk nieba
Dopóki telewizja będzie emitować seriale o zadowolonych z siebie żukach gnojakach
Dopóki dzieci będą wychodzić na ludzi
Przedstawienie musi trwać
Przedstawienie musi trwać
Przedstawienie musi trwać
08.12.1999
WABIK Mateusz. Spisek. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2009
Daria Dziedzic - "Wyspa"
Plankton
Tak się zdarzyło, że tej nocy nie zmrużyliśmy powiek,
rozmawialiśmy długo o wszystkim, wilgotni i ciepli
jak wnętrze orzecha.
Chcieliśmy zatrzeć tropy w miejscach, gdzie ocierały się
o nas gazele, nie raniło szkło, powierzchnia jeziora
odbijała stopy. Na tym właśnie miała polegać wieczność,
ale stało się inaczej. Widocznie o czymś zapomnieliśmy,
bo spadł śnieg.
Wytłumacz proszę, co mogło się stać, że nie należymy już
do tej samej gromady, otwórz mi oczy, przynieś
odpowiedź na zielonej blaszce liścia, stwórz błękitny ocean
raz jeszcze. Powiedz, co może się zdarzyć za szeleszczącą
kurtyną, gdy odpłyną wodorosty, zabrzęczą syrenie łuski,
stężeje sól.
Tylko tak można dojrzeć przyszłość, choć woda
zniekształca odbicia, ale myślmy, że będzie dobrze,
więc uśmiechnij się, książę, morski koniku,
uśmiechnij.
Rapsodia
Zlewasz się z nocą w niesamowitą opowieść,
w przyrzecznych zaroślach grzechoczesz,
żebym mogła cię usłyszeć,
nawet wtedy , gdy śpię odurzona tabletką.
Stajesz się nowym początkiem,
nie dającym się łatwo rozkruszyć w dłoniach szkłem.
Jesteś trwałym królestwem,
gdzie wojownicy nie wznoszą kopii, święte ogniska nie
gasną, woda nie obmywa ran.
Mój cesarzu o drapieżnej szczęce, żółtych oczkach
przegryź suche powietrze kokosem, napełnij usta sokiem,
wytrzymaj kilka sekund bez oddechu, później szepnij na ucho owocową wróżbę.
Tylko wtedy nie przepłynę obok ciebie obojętnie,
pociągnę za odpowiedni sznurek i staniesz się więźniem.
Tymczasem przebiegasz gepardowi drogę,
wpadasz w przepaść kamykiem.
Ostrzeżenie
Wybierasz się do mnie, ale jestem gdzieś indziej,
tam, gdzie mam więcej dróg do wyboru, mogę wierzyć
we wszystko, inaczej niż do tej pory.
Nie pukaj do drzwi, zawróć możliwie jak najszybciej,
zanim głodne wilki wyczują zapach twojej skóry,
posłuchaj. Pociesz się inną kobietą, tak wiele na ciebie
leci, sam mówiłeś zeszłego roku. Nie zbliżaj dłoni do
oszronionej klamki, nie naciskaj, bo łatwo nie ustąpi,
jeśli już
to odwróć się na pięcie, czmychnij schodami.
Jeśli zostaniesz,
będziesz miał mało czasu na oddech, przemyślenia,
spojrzenia w przeszłość. Wilki są silniejsze, szybsze,
głodne. Nie patrz im w oczy, bo zatrzymasz się w nich
na wieczność, utoniesz jak ziarenko piasku,
zakiełkujesz łzą. Nie szukaj mnie wśród nich,
mimo że, jestem piastunką, rozczesuję im włosy,
śpiewam do snu i zbieram błękitne ziele.
Zapomnij, wiem, to tak trudno powiedzieć, trudniej
wykonać, ale zrób to, proszę, nie każ bać się o ciebie,
przewiń taśmę do przodu. Odejdź, ale nie osiwiej ze
smutku, żyj tak jakbyś miał dostać wiadomość,
że zaraz wrócę, zaparzę kawę, pościelę łóżko.
Maciej Nowakowski, rocznik 1965. Jest lekarzem medycyny praktykującym w stanie Nowy Jork. Fantastyczno-przygotowa powieść "Na zawsze jutro" jest jego drugą książką.
8/
Alicja też była obecna na tym pamiętnym balu. Wtedy była jednak dla mnie tylko jedną z nic nie znaczących plam. Jej ojciec był Żydem, który w średnim wieku został Frankistą. Polski król uznał go za Polaka i nadał mu tytuł szlachecki. Złośliwi mówili, że sobie ten tytuł kupił, ale przecież tytuły zawsze były i są w taki czy inny sposób kupowane. Zresztą, jak to umiejętnie stwierdził Balzac, podstawą każdej fortuny i początkiem każdego wpływowego rodu jest zapomniana zbrodnia. Zapomniana ponieważ została umiejętnie przeprowadzona, pochodzenie tytułów nie ma więc żadnego znaczenia.
Jakub Frank był postacią wyjątkową – przeszedł z judaizmu na islam, z islamu na katolicyzm, a z katolicyzmu na prawosławie. Jego zachowanie można było wytłumaczyć tylko mistycznym boskim objawieniem albo oportunistycznym nihilizmem. Wspierający go finansowo, w większości bardzo ubodzy frankiści wierzyli w potęgę jego mesjańskiego objawienia, inni podziwiali bezczelną sprawność jego nihilizmu. Tak wielka bezczelność była rzadko spotykana w tysiącleciach poprzedniej historii i on nadał jej nowy wymiar.
Jakub Frank – jeden z wielkich artystów w historycznej komedii – jestem przekonany, że na w i e l e sposobów zabezpieczył sobie wpływy na tamtym świecie.
Nie wiem, czy ojciec Alicji wierzył w idee Jakuba Franka, czy też został polskim szlachcicem z wyrachowania, zbyt optymistycznie przewidując późniejszy rozwój wypadków. Ostatecznie nie miało to dla niego żadnej różnicy. Został zamordowany podczas ukraińskiego powstania, wchodzącemu w drogę Konfederacji Barskiej. Ukraińcy, jak każdy młody naród, pragnęli przekonać świat o swojej państwotwórczej namiętności poprzez szokujące okrucieństwo swoich czynów.
Świat widział podobną pasję wiele razy; tak czynili Chorwaci, oznajmiając światu, że nie chcą być częścią serbskiej Jugosławii. Tak czynili ponownie podczas kolejnych narodowych zrywów Ukraińcy, do niedawna zresztą z góry skazani na niepowodzenie przez geopolityczne konstelacje.
Ojciec Alicji zginąłby tak czy owak jako Żyd albo jako Polak, kwalifikował się pod nóż według zasady: Lach, żyd czy sobaka – wse wira odnaka.
Z jego morderców darli później na śniegu pasy członkowie Targowicy. Był to pierwowzór szczerej polsko-rosyjskiej współpracy niczym w Operacji Wisła półtora wieku później.
Alicja była Frankistką z krwi i kości, nieodzowna duchowa córka nowego mesjasza, ba, w środowiskach chasydzkich krążyły nawet plotki, że sam Jakub podczas wizyty na Podolu odbył długi, niekoniecznie czysto duchowy seans z jej matką. Wśród wielu oczywiście wzbudzała niechęć a nawet nienawiść swoją niewierzącą w ziemskie rytuały inteligencją. Nie pomagały w jej odbiorze przez pobożnych Żydów będące wkrótce publiczną tajemnicą jej niespożyte seksualne apetyty. Nie była ona konwencjonalną pięknością; miała bardzo wyraziste semickie, trochę azjatyckie rysy, które mógł docenić tylko prawdziwy koneser kobiecej urody. Koneser inteligentny, który potrafił ujrzeć w jej oczach bogatą, pełną łez, krwi i śluzu historię jej współziomków. Miała długie czarne włosy i jak miałem się później przekonać, równie kruczoczarny i gęsty zarost w okolicach płci. Gdyby zmieszać jej zdjęcie z obrazami w teście Roschacha, na pewno wywołałaby szok czerni. Ona nie miała z tego powodu żadnych kompleksów, była po frankowsku bezczelna, zadowolona z siebie i przekonana o swoim powabie. Nosiła swoje łonowe gniazdo z dumą, z jaką przewodniczący Mao nosił brodawkę na swojej dolnej wardze. Do dzisiaj chińskie banknoty przedstawiają przewodniczącego bez retuszu tej brodawki.
Alicja była jurna, pozbawiona skrupułów i wyrzutów sumienia. Zdradzała później wszystkich swoich mężów i niczym kukułka podkładająca swoje jaja do gniazd innych ptaków ona podstawiała wszystkim ptakom swoje gniazdo.
Cóż to, skoro pomimo tego całego „tłoku”, nic tam się nie wykluło. Alicja okazała się podwójnie wybrana; nie tylko należała do wybranego narodu, ale także do wybranego grona nieśmiertelnych.
Grażyna lubiła nasze wspólne przejażdżki konno, nasze wspólne kolacje i momenty, w których czule całowałem ją po oczach, uprzednio wziąwszy w obie ręce jej szlachetną, piękną twarz.
Alicja pożądała mnie i kochała.
Maciej Nowakowski -
Na zawsze jutro Mamiko, 2005
Mariusz Appel - Kocie łby
 
ur. 1974, obecnie mieszka w Warszawie, z wykształcenia ekonomista, na co dzień pracuje z młodymi sportowcami, do tej pory publikował głównie w internecie, ale także w "Obrzeżach" i "Undergruncie".
[spotykania]
okna: peryskopy mieszkań zaszkliły się. czernią
zadrwiła sobie nieobecność odmierzana liczbą pięter.
zostawiaj światło gdy wychodzisz. pamiętam
jak prosiłaś. później mnie odwiedzasz
nie wchodząc do środka. czekasz aż wyniosę przed próg wnętrze
za ciasne by pomieścić nas oboje. ściskamy się. zobacz
- mówię - biel przytłacza. a ty się nie opierasz.
[reminiscencje]
półprzymknięte powieki umiejętnie dawkują
świat. światło cieniem tonizuje. barwy
wpuszcza tyle ile trzeba. ciebie
pamiętam trochę jakby po omacku - prześwit.
osłupiałe rtęcią słońce wschodzi. zachodzi
chemiczna reakcja horyzontu. naświetla kliszę
ze strzępkami fazy rem. takiej co dobrze się kończy
jak amerykańskie filmy.
falochron czyichś dłoni wdziera się we włosy
pozlepiane bliskością która zjawia się tylko nocą
(i tylko w naszych głowach).
Szymon Bira - światło umieranie
Szymon Bira- ur. 1987. Mieszka w Bytomiu.W 2004 roku zdobył I miejsce w II Ogólnopolskim Przeglądzie Twórczości Poetyckiej „Rzeźba słów" pod patronatem Jacka Kaczmarskiego. Przez ostatnie dwa lata związany z projektem literackim REJONY. „światło umieranie" jest jego debiutem poetyckim.
Wiersze z debiutanckiego tomiku
odpuść
rzekomych
wstrząsów
upał
po pierwsze
jest to upał
trudność w jego obliczu
następnie też
krańce
skąd by się ta śmierć
wzięła następnie
31.08.2006.
a nawet gdyby samego boga przysłali
to my wiemy o pięciu tylko zdradach
jego kobietach kukłach zdradach
samowyzwoleniach naszych
poniekąd trafnych
wezwań zebrań alkoholu wyrazu krzyku
i krzyku
27.09.2006
do rączki
weź poręcz
Dolores
i nie zapomnij
że miałem
gwiazdy
w palcach
trzecie stworzenie
16.05.2007
leśniczy liże liście
i gdzieś w to uda sarenki
wraca - żona leśniczego piecze
sarninę ten się przypomina
pogodzeni wieczerzą spożywają
małżonek nie milczy
kobieta też spożywa
mięso roznosi zapach
błogosławi strawę słowem
mężczyzna rozczesuje wieczerzę
20.05.2007
zanim się obejrzysz
mężczyzna zna sztuczki
na przystanku zaskarża
zawsze modliliście się razem
były słowa
oddycha za ciebie
za nim się oglądaj
po prostu nie skracaj nie sugeruj
półobrotu i tak
cienkiej myśli
już wady
03.06.2007
wszystkiego
ale nazwij to sobie
kombinacji nie liczysz
powtarzam
zrezygnuj zredukuj zaskocz zeskocz zestaw
pięść pień pieśń
trzecia zbiera pierwsze
zejdźmy niżej
nie ma końca
rano jechałem
po starocie
na ziemię
i jeszcze opowieść
bardzo żywa
06.07.2007
BIRA Szymon. "światło umieranie". Nowa Ruda. MaMiKo, 2008
Jacek Mączka - Zwarzone mrozem czyżnie
Dr Jacek Mączka (1965), poeta, literaturoznawca. Autor tomików poezji (najnowsze – Bliższe okolice, Wydawnictwo "Mamiko", Nowa Ruda 2010, Pomyśleć prześwit, Wydawnictwo "Miniatura", Kraków 2009 oraz Kroisz coraz cieńsze, Wydawnictwo "Miniatura", Kraków 2009). Napisał obszerną monografię – Powidła dla Tejrezjasza. O poezji Janusza Szubera, Księgarnia Akademicka, Kraków 2008. Publikował, między innymi, w Gazecie Wyborczej, Tygodniku Powszechnym, Rzeczypospolitej, Studium. Laureat Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jacka Bierezina i Tyskiej Zimy Poetyckiej. Jego książkę Dalsze ciągi zakwalifikowano do drugiego etapu Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej SILESIUS. Mieszka
w Sanoku.
Książka ukazała się w kwietniu 2011 r.
Od kuchni
Ręce są zręczne. Krojenie kurczaka na talerzu.
Oddzielanie skóry i żółtych grudek tłuszczu.
Pasek wpija się w fałdę na brzuchu.
Nic nie pasuje.
Rozrzuca wszystkie części i wychodzi naprzeciw
pieprzonej nieobecności.
Z odpływu pod wanną – resztki włosów i mydła. Świadectwo
jest potrzebne – musimy założyć istnienie tego kawałka
szkła na podłodze. Człowiek wypruwa sobie żyły
a później zastanawia się, czy było warto – powiedziała
pochylona nad zlewem.
Kretowiska
Czarna wiosna bierze cię w ramiona.
Wagarowicze palą ogniska na podmiejskich
wzgórzach. Codziennie, kiedy wychodzisz
z psem, smugi na futrze kociej padliny –
coraz mniej wyraźne.
Odkąd pociągi przestały kursować
sarny, po dwie, trzy – zaanektowały tory.
Nocą peryferyjne ulice to pociągi-widma
a pijani żołnierze są pełni uczuć
nosowe „ej ty” szarpie splot słoneczny
będąc jedynym weryfikowalnym
potwierdzeniem. Jak napięty bęben wrzucony
w obrządek
nie ogarniając tajemnego sensu.
Uginają się mosty, kołyszą biodra. Wyspy
rozpadających się domków działkowych
zalewa morze zdziczałej śliwy.
Jacek MĄCZKA. Zwarzone mrozem czyżnie. Nowa Ruda : MaMiKo, 2011. - 44 s.
(Poezja polska)
ISBN 978-83-60224-64-9
Anna Szołtysek-Grzesikiewicz - "Żywoty krzeseł"
Anna Szołtysek-Grzesikiewicz – ur. 29.11.1982 w Pyskowicach. Studiowała filozofię i teologię na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Obecnie doktorantka w Zakładzie Teologii Dogmatycznej WTL UŚ.
Publikowała w Nowej Okolicy Poetów, Fragile, sZAFie.
Została Laureatką XVIII Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „Dać Świadectwo” 2010.
Członkini Stowarzyszenia Muzycznego Śląski Jazz Club w Gliwicach.
Kilka wierszy z wydanego tomu:
lustereczko
utrzymuje się pejzaż zapięty na tajemniczym punkcie odniesienia
oś świata ośrodek ciężkości musi wygiąć się w łuk (koci ogon grzbiet)
ale świat nie ma miękkości wklęsłości i obrazy nie mruczą
w szczególności to co widzę to co rejestruję
przejawia się jako reprezentacja obscenicznej nagości
ktoś się najwyraźniej zapomniał
ktoś nie wyjął rolki filmu i nie skrócił czasu naświetlania
w powodzi mdłych twarzy (na dnie jeziora albowiem mnożą się rolki negatywów gdyby okazało się to snem byłabym spokojniejsza) rozpoznaję widmo układanki
wygięte szyje łabędzi powielane w opryskliwą nieskończoność
pani będzie wkładała to w ramy?
ach tak
ach tak
* * *
muszla-człowiek zwinięta szczelnie
ułożona w piwniczce pod oknem
(we śnie płyną rzędy beczek z uciętymi włosami)
w rogu pomieszczenia (gdzie leży muszelka)
snuje się powłoka światła
snop żaru żłobi kosteczki kręgosłupa
jeszcze wybiela ciało
nagle od ekranu cofa się dłoń
obrazy każdej strony zapadają się w siebie
znika muszelka
uciekają buty
(II.2010)
całun albo luka
jej się udało
okazała się tym martwym chłopcem
znalezionym na brzegu jeziora
mówi:
nuży mnie czas
chciałabym być drzewem albo ptakiem
raczej ptakiem
zamiast włosów mieć więzadła i mięśnie szkieletowe
powieszę nad wanną stary zegar z kukułką
kiedy ptak krzyknie tamtędy uciekną mi włosy
i wyobraźnia kanciasta kulejąc wyturla się
za próg
sąsiadka na gramofonie puszcza
arie operowe
i wiesza pranie na sznurach utrzymujących
mój świat
jej świat -
- bezimiennego chłopca stąpającego krawędziami
oswojonej lubej niemocy
(V.2010)
Anna Szołtysek-Grzesikiewicz -
"Żywoty krzeseł". Wydawnictwo MaMiKo, 2010
Grzegorz Woźny - "Landszaft"
prywatne życie aniołów
w długim zdaniu moszczę papucie w kroku spokojniejszy
spostrzegam klucze do pokoju aniołów
bardziej gotowy do snu w oniryczne katastrofy bydlęce rogi
niechby strach ostateczny popatrzył na swoją dłoń
filmowe ujęcie z oczu King Konga a kruszyna sączy wystraszoną
bieliznę
niepostrzeżenie wycierając małym palcem zabrudzone szminką
kąciki ust
żeby ten dreszcz na który we dnie nie ma czasu był
opatrunkiem kleił dziarskie piekielne poparzenia
masochistyczne złudzenie że świat tonie w cierpieniu
masz nowe wiadomości odczytać odczytać i znowu
sześćdziesiąt dziewięć wskazówek na lepsze życie
albo znacznie więcej powodów międzyludzkich
najdoskonalsza pierwsza liczba przestaje być stałą parafrazą
ku uciesze społecznej informacji tam dociera
doskonały kształt jajka w konflikcie z kulą pęka
podczas pilnej obserwacji Andrzeja siedzącego na progu
trzyschodka w Głuszycy
ten ma dopiero palec mały serdeczny
i krwawiący kciuk od obgryzania paznokcia
materiały dydaktyczne krążą od ręki do ręki
wiedza z tabeli piękna i mądra jak studium wiru Leonarda
maszyny hydrauliczne pękają podobne komarom wyciśniętym z ręki
ssące rozlewiska starszych słuchaczy studiów uniwersyteckich
niebo
wskazując palcem nie widzę obcego
jak chrust przynosi z dalekiego lasu
a żart w ustach zmęczył go szukając
w powtórkach na przyjemne spotkanie
to na ciebie patrzę z wycinanek
i znam precyzyjne zagięcia
aby wzór równomierny pomnożył
odbicia jak ta gałąź
sucho rozmienia ogień
nie podaję ręki zieleni
bo mleczne drzewo bez liści
rośnie w czystym strumieniu
w najdalszym środku nocy
słowa do melodii
niewidzialny poszedłby
za mną gdziekolwiek jesteś
gdziekolwiek poszłaś
zanurzyłby czy wśliznął
ostrą dłoń w jej dłonie
a potem ostrą dłoń
w koronki królowej
niepomarszczonej i niezmiętej
wielce pani panującej
medal chcę nowy medal
w jego imieniu jak wuj
mój dziadek pokrzyżowany
virtuti za ręce
potem niewidzialny
spytałby o migawki
jak biegną skrawki równowagi
lokaj
szal na biegunach
w białe liście
haft bieliźniany
cypry karaiby
samochód
jak na ulicy swędem
cudze słowa
ze wszystkich naczyń
po kucyku po kucyku
zamknięty oddech
świeży czy nie
od tej strony
na grzędzie
ogryzki
wypowiedzi
***
róże kręgle
potoczyste panie
cyranki goździki
farbą w pionie
akwarelą
w doniczkach
chwilowe wianki
budzące królowanie
przy drzewach krzakach rynnach
bielących zwiotczałe gałązki
styropianu
wnet kobieta
myje głowę
za grosz dla niej
nachalna bielizna
rumian
drżąco rozczesywany
serdecznymi opuszkami
w niej chleb zieleni się
kakao
tam krągły garncarz
poklepuje wianki
oliwa sączy
wolno wysycha
tylko na słowo
nadający się kolor
WOŹNY Grzegorz.
Landszaft. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2010. -250 s.
Maciej Bieszczad - "Elipsa"

Informacje o autorze
Maciej Bieszczad urodził się w 1978 r. w Wieluniu. Wiersze publikował w „Tyglu Kultury”, „Akcencie”, „Nowej Okolicy Poetów”, „Pograniczach”, „Frazie”, „Kresach” i w „Toposie”.
Mieszka i pracuje w Wieluniu.
Kronika
Krzyk ptaka na rafie skalnej uczynił mnie niemym.
Spisuję zwierzenia przypływów
kreśląc kredą na skale znaki
nieznanego pisma.
Gwiazda wpisana w koło
oznacza dogasającą świadomość
przed przemienieniem.
Otwarte oczy przedstawiają
błękit po przemianie ciała w powietrze.
Wolę oddalające się obłoki
niż istnienie które mnie opuściło.
Odwiązuję czerwone chorągwie
na święto wiatru.
Arvo Part. Lamentate
Jak długo tak stał oparty o poręcz w nieoświetlonym korytarzu
przed drzwiami obcego mieszkania?
Co go zatrzymało zbiegającego po schodach
spóźnionego przy tym na ważne spotkanie
od którego jak mniemał zależała
jego najbliższa przyszłość?
Dlaczego nie zauważył mijającej go sąsiadki?
Dlaczego upuścił płaszcz?
O czym myślał później na zatłoczonej ulicy
cały ukryty pod kopułą parasola
a zwłaszcza gdy siedział sam
w opustoszałym barze
nad zimną kawą?
Odpowiedź
W końcu Ci odpowiada choć dopiero
dwa lata później odczytasz Jego odpowiedź.
Pójdziesz wtedy o świcie przez okoliczne lasy.
Mały cmentarz ukryty w paprociach
zatrzyma Cię na dłużej. Znajdziesz tam
mogiły dzieci potkniesz się o wiele
różnych mogił bez dat bez imion
i bez nazwisk. Wszystkie groby
jeszcze nie wiesz dlaczego
będą bezimienne.
W ruchu. Z poetyki wiersza krótkiego.
Przewaga być może polega
na oddechu.
Krótki i astmatyczny
z reguły mówi prawdę.
Odmierza i hipnotyzuje.
Jest wahadłem.
Jest żarem
nie mogącym utrzymać żaru.
Siła głosu
Po śmierci chcę się wykąpać,
napełnić wannę ciepłą wodą,
zanurzyć się w niej na kilka godzin.
Mam wiele planów po śmierci.
Może uda mi się zobaczyć
kilka wschodów i zachodów słońca
gdzieś w kosmosie. Może nauczę się
tajemnego języka trujących roślin,
może nawet poznam Yeti.
Muszę najpierw przeciwstawić
się przemianie, sile głosu.
Czarny człowiek
Jesienin przyszedł pierwszy.
Na wszelki wypadek pochowałem
wszystkie szale. Ciemno tu, powiedział.
Za nim, co uznałem za typowe, wszedł jego
czarny człowiek, dużo bardziej kulturalny
i nie taki oczywisty. Zaproponowałem
obu czarną kawę, wzmocnioną odrobiną
whisky. Jesienin odmówił, dodając pół żartem:
lepszy byłby samogon gruziński. Po czym
usiadł tuż przy mnie. Za oknem nie było,
nie mogło być jasno, więc płomieniem
zapałki odliczył dwie twarze. Moją i własną.
Lumen
Dotkliwa wada wzroku
zmusiła mnie do zawiłych
poszukiwań w krętych korytarzach
nieczynnych sztolni. Moje cztery twarze
pielgrzymowały do jednego oblicza.
Nieznanego nikomu.
To, czego szukali moi czterej wrogowie
w całości było z materii światła.
To, czego się obawiali najbardziej
błądziło w tunelach, ślepe.
BIESZCZAD Maciej
"Elipsa". Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2010. (Poezja polska) ISBN 978-83-60224-59-5
Patryk Zimny - Uchoko
Patryk Zimny – ur. w 1988r. w Lęborku. Student historii na Uniwersytecie Gdańskim. Laureat kilkunastu konkursów m.in. TJW „Złoty Środek Poezji” w Kutnie 2009, „ Białej Lokomotywy” w Aleksandrowie Kujawskim.
Inicjator i prowadzący cyklu spotkań poetyckich w Lęborku „Wiatr w słowa”. Publikował m.in. w „Autografie”, „Dzienniku Bałtyckim: Dodatek Literacki Gdynia”, „Przeglądzie Oświatowym”. Stypendysta (poezja) Samorządu Województwa Pomorskiego 2010.
debiut
Ukrywam się nimi. Mają rację, jestem
jeszcze chłopcem od czytania starszych.
Ukrywam się wierszem przed debiutem.
Wystraszyć? Zaskoczyć? Pokazać język?
Oni mimo wszystko czytają. Tak mi się zdaje.
Też ukrywają mnie przede mną. Przed wejściem.
Przed zgubą. Tak właśnie myślę.
gabriel
stałem przy jego łóżku z poczuciem nonszalancji
leży tak już parę dni pyta kiedy pójdzie do domu
mówię spokojnie póki co musisz zostać w szpitalu
nie pamięta dlaczego tu trafił jest jeszcze słaby
prosi mnie bym go podrapał w lewą łydkę
muszę więc iść tak z nonszalancją
nie umiem powiedzieć:
straciłeś nogi
chleb powszedni. ballada
wczoraj znów szli do tej samej piekarni
na drugi koniec miasta po stary chleb
przeceniony o połowę
od deszczu mieli przemoczone kurtki
wielki wór z pozaszywanymi dziurami
trampki kupione za dychę chyba pół roku temu
siebie mieli i pięć złotych
gromadzili w tej monecie powietrze braci
spokojny sen bez burczenia w brzuchu
do sklepu wchodził tylko najstarszy
za każdym razem widząc w kasjerce drugiego głodnego
co myśli żeby nie wziął łapczywie za dużo
po zdobyciu paru bochenków
bracia wracają do domu
z sejfem na karku
dzisiaj też pójdą
po doceniony
o połowę
chleb
Puch
Oli
nie zapomnę puchu na ustach
nie oderwę pamięci twojego wzroku
który się tarzał po morskim piasku
wiedziałaś że masz kilka najdłuższych
siedem minut abym potrafił czekać
nie zapomnę papierosów gęstych w powietrzu
ani parasolki koloryzującej głowy
zostanie słonecznik na złotym łańcuszku
deszcz chwytany w objęcia włosów
paru uciekinierów z cd
oksywski ogród w ruchu drzew
kiedy zapomnę jak się nazywam
spalę wszystkie wiersze tobą otwarte
i wtedy znów będzie
puch na ustach
szminka życia
zastępstwo
nic ma nic trudniejszego
niż rola ojca od urodzenia
właśnie tak
utrzymywanie familii swoim byciem
podpisywanie się imieniem i nazwiskiem
na świstku od renty
pokazywanie braciom pierwszych oznak męskości
siostrze reprymenda za pyskówkę matce
której brakuje nerwów
nie ma nic trudniejszego
od zastępowania
sam o tym wiem najlepiej
uczeń ojców znajomych
obserwator serialu tata a marcin powiedział
nie jest mi jednak przykro
ja umiem i wiem
co to znaczy szukać wzorców
nie ma nic trudniejszego
nic
ZIMNY Patryk.
"Uchoko". Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2010. (Poezja polska)
ISBN 978-83-60224-51-9
Maciej Froński - Rozpoznanie bojem
Maciek Froński - poeta i tłumacz, głównie poezji angielskiej, rosyjskiej i włoskiej, a także
pieśni folklorowych. Publikował m.in. na łamach Lampy i Iskry Bożej, Toposu, Pracowni i nowojorskiego: Nowego Dziennika. W swoim dorobku ma również artykuły z zakresu prawa międzynarodowego, archeologii śródziemnomorskiej i turystyki. Z zawodu prawnik, pięć razy wylany z pracy.
Przeźrocza
Znów cieszyłem wczoraj oczy
Tą cudowną barwą morza –
Wyruszyłem w świat przeźroczy,
Po kolumny, po bezdroża.
Znowu byłem tam, na szlaku,
Anakreont znów mi śpiewał
I poczułem nawet zapach
Pomarańczowego drzewa.
Słońce miało taką siłę,
Że wlewało życie w skały,
I płakałem, gdy patrzyłem,
Lecz patrzyłem, choć płakałem.
Gliwice, 7 listopada 2000 roku.
Świtezianka
Znany nam chłopiec piękny i młody
Hańbą okrywa swe lico:
Gapi się w sine Świteziu wody,
Zamiast się zająć dziewicą.
Ona mu z kosza daje maliny,
On jej jagody zaś z dzbanka,
Lecz nie dostrzega pragnień dziewczyny,
Która już dosyć ma wianka.
Idą przez lasek, ona do ucha
Mu szepcze: "Poczuj się młody!"
On jej sugestii wcale nie słucha:
Podziwia piękno przyrody.
Dziewczę, bynajmniej nie zniechęcone,
Ramiączkom spadać pozwala,
Lecz on w przeciwną spogląda stronę:
"Spójrz, jak dziś srebrzy się fala!"
"Jaka tam fala, tu patrz, idioto,
Gdzie pierś faluje zmysłowo!"
Tak rzecze ona; on nie dba o to:
Gapi się w księżyc nad głową.
"Och," - wzdycha dziewczę - "próżne zaloty
Przy tym najgłupszym ze stworzeń!
Już chyba prędzej utraty cnoty
Doczekam żyjąc w klasztorze!"
Morał tej pieśni wart jest nagrody,
Jaką oklasków huk niesie:
Podziwiaj sobie piękno przyrody,
Ale gdy jesteś sam w lesie!
Kraków, 1 czerwca 1994 roku
Maciej Froński -
Rozpoznanie bojem Mamiko, 2006
Dagmara Babiarz - "Otwórz oczy"
Dagmara Babiarz o sobie: Urodziłam się w 1972 roku. Ukończyłam m. in. polonistykę na UW w Warszawie i resocjalizację na Uniwersytecie w Białymstoku. Od lat piszę do magazynów zarówno polskich, jak i zagranicznych. Ponieważ bardzo dużo podróżuję tematyka moich artykułów wiąże się głównie z obszarami, które zwiedzam, sytuacją w miejscach w których się znajduję, ludźmi - ich życiem i kulturą. Zawsze – nawet w najbardziej egzotycznych punktach świata fascynują mnie nie tyle krajobrazy co mieszkańcy. O tym głównie piszę.
W wolnych chwilach uprawiam sporty ekstremalne: wspinaczkę wysokogórską, nurkowanie, paralotniarstwo i off-road. Za wyprawę azjatycką zostałam nominowana przez magazyn „Podróże” do tytułu Podróżnika Roku. Zajmuję się również uczeniem języka polskiego ( m.in na Syberii czy teraz w USA)
Fragment książki Dagmary Babiarz
Wstęp :
Życie ludzi mieszkających na różnych szerokościach geograficznych jest warunkowane - klimatem, ukształtowaniem terenu, bogactwami naturalnymi, sąsiedztwem, historią... Każdy zmaga się z tajemnicą życia po swojemu, każdy ma swoje dzieje. Każdy ma też kulturę do której należy, która jest ukształtowana na przestrzeni wieków, charakteryzuje się własną specyfiką, swoistymi zwyczajami... Oczywiście nie trzeba im bałwochwalić. Człowiek ma prawo do odrzucenia zachowań, które mu nie są bliskie, z którymi się nie zgadza... Każdy ma prawo do obrony tego w co wierzy. Do własnego zdania czy krytyki. O ile nie jest to bezmyślnie stereotypowe. O ile opiera się na rzeczywistym obeznaniu z obcą kulturą, na poznaniu drugiego człowieka. Arogancja polegająca na uznaniu własnego sposobu życia, swoich przekonań, religii czy koloru skóry za lepszą, nie prowadzi do niczego dobrego. Jeśli poczucie własnej wyższości łączy się dodatkowo z próbami podporządkowania sobie innych i ich ujednolicenia – może poprowadzić to nieuchronnie do tragedii. Poznanie innych kultur – prawdziwe ich poznanie, takie od wewnątrz, z bliska, z perspektywy innego człowieka, musi prowadzić do uznania racji Bronisława Malinowskiego.
Nie ma kultur gorszych, czy lepszych. Są inne. Mają do tego prawo. Nie trzeba się z nimi utożsamiać. Nie trzeba ich też niszczyć.
Ameryka Pn.
Po co do USA? Stany Zjednoczone mogą się podobać lub nie, ale niewątpliwie są interesujące z jednego punktu widzenia; ogrom kraju i jego polityka pozwala na współistnienie różnych kultur i religii. Nie tak trudno dotrzeć do ludzi, którzy zamknięci w swoich enklawach kultywują charakterystyczne dla siebie zwyczaje. Życie z punktu widzenia europejskiego jest archaiczne, rzadko już spotykane i najprawdopodobniej skazane na zapomnienie. Pomimo rozpaczliwiej nieraz walki o przetrwanie większość ludzi przegra – to tylko kwestia czasu. Dlatego póki jeszcze jest czas warto ich spotkać, poznać, zaprzyjaźnić się z nimi. Przy okazji można też obejrzeć to, co jest ciekawego w okolicy, zebrać pamiątki, kupić coś oryginalnego. Ale i tak najcenniejsi są ludzie i ich opowieści, lokalne społeczności i ich historia, wiara w to, że ich życie, „takie” życie - ma sens. Amiszowska prostota, żydowska ortodoksyjna codzienność, indiańskie łączenie wymogów ciała z potrzebami ducha, czy eskimoska wiara w drugiego człowieka- wydawałoby się, że reprezentują to, co w życiu powinno być najważniejsze, a jednak nieubłaganie giną.
Człowiek jak ziarnko piasku
To właśnie w świetle wiary można najlepiej odczytać, na czym polega moralny porządek, który winien być zachowany we wszelkim działaniu dla dobra wspólnego, aby było ono skuteczne, a równocześnie, aby dokonywało się z poszanowaniem każdego człowieka i środowiska naturalnego, w którym człowiek żyje.
Jan Paweł II
Wjeżdżając samochodem do Lancaster County można poczuć się jak barbarzyńca w ogrodzie. Jakby, cudem wynaleziona, czasomaszyna przeniosła nas w XVII wiek. Telefon komórkowy, komputer czy nawet zapalniczka są tu nie na czasie, a co bardziej roznegliżowany turysta zaczyna nerwowo rozglądać się dokoła. I ta cisza urozmaicana jedynie przyciszonymi rozmowami w dziwnym dialekcie niemieckim. Pensylwania, której centralną część zajmuje właśnie Lancaster County, leży około 3 godziny drogi od Nowego Jorku. Trzy godziny – cztery wieki. Przenosimy się z miejsca pełnego pośpiechu, rozkrzyczanych ludzi, szkła i metalu budowli i najnowszych osiągnięć techniki, do miejscowości w której żyją ludzie nazywani przez jednych sektą, przez innych dziwną grupą etniczną. Ale raczej większość uważa ich po prostu za nieszkodliwych dziwaków. Mowa tu o Amiszach.
...
Martin spogląda na podchodzących do jego straganu turystów z uprzejmym i nieprzeniknionym uśmiechem na twarzy.
- Każdy człowiek jest przez Boga przeznaczony. Jeżeli ma wejść do nieba – pójdzie tam, jeśli ma być potępiony – nic na ziemi go od tego nie uchroni. Dlaczego więc miałbym ciebie nawracać? Albo przekonywać o swojej racji? To sprawa Boga – on rozdzielił już role.
Martin nosi tylko ciemne ubrania: spodnie na szelkach, klapka zamiast rozporka, ubranie pozbawione guzików i zamków błyskawicznych. Ma długą brodę i krótkie włosy, jeździ bryczką, gdyż samochodu używać mu nie wolno. W domu nie ma elektryczności, a gaz jest tylko ten z butli. Jego żona Anne jest zawsze w charakterystycznym, jasnym czepku na głowie i długiej, ciemnej sukni. Wkraść się do ich domu nie jest łatwo. Potrzeba tygodni, całych tygodni stałej współobecności, aby przekonać ich że nie jest się kolejnym turystą, który przyjechał za nowinką. Tygodnie kręcenia się w ich pobliżu, nienachalna, dyskretna obecność i pokorne czekanie na przyjazne skinienie głową, daje zaskakujące efekty...
...
Prawie czterysta lat temu w Szwajcarii niejaki Jakob Ammann powiedział, że religia jest najwyższą wartością człowieka. Był anabaptystą i nie zaskoczyłby tym wiernych gdyby nie posunął swoich twierdzeń do granic - niektórzy powiedzieliby – absurdu. Bo można, ba, trzeba żyć według praw ustanowionych przez Boga, ale człowiek jest tylko człowiekiem. A Bóg aż Bogiem. Z pewnością długość męskich bród i kolor szelek czy też kształt guzików zdobiących bluzy, Go nie interesuje. Ammann jednak był innego zdania i przekonywał o tym słuchaczy. - Nie przetrwa- mówiła większość - Jest kompletnie nieżyciowy. Nie przetrwa.
Przetrwał. Zebrał liczne grono wiernych, którzy rozprzestrzenili się po całym świecie i żyli według surowych zasad religijnych, którym podporządkowywali wszystkie aspekty życia codziennego. Kilkadziesiąt lat później Amisze Starego Zakonu (jak się nazwali) byli już nie tylko w Szwajcarii, ale także w Niemczech, Holandii, a nawet Rosji.
Jednak sceptycyzm przeciwników Ammanna okazał się słuszny i dalekowzroczny. Teoria o prostym życiu, życiu bez techniki i nowoczesności, która z trudem znalazła swoje miejsce i zwolenników w wieku XVII i nieźle trzymała się przez kolejne sto lat, nie miała szans na przetrwanie w XIX i XX – wiekach postępu i szalonego rozwoju. Dlatego Amiszom było coraz trudniej i wreszcie życie takie okazało się niemożliwe. Większość poszła na kompromis i pozwoliła by i w ich rzeczywistość wkradły się nowości techniczne. Ci najbardziej konserwatywni musieli znaleźć dla siebie nowe miejsce. Kraj w którym można pogodzić nieżyciowe już zasady z życiem innych, a przede wszystkim, bez wchodzenia w konflikt z władzami, żyć po swojemu. Jedynym krajem, który potrafi genialnie sprostać takiemu zadaniu są Stany Zjednoczone. Tutaj właśnie odnaleźli swoje miejsce.
Dagmara Babiarz -
"Otwórz oczy" Mamiko, 2007
Ryszard Częstochowski - "Przebudzeniem jest śmierć"
Autor i Wydawnictwo MaMiKo dziękują Urzędowi Miasta Bydgoszczy za pomoc w wydaniu książki.
NOTKA AUTORA
Dziękuję tobie stwórco, że mi kazałeś
być człowiekiem bardzo się tego obawiałem,
broniłem przed tym i płakałem ,gdy się tutaj
rodziłem , buntowałem przed pomysłem
bytu , bo po co cierpieć , ale to zesłanie do
żyjących dało mi nowe doświadczenie
mimo , że nie chciałem tego bytu.
( z nie opublikowanej powieści autora
„Brzytwą przez ciało „)
Urodził się na ulicy braci śniadeckich Numer 47
W mieście nad brdą
Do gazet trafił już w 1957 roku Gdy ściągnął na siebie wrzątek
A matka w pośpiechu nie
Zauważyła niczego
Potem przeszedł jeszcze tysiące ulic
W całej europie i za nią
Aby wrócić niedaleko
Punktu wyjścia
Zawsze jesteśmy skazani na powrót
Z ciałem lub bez
Anno domini 2008
PRZETRWANIE czyli mieszkańcy miasta B.
przetrwać wilgotną jesień oto cel
wytrwać mroźną zimę
dotrwać do wiosny
trwać
pójść nad rzekę
na wzgórza
latem pojechać nad morze
zobaczyć przestrzeń
ogarnąć całą
ludzką chęć przetrwania
bez wiary się nie da
wiedział to k.
z miasta b.
zamknął się na tydzień
w mieszkaniu i już
nie wyszedł z niego ale go
inni
do lodówki wynieśli
choć u niego też wiało
chłodem niczym w kostnicy
żadnej różnicy
MODLITWA
boże trzeba pięknie umrzeć
ale jak to zrobić
boże trzeba być pięknym
ale jak to zrobić
boże trzeba się pomodlić
do ciebie
ale jak to zrobić
boże trzeba uwierzyć
w ciebie
ale jak to zrobić
boże trzeba zapomnieć
o sobie
ale jak to zrobić
boże trzeba kochać polskę
ale jak to zrobić
boże trzeba kochać bliźnich
ale jak to wszystko zrobić
kiedy krew zamiast łez
spada z oczu prosto
na kulę ziemską
PRAWDA
Na tym świecie nie kłamie jedynie wiatr
Który wieje z całych sił na mont blanc
Nie mając żadnych szans go przewrócić
W tym świecie mówi prawdę jedynie deszcz
Zatapiając w powodzi słów boskie milczenie
Prawda dla człowieka to tylko narzędzie
W walce kto lepiej skłamie
Ten wygra
Ale co wygrasz że przegrałeś ?
Ewie Lipskiej
PRZESŁANIE
Pisać tak żeby prosty człowiek
Pomyślał
Że też tak potrafi
Głupi żeby powiedział że
To żadna sztuka
Zły żeby cię obraził
Mądry żeby ci dłoń uścisnął
Dobry żeby cię poklepał
Po ramieniu i
Rzekł abyś się poprawił i
Już o ten świat tak się nie
Martwił
Bo on był gdy nie było ciebie
I pewnie trwać będzie
Gdy już ciebie nie będzie
CZĘSTOCHOWSKI Ryszard. Przebudzeniem jest śmierć. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2010.