Apolonia Maliszewska

ul. Piastów 5/1
57-400 Nowa Ruda
tel. (074) 872 53-64
biuro@mamiko.pl

WYDANE KSIĄŻKI


- Piotr Saługa - „Maraton”
- Antoni Matuszkiewicz - „Błękitne Przeciwstawienie”
- Janusz L. Sobolewski - „Misja <Papieskiej Róży>”
- Zdzisław Władysław Żurek „Gra Pan Ego”
- Arkadiusz Sann - "EXODUS"
- Tomasz Zacharewicz - "Anioły nie umierają na raka"
- "Marianna - księżniczka marmurów". Oprac.Iwona Matuszkiewicz. Red.Antoni Matuszkiewicz
- Andrzej Mesjasz - "Odkłamać miłość"
- Maciej Nowakowski - "BAIE DANKIE, AFRYKO"
- Ryszard Chłopek - "Legendy schodzą z pomników"
- Anna Magdalena Pokryszka - "Każdego dnia"
- W Y M Ó W I E N I A. Antologia Studium Literacko-Artystycznego. - Wojciech Brzoska - "Wiersze podejrzane"
- Andrzej Trembaczowski - "Sen"
- Iwona Mesjasz -"Gaguły". Oprac. graficz. Jolanta Rybczyńska
- Mariusz A. Poźniak - "Sakrament księżycowej nocy, ballady i romanse"
- Piotr Florczyk - "Cztery pory roku"
- Hubert Dobrzaniecki - "Stacja Bielawa Zachodnia"
- Mariusz Appel - "Kocie łby"
- Wojciech Giedrys - "Ścielenie i grzebanie"
- Andrzej Ziółkowski - "Smakiem ciała upojeni"
- Magdalena Goik - "Powieść miasto i anioły"
- Tomasz Hrynacz - Enzym
- Joanna Mossakowska - "Wytańczone wiatrem"
- Antoni Olgierd Misiak - "Piąta wyprawa Krzysztofa Kolumba do Indii Zachodnich 1960-2004"
- Teresa Wierzewska-Wilk - "Tydzień ważniejszy niż życie"
- Andrij Bondar - "Jogging" w tł. Bohdana Zadury i Adama Wiedemanna
- Mariusz Appel - "Kotochwile"
- Elias Marrouch - "Podróż za ocean"
- Radosław Wiśniewski, Dariusz Pado - "Raj.Jar"
- Jarosław Klejnberg - " Cud nad Wisłą"
- Maciej Nowakowski - "Na zawsze jutro"
- Przemysław Zawal - Komunikacja miejska
- Elżbieta Maria Śmigielski - "Wzlot do początku"
- Pasażerowie na gapę. Blinde Passagiere.Anthologie.Antologia
- Samantha Kitsch - "25 wierszy"
- Michał Zantman - "Krajobraz z atramentowym wieczorem"
- Kinga Witowska - "Lustro"
- Tomasz Pułka - "Rewers"
- Andrzej Trembaczowski - "Iks"
- Wojciech Brzoska - "sacro casco"
- Jacek Ostrowski - "IPN"
- Grzegorz Mucha - "Kobiety i czas" (opowiadania)
- Maciek Froński - "Rozpoznanie bojem"
- Feliks Netz - "Poza kadrem"
- Arkadiusz Kremza - Pukanie ziemi
- Marian Dziwniel - "Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę"
- Elżbieta Lipińska – „Pożegnanie z czerwienią”.
- Zuzanna Turkiewicz - „Świat jaki pamiętam"
- Michał Tabaczyński - Szkolny atlas apokalipsy. Wiersze z lat 1997-2006
- Dagmara Babiarz - "Otwórz oczy"
- Jacek Ostrowski - "Polskie Pieskie Życie"
- Michał Sobol - "Działania i chwile"
- Jarosław Jakubowski - "Ojcostych"
- Dagmara Babiarz - "Podróż za kilka zielonych"
- RYSZARD CZĘSTOCHOWSKI - "GORĄCE MASY POWIETRZA"
- Marcin Gałkowski - "Chloroform, czyli brzydkie wiersze"
- Aneta Nalborczyk-Wierzbicka - "Inny brzeg"
- Jacek Ostrowski - Paradoks
- Szymon Bira - "światło umieranie"
- Gabriel Leonard Kamiński - "Pejzaże"
- Marek Boczek - "Wierzę w przypadek"
- Dawid Markiewicz - "Flashback"
- Tomasz Hrynacz - „Praski raj”
- Sabina Skowron - Piękno i myśl w najnowszej sztuce słowa, linii i barwy.(Recenzje, analizy, interpretacje)
- Robert Migdał - „Fader”
- Krystyna Łukasik - "Trzecia prawda"
- Jacek Ostrowski - "Szlaki życia"
- Zdzislaw Lipiński - "Na cyferblacie piasku"
- Mateusz Wabik - "Spisek"
- Zuzanna Turkiewicz - "Gdyby nie on"
- Grzegorz Kwiatkowski - "Eine Kleine Todesmusik"
- Dariusz Wiśny - "Buntownik wolności"
- Renata Blicharz - "Czarna aureola"
- Olgerd Dziechciarz - "poMazaniec"
- Dawid Majer - "Księga grawitacji"
- Ryszard Częstochowski - "Przebudzeniem jest śmierć"
- Grzegorz Woźny - "Landszaft"
- Sławomir Matusz - "Pieśni odejścia i powrotu"
- Jacek Mączka - Bliższe okolice
- Mateusz Witkowski - Brzydkie wiersze
- Zofia Bałdyga - Współgłoski
- Patryk Zimny - Uchoko










"Maraton" Piotra Saługi
okladka.jpg
okladka.jpg


Książka mianowana do nagród i wyróżnień w 41 konkursie: Najpiękniejsze Książki Roku 2000 organizowanym przez Polskie Towarzystwo Wydawców Książek.
Pisarz urodzony w 1964 roku w galicyjskim Jaworznie. Dzieciństwo i młodość spędził wśród miejskich blokowisk, pól i hałd.
Pisał od zawsze. Zdecydował się wydawać dopiero w Nowym Tysiącleciu. Oprócz pisarstwa zajmuje się twórczością plastyczną. Kocha góry.
Pasjonat historii. Od dziecka chciał zostać królem. Od lat nie ustaje w poszukiwaniach legendarnego diademu Bolesława Chrobrego - korony koronacyjnej królów Polski, zaginionej w końcu XVIII wieku. Poszukiwania przywiodły go - spod Wawelu i Tatr, przez piramidy, magiczne miejsca Ziemi Świętej, prerie Ameryki i wieże Manhattanu - z powrotem na łono Ojczyzny. Doświadczenia owych poszukiwań opisuje częściowo na kartach niniejszej książki.
Po powrocie z Ameryki osiadł w Krakowie. Jest pracownikiem Polskiej Akademii Nauk
Drodzy czytelnicy życzę przyjemnej lektury. Opinie na temat książki przysyłajcie na adres wydawnictwa. Najciekawsze zamieszczę w drugim i następnych wydaniach. Opinie







Antoni Matuszkiewicz - „Błękitne Przeciwstawienie”

blekitne.jpg
Błękitne Przeciwstawienie

Matuszkiewicz1.jpg
Matuszkiewicz



Urodziłem się we Lwowie, w rodzinie nauczycielskiej, 13 sierpnia 1945 roku. Osiem miesięcy później moja rodzina opuściła Lwów i po dwuletnim pobycie w Oleśnie Śląskim osiadła w Świdnicy. Ukończyłem tutaj liceum im. Jana. Kasprowicza. W latach 1963 - 1968 studiowałem na Uniwersytecie Wrocławskim historię, równolegle uczęszczając na zajęcia międzywydziałowego Studium Kulturalno-Oświatowego. W roku 1976 ukończyłem Podyplomowe Studium Muzeologiczne na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie.

We wrześniu 1968 roku zostałem zatrudniony w Miejskiej Bibliotece Publicznej im. Cypriana Norwida w Świdnicy. Po dwóch latach przeniosłem się do Świdnickiego Ośrodka Kultury, a w roku 1973 przeszedłem do świdnickiego Muzeum Dawnego Kupiectwa. W latach 1976 - 1979 byłem dyrektorem tej placówki. W 1979 roku rozpocząłem pracę w Muzeum Okręgowym w Wałbrzychu. W 1981 roku oddelegowano mnie do pracy w NSZZ „Solidarność”. Jako przewodniczący komisji kultury wchodziłem w skład władz wojewódzkiego MKZ. Zorganizowałem i prowadziłem pismo związkowe „Niezależne Słowo”, aż do internowania mnie 13 grudnia 1981. Po powrocie pracowałem jako robotnik w wytwórni świec „Galess”. W latach 1987 - 1988 byłem instruktorem działu wydawniczego Wojewódzkiego Centrum Kultury i Sztuki „Zamek Książ”, gdzie przygotowywałem „Materiały Repertuarowe”, książki literatów naszego regionu, a także prowadziłem własną rubrykę w „Informatorze Kulturalnym i Turystycznym Województwa Wałbrzyskiego”. W roku 1989 brałem udział w kampanii wyborczej komitetów obywatelskich, a w latach 1989 - 1990, byłem zastępcą redaktora naczelnego wznowionego „Niezależnego Słowa”. Prowadziłem własne wydawnictwo „Pluton”, w którym opublikowałem ponad 20 tytułów - zarówno autorów związanych z regionem, jak i klasyków literatury światowej (Sandor Petofi, Janos Pilinszky, Kahlil Gibran).

W roku 1972 w miesięczniku „Odra” ukazały się moje wiersze. W latach 1980 i 1982 wrocławskie „Ossolineum” wydało zbiory moich poezji: „Czyste powietrze” i „Lżejsze od Ziemi”. W 1986 w Wydawnictwie Literackim w Krakowie ukazał się cykl prozy poetyckiej pt. „Góry Kamienne”. Następne książki poetyckie to: „Rebeka”(1988), „Nowy Rok”(1989), „Spojrzeć najdalej”(1991), „Droga do Iwonicza”(1993), „Eden”(1994). W roku 2000. ukazał się w ramach Biblioteki Wrocławskiego Oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich zbiór liryków „Vox celestis”. Opublikowałem dotychczas dwa tomy prozy - „Dochodzenie”(1998) i „Subatlantyk” (2000, nakładem Instytutu Wydawniczego „Świadectwo” w Bydgoszczy). Również w 2000. roku wyszedł w Świdnicy mój wywiad z Andrzejem Szyszko-Bohuszem pt. „Świadomość światła”.

Opracowałem wydaną w Świdnicy, w 1995 roku antologię „Cień serca” oraz „Almanach Wałbrzyski” prezentujący ponad stu autorów z terenu ówczesnego województwa (1997). Współredagowałem „Czas opowiadania”, antologię młodych prozaików dolnośląskich. Jestem autorem kilku utworów dramatycznych („Pokutny krzyż” - nagroda w konkursie Ministerstwa Kultury i Sztuki i Teatru Polskiego we Wrocławiu w 1990 roku, premiera w Teatrze Polskiego Radia - oraz „Pokaz mody”, „Hotel EUROPA”, „Monsignore”, słuchowisko „Pan Sziwa” emitowane przez Polskie Radio Wrocław). Posiadam liczne publikacje w prasie kulturalnej w całym kraju (m.in. „Format” - Wrocław, „Fraza” - Rzeszów, Borussia” - Olsztyn, „Krasnogruda” - Sejny, „W drodze” - Poznań, „Więź” i „Dialog” - Warszawa, „Tytuł” - Gdańsk itd.). Jestem członkiem -założycielem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

W roku 1996 przeniosłem się do Stronia Śląskiego, a rok potem do Starego Gierałtowa w Górach Złotych. Na terenie Ziemi Kłodzkiej organizowałem spotkania literackie w ramach Wszechnicy Literackiej SPP. Latem 1999 roku przeprowadziłem Plener Literacki nad Białą Lądecką.Z końcem tego samego roku zaczęło ukazywać się redagowane przeze mnie pismo regionalno-artystyczne „Stronica Śnieżnicka”.

Wiersz z tomiku:



BŁĘKITNE PRZECIWSTAWIENIE

                                                        Józefowi Hałasowi

Blade brodawki niebios
szereg modrych blizn

Mleko i krew życie i śmierć
w błękicie

„Błękitne przeciwstawienie”
sprzeciwia się światu
białej papierowej
kuli w której mieszka światło

U jej wylotu porcelanowy
dzwoneczek czeka iluminacji

Poniżej bieli
tylko ten świat
stworzonych powtórnie
z wilgotnej gleby
odtwarzanych tchnieniem
gwiazdy
pustoszejącej do wewnątrz

Teraźniejszość
mieszka w niebieskości
między błękitem a błękitem

Łączy stronice
liturgii godzin

Malarz
z własnym
światłem idzie pod brzask

Powraca
za ścianę za czas
za siebie

Pisze mi się
półmrokiem długopisem
błękitnym między kartkami
„Naśladowania”
i Ewangelii

Między nocą a dniem

Nie pisz o wszystkim
pisz całym sobą

Malarz stawia znaki
i jak potomstwo Abrahama
policzone w niepoliczalności
są ziarnka piasku
źdźbła trawy i liście

Malarz choć jest
na świecie nie jest
z tego świata

Świat jest w malarzu
jak Ziemia w błękicie

Obraz przekracza
potrzebę obrazu

Otwiera
otwartą przestrzeń

Cisza i zgiełk
na równi niepojęte
niemieją pod niebieską
tęczówką

U źródła próźni

Na skraju abstrakcji

                               Wrocław, 14 stycznia 1995 r.











Ryszard Chłopek - "Legendy schodzą z pomników"





– (ur. 1979) poeta, prozaik, krytyk literacki. Publikował w min.: „Opcjach”, „Śląsku”, „Megalopolis” „Ha!arcie”, „Nowym Wieku”, „Pro Arte”, „Autografie”, „Kursywie”, oraz antologii W swoją stronę. Redaktor „ARTylerii”, autor tomiku Wieczna ospa (Kraków 2002). Mieszka w Gliwicach.


Wiersze z wydanego tomu




Krzysztof Kamil Baczyński rozmawia z Filippo Tommaso Marinettim na temat wolności jednostki


Na ulicy kałuża, na ręce zegarek, na około dom. Ten z ciepłem
żony zsuwającej szlafrok, ledwie syn usnął. Wiatr kołysze latarniami
jak drzewami w lesie. Jesteś niczym powstaniec. Kładziesz się
na jezdni, na ziemi, na kobiecie i pełzniesz, i czekasz,
i wiesz.



Coś mruczy po twojej stronie;
a Bóg jest cierpliwy jak wędkarz
wygrzebujący o świcie robaki.
Wynosi cię ponad innymi.



Czyż musi być w tym jakiś haczyk.




Biskup polowy Leszek Sławój Głódź wyjaśnia, że Chrystus chętnie poszedłby do wojska, gdyby nie to, iż w jego czasach bogiem wojny był Mars


Kiedy Jozue przybył nad brzeg rzeki,
smutne spojrzenie rozdarł na dwa nurty,
bo nie chciał wojny, był Boga człowiekiem,
na tyle słabym, że wsparł się o burtę



jednej z tych łodzi, co siadły na piachu,
na dzień czekały, który z krzykiem rogów
obali Jerych i ocali Rachab,
tak duch ratuje tych, co zdradzą swoich.



I jeśli anioł wśród świateł pustyni
miecz wzniesie w górę, w gorącym powietrzu
świat zadygocze, trzymaj jednej sprawy,
która jak pocisk wytyczy ci drogę.



Bo nie ma klęski większej niż wahanie,
gdy jak Jozue dzielisz na dwa nurty
swoje spojrzenie, a łodzie czekają,
kiedyś przemienisz je w rybackie kutry.



(A kiedy szatan przybył nad brzeg rzeki
i prosił Boga, by zatrzymał słowo,
Bóg odpowiedział mu właśnie bombami,
które podstępem wrzucił mu pod ogon).




Ian Curtis jedzie do Paryża na spotkanie z Jimem Morrisonem, chcą porzucić mikrofony i założyć hodowlę świń w stanie Alabama


Świat nigdy nie miał tego dynamizmu, o który go posądzano.
Podsądny wolał raczej czaić się gdzieś na uboczu
i aż po sądny dzień nie rzucać się w oczy. Oczywiście
są rozmiary, których nie da się ukryć, choć podobno
najtrudniej znaleźć to, co samo podchodzi pod ręce i stopy.



Pociąg ciągnie się po kręgosłupie torów. Wokół
panuje nienaturalny spokój, jakby jakieś mięso
psuło się za wzgórzem.



To gniją nasze czasy – krzyknąłem – bezlitośnie.
Pasażerowie uśmiechnęli się jakby przekazywali
sobie, że to się przecież zdarza.



Tak, bo to się zdarza. 7.33. Pociąg ciągnie
się. Na żebrach drugiego toru huśtają się



dzieci.




Amerigo Vespucci zaczyna rozumieć, że Krzysztof Kolumb się mylił


Drzewo w podwórzu chyli się ku ścianom. Jakby pod
ciężarem liści. Ich jest dużo, dużo i więcej. Z każdym
dniem przybywa. Trwa wiosna.



Na podwórze wchodzi mężczyzna. Kołysze się jak wagonik
kolejki linowej, ale idzie prosto. Przystaje. Rozgląda się w miejscu,
gdzie kiedyś była trawa. On był tu, pamięta zapach deszczu
na rozmiękłej ziemi. Kwiaty pod trzepakiem i kwiaty na oknach,
które podlewała niemłoda kobieta.



Jej już tutaj nie ma. Mężczyzna przykłada ucho do ściany.
Zamiera. Poszczerbiony tynk zaczyna mu szeptać jego własnym
głosem.





Duch Rafała Wojaczka wychodzi przez okno, usiłując uciec przed pijanym Krzysztofem Siwczykiem


Czasem trzeba być ślepym, żeby dostrzec.
Weźmy kolory zapachów, kształt idei albo
człowieka. Jak w szumach i trzaskach powoli
przechodzi. I jak rozbrzmiewa, kiedy go już
nie ma. Trzeba być głuchym, by usłyszeć nagle
tę ogromną ciszę nad dachami miasta, gdzie
nie jestem obrazem, nie jestem sztandarem,
ale kosmykiem nerwów spadającym z nieba.





Gall Anonim dowiaduje się, że żadna szanująca się redakcja nie przyjmuje anonimów, i zaczyna rozumieć, że stał się pierwszą w Polsce ofiarą piractwa


Marcie

i na mnie też możesz spojrzeć jak przez okno, na zwinięty
w porę papirus powietrza, bo mnie też może tu nie być
(przynajmniej w sensie optycznym), a możesz beze mnie
się dusić (choć w sensie optycznym nadal nic się nie zmieni)



bo brak możliwości nie jest brakiem mocy, bo czy gdy się
modlisz to rozmawiasz z Bogiem lub czy gdy jedziesz
traktem to faktycznie oswajasz przestrzeń; czy
zostawiasz za sobą cokolwiek, czy spotykasz raczej coś
nowego





Anna Magdalena Pokryszka - "Każdego dnia"





Ur. 1970 r. we Wrocławiu, mieszka w Ząbkowicach Śląskich. studiowała kulturoznawstwo na
Uniwersytecie Wrocławskim, pracowała w tygodniku "Euroregio Glacensis". Obecnie pisze
dla "Słowa Polskiego". Publikowała wiersze w "Odrze" i w czasopismach regionalnych.
"Każdego dnia" jest drugą książką autorki. Zadebiutowała tomikiem "Cokolwiek uczyniłeś Adamie". W pisaniu inspirują ją przyroda, muzyka i spotkania z ludźmi. Na podstawie jej twórczości powstał spektakl wystawiany przez Teatr Miejski w Ząbkowicach Śląskich.
pokryszka_m@wp.pl



Wiersze dojrzałe

Wiersze dojrzałe
rosną w rękach
jak jabłka
jeszcze rumiane
z utraconego raju Adama
jak gazele biegną
szybkonogie i zwinne
w czekaniu
następne
słowa
narodziny




In statu nascendi


jeszcze nie dotarłam
do krainy
wiecznego zapomnienia

jeszcze życie
wypełniam
/ po brzegi/

jeszcze
sobą





Ptaki skrzydlate


Jest cisza nocnych myśli
ukrytych w ramionach

Są promienie miodowe
słońca

Kwiaty kwitną wiosną i latem

Jesienią odchodzą
umorusane liście
dżdżystym deszczem

Milknie
biały śnieg
powleczony drogą

Zimą
i wiatry zmarznięte szaleją

Tylko po co ?

Te dni takie szare
zapatrzone zaciągnięte
do odległych wspomnień

tylko po co te myśli
jak ptaki skrzydlate
przez wszystkie pory roku
krążą




Słowo

tu i teraz
biegnie
słowo
dnia
zabiegane
od rana
wyciąga
ręce









Widokówka z Falaise - mojej siostrze Agnieszce


Morze
faluje tutaj
najciszej

Mewy
okrążają niebo
piszczą jak dzieci

Tutaj
oddycha się
najpełniej

Trzeba uważać
meduzy to wodo – rosty
bardzo śliskie

Sól w powietrzu
wyostrza słońce
stopy w wodzie

Jak prosiłaś
przywiozę Ci muszelki
i w buteleczce trochę morza

Bądź zdrowa!
moja siostro
śródlądowa





Przypływ


Okrążasz mnie
już nie wiem
gdzie brzeg morza
gdzie twoje ramię

Morze jest we mnie
szumi
najbardziej

Podaj mi rękę
idźmy razem
przez fale wysokie

Już wiem
co to morze
i słońce
jak śpiew syren








W Y M Ó W I E N I A

Antologia
Studium Literacko-Artystyczne
KRAKÓW 2001-2003


Wybrane fragmenty z książki:


JOANNA FILIPEK

Mieszkam tu i ówdzie, obecnie w Zielonej Górze, jestem praktykującym informatykiem z racji wykształcenia, zaś kucharką, praczką, sprzątaczką, lekarką, pedagogiem, psychologiem, negocjatorem, specjalistą od logistyki i wiele innych z racji uprawiania zawodu matki. I jak tu nie szukać schronienia w literaturze? Pomaga też jazz, muzyka barokowa i filmy Lyncha.

Dlaczego piszę?

Zbieram słowa jak poziomki.
Przybywa w garnuszku tym szybciej, im emocje intensywniejsze.
Potem okazuje się, że wszystkie zielone, na nic.
Zaglądam do garnuszków innych, tam pysznią się wielkie, rumiane dojrzałością jagody.
Gdy włożyć taką do ust, rozgnieść na podniebieniu językiem, przeniesie w letni las, czy w inną opowieść.
Podglądam ukradkiem, skąd przynoszą te najsmakowitsze.
Są, wiszą na krzaczkach, tylko zrywać.
Znów szybko napełniam kobiałkę, ostrożnie chwytając w palce owoce, by nie rozgnieść delikatnego miąższu.
Pędzę do domu spróbować, kurcze, smakują jak ziemniaki.

Dlaczego zbieram słowa? Bo są.
A poważnie? Jest jeszcze kilka historii, które chciałabym opowiedzieć.


Miara objętości

Jak zmierzyć puls wszechświata? Wszystko w nim drży, bez przerwy się rusza, nieskończenie wielki kosmos stale kurczy się, zapada się w siebie z ogromną szybkością, my zagubieni gdzieś w nim na pozornie stałym gruncie, ale przecież wnętrze Ziemi to kipiąca lawa, pokryta tylko cienką warstwą skały, jak pomarańcza skórką, a ta skała to zlepek atomów, z których każdy, jak twierdzą fizycy, składa się bardziej z energii niż z materii. Zresztą, nasze ciała, sprzęty, podłoga i strop naszego domu, to też tylko nagromadzenie nieustannie krążących elektronów. Wszystko się rusza.
Gdzie tyka zegar wszechświata, odmierzający rytm natury? W czym go liczyć – w nanosekundach, milionach lat, czy w latach świetlnych? A może zadowolić się ludzką perspektywą, i przyjąć za miarę rytm pokoleń?
Myślę o tym jednego z tych dni, gdy, zwinięta pod kocem w kącie łóżka, nie chcę widzieć nikogo. Puls wszechświata czuję wtedy opuszkami palców, nieustanny chaotyczny ruch, bolą mnie elektrony krążące w moim ciele, paznokciach, włosach.
Nie ma myśli, na którą nie odpowiedziałabym &raquo;Nie chcę&laquo;. Zostawcie mnie, samą, nie mówcie do mnie, zróbcie sobie kolację, niech tata przepyta cię z historii. Chciałabym złapać cię za rękę, wbić w nią głęboko paznokcie – jęczeć &raquo;Pomóż mi&laquo;. Może tak kiedyś robiłam. Teraz wiem, że muszę przeczekać.
Wyszli, chaos powoli się uspokaja. Sprzęty przybierają na powrót swoje kształty, cichnie chlupot myśli. Ostrożnie wyglądam spod koca. Rozprostowuję skurczone nogi, ręce, rozluźniam kark. Dobrze trwać w ciszy, jak pod wodą. Nagle uchylają się drzwi. &raquo;Chcesz herbaty?&laquo; Dobre intencje zabełtały wszechświat. Znów wszystko drży i pulsuje.
Wreszcie natura, jak stary znachor, upuszcza mi krwi. Pozbawia nadmiaru rozedrganych cząsteczek. Myśli stają się mniej gęste, ciało lżejsze. Znów jestem ciałem stałym, wiem, że muszę się spieszyć, bo nim minie miesiąc, nieuchronnie znów elektrony ruszą do szalonego pędu.
Rytm mojego ciała, napędzany zegarem wszechświata. Twierdzenie odwrotne byłoby zuchwałością.
Swoją drogą, ciekawe, jaką miarą mierzyć objętość krwi menstruacyjnej przelanej na Ziemi przez kobiety, nie mówiąc o samicach innych gatunków?




GRZEGORZ INIEWICZ


Mieszkam w Krakowie, z wykształcenia jestem psychologiem. Interesuję się współczesną prozą i poezją, kinem europejskim, a także związkami między sztuką i szaleństwem.

Dlaczego piszę?

Każda odpowiedź na to pytanie wydaje mi się trochę banalna. Tak naprawdę, to po prostu siadam i piszę. Najbardziej lubię to robić w nocy – gdy jest ciemno i cicho. Pomysł zazwyczaj przychodzi nagle, pod wpływem jakiegoś wydarzenia, myśli, a czasem pojedynczego słowa. Na początku jest to dla mnie zabawa, zabawa słowem albo postacią, ale żeby wyjść poza zwykłe notatki, wtedy muszę zacząć ciężką pracę. „Oswajanie słów jest trudniejsze niż oswajanie tygrysów”, jak pisała Halina Poświatowska. I sam nie wiem kiedy zabawa zmienia się w mozolne kreślenie kolejnych wersji tekstu, a za oknem zaczyna świtać... Gdy patrzę wstecz to odkrywam, że moje teksty zawsze miały jakiś związek z wydarzeniami mojego życia. I jeśli nawet kiedyś odkryję, że to, co piszę ma wartość tylko dla mnie, to i tak powtórzę za Edith Piaf „Je ne regrette rien”.




Drabina

Mój dziadek słynął z tego, że się wspinał. Jak wspominała babcia, najpierw chodził z linami w Tatry, co skończyło się zaraz po ślubie, bo jak mawiała, nie chciała, żeby mu się coś stało, a potem wspinał się po własnoręcznie układanych piramidach ze stołów i stołków. Nie było to oczywiście wspinanie się dla samego wspinania, lecz na przykład, aby coś zawiesić albo poprawić coś innego. Typowa dziadkowa konstrukcja wyglądała tak: duży stół, na nim mniejszy, na mniejszym stole krzesło, dajmy na to kuchenne, a na nim taboret. I na tym wszystkim dziadek.
Potem była drabina. Pamiętam ją dobrze. Zazdrościłem dziadkowi przywileju wchodzenia na samą górę, podczas gdy ja mogłem najwyżej do drugiego szczebla. Drabina była czarna, a właściwie było to pół drabiny, jak wtedy myślałem, porównując ją z drabiną, na jakiej chodził malarz, który malował nasze mieszkanie. Więc te pół drabiny dziadek opierał o ścianę i wychodził na samą górę. Kiedyś te pół drabiny zsunęło się po ścianie z dziadkiem na górze, który na domiar złego, w ostatniej chwili chwycił się obiema rękami zwisającego przy ścianie kabla i kurczowo trzymając się go, zjechał na podłogę, kalecząc sobie dłonie.
Przypomniałem sobie tę historię, gdy siedząc w sobotnie popołudnie w fotelu, skończywszy malowanie sufitu, patrzyłem na rozstawioną na środku pokoju drewnianą, pochlapaną farbami drabinę, pożyczoną od sąsiada. Zdjąłem zawieszony na niej pojemnik z farbą i przez najwyższe szczeble przerzuciłem stary sweter, który miałem ubrany w trakcie malowania. Sweter pasował do drabiny.
Ponieważ sąsiad gdzieś wyjechał, nie oddałem drabiny od razu. W niedzielę powiesiłem na niej kwiatek w koszyku ze sznurka, z którym po zmianie umeblowania nie miałem co zrobić. Mimo, iż drabina stała na środku pokoju, nie stanowiła dla mnie przeszkody. Omijanie jej sprawiało nawet przyjemność. Zwłaszcza, gdy przechodząc obok, mogłem się jej przytrzymać. Nie było to coś, czego bym jakoś szczególnie potrzebował, tym niemniej dotyk drewna mile drażnił skórę.
W poniedziałkowy poranek, przed wyjściem do biura, snułem się po mieszkaniu jeszcze w szlafroku i z filiżanką czarnej kawy. Przechodząc obok drabiny poczułem, że obsuwa mi się pasek przy szlafroku. Chciałem go poprawić, lecz rękę miałem zajętą filiżanką. Położyłem ją więc na czwartym od dołu szczeblu i zawiązałem pasek. Ta sytuacja podsunęła mi na myśl jeszcze jeden sposób wykorzystania drabiny. Wygrzebałem spod szafy w przedpokoju deskę z jasnego drewna, z sękiem tkwiącym nieruchomo na jej środku i położyłem ją na trzecich szczeblach obu nóg drabiny. Dla sprawdzenia, czy był to dobry pomysł położyłem na desce filiżankę z resztką kawy. Stała na niej pewnie.
Gdy wieczorem wróciłem do domu na środku pokoju stała konstrukcja, o której w ciągu dnia trochę zapomniałem: pobrudzona farbami drewniana drabina, z zawieszonym na szczycie swetrem i kwiatkiem, a nieco niżej, na zrobionej z deski półce, stała pusta filiżanka po kawie. Po przeczytaniu gazety tylko przez moment zastanawiałem się, gdzie ją odłożyć. Zajęła miejsce filiżanki, dzieląc je z krawatem i wiecznym piórem marki Parker.
We wtorek stwierdziłem, że jedna półka to zdecydowanie za mało. Na szczęście za szafą w przedpokoju była jeszcze jedna deska. W ten sposób znalazło się miejsce na parę książek i miseczkę z ulubionymi cukierkami toffi, pomalowaną w tańczące skośnookie dziewczęta. Poplamiony sweter schowałem do szafy, a na jego miejscu powiesiłem zieloną marynarkę. Jej niedbale wystająca z tyłu podszewka, którą nauczyłem się zręcznie chować przy ubieraniu, nadała drabinie bardziej odświętny, a równocześnie bardziej ekstrawagancki wygląd.
W środę musiałem zrobić pranie. Po wyjęciu mokrych ubrań z pralki uświadomiłem sobie, że nie zawiązałem w łazience sznurków, które ściągnąłem przed malowaniem. Z szuflady kuchennego stołu wyjąłem sznur od snopowiązałek, bezskutecznie usiłując sobie przypomnieć, skąd mógł się tam wziąć. Jeden jego koniec przywiązałem do najwyższego szczebla drabiny, drugi do karnisza. Przez chwilę z zachwytem patrzyłem na swoje dzieło, po czym powiesiłem pranie.
W czwartek kupiłem w antykwariacie kilka starych płyt gramofonowych z francuskimi przebojami z lat 50 i 60. Położyłem je na podłodze, oparłszy o drabinę. Dało mi to pewność, że tu będą bezpieczne. Miseczkę po cukierkach toffi wyniosłem do kuchni, a na jej miejsce położyłem pustą butelkę po jakimś włoskim winie. Zdjąłem pranie i zacząłem się zastanawiać, do czego mógłby mi się przydać wciąż wiszący sznurek. Z tą myślą zasnąłem.
W piątek na sznurku powiesiłem czarno białe fotografie rynku mojego miasta, zrobione jeszcze przez dziadka. W tym samym dniu zostały też zajęte pozostałe szczeble drabiny. Znalazły się na nich: szelki, słuchawki od magnetofonu, ściereczka do wycierania naczyń i mały ręcznik z napisem „Wars”, który z roztargnienia spakowałem do swojej torby, jadąc pociągiem relacji Moskwa-Warszawa.





MARCIN KOSSAKOWSKI


Urodziłem się 1980 roku w Jędrzejowie, tam też mieszkam.

Uwielbiam ten niebyt, który odrywa mnie od ziemi, uwielbiam, kiedy podnosi on innych. Moje pisanie to pamięć dla mnie, kierunek do poznania bliżej. Opisuję świat jaki widzę, odkrywam inne jego kolory, czasem też samego siebie. Cieszę się, że jestem wśród ludzi, których dane mi było poznać, zaprzyjaźnić się, żyć tą samą chwilą.



*
Widzialność świata jest niemożliwa, póki nie wyjdziemy poza progi swoich pokoi, ulubionych kawiarni, nie spalimy kilogramy tłuszczu na swoich pierwszych rowerach, nie zwolnimy pracowników swojego umysłu. Ona oddycha w nas od narodzin ciekawości, a kiedy przychodzą do nas mętne myśli ujawnia się na ekspresowej trasie naszego życia. Wtedy najlepiej jest wybiec poza plan i odszukać pierwszej szosy. W ciszy , bądź przy odgłosie radia wpłynąć do pierwszego zatrzymanego samochodu, w beztroskim geście założyć rękę na rękę i zespolić swój wzrok z życiem za szybą. Choć na chwilę negować każdą idealną myśl, lecz tu trzeba raczej zachować dystans. W świecie podróżnika apogeum wyobraźni jest nieosiągalne. Pytania o egzystencję są raczej dostępne, trzeba tylko ujrzeć uroki świata i użyć skutecznego sposobu dla zabicia własnego ja.
Widzieć więcej, złamać nakazy, zakazy, zaistnieć obrazem wlepiając się w spojrzenia obcych ludzi. Fałszywe stwierdzenia wydobyć z ich spojrzeń, mówiąc : tajemniczy gość przechodzi przez obce miasto.




JUSTYNA KOWALSKA



- - ur. Sylwester' 78. Studiuję dramaturgię na wydz. Reżyserii PWST im. L. Solskiego w Krakowie. Uczęszczam też na zajęcia Studium Literacko-Artystycznego. Otarłam się o informatykę (robotyka), kończę studium reklamy (specjalizacja Realizacja Tv i Filmowa). Do tej pory druknięta byłam jedynie w "Suplemencie" i zinach Internetowych "Fahreinheit" itp. W ramach autorskiego teatru "Niemirando" zrealizowałam multimedialny performance. W dziedzinie dramatu reprezentuje mnie Agencja Dramatu i Teatru "Adit".

Piszę bo to mi pomaga żyć.
dystrakcja.republika.pl









MACIEJ KUCZYŃSKI

O sobie?

Maciej Kuczyński ur. 1979.
Mam nadzieję, że przyszły magister socjologii na Uniwersytecie Wrocławskim.

Dlaczego piszę?

Można by poprzestać na najprostszej i zarazem na najbanalniejszej odpowiedzi, że z tzw. potrzeby serca. Może rzeczywiście i tak na początku było, kiedy poczyniłem pierwsze próby ponad dekadę temu. Jednak stopniowo pisanie zaczęło pełnić „funkcję sprzątaczki” tj. pomagało mi uporządkować to co dla mnie istotne. Początkowo nie pałałem też zbytnią sympatią do książek, jednak sytuacja diametralnie się zmieniła za sprawą pewnej młodej damy, która będąc moją rówieśniczką pochłaniała z zapartym tchem „Wojnę i Pokój” kiedy ja w tym samym czasie mogłem się pochwalić „zaliczonymi” kilkoma lekturami szkolnymi i całą armią etykietek po tanich winach&#8230;. Niemniej jednak rozmowa szła nam dość sprawnie. Gdzieś tam mimochodem przyznałem się do swojej książkowej awersji. Nie spotkała mnie za to żadna fala krytyki, ona powiedziała tylko: ”Spróbuj, jestem pewna, że ci się spodoba” Miałem wówczas 14 lat – spróbowałem&#8230;. i tak jest do dziś. Ta historia też w jakiś sposób pociągnęła moje pisanie.
Teraz jest to dla mnie tak naturalna czynność, że nie wiem, czy mógł bym inaczej. Mam nadzieję , że uda mi się kiedyś wyjść poza egoistyczno-erotyczne pisarskie getto i skupić się bardziej na tym co zewnątrz.. Chciałbym stać się bardziej prozaiczny&#8230;


Szklanki

Niektóre słowa przywołują starych przyjaciół
będących gdziekolwiek w innym miejscu.
Wspomnienia pozostają przy mnie -
ciągle i niezmiennie.

Wspomnienia przemycane w opróżnionych szklankach,
obdarte ze swej magii – rozmyte
Znajome twarze pochylają się nade mną wykrzywione śmiechem.
Piękno chwili – potęgowane wywołuje ekstazę.

Nie potrzeba już nic przyozdabiać,
wystarczy zatrzymać zegary,
sycić się do woli
przebytą prawdą

Wspomnienia umierają o poranku
w pozostawionych niedopitych szklankach.
Męczą nad wyraz spragnione myśli,
wolnym krokiem wracają do siebie.

Różanki, wiersz ukończony 1 listopada 1999r.



Niech – nawiązanie

I teraz niby też jest sezon.
By widzieć wszystko zupełnie realnie,
pozwolić się wypowiedzieć
wszystkim tłumionym emocjom.

Niech drążą w głowie nowe krajobrazy,
sypią sól w rany.
I niech to przetrwam krzycząc w ciszę ból
a czasem nawet smakując z dłoni krew.
Niech i będzie.

Albo też,
w końcu skończy się sezon,
lecz jeśli tak to i coś więcej.
Niech wróci ukojenie
i włosy skropione deszczem.
Wtedy znów będę karmił w sobie śmierć.

Poznań 26 listopada 1999r.







PAWEŁ PELC


Od pięciu lat jestem księdzem diecezji przemyskiej. Obecnie posługuję w Archikatedrze w Przemyślu.

Poezja jest dla mnie listem do świata i o świecie.
Jest formą dialogu: z człowiekiem, którego spotykam w różnych zakamarkach codzienności i z Bogiem, w którego wierzę i którego mam nadzieję osobiście spotkać, by poprosić o autograf pod tym, co Swojego przekazał przez moje wiersze.
Ten najwspanialszy Poeta, Malarz i Twórca naprawdę pięknie poukładał ten świat , człowiek to arcydzieło niekiedy wypacza i komplikuje, a poeta szuka prawdy, która jest sensem i celem jego twórczości.


Ku wieczności

Minionych chwil
nie da się odzyskać
są jak małe stacyjki
za oknem pędzącego pociągu
przytulne zakątki życia
skreślone z rozkładu jazdy
takie dalekie i zapomniane
a jednak
ważne bilety
w podróży ku wieczności





MARCIN PIENIĄŻEK


Doktorant na Wydziale Prawa i Administracji UJ. Miłośnik muzyki, literatury oraz życia.

Kiedy dwa lata temu trafiłem do Studium, moje wiersze mówiły o lęku, śmierci i zwykle chybionej czułości. Nie sądziłem, że ktokolwiek zechce je przeczytać. Dziś próbuję pisać także o radosnym „tu i teraz”, które towarzyszy wsłuchiwaniu się w codzienne słowa bliskich. Szukam szczęśliwszego języka, by opowiadać nowe historie.




W parku chudy chłopak obejmuje ciało dziewczyny,
O której boi się marzyć,
A nalana twarz pełni
Ma to za nic.

W szpitalu milknie rozmowa
Niemowląt zdziwionych półmrokiem,
Który przysiadł w ich głowach.

Klęcząc przy swoim łóżku stara kobieta
Prosi anioła, aby na nią zaczekał.

1996



Minuta wody
Której anioł
Od czubka głowy
Ubiera ciało

Ty zimną wodą
Zapalasz ogień
Na płytkach powiek
Pod miękką stopą

Teraz na głowie
Wodopój ciału
Wodorost włosów
Zlepia pomału

Przez wodorostów
Mokre klosze
Ja, ręcznik
Ciepły sen
Przynoszę

1999




BEATA ANNA POKORSKA



Filolog polski, doktorant ( literaturoznawstwo, romantyzm, Pamiętniki duchowieństwa XIX wieku), były księgarz, redaktor miesięcznika literackiego „Akant”. Mieszkam w Bydgoszczy.

Pisałam „od dziecka” – wtedy głównie poezję. Zaginął mi brulion z pierwszymi wierszami, które spłodziłam jako ośmioletni brzdąc. Jedna z większych strat w moim życiu! Potem, jako nastolatka, dramaty. Jeden z nich: „ Córka dwóch ojców” zachował się do dziś. Ależ jest dramatyczny! Tak, nie pokazałam go nikomu. Dzisiaj wiem, że moim językiem jest język prozy. Czuję go najlepiej, choć wiersze „ popełniam” również, jednak mam świadomość ich nie najwyższej jakości. Czyli do szuflady.
Tak więc proza...Czemu piszę? Piszę, bo muszę. To wyższy imperatyw, którego nie umiem wytłumaczyć. Jak siadam przed kartką lub klawiaturą ogarnia, mnie nastrój święta i dziwna radość, choć wiem, że za chwilę będzie może ciężko. A może nie...Czy jest w tym sens? Nie zastanawiam się nad tym zbytnio. Dla mnie jest. Tak jak sens ma chwila, gdy otwieram książkę, i już wiem, że za chwilę będę tam, gdzie najbardziej chcę być. W niej. Chciałabym, żeby ktoś tak się poczuł, trzymając kiedyś moją książkę. I by się nie zawiódł.




Krzesło

Czułam pod sobą krzesło. Strukturę drewna, łagodne guzki nitów i fakturę łuszczącej się farby. To, że było twarde i niewygodne. A nawet jego zielony kolor. Czy można czuć kolor krzesła? Za chwilę przestanie być zielone. Jak się zabarwia zieleń nasączona krwią?
Gdybym mogła siedzieć nie dotykając go. Próbowałam usiąść na boku, zakładałam nogę na nogę, zsuwałam się na sam jego brzeg, wreszcie chciałam zawisnąć w powietrzu. Jednak jego budowa nie pozwalała na autonomię siedzenia w oderwaniu od funkcji krzesła. Po prostu. Siedziałam więc i nasączałam je sobą .
Czerwień, która gromadziła się w lekkim zagłębieniu powierzchni lub spływała nieznanymi korytarzami popękanych włókien organicznej materii, była naszą tajemnicą. Moją i krzesła. Jeżeli wstanę, jak ją ukryję? Krzesło ukaże swą zbrązowiałą zieleń i wszyscy pomyślą - skąd to skalanie? A potem skierują na mnie oskarżycielski wzrok. I nic nie powiem na obronę zbrukanego mebla, bo jeszcze nie umiem tłumaczyć się z własnej krwi. Zawisnę tylko przykrością na klamce, marząc, by się poruszyła i otworzyła drzwi. I pozwoliła przejść niezauważoną do schodów, i wreszcie do szatni, gdzie wisi mój płaszcz? Długie do kolan wybawienie.
Wyjścia nie ma. Moje krzesło stoi w rzędzie pod oknem, więc droga ku drzwiom naprzeciwko to marsz przed ekranem rentgena. Jeżeli opuszczę zacisze drewna, stanę w obnażającym świetle ludzkiego zdziwienia, żądnego wyświetlenia zakłóceń w estetyce moich dżinsów. Nasiąkających lepką substancją życia i zyskujących na odrębności. Czy to były jeszcze moje spodnie? Kiedy rozstanę się z krzesłem, wystąpią przeciwko mnie. Staną się moim oskarżeniem. Już teraz metal zapięcia ranił skórę, więc uciskane podbrzusze z oburzeniem pulsowało w rytmie wypływów, jakby w odwecie za męczącą torturę. Nieznana dotychczas wojna żywego z martwym. Palcami badałam teren walki, przypisując im rolę bezstronnego sędziego. W meczu bez reguł i nieznanym przeznaczeniu.
Muszę więc zostać tu, na moim krześle i liczyć na jego niemą dyskrecję. Zupełnie jak w bezpiecznym, ale niewygodnym gnieździe, z którego krawędzią łączyły mnie tylko centymetry obolałego ciała. Reszta lewitowała, pozbywając się ciężaru zdolnego rozpłaszczyć gęste jezioro winy, by nie spłynęło smukłymi nogami mebla.

Bolesne oczekiwanie. Znieruchomiała przestrzeń dająca złudzenie normalności. Jakby można było odwrócić bieg krwawej rzeki. Jakbym na powrót mogła stać się tamtą dziewczynką. Ale już nic nie powróci, tylko ja muszę biec naprzód licząc, że znajdę wyzwolenie. Wpatrywałam się we wskazówki zegarka, popychając je do szybszego ruchu. Każdy okrąg zatoczony sekundnikiem zwiększał szansę na ocalenie. Niedługo zostanę sam na sam z krzesłem.
Do tętniącego podbrzusza dołączył irytujący rytm sekundnika. Jeszcze nigdy nie byłam tak intensywnie skupiona. Czułam moje ciało, jakbym znalazła się w środku każdej komórki. Zdawało mi się, ze słyszę szum rzeki w żyłach i wicher powietrza w moich płucach. Ciepło wezwanych do odpowiedzi tkanek, ich rytmiczne nawoływania, zestrojone z tykaniem zegara serca. Moje zwielokrotnione, jaskrawe i głośne ja. Tylko, czy ja tego chciałam? Czy pragnęłam żyć ponad spodziewane? Ponad oczekiwane? Wyrwano mnie ze snu dzieciństwa i kazano żyć w środku nieznanej katastrofy, wypływającej z mojego ciała, znaczącej przestrzeń wokół mnie mną samą. Uczyniono mnie własnym niebezpieczeństwem. Zamkniętym w pozornym spokoju drewnianej przystani.

Wreszcie. Znajomy rumor odsuwanych krzeseł, ciężki tupot butów o drewnianą podłogę. Wychodzą. Nagła cisza i obezwładnienie. Oddycham przeraźliwie, jakbym wypływała na powierzchnię. Już można wstać. Siedzę jednak zespolona z krzesłem i nie mogę się podnieść... Czuję dziwną łączność z meblem, które dochowało mojej tajemnicy. Które teraz czegoś ode mnie żąda.

Wyjmuję więc chusteczkę i nieudolnie ścieram z niego ślady mojego istnienia.




SYLWIA KINGA SAWICKA


Zaczynałam jak wszystkie nastolatki spontanicznie: z zakochania, z nieodwzajemnionej miłości itp., i jak wszystkie od wierszy. Od niezgrabnych, pokracznych – czysty zapis emocji. Jedna z prób poradzenia sobie z uczuciami. Metoda ta zdała egzamin... Z biegiem czasu pisanie przestało pełnić funkcję wyłącznie terapeutyczną i stało się także moim sposobem komentowania rzeczywistości – nie tylko tej wewnętrznej.
Równocześnie prowadzony dziennik pozwala śledzić rozwój i metamorfozy mojego pisania, pozwala wracać, czerpać, nabierać dystansu&#8230; I tak tkwię już dobrych kilka lat zaprzęgnięta w – jakże przyjemny – kierat kartki i długopisu. Nie sądzę bym w przyszłości chciała się z niego wyzwolić. Życie to przecież doskonały pisarski afrodyzjak.



Kobiecość

Duża wskazówka zegara zatrzymana na dwunastce mała na czwórce, tak jest zawsze. Jeszcze nie świta. Leciutko wiatr porusza firankę. Już jest, czai się, na razie skulony, przyczajony. Nabiera sił by stać się wielki i potężny. Leciutko przewracam się na bok. Ręka ostrożnie wędruje na skraj brzucha. Delikatnie, pod gumkę majtek wsuwam palce. Gładzę, uspokajam; chociaż jeszcze trzy godziny, może dwie godziny snu. Próbuję go uśpić, oszukać, zabrać mu moc, pozbawić go siły i wzrostu.
Wstaję, piję kawę z imbirem. Delikatna spirala ciepła owija się wokół; już nie jest taki groźny. Powoli staje się sprzymierzeńcem. I to on, a nie przyczyna stwarza mnie kobietą. Przez trzy dni zamknięta w kokonie, zabijana każdym skurczem, stwarzam siebie. W purpurowym śluzie i czarnych, galaretowatych skrzepach. Kolejne trzy dni, tylko krew, ostatnie machnięcie pędzla. Z tym ostatnim dniem, z tym ostatnim maźnięciem, gdy dzieło jest skończone, znikam, by pojawić się z bólem. Początkowo zaczajonym, nieśmiałym, pozbawionym siły. Bólem, który za każdym razem muszę oswajać by stał się sprzymierzeńcem.
Wychodzę z mieszkania, łapię ukradkowe spojrzenia mężczyzn i to nie zapach, i nie kokon cząsteczek wokół mnie tylko wzrok zatopiony w cyklach bólu, wydobywa z nich tęsknotę, pragnienia. Zamierają. Szybko opuszczam powieki, a oni budzą się i szukają w mglistych oczach odkupienia.
Zostałam kochanką. By nie mieć dzieci dostałam tabletki tuż po stosunku. Łańcuch cyklu pękł. Ból nie przyszedł, chociaż się rodziłam. Nie było skrzepów i śluzu, tylko krew. Za trzecim razem, po tabletkach czułam, że siebie nie stwarzam. Odeszłam, bo nie mogłam zostać idealną kochanką.
Byli inni mężczyźni zwabieni tajemnicą. Bałwochwalczo czczących to co później brutalnie i bezwzględnie niszczyli.
W końcu poznałam mężczyznę, mężczyznę doskonałego. Uciekałam do niego przez wszystkie godziny doby. On się oddalał, przytłoczony moim nadmiarem. Ten ostatni raz, kiedy chciał odejść, przyniosłam czerwone wino. Do jego kieliszka dodałam skrzep, śluz i krew. Piliśmy. Lekko się uśmiechałam i patrzyłam jak siebie stwarza.



ZOFIA ZAJĄC-GARDEŁA

Mieszkam w Krakowie, skończyłam filologię polską na UJ,
przygotowuję do druku "Dzieła zebrane" Władysława Sebyły. Piszę
wiersze i opowiadania. Interesuję się psychologią i malarstwem.


Po co piszę?
To jak zapytać wiatru, po co wieje.
Lub słońca , po co świeci.
Świat jest nieogarniony w swoim bogactwie, a ja pragnę uwiecznić
choć cząstkę przeżyć, wzruszeń, myśli.
Piszę, choć na poezję nieurodzaj...


Nie może stanąć czas

jak krew zakrzepła w probówce.
Nie może biec na oślep,
choćby cel leczył świat.
Wrośnięci w historię oddychamy,
kochamy się,
rośniemy,
gubimy zęby portfele uśmiech
sadzimy drzewa
zbieramy zioła.
Naiwnie wierząc
W prawdę Zmartwychwstania.



Wczoraj rankiem zimowym

Wyszłam bez okrycia
Drżąc na ciele blednąc
Biegłam
Ulica patrzyła brudnymi
Tłumu oczami
Nikt się nie uśmiechnął
Nie upuścił czapki
Ktoś leniwie pchał
Wózek z niemowlęciem
Ktoś szarpał się pijany
Grożąc naokoło
Ktoś płakał na rogu
Ja przemknęłam chyłkiem obok.




MARIOLA ZIELIŃSKA

Jestem absolwentką filologii romańskiej, mieszkam w Krakowie.

Czym jest dla mnie pisanie? Sądzę, że to swoista płaszczyzna dialogu z drugim człowiekiem. W dzisiejszym świecie, gdzie człowiek czuje się, jak gdyby pędził przez życie pociągiem pospiesznym, pisanie pozwala mi zatrzymać się i dostrzec istotę tego, co dzieje się wokół. Pozwala mi zejść głębiej, pozwala dotknąć tego, co każdy z nas głęboko skrywa w sobie: bólu, samotności, wiary, nadziei. I tym chciałabym się dzielić.


Margerytka

Już czas posegregować wspomnienia
po tobie
bukiet wciąż stoi na stole
jakbyś odszedł dopiero wczoraj
wyjmuję z niego przywiędłe marzenia
jedno po drugim
róże zastygłe w przestrzeni
ranią mi palce
krew wciąż pulsuje
wystarczy już
ten kwiat zostawię w wazonie
biała margerytka
zawisła na urwisku w ostatnim momencie
ocalała
my poszliśmy dalej
w przepaść



Płaszcz

To dziwne
Zapamiętałam tylko
Twój płaszcz
Wkładany pospiesznie
Tak jakbyś bał się
Że nie zdążysz odejść






Wojciech Brzoska -" Wiersze podejrzane "



Wojciech Brzoska- ur. w 1978 r., poeta, redaktor działu poezji w magazynie literackim „Kursywa” (http://free.art.pl/kursywa). Publikował m. in. w „Odrze”, „Kresach”, „Kwartalniku Artystycznym”, „Studium”, „FA- arcie”, „Czasie Kultury”, „Lampie i Iskrze Bożej”, „Toposie”, „Pracowni”, „Tyglu Kultury”, „Ricie Baum”, „Alternativie Plus”. Autor dwóch książek poetyckich: Blisko coraz dalej (IW „Świadectwo”, Bydgoszcz 2000) oraz Niebo nad Sosnowcem („Lampa i Iskra Boża”, Warszawa 2001), a także kilku arkuszy. Tłumaczony na język czeski. Mieszka w Sosnowcu.

e- mail: w.brzoska@wp.pl


Wiersze z "Wierszy podejrzanych:



przenikanie


różnimy się od siebie jak gąbka od kredy
ty starasz się zapomnieć
ja staram się ocalić
choć niewielki fragment Czasu
zapamiętać kształt okna
albo rysunek na okładce
leżącej obok książki

na pewno nie wiesz
że kiedyś się spotkamy
wynajmiemy wtedy mały pokój na rogu ulicy
i będziemy udawać Szczęście

po paru miesiącach
to ja będę pił kolejnego drinka
a ty może wreszcie namalujesz
swój pierwszy w życiu obraz





cienie, postępy


zrobiło mu się łyso
już na zdumiewający widok jej
nowej fryzury, a potem jeszcze
bardziej kiedy na powitanie chciała

go jakby z rozpędu
pocałować w policzek, a on
zastygł nagle w głupim natarciu,
w głupim rozdarciu pozostawiając tylko

samą dłoń. podczas rozmowy
wciąż podziwiał kształtny owal jej
czaszki, a zamiast słów
coraz częściej słyszał jak


jeżą się jego długie włosy.
w drodze powrotnej poprowadziły ich
cienie, więc zrozumiał jak chciał, że
jednak WSZYSTKO JEST PRZED NIM,


bo przecież przynajmniej ich
głowy doskonale się do siebie
dopasowały.







drugi oddech


lodowate spojrzenia w uśpionym autobusie
wymieniamy na przypadkowe gesty. latem
w mieście poezja maluje się na brudnych
przystankach, gdzie publikując swoje

wiersze uczą się cierpliwości młodzi
anarchiści, gdy tymczasem w środku
zimy w obronę bierze nas stary
mróz, który kradnąc gorące oddechy

rzeźbi na szybach kryształowe
ornamenty ze słów. one właśnie
zakwitają językami liści, szronem
topniejących snów!






dwie połówki tego samego wiersza
czyli ty pójdziesz górą a ja doliną
(albo odwrotnie)


ach, cóż to za strata kiedy się jest, przepraszam, kiedy
się było jak dwie połówki tego samego wiersza młodego
wciąż wieszcza, ach podkreślam: podkreślam jedną,
a ona drugą wierząc, że różnimy się dokładnie tak,

jak bardzo się trzeba poróżnić, by móc się podobnie
połączyć i przetrwać, a potem już wiedzieć, że jednak
niestety nie różniło się w sam raz, żeby napisać choć jeden
wiersz wspólny, tylko co najwyżej podkreślić połówki

cudzego i błędnie to zinterpretować, a przecież można
było już wtedy się domyślić, że niedługo jedno z nas
pójdzie górą, a drugie doliną i wymazać wszystko,
podkreślam: z pamięci wszystko wymazać zawczasu.




uśmiech losu


skrzyżowanie korytarzy, bo przecież nie dróg,
które dawno temu rozeszły się w swoje strony.
mignięcie twarzy, parę sekund przerwy
(bo skoro już jest to trzeba chociaż powiedzieć „cześć”)

to było „cześć” plus ten jej lekko zawstydzony
uśmiech, który do tej pory znałem właściwie tylko
ze zdjęć. przez moment chciałem nawet zawrócić,
ale nagle poczułem się obco prawie jak

jakiś obcy fotograf, do którego trzeba się
znajomo uśmiechnąć, żeby dobrze WYPAŚĆ.
wtedy właśnie pomyślałem, że i tym razem znowu
jej się udało. przez całą drogę powrotną uśmiechałem się

już tylko do siebie.






Andrzej Trembaczowski - Sen





Rocznik 1951; urodzony w Lublinie, gdzie mieszka do dziś.
Żonaty, dwoje dzieci: córka i syn.
Z wykształcenia fizyk, z zamiłowania przyrodnik. Empirysta – "patrzę, obserwuję, wyciągam wnioski".
Zainteresowania: rozmaite.
Hobby: wędkarstwo, żeglarstwo, fotografia i leśne wędrówki.
Książki: „Nocne połowy ryb”, PWRiL 1989, „Zanim wyruszysz, czyli coś o survivalu”, Dom Wydawniczy Bellona 1996, artykuły o wędkowaniu i o survivalu, opowiadania wędkarskie (w przygotowaniu).
Od kilku lat związany z witryną Internetową „Rybie Oko” i Klubem Wędkujących Internautów.



VIII


    Ogromna, czerwona kula unosiła się nad horyzontem. Powierzchnia rzeki parowała. Niziutko przesuwały się czerwonawe mgiełki. Basowy pomruk wibrował w powietrzu. Dwa śmigłowce zawisły nieruchomo, potem zbliżyły się, rosły i rosły, aż przesłoniły sobą wszystko. Huk silników potężniał, stawał się trudny do wytrzymania. Wewnątrz siedzieli dziwni ludzie w srebrzystych kombinezonach. Chris zbudził się.
    -Dziś mija siedmiutysięczny czterechsetny dzień Nowej Ery - oznajmił na powitanie komputer, jakby bardziej uroczystym głosem. - Miłego dnia, Chris.
    Chris skończył śniadanie i popijał kawę. Śniadanie wyjął jak zwykle ze skrzynki. Odkąd przeszedł na poziom szósty, ani razu nie był w jadalni. Wolał zamawiać posiłki do domu. W ten sposób mógł wybierać pomiędzy rozmaitymi ofertami, zamiast brać z lady co popadnie, jak to robił kiedyś. Prawdę mówiąc niewiele zyskiwał na tym. Najczęściej nie wiedział, co kryje się pod nieznaną nazwą. Przedtem wybierał dania "na oko", sugerując się ich wyglądem, teraz pozwalał składać komputerowi propozycje. Ale zawsze stanowiło to jakąś odmianę, poza tym mógł określić, czy woli danie zimne, czy gorące. Czasem życzył sobie czegoś "retro". Tym razem na śniadanie zjadł okrągłe placuszki. Były ciepłe, trzeszczące w zębach i nadziane czymś kwaskowatym w środku.
    "A więc minęło już prawie pięćdziesiąt dni od wakacji" - pomyślał, przypominając sobie domek nad morzem, podwodne przygody, żeglarskie popisy Henryka, a także safari. Zerknął na rogi wiszące nad kominkiem. "Pięćdziesiąt dni" - westchnął. Cały ten czas poświęcił rozwiązywaniom problemowych testów. Jedynym urozmaiceniem były spacery po "tamtej stronie", jak je sobie nazwał, no i Kid. Mimo woli przypomniał sobie ostatnią wycieczkę i morderstwo, którego byli świadkami. Wzdrygnął się. Nie chciał o tym myśleć, wolałby o tym zapomnieć, ale to nie było takie proste. Nie potrafił. Przerażenie i bezsilność - oto co czuł wtedy, gdy powstrzymany kurczowym chwytem drobnej dłoni Kida cofnął się i schował za pojemnikami. Te uczucia towarzyszyły mu podczas pośpiesznego powrotu i nie opuściły go do dziś. Nie potrafił się od nich uwolnić. Próbował uciec od tych strasznych przeżyć, ucząc się intensywnie, czasem mu się to udawało, wystarczało jednak, aby skończył rozwiązywać testowe zadanie i znów tamta okropna scena pojawiała się mu przed oczami. Wracała natrętnie tak, jak ten niezrozumiały, koszmarny sen. Nawet częściej. Chris nie mógł pogodzić się z tym, że wszystko toczy się jak dawniej, tak jakby właściwie nic szczególnego nie zaszło. Cóż jednak miał robić?
    Aby oderwać się od tych natręctw spróbował skupić się nad tym, co usłyszał na powitanie.
    Zwykła, codzienna, banalna informacja - oto rozpoczyna się kolejny dzień. Co oznacza siedmiutysięczny czterechsetny dzień Nowej Ery? Dlaczego ton głosu był uroczysty? Może zdawało mu się? Jakiż to powód? To, że ostatnie dwie cyfry są zerami, nie było przecież niczym szczególnym? Nonsens. Za kolejne sześćset dni będzie równe osiem tysięcy, no to co? Też nic. Czy się coś z tego powodu zmieni? Być może awansuje, być może będzie wtedy na siódmym poziomie, może dadzą mu jakąś pracę, ale to nie wyniknie przecież z okrągłej daty! Nowa Era... Za dwa tysiące sześćset dni nastąpi kolejne zerowanie, drugie od Wielkiego Wydarzenia, które zapoczątkowało Nową Erę. No i co z tego?
    Pod wpływem tych refleksji, a może mimo wszystko z powodu bardziej uroczystego powitania, Chris postanowił spędzić ten "okrągły" dzień inaczej. W końcu znalazł pretekst, by odstawić testy i poszperać trochę w encyklopedii. Zapragnął dowiedzieć się czegoś o czasach poprzedzających Wielkie Wydarzenie. Z zapałem zabrał się do poszukiwań. Od razu napotkał trudności, jak zwykle, kiedy nie wiedział dokładnie, jak nazwać to, czego szukał. Od czego zacząć? Zapytał o Wielkie Wydarzenie. Rozległ się dźwięk, jakby frazy hymnu, a potem męski głos powiedział patetycznym tonem:
    - Witaj w siedmiutysięcznym czterechsetnym dniu Nowej Ery. Masz szczęście żyć w czasach powszechnego pokoju i dobrobytu. Ciesz się. Oto minęło już siedemnaście tysięcy czterysta dni od ostatecznego zwycięstwa nad wszelakim złem panującym na Ziemi. Siedemnaście tysięcy czterysta dni tryumfu rozumu ludzkiego. Już siedemnaście tysięcy czterysta dni przeszło od zaprowadzenia nowego ładu społecznego, opartego na racjonalności, wzajemnym poszanowaniu i odrzuceniu przemocy. Siedemnaście tysięcy czterysta dni temu ludzkość pokonała wreszcie dręczące ją upiory. Raz na zawsze, dzięki rozumowi, człowiek wyzwolił się z jarzma pętających go ciemnych demonów. Wyzbył się wszelkich popędów i negatywnych emocji. Zapanował Nowy Ład i trwać będzie wiecznie.
    Chris nie wiedział, jak przerwać to przemówienie, ale na szczęście głos zamilkł i zrobiło się cicho. Dziwne, został zasypany lawiną słów i właściwie nie dowiedział się niczego. Dalej nie wiedział, czym było to całe Wielkie Wydarzenie ani kto zaprowadził Nowy Ład. Nie było również mowy o tym, jak ten Nowy Ład zaprowadzono i jakich to cudów dokonano, aby "wyzwolić rozum ludzki" i pozbyć się "dręczących ciemnych sił i upiorów". Znów przypomniał sobie morderstwo, którego był świadkiem. Coś tu się nie zgadzało.
    Postanowił wyjaśnić zagadkę inaczej. Przywołał kalendarz, nastawił datę na trzydzieści tysięcy dni wstecz i uruchomił. Okienko podręcznego ekranu zamigotało. W mgnieniu oka przemknęły cyfry i obrazy. Potem nagle wszystko zatrzymało się, ekran zgasł i pojawił się napis-ostrzeżenie, że będzie stosowana inna jednostka czasu. Chris niecierpliwie uruchomił ponownie kalendarz. Ekran znowu ożył, ponownie pojawiały się i znikały rozmaite sceny, jednak wolniej. Skoki pomiędzy chwilowymi obrazami stały się wolniejsze na tyle, że prawie można było rozpoznawać to, co przedstawiały. Wreszcie ekran uspokoił się i przestał migotać. Chris zobaczył miłą, uśmiechniętą twarz dziewczyny, która powiedziała:
    - Jest niedziela, dwudziestego stycznia dwa tysiące piętnastego roku. Właśnie minęła siódma zero zero czasu środkowoeuropejskiego. Imieniny obchodzą Fabian i Sebastian. Wszystkiego najlepszego! Nad Europą umocnił się rozległy wyż. Mamy słoneczną, lecz mroźną pogodę, tylko na Wyspach Brytyjskich niebo jest zachmurzone, a temperatura bliska zeru. Na Bałkanach i w południowej części Półwyspu Iberyjskiego temperatura przekracza dziesięć stopni. W rejonie Alp spodziewane są zamiecie i burze śnieżne. Kierowcom zmierzającym w tamte strony zalecamy szczególną ostrożność. Na Półwyspie Skandynawskim i w środkowej części kontynentu panują tęgie mrozy. Zziębniętych zapraszamy do Grecji - uśmiechnęła się. - Słoneczna pogoda sprzyja dobremu samopoczuciu. Podajemy wiadomości.
    Już ta porcja informacji dotycząca pogody szokowała. Nie chodziło o inną rachubę czasu, mniejsza z tym. Co innego uderzyło Chrisa. Szczegółowy opis pogody świadczył o zależności ludzi żyjących w tamtych czasach od warunków atmosferycznych. Głosik wyrecytował dalej najważniejsze wydarzenia. Ekran wyświetlał zmieniające się sceny. Kolejno pojawiło się kilku komentatorów, każdy z nich coś tłumaczył, ale Chris niewiele z tego rozumiał. Oto ktoś z kimś zawarł jakieś porozumienie, ktoś inny z kimś innym nie potrafił się porozumieć. Gdzie indziej znowu jakieś ustalenia nie zostały dotrzymane i spowodowało to zamieszki. Chris zobaczył tłum wzburzonych ludzi. Krzyczeli i rzucali kamieniami. "Skomplikowane to wszystko" - westchnął. Potem dowiedział się o oskarżeniu któregoś z dalekowschodnich koncernów o nielegalną sprzedaż urządzeń elektronicznych do strefy arabskiej oraz że było to pogwałceniem nałożonego na te towary embarga.
    - Same niezrozumiałe terminy - mruknął. Później jeszcze zobaczył skutki wybuchu bomby w centrum Paryża. Znów pojawiły się gadające twarze. Komentatorzy próbowali ustalić, jakie ugrupowanie terrorystyczne było odpowiedzialne za tę masakrę. Najpierw nikt się nie przyznał, a potem aż dwie grupy terrorystów. Jedna nazywała się "Bojownicy Czerwonego Wschodu", a druga "Front Wyzwolenia Ziemi - Frakcja Radykalna". Chris nie mógł pojąć, jak ktoś w ogóle mógł się dopuścić takiej zbrodni. Następnie dowiedział się o aresztowaniu jakiegoś Wiaczesława, oraz że jest on prawdopodobnie łącznikiem mafii rosyjskiej. Znowu "mędrcy" snuli wywody o wszechpotędze tej mafii oraz o jej powiązaniach z czołowymi politykami i światem biznesu. Przy okazji nadmienili o powszechnej korupcji.
    Kompletnie zdezorientowany Chris ledwie zapamiętawszy kilka terminów wyłączył kalendarz i wrócił do encyklopedii. Zaczął cierpliwie odszukiwać zapamiętane hasła i dokopywać się do ich znaczeń. Brnął w ten sposób coraz dalej w gąszcz niezrozumiałych określeń i ani spostrzegł, gdy minęło mu całe przedpołudnie. Poczuł głód i zaprzestał dalszych poszukiwań. W głowie miał kompletny zamęt. Zdążył przyswoić sobie mnóstwo nieznanych dotąd terminów. Obejrzał na ekranie nieprzebraną ilość rozmaitych, dziś już nieużywanych przedmiotów, nawet zapamiętał nazwy niektórych. Wykonał gigantyczną pracę, ale nadal nic nie rozumiał. Nie dowiedział się ani czym było owe Wielkie Wydarzenie, ani na czym polega Nowy Ład i co zrobiono, aby dzisiejsze życie uczynić tak odmiennym od tego sprzed trzydziestu kilku tysięcy dni. Sama zmiana sposobu rachuby czasu też była intrygująca - dlaczego ją zmieniono?
    Różnice pomiędzy życiem ludzi z minionych czasów a jego własnym były olbrzymie. Rzeczywiście, obecnie panował spokój i porządek. Nie było takiego ogromnego, porażającego wręcz zamieszania. Oto siedzi sobie wygodnie przed komputerem, stara się wyjaśnić interesujące zagadki. Nie obchodzi go pogoda, zresztą w każdej chwili, gdy zechce, może ją zmienić, przynajmniej wizualnie. Za chwilę zamówi sobie obiad. Tak, rzeczywiście żyje się łatwo. Nic złego nie dzieje się, żadne nieszczęście nie może go spotkać. Nie grożą mu żadne niebezpieczeństwa. Nie ma katastrof, trzęsień ziemi, bandytów. Jest bezpieczny, w każdej chwili może...
    Nagle - ta myśl była uderzająca - uświadomił sobie na czym polega podstawowa różnica. Komputer wymienił na powitanie datę i życzył miłego dnia. Wywołany z kalendarza dzień rozpoczynał się całym zalewem informacji, od pogody po rozmaite wydarzenia. Czy świadczyło to tylko o panującym wówczas chaosie? A może... może teraz nie podaje się żadnych informacji? Tak, to niemożliwe, aby nic się nie działo! A morderstwo, którego był świadkiem?!
    Chris przestał jeść. Tak, to było to. Zaniechano informacji! Uznano, że są niepotrzebne, a może szkodliwe? Zebrał ze stołu naczynia z niedokończonym obiadem i wrzucił wszystko do skrzynki na odpady. Poczuł wielką potrzebę pogadania z kimś na ten temat. Ale z kim? Z komputerem? "Henryk! Muszę zobaczyć się z Henrykiem!" - nagle postanowił. Nie widział go od powrotu z safari i od dawna miał zamiar odwiedzić przyjaciela. Wciąż jednak był pochłonięty rozwiązywaniem testów.
Wywołał Henryka. W okienku ukazała się znajoma, uśmiechnięta twarz.
    - Cześć, Chris! Fajno, że odezwałeś się. Właśnie pięć dni temu awansowałem na siódemkę i dostałem zajęcie. Możesz mi gratulować. A co u ciebie?
    Chris pogratulował przyjacielowi i począł dzielić się z nim swoimi przemyśleniami.
    - Zaraz, nic z tego nie rozumiem - rzekł Henryk. - Wiesz co? Wpadnij do mnie. Pokażę ci, czym się teraz zajmuję.
    Chris wybrał w windzie tabliczkę z numerem Henryka i dotknął jej pierścieniem. Po chwili stanął w progu jego mieszkania i... zdumiał się. Henryk całkowicie zmienił wnętrze.
    - Wejdź proszę. - Henryk uścisnął przyjaciela. - Siadaj.
    Chris usiadł na wskazanym fotelu i z miejsca zapomniał, po co właściwie przyszedł. Bo atmosfera Henrykowego mieszkania była szczególna. W całym pokoju był półmrok. Było tak ciemno, że Chris ledwo rozpoznawał zarysy najbliższych przedmiotów. Gdzieś z przodu, na wprost siedzących, ćmiła rubinowa poświata.
    - No, jak ci się podoba? - spytał Henryk.
    - Niewiele widzę - odparł Chris. - Strasznie tu ciemno, jak... w lochu.
    Henryk roześmiał się. Przesunął prawą ręką. Rubinowa zorza rozjarzyła się i rozpełzła po ścianach, które zabarwiły się na czerwono. Chris dostrzegł, że znajdują się w skalnej grocie. Ze stropu zwisały długie stalagmity, z których miarowo skapywała woda: kap, kap, kap. Obejrzał się. Drzwi oczywiście zniknęły, to go nie zdziwiło. Za plecami miał chropowatą, szorstką ścianę, po której pełgały czerwonawe światła. Spostrzegł tajemnicze znaki, które układały się w dziwaczny napis. Wyglądały tak, jakby ktoś okopcił w tym miejscu czymś ścianę. Spojrzał w górę. Tuż nad nimi wisiały skalne sople, na szczęście nic po nich nie ściekało. Strop pokrywało za to splątane kłębowisko pajęczyn.
    - Jak ci się u mnie podoba? - spytał Henryk.
    - Średnio. Zawsze miałeś dziwaczne pomysły. Czyżby taka atmosfera sprzyjała twoim nowym zajęciom? - Chris nie mógł powstrzymać się od ironii.
    - To są moje nowe zajęcia. Zajmuję się wizualizacją przestrzeni. Oprócz tego dalej studiuję. Dostałem nowy komputer. Profesjonalny. Zobacz.
    Znów coś tam pomajstrował. Rubinowe światło rozjarzyło się jeszcze bardziej. Migotało. Wyglądało jak odblask odległego ogniska. Chris dostrzegł, że jaskinia ciągnie się długim korytarzem, który lekko opada w dół. Dalej korytarzyk rozszerzał się.
    - Zajrzyjmy tam - powiedział Henryk i obraz przybliżył się tak, jakby uszli kilkanaście kroków. Korytarz zamienił się w wielką, podziemną salę, całą zalaną czerwonym światłem płynącym gdzieś z dołu. Przed sobą dostrzegli nieruchomą taflę - podziemne jezioro, Światło płynęło spod powierzchni wody. Na lewo, na niewielkim podwyższeniu pod ścianą, Chris dostrzegł łoże usłane białym, puszystym materiałem, a na nim jasnowłosą dziewczynkę. Spała. Raptem usłyszeli kroki. Gdzieś z boku musiały tam być ukryte drzwi lub inny korytarzyk, wyszedł wysoki, zgrabny młodzieniec w lśniącej, czarnej zbroi. Śmiałym krokiem zbliżał się do śpiącej dziewczynki. Wtem pojaśniało. Powierzchnia wody wzburzyła się mnóstwem bąbelków, które ulatywały z sykiem. Buchnęła para. Młodzieniec przystanął na moment, spojrzał na wodę i przyspieszył kroku. Powierzchnia wody pękła nagle i ukazała się straszliwa, zębata paszcza potwora. Smok prychnął ogniem, aż zabulgotała i zasyczała woda. Młodzian momentalnie uchylił się, dobył miecza. Wydawał się śmiesznie drobny i delikatny w porównaniu z bestią. Odważnie ruszył do przodu, zasłaniając sobą łoże i śpiącą dziewczynkę. Natarł na smoka. Pchnął silnie i ugodził potwora w prawe nozdrze. Smok ryknął, plunął ogniem i w jednej chwili śmiałek wyparował. Przestał istnieć. Dziewczynka nadal spała. Potwór sapnął, wynurzył się powoli i zbliżył się. Niezdarnie wypełznął na brzeg jeziora wlokąc za sobą długi, pokryty kolcami ogon. Nieproporcjonalnie małe skrzydełka, spięte jak u nietoperza błoną, przylegały do opasłych boków. Całe ciało okrywał pancerz dachówkowato ułożonych łusek. Gad wylazł ze chrzęstem, stanął na brzegu i otrząsnął wodę. Łypnął ogromnymi gałami oczu, rozejrzał się po jaskini, jeszcze raz spojrzał na dziewczynkę, po czym położył się opierając pysk na wielkich, trójpalczastych łapskach zakończonych straszliwymi pazurami. Parę razy poruszył leniwie skrzydełkami i znieruchomiał. Wydawał się pogrążony w drzemce. Wtem, gdzieś od góry, rozległ się szmer. Potwór otworzył jedno oko, ale natychmiast znów je zamknął. Szmer powtórzył się, był głośniejszy. Osypały się skalne okruszki. Smok nie reagował.
    Chris spojrzał w górę i dostrzegł, jak ze skalnego sopla jeden po drugim zsuwają się po cienkiej lince maleńkie ludki. Było ich siedem. Wszyscy ubrani w jednakowe, jasnozielone stroje, bogato wyszywane złoceniami, wszyscy brodaci. Na nogach mieli pantofle o podwiniętych śmiesznie czubkach. Jeden za drugim zeskoczyli zręcznie na posadzkę i raźno pomaszerowali w kierunku śpiącej. Smok uchylił powieki. Przymrużonymi oczyma obserwował kroczące postacie i gdy śmiałkowie znaleźli się pomiędzy nim a dziewczynką, zerwał się nagle. Szybkim ruchem przydeptał dwóch pierwszych, trzech dalszych zgarnął zamaszystym majtnięciem ogona i strącił w wodę - plusnęła i nieszczęśnicy zniknęli. Pozostali dwaj zdążyli odskoczyć i truchtem rzucili się do ucieczki. Prędziutko przebierali małymi nóżkami, tylko migały podwinięte pantofelki. Smok zwinął pysk w trąbkę i dmuchnął za uciekającymi. Świsnęło. Porwani silnym podmuchem zniknęli w ciemnościach groty, po chwili słychać było, jak rozbijają się gdzieś o ścianę. Dziewczynka spała dalej.
    Smok rozejrzał się z wyraźnym zadowoleniem, po czym oblizał się i podpełzł do łoża. Dziewczynka zbudziła się nagle. Usiadła. Spuściła drobne nóżki na ziemię, przetarła piąstkami oczy. Dostrzegła raptem potwora. Wyglądała na przerażoną. Zerwała się gwałtownie, tupnęła nóżką i... ryknęła straszliwie. Smok skulił się cały, przypadł do ziemi. Dziewczynka zeskoczyła na posadzkę. Smok rzucił się do ucieczki, próbował zsunąć się do wody, ale dziewczynka podbiegła i zręcznie przydeptała mu ogon. Potwór zapiszczał przeraźliwie. Uniósł się i stanął na łapach. Dziewczynka chwyciła jakiś długi, cienki przedmiot - może był to miecz porzucony przez młodzieńca? - i dźgnęła w opasłe podbrzusze. Potwór wydał z siebie dziwny, skomlący pisk, po czym zaczął puchnąć. Rósł w oczach i pęczniał. Robił się coraz większy i większy, przesłaniał sobą wszystko. Pękł nagle z ogłuszającym hukiem. Silny podmuch postrącał ze stropu stalaktyty. Ściany zarysowały się i pękły. W jednej chwili jaskinia rozleciała się. Obróciła się w gruzowisko. Wszystko zakrył skalny pył, a gdy opadł, w powietrzu unosił się rój kolorowych motyli. Były ich tysiące, wielkich i malutkich, żółtych, czarno-czerwonych, lazurowych i białych. Trzepotały, wirowały, tańczyły w powietrzu.
    - Jak ci się podobało? - spytał Henryk.
    Chris nic nie odpowiedział, był pod wrażeniem.
    - Właśnie na tym polega moja nowa praca. Wymyślam różne postacie, układam rozmaite historyjki i kreuję je. Pamiętasz wakacje? Widzisz, teraz i ja potrafię zrobić coś takiego.
    Chris pamiętał. Przypomniał sobie także, po co tu przyszedł.
    - Nie rozumiem, po co robisz to wszystko? - zapytał.
    - Jak to po co? To moje zajęcie. Lubię je. Czy musi być inne uzasadnienie? Znasz lepsze?
    Chris nie odpowiedział. Rzeczywiście możliwości zabawy były przeogromne.







              


Iwona Mesjasz urodziła się 21 grudnia 1969 r. w Świdnicy. W roku 1994 ukończyła studia polonistyczne na Uniwersytecie Wrocławskim, a w latach następnych uzyskała międzynarodowe certyfikaty z języka angielskiego. W 2002 r. skończyła we Wrocławiu studia podyplomowe z metodyki nauczania języka angielskiego. Jej teksty znalazły się w antologiach: „Cień serca” (Świdnica 1995), „Imiona istnienia” (Wrocław 1997), „Almanach Wałbrzyski” (Wałbrzych 1997) i „Czas opowiadania” (Wrocław 1998) oraz w zbiorach towarzyszących imprezom poetyckim (Noworudzkie Spotkania z Poezją, Den Poezie w Broumovie). Nagrodzona na konkursie literackim w Świdnicy (za prozę) i w Gliwicach (za wiersze). Jej publicystyka ukazywała się we „Wiadomościach Świdnickich”, „Sudeckich Wiadomościach Gospodarczych”, lądeckich „Wiadomościach Lokalnych” i w „Nowej Szkole”, a recenzje i eseje w „Stronicy Śnieżnickiej”. Pracuje jako nauczycielka Szkoły Podstawowej i Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych w Stroniu Śląskim; mieszka w Starym Gierałtowie.



Jolanta Rybczyńska urodziła się 15 grudnia 1968 r. w Wolsztynie. Od 1991 do 1993 r. studiowała w Akademii Polona Artium w Monachium u prof. Jacka M. Rybczyńskiego i prof. Leona Jończyka (grafikę i rysunek) oraz gościnnie na Uniwersytecie Johannesa Gutenberga w Moguncji (grafikę i szkło artystyczne). Od 1994 r. studia na Uniwersytecie J. Gutenberga w Moguncji (grafika, typografia, rysunek, papier i tkanina artystyczna) zakończone dyplomem w 2002 r. Wystawy indywidualne w Moguncji, udział w przedsięwzięciach artystycznych związanych z Wapiennikiem „Łaskawy Kamień” w Starej Morawie (m.in. Międzynarodowe Spotkania Graficzne w 1998 r.) oraz w dorocznych Salonach Sztuki w Kłodzku. Mieszka w Starej Morawie i w Moguncji.










Mariusz A. Poźniak

"Sakrament księżycowej nocy, ballady i romanse"

                                                        


- absolwent filologii polskiej
na Uniwersytecie Wrocławskim.
Autor zbiorów poezji:
„Senne Podróże” (1997),
„Po drugiej stronie lustra” (1999)
oraz zbioru opowiadań
pt. „Kołysanka Wilka” (2000).
Publikował m.in. w „Czwartym Wymiarze”
(opowiadanie „Czekałem na Ciebie...”).










Piotr Florczyk - "Cztery pory roku"



                                     


ur. 1978, w Krakowie. Od 1994 roku w Stanach Zjednoczonych, najpierw jako stypendysta sportowy, później jako student na wydziale historii Uniwersytetu Pacyfiku w Kalifornii, który ukończył w 2001 roku.
Jego utwory zostały przyjęte do publikacji w TOPOSIE, PRACOWNI, PRO ARTE, POETICE, SZAFIE, którą współredaguje, oraz anglojęzycznym QUERCUS REVIEW.
Obecnie mieszka wraz z żoną w okolicach San Diego, w Kalifornii, i szykuje się do dalszych studiów.






Przyrodnik w Nowym Jorku


Dzień był zwyczajny, wtorek, może osierocona środa.
Ważka jak rakieta bez celu wisiała w powietrzu.
Atlantyk przypominał o sobie dźwiękiem chmur
stukających się burtami. Płonęły betonowe łąki lata.
Wiewiórki odpoczywały na parapecie trzydziestego
piętra, kameleony bez lęku biegały wokoło, machając
ogonami na wszystkie strony. Sokoły krążyły nisko
nad kolumną samowolnie toczących się furmanek,
rzeki, które forsowałem po kładce zbitej twardymi
sylabami – szumiały rybami srebrnymi jak łzy.
Kolosalne cienie sosen zdrapujących z nieba farbę
przytulały mnie wiatrem, miękkim jak mech.
Jelenie w bezcennych koronach pozowały do zdjęć
myśliwym bez broni, a klaksonowy śpiew ptaków
w szachowych kołnierzykach opóźniał noc.
Nie byłem samotny, choć nie rozmawiałem z ludźmi;
w jaskiniach rozpalałem ogień większy niż ja.




W smutnym oku okna


W smutnym oku okna, przy firance falującej w tańcu jak chorągwie kawalerii,
na taborecie ze skróconymi nogami dzwoni telefon, podskakuje łyżwa słuchawki.
Niezgrabne sylaby, klejone przez reumatyczne struny krtani, spacerują po drucie
z wdziękiem cyrkowca, który z każdym krokiem reguluje ciśnienie wpatrzonej widowni.

Ale nie ma olśnienia, jest za to noc, karmiąca z ręki gołębie w parku po drugiej stronie
ulicy, doświadczona jak zakładka książkowa w istnieniu pomiędzy teraz a później,
wydechem i wdechem, końcem światła a nadzieją blasku.






Hubert Dobrzaniecki - "Stacja Bielawa Zachodnia"



                 &nbs



"Stacja Bielawa Zachodnia"











  

Zdzisław Władysław Żurek 


Zdzisław Władysław Żurek urodził się 24 października 1947 r. w Boguszowie - Gorcach, miasteczku ("jak z płótna Breugla") w Sudetach Środkowych. Pisał wiersze, prozę i teksty piosenek. Ukazały się cztery tomiki poetyckie : "Obrazy"(1980), "Wszystkie godziny miłości"(1993), "Słoneczne wzgórza"(1995) i "Płonące obłoki"(1999). Swoje teksty publikował w "Informatorze Kulturalnym Województwa Wałbrzyskiego", "Kulturze Dolnośląskiej", "Trybunie Wałbrzyskiej", a także w antologiach wydawanych z okazji "Noworudzkich Spotkań z Poezją ." Fragment powieści "Schizofrenicy" zamieścił "Almanach Wałbrzyski" w roku 1997.

Zdzisław Władysław Żurek zmarł w maju 2002 roku.



Pan Ego zawiera traktat
z Dobrym Duchem źródła


Twarz swoją myję
często w tym praźródle
jako że czyste jest
niczym kryształ

Postanawiam więc
chronić modlitwą
oraz dobrym słowem
wodę wód wszelkich
źródło gór wysokich
chwalić gdzie można
smak przedni tej wody;
zaprawdę
smaczna jest ponad wszystko

o Dobry Duchu
źródła gór podniebnych
tobie przyrzekam
czystość swych uczynków
Być jako woda
źródlanie przeczystym
wędrowcom służyć
radą i pomocą

niech źródło bije
przez lat jeszcze wiele
Ty Dobry Duchu
opiekuj się szczodrze

Pan Ego przepił szklanką
źródlanej wody
Dobry Duch sprawie

             Pobłogosławił

Trwają tak teraz
Pan Ego
Duch Dobry
i czyste źródło
pośród świerków harnych



Wiosenna wyprawa

Pan Ego
z przyjacielem
drożą swe nogi
drogą
leśną
podleśną
przyleśną
Idą
rozmawiają śmieją się
rzucają rebusy słów
w przestrzeń lasu
wysokopienną

Jak tu niezwyczajnie
myśli Pan Ego
na swych plecach niosąc
chwałę gór
Cała cisza świata
w śpiewie świerków
zamieszkała
Łąka
las
i góry
przyjmują wędrowców
z uwagą


Przypatrują się
krokom stawianym

           dość pewnie

gestom rąk
mimice twarzy
Pan Ego z przyjacielem
przystają niekiedy
na chwilę
łowią w niesyte oczy
marsz dolin
w stronę nieba

Kraina Słońca
daleko w przestrzeni
międzyświata
trwa jak zjawa;
sen krótkotrwały
           południa

Wtedy oni
jak ostatni pasażerowie
do Utopii
wchodzą pośpiesznie
na pokład
niebo przestrzeni






Mariusz Appel - Kocie łby

                                

ur. 1974, obecnie mieszka w Warszawie, z wykształcenia ekonomista, na co dzień pracuje z młodymi sportowcami, do tej pory publikował głównie w internecie, ale także w "Obrzeżach" i "Undergruncie".



[spotykania]

okna: peryskopy mieszkań zaszkliły się. czernią
zadrwiła sobie nieobecność odmierzana liczbą pięter.
zostawiaj światło gdy wychodzisz. pamiętam
jak prosiłaś. później mnie odwiedzasz
nie wchodząc do środka. czekasz aż wyniosę przed próg wnętrze
za ciasne by pomieścić nas oboje. ściskamy się. zobacz
- mówię - biel przytłacza. a ty się nie opierasz.

[reminiscencje]

półprzymknięte powieki umiejętnie dawkują
świat. światło cieniem tonizuje. barwy
wpuszcza tyle ile trzeba. ciebie
pamiętam trochę jakby po omacku - prześwit.
osłupiałe rtęcią słońce wschodzi. zachodzi
chemiczna reakcja horyzontu. naświetla kliszę
ze strzępkami fazy rem. takiej co dobrze się kończy
jak amerykańskie filmy.
falochron czyichś dłoni wdziera się we włosy
pozlepiane bliskością która zjawia się tylko nocą
(i tylko w naszych głowach).








Wojciech Giedrys - "Ścielenie i grzebanie"



ur. 1 stycznia 1981, studiuje filologię polską i dziennikarstwo na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika. Prozaik, krytyk literacki.
Wiersze, opowiadania, szkice i artykuły krytycznoliterackie publikował m.in. w „Opcjach”, „Borussii”, „Tytule”, „Kartkach”, „Ha!arcie”, „Toposie”, „Portrecie”, „Przeglądzie Artystyczno-Literackim”, „Undergruncie”, „Kulturze”, „Breg-Arcie”, „Akancie”, „Avesie”, „Poetice”, „Kursywie” i „Artylerii”. Już niedługo ukażą się też w: „Twórczości”, „Kresach”, „Akcencie” i „Tyglu Kultury”.
Pomysłodawca i założyciel Pisma Artystyczno-Literackiego „Undergrunt”, a także organizator imprez promujących pismo i stowarzyszenie w: Piwnicy Pod Aniołem, Dworze Artusa, Klubie „Od Nowa”, Domu Muz, Miejskim Ośrodku Kultury w Olsztynie. W latach 1998-2002 obejmował funkcję redaktora naczelnego pisma „Undergrunt”, w latach 2000-2002 był członkiem zarządu Stowarzyszenia Artystyczno-Literackiego „Undergrunt”.
Obecnie jest współpracownikiem białostockiej „Kultury”, redaktorem działu literackiego toruńskiej „Teki” i od dwóch miesięcy uczestniczy czynnie w pracach Forum Krytyki Literackiej pn. „Literatorium”: www.literatorium.pl Inicjator i pomysłodawca nagrody krytyków Literatorium.
Brał udział jako autor tekstów w II, III, IV Majowym Buumie Poetyckim w Toruniu.
Jednym z jego ostatnich projektów jest strona poświęcona Toruniowi literackiemu, mająca być prezentacją autorów mieszkających w tym mieście. Wstępny projekt można znaleźć na stronie: www.torun.wiersze.pl




Ścielenie

Najpierw podchodzę do okna, by sprawdzić,
Czy drzewo, które stoi naprzeciwko nie rzuca
Zbyt długiego cienia; później jest już wszystko
Na swoim miejscu: szafki kuchenne przecieram

Wilgotną szmatką, kurz na palcach dojrzewa,
A do pokoju wchodzi świeże powietrze i pierwsze
Okrzyki dzieci z podwórka. Zostają jeszcze wszystkie
Szafki, nawet te najwyższe, na których przyklejone

Wazony i zeszłoroczne muchy, uśmiercone przez
Nadgorliwego pająka, kwitną. Zbliżam się do tych
Wszystkich lepkich szuflad, powoli podnoszę dłoń,
By zanurzyć ją w starych rachunkach, listach

Do tej kobiety, o której już dawno zapomniały
Wzorowo zasuszone staruszki. Na koniec pozostaje
Prześcieradło i wygładzenie wszystkich nierówności,
I pierwszy sen, którego się nie pamięta lub nie chce.



Głowa wroga

Z zimnymi ogniami we włosach matki
Urodziłem się pierwszego dnia stycznia.
Rozłożyła na stole obrus: ogórki
Kiszone i jabłecznik jeszcze ze świąt,

Zdążyła jeszcze przygotować zupę
Grzybową na następny dzień i założyć
Świeżo uprane firanki. Powiedziała
Jeszcze Ojcu, że to na pewno nie dziś.

Matko, jakie było to spojrzenie, to
ostatnie, które przed szpitalnymi drzwiami
rzuciłaś Ojcu, zagryzając sine
usta? I co myślałaś w chwili, kiedy

karłowata salowa krzyknęła: To
chłopiec! Nie Agnieszka, z którą co dzień
plotłaś warkocze i stawiałaś babki
z piasku, sprzedawane za parę groszy,

na którą w szafie czekały sukienki
po kuzynce Monice, dwa różowe
kombinezony z RFN i Grzesio,
dwuletni brat wieczny niejadek; Matko.



Pierwsza krew

Mój brat był Boniek, a ja byłem Buncol,
Rakietą do tenisa strzelaliśmy
Do wszystkich Volksdeutschów i SS-manów.
Na miasto przeważnie wyjeżdżaliśmy

Jednym wózkiem prawie jak czarnym tankiem.
Waty cukrowe, dwa długie balony
Zakończone drutami wkraczały do
Sklepu ze słodyczami Słodka Dziurka.

Zaczynało się polowanie, walka
Zacięta z przepastnym portfelem matki,
Cenami niedbale zapisanymi
Na wyciętych z brystolu kartonikach

I lizakami, z których wystawały
Zatopione w lukrze głowy żołnierzy,
Resztkami gardeł proszących o pomoc.
Oczywiście gotowi byliśmy pomóc.


Ziółko Anielskie

Beszamelowe dłonie przysuwała
Do Ziółka Anielskiego, nazywała
Mnie tak zawsze, gdy pod drobnymi
Palcami ożywało, cicho stękając,

Ciasto na pleśniaka. Zaparowane
Okna, które wycierała po wszystkim
Matka, nabrzmiewały aromatami
Migdałowymi i bestiami, które

Udało nam się z den garnków wytępić
Podstępem. Kuchenna chirurgia była
Przewidziana na sobotnie wieczory:
Pomidory pozbawione grzesznych

Dusz, wypełniało mielone, wołowe
Ciało; poczciwe i ciche buraki
Oddawały gęstą krew, zapadając
Na nieznany rodzaj anemii, poprzez

Którą nie można było ich odróżnić
Od na wieki wieków zaspanych, wrednych
Marchewek. Na koniec blade i mączne
Matczyne dłonie formowały księżyc.






Andrzej Ziółkowski - "Smakiem ciała upojeni"





Ur. się w 1965 r. z zamiłowania jestem piechurem górskim, z zawodu ekonomistą ( bo tak wypadło). Przeszedłem polskie góry od zachodu do wschodu. Byłem na Kaukazie i w Alpach. Posiadam rodzinę, ukochaną żonę i córkę, w styczniu 2004 narodził mi się syn. Mam hobby - zbieram wizytówki.



Zapach cynamonu

Dymiąca, miętowa herbata
Ulotny zapach kawy
Ktoś próbuje rozmawiać,
Słowami mącąc panujący spokój

Cisza jak zapach cynamonu
Rozchodzi się po wszystkich salach
Cisza jak zapach cynamonu
Wypełnia pokojem umysły

Nic się nie dzieje
Nie ma wiatru, białe płatki śniegu spoczywają w bezruchu
Bystry strumień, zamarzł wraz opadającym ostatnim liściem

Cisza jak zapach cynamonu
Obdarowuje dobrocią każdego
Cisza jak zapach cynamonu
Z zimowej fotografii.



Pozostaniesz w moich snach

Pozostaniesz w moich snach,
Jak ulotny rąbek firanki
W oknie kąpiącym się
W pierwszych porannych promieniach słońca

Pozostaniesz w moich snach
Niczym szept paproci
Wśród chłodnych skał

Pozostaniesz w moich snach
Jak wiatr wśród ciemnych włosów
Otulający spokojnym snem samotne schronisko

Pozostaniesz w moich snach



Oczy

Widziałem oczy gór.
Roześmiane z błyskiem
Namiętne pełne zrozumienia,
Pełne miłości
Pełne spotkania

Widziałem oczy gór
Energiczne jak lawina,
Jak szum rwącego strumienia,
Jak dudnienie wiatru w szczelinach skalnych

Widziałem oczy gór
Tęskniące za spotkaniem
Stojące w poczekalni,
Cierpliwie wyczekujące na orczyku
Wierne jak bagaż w przechowalni

Widziałem oczy gór.






Magdalena Goik - "Powieść miasto i anioły"


                                   
                                 



Fragment książki Magdaleny GOIK "Powieść miasto i anioły", wydanej w czerwcu 2004 r. przez Wydawnictwa HYLA i MAMIKO.


                                     Wisienka

Wisienka poczuła pod palcami coś twardego i gwałtownym ruchem zacisnęła palce. Poczuła wewnątrz dłoni coś co nie było nią samą. Za chwilę palce rozluźniły się, a Wisienka odwróciła główkę w stronę skąd dobiegał głos. Poczuła zapach, który od początku kojarzył się jej ze snem, spokojem i bezpieczeństwem. Spróbowała podnieść główkę trochę wyżej, żeby wtulić się w ten zapach i zasnąć albo chociaż leżeć tak w cieple. Lekko uchyliła powieki i bardziej odczuła niż zobaczyła nad sobą jaśniejszą plamę – to ciepło i zapach, które towarzyszyły jej od zawsze. Na to doznanie usteczka rozciągnęły się w malutkim uśmiechu. Jej ciałko wypełniło uczucie błogości i zadowolenia, które uzewnętrzniało się przez ten uśmiech. Ale ten stan przekraczał granice uśmiechu, dlatego Wisienka z całą siłą na jaką ją było stać poruszyła obiema nóżkami, a ruch ten sprawił jej tak wielką przyjemność, że poruszyła nóżkami jeszcze raz, a potem znowu.

                                    Małgorzatka

     Wzgórze Małgorzatki nazywane też po prostu Małgorzatką znajduje się w górnym biegu rzeki Bytomki. Otoczone było podmokłymi zielonymi łąkami porośniętymi słonecznymi kaczeńcami. Trudno powiedzieć dlaczego właśnie tu przyszli osiedlić się ludzie, choć w pobliżu rozciągało się mnóstwo znacznie bardziej przyjaznych terenów. Małgorzatka przyjęła ich z wdzięcznością na swój ciepły pachnący wiosną brzuch, obiecała dać im schronienie i ich żywić. Ci, którzy tu przybyli spędzili noc na ciepłym brzuchu Małgorzatki i w swoich snach zobaczyli lepianki zmieniające się w drewniane chałupy, a potem w wielkie murowane domy, wspaniałe wznoszące się do nieba kamienice i strzelające w górę budowle zakończone ostro jak szczyty gór, jakich nigdy w życiu nie widzieli. Zobaczyli głębokie doły pełne czarnych kamieni, które zamieniały się w chleb. Rano postanowili więc tu zostać, bo mężczyźni powiedzieli, że nigdzie już takiej ziemi nie znajdą, gdzie z kamieni rodzi się chleb. Zabrali się do pracy. Wokół Małgorzatki usypali wał z ziemi, aby ją chronić przed niebezpieczeństwem. Ale takie zabezpieczenie wydało im się niewystarczające, postanowili więc wzmocnić je drewnianymi palami. Zajęło im to dużo czasu, bo mężczyźni musieli przygotować narzędzia na tyle mocne żeby można nimi ściąć drzewa rosnące na szczycie wzgórza. Potem kilka dni je cięli. Najpierw czuli się tak jakby okaleczali swoją Małgorzatkę, żaden z nich nie chciał zrobić pierwszego ruchu, pierwszego nacięcia, bo obawiali się wielkiego krzyku, który wydobędzie się z wnętrza wzgórza. W końcu jeden z nich przyklęknął, oparł dłonie o ziemię i szeptał coś czego nikt inny nie słyszał, a co brzmiało trochę jak prośba, a trochę jak modlitwa. Potem wzięli się do pracy. Kobiety przynosiły im jedzenie albo przysyłały dzieci z posiłkiem. Niewiele tego było, tyle co zdołały zebrać w lesie, czasem jakiś ptak albo ryba. Kiedy drzewa były już ścięte, mężczyźni ociosali z nich pale, którymi wzmocnili wał chroniący Małgorzatkę. Potem powoli zaczęli budować swoje domostwa najpierw bez żadnego planu, wybierali po prostu miejsca, które im się podobały i w których czuli się dobrze. W ten sposób pokryli brzuch Małgorzatki strupami domów i zaczęli orać jej ciało, żeby zasiać różne zboża i inne rośliny, którymi mogliby się żywić i które dadzą im ubranie. Zima była ciężka, śnieg, który pokrył całe wzgórze szybko zamienił się w zlodowaciałą skorupę nie dającą oparcia stopom tak, że strach było wychodzić z chałupy nawet po wodę do Bytomki albo po drewno do lasu. Spali więc całymi rodzinami przytuleni do siebie żeby nawzajem ogrzewać swoje ciała. I z tego wszystkiego na jesieni po pięknym gorącym lecie obrodziły nabrzmiałe ciała kobiet i ciało Małgorzatki. Kobiety przyjęły to co urodziła ziemia, Małgorzatka przyjęła ich dzieci. Niektóre z nich zbyt słabe zabrała do swego wnętrza, inne zgodziła się żywić i ubierać. W ten sposób kobiety i Małgorzatka sprzymierzyły się już na zawsze dzieląc się i opiekując owocami swego ciepłego, pulsującego życiem brzucha.

                                   Zuzanna

Zaprosili gości, samych najbliższych znajomych, żeby wspólnie spędzić wieczór, napić się wina. Jej mąż okazał się duszą towarzystwa, brylował. Pierwszy raz widziała go w takiej sytuacji. I teraz obok lęku, który czuła do tej pory uświadomiła sobie istnienie całkiem innego uczucia – radości. Ucieszyła się, że jest tak wspaniałym mężczyzną. Dawniej przecież nie był taki. Pamięta go jako cichego, spokojnego i małomównego człowieka. Na pytania odpowiadał tak lub nie, nie wdawał się raczej w dyskusje. Trudno byłoby powiedzieć, że był zamyślony czy zamknięty w sobie. On po prostu był sobie, stał na marginesie dnia, całkiem przypadkowo i przepraszająco. Teraz błyszczał, błyszczały mu oczy, rozrzucał po pokoju błyszczące słowa. Tego właśnie wieczoru w nagłym jakimś przebłysku intuicji czy iluminacji Zuzanna zobaczyła, że ma w sobie moc zmieniania ludzi, że swoją wewnętrzną siłą potrafi przyoblekać ich w postaci, których obrazy istnieją w jej umyśle. W nocy pojawił się anioł i wręczył jej list napisany anielskim pismem, ale rozszyfrowanie znaków przyszło jej z łatwością. W liście było napisane:

          Z mocy naszej, nadanej Nam przez Stwórcę, My nadajemy sens Twoim słowom.

          Od tej pory używaj ich oszczędnie, lecz wyraźnie, pamiętając, że Słowo nadaje           kształt rzeczywistości.

                              Podpisano Wszelkie Istoty Anielskie
                                 Z upoważnienia Najwyższego.


                                 Jagna

     Ostatnio Jagna spędzała w sądzie bardzo dużo czasu, co burzyło jej poczucie wewnętrznego uporządkowania, które próbowała sobie wypracować. Każda sprawa przynosiła ze sobą jakiś nowy niepokój i niestałość prawd, w które chciała wierzyć. Na przykład kobieta zaskarżyła swojego byłego męża o wyższe alimenty na synów. A on płakał przed sądem, łzy leciały po twarzy i głos wiązł mu w gardle. Urywał słowa i strzępił zdania, i tłumaczył, że on dałby swoim synom wszystko i chętnie da. Że ona to za jego plecami. Że nie wiedział. Że on chce swoim synom dom wybudować. Sąd dał mu wiarę. Ale ta kobieta, co ona sobie myślała. Co chciała osiągnąć. Dlaczego to zrobiła?
      Albo dziewczyna, która ukradła płytę kompaktową w supermarkecie, bo podobał jej się ochroniarz i chciała zwrócić na siebie uwagę. Dostała osiemnaście miesięcy w zawieszeniu i grzywnę. Była przerażona i zupełnie zdezorientowana. Wyglądała jakby to nie ona decydowała o sobie, jakby ktoś zupełnie inny posługiwał się nią dla swoich własnych celów.
     Jagna długo nie mogła pozbyć się jej z pamięci. Cały czas widziała przed sobą jej oczy niewidzące i nieobecne. Przez te oczy cała wydawała się tylko swoim cieniem albo swoim odbiciem w lustrze. Ona zapadła się głębiej w siebie, gdzie nie mógł jej dostrzec nikt z zewnątrz. Jej dusza stała się kulką nieszczęścia, którą ona sama tak bardzo pogardzała, że nie chciała nawet się do niej przyznać. Konsekwencje tego co zrobiła przerastały i sam czyn i granice jego rozumienia. W jednej chwili stała się kobietą posądzoną o czary i prowadzoną na sąd, choć wyrok jest już znany. Teraz już na zawsze pozostanie kobietą naznaczoną, napiętnowaną i nieczystą. Straciła siebie i brakło jej sił na dalszą walkę. Tłum z niej szydzi, lecą słowa – kamienie, a jej niedoszły kochanek śmieje się z niej i jej miłości. A jej brakuje istnienia nawet na to, aby go przekląć na wieki. I mimo że idzie jeszcze, to już straciła życie i najsurowszy wyrok niczego nie może jej pozbawić. Nie poczuje już teraz nic, nawet dotyku anioła na swoim ramieniu.
      A ta kobieta, która zabiła swojego kochanka? Co z nią? Kim jest teraz? Rozpruła mu brzuch nożem kuchennym tak, że wnętrzności wylały się na podłogę. Oszalała ze strachu rzuciła się do ucieczki. Zbiegła po schodach. Nagle stanęła w pół drogi, bo uświadomiła sobie, że on jeszcze żyje, trzeba mu pomóc! Wróciła do domu. Położyła mu na ranę i wnętrzności mokry ręcznik. Poduszkę pod głowę. Poleciała do sąsiadki. Zadzwoniła po pogotowie. Wrzeszczała do słuchawki. Przyjeżdżajcie! On jeszcze żyje! Żyje do cholery! Sąsiadka zadzwoniła po policję. Policja przyjechała pierwsza. Aresztowali ją chociaż mówiła, że to nie ona zabiła, że zakrwawiony nóż, który znalazła przy swoim kochanku połknęła. Że ona go kocha, mimo że on ją bił. Że umarł, bo pogotowie przyjechało za późno, że oskarży pogotowie.

                                           Ja

     Poszłam do spowiedzi. Chodziło mi o zazdrość, chciałam się jej pozbyć. Wyrzucić ją z siebie, zostawić przy konfesjonale. Siedziałam w ławce i przypominałam sobie inne grzechy: zaniedbanie modlitwy, niechodzenie do kościoła, no i wróżenie. Z kart. Powiedziałam wszystkie. Zazdrość jako najcięższy zostawiłam na koniec. Ale ojca Sebastiana moja zazdrość nic nie obchodziła. Wściekł się o wróżby. Najpierw twarz mu skamieniała. Potem wysyczał:
     –To najbardziej plugawy grzech o jakim słyszałem. Módl się do Boga o przebaczenie. W Starym Testamencie za to kamienowano.
     Popatrzyłam co robi. A on zbiera z ziemi kamienie wkłada je do rękawa habitu. Zbiera je coraz szybciej,
a z ust cieknie mu ślina. Zbiera je jeszcze szybciej. I rzucił! Pierwszy, drugi, trzeci! Następne! Lecą! Lecą! Lecą!
     Usiadłam zapłakana i obolała w ławce. Płakałam, płakałam, prosiłam Boga, żeby mnie przygarnął. Grzeszną. I przygarnął mnie. Wlał mi spokój w ramiona i palce rąk, w uda i stopy. Posłał anioła. Nie widziałam go, ale słyszałam w mojej głowie. Mówił, że zakonnik i Bóg to nie to samo, że Bóg wybaczył mi jeszcze przed spowiedzią, że wybaczył już wtedy, gdy w żalu poprosiłam o wybaczenie. Zapytałam anioła, dlaczego Bóg posługuje się takim narzędziem jak ojciec Sebastian? Odpowiedział mi, że nikt nie potrafi rozpoznać zamysłu Boga po zdarzeniach, po tym co go spotyka. Zapytałam więc po czym można rozpoznać zamysł Boga? A on mi odpowiedział, że po własnych pragnieniach. Że pragnienia zaprowadzą mnie tam, gdzie powinnam dojść. Że jeśli pragnienie jest szczere i pochodzi z głębi serca, zaprowadzi mnie do Boga, a Bóg zaprowadzi mnie do siebie samej. Chciałam go jeszcze zapytać czy mam walczyć o siebie i o swoje pragnienia, ale jego już nie było.







Tomasz Hrynacz - Enzym


                                                              



Tomasz Hrynacz, ur. w 1971 r. Poeta, obecnie współpracownik internetowego dwumiesięcznika poświęconego zagadnieniom współczesnej poezji "poetica".
Publikował m.in. w paryskiej „Kulturze”, „Dekadzie Literackiej”,” Czasie Kultury”, „Odrze”, ”bruLionie”, „Kresach”, „Res Publice Nowej” ,”Akcencie”, „Opcjach”, „Twórczości”. Laureat konkursu im. Rainera M. Rilkego
( Sopot 1997) oraz Rafała Wojaczka (Mikołów 1997). Wydał m.in. "Zwrot o bliskość" (Kraków 1997), "Partycje oraz 20 innych wierszy miłosnych" (Sopot 1999), "Rebelia" (Wrocław 2001). Mieszka w Świdnicy Śląskiej.

adres: Tomasz Hrynacz, ul. Okrężna 72 m2, 58-100 Świdnica Śl.



Wiersze spękane, rwane, jakby niedokończone, zawieszone. Świat jest chaotyczny, poeta podsuwa mu lusterko i rysuje kolejny chaotyczny obrazek. Hrynacz nie daje żadnej pociechy. Ale ja za bardzo nie wierzę poetom pocieszającym z urzędu.
                                                Karol Maliszewski

Hrynaczowi „wierzyć się nie chce”, ale wierzy. Chodzi oczywiście o poezję, pisanie, staranie się. Zbawienie?

                                                Piotr Śliwiński

Dobrze stanąć w progu tych wierszy. Jeszcze lepiej- wejść do ich wnętrza, skonfrontować się z nimi, przejrzeć się w ich głębokich zwierciadłach, których odbicie trzeźwi, uwalnia od ich iluzji, uczy pokory wobec kruchości i niepewności istnienia.

                                                Piotr Wiktor Lorkowski



Prezentowane wiersze pochodzą z nowego tomu "Enzym"



Brakujący klucz


Co jest celem twej podróży?

Czy to, by uznać rozpędzony
sen za łaskawe światło,

w czasie, gdy dni zwinęły się
w kłębek, aż słychać łomotanie?

Zanim o cokolwiek spytasz,
zacznij domyślać się skutków.




Przechył kontrolowany


Stłuczony i rozbity.
Dzień. Nie ujawniony
do końca.

Palce przystanęły. Niczego
nie piszą. To co się
budziło, nie zostało
obudzone.

Stłuczony. Rozbity.
Odwrócony początek. Nie wróci
bezpowrotnie.




Zdradzone miłości dryfują we śnie


To nie przypadek.
To czyny nie do odwołania.




Czarno na białym


Chmurna noc, na pół martwy księżyc.
Białe jak kość serce. Widmo krąży.

Jakkolwiek by było: czemu śpisz,
kiedy śmierć tak się naprzykrza?




Dreszcze


Wymieńmy się choćby imionami.
Słońce wdziera się do bram.

Czyż nie sądzone Ci to było wcześniej?
Miłość przychodzi niespodziewanie.







Joanna Mossakowska - "Wytańczone wiatrem"
(z domu Mikulska) urodziła się we Wrocławiu (5.09.1956), gdzie ukończyła V Liceum Ogólnokształcące , a następnie Akademię Rolniczą.
W 1982 roku przeprowadziła się w Góry Złote ( środkowa część Sudetów Wschodnich).
Obecnie mieszka w Lądku Zdroju i w Orłowcu.
W 1991r. wydała tomik wierszy „Chwile” ( Stowarzyszenie Literackie im.K.K.Baczyńskiego.)
Publikowała m.in. w „Almanachu Wałbrzyskim – Literatura - Fotografia”, „Stronicy Śnieżnickiej”, „Frazie”.
Uwielbia tańczyć ........z wiatrem.

***


Miłość mojej czułej skóry
twoich chciwych dłoni
zaczyna się
w pierwszych kręgach snu
uwolnieni od dnia
strącamy gwiazdy
i już
obok twój sen
a miłość twoich czułych dłoni
mojej chciwej skóry
trwa


                  Lądek Zdrój`grudzień


***

Za zasłonami
małe miasteczko
popycha czas
zegar w nocy milczący
już dawno nie słyszałam ptaków
od wczoraj zima
z sennymi oczami
bawi się w choinki

                 Lądek Zdrój,Klonowa`grudzień

***

Nawoływani
przychodzą pod dom
przeźroczyści
od księżycowych wędrówek
rozsyłają uśmiechy
i budzą kwiaty zeszłego lata


                 Ogród GórskiegoWiatru,zima


***

Ciemność poprzetykana mrozem
czasami wiatr
zalśni jak ostrze
czyhające
na zagubionego w lesie

                 Dolny Orłowiec`styczeń



***

Przez powieki znużenia
widzę więcej
zmęczenie śpiewa
blade z niewyspania

Lubię te kołysanki
ze złudzeń odarte

wpatruję się w siebie
pęknięć pełną
zasmucona
że piękna tak mało


***

W zimowy wieczór
przy ogniu grzeję nogi
droczę się ze zmęczeniem



                 Górny Orłowiec-,dom`styczeń


***


W czterech ścianach
oddech czajnika
czekanie
syte ciepłem
zbłąkane pytania usnęły
gdy przyjdzie wiatr
zaczną
swój taniec


                 Górny Orłowiec-,dom`zima


***


Nie umiem opowiedzieć
i sny się przelękły
słucham budzika o świcie
i zmęczenia jak kamień
między tym ma się zmieścić
ta ważna odpowiedź
piąta kromka chleba
miłość między nami

                 Lądek Zdrój-miasto`luty











Antoni Olgierd Misiak - "Piąta wyprawa Krzysztofa Kolumba do Indii Zachodnich 1960-2004"




Dzieciak znaleziony przy drzwiach przytułku dla sierot został nazwany Krzysztofem Kolumbem, być może dla żartu tak zapisał go w księgach sekretarz gminy. KRZYSZTOF KOLUMB urodzony między dwiema wielkimi wojnami był zbyt młody, by wziąć udział w tej drugiej, ale został przez nią napiętnowany, z czego zdał sobie sprawę w późnym wieku. Znajomi /bo nie miał przyjaciół/ mówili o nim, że składa się z wielu osobowości. W obecności kilku osób czuł się nieswojo i przeważnie milczał. Jego prace z fizyki teoretycznej należały do najlepszych.

Sekretarka opowiadała, że gdy weszła do gabinetu Profesora, by uzgodnić z nim harmonogram spotkania z Prezydentem, Profesor spojrzał w okno, uśmiechnął się, powiedział, że musi załatwić pilną sprawę i wyszedł, nie zakładając marynarki. Podobno widziano go jeszcze na Długim Targu. Szedł trzymając za rękę dziewczynę, która tam grała na skrzypcach, zarabiając podczas wakacji /mówiono o niej, że była Ukrainką lub Białorusinką, studentką konserwatorium w Kijowie/. Ci, co ich widzieli, zaskoczeni byli tym, że mimo wielkiej różnicy wieku wyglądali jak rówieśnicy.

Podobno w pewnej chwili nad Długim Targiem przeleciało wielkie stado albatrosów, otoczyło na moment idącą parę i kiedy odleciało, dziewczyna
i Profesor zniknęli. Potem policja zabrała futerał na skrzypce, jedyny materialny ślad, jaki po nich pozostał.

Poszukiwania nie dały rezultatu. Wspomnień po nim pozostało niewiele. Wspominano, że kiedy był zadowolony z odpowiedzi studenta, mówił mu „znalazłeś swoje tablice” i była to najwyższa pochwała. W garażu trzymał starą ramę Harley Dawidsona, a w biurku, które komisyjnie otwierano, była morska muszla przymocowana do rzemyka, fragment starej morskiej mapy, bilet do cyrku sprzed pół wieku, mocno zniszczona książka Faulknera „Wielki las”, kawałek rogu jelenia, kilka suchych liści, owoc jarzębiny, zdjęcia statków, bilety kolejowe, stare programy koncertów skrzypcowych, prawie nieczytelny list z wysp Polinezji, gazeta ze zdjęciem żołnierzy chińskich zdobywających Tybet. Ktoś z komisji patrząc na to, powiedział „Piąta wyprawa Krzysztofa Kolumba do Indii Zachodnich” i to zakończyło sprawę. Ostatniej pracy, którą Profesor pisał piórem tłoczkowym w grubych zeszytach, nie odnaleziono. Nosiła tytuł „Teoria Przemian”.

Ze wspomnień i przypadkowych rozmów udało się Pani z biblioteki odtworzyć kilkanaście fragmentów dni z życia Profesora. Zapiski te razem z zawartością szuflady biurka przekazano do archiwum pod litery K.K.







Dzień 1

Kiedy grająca w piłkę
podskoczy z ciałem wygiętym w łuk
i już oderwie się od ziemi,
/można to porównać do wzlatującego ptaka/
zatem kiedy przebywa przez chwilę w świecie ptaków,
patrzący na nią,
fotoreporter poważnej gazety dostrzega w tym
/bo inaczej nie potrafi już widzieć/
zaokrąglony fragment skrzydła samolotu,
kreski bomb i słyszy w wyobraźni
głos spikera... osób cywilnych, w tym
kobiet i dzieci...
Chłopiec, któremu grająca i stado
spłoszonych mew przesłania morze,
znajduje w sobie /obudzoną tym obrazem/
chęć wędrówki za linię horyzontu
i dalej,
w miejsca dostępne jedynie
ptakom i marzycielom.
A kiedy grająca uderzy w piłkę
i nagle zwiotczeje w locie
/można to porównać do ptaka trafionego strzałą/
słowa i obrazy odchodzą.




                                                   1972






Dzień 2

Przyjechał cyrk.
Mała woltyżerka szła obok klowna,
wyprzedzał ich grający na bębnie atleta,
zmuszając przechodniów do zwrócenia uwagi
na paradę cyrkowców, w której mała woltyżerka
z cekinami na czerwonym staniku jawiła się
kimś z odległego świata, gdzie
po ulicach chodzą słonie, lwy
i dziewczęta z cekinami na stanikach.
Chwilowo parada cyrkowców umieszczona
w obrazie miasta zakryła szare domy,
odpadające tynki,
mroczne podwórka.
Potem w miarę jak cichł oddalający
się bęben, szarość powracała.
Wolnymi od niej byli jedynie ci
co godzinami nad rzeką wypatrywali
polującego zimorodka albo latali na chmurach,
ich świat wypełniały morskie mapy, karawele,
portowe knajpy, odkrywcy, handlarze,
porzucone panny, misjonarze, a także
rozbitkowie, rozmyślający przy ognisku
o świecie, w którym na ulicach tańczą
dziewczęta w czerwonych stanikach
i chodzą lwy łagodne,
dopóki i im się nie zjawi
odziedziczony po przodkach,
zielony bezkres
z wiatrem
i gonitwą do zatracenia.




                                                   1968 ?











Dzień 3

Tam dokąd jechał Harley Davidson
czekała tarcza słońca nad powierzchnią morza
i ciemniejąca głębia
i czarne sosny
i kruk.

Zostawił ślad opon na piasku
wyraźny w miejscach nietkniętych falą
i głos silnika barwiony śpiewem kosów
przed wieczorną ciszą.

Szedł za nim zmierzch, a w nim: tonęły
drogi rysowane na papierowych mapach,
cichły fale,
nieruchomiały ptaki.

Widział go Pan, siedzący na drewnianych schodach,
i przypomniał sobie wystawę sklepu alpinistycznego,
przed którym stał, wspominając
swoje zdradzone marzenia.

Widziała go dziewczyna w chabrowym dresie,
której życie było już poukładane,
ale tej nocy niepokojące pragnienia
długo nie dawały jej spać.

Widziały go pary prowadzące przy kawiarnianych
stolikach swoją grę
i kupcy zamykający sklepy.
Budził w nich niepokój.

A przecież był to jedynie Harley Davidson,
jadący ze swoim nieznanym jeźdźcem
odwiecznym szlakiem rabusiów i barbarzyńców,
ścigając zachodzące słońce.




                                                   Droga na Wetlinę 1960






Dzień 4

Psy ścigające jelenia,
/wiejskie kundle spuszczone z łańcuchów/
przebiegły drogę, na której zatrzymało się kilka samochodów
z kobietami i mężczyznami patrzącymi na bieg.
Było to jak w książkach Faulknera,
gdzie ludzie i zwierzęta żyją w dziwnym
nierozerwalnym związku.
Sfora zginęła w wieczornej mgle.
Przez chwilę słychać było żałosny jazgot psów,
miażdżonych uderzeniami kopyt.
Potem ruszyły samochody.
Siedzące w nich pary wracały do domów,
wioząc wspomnienie psów i jelenia
oraz wywołane tym obrazy kapeluszy i siodeł,
fragmenty dawno oglądanych filmów,
wpisane w sylwetkę jelenia
/stalowoszarego w przymglonym świetle zachodzącego słońca/.
Powoli obrazy bladły.
Rozmowy wracały do rutynowych zdań,
a tam, za szarą gęstniejącą mgłą,
trwał prawdziwy bieg i prawdziwa krew
barwiła szlak ucieczki
jelenia i goniących psów.



                                                   1987





blekitne.jpg
Janusz L. Sobolewski

misja_mini.jpg
„Misja <Papieskiej Róży>”



Janusz L. Sobolewski, urodzony w 1954 r. w Lęborku, z wykształcenia "menedżer" po Wydziale Organizacji i Zarządzania Przemysłem AGH w Krakowie (1981). Dziennikarz, reporter.

Od września 1997: dziennikarz niezależny
1981 - 1997: dziennikarz w "Dzienniku Polskim", "Życiu Literackim", "Wieściach", "Gazecie Krakowskiej", "Faktach".

Publikacje we wszystkich ważniejszych tytułach prasowych.
Wyróżnienie w konkursie na reportaż "Trybuny Opolskiej" (1989)
Nagroda w konkursie "Prawa i Życia" (1988)
Nagroda w konkursie "Przeglądu Tygodniowego" (1987)
Wyróżnienie i nagroda w konkursach "Magazynu Hutniczego" (1987)
Nagroda Główna Wojewody Zamojskiego za reportaż o problemach Zamojszczyzny (1986)
Pierwsza nagroda w konkursie reporterskim "Kontaktów" (1984)
Wyróżnienie w konkursie "Pejzaże wiejskie" tygodnika "Nowa Wieś" (1984)
Wyróżnienie w konkursie im. F. Gila (1982)
Pierwsza nagroda w konkursie "Prowincja '81" miesięcznika "Przemiany" (1981)
Wyróżnienie w Turnieju Reporterów "ITD" (1979)
Nagroda spec. w ogólnop. konkursie o współczesnych problemach Kaszub i Kociewia (1978).

Publikacje reportaży w zbiorkach współautorskich:
"Gorycz i czar wspomnień" [w:] "Sposób na życie", Warszawa 1989, Wydawnictwo Spółdzielcze
"Sprinter, czyli scenariusz biegu krótkiego" [w:] "Bez retuszu", Kraków 1989, KAW
"Prośba Pyzików", "Czepianie się fraka" [w:] "Drugi bieg sztafety", Warszawa 1988, IWZZ
"Kucharz" [w:] "Bez dystansu II - Niepokorni", Warszawa 1987, IWZZ
"Prestiż w poniewierce" [w:] "Bez dystansu", Warszawa 1986, IWZZ.


„Misja <Papieskiej Róży>” to powieść z pogranicza literatury faktu i political fiction. To powieść akcji z ważką fabułą, ekscytująca, dobrze napisana, oparta na autentycznych wydarzeniach, nie ustępująca w niczym światowym bestsellerom tego gatunku. Szeroki czytelnik znajdzie w niej sensację i wzruszenie.








Teresa Wierzewska-Wilk - "Tydzień ważniejszy niż życie"


                  


Urodzona w Krakowie w 1945 roku. W 1976 roku wyjeżdża za mężem - nie za chlebem do Austrii, gdzie mieszka do dziś. Pierwsze lata w Wiedniu spędza wychowując dwójkę dzieci i pisząc im bajki. Pragnąc przybliżyć i umilić córkom mowę polską - pisze też wesołe wierszyki na przysłowia polskie o zwierzętach.
Z zawodu grafik.
Pisanie fascynowało ją zawsze, co wyrażało się np. rymowaniem zabawnych wierszy na wszystkie okazje, czyli imieniny, ślub i chrzciny. Dwa lata temu wydała w Krakowie książkę pod tytułem ” Słowne igraszki - imienne fraszki” zawierającą krótkie, pełne humoru wierszyki o imionach polskich.
Następny rozdział twórczości to książki typowo „ kobiece”.
Czekające na wydanie „4M” - Bardzo ciekawa opowieść o losach czterech kobiet - Polek:Moniki, Marii, Matyldy i Marty, które z powodu miłości do obcokrajowców opuściły kraj. Druga powieść „Kundle - czyli na miłość trzeba poczekać !” - porusza losy pokolenia jej córek, wyrosłych lub urodzonych poza Polską, ich problemy nie tylko z tożsamością narodową ale i sercowe.
I ostatnia z nich - ”Tydzień ważniejszy od życia”. Jest to ciekawa opowieść trzy - pokoleniowa o trudnych relacjach między matką a córką i jej skutkach psychicznych w dorosłym życiu, niosących za sobą uczucia zemsty, nienawiści i próby wybaczenia. Jest to też opowieść o miłości wielkiej, ale i bardzo trudnej...


"Tydzień ważniejszy niż życie" - Fragment



W drugim dniu zawarła znajomość z kucharką. Śniadanie podano typowo angielskie, czego nie przetrzymały smakowe zmysły Emilki. Postanowiła zaprzyjaźnić się z kucharką i przez to dostawać takie jedzenie na jakie miała ochotę. Okazało się to nie trudne. Kucharka jak i sprzątaczka lub szumnie powiedziawszy pokojówka pochodziły z pięknej wyspy na oceanie Indyjskim – Maurycius – i chętnie o swym pięknym rodzinnym kraju opowiadały. Emilka słuchała z zaciekawieniem i tym to sposobem zaskarbiła sobie miłość obu pań. Pokojówka Mary była Kreolką, a Zizi Hinduską. Opowiadały, że na ich wyspie żyją w totalnej zgodzie różne nacje i różne religie i nikomu to nie przeszkadza. Przyroda jest tak przepiękna,...
- Nasza wyspa to jak szmaragd na oceanie indyjskim, jest mała bo ma tylko prawie 2000 km kwadratowych, a mieszka na niej bardzo dużo ludzi, połowa to Hindusi, którzy przyjechali tu w dziewiętnastym wieku na plantacje trzciny cukrowej - mówiła Zizi.
- Ale jedna czwarta to Kreoli - wtrąciła Mary
- Tak, tak - kontynuowała Zizi - i jest jeszcze trochę muzułmanów, nie uważasz Emily, że świat od tej wyspy, powinien uczyć się tolerancji? U nas wszyscy żyją ze sobą w pełnej zgodzie. My tzn. moja rodzina, która żyje na Mauryciusie, jesteśmy chrześcijanami, a obok sąsiadka jest buddystką, a z drugiej strony Hindusi wyznający Hinduizmus. I wszyscy żyją w zgodzie i nikt nikomu nie ma za złe.
- A jakim językiem u was się mówi? - zapytała Emilka już bardzo zainteresowana.
- No wiesz, pierwsi przyszli na wyspę Holendrzy, i to oni nadali jej nazwę od księcia Luisa Maurica z Nassu. Potem przyszli Francuzi, którzy swą kulturą tak zawojowali wyspę, że do dzisiaj część jej mieszkańców posługuje się tym językiem. A reszta mówi po angielsku lub kreolsku, bo po Francuzach przyszli Anglicy. Można powiedzieć, że jedni wyspiarze zawojowali drugich. I byli tu bardzo długo. Wprawdzie wyspa otrzymała niezależność w 1968 roku, niemniej jednak premierem został z pochodzenia Hindus i jest bardzo popierany i szanowany przez swoich współmieszkańców wyspy, w 1992 ogłosił wyspę republiką. Jak widzisz dziewczyno z nieznanego północnego kraju, nasza wyspa jest oazą spokoju i radością dla oka. Ma przepiękne krajobrazy - zielono górzyste, ale także wspaniały ciepły klimat, cudowne plaże, kryształową szmaragdową wodę i koralowe rafy. Oprócz tego mieszkają tam ludzie pogodni, rozśpiewani i bardzo gościnni!
- No wiecie dziewczyny, zrobiłyście mi taki apetyt na wyspę, że pierwszy mój urlop to będzie właśnie tam! A poza tym jestem zdziwiona waszymi wiadomościami o kraju!
- A cóż w tym dziwnego, to wszystko wie każde dziecko, bo uczymy się o tym w szkole!

I tak w wielkiej przyjaźni z pokojóką i kucharką jak i jeszcze starszą panią minęło pół
roku przewidzianej wizy. Córka Lady Viktorii, też nienajmłodsza, a nosząca imię, jak łatwo się domyśleć - panującej im łaskawie królowej Elżbiety, zadowolona z Emilki zajęła się tą sprawą.
Tak więc, Lady Elizabeth mająca znajomości wszędzie, załatwiła dla Emilki przedłużenie wizy o rok.

I znów upłynął rok, na spacerach z Lady Wiktorią, rozmowach z nią i czytaniu.
Jeszcze starsza Lady interesowała się wszystkim, tak że pierwszym przykazaniem codziennym zaraz po śniadaniu było czytanie gazet jakie dostarczano. Potem czytanie książki, drugie śniadanie mała drzemka (czas wolny Emilki – godzinka) potem spacer po ogrodzie, obojętnie jaka pogoda.
Po obiedzie znowu drzemka, tym razem dłuższa - dwie do trzech godzin i Emilka mogła wybrać się do Londynu. Szofer podwoził ją limuzyną (stary piękny roys Lady) pod kolejkę, która potrzebowała pietnastu minut, by znaleść się w mieście.
Przeważnie latała po sklepach lub odwiedzała przyjaciół. Potem kolacja, znowu czytanie lub dyskusja i o 11 godzinie Lady szła wreszcie spać i Emilka miała czas dla siebie.
Lecz była tak zmęczona, że po paru telefonach do przyjaciół – zasypiała.
Aż któregoś dnia, Lady Victoria nie obudziła się poprostu ze snu.
Odbył się piękny pogrzeb z pompą i paradą, a Emilka została bez pracy.
Ale szczerze mówiąc, dość już miała Londynu i prac tam wykonywanych, więc postanowiła wyjechać. Nie bardzo wiedziała gdzie i zdecydowała się zostawić to losowi. Dotychczas, los jej dobrze podpowiadał, co potem się działo, to ona sama miała w tym niezły udział i losu za to winić nie mogła. Po wesołym pożegnaniu ze swymi przyjaciółmi, które urządzili dla niej Willi zwany Wilmą i George, po pożegnaniu z dziewczynami z Mauritiusa z zapewnieniem, że napewno tam kiedyś dotrze i odwiedzi ich rodziny - pojechała na lotnisko.
Siadła przed tablicą z odlotami samolotów i zaczęła się zastanawiać w jakim kierunku lecieć. Tęskniła za Polską, za Stenią, nawet za Matką, ale nie mogła tam jechać, nie mogła. Nie wiedziała co zastanie w domu, a nie chciała burzyć szczęścia Matki, już nie chciała. Tak więc gdzie?
- Dokąd to lecimy? - Emilka nie zareagowała, bo nie przypuszczała
że ten młody człowiek zwraca się do niej.
- W jakim języku mówisz? Nie dawał za wygraną, chłopak.
- Ja??? - ze zdziwieniem spytała Emilka.
- Ty, ty - najatrakcyjniejsza babka na 100 km! - zakomplemencił.
Emilka przyglądnęła mu się krytycznie. Nie miała ochoty na nowe znajomości. Chłopak był tak w jej wieku może starszy, może młodszy, ale niewiele, bardzo wysoki, szczupły i przystojny na swój sposób.
- A ty dokąd? – zapytała.
- Dobrze wychowane osoby, nie odpowiadają pytaniem na pytanie, ale za bardzo mi się podobasz, abym chciał cię spłoszyć, więc grzecznie ci odpowiem - jestem Austriakiem, lecę teraz do Wiednia do mojej rodziny.
- A ja jestem Polką i nie mam pojęcia gdzie lecieć, jednego jestem pewna, chcę opuścić Londyn.
- A co masz dość jedzenia frytek z rybą z gazety, czy tych ciągłych wiatrów, mgły i deszczu?
- To akurat mi wcale nie przeszkadzało, a rzadko się zdarzało, abym jadła fish and chips.
- To co cię stąd wygania?
- Powiedzmy, osobiste problemy.
- To leć ze mną! Pomogę ci w Wiedniu, mój stary jest właścicielem Agencji reklamowej, napewno coś dla ciebie znajdzie.
- No, nie wiem, nie znam cię.
- Nazywam się. Kurt Zimmermayer...
- Bardzo mi miło, a ja - i tu Emilka się przedstawiła - ale nie znam niemieckiego!
- Nieszkodzi, nauczysz się, jesteś młoda, a po angielsku mówisz świetnie!
- No nie wiem.... jeszcze się wachała.
- Nie ma co się zastanawiać - idziemy kupić bilet - było jeszcze kilka, kiedy kupowałem - tylko godzina do odlotu, nie zastanawiaj się dziewczyno!
Emilka wstała i poszła za młodym mężczyzną. Co mi zależy, myślała, jak nie będzie mi się podobać to zawsze mogę jechać gdzieś indziej.
Rozdział siódmy – Wiedeń

Bilety jeszcze były. Mieli szczęście. Chłopak chciał koniecznie siedzieć koło niej w samolocie, jednak to się nie udało, bo żaden z pasażerów nie chciał sią przesiąść.
Umówili się po wyjściu z samolotu. Stał tam i czekał na nią. Już razem poszli po jego bagaż, a potem do garażu na lotnisku gdzie Kurt miał zaparkowany swój samochód.
Oczywiście sportowe BMW – jakże by inaczej zaśmiała się w duchu Emilka.
- Gdzie mam cię podwieść? – spytał Kurt.
- Nie mam pojęcia, ty znasz Wiedeń, to zabierz mnie do jakiegoś porządnego hotelu w śródmieściu.
- Do Sachera?
- Wprawdzie nie znam Wiednia, ale o tym hotelu słyszałam, nie jestem książniczką.
- Ale dla mnie jesteś – przerwał jej Kurt.
- No dobrze, jeśli tak uważasz, ale wolałabym jakiś nie tak luksusowy, wystarczy dobry.
- Dobrze.
Pojechali do samego śródmieścia. Emilka podziwiała wszystkie wspaniałe budowle,
które mijali po drodze. Zjechali z Ringu koło opery, potem koło hotelu Sacher i na placu Nowy Rynek zatrzymali się przed hotelem „Europa”.
- Chodź, spytamy czy mają pokoje – powiedział do niej Kurt.
Były. Wzięła swój bagaż i poszła do pokoju. Pomachała tylko ręką na pożegnanie Kurtowi i zniknęła w windzie. Umyła się w pokoju i wyruszyła na miasto. Wiedeń bardzo jej się spodobał. Jak narazie radziła sobie dobrze, bo wielu młodych ludzi znało angielski.
Gdy na drugi dzień siedziała przy śniadaniu, oglądając ulicę, jedną z najładniejszych ulic Wiednia, na którą to wychodziły okna restauracji – Kärtnerstraße, do jej stolika przysiadł się Kurt.
- Dzień dobry jak się spało? – zapytał ją
- Dziękuję dobrze, a co tu robisz o tej porze?
- Jak to co? Obiecałem się Tobą zająć w Wiedniu, nie pamiętasz?
- Pamiętam, tylko nie myślałam, że bierzesz to tak poważnie!
- Jak najpoważniej i chciałem cię zaprosić do moich rodziców na kolację
- Na kiedy?
- Na dzisiaj!
- Jesteś można powiedzieć szybki Bill – powiedziała, niby z podziwem Emilka
- Nie, tylko muszę się przyznać, że bardzo mi na Tobie zależy.
- Ok, ale dlaczego zaraz rodzinne pielesze, chyba nie zamierzasz mi się oświadczyć znając mnie zaledwie dobę?
- Mówiłem ci przecież, że mój ojciec ma firmę i może pomóc!
- A ty nie powinieneś być w pracy?
- Wiesz ja mam też firmę, ale jest ona jednoosobowa, i jak mi się nie chce pracować, to się zwalniam u siebie.
- Bardzo praktyczne, ale jak nie pracujesz, to nie masz pieniędzy, czyż nie?
- No niby tak, ale mój tatko ma ich tyle, że może się podzielić z pierworodym nie?
- Masz rodzeństwo?
- Tak siostrę.
- I co ona robi?
- Jest lekarzem, ale na stażu i jeszcze też mieszka w domu, to co przyjdziesz?
- Ok, jestem ci to winna, w sumie przytargałeś mnie do tego Wiednia, to też odpowiadasz za mnie nie?
- A co nie podoba ci się tutaj?
- Wręcz przeciwnie, jestem oczarowana miastem. I właśnie zaraz się wybieram na zwiedzanie.
- Ok, to do wieczora, czekaj na mnie o szóstrej przed hotelem, bo tu trudno o parking.
- Dobrze.
Pożegnali się i Emilka wyruszyła na miasto. Poszła Kärtnerstrasse do Placu Stefana, obejrzała Katedrę Stefana, potem przez Graben, koło pomnika zadżumionych i dalej przeszła przez Hofburg na Ring do Muzeów. Dalej Parlament, Ratusz i wróciła koło Burgtheater na stare miasto. Kupiła sobie śliczną sukienkę na wieczór. Poszła do hotelu, umyła włosy, wysuszyła i już śliczna, świeża i gotowa czekała na Kurta.
Był punktualnie o szóstej i pojechali do 14 dzielnicy, na jej obrzeża, gdzie prawie w lasku wiedeńskim stały piękne domki w ogrodach. Zatrzymali się na końcu uliczki.
Rodzice Kurta mieszkali w ładnym starym domu jednorodzinnym, zbudowanym w secesyjnym stylu - porośniętym dzikim winem. Oprócz Kurta, rodziców, lokatorką była siostra Kurta - Leopoldyna. Rodzice byli starszymi miłymi ludźmi – matka typowa Hausfrau, ojciec bardzo przystojny szpakowaty pan, a siostra 28 – letnią podobną do matki dziewczyną.
Kolacja była na ciepło, matka miała do dyspozycji starą gosposię, która można powiedzieć należała do „inwentarza”.
Oczywiście, wszyscy byli Emilki bardzo ciekawi i pytaniom nie było końca.
Opowiedziała, że wyjechała do rodziny matki do Los Angeles i pracowała tam jako menadżer, aktorów hollywood – skich, ale oczywiście nie przyznała się, dlaczego opuściła rodzinę w Polsce jak i w Ameryce. Zmyśliła natomiast, że miała w planie zrobić sobie tylko wakacje w Kalifornii, a na studia wrócić do kraju, że praca tam bardzo jej się spodobała i postanowiła zostać jeszcze rok, a gdy już chciała wracać, to w Polsce ogłoszono stan wojenny i nie mogła, czy nie chciała wrócić. Ale postanowiła przyjechać do Europy, by być bliżej kraju. Najpierw wylądowała w Londynie, bo dobrze zna angielski. Tam trochę popracowała, ale nie taki charakter pracy ją interesuje. Jest kreatywna, zdolna i chciałaby do czegoś dojść, a w Londynie nie było to możliwe. Dlatego też zdecydowała się po namowach Kurta przyjechać do Austrii, chociaż nie zna języka. itd.
Nie, nie zna dobrze niemieckiego, ale bardzo chciała by się nauczyć, znaleść pracę
by móc utrzymywać się sama, a nie korzystać z karty kredytowej swojej rodziny.
- Jeżeli nie chcesz korzystać z karty, tylko sama zarobić na swe utrzymanie, to nie powinnaś mieszkać w tak drogim hotelu – powiedział ojciec Kurta.
Stwierdzenie to zdenerwowało i zraziło do ojca chłopaka, chociaż w duchu musiała mu przyznać racją, ale co się pcha z takimi uwagami na wstępie – myślała Emilka, ale na ustach miała piękny uśmiech.

Z matką porozumienie było marne, tylko za pomocą tych paru słów niemieckich, co Emilka znała, a to było mało. Matka niestety nie mówiła - w przeciwieństwie do reszty rodziny - po angielsku. A w tym właśnie języku przebiegała konwersacja ze względu na Emilkę.
- Jesteś miłą, sympatyczną dziewczyną i chętnie ci pomogę – powiedział ojciec Kurta, Stefan - jestem właścicielem dość dużej agencji reklamowej, która ma powiązania z Amerykanami. Twoja perfekcyjna znajomość angielskiego, do tego polski i rosyjski, języki z którymi należy wiązać przyszłość, bo nasze rynki zawężają się i należy przyszłych klientów szukać tam właśnie – predysponuje Cię do pracy u mnie. Mogę przyjąć Cię do nas na razie jako kontaktera z Amerykanami i posłać na kurs niemieckiego - mam takie możliwości.
- A zamieszkać możesz u nas, mamy pokój gościnny z małą łazieneczką – wtrącił Kurt.
- Nie wiem poprostu, jak Państwu dziękować - tak się cieszę – bardzo, bardzo dziękuję – to rozwiązuje wszystkie moje problemy - a za pokój będę oczywiście płacić.
- No, jakoś się dogadamy nie ma sprawy.







Andrij Bondar - "Jogging"




ANDRIJ BONDAR- ur. 14 sierpnia 1974 w Kamieńcu Podolskim. Poeta, tłumacz, publicysta. Wydał dwie książki: "Wiosenna herezja" (1998) oraz "Prawda i miód" (2001). Przetłumaczył na ukraiński "Ferdydurke" Gombrowicza. Jego wiersze ukazały się po polsku w nr. 4/99 Literatury na Świecie w przekładach Adama Wiedemanna i Marii Pastyrczyk. Ostatnio przebywał w Warszawie i Krakowie na zaproszenie Ministra Kultury. Żonaty, mieszka w Kijowie.

BOHDAN ZADURA ur. 1945 - poeta, prozaik, krytyk literacki, tłumacz; członek redakcji kwartalnika "Akcent" i miesięcznika "Twórczość". Autor 16 tomów wierszy, 5 książek prozatorskich, kilku krytyczno-literackich. Ostatnio (2002) opublikował tomy wierszy "Ptasia grypa" i "Stąd" oraz tom szkiców i felietonów "Między wierszami". Najnowsza książka to tom wierszy "Kopiec kreta" (2004). Od urodzenia mieszka w Puławach.


ADAM WIEDEMANN (1967) – poeta, prozaik, felietonista Res Publiki nowej. Wydał trzy tomy wierszy: „Samczyk” (1996), „Rozrusznik” (1998) i „Konwalia” (2001) oraz dwa zbiory opowiadań: „Wszędobylstwo porządku” (1997) i „Sęk Pies Brew” (1998), oba nominowane do nagrody NIKE. Laureat nagrody Fundacji Kościelskich (1999). Mieszka w Krakowie.

Wiersze w tłumaczeniu Bohdana Zadury :








Ciekawy film

dla S.Ż. z miłością

mój tato obejrzał swój pierwszy film pornograficzny
kiedy poszedł mu 61 rok życia
to właściwie nie był film pornograficzny w zwyczajnym rozumieniu tego słowa
gdzie widać wszystkie narządy płciowe
gdzie z mężczyzn tryska prawdziwe nasienie
gdzie kobiety namiętnie łykają to nasienie
to było soft porno Tinto Brasa
chyba "La Monella"
taki sobie obraz – nawet freda nie pomarszczysz

ale rzecz zupełnie nie w filmie
a w niemal dziecięcym zadowoleniu mojego starego
który dopiero w 61 roku życia
zobaczył coś o czym tylko słyszał
o czym być może marzył ale nigdy nie poznał

chociaż z drugiej strony co może zdziwić człowieka w wieku 61 lat?

„wychodzę coś załatwić chcesz obejrzeć ciekawy film?” – zapytałem
a już mogłem się nie obawiać
już mogłem spokojnie rozmawiać z nim na te tematy
między nami nie było tabu
i powiedziałem to nie jak własnemu ojcu
a jak dobremu kumplowi od którego mogłem oczekiwać podobnej otwartości
„dawaj” – zgodził się na eksperyment

bardzo dobrze że tato dożywszy swoich lat
nie czuje różnicy między „soft” i „hardcore”
a więc i nie wie jak wyglądają te pedofilskie obrazki w internecie
z maleńkimi dziewczynkami-pierwszoklasistkami
nawet nie jest w stanie sobie wyobrazić że istnieją strony web
gdzie muskularni mężczyźni walą jeden drugiego od tyłu
gdzie matka robi minetę własnemu synowi
gdzie dziadek defloruje rodzoną wnuczkę
gdzie "golden rain" i "anal" i "scum" i "gangbang" i "mature" i "pregnant" i "lolitas" i "asian lolitas" i "blow-job" i "brother and sister" i "amateurs"
i cała kupa innych dziwactw
gdzie o wiele mniej normalnego zdrowego seksu
kiedy „on” na „niej” i wszystko jasne i niczego nie widać
ale wszystkiego można się domyślić

czasami zdaje mi się że całe to totalne porno
musi wejść w jakiś wewnętrzny kryzys
no dobrze
jeszcze dziesięć lat i oni zdołają wymyślić coś nowego
nowe zboczenia nowe pozycje nowe kazirodcze perypetie
oni zdołają dołączyć nowe środki wspomagające
na przykład „sandy i jenny robią laskę rurze wydechowej nowego citroëna”
albo „czwórka pięcioklasistek pod gołym niebem posuwa dyrektora szkoły wskaźnikiem do map”
albo „dwaj dominikanie kończą od jednego spojrzenia na plamistego dalmatyńczyka”

nie nie mówię o upadku moralności
kim jestem żeby mówić o upadku moralności
nie jestem wieloletnim więźniem politycznym i nie mieszkam we Lwowie
samemu ledwie wystarczyło mi sił żeby pokazać swojemu ojcu
dość przyzwoity film o zwyczajnej włoskiej dziewczynie z wielkimi ustami
w poszukiwaniu odpowiedniego narzeczonego

mam nadzieję że nie dożyję czasów kiedy zaczną
wszystko to filmować od środka

w takim przypadku wątpię czy porozumiałbym się ze swoim ojcem




Jogging

długo nie mogłem dojść do siebie
po mailu z berlina od mego przyjaciela olafa

w tym mailu prócz obowiązkowych atrybutów które
z zasady sprowadzają się do rytualnych pytań
o kwestie zdrowia i plany twórcze
(jakby w tej twórczości można było coś zaplanować)
w tym mailu jakby między wierszami czysto po niemiecku bez przesady ale
z odczuciem głębokiego tragizmu dokładnie w paru zdaniach
było powiedziane mniej więcej tak:

„od wczoraj zacząłem unikać spotkań z moim sąsiadem
mieszkamy koło siebie już dwadzieścia lat jest moim rówieśnikiem
i co rano razem biegamy w tym parku niedaleko
on zawsze mi
wydawał się trochę dziwny kiedy nastąpił wybuch w czarnobylskiej elektrowni atomowej
zaczął obklejać sobie ściany starymi gazetami żeby nie daj
Boże do jego mieszkania nie przeniknęło promieniowanie a wczoraj na schodowej
klatce spotkałem jego żonę która powiedziała że on ma raka krwi
w ostatnim stadium nieuleczalnego i że to koniec
a ja teraz boję się mu popatrzeć w oczy a wiesz taki
sympatyczny człowiek tak przyjemnie się z nim biegało rano...”

natychmiast chciałem jakoś uspokoić olafa
pocieszyć mówiąc „nie przejmuj się taki los zresztą
znajdziesz sobie innego sąsiada dla porannych przebieżek a jeśli
nie znajdziesz sąsiada to weź sobie irlandzkiego setera
wiesz jak one lubią biegać? to nawet o wiele lepiej niż
z człowiekiem no i te psy nie chorują na raka” ale
nawet nie wiem czemu ale nie zacząłem nawet tego robić
nagle to wszystko wydało mi się jakąś czystą literaturą
pomyślałem że to mógłby być niezły fabularny pomysł
dla powieści kundery
który lubi mistrzowsko opisywać ludzkie tragedie a tu wszystkie ingrediencje
gotowe – berlin niedługo przed zjednoczeniem dziwny sąsiad dwadzieścia lat
wspólnego biegania gazety na ścianach jak kronika przełomowych historycznych wydarzeń
które zmieniły oblicze europy choroba rak i widzą państwo
on nie wie jak teraz popatrzeć w oczy
napisałem coś całkiem neutralnego
coś w typie „trzymaj się zresztą ty już jemu w niczym nie pomożesz a ty
jeszcze masz żyć i żyć nie myśl o tym co złe nie myśl
o raku”

a potem przyszło mi na myśl coś zupełnie heretyckiego
pomyślałem:
oto już dziesięć lat żyję w odległości niespełna stu
kilometrów od czarnobyla żyję i chodzę tymi granitowo-marmurowymi
ulicami dostaję chamskie porcje wszelkiego radioaktywnego
promieniowania mam krótkowzroczność niedawno wykryli u mnie zapalenie wątroby
co prawda na informacyjnym poziomie jednak zapalenie przygłuszony
katar żołądka od czasu do czasu daje mi się we znaki od piętnastu lat nie
schodzą brodawki choć mi nie przeszkadzają ale nie schodzą
jak wszystkie czarnobylskie dzieci mam problemy z tarczycą
czasami kłuje mnie serce i wszystko to jeszcze przed trzydziestką
ale ja dokładnie wiem że nie zachoruję na raka

po prostu jestem pewny że nie zachoruję na raka

będę żył długo o jejku jak długo
nie będę kupował gazet nie będę biegał rano nie będę czytał kundery
nie będę chodził po mieście z dozymetrem nie pójdę na badania
nie podpiszę deklaracji nie wystąpię z partii
nie wstąpię do partii nie zrobię analiz nie zabiję nie ukradnę

nie porzucę ojczyzny wejdę głęboko bardzo głęboko w maleńką swoją
ojczyznę

i zasnę



Wiersze w przekładzie Adama Wiedemanna :


* * *

strach uleci -– tylko wody
prąd ochładza
lękiem w pieśniach – oczach bladych
prze-prowadza

ciało dźwięczy – noc obwieszcza
cień przepaści
biały papier zwisłych skrzydeł
z lustra tafli

paproć spali serce w kwiat
dzwon proroczy
zgorzkłych kwiatów miękki piach
łzami w oczy



* * *

tak obejmują nas
tak kochają
tak darzą
tak obcierają nas
tak cisną
tak parzą
słowa

i las zielony
niczym tekst
i mkną do mórz
syntaksy rzek
i zamroczeniem
kłuje liść paproci
i owies brzeg
strumienia mowy złoci




* * *

daremny płacz daremny wszystko na nic
moje oczy zielony smutek otumani
syreny czarny ryk ponad świątyni brwiami
poleci w dal gdzie zawisł niemy nawis

o czymś epickim wiatr wył niczym wieszcz
łza drżała w srebrnym ostrzu marzeń
o słodkim maju śniąc lśniły lichtarze
ostatnie modły intonował deszcz




Canis et lupus

René Descartes nieomal pysk w pakuły wstawił,
Ciemność rozpruwszy niecierpliwie.
I Cerber szczerzy kły na skrzek chełpliwych pawic,
Cyjanek nieba żółte ługuje igliwie.

Na płachcie nocy pucha smętnie i posępnie
Rozszataniony puszczyk, antymysi chwin
Niedoszczekaną psio-wilczą piosenkę –
Szczekaliśmy na księżyc sobacząc mu since.

Jak my we dwóch wsłuchani w szurum-burum ciał,
I mąka łabędziła skronie,
I w mglistym wietrze stół się osowiały chwiał,
A psia krew ciekła, bordo sączyło się po niej.









Mariusz Appel - "Kotochwile"



      



Podwórko

Byłem wyrostkiem, a ono miało kształt ślepej kiszki,
przemierzanej przez nas bez butów i skarpet. Bose stopy
rozgniatały porozrzucane wkoło, jak pieprz
wysuszone ptasie odchody, które braliśmy pod lupę
słońca i oglądaliśmy linie papilarne naszych pięt,
udając fachowców od daktyloskopii.

Przy drzwiach po prawej mierzwiła się samorodna
piaskownica. Na wilgotnym od deszczu piachu zostawały
ekslibrisy z kurzych i kocich łapek. Z lewej dostępu broniła
nieotynkowana ściana stajni sąsiadów, która nam służyła
za bramkę. To tutaj graliśmy w jedynki i trenowaliśmy strzały
w okienka z ceglanych spojeń. Obok garbiła się zamknięta
na drewniany skobel komórka. Nie miałem odwagi,
żeby sprawdzić, co ukrywa. Odstraszała wonią piżma,
które kojarzyło mi się z nadużywającymi perfum kobietami
w wieku babci.

Całość, wyściełana czółenkami kory, była domknięta
barykadą z wysuszonych starością pniaków. Stały tu bezużytecznie
odkąd w okolicy pojawiło się centralne ogrzewanie i gaz.
Tuż przy nich kiwały się krzewy agrestu, które ostatnio miałem
na wysokości oczu. Teraz ledwo sięgały pasa. Płot chylił się
ku upadkowi. Swoich wymiarów nie straciło jedynie pole widzenia.



Mamo

Przed wyjazdem ciągle powtarzałaś: trzymaj się
z dala od rękoczynów i nie uciekaj
do przemocy. Uczyłaś, jak się uniezależnić
od nałogów. A teraz? Jest mnóstwo żółci - w środku
i na tkaninie dłoni: od nikotyny, od pomarańczowych
skórek. Dziękuję za te skarpetki z wkładkami
aluminiowymi do turystyki górskiej. Wędruję w nich
po nowym mieszkaniu. Tu zdobywa się szczyt po szczypcie,
gromadzi przedmiot za podmiotem. Ursynów jest pełen
facetów spacerujących z psem i puszką piwa, czasem setką
pomysłów na rozpoczynający się dzień (jutro będzie jeden
mniej). Chciałbym ci jeszcze opowiedzieć o blasku latarń,
bladym jak absyntowe źrenice ulicznic Toulouse-Lautreca,
lecz to zbyt skomplikowane. Koszulkę z revlonu wziąłem
sobie do spania. Nigdy jej nie przewracam. Raz
śnię na prawej, raz na lewej stronie. I tak jest wygodniej.



Wierszyk szkolny

Dzieciaki z młodszych roczników zgrabnie rytmizują
przestrzeń szkolnego dziedzińca. Drzemiąca dozorczyni
na migi tłumaczy swoje sny. Chłopcy z siódmej b
właśnie ruszyli z piłeczką tenisową na podbój
piłkarskiego boiska. Ja z kumplami i kilka fajnych babek
wiecujemy w piaskownicy. Nagle jak spod ziemi wyrasta
waryński i wysoko się prężąc, rozkopuje osiedlowe
podwórko. Obrotami diesla mamrocze, że to z polecenia
jakiejś pięciolatki. Takie były te chwile: zgubne dla nas
jak drzewa dla liści jesienią. Po lekcjach, żeby zabić
nudę, z narażeniem życia usiłowaliśmy grać na podkładach
kolejowych w klasy. Wszystko z czerwonej cegły, co mogło
być starsze niż my, na wszelki wypadek ochrzciliśmy:
poniemieckie. I ten nasz powrót na skróty: zjawiamy się
wiecznie spóźnieni. Z resztkami andrutów w ustach,
przyklejonymi do podniebień jak komunia, i smutkiem,
którego nie udało się utopić w ciemnym piwie.



Ptaszek (na podstawie C. Saury)

Widzisz? Wystarczy zasłonić ptaka i od razu cały obraz
przestaje skrywać tajemnicę. Wuj umiejętnie zwodował
palec wskazujący w miejscu, gdzie na reprodukcji Breugla
rysowały się skrzydła, skazując Manu na kilka sekund
zawieszenia wzroku. Wyrok zapadł w momencie, kiedy
chłopcu udało się podzielić uwagę między doskonałość
postaci z dzieł klasyków a klasycznie doskonałą sylwetkę
kuzynki Fuensanty (tej jego ptaszyny, którą nadal smakował
w myślach, trawiony własną tajemnicą). Zapalmy światło,
bo półmrok rozprasza kolory. Imaginacje pryskały ostrożnie
jak pierwsze krople wody podczas porannych toalet. Wczoraj
po śniadaniu udało mu się wsunąć do ust pestkę z resztkami
jej brzoskwini. Później gonili się bez tchu aż na dach, pełen
suszących się prześcieradeł, które wisząc równo, rzędami,
były dla nich jak warstwy biszkopta w tortach stryja Ernesto,
pośród których pyszniło się słodkie nadzienie z półnagich
cieni. Zwierzali się sobie, przysięgali na krzyże sterczących
w dali wież kościoła i wierzyli w to, że mapy ich wnętrz są
uwiecznione na obwodzie tęczówek jak godziny na tarczy
zegara. Łzy na pogrzebie dziadka wywołał przyjazd rodziców.



Moja druga połowa jest kotem

Pomieszczenia pomieszkań: szczękające zamki,
gdy zęby kluczy próbują się dopasować, i wejścia
w domy jak w dym, żeby natychmiast zaciągnąć
rolety dla podtrzymania czynszowego spokoju.
Porowate ściany absorbują w całości. Bezruch
kosztuje nas zbyt wiele, więc dotykiem na styku
subkultur ciał wplatamy się w siebie jak nitki
spotykających się autostrad. Szukając przyjaźni
gubimy orientację, bo jedyny wspólny mianownik
to jazz w wykonaniu faceta z ustnikiem w ustach
zamiast zębów. Chet podbija membrany i serce,
lecz niedługo się skończy, wtedy wniknę w miasto
ponownie, odbezpieczę się. Ulice przeprowadzą
swoje nieme śledztwo bez szemrania, oślepi mnie
inwigilacja samochodowych halogenów. Resztki
nocy i opary spalin skondensują się nad arterią
w smog z historii, w której nic nie broni się samo.


Mariusz Appel - "Kotochwile" Mamiko








Elias Marrouch - "Podróż za ocean"



                    


Przyjechałem z ciepłych krajów. W Polsce najchętniej pracowałbym w kotłowni, bo jedynie tam jest mi ciepło. Po raz pierwszy usłyszałem język polski, gdy miałem dwadzieścia lat. Po latach okazał się językiem przyjaznym. I mimo zadawanych mu ran i okaleczeń (za co przepraszam) pozostał mi bliski i dał się opanować na tyle, że mogę się nim posługiwać. Początki bywały różne. Raz na egzaminie podałem pięciomiesięcznemu dziecku kaszankę zamiast kaszy manny, innym razem wysłałem pacjenta rakietą zamiast karetką. Teraz w erze komputera dużo łatwiej, ale i tak nic z tego by nie wyszło bez pomocy znajomych i przyjaciół. Za tę pomoc jestem bardzo wdzięczny.



Dziadek Faris

Dziadek Faris zaraz po obchodach siedemdziesiątych ósmych urodzin oznajmił rodzinie, że od początku roku szkolnego podejmuje nową pracę. Protesty rodziny w niczym nie pomogły.
Wnuki prosiły go:
     – Dziadku, prosimy. Jedź sobie gdzieś odpocząć. Tobie naprawdę
nie jest potrzebny nowy interes. To, czego się dorobiłeś, wystarczy dla nas wszystkich. Dziadek odpowiadał:
     – Odpoczywać to ja będę w grobie, a leżeć na plaży, na słońcu nie mogę, bo to szkodzi mojej pomarszczonej skórze. Poza tym, o jakim interesie wy mówicie? Ja chcę tylko w tym bocznym pokoju otworzyć sklepik. Dzieciaki ze szkoły będą mogły wszystko kupić na przerwie. One nie będą głodne i ja nie będę się nudził. I tak pan Faris stał się dziadkiem dla nas wszystkich w szkole. Podzielił swój sklep na trzy części:
Część za ladą, gdzie stały półki i na nich artykuły spożywcze, papiernicze. Przed ladą, po prawej stronie, znajdowała się część pusta dla klientów. Po lewej była część podwyższona o pięćdziesiąt centymetrów nad poziom podłogi, na której leżał dywan i materace. Zawsze siedział tam ktoś ze znajomych dziadka Farisa. A my, gdy tylko słyszeliśmy dzwonek na dużą przerwę, biegaliśmy do dziadka. Kupowaliśmy jabłka, herbatniki nadziewane daktylami i inne słodycze. Byliśmy wtedy dziećmi i nie bardzo wiedzieliśmy, co to jest polityka. Dlatego któregoś dnia niespodzianie zaskoczyły nas czołgi na ulicach. Pierwszy przewrót wojskowy przeżyłem w drugiej klasie szkoły podstawowej. Wtedy obalili króla i zastąpiła go republika.
Pamiętam czołgi na ulicach, żołnierzy z karabinami, którzy legitymowali przechodniów dzień i noc. Z następnych przewrotów niewiele pamiętam. Były tak częste, że ludzie nie nadążali zmieniać portretów przywódców, ale trzeba przyznać, iż jak na przewroty wojskowe były bardzo pokojowe. Nie było widać trupów na ulicach, kraj nie pływał w morzu krwi, jak bywa przy takich okazjach. W końcu nastąpiły czasy stabilizacji. Widać, że do władzy doszedł ktoś, kto potrafił rządzić ją silną ręką. Na ulicy zaczęli pojawiać się dobrze wyszkoleni
ludzie w mundurach wojskowych bez czapki, bez stopnia, by nie można ich było zidentyfikować. Dewastowali sklepy, które nie cieszyły się ze zwycięstw naszego łaskawcy. Ten zaś zgodził się wziąć władzę siłą i rządzić taką ciemną masą. Do dziadka Farisa nie od razu dotarli. Nasza szkoła była na uboczu, ale u dziadka zamiast portretu nowego prezydenta, wisiał nadal wizerunek starego. Znajomy dziadka ostrzegł go mówiąc:
     – Farisie, zaraz wezmą cię za zwolennika poprzedniego prezydenta i zginiesz w więzieniu. Dziadek nic sobie z tego nie robił, tylko machał ręką. Z czasem powstał nowy, dobrze płatny zawód donosiciela i jeszcze lepiej płatny zawód donosiciela na donosicieli. W końcu dotarli
do Farisa z kijami, karabinami, założyli kajdanki i krzyczeli, że rozstrzelają ostatniego zwolennika poprzedniego zdradzieckiego rządu. Bo było tak, że każdy nowy rząd uważał poprzedni za zdradziecki. Dziadek ani na chwilę nie stracił swojego spokoju, więc pytał:
    – Panowie, skąd przyszło wam do głowy, że jestem zwolennikiem
poprzedniego prezydenta?
    –Przecież u ciebie na ścianie wisi jego portret.
    – Zgadza się, ale kogo jeszcze widzicie?
    – Rasową krowę i konia.
    – Czy uważacie, że to jest przywilej dla poprzedniego prezydenta mieć takie towarzystwo? Właściwie to ja go ukarałem takim sposobem.
Widać było, że zabił im ćwieka. Dowódca zastanawiał się przez chwilę i powiedział:
    –Słuchajcie, stary ma rację.
    – Co zrobimy?
    – Puścimy go, ale nie zapomnij dziadku powiesić portretu naszego obecnego prezydenta.
    – Nie mogę, wtedy nie będzie to kara dla poprzedniego.
    – Dobrze dziadku, rób jak uważasz. Jesteś mądrym staruszkiem,
chwalisz naszego prezydenta, tylko na swój sposób. Takim sposobem dziadek Faris został zwolniony od portretu naszej władzy. Zawsze robił, co chciał, nie narażając nikogo. Raz tylko miejscowy lekarz oberwał od niego, kiedy dziadek przyszedł z chorym sąsiadem do jego gabinetu. Lekarz starannie zbadał chorego sąsiada. To wszystko podobało się dziadkowi. Tylko przy wyjściu lekarz zażartował mówiąc do niech:
    –Ładnie wyglądacie: Żyd z Arabem.
Dziadek wtedy się oburzył i nawymyślał lekarzowi:
    – Jaki Żyd, jaki Arab? To jest człowiek, przede wszystkim człowiek, na dodatek chory. Dyplom powinni ci odebrać doktorku!
    –Ja tylko żartowałem – wytłumaczył lekarz.
    – Pamiętaj doktorku, są sprawy z których nie można żartować, a w ogóle takie podziały na Arabów i Żydów nie powinny istnieć, natomiast powinno się dzielić ludzi na durnych i mniej durnych. Wszyscy znali dziadka Farisa i na co dzień go uwielbiali, dzieci, dorośli. Ale kiedy dorośli o nim rozmawiali, mówili, że on nie jest normalny, bo nie jest nim ktoś, kto nie ma wrogów.

Elias Marrouch - "Podróż za ocean" Mamiko








Radosław Wiśniewski – ur. 1974, mieszka w Brzegu, pracuje we Wrocławiu, wydał debiutancki zbiór wierszy „Nikt z przydomkiem” (2003), współpracuje z pismami literackimi.






JAR. NIKT WYKŁADA KATARZYNIE TEORIĘ TEJ BEZSENNOŚCI.

to jest jak rytualny obrzęd grzebania w przypadkowym rowie.
jak dygoczące dłonie starego człowieka w szarym drelichu
widzianego zza okna pullmana obecnie pafawag, jego uparte
poszukiwanie resztek korzeni, jadalnych dżdżownic, kruszcu..

to jest tak, jakbyś prosto nad twarzą przesiewała piasek, odłamki
kości (kruszarka pracowała sumiennie ale nie wszystko śpi aniele
popiele boży stróżu mój); to jak rąbanie przerębla w powietrzu
tak twardym, że najtęższym pękały płuca i wypadały złote zęby.

nocą pod palcami starego człowieka otwiera się ziemia. wtedy
ujawnia się 33771 albo więcej powodów tej bezsenności, która jest
jak damski but zgubiony na stromej ścieżce, porzucona lalka


potem jest tylko jar.


RUBEDO. BRESLAU. WIOSNA GAULEITERA.

gauleiter hanke przewidział wszystko tej wiosny: martwica odeszła
z ziemi, padła odra, nadeszła nominacja. chrabąszcze spawanymi
skrzydłami orały pola jak rozległe płaty czerpanego papieru i sypały
się łuski z niebieskiej lamperii odbijanej z bronią w ręku od powietrza.
przetaczano puste składy wzdłuż szyn, porzuconych w nieładzie,
jakby pogięte wiertła wbite w otępiałe perony, na których sadza
osadzała resztki wylinki grzechotnika. w kraterze miasta dogasało
oblężenie, chrzęściło prażone powietrze między dziąsłami mostów
i stygły stosy w ociemniałych żlebach ulic. między nimi matowy nagrobek
państwa Stein zwiastował larwy nieznanych termitów, które miały drążyć
pod nieczynnymi polami minowymi aorty już wtedy.

to one pękają tej wiosny, gdy zbliża się nów. wtedy miasto pije
bezimienną hemoglobinę z rozstępów ciszy, oddycha
jakby jeszcze żyło i nic nie było zapisane w obcych alfabetach
na wyczerpanej do białości
ziemi







Dariusz Pado – ur. 1974, z wykształcenia i wykonywanego zawodu prawnik, mieszka i pracuje w Warszawie, debiutował arkuszem poetyckim „Gierkówka”(2004).







RYCERZ POKALANEJ – RAJ WEDŁUG KOLBEGO

Radkowi Wiśniewskiemu

Nienawiść - pisałeś - mieszka wśród niewdzięcznych.
Miszna w wybielonej bramie odbija flaka. Duka słowa.
Uderza w wykreślone węglem na ścianach: won, raus.

Nienawiść - poczułeś - zajmuje miejsce obok twego zdania.
Sączy się z głośników Toski. Głos odbija się i traci znaczenie.
Nie można znieść w sobie treści, tej martwej którą nakrył pył.

Nienawiść - pomyślałeś - miesza się we wspólną woń klatek,
nie potrafisz otwierać żył kratką, by napisać nowy testament.
Teraz należy wystąpić z szeregu, przekreślić krokiem słowa.

Jeden szereg liczy do dziesięciu w języku obcym. Nie znasz go.
Jeden - mówisz Mario - i na znak pokoju podajcie sobie fenol.



TO BYŁBY RAJ WEDŁUG WILFRIEDA VON OVENA

Napierał na futrynę obory, ugniatał klatkę,
naciągał zmarszczki między żebrami
belek, sypał się w koryto. Wiesz, to tylko
wiatr, ale mógłby całkiem zwariować

gdyby był tutaj starcem wsłuchanym w przypływ
muzyki, przetaczanym z samotnych pieców taktem,
wagonem ziemi, granym na korytarzach latryn. Teraz
z otworów wydobywa paproć, resztki zapachów,

okruszki otrębów siennika, drzazgi balii. Komendancie,
tak jak z ziaren ściskających w klatkach bicie, tak i z ciebie
wydobędzie się trzask, jakbyś wyrósł z pryczy, wstał pędem
siać piach, orać zarżniętą Kanadę i wybielać korę. Wiesz, to

tylko rozsypany gaz, ale mógłby całkiem oszaleć
gdyby tyko Andor miał rację lecz pisze się ciągle
ciszej by uchwycić można słowem : jak pylił gaj,

jak wypełniał się nakaz pism:
czyń ziemię poddaną, ogradzaj
raj, zakop jar.

Radosław Wiśniewski i Dariusz Pado - Raj.Jar Mamiko








Jarosław Klejnberg - " Cud nad Wisłą"

      

Ja, cokolwiek to znaczy, urodziłem się w Polsce i tam spędziłem wiekszość, póki co, mojego życionka. Już kiedy przeczytalem słynną ksiażkę o tym jak eskimoski myją sobie włosy moczem wiedziałem, że bedę studiował etnologię. Zawsze fascynowały mnie odmienności tradycji, lecz w głębokiej wierze to wszystko maczałem, w głębokiej wierze w ponadkulturowość natury ludzkiej. Jednym z impulsów dla mojej tworczości były piosenki Africa Simona w połączeniu z tradycją poezji romantycznej, jak najbardziej, polskiej. Wczesne moje utwory zaginęły, jak mniemam, bezpowrotnie. To co zostało a datuje się od wczesnych czasów studenckich w mieście Krakowie i późniejszych czasów narkotycznych w tymże mieście a także czasów postnarkotycznych oraz utwory pisane w Izraelu stanowi zawartość książki "Cud nad Wisłą". Nie jest to oczywiście pełny obraz mojej twórczości, lecz wysoce reprezantacyjna większa jej część i bardziej znacząca. Chciałbym pozdrowić mojego starego już przyjaciela Adama Wiedemanna z którym, jak i z Irkiem Ziółkowskim, napisaliśmy wespół dramat "Czysta powieść kryminalna". Pozdrawiam też Miho i Martę i Bena i moich braci, szczególnie Andrzeja, mamę, babcię i wszystkich dobrych ludzi na Ziemii. Drukowałem to tu to tam od roku 1996, kiedy to debiutowałem w piśmie "Nowy Nurt". Od roku 1998 przebywam w Izraelu, gdzie próbuję mieszkać a może i żyć. A w ogóle to się cieszę, choć godzinę temu było mi smutno.



Boża jajecznica

Stołek wysoki. Ja na nim siedzę. Wściekłość wyziera mi z oczu i pluska się w powietrzu. Atmosfera robi się gorąca. Zgryźliwość, złośliwość wyłazi i uśmiecha się ironicznie na prawo i lewo. Twarz wykoślawiona do granic niemożliwości pryska krwistością szatańską a usta grają jak harmonia w rękach szaleńca.
Drożdżówka z makiem na talerzyku przykucnęła a obok niej herbata z cytryną zadymiła. Psiakrwie!
Przesiadłem się. Też wysoko, lecz przynajmniej z oparciem- ścianą z cegły archaizowanej.
Rozpruwam w myślach świnię rapierem, dłubię dłońmi w jej trzewiach wieprzowych. Kopię resztki trupa. Mlaskam tak głośno jak ogłupiały z gniewu grzmot z jasnego nieba. Maluję w myślach obraz wendety. Zemsta wydaje się konieczna i nieodzowna, choć jej przyczyny ani widu ani słychu. Przyczyny nie ma. Jest jedynie stan, który męczy organizm, a organizm broni się przed nieznanym sadystą i sam zadaje ból stworzeniu.
Nitki drgają w oku. Białko i żółtko oczne drą ryja na wszechświat. Ja, my- centrum, dyspozytorium! Nie drażnijcie nas! My tu pany!- z chłopska zawołują. Krew napływa do oczu i przecina białko siatką hemoglobiny. Zęby wymykają się spod osłony warg i ryją w sobie nawzajem. Spójrzmy! Przyjrzyjmy się. Ależ tak! Widzimy! Ubytki.
Rozlega się śmiech szatana zza rogu i widzimy rożki. Okazuje się, że to rożkowate drożdżówki z makiem ożyły na chwilę, by dać upust swej wściekłości. Ktoś czy coś zakłóca spokojność, kosmos kawiarnianego diabła.
Pojawia się istota z innej planety, a możemy to rozpoznać po tablicy rejestracyjnej przytroczonej do torebki jak do samochodu. Widmo przeszło, śmignęło jak fryga, smyk-smyk, zaszeleściło, puściło spaliny i na powrót wypłynęło omijając kofeinowe ostrowy filiżanek zamieszkałych na drzewianych stolikach.
Było, nie ma.
Pozostał tylko w pamięci numer. Nic więcej. Czy aby na pewno? Wychodzę. Już wściekłość schodzi mi z ust, ale nie wylatuje jak konającemu w mieście Rzymie, lecz pozostaje jej gorzki smak. To taki dzień, gdy Bóg robi sobie jaja i to w dodatku z kiełbasą. A ja ma alergię na Jego jajecznicę.

Jarosław Klejnberg - Cud nad Wisłą Mamiko







                    

Maciej Nowakowski, rocznik 1965. Jest lekarzem medycyny praktykującym w stanie Nowy Jork. Fantastyczno-przygotowa powieść "Na zawsze jutro" jest jego drugą książką.




8/

Alicja też była obecna na tym pamiętnym balu. Wtedy była jednak dla mnie tylko jedną z nic nie znaczących plam. Jej ojciec był Żydem, który w średnim wieku został Frankistą. Polski król uznał go za Polaka i nadał mu tytuł szlachecki. Złośliwi mówili, że sobie ten tytuł kupił, ale przecież tytuły zawsze były i są w taki czy inny sposób kupowane. Zresztą, jak to umiejętnie stwierdził Balzac, podstawą każdej fortuny i początkiem każdego wpływowego rodu jest zapomniana zbrodnia. Zapomniana ponieważ została umiejętnie przeprowadzona, pochodzenie tytułów nie ma więc żadnego znaczenia.
Jakub Frank był postacią wyjątkową – przeszedł z judaizmu na islam, z islamu na katolicyzm, a z katolicyzmu na prawosławie. Jego zachowanie można było wytłumaczyć tylko mistycznym boskim objawieniem albo oportunistycznym nihilizmem. Wspierający go finansowo, w większości bardzo ubodzy frankiści wierzyli w potęgę jego mesjańskiego objawienia, inni podziwiali bezczelną sprawność jego nihilizmu. Tak wielka bezczelność była rzadko spotykana w tysiącleciach poprzedniej historii i on nadał jej nowy wymiar.
Jakub Frank – jeden z wielkich artystów w historycznej komedii – jestem przekonany, że na w i e l e sposobów zabezpieczył sobie wpływy na tamtym świecie.
Nie wiem, czy ojciec Alicji wierzył w idee Jakuba Franka, czy też został polskim szlachcicem z wyrachowania, zbyt optymistycznie przewidując późniejszy rozwój wypadków. Ostatecznie nie miało to dla niego żadnej różnicy. Został zamordowany podczas ukraińskiego powstania, wchodzącemu w drogę Konfederacji Barskiej. Ukraińcy, jak każdy młody naród, pragnęli przekonać świat o swojej państwotwórczej namiętności poprzez szokujące okrucieństwo swoich czynów.
Świat widział podobną pasję wiele razy; tak czynili Chorwaci, oznajmiając światu, że nie chcą być częścią serbskiej Jugosławii. Tak czynili ponownie podczas kolejnych narodowych zrywów Ukraińcy, do niedawna zresztą z góry skazani na niepowodzenie przez geopolityczne konstelacje.
Ojciec Alicji zginąłby tak czy owak jako Żyd albo jako Polak, kwalifikował się pod nóż według zasady: Lach, żyd czy sobaka – wse wira odnaka.
Z jego morderców darli później na śniegu pasy członkowie Targowicy. Był to pierwowzór szczerej polsko-rosyjskiej współpracy niczym w Operacji Wisła półtora wieku później.

Alicja była Frankistką z krwi i kości, nieodzowna duchowa córka nowego mesjasza, ba, w środowiskach chasydzkich krążyły nawet plotki, że sam Jakub podczas wizyty na Podolu odbył długi, niekoniecznie czysto duchowy seans z jej matką. Wśród wielu oczywiście wzbudzała niechęć a nawet nienawiść swoją niewierzącą w ziemskie rytuały inteligencją. Nie pomagały w jej odbiorze przez pobożnych Żydów będące wkrótce publiczną tajemnicą jej niespożyte seksualne apetyty. Nie była ona konwencjonalną pięknością; miała bardzo wyraziste semickie, trochę azjatyckie rysy, które mógł docenić tylko prawdziwy koneser kobiecej urody. Koneser inteligentny, który potrafił ujrzeć w jej oczach bogatą, pełną łez, krwi i śluzu historię jej współziomków. Miała długie czarne włosy i jak miałem się później przekonać, równie kruczoczarny i gęsty zarost w okolicach płci. Gdyby zmieszać jej zdjęcie z obrazami w teście Roschacha, na pewno wywołałaby szok czerni. Ona nie miała z tego powodu żadnych kompleksów, była po frankowsku bezczelna, zadowolona z siebie i przekonana o swoim powabie. Nosiła swoje łonowe gniazdo z dumą, z jaką przewodniczący Mao nosił brodawkę na swojej dolnej wardze. Do dzisiaj chińskie banknoty przedstawiają przewodniczącego bez retuszu tej brodawki.
Alicja była jurna, pozbawiona skrupułów i wyrzutów sumienia. Zdradzała później wszystkich swoich mężów i niczym kukułka podkładająca swoje jaja do gniazd innych ptaków ona podstawiała wszystkim ptakom swoje gniazdo.
Cóż to, skoro pomimo tego całego „tłoku”, nic tam się nie wykluło. Alicja okazała się podwójnie wybrana; nie tylko należała do wybranego narodu, ale także do wybranego grona nieśmiertelnych.

Grażyna lubiła nasze wspólne przejażdżki konno, nasze wspólne kolacje i momenty, w których czule całowałem ją po oczach, uprzednio wziąwszy w obie ręce jej szlachetną, piękną twarz.
Alicja pożądała mnie i kochała.





Maciej Nowakowski - Na zawsze jutro Mamiko, 2005







Przemysław Zawal - " Komunikacja miejska"





Kilka słów o sobie: nazywam się Przemek Zawal, urodziłem się w 1979 roku.
Dotychczas publikowałem w Undergruncie, Toposie, Potrecie, lokalnych
dodatkach Gazety Wyborczej oraz kwartalniku internetowym Przesuw. Mieszkam w
Olsztynie, uczę języka angielskiego.



NEIL YOUNG

Gdybym mówił wszystkimi językami
ludzkości, a gitary bym nie miał,
byłbym Nietzche'm.



BOHUMIL HRABAL

Jestem uległy, dlatego piszę.
Ciągle proszą mnie o jakieś
nowe historyjki o tatuażach,
pierdzeniu i bekaniu.

Podtrzymuję więc wątek, tę wątłą nić.
Nie mam siły odmawiać. Jestem stary,
zmęczony, już powoli zaczyna oślepiać
mnie to słońce. Śnię koty, kolejowe stacje,

karmię gołębie. Potem napiszą, że wypadłem.


TYMOTEUSZ KARPOWICZ

Kim jest Zbigniew Machej? Dlaczego
mną się zajął? Czy zajął się, bo się
zapalił? Czy przy tym zajęciu palił
papierosy? A jeśli tak, to jakiej marki?
Polskie czy zagraniczne? Czy jeśli palił
polskie, to czy teraz Polska? A jeśli
zagraniczne, to czy teraz zagranica?
Czy kwestionariusz to polskie słowo?
Dlaczego właśnie ono? Czy chce
osiągnąć przez to jakiś cel?
Czy jest to cel satyryczny, artystyczny
czy statystyczny? A może trzy w jednym?
A jeśli tak, to może nie napisał wiersza,
tylko stworzył proszek albo szampon?
Czym się więc zajmuje? Jest li poetą?
Pisze stylem wysokim czy niskim?
Czy chce, by poezja trafiła pod strzechy?
Jeśli tak, to dlaczego moja? Dlaczego
więc nie napisze recenzji? Czy mu się
nie chce, czy nie rozumie? A może
rozumie i nie chce podzielić się wiedzą?
A jeśli już wszyscy zrozumieli? Skoro tak,
to dlaczego siedzą cicho? Czy posłuchali
prezydenta Francji? Czy czytał on moją poezję?
Jeśli tak, to czy się zląkł i dlatego grozi innym?
Czy kazał Machejowi napisać o mnie wiersz?
A może polecił to Czechom? Czy ci się
wymigali? Czy przeszli nad tym do porządku
dziennego? Czy zlecili to Machejowi?
Gdzie on właściwie mieszka? Tu czy tam?
A jeśli i tu, i tam, to skąd ja się tam wziąłem?
Dlaczego nie napisał do mnie listu? Czy zapłacono
mu za druk? A jeśli tak, to czy od linijki mu płacono,
czy od książki? A może wszystko, co mu zapłacono,
zjadły podatki? Czy kwestionariusz umieszczony
w internecie podlega opłacie podatkowej?
Co na to Minister Finansów? A co Komisja
Kultury? Dlaczego nie interweniują? Dlaczego
Gazeta Wyborcza nie umieściła przedruku?
Dlaczego Machej napisał ten "Kwestionariusz
Karpowiczowski"? Czy potrzebne mu są
odpowiedzi? Czy może jednak pytania?
Dlaczego nie ma odpowiednich rubryk,
aby je wypełnić? Czym jest jego poemat,
a czym mój? Żartem? Poematem korelatywnym?
Czym to tłumaczyć? Medytacją? Metafizyką?
Metą? Kim jest Zbigniew Machej?

Przemysław Zawal - "Komunikacja miejska" Mamiko








Blinde Passagiere. Pasażerowie na gapę.








Einsteigen - Aussteigen
(ein fahrplan statt einer einführung)



Noch nie ist es mir gelungen in Berlin um Ein Uhr nachts auszusteigen.
Jedes Mal wenn ich auf den Fahrplan schaue, scheint es, als
wäre Eins die einzige Zeit, in der ich es tun kann. Doch irgendetwas
stört, legt sich auf den Weg, liegt dort so lange bis die Uhren zu eilen
beginnen, zu beschleunigen, zu hetzen und Eins flüchtet. Es ist als
wäre zwischen mir und der Stadt eine Grenze, Gedärm, ein Magen
der jene verdaut, die sie überqueren wollen. Die Zollbeamten fressen
die Minuten wie Säure und legen Solitär. Sie schauen in die
Passphotos wie in die Karten des Gegners und sagen - "um eins will
dich dort niemand".
Der Hunger der Stadt wächst erst nach halbstündiger Erwartung.
Deshalb erreiche ich die Tische der Berliner Strassen um ein Uhr
zweiundfünfzig. Ich bin schon zu spät und weiß nicht wie mich die
Nacht aufnehmen wird. Ich steige ein, will die Stadt mit dem Bus
durchkreuzen, aber ich bin schon zu spät, obwohl der Bus kommt
während meine Verspätung weiter wächst. Obwohl ich zu spät bin,
lerne ich in dieser Verspätung rechtzeitig zu sein. Rechtzeitig an der
Masurenallee aussteigen, rechtzeitig am Hermannplatz aussteigen.
Rechtzeitig denken, dass man gleich da ist. In einer fremden Stadt
die eigene Stadt finden.
Ich steige aus, obwohl der Plan nichts erzählt von nächtlichen Kneipen,
in denen zwei Türken sitzen. Männer, die Passanten beobachten
um zwei Uhr dreißig. Typen, die glücklicherweise nicht rauskommen
um zu fragen wie spät es ist und wieso ich so sehr zu spät bin.
Zwei Kerle, denen ein warmer Hocker lieber ist als ein Gespräch mit
jemandem um zwei Uhr dreißig auf der Karl Marx Strasse. Und selbst
wenn ihnen ein Gespräch lieber wäre, was würde ich ihnen sagen.
"Wo ist this place I´m looking for?", die Zunge und die Grammatik zu
brechen fällt mir genauso leicht wie das Abnehmen des schweren
Rucksacks auf der Suche nach der zweiten Querstrasse und der
Tankstelle an der Ecke.
Ich steige aus und denke, wieso schaffe ich es nie in Berlin um Eins
auszusteigen. Wäre ich um Eins ausgestiegen, hätte ich dann dieselben
zwei Türken gesehen, mit denen ich um zwei Uhr dreißig lieber
nicht sprechen wollte. Hätte der Mann um zwei Uhr fünfundvierzig vor
meinen Augen die Morgenzeitungen in die Briefkästen an der Reuter-straße getan.
Waren alle wie ich so viel zu spät und doch immer noch rechtzeitig.
2:47 Geehrter Leser, wenn du, dieses Buch in der Hand, Zweifel
hast, wisse, dass du der blinde Passagier bist. Schaue nicht zurück,
schau in den Spiegel in der S-Bahnwand. Sobald du dieses Buch öffnest,
kaufst du eine Fahrkarte, die dich jedoch zu nichts berechtigt.
2:49 Du fragst: was ist das für eine Fahrkarte, die dir keine sichere
Reise erlaubt? Ich antworte: was ist das für eine Reise, in der die
Emotionen so genau gemessen sind wie die stetige Körpertemperatur.
2:51 Die Reise selbst darf nicht zu früh beginnen. Sie kann ein Erfolg
werden, wenn wir rechtzeitig da sind. Wir haben Glück, wenn wir es
im letzen Moment schaffen. Doch wenn es zu spät ist, kannst du die
Reise vergessen. Noch schlimmer ist es, wenn du an einem Ort stekken
bleibst, von dem du nicht einen Schritt in jedwede Richtung tun
kannst. Es bleiben jedoch Zweifel, ob das Ende tatsächlich so sein
muss?
2:55 Die Werbetafeln an der Haltestelle informieren über viele
Möglichkeiten, kauf einen Wagen, kauf Milch, kauf bei uns, kauf,
kauf, kauf. Du hast ein Buch gekauft. Du weißt nicht, wohin dich diese
Verschwendung führen wird.
Viel Glück, blinde Passagiere. Bon voyage...bye bye.
Tomek Zacharewicz




wsiadam - wysiadam
(czyli rozkład jazdy zamiast wstępu)



Jeszcze nigdy nie udało mi się wysiąść w Berlinie o pierwszej w nocy.
Za każdym razem, gdy patrzę na rozkład jazdy, wydaje się, że
pierwsza to jedyna pora, kiedy mogę to zrobić. Coś jednak przeszkadza,
kładzie się na drodze, leży tak długo, aż zegary zaczną pędzić,
przyspieszać, gonić i pierwsza ucieknie. Jest tak, jakby pomiędzy
mną a miastem była jakaś granica, trzewia, żołądek trawiący tych, co
chcą ją przekroczyć. Celnicy jak kwas zżerają minuty układając
pasjansa. Patrzą w zdjęcia paszportów jak w karty przeciwnika
i mówią - "o pierwszej nikt tam cię nie chce".
Głód miasta rośnie dopiero po półgodzinnym oczekiwaniu. Dlatego
docieram na stoły berlińskich ulic o pierwszej pięćdziesiąt dwa. Już
jestem spóźniony i nie wiem, jak przyjmie mnie noc. Wsiadam, chcę
przeciąć miasto autobusem, ale już jestem spóźniony, choć autobus
podjeżdża, gdy moje spóźnienie wciąż rośnie. Choć jestem spóźniony,
uczę się bycia w tym spóźnieniu na czas. Na czas wysiadać na
Masurenallee, na czas wysiadać na Hermannplatz. Na czas myśleć,
że już blisko. W obcym mieście odnaleźć własne miasto.
Wysiadam, choć plan nie mówi nic o nocnych knajpach, w których
siedzi dwóch Turków. Mężczyzn obserwujących przechodniów o drugiej
trzydzieści. Facetów, którzy na szczęście nie wyjdą zapytać,
która godzina i dlaczego jestem tak bardzo spóźniony. Dwóch gości,
którzy wolą wygrzany stołek od rozmowy z kimś o drugiej trzydzieści
na Karl Marx Strasse. Nawet gdyby woleli rozmowę, co bym im
powiedział. "Wo ist this place I'm looking for?", łamanie języków i gramatyki
przychodzi mi tak samo łatwo jak zrzucenie ciężkiego plecaka
w trakcie poszukiwań drugiej przecznicy i stacji benzynowej na rogu.
Wysiadam i myślę, dlaczego nigdy nie mogę wysiąść w Berlinie
o pierwszej. Czy gdybym wysiadł o pierwszej, zobaczyłbym tych
samych dwóch Turków, z którymi o drugiej trzydzieści wolałem nie
rozmawiać. Czy mężczyzna o drugiej czterdzieści pięć na moich
oczach wkładałby poranne gazety do skrzynek na Reuterstrasse.
Czy wszyscy tak jak ja, byliby tak bardzo spóźnieni ale jednak wciąż
na czas.
2:47 Szanowny czytelniku, jeśli masz wątpliwości trzymając w ręce tę
książkę, wiedz, że to ty jesteś pasażerem na gapę. Nie oglądaj się za
siebie, spójrz w lustro utkwione w ścianie metra. Otwierając książkę
kupujesz bilet, który jednak do niczego cię nie uprawnia.
2:49 Pytasz: co to za bilet, który nie pozwoli mi bezpiecznie
podróżować? Odpowiem: co to za podróż, w której emocje są tak
dokładnie zmierzone jak stała temperatura ciała.
2:51 Sama podróż nie może się rozpocząć zbyt wcześnie. Ma szansę
powodzenia, kiedy jesteśmy na czas. Mamy szczęście, gdy uda
nam się przybyć w ostatniej chwili. Gdy jest jednak za późno,
o podróży możesz zapomnieć. Jeszcze gorzej, gdy utkniesz w miejscu,
z którego nie możesz zrobić nawet kroku w dowolnym kierunku.
Pozostają jednak wątpliwości, czy rzeczywiście taki musi być koniec?
2:55 Reklamy rozwieszone na stacji informują o wielu możliwościach,
kup samochód, kup mleko, kup u nas, kup, kup, kup. Kupiłeś książkę.
Nie wiesz, dokąd taka rozrzutność cię zaprowadzi.
Powodzenia pasażerowie na gapę. Bon voyage....papa.
Tomek Zacharewicz

Blinde Passagiere. Pasażerowie na gapę Mamiko,






Exodus - Arkadiusz Sann


      Pasją Arkadiusza Sanna (ur. 1959) jest pisanie. Literatura, to jego idee fixe. Pisze od 21 roku życia. W 1982 roku tygodnik Na przełaj przyznał mu w konkursie &#8220;Fragment życiorysu” III miejsce za reportaż Kanał 1980. Jego właściwy debiut nastąpił jednak w 1991 roku na łamach miesięcznika Easy Rider, gdzie ukazało się jego opowiadanie Plebejusze.
      Przez 10 lat pracował jako robotnik. W 1992 roku wyjechał do Holandii, gdzie przebywał 8 lat. Zebrane tam obserwacje i doświadczenia zawarł w powieści EXODUS.
      A. Sann jest autorem również dwóch zbiorów opowiadań (w tym jednego dla dzieci i młodzieży) oraz obszernej powieści z gatunku Entwicklungsroman - wszystkie te utwory są obecnie przygotowywane do druku.

Exodus - Arkadiusz Sann Mamiko, 2002










Michał Zantman - Krajobraz z atramentowym wieczorem


Michał Zantman ur. w 1965 r. w Krakowie. Jest absolwentem Wydziału Prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim.


Fragment "Krajobrazu z atramentowym wieczorem"

Śniło mu się, że
      s i ę o b u d z i ł .
      W kawiarni.
      Yyy... To znaczy... Ten tego... - nie znosił takich sytuacji.
      Szczególnie nie znosił, kiedy ktoś przyglądał mu się ukradkiem. A tak właśnie zachowywała się, choć nie było to grzeczne, krzątająca się pomiędzy stolikami, kelnerka.
      Dlaczego ona tak mi się przygląda? - Ojciec wyjął z kieszeni srebrną monetę i położył ją na obrusie.
      Czy nie powinien był położyć na obrusie jeszcze jednej monety?
      Zdjął z wieszaka płaszcz. Owinął się szalikiem
      Ciekawe...
      Ciekawe, że we śnie zaprzątał sobie głowę tak nieistotnymi szczegółami.
      Może właśnie dlatego, siedzący przy sąsiednim stoliku, ludzie (dwóch mężczyzn i kobieta) zachichotali, kiedy mijał ich, zmierzając niechybnie do wyjścia.
      Kelnerka uchyliła przed nim szklane drzwi i, z właściwą sobie, wymuszoną uprzejmością, wypchnęła go w ciemność.
      Ciemność zabulgotała. Zmarszczyła się. Wchłonęła go, wciągnęła do środka.
      Odpychając się od niej rękami, Ojciec zaczął iść. W miarę możliwości, przed siebie. Ostrożnie, by nie wpaść na żadną z ustawionych wokół rynku kamieniczek.
      Tuż przed nim przemknął jakiś cień. I pasek. Jasny pasek piżamy, wystającej prawdopodobnie spod kurtki.
      Szybko przemknął i, równie szybko, rozpłynął się.
      Ojciec znieruchomiał.
      Cofnął się.
      Najlepszy dowód, że to tylko sen. - pomyślał. Któż snułby się po nocy w piżamie wystającej mu spod kurtki?..
      Tak, tak... Nie ma się nad czym zastanawiać. Takie rzeczy - przekonywał sam siebie - zdarzają się tylko w snach.
      Ba... Byłoby wręcz dziwne, gdyby nic podobnego się nie wydarzyło.
      Utwierdziwszy się w tym przekonaniu, znów zaczął iść.
      Znów przed siebie.
      I znów ostrożnie.
      Aż wreszcie doszedł do miejsca, w którym nie sposób było nie postawić sobie pytania; dokąd?., dokąd ja właściwie idę?
      Zatrzymał się.
      Może do domu?..
      Może.
      Tylko, do którego domu?
      Zapalił zapałkę.
      W świetle zapałki pojawił się dom.
      Czy o ten dom mu chodziło?
      Kto wie?
      Zapaliwszy drugą zapałkę, pierwsza bowiem zgasła, Ojciec podkradł się do bramy. Nacisnął klamkę. Szarpnął z całej siły.
      Dom zatrząsł się, zachwiał.






A kogóż tam niesie?!
      - wyrzucony gwałtownym szarpnięciem z łóżka, Dozorca uderzył głową o coś twardego.
      Już idę!
      Idę, idę! - wsunął pantofle i udał się w kierunku, z którego dochodziło natarczywe pukanie.
      Jednak, zamiast na bramę, natknął się tam na pustą, zimną ścianę.
      Ściana. - zauważył. Zważywszy na późną porę, bardzo przytomnie.
      Pukanie, stopniowo przechodzące w łomotanie, rozległo się na drugim końcu domu.
      Ileż ten dom ma końców?
      Dozorca niechętnie zawrócił.
      Zaraz! Nie pali się przecież!
      Na drugim końcu domu wpadł na ścianę.
      Zrobiło mu się gorąco.
      Natarczywe, pełne zniecierpliwienia łomotanie pojawiło się z tyłu... W oddali.
      Dobra, dobra... W porządku.
      Po co się denerwować! - krzyknął, przekopując się przez zapchany ciemnością korytarz.
      Korytarz ciągnął się. Zakręcał, rozgałęział i znów się łączył, ale nigdzie, w żadnym miejscu nie kończył się bramą. Czy, chociażby tylko, czymś do bramy podobnym.
      Niedobrze...
      Bardzo niedobrze. - Dozorca przyłożył ucho do ściany.
      Łomotanie ustało.
      Tak nagle?
      Coraz gorzej.
      Ktoś tam, na zewnątrz, potrzebuje pomocy, a ja nie potrafię, w żaden sposób, mu pomóc. Co ze mnie za dozorca? - ponownie zawrócił.
      Pobiegł tam, skąd nie dochodził już żaden, nawet najcichszy, odgłos.
      Gdzie my mamy latarkę? Albo lampę naftową? - obudził żonę.
      Daj spokój... Głowa mnie boli...
      Nie mam ochoty... - postękując, żona przewróciła się na drugi bok.
      Sprawdź pod łóżkiem. - dodała, oprzytomniawszy nieco.
      Ewentualnie, w szufladzie.
      Dozorca sprawdził. Pod łóżkiem.
      O! Chyba mam! - sięgnąwszy głębiej, natknął się na, pokryty grubą warstwą kurzu, telefon.
      A, nie... To tylko telefon... - ostrożnie podniósł słuchawkę.
      Halo!..
      W słuchawce rozległ się trzask. A zaraz potem zapadła głucha cisza. Dozorca wsłuchiwał się w nią przez dłuższą chwilę z zapartym tchem.
      Halo... Jest tam kto?! - nacisnął widełki. Przekręcił tarczą.
      Trzask pojawił się ponownie.
      Tak, słucham... Tu Doktor taki a taki...
      O, przepraszam.
      Najmocniej pana przepraszam... Ja tylko chciałem sprawdzić czy mój telefon działa.
      Ależ śmiało. Proszę się nie wstydzić. Co panu dolega?- głos, który,
      jak się wydaje, należał do jakiegoś doktora, zrobił na Dozorcy na tyle dobre wrażenie, że postanowił, na razie, nie odkładać słuchawki. Nie mógł jednak wydobyć z siebie słowa.
      Nie ma powodów do obaw. Proszę mówić... Śmiało... - Doktor był, doprawdy, bardzo wyrozumiały.
      Biorąc pod uwagę późną porę - jego sposób wyrażania się budził zaufanie - rozumiem, że pański problem to bezsenność.
      Mam rację?
      Właśnie... Otóż to, doktorze. Bardzo trafnie pan to ujął. Nie mogę spać - trzymając telefon między kolanami, Dozorca usadowił się na brzegu łóżka.
      To znaczy, śpię sobie smacznie, aż tu nagle!..
      'Nagle', powiada pan? - tkwiący przy aparacie w odległym zakątku nocy, Doktor notował sobie każde słowo.
      Tak jest doktorze; nagle! Nagle jak ktoś nie zacznie dobijać się do bramy.
      Wyrwany ze snu wstaję i idę otworzyć, ale nigdzie nie mogę się natknąć na bramę.
      Chodzę tam i z powrotem po ciemnym korytarzu, a bramy jak nie było, tak nie ma.
      Zniechęcony wracam do pokoju. Zaczynam szukać pod łóżkiem lampy naftowej, ale zamiast na lampę natrafiam na telefon.
      Coś takiego. Zamiast na lampę, natrafia pan na telefon?.. - trudno powiedzieć czemu akurat ten szczegół wydał się Doktorowi tak interesujący.
      No, no... Rzeczywiście, to dość nieprzyjemne objawy.
      Aczkolwiek, o tej porze roku, całkowicie uzasadnione. - szelest kartek świadczył o tym, że Doktor przekartkowuje kalendarzyk. Prawdopodobnie, by ustalić o jaką porę roku tu może chodzić.
      Kaszle pan? - zapytał. Po dłuższym namyśle.
      Nie.
      Ma pan dreszcze?
      Nie.
      Gorączkę?
      Katar?..
      Też nie?.. Oj, to niedobrze... - znów chyba coś sobie zanotował.
      Ale od czegóż, drogi panie, medycyna. Już my się z tym uporamy.
      Spokojna głowa. - niewiadomo dlaczego używał liczby mnogiej.
      Profilaktyka, mój drogi panie. Tylko profilaktyka!
      Zapobiegać, a dopiero potem leczyć!
      Leczyć! Leczyć! I jeszcze raz leczyć! Oto nasza dewiza. - znów ta liczba mnoga.
      Ale co leczyć?.. Skutki? Kiedy jest już za późno?
      Oczywiście, że nie. Nie skutki. Przyczyny. Przyczyny, mój drogi panie.
      Zdławić chorobę w zarodku. Dopaść ją, gdy jeszcze wcale nie jest chorobą. Gdy jeszcze wcale jej nie ma. Oto nasze - co się dzieje? - podstawowe zadanie.
      Tu chyba trochę się zapędził. Na szczęście, w porę się zreflektował.
      Czy często się to panu przytrafia?
      ...
      Proszę?
      Ach, tak...
      Tak... - Dozorca ledwie nadążał za potokiem docierających do niego słów.
      Tak. - opanował się.
      Dzisiejszej nocy już przynajmniej raz.
      Raz, pan powiada?..
      Czyli należy przyjąć, że dosyć często. - Doktor nie przypuszczał, że sytuacja rozwinie się w tym kierunku.
      Przyznam - nie zamierzał niczego ukrywać - że to nieco komplikuje postawienie diagnozy.
      Jak bardzo?
      Tego, na razie, nie wiem. Ale (w tym 'ale' tkwiła odpowiedź) już ja się dowiem.
      Póki co, proszę zachować spokój. Przede wszystkim spokój.
      Nie chodzić bez ważnego powodu. Nie przechadzać się. Nie spacerować. Po prostu, leżeć. Dużo leżeć.
      Wygrzewać się.
      I wypoczywać.
Wypoczywać i jeszcze raz wypoczywać. - ukłoniwszy się z szacunkiem, Doktor odłożył słuchawkę.
      Urwanie głowy z tymi pacjentami.
      Zamyślił się. I w tym stanie usiadł.
      Na krześle.
      Przy stole.
      Krzesło. - pomyślał sobie, mimochodem.
      A zaraz obok krzesła stół. - myśl jego poczęła zataczać coraz szersze kręgi. Wydłużyła się i, niespodziewanie, dotknęła swym końcem mężczyznę, siedzącego po drugiej stronie stołu.
      Sprowokowany do zabrania głosu, zdumionym, oczekującym wyjaśnień spojrzeniem, mężczyzna poprawił się na krześle.
      Całkowicie - oświadczył - podzielam pański punkt widzenia.
      Jakkolwiek, powiadam, jednakowoż.., nie tylko stół. I nie tylko krzesło.
     Również, proszę nie mieć mi tego za złe, flakon, serwetka, obrus. Zwłaszcza obrus. Proszę mi zaufać. A mówię to panu jako wieloletni sędzia, choć obecnie w stanie spoczynku. (Więc mężczyzna był Sędzią... Kto by przypuszczał?)
      Jaki tam flakon... W najlepszym razie flakonik... – Doktor niezupełnie się zgadzał z takim postawieniem sprawy. A prawdopodobnie już wtedy stało się dlań jasne, że na kolanach Sędziego siedzi kobieta.
      Skoro flakonik, to czemu nie stolik i nie krzesełko... – trzymając się kurczowo kobiety, Sędzia bez pośpiechu rozwijał swą błyskotliwą, pozbawioną słabych punktów argumentację.
      Krzesełko, stolik, flakonik? – Doktor w porę wyczuł, że cała ta rozmowa zmierza donikąd.
      O, proszę spojrzeć, jaki przyjemny dywan. – bardzo inteligentnie zmienił temat.
      Dywanik. Moim zdaniem, dywanik.
      Dywan.
      Nie dajmy się ponieść emocjom, drogi panie; dywanik.
      A ja twierdzę, że dywan!
      Nic podobnego! Nic podobnego!.. - mężczyźni coraz wyżej podnosili swe, skądinąd typowo męskie, niskie głosy.
      Co gorsza, coraz bardziej przypominali mężczyzn siedzących, nie tak dawno temu, czyli innymi słowy, niedaleko stąd, w zagubionej pośród nocy kawiarni.
      Ale komu przypominali? Chyba nie sobie?
      Oczywiście, że nie. Nawet oni nie byli aż tak nierozsądni, by przypominać sobie to, czego już nie było.
      Albo raczej było, tylko gdzie indziej. W innej chwili. W innym miejscu. Daleko poza tym, co skłonni bylibyśmy nazwać teraźniejszością.
      Jeśli więc przypominali owych mężczyzn, to głównie z wyglądu.
      Nie bez znaczenia był też fakt, że towarzyszyła im kobieta, którą, choć może nie należy tego rozgłaszać, jeden z nich trzymał na kolanach.
      Cóż za niefortunne i godne ubolewania podobieństwo.
      Ale czy można się dziwić? Zimowe, bezkresne noce, takie jak ta, miały to do siebie, że nikt w nich nie mógł czuć się bezpieczny. I obojętne czy przebywał tu na stałe, czy tylko przejazdem, myślał głównie o tym, rzecz jasna nie dając niczego po sobie poznać, by jak najszybciej się stąd wydostać. Co, wbrew pozorom, wcale nie było trudne. Wystarczyło wstać od stołu, a zdaje się, że Sędzia pierwszy to zrozumiał. Otworzyć drzwi. Przejść aż do kamiennych, wąskich schodów. Schodami zejść na dolny korytarz, na końcu którego, w szczelinie, powstałej w niedomkniętej bramie, majaczył szary, powleczony śniegiem świt.
      Majaczył?
      Raczej wstawał.
      To bardziej odpowiednie określenie.



      Świt (który, podobno, w pewnych kręgach uchodzi za przeciwieństwo zmierzchu) wstawał. Podnosił.., wznosił się, coraz wyżej i wyżej, ciągnąc za sobą, przywiązane doń cienkimi niteczkami, domy, drzewa, ulice...
      Aż wreszcie zastygł. Rozpostarł się w dal, w głąb prześwitującego spod spodu, znajdującego się tuż za nim dnia. Dnia, który sprawiał wrażenie pustego, pozbawionego szczegółów i dopiero czekał aż, sunące powoli w jego kierunku, ulice wypełnią go bliżej nieokreśloną treścią.
      Pozszywane ulicami, ustawione na lodowych płytach domy, przemieszczały się, obfotografowując, rozciągniętą wokół nich przestrzeń, wycelowanymi w nią oknami. A każde z okien zabierało z sobą inny jej aspekt, w każdym mieściło się inne ujęcie.
      Na przykład; pusta, przypominająca kawałek rozbitego lustra, połać rynku, obrzeżona wygiętymi od mrozu, poodklejanymi od brudnego nieba fasadami domów...
      Stercząca ponad krawędzią jakiegoś dachu biała, kłębiasta chmura.
      Sople lodu, zwisające z rynien.
      Wyłom, wijącej się między domami, urywającej się nagle, uliczki.
      Czeluść podwórka, zakończona przechylonym czarnym płotem...
      Skrawek nieba wygnieciony, opierającym się o niego, cieniem starej, skrzypiącej kamienicy.
      Albo kawałek horyzontu, rozpięty, niczym sznurek, między dwoma ścianami...
      Lub zimna, ocierająca się o komin, słoneczna kula.
      Wrony na śniegu, w pustej parkowej alejce.
      I wiele bardzo podobnych.
      Ale tylko za jednym z okien rosło niewysokie, samotne drzewko.
      I właśnie temu drzewku przyglądałem się z głębi swojego pokoju, siedząc na łóżku, gdy ktoś zapukał do drzwi.
      ...
      Kto? Nie wiem, gdyż z powodów osobistych postanowiłem nie kontynuować tego wątku.
      Na wszelki jednak wypadek, zerwałem się z łóżka. Zasłoniłem okno.

      Cisza.





Michał Zantman - Krajobraz z atramentowym wieczorem Mamiko, 2006












Tomik wierszy Samanthy Kitsch pod tytułem Bahama ukazał się nakładem wydawnictwa Czasu Kultury, Obserwator. Wiersze Samanthy Kitsch publikowały następujące czasopisma: Odra, Kresy, Studium, Zeszyty Literackie, Czas Kultury, Kwartalnik Artystyczny, Kartki, Res Publica Nowa, B1, Chicago Review i Przegląd Polski Nowego Dziennika.

W styczniu 2006 r. Mamiko wydało "25 wierszy" Samanthy Kitsch.
Prezentujemy kilka wierszy z nowego tomiku.




W samo południe


Jedź sto mil na północ i dwa
tysiące na zachód. Skręć w prawo,
w lewo, potem w lewo-prawo.
Zobaczysz stację benzynową,
maleńki bar i motel. W tle
pagórek z wygryzionym lasem.
Prawda, że tu kiedyś byłeś?
Masz w uszach własny głos,
kupowałeś kawę i słoneczne
okulary. Twój głos ostrzejszy,
bez chrypki. Lepsza pogoda,
bez mgiełki, wyraźne kontury.

Młody odkrywca – to nic,
że powtarzałeś czyjąś trasę,
rolę. A teraz? Stoisz na parkingu
nieruchomy, jakbyś się wahał,
czy nie wejść w jakąś inną
rzeczywistość, nie stać się
kimś innym. Pocisz się, drga
nagrzane powietrze. Bar i maleńki
motel, pagórek i wygryziony
las, dwie krzyżujące się drogi,
drogowskazy. Zrobisz,
co zechcesz – nie masz wyboru.



Lila


w kamienicy z surowej cegły
ktoś pomalował drzwi, framugę, pięć
schodków, poręcz i dwie kolumienki
grubą warstwą farby koloru
LILA/PURPURA/FIOLET
coś pomiędzy bzem a piwonią
ale ostre, błyszcząco-rażące –
&#8220;świeżo malowane” na dobre pięć lat

      przyszedł doktor był pijany
      i przylepił się do ściany


dom z liliową szminką na ustach
dom w fioletowych majtkach
w śliniaku, po którym ściekła
cała porcja włoskich jagodowych lodów

      a ściana była mokra
      więc przylepił się do okna
      a że okno było duże
      więc wyleciał na podwórze


na którym surowa cegła, śmiecie
rdza i kurz, popękany beton?

nie, za domem ogródek –
fragmenty muru porósł bluszcz
soczysta trawa lśni pod oknem gdzie rano nie sięga
cień ogromnego śmierdzącego drzewa ailanthus
i gospodyni rodem z Gwinei
w wiśniowej halce podlewa malwy

      przyszedł malarz był naćpany
      i patrzcie jest kopiowany


po tygodniu fiołkowy pąs
szerzy się, jakby dzielnicę zaraził liszaj –
pleśń lubująca się w cegle
i odrapanym tynku –

maść na brzydotę
dezynfekcja
substytut wiecznej wiosny
wiecznie pnących róż




Fatamorgana


popękana nierówna równina
rozdroża suchych potoków
kaktusy zeschnięte pędy
rdzawa ziemia kamienie piach

      znów ktoś na desce surfingowej
      sunie lawirując między kaktusami
      napięty żagielek w ostre pasy:
      karmin – oranż – biel – fiolet
      figura jaskółki kostium płetwonurka
      wiecznie młody uśmiech

kaktusy różnego wzrostu
beczkowate fallusowate wielorękie
z rozczapierzonymi dłońmi szpikulców
w kotlinie cały ich las-sad

      i cała grupa: wielobarwni w dziwnych pozach
      gdy slalom coraz bardziej ryzykowny –
      żeby tylko nie rozdarły kolce
      przechylonych do poziomu żagli!
      z tyłu kilku na snowboardach
      sam kąt nachylenia ciała nadaje im pęd

zamyka się za nimi na horyzoncie
sinoniebieskie wulkaniczne pasmo
chmura pyłu opada –
zostawili po sobie idealną widoczność



Łąki
[...tę jedyną]


żołnierz drogą maszerował
łąki zapadały się w równinę

szedł niebezpiecznie blisko deszczu
łąki pięły się w górę potoków
ważki wstrzymywały oddech
kwitły sady stalagmitów
i mgła podmywająca krater

to jest piosenka o piosence:
pogoda drżała na wietrze
rozgrzany granit pachniał sianem
i łąki w pajęczynach rozdroży
to jest piosenka o piosence
ale morze raz jest a raz go nie ma

szedł niebezpiecznie blisko deszczu
ale morze raz jest a raz go nie ma
jałowce iskrami zasypały parów
tak ostro ptak okręcał widnokrąg
aż pękł lodowy cumulus
łąka rozkołysała całą przepaść


Samantha Kitsch - 25 wierszy Mamiko, 2006







Kinga Witowska - Lustro



                    



Kinga Witowska urodziła się w 1977 roku w Nowym Sączu. Nie praktykująca nauczycielka języka angielskiego. Od ponad pięciu lat mieszka w Londynie, gdzie pracuje i studiuje (translatoryka). Mocno stąpa po ziemi, choć głowę ma w chmurach

PARK

Miasteczko na południu kraju. Pochmurne niebo, nie pada deszcz. Na ławce przy bocznej alejce siedzi kobieta, lat około trzydziestu, elegancko ubrana. Pisze. Dosiada się do niej inna, w zbliżonym wieku. Jest to przypadkowe spotkanie, nie znają się.

KOBIETA 1
Park przenika moje życie.

KOBIETA 2
Proszę?

KOBIETA 1
Park przenika moje życie.

KOBIETA 2
Hm?

KOBIETA 1
Nie zdawałam sobie z tego sprawy aż do dzisiaj, gdy usiadłam na ławce.

KOBIETA 2 przygląda się zdziwiona.

KOBIETA 1
Towarzyszy mi w różnych momentach, tych dobrych i tych mniej, tak jak dziś kiedy czekam na godzinę szesnastą aby wreszcie stąd uciec. Jest partnerem w drodze do pracy. Wtedy jest najbardziej wesoły i tętni życiem. Wypełniają go urwisy z pobliskiego liceum. Jednakże dzisiaj park jest niemal pusty.

KOBIETA 2
Tylko dwie ławki zajęte przez pojedyncze osoby.

KOBIETA 1
Pewnie tak jak ja wyczekujące czegoś.

KOBIETA 2
Oprócz tego jacyś ludzie wędrujący po alejkach jak po labiryncie.

KOBIETA 1
Żeby jak najszybciej znaleźć wyjście! Śpieszą się! Chcą dotrzeć do wyznaczonego celu. Tylko jeden mężczyzna powłóczył nogami i obrzucał mnie spojrzeniem mówiącym „co ty głupia tyle piszesz?”. Co go to obchodzi?! Był pijany...Przypomniało mi się, jak siedziałam tutaj z K. Nie, to było na innej ławce...i ponad dwa lata temu. Miałam na sobie czarna, długą sukienkę, piliśmy piwo a obok nas co chwilę przechodzili jacyś ludzie, choć było już późno. Prawie tak jak ostatnio, gdy wymienialiśmy poglądy na temat poczynań NATO i tragedii uchodźców. Na moment zrobiło się bardzo politycznie. Patrząc na niebo stwierdziliśmy, że i tak pewnie kiedyś jakiś asteroid rozwali ziemię, więc dlaczego by się nie zabić?

KOBIETA 2
Co?

KOBIETA 1
Takie małe zbiorowe samobójstwo, przecież życie i tak nie ma sensu. Potem porozmawialiśmy trochę o problemach sercowych naszej wspólnej koleżanki, za którą, nie będę ukrywać, nie przepadam. Wspomnienia wspólnych chwil sprzed czasu, gdy jedno dziwne wydarzenie namieszało między nami, wypełniały nam kolejne minuty. Potem skończyło nam się piwo i poszliśmy dalej.

KOBIETA 2
Tym razem park był tylko jednym z przystanków w drodze przez miasto?

KOBIETA 1
Tak...Kiedyś, gdy siedzieliśmy tu razem zastanawialiśmy się, czy może przypadkiem jest tu ktoś oprócz nas, kto teraz rozmawia o wierszach. Wybuchliśmy śmiechem. Wydawało nam się to niemożliwe patrząc na tych, którzy wypełniali puste miejsca.... Wracając do rzeczywistości. Świat skończył się półtorej godziny temu. Po raz kolejny. Teraz siedzi w pokoju najebany jak świnia, a ja myślę co można zrobić, żeby się stąd wyprowadzić.

KOBIETA 2
Na dobre?

KOBIETA 1
Na dobre. Tymczasem uciekam w świat parku. Kolejny raz on daje mi schronienie. Zastanawiam się jak wyglądałoby moje życie gdyby nie on. Może siedziałabym teraz na dworcu. Pewnie w jakimś barze przy stoliku z kubkiem soku jabłkowego. Hasło na kapslu brzmiałoby zapewne „zniewalasz mnie”. Obok siedziałby długowłosy mężczyzna pijący herbatę z cytryną z przydworcowej szklanki, czytałby kolorowe czasopismo, patrzył przez szybę na pozostałą część dworca i tak jak ja obserwował ludzi. Na mnie nie patrzyłby w ogóle. Za mną siedziałaby staruszka czytająca na głos gazetę i robiąca ołówkiem notatki. Stoły jak zwykle byłyby klejące, we flakonach stały nierozwinięty jeszcze bez, bo przecież to dopiero połowa kwietnia, a ja musiałabym pić mój sok bardzo powoli, żeby pani sprzedająca nie nalegała na zakup czegoś nowego. Napisy coca cola i fanta stanowiłyby dziwny mariaż z napisem społem na cukierniczce, w której znajdowałby się cukier. Może nawet pomyślałabym aby podejść do tego mężczyzny żeby wypełnić sobie czas chwilą rozmowy. Ale pewnie jak zwykle moja nieśmiałość nie pozwoliłaby mi na to i kazała trwać przy swoim stoliku z widokiem na stertę brudnych naczyń. Najgorsze byłyby spojrzenia bezdomnych. Pewnie podszedłby do mnie jakiś pan i poprosił o pieniądze na zupę. Odpowiedziałabym, że nie mam, a zaraz potem pożałowałabym tego, ale było mi głupio powiedzieć, że skłamałam. Pani w okienku niegrzecznym tonem odmówiłaby głodnemu panu, a ta staruszka czytająca gazetę dałaby mu złotówkę na żurek. Jedno nie ulega wątpliwości... Tak jak teraz w parku, na dworcu też chciałoby mi się płakać. Może nawet bardziej, bo napis „samoobsługa” nad okienkiem niemiłej pani nie wzbudzałby we mnie uśmiechu, tak jak mimowolnie i nieświadomie robią to drzewa.

KOBIETA 2
A może wszystko wyglądałoby inaczej?

KOBIETA 1
Inaczej?

KOBIETA 2
Może siedziałaby pani na dworcu autobusowym, na zielonej ławce przy drugim stanowisku, tyłem do kierowców taksówek, którzy tam razem nie zadawaliby głupich pytań. Przeszłaby obok pani kobieta z dwoma córkami, a każda z nich trzymałaby dwie duże reklamówki. Młodsza córka ubrana byłaby różową sukienkę, a starsza miałaby spodnie w kwiaty. Jakiś chłopak powiedziałby pani, że ma pani ładne okulary. Rozbawiłoby to panią, ale rzuciłaby pani tylko krótki uśmiech, bo miałby na nogach sportowe buty nie wiadomo jakiej firmy i włosy koloru musztardy.

KOBIETA 1
Ha ha.

KOBIETA 2
Ucieczka w park jest dobrym sposobem na zapomnienie i wstęp do nowego pojmowania rzeczywistości, jednakże smutek realnego świata nie pozwala do końca zatracić się w parku i tak po prostu nie pamiętać, nie dostrzegać, nie przejmować się.

KOBIETA 1
Są rzeczy, sytuacje i osoby, zwłaszcza te ostatnie, z którymi park niestety nie może dać sobie rady.

KOBIETA 2
Właśnie.

KOBIETA 1
To czego najbardziej nie lubię to kłamstwo. Kłamstwo! Wie pani, że według słownika języka polskiego kłamstwo to „twierdzenie niezgodne z rzeczywistością, wypowiedziane z zamiarem wprowadzenia kogoś w błąd.”? Fałsz, łgarstwo, nieprawda.

KOBIETA 2
Bezczelne, wierutne kłamstwo.

KOBIETA 1
Uciekać się do kłamstwa.

KOBIETA 2
Nie skalać się kłamstwem!

KOBIETA 1
Przyłapać kogoś na kłamstwie!

KOBIETA 2
Kłamstwo się wydało!

KOBIETA 1
Kłamstwo ma krótkie nogi!

KOBIETA 2
Kłamstwo, kłamstwa, kłamstwu, kłamstwie!

KOBIETA 1
Kłamstewko, kłamanie, oszustwo!

KOBIETA 2
Nieprawda, zafałszowanie, wymysł, fantazja!

KOBIETA 1
Koloryzacja, konfabulacja, mistyfikacja!

KOBIETA 2
Fikcja. Do wyboru!

KOBIETA 1
Skłamał po raz kolejny w dniu gdy kot cierpiał po operacji sterylizacji, a potem powiedział, że to ja przyczyniłam się do rozpadu jego małżeństwa.

KOBIETA 2
Ty też skłamałaś.

KOBIETA 1
Park nie istnieje.


Kinga Witowska - Lustro Mamiko, 2006






Elżbieta Maria Śmigielski - " Wzlot do początku "







Prawda

Prawda prastara, Prawda prawieczna;
mądra, logiczna; Prawda bezsprzeczna.
Z Boskiego tronu Prawda ta płynie,
W Jej Swiętym blasku fałszu blichtr ginie.
Od prawieczności po wieczność działa;
niepodważalna, twarda jak skała.

Wszystko zawiera, dumna, wspaniała
a w swej prostocie, jest doskonała!
Więc się w swej formie nigdy nie zmienia.
Nie potrzebuje też dopełnienia.

Prawda nam w Żywym Słowie jest dana.
To miłosierdzie, to łaska Pana.
Żywym nas Słowem Prawdy przepoi,
wyłącznie ten kto sam w Świetle stoi.
Posłowie Światła mają Je w pieczy,
czyli Syn Boży i Syn Człowieczy.

Kto zgodnie z Prawdą pokornie żyje
nigdy złą karmą się nie okryje.
A karma dusi, ducha zniewala,
wznieść się do raju bram nie pozwala.

Jedyna droga Prawdy poznania
poprzez wnikliwe wiedzie badania.

Kto ślepą wiarą przewiąże oczy
ten z prostej drogi nichybnie zboczy.
Wkroczy w labirynt z pół-prawd zrobiony,
tępym dogmatem w nicość wiedziony.
A wolnej woli skarb mu nadany
w cudzych poglądów skuje kajdany.

Prawda prastara, Prawda prawieczna;
mądra, logiczna; Prawda bezsprzeczna.
Na niej oparte Stworzenie Prawa,
wszelkiego bytu trwała podstawa.

            Kłodzko, Polska, czerwiec 2005


Dla Ciebie Mamo

Mateczko moja, matuchno miła,
Tyś mnie przed laty w bólach powiła.

Choć ból przeszywał Twe młode ciało,
serce matczyne dziecię witało.

Łzy w Twoich oczach i w mych się szkliły,
gdy mnie ramiona Twe otuliły.

Mateczko moja , matuchno miła,
Tyś nad kołyską mą się trwożyła.

Tak rok po roku, w każdą godzinę
trwoga przeszywa serce matczyne.

Czy zdrowo rośnie, czy się nie zrani?
Czy się nie zgubi w złych dróg otchłani?

Trwoga matczyna, trwoga o dziecię,
największym skarbem jest na tym świecie.

Lecz uśmiech dziecka tyci, malutki,
jest w stanie rozwiać największe smutki.

Mateczko moja, matuchno miła,
Tyś mi przez lata piosnki nuciła.

Nowe psikusy wciąż wymyślałaś.
Srebrzystym śmiechem i szczęściem brzmiałaś.

Choć Twoja radość i piosnki nutki,
kryły głębokie troski i smutki.

Tyś mnie poiła radością czystą,
dziś więc nie umiem być pesymistą.

Śmiech, żart, śpiewanie, radości siła;
te skarby w sercu moim wyryłaś.

Mateczko moja, matuchno miła,
Tyś mi ostoją w dzieciństwie była.

Tyś mnie uczyła jak żyć i kochać,
nad losem ptaszka małego szlochać.

Dzięki Twej trosce i Twej miłości,
nie umiem w sercu mym trzymać złości.

Wrażliwość, dobroć, miłości siła,
te skarby w sercu miom wyryłaś.

Mateczko Moja , matuchno miła,
zawsze się w Tobie nadzieja tliła.

Podążaj ścieżką własnej nauki,
nadziei, śmiechu, radości sztuki.

               Vancouver, Kanada, maj 2003





Współczesny Jaś Pytalski czyli pytania bez odpowiedzi

Dlaczego w Polsce tak trudno o pracę?
A za minimalną, przeżyć nie sposób jest płacę?

Czemu system szkolnictwa dzieci nam zniewala
I kolejne absurdalne reguły uchwala?

Dlaczego służba zdrowia sobie tylko służy?
A system emerytur katastrofą wróży?

Dlaczego zwierzęta nam w pieczę oddane,
są przez człowieka tak źle traktowane?

Czemu sprawiedliwość wartość ma tak złudną?
A nowa konstytucja drogę tak marudną?

Czemu polityków twarze są obłudne?
A korupcja i afery w rządzie tak paskudne?

Czemu Sejm nic nie może uchwalić bez waśni
i narodowych nie da zmniejszyć się przepaści?

Dlaczego hasła honor i ojczyzna
są dziś dla ludzi jak krwawiąca blizna?

Braterstwo mdłym frazesem
       w ustach nowych panów,
bo nikt z nich już nie słyszy
       powstańczych kajdanów.

Marszałek Piłsudski w grobie się obraca, patrząc
w jak wielkim bałaganie Polska się zatraca!

                Poznań, Polska, 1997




Mini Teatrzyk


ZOOlogicznoOrtograficzny


Dziecięcie: 'Co to jest gżegżółka?'

Autor:       Pyta się chłopaczek

Dziecięcie: (recytuje na jednym oddechu>):

                'Czy to ptak, czy pszczółka;
                żabrka, czy robaczek;
                czy to chrząszcz, czy pliszka;
                padalec, czy żmija;
                a może modliszka, albo rodzaj wija?'
                (kończy tracąc oddech)

Bakałarz: (deklamuje powoli przymknąwszy oczy):

               'Wonny nektar pszczółka z pól
               pszenicznych spija
               Przez trawkę i ziółka
               cicho pełźnie żmija.
               Kumkająca żabka
               wśród łąk mokrych skacze.
               W samym środku jabłka
               chroni się robaczek.
               Chrząszcz brzęczy w gęstwinie
               a w pszenicy pszczółka........

Autor: (przerywa mu zniecierpliwiony);

               'Odpowiedz dziecinie
               co to jest gżegżółka!'

Bakałarz: (powraca do rzeczywistości):

               'Ni to rodzaj sowy,
               Ani to nie pszczółka.
               To innymi słowy
               oznacza: kukułka.'

                    Kłodzko, Polska, marzec 2004


Elżbieta Maria Śmigielski - Wzlot do początku Mamiko, 2006







Tomasz Pułka - urodzony 21 czerwca 1988 roku, mieszka w Rudniku k. Myślenic, uczy się w IX LO w Krakowie. Interesuje się sobą, ponadto: czyta, śpi, kocha swoją szkołę i swoją Aleksandrę, je. Publikował gdzieś tam, wygrał coś tam, nie umie o sobie pisać, woli pisać wiersze.
"Rewers" to jego debiut książkowy.

Kilka wierszy z debiutanckiego tomiku:



bez filtra

te hasła nie otwierają żadnych drzwi przeciwnie
zapalają zielony neon exit i trzeba wyjść
z ciebie siebie nie rozumiem chciałbym pisać
szeptem kobiecą mruczanką jakąś delikatną nutą
wieszać cię na czwartej linii od góry i zbierać
mak językiem pamiętasz jak to było drożały lizaki
wujek bawił się w złodzieja nie ufaliśmy piosenkom
edyty i książkom jerzego a teraz tylko mgły centymetr
igra z ogniem leci sobie w kulki taki jest plan



Wiersz o podglądaniu

zbyt wielu ludzi w tym mieście ma ciemne włosy,
to takie polskie. mieszkanie na trzecim piętrze,
drzwi pilnuje judasz, na klatce dzieci grają
w kapsle. w każdą noc przed losowaniem lotto
jest spakowany. czeka, albo pije ciepłą wódkę

jeszcze nigdy nic nie wygrał. potrafi za to
łamać chronologię dni, spluwać na przechodniów,
zasypiać na stojąco. tyle doświadczenia, a tak
kiepskie kwalifikacje. sąsiad to przynajmniej
pisze listy do prezydenta, ogląda obrady sejmu

wie co się dzieje na świecie. a tymczasem świat
jest schowany w paczce po klubowych, w gazecie
ze zdjęciem córki. młoda, zdolna pani doktor,
dobrze że ma się choć taką pociechę gdy jedyny
pewnik to palacz w kotłowni, bo telewizor kłamie.

czasem jest wieczór, a czasem pisze na okładkach
książek: dzisiaj nie widać już nawet samolotów,
kości Hanki są cienkie jak światło elektryczne,
mam gorzki oddech, szczekają psy.





kilka słów o mówieniu przez sen

To wyszło z rozmów i grudek ziemi między listami. Z problemów
ze znalezieniem pierwszego słowa. Powinno błyszczeć, a pachnie
jaśminem? Cóż - tyle dróg, a każda niewłaściwa, jak kierunki
wyznaczone przez krzyż wiszący nad łóżkiem. Performance znaków

tańczących na talerzu. I my po przeciwległych krańcach obrazu,
tak znikają wieczory. Mieszają się z farbą, ściekają wprost
w usta. Połknij, zapomnij, odwróć się na pięcie

nie wracaj do domu.





Didaskalia (rallentando)

Zmień obiektyw, trzeba będzie popatrzeć od spodu,
to nie jest takie proste, jakim mogłoby się zdawać,
gdybyś miał latawiec, a nie dwie małe rączki. Tam,
albo i tędy; kierunki nie są wytyczną drogi, najwyżej
podprowadzeniem pod temat, sentymentalnym
wydźwiękiem tamtej drużyny. Co z ciebie za odłamek,
skoro nie pamiętasz? Skoro dobrze wiesz, że mimo tej
ściany, wciąż gonimy cienie. Ty lubisz ruch, ja wcale
nie jestem wybredny, zniesmaczony, starczy porządna

parabola, parabellum, albo choćby złoty strzał
uśmiechem. Drastyczne prędkości przesuwające
przedmioty i jeszcze kilkadziesiąt zgrzebnych słów
na "p"; na przykład poziomka zamiast pistoletowej
kuli, roztańczone sztormy czyli zmysły drgają pod
wpływem przypływu zepsucia, uśmiechnięty rój

łyżeczek, weź jedną, wydłubiemy ci oko. To takie
żarty, nie bój się, przecież nie będę gryzł, ledwie
mogę zjeść jabłuszko. Ta gra będzie grą, jeśli
postawisz mi obiad, a ja znajdę w rozkładzie
pociągów jeden żywy organ.



zwykłym

Był taki dzień po którym ślizgaliśmy się jak ważki
po brzuchu Adriany Sklenaříkovej (najdłuższe nogi
lub najdłuższa droga) Pytałaś mnie o moje fascynacje
urodą czeskich modelek które złocą się w pilsnerze
nie zważając na własne zdrowie Liczy się kompozycja
jaką osiągają chmury zaraz po zgaszeniu gwiazdy
co najmniej formatu Andrija Szewczenki Tak się topi
w słowach tak moczy się nogi w ujściu źrenicy gdzie

jadę wspomagać twój trzeci dzień bez znieczulenia
jest nadzieja że poprawi mu się zaraz po wniesieniu
kwiatów albo po zdjęciu zrobionym przez zagięty
łokieć Tu nie wolno palić listów bo woźna pilnuje
drzwi nadzoruje przepływ kurzu choć mamy marzec
dochodzący do perfekcji w przycinaniu palców i nic
z tego nie wiadomo bo wszyscy mówią i mówią a
przecież jutro będzie wtedy i tylko wtedy

piłaś ze mną czarną kawę a to potrafi przygasić
przestrzeń Zobacz: wabię przygodę krzyczę na rekiny
i wyjmuję ości z twoich warg brudząc pęsetę Wiesz
jak to jest gdy człowieka budzi krzyk Te nakłucia są
konieczne jak to że masz prześcieradło na biodrach

Drzesz się





Tomasz Pułka - Rewers Mamiko, 2006





Andrzej Trembaczowski - IKS





Prezentujemy fragment powieści :


Oczywiście
Ci którzy stoją na szczycie schodów
Oni wiedzą oni wiedzą wszystko
Co innego my
Sprzątacze placów
Zakładnicy lepszej przyszłości
Którym ci ze szczytów schodów
Ukazują się rzadko
Zawsze z palcem na ustach

Zbigniew Herbert






Zmierzchało. Na zachodzie niebo zachowało jeszcze turkusową barwę, ale od strony parku już było granatowe. Rozrzucone chaotycznie obłoki lśniły podświetlone niskim światłem; najpierw białym, a potem złotawo-miedzianym. Wyglądały jak kłębki kolorowych włosów. Złotawa barwa przechodziła stopniowo w czerwień, potem w purpurę, aż wreszcie chmurki stały się szare. Nadal jednak odcinały się od jaśniejszego w tej części nieba. Pod drzewami cień gęstniał, ale tu, na otwartej polanie, było jeszcze dość jasno. Nieruchoma tafla wody błyszczała gasnącym blaskiem słońca. Powietrze stało nieruchome i nawet najlżejszy powiew nie poruszał otaczających wodę szuwarów. Ucichło brzęczenie owadów, słychać było jeszcze przedwieczorne nawoływanie ptaków szykujących się do snu. Na niewielkiej ławeczce z niemalowanego, szorstkiego drewna ciemniały dwie sylwetki. Chłopak i dziewczyna. Obserwowali zachodzące słońce.
- Piękne niebo – powiedziała dziewczyna cichym głosem. - Lubię zachody słońca nad wodą.
- Mmm - mruknął chłopak.
- Jeszcze trochę i zrobi się ciemno.
- Jeszcze trochę. Nie musimy nigdzie się śpieszyć - odpowiedział chłopak. Otoczył dziewczynę ramieniem.
- Zobacz, jakie dziwne ptaki - powiedziała.
- Ptaki? Nie widzę żadnych ptaków.
- Tam, nad wodą. Lubię ptaki - przytuliła się - ale takich jeszcze nie widziałam.
- Aaa, teraz widzę. To nie są ptaki. Ptaki nie latają o tej porze.
- Dlaczego? Mogą chyba latać o każdej porze?
- Są ptaki nocne, ale nie takie. To nie są ptaki. Zobacz, poruszają się jakoś dziwnie, takimi zygzakami.
- Są takie zwinne...
- Zbliżają się, zaraz zobaczymy je lepiej.
Nad stawem, na tle ciemniejącego nieba wyraźnie widać było poruszające się punkty. Rosły, już nie były punktami. Dość szybko zataczały w powietrzu koła, zygzaki i pętle, zręcznie trzepocząc delikatnymi skrzydłami. Było ich coraz więcej. Nadlatywały gdzieś zza stawu. Zbliżały się.
- To nietoperze - powiedział chłopak. - One właśnie teraz wylatują na żer.
- Nie wiedziałam, że nietoperze są takie duże.
- Nie są duże. Wydaje ci się.
- Zobacz!
Latające stado przybliżało się. Krążyły teraz tuż nad ławeczką. Jeden zniżył się i szybującym ślizgiem przemknął prawie nad ich głowami. Rzeczywiście, był znacznie większy od przeciętnego nietoperza. Wyraźnie usłyszeli dziwny szelest, jaki wydawały błoniaste skrzydła. Dziewczyna wzdrygnęła się.
- Czy... czy one nie są groźne? - przytuliła się mocniej.
- Skądże! Nic nam nie zrobią. Nie bój się - roześmiał się chłopiec.
- Był taki wielki...
- No, miał może półtora metra. Rzeczywiście, nigdy nie widziałem takich nietoperzy.
- Ja nigdy nie widziałam nietoperzy.







                      

Wojciech Brzoska

ur. 1978, poeta, redaktor „Kursywy”. Autor tomików: Blisko coraz dalej (2000), Niebo nad Sosnowcem (2001), Wiersze podejrzane (2003). Współautor filmu Scrafitto (dodatek do „Kursywy” nr 3/2005).
Publikował m. in. w „Odrze”, „Kresach”, „Arkadii” „Czasie Kultury”, „FA- arcie” „Lampie”, „Studium”, „Gazecie Wyborczej”. Jego wiersze tłumaczono na angielski, niemiecki, czeski, słowacki i słoweński . Pochodzi z Sosnowca, obecnie mieszka w Katowicach.

Wiersze z wydanego tomiku. Książka ukazała się w czerwcu 2006 r.


sacro casco

Wojciechowi Wenclowi

i jest nam wmówione: bóg przemawia ustami
„poety”. on właśnie przeszedł przemianę, już nie jest
„rycerzem niepokalanej”. lecz zamiast w wino woda
tych słów przemienia nas

w drwinę z modlitwy tuż przed i
po. a było pisane: „nie jedź na spotkanie nie wierząc
w zbawienie przez wiersze dane od
pana. nasz śnieg jest tylko w bramach otwartych na

oścież, a lód na zakręcie, gdzie głuchych jak pień wyrzuca
prędkość wprost w drzewo
złego. niespodziewane zderzenie
ze śmiercią i zanik pamięci kluczowych

wierszy jak wiara w karę poddana
w wątpliwość. i bóg litościwy już po raz wtóry sprowadza na
ziemię, na dalszą diagnozę do
pogotowia. rozwój wypadków jak auto

casco kosztuje nas wieczność tych paru
chwil spisanych jeszcze na całe szczęście w prawdziwym

życiu.











znaki drogowe

Jac Po

manu chao w wersji hiszpańskiej
w dziurach na drodze przeskakuje
mi ostatnio na modlitwy
w radio.

zwłaszcza, kiedy śpiewają o
marihuanie.

nie wiem, może to znowu bozia
daje mi jakieś

Wojciech Brzoska - Sacro casco Mamiko

znaki.




Jacek Ostrowski - "IPN"


                     




Jacek Ostrowski z pochodzenia po dziadkach po części Litwin( z Gedroyciów), po części Niemiec, po części Macedończyk( z tak odległego kraju przybyła do Polski rodzina jednej babki), a po części Polak, urodzony w 1957 roku w Płocku jest z wykształcenia informatykiem. Po ukończeniu liceum chciał studiować archeologię, ale dostał się na prawo. Kierunek ten jednak mu nie odpowiadał i przerwał studia. Zabrał się za hodowlę kaczek. Po kilku latach porzucił to zajęcie i zatrudnił się na poczcie, gdzie 'dochrapał' się do stanowiska kontrolera Urzędu. Po następnych kilku latach porzucił stanowisko kierownicze i rozpoczšł pracę jako kierowca. Po jakimś czasie założył własną firmę transportową , która też długo nie działała. Uruchomił jeszcze kilka różnych przedsięwzięć gospodarczych, ale ze zmiennym szczęściem. Wielokrotnie sezonowo zatrudniał się na budowach w Niemczech. Po latach wznowił naukę na kierunku kompletnie nie odpowiadającym jego zamiłowaniom, co było wielkim wyzwaniem. Jednocześnie zatrudnił się jako przedstawiciel handlowy. Dało mu to dużo czasu na zgłębianie tajników wiedzy informatycznej. Po uzyskaniu 'papierka' zatrudnił się w Szpitalu w dziale informatycznym, ale po miesiącu podkupiła go firma komputerowa w której przepracował następnych kilka lat. Przygoda z tą Firmą zakończyła się sześć lat temu i teraz wykazuje się w nowej dziedzinie życia. Odnośnie pisania, to pierwszą ksišżkę napisał 24 lata temu, ale przeleżała w szufladzie do dnia dzisiejszego. Szuflad jest kilka i zapełniają się nowymi pracami. Sś to głównie opowiadania. Ksišżka 'IPN' powstała w trzy tygodnie pod wpływem wydarzeń politycznych. Jest to jedyna powieść polityczna autora. Do tej pory unikał tego rodzaju tematów jak ognia. Jest to pozycja debiutancka , ponieważ pisze dla przyjemności i nigdy nie zależało mu na wydaniu swojej twórczości.





Fragment powieści "IPN" Jacka Ostrowskiego.

Przyszedł marzec 1968 roku, studenci zbuntowali się przeciw władzy ludowej. Władza nie chciała użyć wojska, miała lepszy pomysł, postanowiła wykorzystać wieczny konflikt między tymi, którzy dążą do władzy przez wiedzę, a tymi, którzy bez dążenia do wiedzy dążą do władzy.
Skrzyknięto pospolite ruszenie z zakładów pracy i oczywiście Ursusa nie ominięto. Janek dostał piękną długą białą pałkę, hełm i błogosławieństwo Partii. Gromadnie, autobusami dotarli do centrum Warszawy. Rozpoczęło się polowanie i tu wreszcie ukazały się prawdziwe zdolności naszego bohatera. Tak jak jego matka podbijała normę, tak on teraz podbijał oczy, odbijał nerki i wątroby zbuntowanej młodzieży. Jego zaangażowanie nie uszło uwadze nadzorujących akcją. Nazwisko Pietrzak zostało zapamiętane! W połowie maja wezwano go do budynku dyrekcji, do pokoju nr 217 na drugim piętrze. Czuł, że to wielki dzień i z tej okazji założył nowy fioletowy garnitur z krempliny i nowe czarne lakierki. Odpacykowany jak „stróż w Boże Ciało” stanął przed obskurnymi szarymi drzwiami z małą tabliczką z nr 217 i mocno zapukał.
- Wejść! – usłyszał zachrypły głos z wewnątrz.
Nacisnął klamkę i znalazł się w przestronnym pokoju. Rozejrzał się ciekawie wokoło. Duże nowoczesne biurko pośrodku, regały na wysoki połysk przy ścianach, a w nich jakieś mądre książki oprawione w skórę, nigdy nie widział tak ładnych książek. Podszedł do niego sprężystym krokiem niewysoki, szczupły mężczyzna w czarnym garniturze. Krótko przycięte włosy, mała łysinka na tyle głowy, szare bystre oczka spoglądały zza okrągłych drucianych okularów.
- Witam Towarzyszu – wyciągnął rękę do nowoprzybyłego – cieszę się ze spotkania, chciałem bardzo Was poznać.
- Dzień dobry – odpowiedział .
- Siadajcie! – gospodarz wskazał Jankowi krzesło przy biurku i sam zajął miejsce w fotelu naprzeciw chłopaka.
- Napijecie się? – wyciągnął z szafki butelkę wódki z czerwoną kartką i dwa kieliszki.- Jestem w pracy!
- Nie bójcie się, my tu stanowimy prawo. Jak ja częstuję to tak jakbyście nie pili. Zresztą oddani Partii towarzysze nie muszą się bać.
- To nalejcie – szepnął niepewnie.
- No już lepiej – zaśmiał się i sprawnie napełnił kieliszki. - To na zdrowie – podniósł swój i opróżnił jednym haustem. Janek uczynił to sam
- No dobrze, przejdźmy do rzeczy – gospodarz wolno cedził słowa bacznie przyglądając się chłopakowi –jesteśmy zachwyceni Waszą postawą podczas marcowych antypaństwowych zajść. Wasza postawa stała się wzorem dla innych towarzyszy. Jesteście gwiazdą i takich ludzi nam potrzeba.
Janek siedział i nie wierzył własnym uszom. Jeszcze wczoraj do głowy by mu nie przyszło, że następnego dnia będzie pił wódkę z taką „szychą”. Widać, że to jakiś ważny towarzysz, chciałby też kiedyś być taki jak on.
- Wiecie, kim jestem? – spytał mężczyzna.
- Kimś bardzo ważnym – wydusił przejęty młody Pietrzak.
- Owszem – tamten roześmiał się – jestem majorem Służby Bezpieczeństwa i moim zadaniem jest wyszukiwanie wrogów ludu i ich eliminowanie. Potrzebuje do tego odpowiednich zaufanych ludzi, ludzi dojrzałych ideowo, rozsądnych i oddanych towarzyszy. Rozumiecie?
- Tak! – Janek kiwnął głową, ale tak naprawdę to nie wiele z tego rozumiał. Jak mu ktoś pokaże konkretnego typka to może mu obić mordę, ale jak rozpoznać takiego wroga?
- Wybrałem Was – kontynuował funkcjonariusz – chcę mieć Was w swoich szeregach.
- Mnie? – z wrażenia gorąco uderzyło chłopakowi do głowy. Nie wierzył własnemu szczęściu - co za wyróżnienie! On - zwykły robotnik, z którego wszyscy śmieją się, robią mu kawały, będzie pracował dla takiego gościa. Patrzył z coraz większym podziwem i oddaniem na swojego rozmówcę. Nie zawiedzie się , dokopiemy wrogom Polski Ludowej, będzie obijał mordy wszystkim kogo mu wskażą.
- Panie majorze stłukę na kwaśne jabłko każdego, kogo wskażecie! – wykrzyknął z entuzjazmem.
- Nie, nie – oficer pokręcił głową – do bicia mamy prymitywnych pachołków, a Wy - tu zrobił małą przerwę – Wy jesteście bystrzy, inteligentni i ja mam dla Was ściśle tajną misję. Będziecie naszym tajnym agentem!
Jankowi zrobiło się prawie słabo z wrażenia. Czuł , że to historyczna chwila w jego życiu, że otwierają się przed nim drzwi do wielkiej kariery. Przecież on będzie takim drugim Kapitanem Klosem, którego uwielbiają tłumy.

Jacek OSTROWSKI. IPN. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2006







Grzegorz Mucha - "Kobiety i czas" (opowiadania).




                                       

                        zdj. Kinga Owczennikow

Autor urodził się i mieszka w Katowicach. Ukończył liceum, a potem studia. Pracował w wielu miejscach, takich jak wytwórnia filmowa, pizzeria, telewizja czy... hafciarnia. Niektóre zajęcia wspomina miło, jak np. mycie (metodą "na sucho") samochodów na Heathrow, kiedy jeszcze lądowały tam concordy. Był czas, że organizował koncerty, krótko prowadził galerię sztuki. W końcu zaczął pisać, jak wszyscy "po przejściach". Obecnie współpracuje z internetowymi portalami i pismami, zwanymi społeczno-kulturalnymi. Jego opowiadania publikował Śląsk, Opcje, ProArte i węgierski Magyar Naplo. A to jest jego pierwsza książka.




* * *


Fragment opowiadania "Powrót"


       Obudziłem się, a widok za oknem był jak kolejny sen. Ujrzałem pełne purpury, gęste obłoki. Pełzły po niebie dumnie, nie zważając na przecinające je samoloty. Widok był wstrząsający. Chmury wypływały zza wieży ratusza i dostojnie przemieszczały się w kierunku morza. Wciągnąłem głęboko powietrze, dla którego tu przyjechałem, ale dotarło do mnie ledwie jego wyobrażenie. Byłem w sercu miasta. Czułem zapach stołówki i kotów. Jeden z nich obserwował mnie z płotu przecinającego podwórze. Widząc mój wzrok, zmrużył oczy, po czym ruszył w kierunku śmietnika. Minął go, nawet nie spoglądając na jego zawartość. Po chwili zniknął pomiędzy zaparkowanymi samochodami.
       Było późno, ale ten dzień miał swój czas. Znalazłem się pośród przedwieczornego tłumu. Przed lokalami i sklepami rozsiedli się gitarzyści. Goniony ich talentem, wydostałem się nad kanał. Przesuwałem się wraz z ludźmi w kierunku targu, zaznaczonego dla turystycznych nowicjuszy wysokimi masztami zacumowanego jachtu. Widziałem je wyraźnie. Dla mnie były znakiem przeszłości. Flaga na szczycie najwyższego z nich łopotała złudną obietnicą. Wydostałem się z tłumu. Brodziłem wśród drewnianych ław i stołów. Rozglądałem się. Stała nieco na uboczu, wśród cieni rzucanych przez jacht. Nie uśmiechała się. Nawet na mnie nie patrzyła, choć pewno zauważyła, jak się skradałem. Nie chciała usiąść. „Te wszystkie zapachy są takie intensywne”, usłyszałem, nie bardzo wiedząc, czy to dobrze, czy źle. Przekroczyliśmy w poprzek placyk, za którym zaczynał się kolejny labirynt uliczek. Ale tamten labirynt był nieco inny od tego, z którego właśnie się wydostałem – pusty i cichy. Po kilkudziesięciu krokach ulica zawładnęła nami całkowicie. Domy zamknęły nam odwrót. Stukot jej obcasów stał się bardzo wyrazisty. Szliśmy przed siebie, ale cel był nieznany. Kostka brukowa wymykała się nam spod nóg na wszystkie strony. Wtem w stukot wdarł się zgrzyt. Syknęła i chwyciła mnie za ramię. Podniosła prawą nogę, spoglądając krytycznie na obcas. Puściła mnie, chcąc ruszyć przed siebie, ale przytrzymałem ją w talii. „Puść, bo zacznę krzyczeć”, wyszeptała. Wiedziałem, że na tej ulicy, wyglądającej jak z początku poprzedniego stulecia, byliśmy zupełnie sami. Zmierzch okrył nas całkowicie. Domy kiwały na nas cieniami nielicznych latarń. Rozważałem możliwość zerwania z niej sukienki wraz z jej psychicznym pancerzem. Czułem, że ten spacer jest jak wejście w sen wampira. Domagał się szalonego zakończenia. Może czekała na krwawy ślad na szyi? Kot na płocie i złamany obcas były sygnałami nadchodzącej zbrodni. Drżała. Doszliśmy do końca ulicy, która przez chwilę zastanawiała się, czy nas wypuścić. Czułem wyraźnie to wahanie. Latarnia zamrugała i zgasła. Za załomem znów czekały na nas ławki i ludzie. Nagle powietrze rozdarł ryk syreny. Kanałem płynął prom. Zatrzymała się, jakby się bała zrobić jakikolwiek ruch. Stałem obok. Blisko. Olbrzymi prom omiótł nas światłem i dźwiękiem. Ludzie na pokładzie nie zwracali na nas uwagi, zbyt zajęci sobą. Za chwilę mieli wysiąść i pośpieszyć na kolację. Potężna śruba biła w wodę, a nad nią dawała nam znaki kolorowa bandera. Staliśmy na granicy światów. Wciąż obejmował nas cień mrocznej ulicy, ale przed nami otworzyła się spacerowa aleja. Teraz mogłem to zrobić. Chwyciłem cienki pasek sukienki i przyciągnąłem ją mocno do siebie. Mogła sobie krzyczeć. Skoro ulica przemieniła mnie w wampira, to i tak nie miała szans. Obejmowałem jej ramiona, plecy i pośladki. Czułem jej zapach. Zamkniętą w szczupłym ciele obietnicę morskiej przestrzeni. Nie krzyczała. Zapomniała, wciąż oszołomiona koszmarnym spacerem i przepływającym promem. Nagle poczułem na ustach palce, a całe Jej ciało nienaturalnie się naprężyło. Wypuściłem z dłoni pasek, stanowiący przez długą chwilę naszą kotwicę. Odsunęła się i wyszła z cienia. Potem szybko przeszła na drugą stronę alei, by zatrzymać się przy balustradzie. Dobiegłem do niej w momencie, kiedy środkiem kanału przemykała głośna motorówka z dwoma mundurowymi na pokładzie. Krzyczała, jakby chciała ich zawrócić, ale nie było to wołanie o pomoc.



Grzegorz MUCHA. Kobiety i czas. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2006. 160 s.
ISBN 83-60224-11-0







Maciej Froński - Rozpoznanie bojem



Maciek Froński - poeta i tłumacz, głównie poezji angielskiej, rosyjskiej i włoskiej, a także
pieśni folklorowych. Publikował m.in. na łamach Lampy i Iskry Bożej, Toposu, Pracowni i nowojorskiego: Nowego Dziennika. W swoim dorobku ma również artykuły z zakresu prawa międzynarodowego, archeologii śródziemnomorskiej i turystyki. Z zawodu prawnik, pięć razy wylany z pracy.




Przeźrocza

Znów cieszyłem wczoraj oczy
Tą cudowną barwą morza –
Wyruszyłem w świat przeźroczy,
Po kolumny, po bezdroża.

Znowu byłem tam, na szlaku,
Anakreont znów mi śpiewał
I poczułem nawet zapach
Pomarańczowego drzewa.

Słońce miało taką siłę,
Że wlewało życie w skały,
I płakałem, gdy patrzyłem,
Lecz patrzyłem, choć płakałem.

Gliwice, 7 listopada 2000 roku.


Świtezianka

Znany nam chłopiec piękny i młody
Hańbą okrywa swe lico:
Gapi się w sine Świteziu wody,
Zamiast się zająć dziewicą.

Ona mu z kosza daje maliny,
On jej jagody zaś z dzbanka,
Lecz nie dostrzega pragnień dziewczyny,
Która już dosyć ma wianka.

Idą przez lasek, ona do ucha
Mu szepcze: "Poczuj się młody!"
On jej sugestii wcale nie słucha:
Podziwia piękno przyrody.

Dziewczę, bynajmniej nie zniechęcone,
Ramiączkom spadać pozwala,
Lecz on w przeciwną spogląda stronę:
"Spójrz, jak dziś srebrzy się fala!"

"Jaka tam fala, tu patrz, idioto,
Gdzie pierś faluje zmysłowo!"
Tak rzecze ona; on nie dba o to:
Gapi się w księżyc nad głową.

"Och," - wzdycha dziewczę - "próżne zaloty
Przy tym najgłupszym ze stworzeń!
Już chyba prędzej utraty cnoty
Doczekam żyjąc w klasztorze!"

Morał tej pieśni wart jest nagrody,
Jaką oklasków huk niesie:
Podziwiaj sobie piękno przyrody,
Ale gdy jesteś sam w lesie!

Kraków, 1 czerwca 1994 roku





Maciej Froński - Rozpoznanie bojem Mamiko, 2006








Feliks Netz - "Poza kadrem"




           


FELIKS NETZ – (1939) poeta, prozaik, twórca słuchowisk (m.in.: Pokój z widokiem na wojnę polsko-jaruzelską), felietonista, krytyk filmowy, tłumacz. Ukończył filologię polską na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, gdzie stale mieszka. W ostatniej dekadzie wydał m.in.: Urodzony w święto zmarłych (powieść1995), Wielki zamęt (felietony 1996), Róg Ligonia i Królowej Jadwigi (opowieść dokumentalna 1997) Dysharmonia caelestis (powieść 1994, nominowana do nagrody NIKE). Znawca, komentator i tłumacz dzieł Sándora Máraiego (Żar, Księga ziół, Występ gościnny w Bolzano, Krew świętego Januarego).



KAZIMIERZ KUTZ:

Feliks Netz jest kimś oryginalnym i wybitnym w śląskim pejzażu intelektualnym. Jest także chorobliwym kinomanem, co potwierdza niniejszym zbiorem. W kinie przesiedział co najmniej 1/3 życia, i pisze o filmach z namiętnością,. ale jest przy tym rzetelny i kompetentny; porusza się w historii kina światowego - i kina naszego – ze swobodą godną zazdrości. Felek jest w tej dziedzinie fenomenem, bo na dodatek nie zanudza.

LECH. J. MAJEWSKI:
Recenzje filmowe Feliksa Netza należą do elitarnej grupy. Celne. Penetrujące. Merytoryczne. Kto dzisiaj tak pisze? Kto ma odwagę myśleć za siebie i nazywać rzeczy po imieniu? Wystarcza palce jednej ręki. A ten, kto chciałby, musi wpierw, jak Netz, urodzić się poetą.

HENRYK WANIEK:

Pamiętam te sprzed wielu już lat, tak zwane przedpremierowe pokazy, na których zwykle spotykałem Felka Netza. Zachował swoją miłość do filmu, podczas gdy ja zmarnowałem szansę. Ale nie żałuję. Mogę dzięki niemu czytać. Lubię to. Czasem bardziej niż wysiadywać w kinie.

KRZYSZTOF SIWCZYK:

Filmowe egzegezy Feliksa Netza wykraczają daleko poza rutynową krytykę filmową, przyznająca filmowi odpowiednio dużą lub małą ilość gwiazdek. Netz nie pozwala sobie na pobieżne ferowanie sądów. W stosunku do opisywanych przez siebie dzieł, zachowuje postawę cierpliwego interlokutora o wyraziście ukształtowanych preferencjach estetycznych. Tylko takie podejście do języka filmu daje szansę usłyszenia argumentów płynących z wielkiego ekranu. Dla takiego widza warto zawsze robić filmy, a czasem nawet w jakimś zagrać.



JANUSZ STYCZEŃ:

Recenzje Feliksa Netza są głębinowe. Feliks Netz umie wejść w sanktuarium danego filmu, jeżeli ten film jest dziełem artystycznym. Netz umie też pokazać, że dany film owego sanktuarium nie posiada i nie zasługuje na miano dzieła.


Fragment książki "Poza kadrem" Feliksa Netza. Książka ukaże się przed Bożym Narodzeniem 2006 roku.

PORNOGRAFIA


       Film pt. „Pornografia” jest dowodem na to, że reżyser, który nie lubi (a więc chyba nie ceni) pierwowzoru literackiego, nie powinien go przenosić na ekran. Po pierwsze, dlaczego akurat wybrano „Pornografię”? Bo to świetny tytuł? Otóż ten tytuł nie ma żadnego związku z filmem J.J. Kolskiego, ponieważ to, co Gombrowicz nazywa „pornografią”, nie mieści się w potocznym rozumieniem tego słowa. Najgłębszą istotą tej powieści jest uwiedzenie i wiele oficyn zachodnich wydało „Pornografię” pod tytułem „Uwiedzenie”. Jednakowoż jest to uwiedzenie szczególne. Intryga zostaje zawiązana po to, aby młodych, czyli Henię i Karola „popchnąć do grzechu”, ponieważ młodzi-niewinni są dla „starych”, czyli Witolda i Fryderyka – niedostępni. Co to znaczy: niedostępni? Między innymi to, że młodość jest nie do przebicia! I nie ma żadnych połączeń pomiędzy starością i młodością. Jest to oryginalna teza Witolda Gombrowicza, być może lepsza niż jej opracowanie czysto beletrystyczne.
       Fryderyk tak kieruje zdarzeniami, aby doprowadzić do, jak to nazywa, „sparzenia młodych”. To spoufaliłoby obie pary, bo Fryderyk i Witold to także para „(..).nasze podniecenie nie miało na czym się wyładować, i ono teraz grasowało między nami... nic teraz nie pozostawało nam, prócz nas samych... i, brzydząc się sobą, byliśmy jednak ze sobą w tej zmysłowości naszej, rozbudzonej”, ale jakby przed decydującym krokiem, który by z nich zrobił kochanków. Leży między nimi coś, jakby kłoda, która uniemożliwia im zaspokojenie seksualnych apetytów, nie zaspokojenie wzajemne, bo mimo wszystko „brzydzą się sobą”, czyli swoją „starością”; obiektem ich seksualnej fascynacji jest szesnastoletni Karol, dla nich niedostępny, więc posiąść go mogą w ten jedyny sposób, iż za ich poduszczeniem uwiedzie go Henia. Innymi słowy: Henia uwodzi Karola „zamiast”. Albo inaczej: dla Fryderyka i Witolda. Brzmi to cokolwiek trywialnie, a jeśli dodać, że wszystko to dzieje się w Polsce okupowanej przez nazistów w roku 1943, nie dziwi, iż Artur Sandauer w szkicu „Witold Gombrowicz – człowiek i pisarz” (1965, druk w warszawskiej „Kulturze”) napisał o ostatniej wówczas powieści Gombrowicza: „...ta niesmaczna ramota, gdzie pod zadymionym przez krematoria niebem dwaj panowie dają upust swym wyszukanym gustom”.
       Film J.J. Kolskiego również dzieje się w roku 1943 w „okupowanej Polsce” (cudzysłów jest tu konieczny, ponieważ Gombrowicz uprzedził we wstępie do powieści, że „jest to Polska imaginacyjna”; (Czesław Miłosz zauważa, że kto myśli, iż takiego dworu w okupowanej Polsce nie było, ma o okupowanej Polsce naiwne wyobrażenie!), dwaj panowie (grają ich Krzysztof Majchrzak i Adam Ferency), dobrze pod pięćdziesiątkę, przyjeżdżają na wieś, do majątku znajomego Witolda, aby wyrwać się z warszawskiego środowiska artystycznego i niejasnych interesów (pokątny handelek), ale nic nie wskazuje – w przeciwieństwie do powieści - że Fryderyk i Witold są parą homoseksualistów. I to jest dziw nad dziwy w całej tej filmowej opowieści: bo po co oni prowokują owo „sparzenie młodych”? Jeśli odebrać ich dziwnemu postępowaniu walor okrutnego pretekstu, jaki jest obecny w powieści, to wówczas to, co robią jest nie tylko niesmaczne, ale niedorzeczne i niczym nie uzasadnione.
       Scenarzyści filmowej „Pornografii” popełnili zasadniczy błąd: z Witolda uczynili mdłą figurę, w której żadną miarą nie rozpoznajemy Gombrowicza, a przecież narrator mówi o sobie wprost: „Ja, pisarz polski, ja, Witold Gombrowicz”, i to czytelnikowi wystarczy, ponieważ czytelnik wie, że to jest – w czasie. gdy toczy się akcja filmu - autor „Pamiętnika z okresu dojrzewania”, a zwłaszcza powieści „Ferdydurke” i sztuki „Iwona, księżniczka Burgunda”, już wtedy ktoś bezwarunkowo wybitny. Natomiast Fryderyk jest upersonifikowanym Złem, Gombrowicz nienachalnie, lecz wystarczająco sugestywnie diabolizuje swojego bohatera, każe nam widzieć w nim wcale nietuzinkowe wcielenie Mefistofelesa.
       Ale przecież Jan Jakub Kolski z Krzysztofem Majchrzakiem nie przenoszą na ekran „Pornografii” Gombrowicza! Oni robią film zupełnie obok Gombrowicza. Owszem, jest to uprawnione podejście do ekranizowanej literatury, ostatecznie liczy się rezultat. Rzecz w tym, ze rezultat nie jest zadowalający. Bowiem nie zaufano Gombrowiczowi. Jeśli Gombrowiczowi nie przyszło do głowy – bo przyjść nie mogło – aby Fryderykowi dorobić przeszłość obozową, żonę Żydówkę, i córeczkę, której on, ojciec wyrzekł się na rampie, uciekając przed jej wołaniem „Tate!”, to nic autorów filmu nie usprawiedliwi z podobnego dopisywania do Gombrowicza. Nie ma bowiem nic gorszego nad dopisywanie. Można wyciąć, wykreślić, wyrzucić, ale nie wolno dopisywać. Zwłaszcza autorowi nie żyjącemu. Jest wprawdzie w powieści zdanie o tym, iż w miasteczku „wyczuwało się nieobecność Żydów”, ale to nie znaczy, iż „Pornografię” można wpisać na listę literatury zajmującej stanowisko wobec holocaustu. Bo gdyby Gombrowicz chciał pokazać Polaków ukrywających Żydów w domu pod podłogą, to by to zrobił. Gombrowicz znalazłby dla sprawy żydowskiej, czy polsko-żydowskiej, rozwiązania powyżej pomysłów o żonie Żydówce i Żydach ukrywanych w piwnicy. Ponieważ był przeciwko stereotypom. Gdyby dotknął tego tematu, poszedłby z pewnością swoją drogą, tak, jak to uczynił z oficerem AK, dając nam, swoim rodakom, tak na tym punkcie uwrażliwionym (pamiętny, haniebny plakat z hasłem: AK – zapluty karzeł reakcji!), wizerunek słabeusza, człowieka, który się rozsypał, w rezultacie tchórza. To boli. Ale za ten zadany nam ból odpowiedzialność wziął Witold Gombrowicz.
       Patrząc na film, nie mogę dać wiary, że Fryderyk (zresztą ktokolwiek) z tak traumatycznym doświadczeniem, jakie mu nadali scenarzyści filmu, w ogóle mógłby się wdawać w jakieś gry wokół „sparzenia Heni i Karola”. Jest to błąd w sztuce, i nic tu nie pomoże pasja Krzysztofa Majchrzaka, z jaką gra Fryderyka. U Gombrowicza jest oczywiste i naturalne, że robią to w dużej mierze z nudów. Szukając w grze, jaką inscenizują, podniety dla swoich zmysłów. Popełniony błąd w sztuce, błąd psychologiczny, sprawia, że to, co dzieje się na ekranie jest mi najzupełniej obojętne.
       Co piszę z przykrością, bo cenię sztukę Jana Jakuba Kolskiego i podziwiam od lat kunszt Krzysztofa Majchrzaka. Ale nie mogę inaczej. Jana Jakuba Kolskiego namawiam gorąco, aby robił swoje kino, aby realizował własne scenariusze. Bo i „Daleko od okna”, i „Pornografia” są gorsze nie tylko od „Jańcia Wodnika”, lecz także od słabszej przecież „Historii kina w Popielawach”.



Feliks Netz - "Poza kadrem" Mamiko, 2006





Arkadiusz Kremza(ur. 1975)



autor czterech tomów wierszy : "Bloki"(1997),
"Hocki-Klocki"(2000), "Brania"(2003),

"Pukanie Ziemi"(Mamiko, grudzień 2006)






Pukanie ziemi


Wszystko co ubrało się w czas musi być święte.
Najbardziej złożone szczepy słów. Luźne stopy
metali szlachetnych z tymi co mniej. Mignięcia
ciał astralnych. Pełne kolorowych póz i radości
ciałka ludzi widzialnych. Nawet to ciche pukanie
wiatru który przed momentem poderwał z ziemi

piórko i teraz uprawia gody z oknem. Po Ziemi
przyjdzie inna ziemia. Jak co nazwiesz: tak święte.
Lecz na razie brak chóralnych tonów. Tylko pukanie
w kruchy pulpit snu słychać wyraźnie i trzeba stopy
układać w taki sposób by nie pozbawiać radości
tych jasnopiórych konstruktorów. Tego mignięcia

anielskiego. Tego zdjętego z samej góry mignięcia
które urywa się z bystrych chmur by dotknąć ziemi
która rodzi nam te wszystkie nagie owoce radości.
Strączki dzieci. Ciałka synów i córek. Ciała święte.
Czasami widzę jak na parapecie zostawiają stopy
odbite w kurzu. Jakby chciały uczulić na to pukanie

którym zapowiedzą się z kolejnym wiatrem. Pukanie
dyskretniejsze od muśnięcia ćmy albo od mignięcia
szepczącej ledwie lampy. Tu światło kłaść pod stopy.
A usta mieć pełne miodu mleka i gęstej treści ziemi.
Kiedy mamy pewność że to co krzyczało jest święte.
Bo co było kalekie wynieśliśmy z buszu i daje radości

tyle że możemy pozbywać się tych nadmiarów. Radości
i jaskrawo połyskujących jak cukier podniet. Pukanie
w szyby zawsze będzie zwiastować ciepły grad święte
deszcze i płodne pioruny. Na zakodowane mignięcia
będziemy mieć małe sprytne lusterka. Na całej ziemi
nie znajdzie się nikt obcy kto postawi tutaj swoje stopy.

Ten rewir jest przyporządkowany nam. Nasze stopy
wydeptały tu własne ścieżki i dróżki. Lukrowe radości
wykiełkowały na podlewanej naszą gorzką treścią ziemi.
Jest możliwe przyjęcie jednego rozmówcy. Znasz pukanie
stróżów i niebieskich muzykantów. Srebrzyste mignięcia
teraz tak oczywiste. Przez to że w tym czasie święte.

Sam zaplanowałeś ten ogród. Masujesz swe święte stopy
trzymając je pod poziomem dnia. I te mignięcia radości.
Kiedy dokładnie słyszysz ten szept. To pukanie ziemi.




Arkadiausz Kremza - Pukanie ziemi Mamiko, 2006







Marian Dziwniel - "Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę"







Przedstawiamy fragment książki Mariana Dziwniela "Znad Niemna przez Odrę nad
Sekwanę"

Żona nie doczekawszy się mego powrotu do domu na Nowy Rok, znów przygotowała niewielką paczkę i poszła z nią do aresztu śledczego w Świdnicy, a tam usłyszała:
– Nie ma go tutaj.
– A gdzie jest?
– Nie wiem.
– A kto wie gdzie jest mój mąż?
– Komendant Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Wałbrzychu. Tam proszę udać się osobiście, telefonicznie ani listownie informacje nie są udzielane.
Żona poszła do Urzędu Miasta, by uzyskać stosowną przepustkę na wyjazd do Wałbrzycha, za przejazd bez przepustki groziły sankcje milicyjne. Pojechała małżonka do KW MO w Wałbrzychu i tam dowiedziała się, że „... pani mąż przebywa w ośrodku dla internowanych w Kamiennej Górze... ”.
Dowiedziawszy się gdzie jestem żona poszła do Urzędu Miasta po przepustkę na przejazd do Kamiennej Góry. Zwolniła dzieci ze szkoły, razem wsiedli do autobusu i z przesiadką w Wałbrzychu dotarli pod ośrodek, w którym byłem kuracjuszem. Żona zadzwoniła do drzwi dyżurki, otworzyło się okienko i padło „regulaminowe”:
– Czego?...
– Chcę uzyskać widzenie z moim mężem, tu internowanym.
– Dowód...
Żona podała swój dowód osobisty, podała legitymacje szkolne dzieci, a zza okienka usłyszała:
– Jak zasłużył to uzyska zgodę na widzenie, a jak nie – to nie...
„Zasłużyłem”. Po otrzymaniu telefonu od dyżurującego SB-eka oddziałowy zawołał i powiedział:
– Przygotować sie do widzenia.
– Coooo?!... Do widzenia,... wychodzę stąd?!
– Nie do „do widzenia”, tylko do widzenia się z żoną – wyjaśnił oddziałowy.
Szybko szykuję się na spotkanie z małżonką. O higienę osobistą dbaliśmy – tu specjalnych przygotowań nie potrzeba, jeszcze tylko uczesać włosy i brodę i jestem gotów. Ale myślę, może uda się przemycić jakąś informację na zewnątrz. Idę szybko do Antka Matuszkiewicza i do Mirka Sośnickiego, oni redagowali „Niezależne Słowo”– biuletyn NSZZ „Solidarność” województwa wałbrzyskiego, oni najlepiej zredagują nasz gryps. Antek z Mirkiem szybko redagują list do ks. prałata Dionizego Barana i do JE ks. kard. Henryka Gulbinowicza. Wszyscy świdniczanie podpisujemy się pod tymi listami, maskuję je i staję w gronie innych szczęśliwców przy drzwiach wyjściowych. Robią nam pobieżną rewizję i ruszamy na spotkanie z naszymi najbliższymi. Cieszymy się na to spotkanie, a nie wiemy, że nasi najbliżsi czekają na śniegu i w mrozie i w niepewności czy „byliśmy grzeczni?” i czy przyjdziemy. Na salę widzeń wpuszczono ich przed nami. Wchodzę na salę i ku ogromnemu zaskoczeniu i radości widzę, że żona jest z dziećmi. Oddziałowy o dzieciach nie mówił.
Siadamy za stołem naprzeciw siebie, taki jest regulamin, ale najmłodszy syn Tomek, nie bacząc na regulamin zanurkował pod stołem i już tuli się do mnie. Pilnujący nas nie reagują, więc za chwilę cała trójka siedzi przy mnie. Żona siedzi po przeciwnej stronie stołu, niewiaście nie przystoi przełazić pod blatem stołu. Rozmawiamy – pytamy – słuchamy – odpowiadamy, a siedzący po bokach SB-ecy obserwują nas, podobno potrafią odczytać treść rozmowy po ruchu warg mówiącego. Żona mówi, że stan jej zdrowia pogarsza się i że pisała podanie do komendanta KW MO o zwolnienie mnie z inernowania, bo ona musi się poddać leczeniu szpitalnemu. Każe mi też pisać podanie o zwolnienie, bo „... co z dziećmi?, mama (moja) nie poradzi sobie sama z trójką dzieci... ”.
Udało mi się przekazać grypsy, na drugi dzień żona przekaże je księdzu Baranowi. Grypsów adresowanych do kardynała Gulbinowicza – jak wiem – było więcej. Poruszony nimi metropolita czynił ogromne wysiłki aby zwolnić nas z ośrodka w Kamiennej Górze. Dopiął tego, już po moim wyjściu stamtąd, pozostali internowani zostali przeniesieni do Nysy.
Widzenie dobiega końca. O Boże! – jak szybko, a tu tyle zostało do powiedzenia, do opowiedzenia. Żegnamy się, żegnają się wszyscy, żony przykazują nam: „bądź grzeczny”, bo następnego widzenia nie dostaniemy. Jeszcze słychać okrzyki „pozdrów ich”, „ucałuj”, „dbaj o siebie”, „do zobaczenia” i wracamy z paczkami od naszych najbliższych. Po pobieżnej rewizji wracamy, rozpakowujemy paczki, szukamy ukrytych przesyłek, dzielimy się zawartością paczek z tymi spośród nas, których nie odwiedziły rodziny.
Następne przyjazdy żony i dzieci stały się łatwiejsze dzięki Henrykowi Niedźwiedzkiemu z „Solidarności” świdnickich taksówkarzy. Transport w taxi był mniej uciążliwy dla mojej chorej żony. Któregoś razu moja żona przyjechała bez naszych dzieci, ale z żoną Ryśka Moździerza i z ich małą córeczką. W czasie widzenia siedzieliśmy przy jednym stole, a mała dziewczynka biegała sobie po sali. Nagle otworzyły się jedne drzwi, wszedł oficer SB, którego znaliśmy pod nazwiskiem Oblak (a może to był tylko jego pseudonim służbowy?). Córka Ryśka podbiegła do stolika i zapytała:
– Tatusiu, a kto to?
– Oblak – poinformował swoją latorośl Rysiek.
Dziecko wybiegło przed wchodzącego oficera SB i donośnym, piskliwym głosikiem wykrzyknęło:
– Ooooo, Oblak świnia!
To dziecko wiedziało, że ten, który zamknął jej tatusia jest „świnią”. A w SB-eka jakby piorun trzasnął, zrobił „w tył zwrot” i wyszedł. Przy następnych widzeniach już nam nie asystował.
Żona Ryśka przywiozła druty i wełnę i Rysiek zrobił sobie sweter z pięknym, charakterystycznym napisem „Solidarność” z przodu, na piersi. Nie wolno było nam nosić żadnych odznak solidarnościowych, a tu sweter z naszym wielkim symbolem. Nosił Rysiek ten sweter, ale przezornie nie afiszował się z nim przed SB-ekami w obawie przed rekwizycją.
Pod koniec stycznia, SB-ecy „opiekujący się” internowanymi kolegami z województwa jelenogórskiego założyli podsłuchy pod stołami w sali, gdzie spotykaliśmy się na tzw. widzeniach z rodzinami. Podsłuch został odkryty, jeleniogórzanie zdemolowali sprzęt podsłuchowy, rozpoczęli strajk głodowy, solidarnie wsparliśmy ich w tym, ale od tego wydarzenia zwiększyliśmy naszą czujność. Moje spotkania z rodziną zaczynały się teraz od tego, że moi synowie nurkowali pod stół i sprawdzali w blacie nawet najmniejszy sęk, a każdy gwoździk był przez nich dokładnie obmacywany.

Marian Dziwniel - "Znad Niemna przez Odrę nad Sekwanę" Wydawnictwo Mamiko, 2007






Elżbieta Lipińska – „Pożegnanie z czerwienią”.




Urodziła się w Warszawie, ale jej ukochanym miejscem na ziemi jest Wrocław. Jest prawnikiem.
Pisze od zawsze, głównie wiersze, czasem także krótkie opowiadania. Słowo, obok muzyki, jest dla niej jedną z ważniejszych rzeczy na świecie. Publikowała w „Obrzeżach”, „Akancie”, „Autografie”, almanachach. Otrzymała Grand Prix Szóstego Agonu Poetyckiego „O Wieniec Akantu” w 2006 r., zajęła pierwsze miejsce w głównym konkursie XI Głogowskich Konfrontacji Literackich w dziedzinie poezji w 2005 r. i trzecie w tymże konkursie XII Konfrontacji w 2006 r.

Pożegnanie z czerwienią

pani ma takie zagraniczne dziecko
słyszała wciąż mamusia śniadoskórej buzi
tak bardzo orientalnej w łazienkach, alejach
gdzie buź takich niewiele doprawdy zostało
kiedy się przepychała z wózeczkiem przez gruzy.

jaka śliczna chineczka słyszała w Krakowie
spacerując po plantach radośnie wpatrując
się w środek szkolnej sceny kiedy jej córeczka
sadziła ryż schylona w jedwabnej piżamie.
tak bardzo była dumna do dnia gdy wariatka
uderzyła chineczkę bo głośno śpiewała
piosenkę o chińczykach i małych murzynkach.

na zachodzie uznała że najlepiej będzie
sugerować hiszpankę. na drogę do źródła
wiedzy dała chineczce czerwone pończochy
budrysówkę i szalik. buzia była piękna
chociaż pończochy w biegu koniecznie na czarne
trzeba było wymieniać w brudnym szkolnym kiblu.
ale w końcu musiała spytać mamę w domu
co też pan miał na myśli gdy na lekcji stwierdził
że tak czerwone ciuchy noszą tylko kurwy.
bogiem a prawdą użył słowa które brzmiało
dostojniej ale dla niej było bez różnicy
śniada buzia na szczęście ukryła rumieńce.

po wyjaśnieniach piękna czerwień jakoś zbladła
i wtedy zrozumiała chyba po raz pierwszy
za to po wszystkie czasy że trzeba uciekać.

lubi czernie zielenie popiele granaty
usta maluje wiśnią zgaszoną ugrami
oczy łagodzi brązem ożywia uśmiechem
który płoszy przez wieki utrwalony smutek

i wyszła za blondyna. do niej nikt nie mówi
ma pani takie zagraniczne dziecko


Sztuka magika

Markowi Sz.

z tą biedną krótszą nóżką
był z siebie taki dumny,
gdy udał mu się skok
wołał: patrz, sztuka magika!

a potem trzeba było
zamieszkać w miedzianym kotle
hej, udajemy pranie!
chowaj się! sztuka magika

a teraz - mówiła mama -
bawimy się w chowanego
z tamtym sąsiadem z przeciwka
nie znajdzie nas: sztuka magika

a gdy ich wyprowadzali
mówiła: nie bój się, synku,
to wcale nie będzie bolało.
zniknęli

sztuka magika.




Kartka z kalendarza


Markowi

kiedy wyjechałeś
zamieszkałam w twoim swetrze
razem chodzimy oglądać brak drugiej szczoteczki
tak jest bezpieczniej

razem rozpychamy się na półce pod lustrem
potykamy o zapisane kartki i zapomnianą chusteczkę

dziś niczego nie sprzątamy



Elżbieta Lipińska "Pożegnanie z czerwienią" Mamiko, 2007








Zuzanna Turkiewicz - „Świat jaki pamiętam"




ZUZANNA TURKIEWICZ ur. w 1978 r. w Nowej Rudzie (Góry Sowie). Absolwentka
Liceum Ekonomicznego oraz Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia
prawnik. Z zamiłowania podróżnik i fotograf. Obecnie współpracuje z
Uniwersytetem w Marburgu prowadząc prace naukowe z zakresu prawa
międzynarodowego i europejskiego. Pisze od najmłodszych lat.

WSTĘP
Tomik pt. „Świat jaki pamiętam...” to zbiór myśli, które rodziły się
w mojej głowie i sercu przez wiele lat. Były przelewane na papier dla
mojej duchowej potrzeby dialogu z samą sobą.
Przez długie lata wiersze te były zapomniane, aż do momentu, kiedy
pewnej deszczowej niedzieli Marta odkryła je w zakurzonym kufrze na
strychu. Dzięki jej ciągłym namowom i naleganiu przez prawie dwa
lata borykałam się z myślami o opublikowaniu utworów. W wyniku
tego w maju 2006 roku zapadła decyzja, iż wiersze te ujrzą światło
dzienne i podzielone zostaną na dwa tomiki, a drugi z nich nosić będzie
tytuł „Gdyby nie On"
Zbiór tych wierszy to nic innego jak przemyślenia dorastającej na
wiejskim łonie natury dziewczynki, która drogi swojego życia upatruje
w Bogu, rodzinie, szacunku i miłości. Dziewczynki, która wierzy
w prawdę i sprawiedliwość, mimo iż widzi otaczające ją z każdej strony
cierpienie ludzi i zwierząt.
Większość wierszy dotyczy miejscowości z której pochodzę, jej
cudownych krajobrazów i miejsc, które codziennie odwiedzałam w drodze
do szkoły. Miejscowości, która mimo zwiedzenia już tylu innych
zakątków świata, jest dla mnie najpiękniejszym azylem na ziemi. Moim
jedynym prawdziwym domem!
Mottem mojego życia jest to, aby stwarzać świat lepszym dla
ludzi, i aby perły poezji były ukojeniem dla rozpaczających i być
może radą dla szukających w niej pomocy i nadziei...
Z całego serca pragnę tu podziękować mojemu serdecznemu
przyjacielowi księdzu Piotrowi, którego przyjaźń, modlitwa i siła jest
szlachetnością, którą obdarował mnie Bóg. Moim przyjaciołom, którzy
swoją obecnością przez cały czas wspierają mnie, służąc mi przyjacielską
pomocą i radą. Pani Jadwidze Sadowy-Cebula, pani Zofii Klimek
i panu Wiesławowi Kowalskiemu za wyznaczenie moich granic
zawodowych i za uświadomienie mi tego, że droga, którą idę jest słuszna.
Marcie, bez której namowy Tomik ten by nie został wydany. Mojej
babci Emmi Bosshammer, której obecność i wieczorne rozmowy będę
pamiętać do końca życia. Dziękuję również mojej całej rodzinie i wszystkim
innym, których pominęłam ponieważ brakowałoby tu miejsca, aby
ich wymienić, a są dla mnie bardzo ważni.
A przede wszystkim dziękuję moim kochanym i cudownym rodzicom
Ewie i Zdzisławowi, za ich ciężką pracę i wkład, który włożyli w moje
wychowanie. Dziękuję za to, że zawsze jesteście, kiedy Was potrzebuję,
i że tak bardzo nas kochacie. To właśnie Wam z wdzięczności i miłości
dedykuję ten Tomik. Z okazji Waszej trzydziestej rocznicy ślubu, życzę
Wam wszystkiego dobrego, dużo zdrowia i nadal tak pięknej miłości,
którą siebie i nas obdarowujecie! A sobie życzę, aby Bóg pozwolił nam
jak najdłużej trwać razem ciesząc się sobą i wiarą w Boga, która tak
umacnia i wiąże naszą rodzinę. Bez Was, Dawida, Grzegorza, Ani,
Adama i „bożego słowa” moje życie nie byłoby takie, jakim jest...

Zuzanna Turkiewicz

LEŚNA SZOSA

Kiedy idę szosą
Gór Sowich
widzę mój raj
upragniony!
Zbocza powleczone
tysiącami barw,
dolinę dziewiczej
Piękności.
Malowany wąwóz
otula me życie schronieniem,
barwami złota
bogactwem obdarza.
To moja niekończąca się
kolorowa Fortuna !!!


WOLIBORSKA JESIEŃ

Jesień okryła mą wioskę,
kolorami życie mieszkańców
otula.
Jest czerwień - miłości,
brąz - zamyślenia,
złoty - bogactwa.
Jesień okryła lasy i łąki,
aleja kasztanów
szarością smutnieje.
Brzozy deszczykiem
złotych listków tańcują,
babie lato kosmyki
mych włosów przeplata.
Złota jesień mą wioskę
ozdabia,
okrywa mój raj tajemniczy.
Jest zając i szpak,
jest promyk słońca
na kocim grzbiecie.
Woliborska jesień
mą wioskę do snu chce utulić,
w ciepłych kolorach zimę zawołać.
Woliborska jesień chce pomóc
wierności nam do niej zachować.

MOJE MIASTO

Szum ulic,
klekot starego autobusu
wiezie mnie do Rudy.
Przejazdem
omijam wioski,
ryba w wodzie
pluskiem mnie wita.
Śmierdząca,
kopalniana hałda,
bólem bezrobocia
uderza,
Nie ma już nic!
Nie ma po co wracać,
Nie ma po co tu żyć!
A ja? Co ze mną?
Dziękuję Bogu,
że znowu tu jestem!
W mojej opustoszałej,
płaczącej Nowej Rudzie...

Zuzanna Turkiewicz . Świat jaki pamiętam. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2007. -57 s.






Michał Tabaczyński - szkolny atlas apokalipsy wiersze z lat 1997-2006






Michał Tabaczyński(1976)- tłumacz literatury amerykańskiej i czeskiej, autor esejów i szkiców krytycznych.
Opublikował arkusz Wiersz(Toruń 2004) i antologię współczesnej poezji amerykańskiej Parada równości(Kraków 2005). Współautor słownika młodej kultury Tekstualia bis(Kraków 2006).


W lipcu 2007 r. w wydawnictwie Mamiko wydał "szkolny atlas apokalipsy"

Trzy wiersze z wydanego tomiku:

Na drogę

        „Takie ognisko tutaj uczyniło
        Ranek, tam wieczór, i już jedna strona
        Tonęła w bieli, w tamtej ciemno było...;„
                  Dante


Najdroższa, pomóż; wśród błahych inwokacji –
ja – wciąż na parkingu, czekam w samochodzie,
ty – w szale zakupów (rząd kas, na podłodze
walają się drobne, ktoś przed tobą płaci

złotym mastercardem – nieziemskie transakcje;
zachodzące słońce znów tka przez żaluzje
żałosne widziadła...). Wcale nie żałuję,
że wreszcie wracamy. Prędzej, nasze akcje,

niezbywalny ciężar, brawurowo tracą
na wartości, teraz, tu, w przedsionku nieba.
Lotne dywidendy, których nie potrzeba
przedstawiać – śmieszą nas swoją mrówczą pracą.

A pracują na nas, zresztą – ostatkiem sił.
Wypada wciąż wierzyć w wartościowy papier,
ten ostateczny trust. Stylowy ochłapie,
ekstatyczny wersie, resztko starta na pył,

błaha inwokacjo, najmniejsza podaży –
jeszcze nam zależy. Ciężki krok metrycznych
stóp, tych jedynych stóp zysku – wbrew wytycznym
opowie o wszystkim, cokolwiek się zdarzy.

Wbrew wytycznym (prosto! jasno! beznamiętnie!)
odtańczy znów swoje na tych wysokościach,
gdzie niestały promyk, przesadnie nieznośna
formalna brawura – tłumaczą się mętniej

i mętniej. Jedźmy już, szczęśliwie za rogiem
otwiera się niebo: obfita recesja,
natchniona prowizja, paniczna, przedwczesna
wyprzedaż. Powiedz, co kupiłaś na drogę.


2004




Uwikłana w nicość niewygodo...


Uwikłana w nicość niewygodo – podróży?
gonitwy? ucieczki? Kurczący się dystansie,
co to za ucieczka, która się tak dłuży?
Ty, letni przeboju, niepowstrzymany transie,
wyśpiewujesz piękno, które – kogoś tu wzruszy?


1999




Wcale mi nie zależało na tym...


Wcale mi nie zależało na tym, na czym powinno
było zależeć najbardziej, chociaż jawnym petitem
pisały o tym gazety, o tym nadawał płynną
polszczyzną radiowy spiker i z banalnym zachwytem

mówili o tym na wizji, ja jeszcze nie wiedziałem,
że mowa to jest atrament w kolorze ciemny szafir,
który wysycha na popiół, że komicznym widziadłem
bywa jątrząca się fikcja – zadrukowany papier,

że świat przykłada do nas obce zupełnie miary,
droczy się, nieustępliwy, ale wytrawny handlarz,
bez końca winduje ceny, w przecenie ma koszmary,
że i te idą jak woda – ta, w której ty się taplasz.


2005



Michał Tabaczyński - szkolny atlas apokalipsy wiersze z lat 1997-2006 Mamiko, 2007






Dagmara Babiarz - "Otwórz oczy"

Dagmara Babiarz o sobie: Urodziłam się w 1972 roku. Ukończyłam m. in. polonistykę na UW w Warszawie i resocjalizację na Uniwersytecie w Białymstoku. Od lat piszę do magazynów zarówno polskich, jak i zagranicznych. Ponieważ bardzo dużo podróżuję tematyka moich artykułów wiąże się głównie z obszarami, które zwiedzam, sytuacją w miejscach w których się znajduję, ludźmi - ich życiem i kulturą. Zawsze – nawet w najbardziej egzotycznych punktach świata fascynują mnie nie tyle krajobrazy co mieszkańcy. O tym głównie piszę.
W wolnych chwilach uprawiam sporty ekstremalne: wspinaczkę wysokogórską, nurkowanie, paralotniarstwo i off-road. Za wyprawę azjatycką zostałam nominowana przez magazyn „Podróże” do tytułu Podróżnika Roku. Zajmuję się również uczeniem języka polskiego ( m.in na Syberii czy teraz w USA)

Fragment książki Dagmary Babiarz

Wstęp :
Życie ludzi mieszkających na różnych szerokościach geograficznych jest warunkowane - klimatem, ukształtowaniem terenu, bogactwami naturalnymi, sąsiedztwem, historią... Każdy zmaga się z tajemnicą życia po swojemu, każdy ma swoje dzieje. Każdy ma też kulturę do której należy, która jest ukształtowana na przestrzeni wieków, charakteryzuje się własną specyfiką, swoistymi zwyczajami... Oczywiście nie trzeba im bałwochwalić. Człowiek ma prawo do odrzucenia zachowań, które mu nie są bliskie, z którymi się nie zgadza... Każdy ma prawo do obrony tego w co wierzy. Do własnego zdania czy krytyki. O ile nie jest to bezmyślnie stereotypowe. O ile opiera się na rzeczywistym obeznaniu z obcą kulturą, na poznaniu drugiego człowieka. Arogancja polegająca na uznaniu własnego sposobu życia, swoich przekonań, religii czy koloru skóry za lepszą, nie prowadzi do niczego dobrego. Jeśli poczucie własnej wyższości łączy się dodatkowo z próbami podporządkowania sobie innych i ich ujednolicenia – może poprowadzić to nieuchronnie do tragedii. Poznanie innych kultur – prawdziwe ich poznanie, takie od wewnątrz, z bliska, z perspektywy innego człowieka, musi prowadzić do uznania racji Bronisława Malinowskiego.
Nie ma kultur gorszych, czy lepszych. Są inne. Mają do tego prawo. Nie trzeba się z nimi utożsamiać. Nie trzeba ich też niszczyć.


Ameryka Pn.

Po co do USA? Stany Zjednoczone mogą się podobać lub nie, ale niewątpliwie są interesujące z jednego punktu widzenia; ogrom kraju i jego polityka pozwala na współistnienie różnych kultur i religii. Nie tak trudno dotrzeć do ludzi, którzy zamknięci w swoich enklawach kultywują charakterystyczne dla siebie zwyczaje. Życie z punktu widzenia europejskiego jest archaiczne, rzadko już spotykane i najprawdopodobniej skazane na zapomnienie. Pomimo rozpaczliwiej nieraz walki o przetrwanie większość ludzi przegra – to tylko kwestia czasu. Dlatego póki jeszcze jest czas warto ich spotkać, poznać, zaprzyjaźnić się z nimi. Przy okazji można też obejrzeć to, co jest ciekawego w okolicy, zebrać pamiątki, kupić coś oryginalnego. Ale i tak najcenniejsi są ludzie i ich opowieści, lokalne społeczności i ich historia, wiara w to, że ich życie, „takie” życie - ma sens. Amiszowska prostota, żydowska ortodoksyjna codzienność, indiańskie łączenie wymogów ciała z potrzebami ducha, czy eskimoska wiara w drugiego człowieka- wydawałoby się, że reprezentują to, co w życiu powinno być najważniejsze, a jednak nieubłaganie giną.


Człowiek jak ziarnko piasku

To właśnie w świetle wiary można najlepiej odczytać, na czym polega moralny porządek, który winien być zachowany we wszelkim działaniu dla dobra wspólnego, aby było ono skuteczne, a równocześnie, aby dokonywało się z poszanowaniem każdego człowieka i środowiska naturalnego, w którym człowiek żyje.
Jan Paweł II

Wjeżdżając samochodem do Lancaster County można poczuć się jak barbarzyńca w ogrodzie. Jakby, cudem wynaleziona, czasomaszyna przeniosła nas w XVII wiek. Telefon komórkowy, komputer czy nawet zapalniczka są tu nie na czasie, a co bardziej roznegliżowany turysta zaczyna nerwowo rozglądać się dokoła. I ta cisza urozmaicana jedynie przyciszonymi rozmowami w dziwnym dialekcie niemieckim. Pensylwania, której centralną część zajmuje właśnie Lancaster County, leży około 3 godziny drogi od Nowego Jorku. Trzy godziny – cztery wieki. Przenosimy się z miejsca pełnego pośpiechu, rozkrzyczanych ludzi, szkła i metalu budowli i najnowszych osiągnięć techniki, do miejscowości w której żyją ludzie nazywani przez jednych sektą, przez innych dziwną grupą etniczną. Ale raczej większość uważa ich po prostu za nieszkodliwych dziwaków. Mowa tu o Amiszach.


...
Martin spogląda na podchodzących do jego straganu turystów z uprzejmym i nieprzeniknionym uśmiechem na twarzy.
- Każdy człowiek jest przez Boga przeznaczony. Jeżeli ma wejść do nieba – pójdzie tam, jeśli ma być potępiony – nic na ziemi go od tego nie uchroni. Dlaczego więc miałbym ciebie nawracać? Albo przekonywać o swojej racji? To sprawa Boga – on rozdzielił już role.
Martin nosi tylko ciemne ubrania: spodnie na szelkach, klapka zamiast rozporka, ubranie pozbawione guzików i zamków błyskawicznych. Ma długą brodę i krótkie włosy, jeździ bryczką, gdyż samochodu używać mu nie wolno. W domu nie ma elektryczności, a gaz jest tylko ten z butli. Jego żona Anne jest zawsze w charakterystycznym, jasnym czepku na głowie i długiej, ciemnej sukni. Wkraść się do ich domu nie jest łatwo. Potrzeba tygodni, całych tygodni stałej współobecności, aby przekonać ich że nie jest się kolejnym turystą, który przyjechał za nowinką. Tygodnie kręcenia się w ich pobliżu, nienachalna, dyskretna obecność i pokorne czekanie na przyjazne skinienie głową, daje zaskakujące efekty...

...
Prawie czterysta lat temu w Szwajcarii niejaki Jakob Ammann powiedział, że religia jest najwyższą wartością człowieka. Był anabaptystą i nie zaskoczyłby tym wiernych gdyby nie posunął swoich twierdzeń do granic - niektórzy powiedzieliby – absurdu. Bo można, ba, trzeba żyć według praw ustanowionych przez Boga, ale człowiek jest tylko człowiekiem. A Bóg aż Bogiem. Z pewnością długość męskich bród i kolor szelek czy też kształt guzików zdobiących bluzy, Go nie interesuje. Ammann jednak był innego zdania i przekonywał o tym słuchaczy. - Nie przetrwa- mówiła większość - Jest kompletnie nieżyciowy. Nie przetrwa.
Przetrwał. Zebrał liczne grono wiernych, którzy rozprzestrzenili się po całym świecie i żyli według surowych zasad religijnych, którym podporządkowywali wszystkie aspekty życia codziennego. Kilkadziesiąt lat później Amisze Starego Zakonu (jak się nazwali) byli już nie tylko w Szwajcarii, ale także w Niemczech, Holandii, a nawet Rosji.
Jednak sceptycyzm przeciwników Ammanna okazał się słuszny i dalekowzroczny. Teoria o prostym życiu, życiu bez techniki i nowoczesności, która z trudem znalazła swoje miejsce i zwolenników w wieku XVII i nieźle trzymała się przez kolejne sto lat, nie miała szans na przetrwanie w XIX i XX – wiekach postępu i szalonego rozwoju. Dlatego Amiszom było coraz trudniej i wreszcie życie takie okazało się niemożliwe. Większość poszła na kompromis i pozwoliła by i w ich rzeczywistość wkradły się nowości techniczne. Ci najbardziej konserwatywni musieli znaleźć dla siebie nowe miejsce. Kraj w którym można pogodzić nieżyciowe już zasady z życiem innych, a przede wszystkim, bez wchodzenia w konflikt z władzami, żyć po swojemu. Jedynym krajem, który potrafi genialnie sprostać takiemu zadaniu są Stany Zjednoczone. Tutaj właśnie odnaleźli swoje miejsce.



Dagmara Babiarz - "Otwórz oczy" Mamiko, 2007





Tomasz Zacharewicz

  "Anioły nie umierają na raka"
okladka.jpg
okladka.jpg


Urodzony w Brzegu 1974 r. gdzie obecnie mieszka. Studia w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Pracownik Regionalnej Rozgłośni Polskiego Radia w Opolu. Na antenie prowadzi m.in. cykliczne autorskie audycje literackie („Krótki program o poezji”). Publikował do tej pory w antologiach i almanachach poetyckich (jest współautorem Almanachu Stowarzyszenia Żywych Poetów) oraz prasie literackiej m.in. bydgoski miesięcznik literacki „Akant”. W tym roku w Instytucie Sztuki Uniwersytetu Opolskiego powstała książka artystyczna „Dom ogrodnika” oparta w całości o jego teksty. Część wierszy doczekało się także tłumaczenia na język niemiecki podczas warsztatów literackich w Eckenforde i Berlinie. Teksty te były już publikowane w 6 numerze Polsko Niemieckiego Towarzystwa Literackiego WIR, a w przygotowaniu są następne publikacje w tej samej serii. Laureat ogólnopolskich konkursów literackich m.in. Autoportret Jesienny – Krotoszyn, Kosmiczny Koperek – Nowa Ruda, Laur Stowarzyszenia Żywych Poetów – Brzeg. Ze „Stowarzyszeniem Żywych Poetów” związany od 1991 roku.

Wiersze z wydanego tomiku.

****

gdy młynarzowi koło przepowiada
nie patrzy w wodę
bo strumień urywa myśli
szlifuje kamienie
oddaje piach wędrowny
bliźniaczym strumieniom
gdy młynarz upycha worki
na wozie jęczą deski bukowe
rżą konie w stajniach
trzeszczą obręcze kół
chrzęści droga
i żwir leci w pola
jak młynarz przesypuje mąkę
wznosi się mgła
podmuch roznosi babie lato
topole wypuszczają nasiona
na wir
na ruch
wśród traw
gdy młynarz miele przez noc
motyle wpadają do żarn
jak kłosy
jak plew
przez sen

****

gdy zagrają
ach gdy zagrają
wśród jabłoni
leszczyn
modrzewi
jabłka, orzechy i szyszki
wędrują w dół
w dal
w paprocie

gdy zagrają
na smyczkach burzy
zawibrują
kontrabasy pni
waltornie gałęzi
altówki liści
i zabrzmią werble
werble błyskawic

orkiestra w sadzie
podrywa w powietrze
gołębie potopu
i gołębie
już w locie
już w drodze











Jacek Ostrowski - "Polskie Pieskie Życie"




Fragment opowiadania "Wariat"

WARIAT


Szpital Psychiatryczny, gdzieś w Polsce, 17 października 2005 roku, godzina 12, mała cela na drugim piętrze w południowym skrzydle, a w niej filigranowy, może czterdziestoletni mężczyzna , a właściwie jego wrak. Mały, chudy korpus, duża podłużna twarz z zapadniętymi policzkami, brązowe oczka osadzone w głębokich oczodołach , czarna, mocno przerzedzona czupryna i śmieszne odstające uszy - to wygląd człowieka z dziesięcioletnim stażem pacjenta domu wariatów. Siedzi skulony przy stoliku i ponownie pisze prośbę o zwolnienie.


Szanowny Panie Ordynatorze! ( tu mu zadrżał długopis w dłoni)

Zwracam się do Pana po raz sto dwudziesty z prośbą o zwolnienie. Jak już wielokrotnie oświadczałem - jestem zupełnie normalny, a te latające spodki, które często lądowały przed moim domem to szczera prawda - na co mam dowody. W mojej skrytce w banku jest film, na którym udokumentowałem te zdarzenia i wystarczy tylko po to pojechać. Proszę
niech ktoś mnie tam zawiezie, przecież to tylko godzina jazdy, proszę!!!!!!!
Pisałem już o tym, że ci ze spodków, kiedy lądowali ostatni raz coś mi wstrzyknęli i dlatego dopiero po miesiącu odzyskałem pamięć, ale teraz wszystko pamiętam. Nie mam już Rodziny i nikogo kto mógłby mnie wyręczyć i dlatego zwracam się do Pana Panie Ordynatorze.
Wiem że pewnie nie ma Pan dużo czasu ale ja już proszę dziesiąty rok i to tylko o sprawdzenie skrytki bankowej. Błagam!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Adam Gapiński

Odłożył długopis , złożył papier na dwie części i schował do kieszeni.
Rozległ się stukot chodaków na korytarzu.
Zazgrzytał klucz w zamku, drzwi uchyliły się, a w progu stanął potężny „mięśniak” z tacą w ręku.
- No kosmito! – zaśmiał się szyderczo – jedzenie i zielone pastylki od zielonych ludków!
- Nie chcę ! – Gapiński próbował protestować, ale co znaczył jego opór przy sile tego drugiego. Chwycony w stalowy uścisk nie miał wyboru, ale tym razem udało mu się ukryć medykamenty pod językiem.
- A teraz jedz ! – rozkazał osiłek
- Mam list do doktora! – zaskomlał pacjent wyciągając kartkę.
- Znowu? - pielęgniarz pokręcił głową, wcisnął zwitek papieru do kieszeni i wyszedł.
- Dlaczego ja tu siedzę??? – zaryczał nasz bohater wypluwając lekarstwo – dlaczego????
Chodził wzdłuż swojej celi podchodząc do ściany, by z całej siły tłuc w nią głową i dopiero, kiedy poczuł w ustach lepki smak krwi z rozbitego czoła, opanował się.
- Nie, nie, muszę kontrolować się, bo znowu zamkną mnie w tych materacach i zabiorą długopis, a wtedy nici z pisania – usiadł i wolno zaczął wycierać twarz.

W tym czasie, w służbowej willi położonej w samym centrum szpitala , w stylowym salonie z pięknymi ciężkimi meblami, wspaniałymi obrazami na ścianach, z rozkosznym ciepłem bijącym od kominka, z kieliszkami koniaku w dłoniach , w głębokich skórzanych fotelach siedzieli: ordynator Stefan Tumiński oraz jego zastępca Rafał Opalski .



Jacek Ostrowski - "Polskie Pieskie Życie" Mamiko, 2007


Powrót




Michał Sobol - "Działania i chwile"






Urodziłem się w roku 1970, publikowałem w "NaGłosie", "Twórczości",
"Kresach", w roku 2001 wydałem tomik "Lamentacje" wyróżniony nagrodą
Kazimiery Iłłakowiczówny za najlepszy książkowy debiut poetycki roku.
W tym roku brałem udział w festiwalu poetyckim "Poznań poetów".

Bardzo dziękuję burmistrzowi Niepołomic, Panu Stanisławowi Kracikowi za pomoc w wydaniu książki "Działania i chwile"


Kilka wierszy z wydanego tomiku:


Wycieczka


Do skałek pod Niekłań przybyliśmy prawie bez słów
kto chciał pić miał obmurowane źródło
kubek po lodach albo złożone ręce

Miasto zostało za nami nie poznane nigdy do końca
bo i jak kiedy - nie było czasu
w rozkładaniu motyli na piance w budowaniu z liści

Nic się nie zaczęło i splot ulic zawsze znajdował
wyjście przestrzeń łąki jakiś nieużytek na którym ludzie
przypominają instalacje naftowe opuszczone lecz sprawne

Na skałkach jak pączki robiliśmy zdjęcia
staliśmy w oknach wypłukanych przez wodę
próbowaliśmy skoku z wieżowca na dach katedry



brat weterynarz i ja


chwila dzikiej pogody i już czuć terpentynę na odcinku wzdłuż bloków
chociaż nie powinno nie ma żywicznych krzewów w żadnym żywopłocie
a nawet gdyby nie ruszają zaraz po pierwszej dawce mocniejszego światła

pamiętam podobną nad rzeką kiedy opona grzęzła w rozmarzniętej ziemi
kołysząc motorower na którym mój brat ja i wędki jak piki z Sienkiewicza
ale gdzie tam grzbiet konia za niski nogi skurczone my owady w locie

a wszystko że czasu mieliśmy za mało nie rozpasanie zmysłów całym dniem
lecz jedna godzina z brakiem upatrzonego wcześniej stanowiska
i przy wyborze wracania po ciemku mimo to wystarczyła by się uporać

uciec przed męką spania po czterech w pokoju czy gminnym pomorem
kur - Panie doktorze - Nic się nie da zrobić - żółtą szczepionką
na żółtym fartuchu bo na sprzątaczkę zabrakło funduszy i miejsca

tutaj inaczej te same są tylko nazwy zakrętów w lewo i w prawo
uwaga na duży ruch ostrzejsza noc mniej nagła zapalaniem lamp
domy w ścianie większa liczba sąsiadów i sen
o wielkim braniu rano



brat hydraulik i ja


że musiała tam być wiedzieliśmy plany takie jak te nie kłamały od dawna
kanalizacja zakończyła już fazę bujnego rozkwitu i jej przyrost
wyznacza jedynie budowa osiedla domków gdzieś na peryferiach miasta

ale na razie suche trzaskanie łopaty krojenie ciężkiej jak buty ziemi
o strukturze bloku którego wypiera się udając zdziwienie cukiernik
jakbyśmy od dzisiaj grzęźli w wykopie i nie wiedzieli czego nam trzeba

więc o głodzie dalsze przecinanie warstw sprasowanych szczątków
organicznych i tych bez życia wracających najczęściej do stanu rud
albo niżej farbki potrzebnej tylko popołudniami przy zabawie w indian

by wreszcie zobaczyć w źrenicach spoglądających na nas okien
frontowe ogródki boisko drogi wyłączonej z ruchu w mozaice napisów
i gier nie rozstrzygniętych na szkolnej przerwie lecz to najkrócej

bo zaraz poślizg stępionego ostrza na kamiennej czterdziestce rutyna
kolejnego przyłącza jeśli jutro chcemy odpocząć gruchot zasypywania
a potem narzędzi o drewniane dno wozu i nowe zadania bez powrotu myśli



brat pszczelarz i ja


żadne opuszki palców czy wargi w cukrze zgwałcone
- te same gumowe rękawice do miodu i pszczół
jeśli zużyte przestały służyć w zakładzie
nam się jeszcze przydadzą

tu w nienormalnie otwartej przestrzeni przypominają
opary cynku zakazane dla płuc naszego brata
i galwanizowane odlewy o rzeźbie współczesnej - upadła
drobna wytwórczość została historia wybrzuszeń

i ślady kamieni rozbitych o mur ale dla nas
to już wczorajsze napisy jak mapy wyśnionej Ziemi
rysowane kredą niespełnione projekty lepszych sojuszy
łatwej wygranej w miejsce układu Start - 2

bo kolejny kryzys w stosunkach supermocarstw oddalało
połączenie stacji Mir i Apollo jak uścisk dłoni
wydanie pocztowego znaczka - a metal księżyca
widzimy nawet w dzień nad łąką

w porze pierwszego podbierania kiedy dźwigając pełne ramki
trzeba uważać bardziej na nierówności terenu
spod ochronnej wyostrzającej obraz siatki - dla nas
znienawidzone partie trutowego czerwiu



las i my


język ptaków śpiewających nie wymaga przekładu
drży na piersiach a potem między łopatkami
przyzwyczajeni do wyzwisk nasłuchujemy tylko
kroków na ścieżce i dokładniejszych informacji
o miejscu gdzie wysypały prawdziwki

inaczej kto by wytrzymał niewolę zakręcających
kolein miękkich od deszczu i traw - naszą pamięć
o nich potrafi zachować jedynie konkretny cel
nie całkiem legalny po którym próżne butelki
zakrętki błyszczące jak nowy pieniądz w słońcu

zawsze musieliśmy szukać namacalnych śladów
które zmieniają ścianę splecionych gałęzi i pajęczyn
w fasadę pustki nasz wypad w kontynuację - mocny kij
udomowiony kilkoma ruchami noża czy grupa dębów
granicząca z łąką uznana za starych przyjaciół

czynią coraz mniej groźne ciemnienie igliwia i liści
a odwrót ciągle możliwy
i kiedy idziesz las odkleja swoje przejścia
na to przybycie jak wcześniej na moje zachowując
nienaruszone ciepło i czystość dla obydwu



Michał Sobol - "Działania i chwile" Mamiko, 2007





Jarosław Jakubowski - "Ojcostych"

                         

Fragment poematu:

Ojcze, nie wiem jak zacząć, znowu
Odbierasz mi broń. Ojcze Wielki i Niepojęty,
O głosie grzmiącym niby piorun w majową,
Duszną noc, o brodzie przystrojonej srebrnymi nićmi
Doświadczenia, o dłoniach mocarnych jak
Dwa lemiesze, którymi wyrywasz najdziksze
Chwasty i czynisz ziemię posłuszną swej niewzruszonej
Woli. Ojcze, Twoje rozliczne prace gospodarskie
To niedościgłe dla mnie mistrzostwo.
Nigdy nie dorównam Tobie w utrzymywaniu
Stałej i bezpiecznej temperatury pieca centralnego
Ogrzewania, niezbadane pozostaną dla mnie tajemnice
Elektryki, ciesiółki, smołowania dachu,
Uszczelniania rynien, nikt tak jak Ty
Nie potrafi nieporządku w obejściu
Zmienić w cudny ład, nikt tak jak Ty
Surowo nie obchodzi się z rozpustną asymetrią,
Dając jej popalić tak, że znika w wielkim przerażeniu.
Pod Twoim surowym spojrzeniem
Kulą się zwierzęta i nawet rośliny zdają
Się pochylać w pokorze, kiedy fachowo
Zadajesz im nawozu lubo też studziennej wody.
Nie złamią Cię przeciwności, którymi
Tak hojnie szafuje nieprzekupny Los, nie
Ugniesz się pod razami chorób i licznych
Przykrości od niewdzięcznych bliźnich,
Rodzonych dzieci nie wyłączając, niestety.
Niezniszczalny jesteś jak lita skała, która
Z głębin Ziemi wypłynąwszy, przez milion lat
Miękkość swą i żar oddała zimnej hardości
Bazaltu. O, Wielki Ojcze, Wielki
I Niedosiężny jak wzór metra ukryty
W podparyskim Sevres lub wzór sekundy
Wciąż uciekający detektywom światła.
Jakże mi Ciebie opisać, mnie, niegodnemu
Stać w Twoim rozłożystym cieniu, a co dopiero –
Opowiadać ojcowskie historye. Nawet nie śmiem
Prosić o Twe pozwoleństwo, dlatego
W ukryciu kreślę te tu strofy, próbując
Z nich wywieść kiedy, jak i dlaczego
Stałeś się tak potwornie Wielki, że nie ma
Środków lokomocji, by objechać całą Twą
Dziedzinę oraz urządzeń mierniczych, by zmierzyć
Ją i rozrysować na mapie pstrej i płaskiej.
Wchodzę dziś w Twe włości jak złodziej,
Włamywacz, jak menel bezdomny, który
Na wycieraczce plecionej z konopnego sznura
Złożywszy swoją ciężką głowę,
Namiastkę domu śni, dopóki nie
Zbudzi go wzburzony okrzyk lokatora
Lubo też kopnięcie. Och, Ojcze, gdybyś mógł
Usłyszeć słowa, które mam pod czaszką,
Lecz które nijak nie mogą i nie potrafią
Opuścić jej i opaść atramentowym deszczem
Na kratkowaną biel mojego zeszytu!
Słowa, które tam, po czaszką siedzą
Najpewniej zmarszczką głęboką naznaczyłyby
Ci wysokie chmurne czoło, ale przecież nie potrafią,
Nie mogą się zdradzić, to jest sprzeniewierzyć
Przyrodzonemu poddaństwu, z jakim dziś lepię te wiersze,
W poddaństwie tym bezpiecznym się czując
I może nawet pewności siebie, może nawet
Odwagi i męstwa nabierając, niby kiełek,
Który wzrastając w inspekcie, przesadzony
Być może następnie na przestronniejsze areały.
Ach, Ojcze, Ojcze, Ojcze czemuś
Mnie nie opuścił, kiedy pora była ku temu?
Na przykład – kiedy magiczną 18 lat granicę
Przekroczywszy i jeszcze jeden rok, wyruszyłem
Po wiedzę na północną stronę, do miejsca
Wrzeszczem zwanego, chyba przez wzgląd
Na żakerię wrzeszczącą nocną porą wśród sennych
Akademików. Dlaczego regularnymi przekazami
Pieniężnymi, a także domową wałówką karmiłeś
Bachusa i mnie, wiernego ucznia jego?
Nie lepiej było zostawić marnotrawnego na pastwę
Bractwa piwoszy, tudzież amatorów rosyjskiej
Wódki dumnym imieniem Kutuzowa zwanej lubo też
Spirytusu słabo rektyfikowanego o królewskiej
Nazwie Royal? Tak, Twój marnotrawny
Pieniądze i wysiłek Twój cały marnotrawił w
Podrzędnych spelunkach oraz technoklubach,
Które w owe czasy kraj nasz cały pokrywać
Poczęły migoczącą siatką, na pohybel babciom
Dzwoniącym na 997 ze skargą, że głośno,
Choć od 22 już minęło ze siedem zdrowasiek.
Ach, nie o mnie tu mowa, może kiedy indziej
Znajdzie się okazja, a i siły, by
Zmierzyć się z otchłannym tym tematem,
Jakim było studiowanie w miejscu Wrzeszczem
Zwanym, w Politechniki gmaszysku solidnym i starym,
W stylu wilhelmińskim utrzymanym wielce.
To tam nie zdobyłem zaszczytnego tytułu
Magistra Inżyniera, czyli mistrza od wznoszenia domów,
Tam też nie zapoznałem przyszłej, miłej żony,
Ani też nie zapłodniłem uczynnej koleżanki
Z sąsiedniego piętra, która w nadziei jakiegoś
Zbliżenia lubo choć rozmowy pożyczała chłopakom
Przybory kreślarskie i notatki kserować dawała.
Ale dość już o tym zmarnowanym,
Lecz wesołym czasie! Czasie ubawu
Po pachy i po świt blady, kiedy się wracało
Do cichego pokoiku na parterze
Szczęśliwie umieszczonym, dzięki czemu
Mogło się omijać bystre oko portierki
I po parapecie przemykać do wyrka.
Czasie pożyczania i nieoddawania, czasie
Na kocią łapę z czasem, ech, durny, lecz
Beztroski czasie sesji letniej, kiedy miast
Wykładów utrwalaliśmy w sobie upojenie
Na sopockim molo, Bachusa personel, niedoszłe inżyniery!
Nie o was mi dzisiaj tu pisać, lecz o Starym,




Jarosław Jakubowski - "Ojcostych" Mamiko, 2007

..........




Dagmara Babiarz - "Podróż za kilka zielonych"



Dagmara Babiarz – urodziła się w Rzeszowie, część życia spędziła w Warszawie, teraz mieszka w Nowym Jorku. Jeszcze nie na stałe. Oprócz ukończonych kierunków studiów jak filologia polska i resocjalizacja ma za sobą wiele zaledwie tkniętych : np. ekonomika, czy dziennikarstwo, geografia nawet . Obok prac umysłowych jak nauczycielstwo i dziennikarstwo, jak praca w domu dziecka czy w wydawnictwie książkowym ma na swoim koncie wiele prac fizycznych – w lesie, w browarze, w sklepie, w hospicjum i kilka takich, o których wspominać się nie chce chociaż trudno się ich wstydzić.
Mimo wielu zainteresowań pospolitych jak dobry film, teatr czy książka ma niesłabnący pociąg do wypadów alpinistycznych, ekscesów nurkowych, akrobacji paralotniarskich, wysiłków off- roadowych i wszystkiego tego, co powoduje, że życie nabiera innych kształtów niż te codzienne.
Fascynują ją inne kultury i społeczności – ich życie, religie, tradycje, zwyczaje. Aby je poznać – podróżuje. Podróże nadają sens temu co robi, a dzielenie się wrażeniami – sens podróżom. Dlatego o tym pisze. W 2007 roku ukazała się nakładem
wydawnictwa Mamiko jej debiutancka książka "Otwórz oczy" - opisy podróży i
obyczajów ludzi mieszkających w najodleglejszych zakątkach świata.


Fragment książki Dagmary Babiarz - "Podróż za kilka zielonych"


Carpe diem – Kalifornia
       Dziewięć na dziesięć osób zapytanych gdzie chciałoby skierować pierwsze kroki po przybyciu do USA odpowie bez namysłu „Kalofornia” Jedna na dziesięć zapytanych osób odpowie „Kalifornia” po namyśle. Nie jest prawdą, że ten stan jest najpiękniejszy. W USA każdy stan ma coś wartego zobaczenia. Jedynego w swoim rodzaju. Ale Kalifornia jest najbardziej różnorodna geograficznie i klimatycznie, trzecia pod względem wielkości i najludniejsza. Zamieszkuje ją niewiele mniej ludzi niż Polskę (35 mln) i to nie bez powodu. Ludzie chcą tu mieszkać. I wiedzą co robią.
       Na wyobraźnię działa wiele. Gubernatorem stanu jest Arnold Schwarzenegger, największym miastem jest Los Angeles. W Kalifornii jest Hollywood, Dolina Śmierci, Golden Gate, Dolina Krzemowa, Alcatraz, Malibu, Beverly Hills...można by tak wymieniać. Sama historia stanu też jest baśniowa. Ziemie należały do Meksyku kiedy USA odbiły je zbrojnie. Ale wypłaciły Meksykowi 25 mln dolarów odstępnego. Dobrowolnie. Prawdopodobnie tylko dlatego, że Amerykanie wiedzieli o złożach złota ukrytych na tych terenach. I rzeczywiście – wkrótce odkryto kruszec i ruszyła tu lawina spragnionych bogactwa. To wpłynęło na przyszłość stanu i wydatnie przyczyniło się do szalonego rozwoju regionu.
Dziś Kalifornia jest tak bogata, że będąc samodzielnym państwem byłaby w pierwszej dziesiątce światowych potęg. Zawdzięcza to wydobyciu złota, produkcji rolnej, przemysłowi elektronicznemu i oczywiście filmowemu. Oraz turystyce. Równocześnie świadomość, że w razie trzęsienia ziemi połowa stanu może zostać zepchnięta do Pacyfiku wyrobiła w mieszkańcach umiejętność doceniania dnia dzisiejszego.

Redwood National Park
       – Wiesz ile tu kosztuje drewno? – pytam retorycznie, bo skąd ma wiedzieć jeśli nie wchodziła ze mną do środka – prawie 6 dolców!
Dwa razy więcej niż normalnie. Złodzieje.
Gośka nie wytrzymuje i wychodzi z samochodu. Wjechałyśmy do tego miasteczka (Klamath) tylko dlatego, że pierwszy raz w życiu zobaczyłam miasto ogrodzone siatką. Jak jakiś... ogród. Tyle, że miejscowość nie ma nic z ogrodowego uroku. Jeden sklep, jedna stacja, kilka odrapanych domków typu barak drzewny. Zmierzcha więc może to jeszcze odbiera naturalne ciepło miejsca? Ceny mnie wkurzają. Drogo jak nie wiem co, a wybór żaden...
– Kupić to drewno? Nie wiadomo czy coś się potem trafi, a zimno się robi jak diabli...
Zanim jednak podjęłyśmy tę strasznie ważną decyzję czy wydać po 3 dolce na łebka za wiązkę, zaczepia nas Frank. Ona nam załatwi drzewko. Za jakieś pół godziny. I za jakieś 20 zielonych, ale cały bagażnik. Myśl, że my nie mamy bagażnika i trzeba będzie to drzewo umieścić gdzieś pomiędzy plecakami, a prowiantem i z nim potem spać, jakoś mnie nie martwi.
Sprzedawca patrzy na nas z nienawiścią. Dobrze mu tak. Zdzierca.
...
       Redwood National Park, ponad 110 akrów lasów ciągnących się wzdłuż wybrzeży północnej części Kalifornii, wart jest zobaczenia z kilku powodów. Z powodu Indian, z powodu drzew i z powodu położenia.
       Indianie wielu szczepów zamieszkiwali te ziemie (Tolowa, Yurko i Chilula) od tysięcy lat, a do czasów współczesnych przetrwały o nich legendy, liczne tu rezerwaty indiańskie z coraz mniej licznymi mieszkańcami oraz słynne canoe indiańskie robione z Czerwonego Drzewa. Jakkolwiek okres świetności plemion indiańskich dawno minął – warto się wybrać w te tereny, by poznać Indian, pooglądać warunki w jakich mieszkają, zaznajomić się z ich krwawą historią. Jest to też rejon, w którym można kupić autentyczne, indiańskie wyroby, ozdoby, ubrania...Szczególnie godne polecenia jest otoczenie rzeki Klamath i ten właśnie rezerwat. I to nie ze względu na egzotykę życia współczesnych synów tej ziemi, ale ze względu na realizm egzystencji.
...
– No przecież widzisz, że jest napisane „full”!
– To co chcesz wracać przez ten las?
W życiu! Właśnie przejechałyśmy po nocy drogą wołającą o pomstę do nieba. Ani znaku, ani człowieka, jedynie oczy jakichś jelonków przy drodze.
Nienawidzimy jelonków przy drodze. Zwłaszcza nocą, gdy pada, jest ślisko, a my ledwo żyjemy w poszukiwaniu noclegu. A tu full.
– Może...
– Na pewno nie będę spać przy drodze – wybij sobie z łepetyny.
– No to o robimy?
No właśnie – co robić w sytuacji gdy przyjeżdżamy prawie o północy do jedynego w okolicy kempingu, leje, zimno i wstrętnie, a tu full. Znaczy nie ma miejsc. Inni byli szybsi, lepsi, pierwsi, a ty biedaku coś teraz wymyśl...
...
       Redwood National Park leżący w północnej części Kalifornii swoją nazwę i sławę zawdzięcza właśnie drzewom zwanym redwoods. To rodzina, do której należą znane wszystkim największe na świecie sekwoje (giant sequoia) oraz czerwone drzewa ( coast redwoods), które są na świecie najwyższe. W tym miejscu właśnie te najwyższe na świecie czerwone drzewa zwane popularnie redwoods są atrakcją. Występują już tylko tutaj, oraz częściowo w Oregonie, żyją ok.2 tys. lat, ważą do 730 tys. kg., osiągają średnio wysokość 111, a objętość ponad 6 metrów. Prawdziwy rekordzista w tym względzie to Tall Tree – ma 600 lat, mierzy 122 metry i wciąż rośnie!
       Tak jak i Indianie tak i redwoods zostały przetrzebione na tyle, by aktualnie chronić nieliczne miejsca ich występowania. Przygoda z najciekawszym lasem świata zaczyna się po wjeździe na teren Kalifornii od północy drogą numer 101 mniej więcej w miejscowości Crescent City kończy w miejscowości Trinidad. Przejeżdżając ten odcinek drogi, a zbaczając z niej jedynie za znakami – zobaczyć można wszystko, co najważniejsze. Fakt, że miejsce leży w oddaleniu od głównych atrakcji turystycznych i z dala od głównych szos czyni miejsce nieco odludnym i tym ciekawszym.

Dagmara BABIARZ. Podróż za kilka zielonych. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2008 r.





RYSZARD CZĘSTOCHOWSKI - "GORĄCE MASY POWIETRZA"



NOTA
RYSZARD CZĘSTOCHOWSKI
Urodził się 12 września 1957 r. Jest autorem 8 tomików poezji i książki
z dramatami. ”Gorące masy powietrza” są 10 pozycją książkową w dorobku autora. Publikował w kilkudziesięciu periodykach m.in. w Tygodniku Powszechnym , Więzi , Literaturze , Res Publice , Kresach , Kartkach , Frazie , Kwartalniku Artystycznym ,paryskiej Kulturze, Akcencie , Odrze etc. Od roku 1994 członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich . Zawodowo zajmuje się od roku 1985 terapią narkomanów.


Dziękujemy Urzędowi Miasta w Bydgoszczy za pomoc w wydaniu książki.


Wiersze z wydanego tomiku:



MONI ARKADI I



Tutaj tylko czaszki i sypiące się stare mury zostały
Najstarszy klasztor europy nieczynny
W cerkwi babinka bez ręki nie przyjmuje jałmużny i
Nie pozwala się fotografować turystom
Są jeszcze ludzie honoru
Dla których bogiem nie stała się mamona
A bóg znaczy nadal ten sam bóg
Na krecie kronosa i zeusa zwyciężył święty paweł
Przynosząc tu chrystusa


Heraklion,czerwiec 2007




MONI ARKADI II

Co pozostaje po nas na tej ziemi
Tylko czaszki i sypiące się mury
Czas decyduje o wszystkim
Choć podobno nie istnieje
Wyobraź sobie kim byś był bez krwi
Kim byś był bez szkieletu
Kim byś był bez ludzkiego mięsa
Kim byś był bez mózgu
Kim jesteś bez boga?



Hersonissos,czerwiec 2007





PATRZEĆ W GŁĘBIĘ


Z hammametu pamiętam jedynie tę parę
Siedzącą na tarasie kawiarni
Jasnego blondyna i murzynkę
Milczeli i patrzeli w dal
Morza
Trwało to kilka minut a ja ich nie mogę
zapomnieć
Od kilku lat jako największe wydarzenie
Z Tunezji
Może jeszcze tylko przypadkowe znalezienie
Na cmentarzu grobu byłego premiera
Italii bettino craxi
Resztę usunęła pamięć
Teraz gdy patrzę na morze też widzę
Tamtą melancholijną piękną parę

Stalida,czerwiec 2007





Ś.P Babci Paulinie Schonrock gdańszczance która przez kilka
Pierwszych lat mojego życia mnie wychowywała

SAMOTNOŚĆ czyli PORTRET RODZINNY WE WNĘTRZU

Wracałem z okęcia i kątem oka spostrzegłem mijającego
Mnie brata przyrodniego udał że mnie nie widzi
Przeciął nam drogę rozmawiając z kolegą
Też pewnie warszawskim biznesmenem
Po śmierci matki nasze kontakty zamarły
Byliśmy z rożnych ojców i
O różnych nazwiskach
Mogłem go zaczepić zawołać ale
Dałem mu odejść w spokoju
Nic nas już nie łączy
Od małego byłem mu zawalidrogą
Jak się urodziłem miał już 10 lat
A gdy ja miałem 10 on już studiował
Architekturę i do b. nigdy na stałe
Nie wrócił
Cała moja rodzina żyje sobie beze mnie
Tą po kądzieli z ełku giżycka grajewa
Widziałem ostatni raz ćwierć wieku temu
Na weselu kuzynki doroty inną kuzynkę
Ewę jeszcze raz widziałem w filmie „urodziny
Matyldy” gdzie zagrała zaraz po szkole aktorskiej
A brata stryjecznego marcina trochę się wstydziłem
Bo został gwiazdą disco polo wokalistą zespołu
Boys po matce też bym się miller nazywał
Natomiast po mieczu częstochowscy z pomorza
Osiedli głównie w gdańsku tutaj w b. mam kuzynkę
Historyczkę i stryja prawnika których raz w życiu
Widziałem
Zabawna anegdota krąży po mojej rodzinie że jesteśmy
Spokrewnieni z generałem millerem szwedem oblegajacym
Częstochowę w czasach potopu
Do ojczyzny już część m. nie wróciła i osiadła w kurlandii i
Na mazurach
A moja mama anna miller wyszła za zmanierowanego
Szlachetkę częstochowskiego który zwiał na tamten
Świat kiedy zaczął być mi potrzebny gdy skończyłem 14 lat
I chciałem z nim porozmawiać



WYBRANE FRAGMENTY EUROPY

Praga oświetlona noc synagoga kafka we mnie
Lekki jak lęk i sen kruchy
Miła dziewczynka z ciechocinka z bólem miesięcznym
Wenecja tramwaj wodny puste uliczki klaustrofobie
San marino serpentyny alkohole chmury i góry
Rimini ricione la strada
Nocleg w kostnicy pijaństwo dyskoteka techno
Wyzywające półnagie barmanki w ciągłym rytmie
Włoskie wielkie żarcie
Plaża adriatyk z drugiej strony krew nienawiści
Rzym zmierzch bogów transwestyci i prostytutki
Na cudownym placu fontanny hiszpańskie schody
W remoncie
Lido di osti nocna kąpiel w morzu tyrreńskim
Sól spłukiwana czerwonym winem
Asyż zmęczenie nie odczułem świętego franciszka
Jeszcze ciągle nie ta chwila dlaczego?
Padwa narkomani w szaletach krew z ich żył w
Pisuarach rawenna grób dantego święty antoni
Nawraca ryby
Wiedeń opustoszały grób mozarta szyderstwo z duszy
Artysty ślady młodości matki z drugiej wojny światowej
Prater orkiestra duet hippisów weteranów
Śpiewający kawałki z absolwenta kurdowie demonstrujący
Swoją zagładę europo europo patrzysz chociaż oślepłaś

CZĘSTOCHOWSKI RYSZARD -
"GORĄCE MASY POWIETRZA". Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2008. (Poezja polska) ISBN 978-83-60224-26-7






Marcin Gałkowski - "Chloroform, czyli brzydkie wiersze"




Marcin Gałkowski (ur. 1988). Aktualnie mieszka i studiuje we Wrocławiu, widywany też w Kłodzku i Gliwicach. Na papierze debiutował w „Antologii Postgeneracji” a swoje wiersze wyśpiewuje w psychodeliczno prog - rockowym Laudanum i elektronicznym Korowiow. Motto? Morrisonowskie „nie jestem szalony, interesuje mnie wolność”.

jesień

wyczuwam jesień ona idzie po mnie w szarym
kitlu z ortalionu i gumiakach a żółć i czerwień
to tylko złudzenie optyczne rozszczepienie dymu
już palą się łąki pękają jabłka i trzeszczą jabłonie

wyczuwam jesień na moim małym balkoniku
ona czeka pod stołem w kuchni bawi się kłębkiem
sadzy strzyże uszami kiedy przemakają szyby

jesień przyjdzie z melancholią i zapachem szronu
otuli nas liśćmi wytnie z filcu poprzekręca karki
i wskazówki w zegarkach a potem zakopie każe

czekać na wiosnę



wódka z pieprzem

nocą wychodzimy na miasto w poszukiwaniu
dźwięków nylonu i satyny a kilka jędrnych
tu i ówdzie kobiet wbija szpilki w asfalt i żółty
karton

kilka jędrnych tu i ówdzie kobiet wbija szpilki
a my stoimy w bramie patrzymy sobie od stóp
do głów i powoli coś w nas się indukuje jest środa
i zimno

powoli coś w nas się indukuje w tajlandii kwitnie
orchidea i handel dziećmi ale tu przejeżdża tylko
nocny autobus wiezie z sobą zapach zgniłych jabłek
i trochę nasienia na tylnym siedzeniu

a za nim jest
ciemno

(8 I 2008)



18 XII

znalazłem ten tekst przy ciele młodego mężczyzny
na przystanku komunikacji miejskiej
musiał czekać na tramwaj i umrzeć z głodu

robi się ciepło wstają pociągi poziom wody
jest niepokojąco wysoki a siarka usztywnia
oddechy

w mediach ogłoszono że jestem schizofrenikiem
dwudziestego pierwszego wieku rozmawiam
z metanolem i tym brunatnym ściekiem w kranie
a potem na rondzie wypływa ze mnie błoto

jutro mam urodzić się od nowa
każda chrząstka strzępek skóry
każde przekleństwo i drut
wszystko jasne jak płonący bazar

---------------------------------------
powietrze wyłamuje dłonie
jest niebezpiecznie podniecająco
wsadzasz mi pończochy do ust
czekamy aż odłączą nam prąd

(W-w; 18 XII 2007)



spandex

będzie już tydzień jak nie napisałem
żadnego wiersza i szczerze mówiąc
dobrze mi z tym

o siódmej rano stęchlizna wytacza się z bram
po Ostrowie Tumskim kręcą się perwersje

siedzę słucham jak szeleścisz rajstopami
i nie muszę już myśleć
o czym
w jakim przypadku
i czy w ogóle ktoś to przeczyta
naturalnie poza tobą butelką czystej i psem
nie muszę penetrować dziur
na planie miasta ani żywić się ambrą purpurą
i wyprzedażami w hipermarkecie

mijał już tydzień jak nie napisałem
żadnego wiersza taki piękny wynik

ale nie
jak zwykle musiałem coś
spieprzyć

(W-w; 22 I 2008)






erotyk wrocławski
Karolinie

otwierają się przed nami nowe horyzonty
nowe dni i pory roku dotąd nieznane
z niejednego pieca będziemy jeszcze
wybierać sadzę i błoto pośniegowe

niejedną noc wypełniać deszczem gdzieś
nieważne namalujesz wielkie dzieło gdzieś
nieważne wypluję parę koncertów i przyjdzie
wiosna zetniemy kominy zasadzimy cegły

ważne będziemy
będzie my

(26 IX 2007, jeszcze K-ko)

Marcin GAŁKOWSKI. "Chloroform, czyli brzydkie wiersze". Nowa Ruda : MaMiKo, 2008







Aneta Nalborczyk-Wierzbicka - Inny brzeg




            


Aneta Nalborczyk-Wierzbicka (ur. 1971) debiutowała w 1993 roku tomikiem „Idąc piszę siebie”, rok później ukazał się arkusz poetycki „Milczenie” w klubie poetyckim działającym przy warszawskiej :”Stodole”. Laureatka kilku konkursów poetyckich regionalnych
i ogólnopolskich. Drukowała w prasie lokalnej i regionalnej.
Pochodzi z Podbeskidzia. Tam otoczona przyrodą postanowiła studiować biologię
na Uniwersytecie Warszawskim.
Od najwcześniejszych lat jej drugą wielką pasją jest malarstwo olejne, akrylowe, artystyczna aranżacja ścian. Ma na koncie kilka indywidualnych wystaw malarstwa i rysunku.
Na co dzień Kierownik filii Gminnego Ośrodka Kultury w Raszynie, gdzie od czterech lat prowadzi pracownię plastyczną dla dzieci.
Z przyjemnością ilustruje również swoje książki poetyckie ponieważ uważa, że słowa
i obrazy doskonale się w ten sposób uzupełniają.





INNE LATO

wiatr przebiega nad nami, zagląda w rękaw sukienki
ale tam już tylko mrówki i ciasno na zakrętach

rysuję na tobie zwierzęta. kota, słonia, żyrafę
a długość jej szyi przyprawia cię o zawrót głowy

powoli mijają godziny, niebo przechyla się nagle
i patrzysz na słońce z zamkniętymi oczami

to wszystko już było, dotykam twojego cienia
tam gdzie dzień zwija się w palcach i traci sens



ALCHEMIA

powietrze skrapla się. na styku
dwóch ciał drobne wrzenia
mamy czas. ramiączko na końcu
języka i dalej. gładki jedwab
tuż przy ziemi. deski

odwracamy ściany. do siebie
plecami. liczymy do dziesięciu
na granicy lotnego popiołu
w rękach pali się śnieg



DRABINA

na progu szopy noc. długo przełykaliśmy
i strach chował się w szczelinie między palcami

blisko wejścia stał warsztat stolarski na wysokości
małych twarzy wolno przebarwiały się deski

naoliwione imadło dziadka skręcało nas
od tych zapachów z podłogi, otwartych lakierów

czasami przez ściany przechodziły króliki,
tak łatwo się przewracały na mokrej trawie

między latami stawaliśmy coraz bliżej drabiny,
na strychu rósł odwrócony szerszeń. czekał



Aneta Nalborczyk-Wierzbicka - Inny brzeg. Mamiko, 2008





Jacek Ostrowski - Paradoks







"Paradoks" to kolejna książka Jacka Ostrowskiego i jak zwykle będzie budzić skrajne emocje. Jest to opowieść o zbrodni i karze. Temat stary jak Świat, ale tym razem przedstawiono go wtapiając w akcję w realia dzisiejszych czasów. Autor za jedynym zamachem wbija kij w kilka mrowisk, ale wszystko to łączy w jednej spójnej opowieści o człowieku. Tak jak w "IPN", czy "Polskim pieskim życiu" porusza tematy pierwszych stron gazet, lecz tym razem sam zajmuje bardzo wyraziste stanowisko.






ROZDZIAŁ I


Historia nasza bierze swój początek w świętym mieście wielkich religii... w Jerozolimie. Był to bodajże dwunastego sierpnia. Na pewno był wtedy straszny upał, na niebie żadnych chmurek - tylko pionowo nad głowami ostre tropikalne słońce. Żar lał się z nieba, męcząc pielgrzymów w równym stopniu, jak i mieszkańców. Na jednym z podrzędnych przystanków, pod starą pamiętającą czasy żydowskich proroków oliwką, stał młody mężczyzna o bardzo ciemnej karnacji skóry. Nie wyglądał na typowego wyznawcę judaizmu, raczej na przedstawiciela nacji za wielkim murem. Wielki mur kojarzy się wszystkim z Chinami, ewentualnie z Berlinem, ale nic bardziej mylnego. Tu na Ziemi Świętej wielki betonowy mur opasa Jerozolimę. Odgradza ludność rdzenną od bardziej rdzennej. Jest murem niezgody, a jednocześnie murem spokoju, na dzień dzisiejszy jedynym rozsądnym rozwiązaniem...
Mężczyzna wyglądał podejrzanie. Rozglądał się nerwowo, ale to w tym rejonie nie było aż tak dziwne. Dziwna była jego gruba kamizelka. Kamizelka w upał? Dziwne, nawet bardzo dziwne.
Przystanek zapełnia się oczekującymi. Już jest około dziesięciu osób, jest kobieta w ciąży, jest kilkunastoletni chłopiec, jest ortodoksyjny Żyd ze swoimi charakterystycznymi pejsami i czarnym, jakby żałobnym strojem. Widać też kilku turystów. Ubrani są w krótkie spodenki, objuczeni sprzętem fotograficznym i butelkami z wodą. Stoją i rozglądają się ciekawie wokoło. Chyba to Amerykanie, bowiem z obcisłych szortów wypływają góry tłuszczu, owoc działań dzielnego wujka McDonald’sa. W innym miejscu byłaby to dziwna mieszanina nacji i stylów, ale nie tu. Tu jest to typowy obrazek. Stoją w milczeniu i jedynie kątem oka obserwują siebie nawzajem. Młody człowiek w kamizelce jako jedyny wykazuje duże ożywienie, przechadza się nerwowo i z niepokojem wypatruje autobusu. Jego zachowanie wzbudza zainteresowanie pozostałych.
- Zobacz kochanie tego Araba - szepnęła do swojego towarzysza w beżowym przewiewnym garniturze niewysoka, może czterdziestoletnia Amerykanka, w dużym szarym kapeluszu na głowie, w niebieskiej bluzce i białych szortach. - Nie uważasz, że wygląda podejrzanie?
Mężczyzna spogląda uważniej na młodzieńca.
- Masz rację - przytaknął. - Po co mu ta gruba kamizelka? Przecież w tym upale to można zdechnąć, a on tak ubrany.
- Może to terrorysta? - kobieta dosłownie świdrowała wzrokiem obiekt swoich obserwacji.
On czuje to i jeszcze bardziej nerwowo przechadza się wzdłuż krawężnika.
- John! - kobieta wskazała palcem. - on ma jakieś kable pod tą kamizelką. On ma bombę!
- Jaką bombę? - mężczyzna coraz nachalniej wpatrywał się w młodzieńca. - Co ty pleciesz?
Słowo bomba spowodowało pewne zamieszanie w grupce oczekujących. Wszyscy jak na komendę wbili wzrok w jedną osobę - w osobnika w kamizelce. On widząc to zatrzymał się i spojrzał na nich dziwnym wzrokiem. Wolno podszedł do najbliżej stojących Amerykanów i rozchylił kamizelkę. Na jej wewnętrznej stronie w doszytych kieszeniach umocowane były dwa rzędy lasek dynamitu i zwoje kabli. Na wysokości serca na zielonym kablu wisiał wyłącznik, przypominający te montowane przy lampkach nocnych. Mężczyzna prawą ręką chwycił go i zacisnął w dłoni. Widać było, że przez ten jeden moment poczuł się panem życia i śmierci grupki tych ludzi.
- Jestem wojownikiem Allacha - wyrecytował nienagannym angielskim. - Wasza śmierć będzie dla mnie przepustką do wieczności. Wszyscy zginiecie, a ja pójdę do swego Pana, do Ogrodów Szczęśliwości.
- My jesteśmy tylko turystami! - krzyczy kobieta i wyciąga rękę w błagalnym geście. - Oszczędź nas, błagam! My nic nie mamy do waszego Allacha!
- Zamknij się niewierna, przestań bluźnić przeciw Stwórcy. - przez twarz mężczyzny przechodzi grymas nienawiści. Wciska trzymany w dłoni przycisk i potworny błysk rozświetla wszystko w promieniu kilkunastu metrów. Nastaje ciemność.


- Gdzie ja jestem? Czemu nic nie widzę, tylko gęstą mgłę? Zaraz, zaraz… może ja śnię? Może to tylko dziwny sen, dziwny chory sen? Panie mój, oszczędź mi tego, ja jestem tylko Twoim wiernym sługą. Zaraz, niech sobie przypomnę, przecież pamiętam, tak, pamiętam ten przystanek. Miałem dostać się do zatłoczonego autobusu i zabić jak najwięcej niewiernych. Nie udało się, niewierni za wcześnie zauważyli moją bombę. Panie przebacz mi, że nie wywiązałem się z zadania. Panie, wiem, że spotka mnie za to surowa kara i jestem gotowy ją przyjąć. Wiem, że zawiniłem - dałem się zdemaskować.
- Hassanie, dlaczego? - zabrzmiał dziwny nienaturalny głos. - Dlaczego?
- Panie, przemówiłeś do mnie, do niegodnego Twego sługi, dzięki Ci!
- Hassanie, dlaczego?
- Co dlaczego, mój Panie? Nie rozumiem?
- Nie jestem Panem, jestem jego sługą i ja mam podjąć decyzję, co zrobić z Tobą. - głos wyraźnie zdenerwował się. - Pan nasz płacze nad wami, głupcami, którzy przelewają morze krwi niby w jego imieniu. On nigdy nie każe przelewać krwi niewinnych. On kocha wszystkich ludzi bez względu na wyznanie. Przecież jest jeden Bóg i chcąc nie chcąc wszyscy się do niego modlą. Jakim prawem podszywacie się pod niego? Jakim prawem wymierzacie za niego sprawiedliwość? Przecież w Koranie jest napisane, że Bóg jest Miłosierny i Litościwy. Czemu o tym nie pamiętacie? Wielki jest Jego gniew na was i kara będzie surowa. Ten, kto odbiera życie innym jest potępiony w dwójnasób.
- Panie, ale to byli niewierni. Nasi duchowni wciąż nam mówili, że należy zabijać niewiernych.
- Hassanie skończyłeś Harward i to jako jeden z najlepszych, więc powinieneś sam ocenić to, co mówią wasi duchowni. Dla ciebie nie ma wytłumaczenia, byłeś człowiekiem inteligentnym i nie mógł ci żaden prymitywny przywódca duchowy zmienić światopoglądu. Chciałeś zabijać i zabiłeś. Zabiłeś sześć osób i dwie ciężko raniłeś. Musisz ponieść konsekwencje swojego czynu i je poniesiesz. Nie wiem, jaka będzie kara, muszę to wszystko przeanalizować.
- Panie, ale ja naprawdę w to wierzyłem, robiłem to dla Niego, dla Jego chwały.
- Hassanie, dlaczego nie wybrałeś innej ścieżki? Dlaczego?
- Jakiej ścieżki? Nie rozumiem?
- Mogłeś pomagać biednym. Mogłeś starać się wykorzenić nienawiść, siać dobro jak każe Koran. W ogóle, to czytałeś Koran?
- Panie znałem go prawie na pamięć. To przecież Święta Księga, każdy z nas musi go znać.
- No właśnie dobrze powiedziałeś… musi.
- Tak panie!
- Nie, każdy z was powinien go zrozumieć, a nie bezmyślnie przeczytać. Gdybyś chciał go zrozumieć, wtedy cieszyłbyś się z lektury każdego słowa, każde byś analizował, myślał o jego znaczeniu. Koran jest mądrym dziełem, ale dla mądrych ludzi, dla ludzi myślących. Taki jak ty, absolwent dobrej uczelni, powinien sam interpretować słowa naszego Pana, a nie słuchać interpretacji często niedouczonych duchownych. Światem rządzi polityka i ona nagina religie dla swoich potrzeb. Pan nasz jest zły na ludzi, że wykorzystują jego autorytet dla własnych korzyści. Podszywają się pod znajomych Boga, żeby siać strach i wywoływać wojny. Będziecie za to rozliczeni, wszyscy tu wcześniej czy później trafią. Ja i moi współpracownicy rozliczamy tu wszystkich od papieży po zwykłych robotników. Inne stosujemy kryteria dla każdego, albowiem nasz sąd jest sprawiedliwy.
- Panie, skoro są tu papieże to znaczy, to jeszcze jeden dowód, że Allach jest jedyny.
- Głupcze! - głos zdenerwował się. - przecież gdybyś przeczytał uważnie Koran i orientował się chociaż trochę w religii tych, których zabiłeś, to wiedziałbyś, że to jeden i ten sam Bóg. Przecież prorocy katolików są waszymi prorokami. Nawet Jezus jest prorokiem Islamu. Ty, tak wykształcony, jak mogłeś tak oślepnąć? Dlaczego ty?
- Ja już nic nie rozumiem.
- Nie rozumiesz? - głos wyraził zdenerwowanie. - Co to byłby za Bóg, który kazałby mordować ludzi tylko dlatego, że go nie znają. Tak Hassanie, tylko dlatego, że go nie znają. Skąd ma wiedzieć dziecko niewierzącego, że Bóg istnieje? Kto ma mu o tym powiedzieć? Zresztą i ci niewierzący w duchu wierzą, oni się do tego nie przyznają, ale wierzą w siłę nadprzyrodzoną, czyli w Boga. Nieważna jest nazwa, nazwa to wymysł człowieka, żeby móc Boga zidentyfikować, określić. Bóg nie ma nazwy.
- Gdyby nie to, że tu jestem pomyślałbym, że to bluźnierstwo - szepnął mężczyzna.
- Dlaczego odrzucałeś to, co ci podsuwał rozum? Przecież wiemy, że często myślałeś o Nim i myślałeś jak rozsądny człowiek. Twoje myśli cieszyły Pana, ale nagle to wszystko zmieniło się, odkręciło w zupełnie złym kierunku. Tak jakbyś zatrzasnął wielkie wrota rozumu i oddał się ciemnocie. Dlaczego?
- Bo zabili mi rodziców? - szepnął.
- Czy ci, którzy zabili twoich rodziców, zginęli na tym przystanku?
- Nie.
- Jak ktoś ukradnie ci pieniądze, to idziesz i na ulicy okradasz kogoś innego?
- Nie, przecież to tak samo kradzież.
- No właśnie. Jak ktoś kogoś zamorduje, to nie można złapać kogokolwiek na ulicy i jego ukarać, trzeba złapać mordercę.
- Ale to byli niewierni!
- Dalej nie rozumiesz. Czy jakby ci jakiś Murzyn zabił rodziców, to ścigałbyś innego Murzyna, czy tego konkretnego?
- Konkretnego, przecież to nie jego wina, że jest czarny.
- To, dlaczego nie uznajecie tych praw dla ludzi innych wyznań? Dlaczego?
- Bo niewierni służą fałszywym Bogom!
- Oj, Hassanie nieprędko zrozumiesz moje słowa. Twoja pokuta za to zabójstwo będzie surowa, ale i kształcąca. Musisz ponownie otworzyć wrota rozumu i bezpowrotnie zatrzasnąć te od głupoty.
- Wszystko zrobię Panie byle dostać się do Ogrodów Szczęśliwości.
- Nie masz wyboru, przed wolą Pana nie uciekniesz. Myślę jednak nad karą dla ciebie, gdyż wachlarz ich jest przeogromny. Jedno jest pewne, że wrócisz na ziemię.
- Na ziemię?
- Tak Hassanie wszystko kręci się na ziemi. Ludzie od początku Świata szukają daleko tego, co jest tak blisko, tego, co jest na wyciągnięcie ręki. Rajskie Ogrody są na Ziemi i Piekło też. Wszystko zależy od tego, kiedy się urodzisz i gdzie. Twoja linia losu jest zapisana w momencie narodzin, ale od ciebie zależy, czy pójdziesz tym szlakiem, czy też skręcisz. Ty miałeś piękną linię, ale zboczyłeś z niej i wpadłeś w przepaść.
- To Rajskie Ogrody nie są wieczne?
- Wieczne? Nic nie jest wieczne oprócz naszego Pana. Chciałbyś biegać po jakiś ogrodach milion lat? Przecież uznałbyś to już po roku za karę, po kilku za przekleństwo. To ma być nagroda. Nagrodą jest wspaniałe szczęśliwe życie, udane dzieci, brak chorób i innych trosk. Spełnianie swoich najskrytszych marzeń to też element rajskiej nagrody.
- A kary? Jakie są kary?
- Kary? Różne, ale podam ci kilka przykładów. Słyszałeś o Hitlerze, tym zbrodniarzu?
- Tak.
- On został sekwoją.
- Sekwoją? Co to za kara?
- Wbrew temu, co myślisz jest to jedna z najokrutniejszych kar. Chciałbyś stać w bezruchu pięć tysięcy lat bez możliwości choćby podrapania się? Chciałbyś, żeby przez kilka tysięcy lat powoli zżerało cię robactwo? Chciałbyś stać tak gdzieś na uboczu, gdzie nic się nie dzieje? Wiesz jak wtedy czas wolno płynie? Nie śpisz, nie jesz, tylko stoisz. Czujesz zimno, czujesz wieczny głód, czujesz potrzebę oddania moczu, ale nic nie możesz. Stoisz i tylko stoisz. Modlisz się o drwala, który skróci twoje cierpienie, ale on nie nadchodzi. Mijają lata, mijają setki lat, mijają tysiące. Błagasz o siekierę, błagasz o burzę z piorunami, o cokolwiek, co skróci twoje cierpienie. Ale nic nie nadchodzi… Ta sekwoja żyje bardzo długo, musi odcierpieć za miliony istnień, to musi być kara specjalna. Powiem ci tylko, że jest kilka takich sekwoi. Jedną z nich jest Stalin. Pewnie słyszałeś o tym łotrze?
- Owszem, słyszałem. - szepcze.
- Z reguły zasada kar jest prosta. Biłeś, to będziesz bity, zabijałeś zwierzęta, to będziesz zwierzakiem, żeby poczuć swoje własne cięgi. Kradłeś, to będziesz okradany. Prześladowałeś dzieci, to ponownie urodzisz się, ale w rodzinie z agresywnym rodzicem. Przecież to jest prosta zależność. Każdy dostanie to, na co zasłużył. Wielka jest mądrość naszego Pana. Zawsze oprawca staje się ofiarą, musi poczuć ciężar kary.
- A kto jest wtedy oprawcą?
- Ci z Ogrodów Szczęśliwości, wielu zbacza ze swojej szczęśliwej ścieżki.
- To moje życie było tym Rajem?
- Tak, ale do czasu zejścia. Piękne życie było tobie przeznaczone. Miałeś zostać prezydentem, wielkim mężem stanu, ale wszystko zmarnowałeś. Wszystko legło w gruzach, kiedy podałeś po kryjomu koleżance ze studiów pewien środek.
- To nie ja!
- Przestań, zapominasz gdzie jesteś, tu nie ukryjesz prawdy, my wiemy wszystko. Ta sprawa zaważyła na wszystkim. Zszedłeś z rajskiej ścieżki i ruszyłeś tą zachwaszczoną. To był twój wybór, Hassanie.
- Czyli życie w raju nie jest proste?
- Nic nie jest proste Hassanie. Jeśli jednak będziesz się w życiu kierował sercem ono poprowadzi cię prostą drogą ku szczęśliwości. Nie powiem wiecznej, bo wieczność jakiegoś, chociażby najpiękniejszego, stanu staje się w pewnym momencie przekleństwem. Dziwi nas, że wasi duchowi przywódcy kuszą życiem wiecznym. Przecież jak człowiek dożywa stu lat, to czuje się już zmęczony, a cóż dopiero mówić o życiu dwieście, czy trzysta lat? Karmią was głupotami, robią wam wodę z mózgów i później są takie efekty.
- Nie tak sobie to wyobrażałem. - jęknął mężczyzna.
- Człowiek żyjący zgodnie z prawdziwymi naukami Boga zawsze idzie dobrą ścieżką i wciąż powraca do Rajskich Ogrodów. Wtedy może osiągnąć wieczność. Jednak jest to o tyle trudne, że nikt z was nie wie, jakie są prawdziwe nauki Boga. Co innego słyszycie w świątyniach, a co innego nieraz każe wam robić serce. Stoicie na rozdrożu i nie wiecie gdzie iść. Co jest dobre? To, co głoszą autorytety, czy to, co sami czujecie? Wielcy prorocy mieli wskazać wam prawdziwe drogi, ale ci, którzy przyszli po nich wszystko przeinaczyli. Może już czas na nowych proroków? Może czas naprostować ponownie wszystko? Może czas pozwalać z ołtarzy fałszywych bogów i półbogów?
- Nie każesz być mi sekwoją?
- Nie Hassanie będziesz ponownie człowiekiem, ale twoje życie będzie ciężkie, będzie pozbawione szczęścia i radości.
- Dam radę.
- To nie wszystko, to nie koniec pokuty. Będziesz powracał na ziemię tyle razy, aż skończy się twoja pokuta. Twoje cierpienia będą straszne, ale tylko to może odkupić twoje winy. Nie będziesz pamiętać naszej rozmowy, ale zawsze tuż przed śmiercią przyjdę do ciebie i przypomnę ci naszą dzisiejszą rozmowę.
- Jeśli jest taka wola Allacha, to jestem gotów.
- Taka jest wola Boga i niech tak będzie.









Jacek Ostrowski.Paradoks. Wydawnictwo Mamiko 2008







Szymon Bira - światło umieranie





Szymon Bira- ur. 1987. Mieszka w Bytomiu.W 2004 roku zdobył I miejsce w II Ogólnopolskim Przeglądzie Twórczości Poetyckiej „Rzeźba słów" pod patronatem Jacka Kaczmarskiego. Przez ostatnie dwa lata związany z projektem literackim REJONY. „światło umieranie" jest jego debiutem poetyckim.



Wiersze z debiutanckiego tomiku



odpuść
rzekomych
wstrząsów
upał

po pierwsze
jest to upał
trudność w jego obliczu
następnie też
krańce

skąd by się ta śmierć
wzięła następnie

31.08.2006.





a nawet gdyby samego boga przysłali
to my wiemy o pięciu tylko zdradach
jego kobietach kukłach zdradach
samowyzwoleniach naszych
poniekąd trafnych
wezwań zebrań alkoholu wyrazu krzyku
i krzyku

27.09.2006





do rączki
weź poręcz
Dolores
i nie zapomnij
że miałem
gwiazdy
w palcach
trzecie stworzenie

16.05.2007





leśniczy liże liście
i gdzieś w to uda sarenki

wraca - żona leśniczego piecze
sarninę ten się przypomina

pogodzeni wieczerzą spożywają
małżonek nie milczy

kobieta też spożywa
mięso roznosi zapach

błogosławi strawę słowem
mężczyzna rozczesuje wieczerzę

20.05.2007





zanim się obejrzysz
mężczyzna zna sztuczki
na przystanku zaskarża
zawsze modliliście się razem
były słowa


oddycha za ciebie
za nim się oglądaj
po prostu nie skracaj nie sugeruj
półobrotu i tak
cienkiej myśli
już wady

03.06.2007




wszystkiego
ale nazwij to sobie

kombinacji nie liczysz
powtarzam

zrezygnuj zredukuj zaskocz zeskocz zestaw
pięść pień pieśń

trzecia zbiera pierwsze
zejdźmy niżej

nie ma końca
rano jechałem

po starocie
na ziemię

i jeszcze opowieść
bardzo żywa

06.07.2007


BIRA Szymon. "światło umieranie". Nowa Ruda. MaMiKo, 2008





Gabriel Leonard Kamiński - "Pejzaże"








Gabriel Leonard Kamiński, urodzony 1.IX.1957 r. w Gorzowie Wlkp. Od 1958 roku mieszka we Wrocławiu, w dzielnicy Fabryczna, dawna ul. Przodowników Pracy, obecnie al. gen.J.Hallera.
Absolwent IV L.O we Wrocławiu, Policealnego Studium Kulturalno-Oświatowego oraz Instytutu Bibliotekoznawstwa Uniwersytetu Wrocławskiego. Poeta, wydawca, księgarz.
Od 1990 członek wrocławskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Debiut prasowy w 1974 w „Konfrontacjach”. Publikował w „Integracjach”, „Nurcie”, „Sigmie, „Odrze”, „Morzu i Ziemi”, suplemencie „Konfrontacje Literackie”, „Pomostach”, ostatnio „Kalendarzu Wrocławskim”, „Słowie Polskim”, „Kartonie”, antologiach|: „Poezja Lauru Arki”, „Literatur und Kritik”, ostatnio „Ty mówisz Odra”, antologii poezji miłosnej „Mrok i światło”. Laureat wielu ogólnopolskich konkursów i turniejów poetyckich m.in.: Warszawskiej Jesieni Poetyckiej, Jaszczurowego Lauru, Milowego Słupa, 2–krotnie konkursu im. J.Śpiewaka w Świdwinie. Zwyciężca ogólnopolskiego konkursu na zestaw wierszy ogłoszony przez Dom Kultury w Białymstoku (1989), ostatnio w 1999, 2000, ogólnopolskiego turnieju zorganizowanego pod patronatem Klubu Muzyki i Literatury pt. „Ty mówisz Odra”.
Autor sześciu książek poetyckich: w 1980 roku, debiut: pt. „Opis rzeczy szczególnie martwych” (Kalambur- SZSP), w 1983r: „Nie ma między
nami różnicy” (OkiS -ZLP), w 1987 „Ulica Przodowników Pracy” (MAW –
W-wa ), w 1999 „Deja vu” (Wydawnictwo Arhat), w 2003 „Wratislavia cum figuris” (Wydawnictwo ATUT), a ostatnio w 2006r. „Roth – Nowy Testament” (SPP Wrocław). Autor kończy drugi tom książki poetyckiej o Wrocławiu, ”Wratislavia cum figuris II” i pracuje nad zbiorem opowiadań związanych z Wrocławiem pt. „Wrocławska Abrakadabra”.
Od 2000 roku pracuje w Portalu Internetowym - Sfera Intermedia we Wrocławiu, jako dziennikarz i recenzent. Nominowany za 2006 rok do nagrody dziennikarskiej „PIKowy Kaur”, za „wszechstronną prezentację książek w mediach elektronicznych”.


z tomu: Pejzaże


Pezjaż polski (liryczny)


Odmówiłem cię w skrzydłach husarii
pod murami wiednia. Pod wieżą mariacką
stać tak długo będę, aż dźwięk trąbki jasny
przeniesie cię z małopolskiej ziemi aż do granic śląska.
W leszczynie będę brodził szukając Twoich śladów,
zwodzonym mostem zieleni grodząc góry od morza.
Białowieżą ciebie wytęskniłem nizając echo twoich kroków
coraz bliżej źródeł dunajca. Łagodnie tulę
grzbiety górskich szczytów, tak jak
scałowywać będę z rąk Twoich
spierzchnięte pragnieniem strugi wodospadów.
Potem w milczeniu u bram gniezna
na kawałkach brzozowej kory
spiszę nasz wyśniony prawiek miłości.

Jeno kadłubkiem ci będąc a nie gallem anonimem
u wrót Wratislavii stać będę
w pokutnym kapturze, od świtu aż do zmierzchu
jako błędny rycerz,
jak bezdomny sługa sztuk wszelakich
czekając na zwodzone mosty
naszego przeznaczenia.

20.10.2007/10/02/2008


Pejzaż paryski


Słońce pod koniec dnia kruche jak mydlana bańka
między przęsłami wieży Eiffla podobne jest
do drabiny jakubowej. Wspinam się po nim
na sam szczyt Montparnasse. Mrużę oczy
przed odłamkami Pere-Lachaise jak kot
przebiegając pod murem Ogrodu Luksemburskiego.
Za plecami mam Lasek Bouloński, Łuk Triumfalny
i chłodny strumień samochodów wspinający się
na sam szczyt pustego o tej porze nieba.
Jak szymon słupnik aż po La Defense
będę szedł za Tobą na szczudłach zmierzchu.
Płótno Modiglianiego ciężkie od kolorów stygnącego dnia
przecina sekwanę na pół, tuż przy bulwarze sebastopolskim.
Bukiniści schodzą do wnętrza przepastnych kufrów
powtarzając na pamięć "A rebours " Huysmansa.
Hiob usunął z paryskich kanałów pamięć. Teraz młodzi żołnierze,
pojedynczo, wracają chyłkiem z linii Maginota, wstydząc się
swoich ran. Skrępowani wyrzutami sumienia; ukradkiem
poprawiają zadania domowe z nieśmiertelności.
Apollinaire z obandażowaną głową, notuje
chaotycznie na kawałku ligniny ostatnie "Kaligramy".
Odurzeni wiosną przechadzamy się wśród płycizn kanału St. Martin.
Śluzy i zwodzone mosty dyskretnie uniesione
o tej porze przepuszczają splecione ze sobą
ciała kochanków.
Światłość jest z nami.

12.02.2008/18.02.2008


Pejzaż holenderski


Skrzydła wiatraków unoszą powoli w powietrze ikebanę muszli.
Kraby cofają wskazówki piaskowych zegarów aż do wrót holandii.
Zapach tulipanów wpleciony w chodaki Van Gogh'a staje się jedynym
zamieszkanym przez nas ogrodem ziemskich rozkoszy.
Młyny wodne i czaple brodząc w przędzy lata stają na rozdrożu
kapliczkami dozgonnych modlitw o wieczność tego świata.
Poldery o zachodzie słońca spięte tuż przy łbach końskich
uzdami spienionego morza cofają przypływ aż do Amsterdamu.
Brodzić będziemy w własnej nagości płótnami Vlamincka,
Vermeera i DeJonga czuli na każdy najdrobniejszy szczegół hagi,
by w zimie na czubkach łyżew przenieść
w lodowych piruetach głębokie przeręble pocałunków ponad
kanałami Skaldy. Wiatr chłodzi twoje wargi niosąc
w żaglach smak północnego morza tak, by nanizane
na twoje stopy gwiazdy unosiły Cię nad brzegiem miłosnej delty
coraz dalej od breughelowskiej wieży babel.
Groble i tamy chronić nas będą niczym falochrony
od bezimiennych sztormów; wodne arterie przyjmą hołd
chorągwi mego pożądania łącząc solnymi językami nasze
rozgrzane poranną jutrznią ciała.
W morskich przypływach trwamy jakby w zodiakalnej nirwanie
mieszając w tyglach popioły haarlemu.
11 – 15.04.2005




Pejzaż norweski

Renifery odparowują nosami szron z wnętrza witrażu.
I widzę jak śnieg w Tobie łagodnie opada.
Łyżwiarze przecinają niebo tuż ponad horyzontem.
Sosny trącają czubkami szyszek pocięty błękit;
widać przezeń las i Twoje ramiona - próbujesz
przeciągnąć wygięte łuki mostów ponad zamarzniętymi stawami.
Ryby przeglądając się w kawałkach kry jak w lustrach
niosą na swoich grzbietach przesłanie nieba i przestrzeni.
Linie przypływu oddzielają strome brzegi rzeki od łagodnych
pagórków mrozu. Delikatne zawiązki wiosny wplątane
w lodowe figury dopełniają perspektywy.
I słyszę jak ogród o rozwidlających się ścieżkach czasu
wodzi nas nas pokuszenie coraz dalej od zimy.
Spóźnieni łyżwiarze o zmierzchu wypływają z głębin
podobni do lukrowanych figurek z weselnego tortu.
Karmię wyobraźnię, mogę jeść garściami obrazy pełne gorących myśli,
gdzie ręka, oko i umysł tworzą czytelny zarys
Twojej twarzy, linii pleców i ramion.
W dotyku łagodnie zmierzam do wiosny.

6.03.2006.r




Pejzaż turecki

Minarety i jaskółki wyrzeźbione w słońcu wtańcowują się w bosfor.
Morze przeciska się między nimi w miłosnym szepcie.
Łodzie pełne figowych kiści i daktyli łagodnie kołyszą lato
w naszych ciałach. Oddychasz całą sobą wciągając w nozdrza
słodki zapach mirry i kadzidełek; przez dardanele otwierają się mierzeje pełne
gorącego piasku – światło sięga do wnętrza istambułu.
Siedzisz zwinęta w pół na wzgórzach piniowych podobna do
figurki z tombaku, modlę się u Twoich stóp jakby wrót miniaturowych meczetów.
Muezini z daleka zwijają gorące powietrze w kształt namiotu,
wersety koranu owijają się wokół nas jak turbany,
a hagia sophia przyjmuje pod kopułami hostię zmierzchu.
Kobiety w czadorach z dzbanami oliwy na głowie
na akweduktach podobne są z daleka
do sennej karawany. Umywam Twoje stopy,
zraszam wargi kroplami różanej wody.
Stary drewniany stambuł w ciałach derwiszy tańczy swój obłąkańczy
krowód miłości i pożądania.
Łączymy się z wonnymi olejkami rozświetlonym łańcuchem
oliwnych lampek, które rozstawione wzdłuż ulicy prowadzą nas
coraz bliżej pępka świata.
Tuląc się w moich ramionach podobna jesteś do świętej Izydy
zatrzymanej w czasie, zawieszonej w powietrzu
na jedną chwilę albo na całą wieczność
karawanseraju.
23 – 25.03.2004




Pejzaż wenecki

Wiatr przynosi od morza zapach fig i przejrzałych oliwek.
Canale Grande pełny karnawałowych masek tak, iż możemy przejść
po nich na drugi brzeg jak po ruchomym moście.
Alchemia polityki wypaliła w sjeneńskich marmurach tajemne błyskawice i
teraz rysy dożów wykruszają się kawałek po kowałku.
Sztandary opuszczono do połowy; wplecione w arkady okrywają mury
całunem purpury. Sen zabiera im wieczność. Lwy na pomnikach
spięte na tylnich łapach kaszlą powietrzem przesyconym confetti.
Kochankowie wyławiani z ciemności pochyleni ku sobie
podobni są dorozgrzanych monet.
Balkony oplecione winną latoroślą jak napowietrzne statki dryfują
odbite w zwierciadłach przypływu. Przebrałaś się za Utracony raj -
udrapowane tiule rozpadały się w moich rękach odsłaniając delikatność skóry;
gładziłem twoją szyję ukrytą w owalu spiralnych bransolet,
pocałunki zostawiały na niej ślady warg.
Moje podręczne piekiełko pełne jest pokory i niesprawdzonych receptur, gdzie
korzeń mandragory toczy spory z ogonem jaszczurki.
Rusztowania na placu św. Marka utrudniają mi teraz niezdarne próby lotu
nad cieniem monety z wizerunkiem konnego posągu.
Próbuję anielskość wyplątać z objęć dekadencji. Nasza miłość
coraz bliższa własnej śmiertelności zawzięcie kolekcjonuje nowe formy życia.
Pierwsze fale przypływu docierają od strony Pałacu Dożów,
przelewając się przez lampiony gaszą zmęczony trwaniem horyzont.
Twoją podobiznę będącą symbolicznym odwzorowaniem raju utrwalam
w medalionie. Daleka laguna wskazuje drogę cienką linią mewich skrzydeł.
Pakuję węzełek z resztkami szachownicy na której umarła
niedokończona partia. Filozofowie nazwą to później carpe diem.
Sto wysp mnie żegna moja miła, sto barek pod pełnymi żaglami
wyprało morze z solnych mielizn. Niosę Cię ponad Ponte dei Sospiri i
Ponte Rialt wśpiewując się w stały ląd pod stopami.
Zmierzam do środka ziemi.

18-20.03. 2004







Wybrane fragmenty z książki
"Marianna - księżniczka marmurów" :


Najlepszy polski marmur Biała Marianna – wydobywany w okolicach Stronia Śląskiego -wykorzystywany jest przy projektowaniu wnętrz w obiektach użyteczności publicznej. Zdobi Sejm, Senat, Filharmonię Narodową, Ministerstwo Finansów, kościoły w Złotym Stoku, Stroniu Śląskim, Marii Śnieżnej na Iglicznej, banki, budynki służby zdrowia, obiekty sportowe, handlowe, przemysłowe oraz mieszkalne.


Marianna Wilhelmina Orańska
Urodziła się 9 maja 1810 r. w Berlinie jako córka namiestnika, a od 1815 r. króla Niderlandów, Wilhelma I i królewny pruskiej Wilhelminy Fryderyki z domu von Hohenzollern. Związki królewny Marianny ze Śląskim to konsekwencja losów jej rodziców. W wyniku rewolucji belgijskiej znaleźli schronienie w Prusach nabywając dobra poklasztorne w Lubiążu, Henrykowie i Kamieńcu Ząbkowickim. Po śmierci rodziców Marianna otrzymała kamieniecki spadek, a następnie dokonała nowych zakupów. W 1838 r. kupiła klucz stroński i majątek rycerski Strachocin. Znajdowało się tu 8736 ha lasów oraz zespół obiektów przy dworze, wznoszącym się koło drogi do Bolesławowa. Wiodła życie barwne, ale i pracowite, pełne zarówno wspaniałych, jak i tragicznych momentów. Za sprawą Marianny na dworze pruskim wybuchł skandal, mianowicie wyszedł na jaw jej romans z koniuszym. Konsekwencją tego był szybki rozwód, a magnatka w ciągu doby musiała opuścić pruski dwór oraz przyjąć tytuł Marianny Niderlandzkiej (Orańskiej).
Wybudowane przez nią drogi gospodarcze i dukty umożliwiły rozwój wsi, pozwoliły zagospodarować rozległe kompleksy leśne, głównie w Górach Bialskich i Masywie Śnieżnika. W roku 1843 koło Stójkowa wybudowała piec hutniczy, fryszarkę i szlifiernię przerabiającą rudę z Siennej i Janowej Góry, które działały do czasu wybudowania przez nią huty szkła kryształowego w Stroniu Śląskim (1864). Na potrzeby budowy pałacu w Kamieńcu Ząbkowickim założyła w Krzyżniku kamieniołomy marmuru, gdzie do dziś jest on wydobywany, a w zależności od odcienia skały nazywany Białą, Różową i Zieloną Marianną. Księżna lubiła osobiście doglądać swoich spraw, czego dowodem może być szybki rozwój zakupionych przez nią dóbr. 20 lipca 1840 r. dostała się na szczyt Śnieżnika wraz ze swoim ojcem królem Wilhelmem. Aby polepszyć warunki funkcjonowania gospodarstwa pasterskiego na Hali pod Śnieżnikiem wybudowała do niej drogę. W 1871 r., z uwagi na coraz większy ruch turystów, zbudowała tzw. „Szwajcarkę”, która obecnie stanowi główną część schroniska „Na Śnieżniku”.
Marianna była osobą z wielkim smakiem artystycznym i dużym zmysłem organizacyjnym i gospodarczym. Jako ewangeliczce wpojono jej etos pracy. Mimo swego pochodzenia była osobą niezwykle prawą, (co nie było regułą w tych czasach), skorą do pomocy potrzebującym. A jednak nie było to przeszkodą w osiąganiu przez nią coraz większego bogactwa i rozwoju posiadanych majątków. Królewna Marianna wzniosła potężny zamek w Kamieńcu Ząbkowickim, zagospodarowała wiele rozległych terenów Ziemi Kłodzkiej (głównie w rejonie Masywu Śnieżnika), zgromadziła cenne dzieła artystyczne, prowadziła wiele działań dobroczynnych. W naszym regionie od jej imienia pochodzą nazwy: Droga Marianny, Marianówka, Źródło Marianny, Biała Marianna (Różowa i Zielona). To jedna z najwybitniejszych postaci kobiecych w XIX w. Jak pisze prof. Krzysztof Mazurski – może stanowić ona symbol jednoczącej się Europy, jako że powinna zajmować poza ojczystą Holandią poczesne miejsce w świadomości społeczeństw Niemiec i Polski, a także Czech, łącząc je wszystkie razem w imię wspólnych ideałów i wartości humanistycznych.
[Na podstawie artykułu Mieczysława Krawczyka, „Stronica Śnieżnicka” 1/1999.] (s.









Andrzej Mesjasz - Odkłamać miłość.


Urodził się w 1961 r. w Świdnicy. Absolwent Zespołu Szkół Spożywczych we Wrocławiu. Był współzałożycielem klubu literackiego „Logos”, działał społecznie w poradni ds. uzależnień w Wałbrzychu. Włączał się w akcje na rzecz ochrony środowiska naturalnego. Aktywnie uczestniczył w pracach świdnickiego stowarzyszenia „Iton” i organizowanego przezeń projektu „W blasku istnienia”. Brał udział w VI i VII „Międzynarodowym Najeździe Poetów na Zamek Piastów Śląskich” w Brzegu. Uprawia krytykę teatralną i filmową. Pisze poezję, prozę i aforyzmy. Publikował na łamach „Wiadomości Świdnickich” i w antologiach „Cień serca” (MBP, Świdnica 1995). „Niech się dzieje wola słowa” (Nowa Ruda 1995), „W pogoni za ptakiem” (Świdnica 1996). „Jak przed podróżą” (Nowa Ruda 1996). „Almanach Wałbrzyski. Literatura. Fotografia”(WBP, Wałbrzych 1997), „Almanach Świdnickiej Kultury 1945 – 2000. Pegaz nad Świdnicą” (Urząd Miejski w Świdnicy, Świdnica 2001).




piszę
chcę wejść w niedoczytane




masz dobre oczy
zobacz jak w tańcu
rozcinasz przestrzeń wydobywając się
spontanicznie z zatrzaśniętej osobowości
otwórz się
proszę










MACIEJ NOWAKOWSKI

Baie Dankie, Afryko


(ur. 1965), lekarz medycyny, wyemigrował do Republiki Południowej Afryki.
Przez kilka lat pracował w szpitalu, który zgodnie z zasadami apartheidu leczył murzyńskich mieszkańców
w prowincji Natal, będącej w tym czasie centrum południowoafrykańskiej wojny domowej. W połowie lat
90-tych przeniósł się do Stanów Zjednoczonych i obecnie jest lekarzem, praktykującym w małym mieście w stanie Nebraska. Jego debiut „Baie Dankie, Afryko” jest fikcją literacką opartą na przeżyciach w Republice Południowej Afryki.


8.
    Lisa Hausman była Niemką z Hamburga i już po piętnastominutowej z nią rozmowie, zaczynałeś sobie zdawać sprawę, że jest w stanie porwać mężczyznę do miłości. Różniła się na korzyść od swoich pobratymców, na ogół przecież solidnych i bez kompleksów, rzetelnie pracujących aż do osiągnięcia upragnionej „Deutsche Muede”. Ona stanowiła sobą więcej niż dobrze naoliwiona niemiecka maszyna, więcej niż wiertarka Boscha i dobrze wybrukowana ulica Berlina...
    Wiele volkswagenów jeździ po świecie, a ich właściciele rozpływają się w pochwałach ich niezawodności i prostoty. Prostota opli sprawia, że zawsze znajdują się klienci zach-walający solidność ich stalowej blachy. Nawet plastykowe trabanty mają ciągle swoje fan-kluby; tabuny Ossis wyruszają kawalkadami mydelniczek do Tunezji, dumni, że w śródziemnomorskim upale rdza nie zjada ich karoserii.
    Lisa nie była trabantem ani volkswagenem jettą. Nie była oplem askoną, audi ani nawet mercedesem. Kiedy przejeżdżała cicho obok albo miękko naciskając na hamulce, parkowała na chwilę w twoim „drivewayu”, kilka spojrzeń i krótka rozmowa wystarczyły do sformułowania twojej o niej opinii: Lisa była porsche carrerą.

9.
    Niełatwa jest miłość międzynarodowa, jeszcze trudniejsza jest miłość polsko-niemiecka.
    Nie uciekniesz, bracie, historii; Bismarck ukaże ci się w najmniej pożądanych momentach i spoglądając surowo przez monokl w złotej oprawie, przypomni ci, że słowa „Slave” i „Sklave” podobnie brzmią i podobne mają znaczenie.
    Trudne było moje uczucie do Lisy. Afekt, jakim darzył ją Valachy, był też niełatwy, ale przyczyny jego dramatu były inne i opowiem o nich później.
    Kiedy zakochałem się w Lisie, pragnąłem podzielić się moim uczuciem z przyjaciółmi i poznać ich rady i opinie.
    Kiedy próbowałem wybadać Grzesiuka, co myśli o związku Polaka z Niemką, zaczął wygłaszać mi swoje teorie, wypracowane podczas uciążliwych lat pracy na oddziałach urologicznych w Lublinie, kiedy to gnębiono go w polskim piekle medycznym. Pasją Grzesiuka była historiozofia, a jego widzenie świata miało pewne zabarwienie faszystowskie połączone z wpajanym mu przez lata słowiańskim poczuciem niższości.(...)






Marek Boczek - "Wierzę w przypadek"

                                              



Urodził się w 1955 roku. Wraz z rodziną / żona i dwie studiujące córki/ mieszka w Sochaczewie. Z wykształcenia ekonomista, z zawodu doradca podatkowy. Poezją, tak na dobre, zajmuje się od pięciu lat. Od ubiegłego roku należy do Zachodniomazowieckiego Oddziału Ogólnopolskiego Klubu Poetów i uczestniczy w Żyrardowskich Wieczorach Literackich. Niniejszy tomik jest całkowitym debiutem i zawiera wybór wierszy z lat 2006 – 2008.

Wiersze z tomu "Wierzę w przypadek"


I tej wersji będę się trzymał


przez chwilę kiedyś myślałem
że ziemia się unosi
jak balonik
patyk od niego był różdżką
a ja
mogłem świat zmienić
w rakietę
powietrze wystarczyło spuścić
i wzlecieć razem

kwiaty z włosów
wieńca zwycięstwa
rozrzucane po drodze
tworzyłyby
nienazwane konstelacje

czegoś brakło
zostałem



Kadr


ociera się o ścianę
mam nadzieję że nie strach
bo czy można bać się o wczoraj i dzisiaj
gdy rośnie garb zrozumienia

zapalmy świecę będzie bardziej wyraźny
w aureoli choć jeden raz
metafizyka to czy gra tak szybka
teatr z obrotową sceną
areny piach

iluzjonista wkłada do pudła tnie
obraca jak klepsydrę
w stare-nowe składa
jest artystą najwyższej oczywistości
cylinder szalik białe rękawiczki
i koniecznie monokl by nie przeoczyć

jutro znowu ten sam kadr


Znaki


nadszedł czas na ruch
następny
wybór właściwego pola
może rzut monety lub kostka

zdać się na przypadek
możliwości niewielkich rozterek
potem rzucić raz drugi
i upewnić się

a może zagrać o wszystkie
pola i czarne i białe
szczęśliwie pohetmanić
brak odwrotu dotknięte idzie

tylko trzeba się pożegnać
z taboretem bujanym
przybrać inne barwy



Odbicie


każdy miał kiedyś chwilę
wysupłaną z mieszka przypadku
co z nią zrobił nie wie pewno
zagubił w szalonym pędzie
w biegu donikąd w powietrze

sąsiad z zamkniętymi oczyma
nie współczuje i nie zazdrości
tak by się chciało pozmieniać
uwidocznić bo jest we wnętrzu
jakże innym od pokazywanego
i łatwo zapomnieć o tym
w nicość wdepnąć
porzucić wyobraźni sady
ukorzenioną wyłączność

a może by tak na chwilę
z sadu i jeszcze z tego drzewa
jabłko spadło nie ogryzek



Wiatr


wiatr
znów niestety jesienny
przyniósł wspomnienie drabiny
jej szczeble bezpieczne
namiastkę nieba
kwiaty wiśni

liść
jeszcze mocno się trzyma
być może raz ostatni
zagląda do kufla
na złota i piany
układ

zobacz
samolot wyznanie czyjeś pisze
wodą w świat
czytaj szybko
nim je rozwieje
wiatr



BOCZEK Marek. Wierzę w przypadek. Nowa Ruda : MaMiKo, 2008. -78 s. Poezja polska.
ISBN 978-83-60224-33-5





Dawid Markiewicz - "Flashback"





Autor składa podziękowania Urzędowi Miasta Czeladź za finansowe wsparcie, dzięki któremu tomik mógł ujrzeć światło dzienne.



dawid markiewicz- (1982) poeta, fotograf. autor dwóch arkuszy poetyckich i tomiku „absynt”. publikował m.in. w: „śląsku”, „pro arte”, „plamie”, „lampie”, „odrze”, „kursywie”, „twórczości”, „portrecie”, „frazie”. laureat konkursów. z zaangażowaniem oddaje się ćwiczeniom poskramiania ego. lubi kabaretową muzykę spod znaku brechta i weila.







sex, drugs and razorlight

marihuana ciągle pachnie tak samo,
druga płyta razorlight sączy się z głośników.
gramy w mortal kombat, spuszczając
wpierdol wszystkim wojownikom.
endurance trwa, chociaż po każdej rundzie
mamy mniej energii. piwo filtruje nasze nerki.
zamiast orgazmu jest fatality. fuckality, jakby
powiedziała magda. zasypiamy, pokonani
przez własne słabości. wieża technicsa nadal
przemawia głosem wokalisty razorlight.
podobno rano gonna be alright.




dog in the fog

przez kufel wzniesiony ku niebu
przeciekają pomarańczowe promienie słońca
i piwo wygląda jak oranżada albo sok z grejpfruta.

to pierwszy ciepły dzień w tym roku,
więc leżymy gdzieś na plaży, podziwiając zachód
i młode dziewczyny w plisowanych spódniczkach.

czasami widać im majtki, najczęściej białe,
kiedy beztrosko krążą po falujących wydmach piasku.
mają jeszcze dużo czasu, ale już wydają się wiedzieć

o życiu więcej niż bezpański pies, który za szumem fal
dotarł na brzeg i próbuje wydostać się z tej mgły,
która rozchodzi się w wielu różnych kierunkach.

słońce zachodzi za horyzontem i młode dziewczyny
wracają do wynajętych pokoi. my kończymy piwo i idziemy
po następne.




james dean pozuje do zdjęć

jak się czułeś tego deszczowego dnia, podglądany
przez tego gościa przy płocie? widział dokładnie tyle, ile chciał.
ulica tonęła w deszczu. twoja przygarbiona sylwetka odbijała się
w kałuży. szedłeś szybko, szczelnie zawinięty w nieprzemakalny płaszcz.
migawka szybko rejestrowała obraz.
chesterfield wilgotniał w kąciku ust. mijałeś znajome lokale, sklepy
i sale kinowe. właściwie nie lubiłeś pozować
do zdjęć, ale czego nie robi się dla sławy.
patrzyłeś w rozedrgany portret pod nogami, rozdeptując go
z głośnym chlupnięciem. trochę nieśmiało rozglądałeś się na boki.
autobus już czekał. ostatni raz odwiedziłeś rodzinne fairmont.
miałeś dwadzieścia cztery lata i jeszcze nie wiedziałeś,
że pięćdziesiąt parę lat później, ktoś będzie mógł wytrzeć sobie okulary
ściereczką z twoim zdjęciem, jeśli tylko wpłaci 15 złotych
na konto użytkownika allegro.





Tomasz Hrynacz - „Praski raj”



                  

Tomasz Hrynacz
urodził się w 1971r. Autor książek poetyckich: „Zwrot o bliskość” (Kraków 1997), „Partycje oraz 20 innych
wierszy miłosnych” (Sopot 1999), „Rebelia” (Wrocław 2001), „Enzym” (Nowa Ruda 2004), „Dni widzenia”
(Jugowice 2005). Jego wiersze przetłumaczono m.in. na język angielski, chorwacki, czeski, francuski, niemiecki
i serbski. Mieszka w Świdnicy Śl.


Wiersze pochodzą z wydanego tomu „Praski raj”.


Nic nie obraca się


Bez przyczyny przeciw tobie.
W końcu słońce przecież ożyje
i spali skrzep bieli.

Na powrót w tym głosie
przeważy modlitwa wszystkich
dziennych spraw,

bo to jemu powierzasz swoje
jutro. A ono obraca się
przeciw tobie.

Teraz zmącone oko
przygasa i deszcz się
kończy,

co się więc widzi, kiedy
patrzy się bez
przyczyny ?

Na powrót powziąć rany
i ciernie, do reszty zakopać
groby,

pokochać popiół, by
w zmartwychwstanie
uwierzyć.




Marcowa krucjata


Szturm wody i wiatru.

Tak może się zdarzyć,
że pozostaniesz w tej
mętnej wodzie do końca,

gotowy czekać na sen biały
i lekki, czując jak pod językiem
rtęć wędruje ku twierdzy serca.

I nie ma powodu, by sądzić, że
stać cię na cud, bo dokądkolwiek
byś nie wyruszył i tak będziesz

wobec wieczności odległy.






Starsze panie nie farbują włosów


Dwuznaczne milczenie podrażnia nerwy.
Ale, nie dlatego, nie zostanę na noc.

Masz mnie a ja ciebie. Tak nagle gwar ulic
odcina cię od wspomnień. Zwalniasz krzesło

i za plecami zostawiasz jedynie cień ulic.
To, co zaoszczędziłaś w pamięci, rozmieniasz na

drobne smutki. Słońce wyrasta przed tobą, a to
bynajmniej nic nie oznacza. Po prostu czujesz się

zbita z tropu. Namierzasz wszystkie dni,
w których miłość umocniła cię, a śmierć

nie zaglądała pod powieki. Dobrze, niech
trwa fala radości, niech sytuacja dopasuje się

do chwili bardziej niż zwykle. Włos dzielisz
na czworo, nakładasz złudzenia farbę.

Nowe dni rozbłysną, roziskrzy się w tobie
duch, pozostaniesz naprawdę wolnym ptakiem.

Promień przyciąga, wiedzie na pokuszenie
jutra szybciej niż głos anioła stróża.

Uznajmy to za przejaw braku poczucia sensu.
Takie czasy, kiedy starsze panie nie farbują już włosów.

A ciepłe sny coraz częściej poddawane są ulewie
niechcianych pobudek. Rodzi się wszechogarniające

uczucie, że polecone słowa nie sprawdzą się
i znów położysz się spać z otwartymi oczami.

Zatem nie mówmy o tym, co potem, porozmawiajmy,
jakby tu zagrać flipa, by nie nadwerężyć ręki.



HRYNACZ Tomasz. Praski Raj.
Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2009. -89 s.
ISBN 978-83-60224-34-2
(Poezja polska)








Sabina Skowron - Piękno i myśl w najnowszej sztuce słowa, linii i barwy. (Recenzje, analizy, interpretacje).


Serdecznie dziękujemy za pomoc w wydaniu książki:

Pani Monice Wielichowskiej - Posłowi na Sejm RP
Panu Tomaszowi Kilińskiemu - burmistrzowi miasta Nowej Rudy
Panu Sławomirowi Karwowskiemu - wójtowi gminy Nowa Ruda.


Książka składa się z czterech rozdziałów:

W pierwszym :

"O klasykach polskiej literatury współczesnej"

znajdziemy omówienia książek Jana Pawła II, Zygmunta Kubiaka, Wisławy Szymborskiej, Czesława Milosza, Tadeusza Różewicza, Ryszarda Kapuścińskiego.

Drugi :

"Artyści słowa, barwy i linii związani z Ziemią Noworudzką, wałbrzyską i kłodzką"

zawiera recenzje książek Olgi Tokarczuk, Karola Maliszewskiego, Piotra Chrzczonowicza, Ryszarda Rybki, Antoniego Matuszkiewicza, Władysława żurka, Iwony Mesjasz, Mariana Dziwniela, Zuzanny Turkiewicz, Marcina Gałkowskiego, Antoniego Olgierda Misiaka.
Autorka omawia w nim też, twórczość plastyczną Teresy Chmury-Pełech, Ilony Antoniów,
oraz twórczość uczestników malarskiego pleneru "Jesienna Ruda 2008".

Trzeci :

"Nowe pozycje w literaturze polskiej"

to interpretacje utworów J.L.Sobolewskiego, Arkadiusza Sanna, Macieja Nowakowskiego, Michała Zantmana, Elżbiety Lipińskiej, Dagmary Babiarz, Jacka Ostrowskiego, Anety Nalborczyk-Wierzbickiej, Wita Szostaka, Jerzego Korczaka.

W czwartym :

"Najnowsze bestselery literatury światowej"

autorka omawia książki noblistów Orhana Pamuka, Jan Marie Gustave'a Le Clezio i inne bestselery literatury światowej takie jak:"Czysta ziemia", "Sekret Freuda", "Matisse ma słońce w brzuchu", "Ostatnia miłość prezydenta"

Sabina Skowron "Piękno i myśl w najnowszej sztuce słowa, linii i barwy. (Recenzje, analizy, interpretacje)". Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2009. - 154 s. ISBN 978-83-60224-38-0







Robert Migdał – „Fader„

            




Robert Migdał. Lat 33. Jedna żona, 1 dziecko i 1 napisana książka (jak na
razie, bo kolejna w drodze).
Urodził się w Głogowie na Dolnym Śląsku, od 14 lat mieszka i pracuje we
Wrocławiu. Ukończył stosunki międzynarodowe na Wydziale Nauk Społecznych
Uniwersytetu Wrocławskiego, ekspertyzę dokumentów na Wydziale Prawa i
zarządzanie zasobami ludzkimi w Wyższej Szkole Bankowej.
„Fader” to jego debiut literacki, choć w swoim życiu napisał tysiące
artykułów i dziesiątki reportaży. Przez 8 lat pracował jako reporter „Super
Expressu” z Dolnego Śląska, następnie przez dwa lata był wydawcą wydań
codziennych gazety „Słowo Polskie – Gazeta Wrocławska” a od 2007 roku jest
szefem działu Opinie i wydań magazynowych dziennika „Polska – Gazeta
Wrocławska” we Wrocławiu.
Poza pisaniem uwielbia godzinami słuchać piosenek Izabelli Skrybant –
Dziewiątkowskiej z „Tercetu Egzotycznego” i Violetty Villas oraz łazić po
wrocławskim ogrodzie zoologicznym – przy wybiegu dla żyraf może stać
godzinami. Poza tym chyba nie odstaje od normy. No, może z małymi wyjątkami:
nienawidzi zielonego groszku za to filmy Pedro Almodovara może oglądać na
okrągło. Nie cierpi jazdy samochodem, za to uwielbia rejsy statkiem po Odrze
(zwłaszcza po zmroku).


Mecenat: Marek Łapiński Marszałek Województwa Dolnośląskiego

Książka dofinansowana przez Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu – Instytucję Kultury Samorządu Dolnośląskiego


Patronem medialnym książki jest Polska - Gazeta Wrocławska.

Debiutancka książka Roberta Migdała ukazała się w kwietniu 2009 roku.

Fragment :

***
Fader prawie od razu po przyjeździe do nowego miasta (już po
paru tygodniach) ściągnął do siebie rodzinę. Zapakował prawie cały
dobytek na ciężarówkę (taką od przewożenia kurczaków z fermy do
fabryki pasztetów), mamę z wielkim brzuchem usadowił w szoferce
(włożył jej poduszkę pod pupę, żeby było wygodniej).
Pierwszych minut, zaraz po przekroczeniu granic miasta, na pewno
nie zapomną do końca życia.
Mama dostała bólów porodowych. Ostrych. Takich co cztery minuty.
Czop śluzowy pokryty krwią wypadł na podłogę szoferki (bo
mama dla wygody bez majtek jechała).
Wody płodowe jej odeszły (tacie chlupało pod nogami). Rozwarcie
zrobiło się jak trzeba. Wzorcowe. Takie, o jakich się czyta
w książkach. Potężne. Duuuże.
Zacząłem się po prostu uparcie pchać na świat. Jakbym nie mógł
poczekać aż się rozpakują, nacieszą nowym mieszkaniem...
– Do szpitala. Kurwa szybciej. Do szpitala. Bo czuję już główkę
dziecka, jak mi się mizia między udami – darła się mama ściskając
ojca za nogę tak, że potem miał krwiaka jeszcze przez kolejnych kilkanaście
dni w tym miejscu. – Kurwa ruszaj się szybciej tym gruchotem!
– przeklinała jak szewc, choć nigdy wcześniej ani później nie
klęła. Taka sytuacja. Tato był tak samo zestresowany jak i ona. Cisnął
gaz do dechy tak, że o mało co nie wcisnął pedału gazu w podłogę.
Pędził jak wariat.
Lekarzom (którzy kopcili „klubowe” przed wejściem do szpitala)
oczy wyszły na wierzch, gdy zobaczyli, jak pod izbę przyjęć zajeżdża
ciężarówka wypakowana po brzegi stołami, krzesłami, z boku wisi
lampa, a z szoferki dobywa się krzyk kobiety: „Rooodzęęę!
Rzucili pety na trawnik. W try miga skombinowali szpitalne nosze
i jak na sygnale gnali na porodówkę.
To były dla mnie (i rzecz jasna dla mamy) sprawy sekundowe.
Kilka szybkich parć i już widziałem światełko w tunelu.
Waga 5,40, wzrost 64 centymetrów. Kawał chłopa. Wyskoczyłem
na świat zaraz po przekroczeniu drzwi sali porodowej. Szybki byłem.
Tacie nie dali wejść na salę porodową. Nie to co teraz. Pokazali
mu mnie (takiego różowego, z czerwonymi plamami na buzi, z przymrużonymi
oczkami) przez małe okienko w zamkniętych drzwiach
prowadzących na oddział. Parę sekund na zapamiętanie jak wyglądam.
– Syn – rzuciła pielęgniarka położna zniecierpliwionemu tacie,
który przestępował z nogi na nogę
– Zdrowy? – darł się tato przez zamknięte drzwi. Emocje go rozsadzały.
Pot zalewał mu oczy i ciekł po buraczanych policzkach razem
ze łzami.
– Jak byk. Wszystko ma na swoim miejscu. Dziesięć paluszków
u rąk, dziesięć u nóg. I dużego kutaska. Chłopak jak malowany –
uśmiechnęła się położna i zabrała mnie do mamy. Tata się popłakał.
Tak bardzo chciał mieć syna. Tak bardzo na mnie czekał. Zamiast
kupić mamie jakieś kwiaty, czekoladkę, przyniósł jej do szpitala...
żółtą bluzkę. Z krótkim rękawkiem, rozpinaną przy szyi na trzy guziczki.
Mama miała ją na szczególne okazje, nigdy jej nie przypaliła
żelazkiem, nigdy nie poplamiła barszczem.
Ma ją do dzisiaj. I choć się w nią już dawno nie mieści, to trzyma
na półce, w dębowej szafie. Ukrytą w pudełku wyłożonym miękkim
pluszem.
– Dobre wspomnienia z nią mam: o tobie, o tacie. Nie mogłabym
jej ot, tak wyrzucić – powtarza mama.

* * *
O mały włos mama umarłaby przez mnie. A raczej przez lekarzy,
którzy nie dopilnowali jej po porodzie, żeby urodziła do końca łożysko.
Z objęć śmierci uratowały ją... śliwki sąsiada.
Mama bardzo długo dochodziła do siebie. Była bardzo słaba. Czuła
się nieswojo. Temperatura. Brzuch bolał ją masakrycznie.
– Tak to jest po urodzeniu dziecka. Urodziłaś. I brzuch cię będzie
bolał. I cipka. Przecież przez twoją malutką wielkości śliwki matka
natura przecisnęła potężnego arbuza. Musi boleć... – mówiły jej koleżanki
i szły do domów gotować grochówkę.
Przyczyna była jednak inna. Mama dostawała z godziny na godzinę
zakażenia. Łożysko gniło w jej brzuchu. Jeszcze dzień lub dwa i śpiewała
by razem z Aniołami w chórze u świętego Piotra.
Jednak wcześniej zjawił się inny anioł. Sąsiad. Pan Tadeusz spod
„osiemnastki”. Stary kawaler. Wiek emerytalny osiągnął już tak dawno,
że nie pamiętał kiedy, może nie chciał, a może to już Alzheimer go
ukradkiem atakował. No i zapalony działkowiec.
– Witam sąsiadko – rzucił od progu. – Słyszałem, że się syn urodził,
to śliwek sąsiadce przyniosłem na kompot – uśmiechnął się od
ucha do ucha pokazując swoje dwa złote zęby.
Wręczył mamie dwudziestolitrowe wiadro soczystych śliwek
„srujek” – jak je nazywaliśmy. Takie małe, żółte. Nierobaczywe. Bo
u pana Tadeusza robaków na działce nie było.
– Choć nic a nic nie pryskam chemikaliami – bił się w piersi.
No i mama chcąc nie chcąc, choć padała z nóg, musiała zrobić
kompoty, dżemy i soki. Żeby się śliwki nie zmarnowały.
– Szkoda by było, a i panu Tadziowi bym przykrość zrobiła, jakby
jego srujki w koszu wylądowały. Przecież nazrywał. Dał z dobrego serca
– tłumaczyła sobie i gotowała. Najpierw zmęczyła się myjąc każdą
śliweczkę z osobna. Najbardziej jednak dało jej w kość bieganie z mieszkania
do piwnicy i z powrotem, tak z pięć kursów, po słoiki na kompot.
Tak się rozruszała tymi przygotowaniami, że gdy robiła ostatni
kurs objuczona słoikami typu „twist” usiadła na schodach na pierwszym
piętrze.
Zrobiło się jej słabo. Mroczki pojawiły się jej przed oczami. Po
chwili gwiazdeczki, aż zobaczyła całą konstelację. I tę widoczną
z półkuli północnej, jak i południowej.
Nagle, spomiędzy jej ud, zaczęła płynąć mocnym strumieniem krew.
– Krwotok – zdążyła tylko pomyśleć i zemdlała.
Krew lała się z niej szybko i miarowo.
Mamę znalazła sąsiadka z II piętra, panna Petronela. Wracała akurat
ze swoim pudelkiem „Miu miu” ze spaceru. Wszczęła alarm swoim
piskiem tak głośnym, że kto żyw wyleciał z domu na klatkę schodową
(swoje super wysokie „C” zawdzięczała 37-letniemu śpiewaniu w chórze
kościelnym jako solistka w parafii pod wezwaniem św. Mikołaja)
Karetka zabrała mamę na oddział reanimacyjny.
Mama nie słyszała wycia syren. Krzyków lekarza nawołującego
pielęgniarki. Świateł migających nad jej głową, gdy na podkutym kołami
łóżu pędzono z nią na salę operacyjną.
Zabieg trwał kilka godzin. Usunięto jej łożysko, zatamowano
krwotok, kilka razy przetaczano krew.
Do tego, po dwóch dniach, bo nadal było z nią kiepsko, wycięto jej
wszystkie kobiece narządy wewnętrzne (macica, jajowody i życiodajne
jajniki wylądowały w kuble, a potem w piecu, w szpitalnej spalarni).
Byłem więc jej ostatnim dzieckiem w życiu, jakie mogła urodzić.
Po tygodniu wyszła ze szpitala. Dochodziła jeszcze do siebie przez
miesiąc. Fizycznie. Psychicznie przez kolejne pół roku.
Tato nigdy nie dał jej odczuć (po powrocie do domu), że jest dla
niego mniej kobieca (a nawet niekobieca) przez tę operację. Inna.
Całował ją czule. Tulił. Stanął na wysokości zadania. Był cudowny.
Jak prawdziwy facet, który dba o swoją kobietę.
– Nawet jakby ci cycki obcięli to by to nic nie zmieniło. Kocham
cię. Po prostu cię kocham – szeptał do niej, a łzy płynęły jej takim
strumieniem, że dławiła się łykając je.
Przez ten wypadek mama straciła pokarm w piersiach. Tak więc
od małego byłem karmiony mlekiem w proszku z butelki (trzy miarki
na 90 mililitrów schłodzonej wody co 2-3 godziny w ciągu dnia i co
4 w ciągu nocy), zamiast ssać błogo i beztrosko mlekodajne cycuszki
(badania różnych mądrych tego świata dowodzą, że inteligentniejsze
są dzieci karmione piersią. A ja mówię, że to gówno prawda.)
Sąsiad Tadeusz stał się ulubionym sąsiadem moich rodziców. Często
gościł w naszym domu na porannej herbacie z mlekiem (rzygać mi
się zawsze chciało na sam zapach „bawarki”)
Zapraszana była też panna Petronela z „Miu miu”.
Oboje wybawcy mojej mamy zbliżyli się z czasem do siebie (i to
dosłownie).
Panna Petronela chodziła na działkę do pana Tadeusza (oglądać
jego pnące róże wcale nie w różowym kolorze), on do niej na balkon
podziwiać pelargonie (ich zapach dusił wszystkich w całej okolicy).
Razem zaczęli jeździć do sanatorium (Duszniki-Zdrój leżały u ich
stóp). Chodzili na długie spacery, nikt nie wie do dzisiaj, czemu na
miejski stadion. Oboje przecież nie pasjonowali się piłką nożną. Może
ze względu na zieloną murawę?...
Gdy miałem 2 latka pobrali się. Ślub wcale nie był skromny. Prawdziwe
emeryt-party. Setki balonów. Latające kolorowe serpentyny.
Konfetti (którego kilogramy wycięła własnoręcznie – dziurkaczem
– moja mama ze stosu kolorowych gazet). W głośnikach królowali
Santor i Fogg. Wino się lało strumieniami (nikt się nie porzygał, choć
wielu się spiło). Tort był trzypiętrowy, makowe pierwsze piętro, drugie
czekoladowe, a trzecie pełne wiśni w alkoholu.
Hitem na stole (oprócz bigosu z dużą ilością suszonej śliwki i sałatki
jarzynowej – bez cebuli i pora) były brzoskwinie faszerowane
mięsem mielonym z kurczaka z dodatkiem orzechów.

***

Robert MIGDAł. Fader. Wydawnictwo MaMiKo, 2009. ISBN 978-83-60224-32-8







Krystyna Łukasik - "Trzecia prawda"







Kilka wierszy z "Trzeciej prawdy"


Nauka pisania wiersza
/dedykowana niektórym młodym poetom/


Wiersz ma być prosty
podmiot, orzeczenie.
Czasem dopełnienie
bliższe i najbliższe.
Unikaj dalszych
bo zajedziesz za daleko
co równa się za blisko,
a wiesz co bliskie
to zamazane
albo wręcz niewidoczne.
Chcesz o stole, dobrze
a więc blat
i nogi cztery,
mówisz trzy, masz rację
awarie sprzętom i ludziom
zdarzają się.
Tak nawet tylko dwie
ale wtedy ktoś
np. podmiot liryczny
musi blat podtrzymać.
Z drugiej strony
to jest z pierwszej.
Inaczej runie.
A wtedy zamieszanie
przewartościowanie
rozbicie na części
tego cholernego stołu?
czy twego jestestwa?
a może człowieczeństwa
w ogóle, jako takiego?
Nie wolno czytającego
czytającej,
-odpowiednie podkreśl-
zostawić bez odpowiedzi
co autor chciał i t d

Jeśli nie chciał niczego
w tym wiersza
To po co pisze?
licentia poetica
niczego nie wyjaśni.
Nie gmatwaj wiersza
nie gmatwaj świata
jeszcze ci mało
a czego tak
a czemu siak?
dlaczego górale zasiali owies
a nie żyto?
Że ziemia licha?
A od czego nawozy
zresztą sztuczne?
Bo co masz prawdziwego?
twoje wnętrze?
Nie rozśmieszaj.
Nadmiar śmiechu
jak każdy nadmiar szkodzi
a żyć trzeba
to znaczy higienicznie.
To write or not to write?
Czytelnik i tak
ci nie odpowie,
wie jeszcze mniej niż ty
chyba że on zostanie
poetą a ty tylko czytelnikiem
to jest nawet czytelnikiem.
I to jest jakieś rozwiązanie.


Luty 2004




Świat beze mnie



Pomyśleć że mogłoby
mnie nie być
a świat byłby
taki sam
Obojętne słońce
świeciłoby po swojemu
pory roku
nie zmieniałyby
kolejności przychodzenia
I nikomu
nie brakowałoby
mojej osoby


Ciekawe czyj
byłby mój mąż
kto by był
matką mojego syna
czy ktoś
pielęgnowałby moje kwiaty
do kogo by należał
mój kot


A może jednak
nie jest tak źle
i coś znaczę


Mój mąż z nikim
by się nie ożenił
(gdzie znalazłby
taką drugą jak ja)
Mego syna nikt
by nie urodził
tak udanych kwiatów
nikt by nie wyhodował
a kot plątałby się
nadal po śmietnisku


Może więc i słońce
świeci trochę
dla mnie
a gwiaździste noce
są tylko moje



Wrzesień 2003



Poemat o płocie


Płot w miastach – relikt
w wioskach miasteczkach
jeszcze pełen ważności
odgradza zwaśnionych
przybliża gadatliwych
łączy nieśmiałych

Kura mi przelazła
na waszą stronę
wiatr mi strącił
barchanowe majtki
już ją wypędzam
już je oddaję

Celowe lub przypadkowe
dotknięcia rąk
wymiana zdań
o gotowaniu obiadów
o polityce rolnej
sprzeczka o budowę drogi

Niejeden raz zakradł się
do sadu przez płot
niby z łakomstwa
a tu murawa słońce
płochliwy wiaterek
a córka gospodarza
że oczu nie oderwiesz

Niejeden uciekł przez płot
od złej połowicy
Niejeden skakał przez płot
w ucieczce przed kłonicą
a jeden to tak skoczył
że zmienił bieg historii

Sztacheta temu
kulas przetrąciła
owemu rozpłatała łeb
żerdź z płotu
pewniejsza w obronie
niż szabla czy pistolet

Na płocie swojskie garnki
i piejące koguty
Zza płotu słoneczniki
u podnóża nagietki
płoty to folklor
wzruszają rodaków
a zachwycają niejednego
zblazowańca z Zachodu

O ludzie polski
o narodzie polski
chroń płoty
Jeśli już wszystko
w kraju zniszczą reformy
niech choć płot się ostoi
i uratuje nasze
dziedzictwo narodowe
Styczeń 2004

Krystyna Łukasik. Trzecia prawda. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2009




Jacek Ostrowski - "Szlaki życia"




Fragment książki "Szlaki życia : Gdańsk-Warszawa-Kraków-Paryż-Kandahar"


Sznur błyskawicznie napiął się, stopy zawisły tuż nad dywanem.
Ciało z łoskotem spadło na podłogę.
Dziewczyna leżała półprzytomna, a nad nią z nożem w dłoni stał Załuski. Pochylił się nad samobójczynią i sprawdzał tętno. Otworzyła oczy.
– Gdzie ja jestem? – szepnęła.
Jej wybawca uśmiechał się, kręcąc głową.
– W domu, ale niedużo brakowało.
– Skąd pan tu się wziął? – wydusiła.
– Zabrakło mi cukru i przyszedłem pożyczyć. Drzwi były otwarte, to wszedłem.
– Zamknęłam drzwi, dobrze to pamiętam.
Mężczyzna wzruszył ramionami.
– Dlaczego? – spytał.
– Co dlaczego?
– Dlaczego chciałaś odebrać sobie największy dar? Co było tak ważne, że chciałaś oddać życie?
– To nie pańska sprawa. Proszę mnie zostawić. Nie miał pan prawa wchodzić w moje życie.
Mężczyzna podniósł się i podszedł do okna. Otworzył je. Patrzył nic nie widzącym wzrokiem na Kościół Mariacki.
Dziewczyna usiadła i trzymała się za gardło, była oszołomiona.
– Mylisz się, to moja sprawa – odezwał się po chwili.
– Pana? A co panu do mnie? A co panu do moich spraw?
Odwrócił się i podszedł do kanapy. Kątem oka obserwował Ewę. Ona zaś podparła głowę rękoma i płakała.
– Co pan wie o życiu? Moje jest gówno warte. Wszystko zmarnowałam, zniszczyłam i nie mam po co żyć. Chcę umrzeć. Chcę, żeby skończył się już ten koszmar.
– Koszmarem nazywasz to, że jesteś w ciąży?
Dziewczyna z zaskoczeniem podniosła wzrok, spojrzała na swojego rozmówcę.
– Skąd pan wie? Skąd pan to wie? O tym nie wie nikt poza mną! Kim pan jest?
– Sąsiadem, nie poznajesz mnie? Łatwo jest się domyślić, co cię gryzie, młoda damo. Skoro młoda ładna dziewczyna targa się na własne życie, to znaczy, że jest w ciąży i to z chłopakiem, który ją rzucił. Teoretycznie sytuacja bez wyjścia.
– Skąd pan to wszystko wie? Śledzi mnie pan? – szeptała.
Załuski wyszedł do kuchni i po chwili przyniósł szklankę jakiegoś napoju. Podał ją dziewczynie.
– Pij, to przyniesie ci ulgę.
Wzięła naczynie i trzymała w ręku.
– Pij, po tym nie będzie cię gardło boleć – ponaglał ją.
Przechyliła szklankę i łapczywie piła. Zaś jej wybawca cały czas wnikliwie się jej przypatrywał.
– Dlaczego chciałaś zostać mordercą?
– Mordercą? Ja nie chciałam nikogo zabić.
– Chodź tu do mnie na kanapę, a coś ci pokażę – zrobił zapraszający gest ręką i sam usiadł. Dziewczyna z wahaniem zajęła miejsce obok niego. Cały czas była oszołomiona.
– Nie musisz się mnie obawiać, naprawdę jestem twoim przyjacielem – uspokajał.
Wyciągnął powoli obydwie dłonie i dotknął nimi skroni dziewczyny. Poczuła dziwne ciepło, wszystko wokoło zaczęło się rozmywać. Poczuła się tak, jakby spadała w jakąś otchłań. Leci, leci i nagle widzi Kraków z lotu ptaka, jest coraz niżej&#8230; teraz może dojrzeć pojedyncze domy, poznaje swój, ale nie tu zmierza. Widzi budynek szkoły, tak, tej dwie przecznice dalej. Kieruje się do jednego z okien, jest uchylone. Boże! Widzi siebie, ale jest jakaś inna, poważniejsza, starsza. Siedzi w pokoju nauczycielskim, naprzeciw niej jakaś nauczycielka. Ta kobieta uśmiecha się do niej, mówi coś. Słyszy coraz wyraźniej.
– Naprawdę wszyscy jesteśmy pod wrażeniem. Gratuluję pani syna. Nie dość, że jest najlepszym uczniem w szkole, to jeszcze wygrywa dwie centralne olimpiady przedmiotowe. Myślę, że jest pani dumna z Rafała.
– Bardzo jestem dumna. Jest moim największym skarbem i dla niego żyję.
– Nie dziwię się, jest tego wart.
Szkoła oddala się w zawrotnym tempie. Teraz leci w kierunku Uniwersytetu. Widać oświetlone okna auli. Odbywa się uroczystość wręczania dyplomów. Tłum ludzi, a w pierwszym rzędzie wśród zaproszonych gości siedzi Ewa. To już nie ta dziewczyna obcałowująca się z chłopakiem na klatce schodowej, to kobieta w średnim wieku.
Na mównicy stoi dziekan i przemawia do zebranych.
– Drodzy państwo, jest mi niezmiernie miło oznajmić, że wśród naszych dzisiejszych absolwentów jest student, któremu udało się równolegle skończyć cztery kierunki. Jest to pierwszy taki przypadek. Prymus nazywa się Rafał Jałczak i zapraszamy go jako pierwszego do odebrania dyplomów – wskazuje kogoś na widowni.
Na sali robi się szum. W trzecim rzędzie podnosi się z krzesełka wysoki chudy młodzieniec z burzą czarnych kręconych włosów. Wśród gromkich oklasków podchodzi do szefa wydziału. Ten wręcza mu cztery ciemnoniebieskie książeczki.
– Nasz wybitny absolwent ma do nas jedną prośbę. Chce powiedzieć kilka słów i robię zadość jego życzeniu, udostępniając mu mównicę – dziekan siada za prezydialnym stołem, a do mikrofonu podchodzi Jałczak. Spogląda po zebranych, zalega cisza.
– Wiem, że w pierwszych słowach powinienem podziękować gronu naszych wybitnych wykładowców, ale proszę o wyrozumiałość. Chcę moje pierwsze słowa skierować do mojej mamy, będącej tu razem z nami.

Spogląda w kierunku Ewy. Wszystkie oczy kierują się na skromnie ubraną kobietę w pierwszym rzędzie. Ona siedzi wpatrzona w syna, a jej oczy błyszczą od łez, od łez szczęścia.
– Mamo, dziękuję ci za wszystko, dziękuję ci za twoje poświęcenie, za twój trud i oddanie. Zrezygnowałaś ze wszystkiego, żeby mnie wychować, dałaś mi całe swoje życie. Nie ma nic cenniejszego niż życie. Za to wszystko dziękuję ci!

Zrywają się gromkie oklaski, cała sala wstaje i bije brawa.
Nagle wszystko ginie.

Jacek OSTROWSKI.
Szlaki życia : Gdańsk-Warszawa-Kraków-Paryż-Kandahar. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2009





Zdzislaw Lipiński - "Na cyferblacie piasku"


Notka Biograficzna
Zdzisław Lipiński urodził się w 1962 roku w Sopocie, gdzie zamieszkuje do dziś. Pierwsza poetycka publikacja ukazała się w 1980r. w Dzienniku Bałtyckim. Pierwszy tomik poezji zatytułowany „Skamieniałe morze” ukazał się w 1999r. Publikował też wiersze w „Toposie”, „Przeglądzie Artystyczno- Literackim”(PAL) oraz „Tyglu Kultury”. Przez kilka lat współpracował z dwumiesięcznikiem literackim „Topos”.



dom

przespałem swoją godzinę
na prawym boku złudy
przyśniłem białe góry
na jawie mgłą okryte

za podwójnym oknem
za otwartymi drzwiami
rzeczywistość moich
zasypanych śladów


Statki

zostawałem na brzegu
ilekroć w morze
wypływały moje nadzieje
i nikły na horyzoncie

kładłem się na piasku
patrzyłem w niebo
w powietrzu latały ptaki
muszle błękitu

patrzyliśmy sobie w oczy
z ptakami wzajemnie
zazdroszcząc przestrzeni
i ziemi spokoju


poezja


na białej kartce
kilka
rozrzuconych
ziaren
prawdy


*
na czterdziestym
kilometrze życia
o krok od pułapki
wieku średniego
patrzę jak
na krawędziach obłoków
przeciera się
niebo



*

wszystko co mam to
rytmy serca wolne lub
szybkie oddech życiodajny i
nadzieję że to i tamto naprawdę
istnieje






Mateusz Wabik - "Spisek"



Mateusz Wabik – Ur. 1975, mieszka w Krakowie. Absolwent filologii polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Opublikował dwa tomiki wierszy: „Próba głosu” (1999), „Przestrzeń lokalna” (2003). Publikował m.in. w „Kresach”, „Lampie”, „Pracowni”, „FA-arcie”, „ARTylerii”, „Ricie Baum”, „Studium”, „Wir” (Niemcy), „Torso” (Niemcy), „Akcencie”. Laureat konkursów im. Stanisława Grochowiaka, pisma „Pro Arte” na poezję roczników 70-tych. Stypendysta Urzędu Miasta Krakowa w dziedzinie literatury (2003). W pierwszej połowie lat 90-tych wokalista i współautor tekstów grup death metalowych Samhain i Death Sea.

W czerwcu 2009 r. wydał w Wydawnictwie Mamiko z Nowej Rudy - w Sudetach Środkowych, trzecią książkę "Spisek".



Szewska

Miłosz doczekał dziewięćdziesiątki. Tu w Krakowie
mógłby stanąć i zamienić się w pomnik, ale na razie
na Szewskiej zaimprowizowano targi jego książki.
Jest scena. Dwa puste mikrofony. Jordan na półce
z papieżem. Są baloniki. Jest TYGODNIK
POWSZECHNY. Tylko brakuje noblisty. Stoję pod
Kulturalnym i czekam na A. i S. i dobrze, że
coś przykuwa uwagę bo przyszedłem za wcześnie.

(nad ulicą obłoki jak na zamówienie)



Berliński kac

W Berlinie Kornhauser dogryza bruLionowi. Wyraz
jego twarzy przypomina minę kota. Zjadł ser, myszy,
a teraz odpowiada na pytania niemieckiej publiczności.
Podobno lata 90-te w Polsce były już w 50-tych. Nawet
Niemcy nie chcą w to wierzyć. Po lewej stronie wygodne
milczenie pozwala nam myśleć nad treścią polemik. Lecz
po wyjściu ktoś z nieba pościągał pioruny. Maciek
zanosi do samochodu niemieckie książki. Są rozdawane autografy.
Twarze ulegają przyjaznym skinięciom ręką jakby niemieckie
poetki w końcu powiedziały jesteśmy wasze. Atmosfera
zjednoczenia? Eee tam. Kto idzie na piwo.



***

Kolejny mijany archipelag bez wizji.
Ze snem o międzylądowaniu na Antarktydzie.
Jej jedyna mieszkanka już zbudowała igloo i oswoiła

pingwiny. Lód płonie pod jej stopami
gdy przechodzi z lekkością piosenki przez pióropusze
płonącej wody tak jakby szła po północy z osuszonego

radia mała emisja. Taka retransmisja spod szronu,
gdzieś na śmigle czyjeś niedopowiedzenie i czarci
uśmiech przyjaciół. Z wizją czy bez z rozklekotanej

jesieni w osuszane przez oddech lato.



Niewierny

Pod koniec września nie dostałem się na studia
doktoranckie. Przez całą noc przesuwał się
film na zwolnionych obrotach. Kiepska kopia
pamięci pokazywała dzień egzaminu – klatkę
po klatce, zbliżenia na doktorów i profesorów
patrzących na mnie jak na pacjenta ze złośliwym
nowotworem poezji. Dzień po ogłoszeniu wyników
poszedłem na ulicę Gołębią i pytałem „dlaczego?”.
Sekretarz komisji mówił o wielu nie przyjętych, częstując
mnie mową – trawą o łataniu dziury w budżecie. Nocą
przechodząc obok uniwersytetu przekonałem się
gdy podszedłem bliżej i dotknąłem budynku:

uniwersytet był cały z kamienia.




Nikt nie wyjdzie stąd żywy (na podstawie wiersza Czesława Miłosza)
                                               pamięci Jima Morrisona

W dniu premiery autobusy rozwożą
ludzi do pracy, muchy nie mogą
znaleźć wyjścia z zamkniętych pomieszczeń,
wesołe delfiny i młode wróble na okładkach
czasopism dla dzieci przypominają o sobie
narysowanym uśmiechem.

W czasie premiery kobiety ziewają, młodzi
mężczyźni sprawdzają zawartość portfeli,
a potem mijają na ulicy pijaka, który
stracił zęby w bójce o 10 groszy, dla nich
nie kończy się ta noc.

A ci co czekali braw i aplauzów
są zawiedzeni.
A którzy chcieli dobrych recenzji
i szybkich samochodów nie mogą uwierzyć
w swoją przegraną przeszłość.

Dopóki kominy będą wysyłać dym w rozdziawiony pysk nieba
Dopóki telewizja będzie emitować seriale o zadowolonych z siebie żukach gnojakach
Dopóki dzieci będą wychodzić na ludzi

Przedstawienie musi trwać

Przedstawienie musi trwać

Przedstawienie musi trwać

                                              08.12.1999


WABIK Mateusz. Spisek. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2009











Mateusz Witkowski - Brzydkie wiersze



Urodzony w 1989 roku, student Uniwersytetu Jagiellońskiego. Publikował w
"Opcjach", "Akcencie", "Kozimrynku" i "Esensji". Członek Stowarzyszenia
Literackiego Erynie. Redaktor działu poezji w czasopiśmie internetowym
"sZAFa".



Książka Mateusza Witkowskiego została wydana w kwietniu 2010 roku.




humanizm


tak to się właśnie kończy:
łapczywość wyciągniętych dłoni
kontra nieuchronność sufitu

firmamentu nieuchronność

wiemy już dobrze
choć na razie
nie mówimy o tym głośno:

wszystkie resztki z ostatniej wieczerzy
zjadły już przed nami jakieś psy



eliasz


bar miś
mekka niedożywionych studentów
cały tonie w plastikowych kwiatach

jest już grubo po siódmej
robi się coraz szczuplej przed ósmą

pijany siedzi przy stole
i równie pijaną frazą
mówi:
„to ja jestem prorokiem tego świata”

a najgorsze jest to
że może mieć rację



telefon


telefon dzwoni
telefon a nie ty
dzwoni
martwy jesienin
ian curtis
jim morrison
wszyscy moi herosi
na emeryturze

niczym niewierna kochanka
stroją sobie ze mnie żarty
samym brzmieniem głosu

w tej samej chwili gdzieś ktoś
robi w tobie kolejną dziurę
i wyjmuje z twojego boku
zwilgotniałe palce

bo ty też masz
dryg do żartów
kochanie

WITKOWSKI Mateusz. Brzydkie wiersze Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2010. (Poezja polska). ISBN 978-83-60224-50-2




Jacek Mączka - Bliższe okolice




Dr Jacek Mączka (1965), poeta, literaturoznawca. Autor tomików poezji (najnowsze – Pomyśleć prześwit, Wydawnictwo "Miniatura", Kraków 2009 oraz Kroisz coraz cieńsze, Wydawnictwo "Miniatura", Kraków 2009). Napisał obszerną monografię - Powidła dla Tejrezjasza. O poezji Janusza Szubera, Księgarnia Akademicka, Kraków 2008. Publikował, między innymi, w Akcencie, Frazie, Inspiracjach Jungowskich Albo Albo, Kresach, Kwartalniku Artystycznym, Nowej Okolicy Poetów, portalu culture.pl, prowadzonym przez Instytut Adama Mickiewicza, Tyglu Kultury, Tygodniku Powszechnym, Rzeczypospolitej, Studium. Laureat Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jacka Bierezina i Tyskiej Zimy Poetyckiej. Jego książkę Dalsze ciągi zakwalifikowano do drugiego etapu Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej SILESIUS



Kilka wierszy z tomu "Bliższe okolice". Książkę wydano 30 kwietnia 2010 roku.



Już raz niosłeś tę opowieść


Biała Cerkiew w Międzybrodziu. Komary
jak oszalałe. Smak czarnych owoców
morus alba. Lepka słodycz, na koniuszkach palców

piszący i pisany – tak samo bezradni.
Ich niepewny uchwyt nad krawędzią
dołem wzburzony San – powtarzalność

rzeczy i spraw przyprawia o zawrót głowy
pies niesie w pysku śniętą rybę
słońce prześwietla kosmyk włosów.



Epistola



W Międzybrodziu, obok paryi, na wyraju – złotookie jaszczurki
grają w berka. Strzępi się z zapadniętej cerkwi ton dzwonów.

Senny. O San miedzianołuski (jak żmija). Grzebienie
porohów stroszy. Na Horodyszczu w srebrną kołystkę

wypłukaną przez deszcze – echem. Listy śle bukwą
koślawą. Brązowy enkolpion z pestką meteorytu.



Świat


Nawet stąd mogę widzieć.
Grudniowy wieczór. Ojciec i ja.
Mam trzy, może cztery lata.

Chrzęst zmrożonego śniegu
pod butami. Przód drewnianych sanek
i płozy podbite metalową taśmą
czasem lekko w górę.

Opatulony po czubek nosa
kocem w zieloną kratkę –
nie dostrzegam otaczających

nas ciemności.



Mgła


tak jakby za najbliższym wzniesieniem kończyło się wszystko
głuchy brzęk pustych wiader i szczekanie psa niebo
hermetycznie przystaje do ziemi granice zacierają się nikną
nie mogąc zmienić nic z tego co miało się wydarzyć
zapalasz papierosa Załuż Tyrawa Solna Wujskie –
terra incognita – tracą resztki materialności obrócone w mit



Deptane po drodze


Capsella bursa pastoris – tasznik pospolity. Dla nas,
brzdąców – zwyczajnie „chlebek świętojański”. Sercowate
łuszczynki pełne złotych nasion, wbrew zakazom dorosłych,
miażdżone z błogością zębami. Koźlonogi pies
Wielkiej Bogini, grubiański i nieokrzesany, kontent klepał się

po owłosionym brzuchu. Teraz, przewertowawszy na próżno
liczne leksykony, z obowiązku kronikarza – przywołuję inne imiona:
kaletka pasterska, bydełnik, tobołki pastusze, kaszka,
boursea pasteur, shepherd&#8217;s burse, borsa di pastore.
Uznajmy to za przyczynek do poezji zielników

albo świadectwo śmiertelności słowa.




Tkliwość rozkruszy gołoborza

Gładko milkną ptaki, na dnie
słoiczka – garstka czubrycy.
Szron wokół szczęk, skwar
muska białe kamienie.
Tętnią zetlałe zgliszcza –
łęgami spłoszony San.



Pandemonium

W lesie leszy straszy. Majki – płaczki zawodzą,
dziewonie po runie. W kłosach zboża poświst
z sykiem albo latawiec na wielkich skrzypiach gra.
Rusawki rano po rosie. Południce na miedzy,

mamuny jak lalki malutkie. W stawie nagi topich.
Oblepiony błotem. W czerwonej czapeczce. I nie pomoże
ubożę pod progiem. Ani stulik, woniej, lastowicznik,
gałązki liszkowe (z leszczyny), miodu naparstek

pod dziki bez. Ani okadzanie dymem ze świńskiego łajna .



Prowcza

Potok gada gate gate para gate
parasam gate bodhi swaha, owcze
dzwonki wtórują, mężczyzna
w szelkach ostukuje młotkiem
siewnik z rdzy. Dźwięki są wyraźne
Czysto rozchodzą się w powietrzu i znikają.



MĄCZKA Jacek. Bliższe okolice NowaRuda : Wydawnictwo Mamiko, 2010. Poezja polska.
ISBN 978-83-60224-48-9




Olgerd Dziechciarz -"poMazaniec"



Olgerd Dziechciarz, poeta, prozaik, felietonista. Opublikował kilkanaście książek, ostatnio: "Miasto Odorków" (opowiadania, wydawnictwo AMEA ) i "Galeria Humbug" (wiersze, wydawnictwo NEON).


Galeria Literacka przy BWA Olkusz, spotkanie z Olgerdem Dziechciarzem, autorem "poMazańca" - 21. V.

21 maja 2010 r.
Galeria Sztuki Współczesnej BWA Olkusz, ul. Szpitalna 32, godz. 18.00

Galeria Literacka przy Galerii Sztuki Współczesnej Biuro Wystaw Artystycznych w Olkuszu zaprasza na spotkanie z pisarzem Olgerdem Dziechciarzem, które będzie poświęcone jego najnowszej książce "poMazaniec" (Mamiko 2009).



Fragmenty książki "poMazaniec", wyd. Mamiko, Nowa Ruda 2009

   Studnia
     Wnętrzności ziemi, jeśli są jakieś wnętrzności, są zanurzone w wodzie. Woda jest gładka, spokojna. Dziewczyny nie powinny przeglądać się w studniach, ale my jesteśmy chłopcami, więc nam wolno. Korzystamy z tego pozwolenia. Dwa czarne popiersia wykrojone w srebrnej tafli. Krzyczymy. Zdeformowane słowa wracają ze spuszczoną głową. Duży kamień niszczy wszystko. Ale wszystko wraca. Studnie są nieśmiertelne. Cisza, jaka w nich panuje, obezwładnia. Chciałoby się wskoczyć do środka, zobaczyć co jest głębiej. Bo głębiej musi być COŚ!

     Bobo
     Nie wiem, jak wygląda, ale wiem, gdzie mieszka - w piwnicach, na strychach, pod korzeniami drzew. Jeśli zamknę oczy i skupię się, to przez moment widzę czeluść, a w niej coś dużego, tłustego. To coś się przesuwa, skrada, mlaska, pochrząkuje, ma czerwone źrenice niczym wściekły pies. Jest groźne, choć nie wiem, na czym jego groza polega. Bobo nie ma stałych zajęć, nie wychodzi z miejsc, w których żyje. Do czego służy? Z tego, co sobie przypominam, służy głównie do straszenia takich dzieci jak ja. Dobrze wypełnia swoją rolę, bo się go boję. Kiedy idę po ziemniaki do piwnicy i schodzę po kamiennych stopniach, nigdy nie wiem, czy wrócę. A jeśli coś mi się stanie, na przykład zniknę, zostanie tylko wiadro do połowy wypełnione kiełkującymi już kartoflami? Najgorszy jest moment, w którym muszę się odwrócić, a potem pierwszy, drugi stopień; i ostatni, kiedy już jestem prawie u celu... Zatrzaskuję drzwi do piwnicy, wkładam patyk, żeby je zamknąć (nie ma skobla). Ciekawe, czym się Bobo żywi, skoro mnie nie zjadło; nie ubywa też ziemniaków z pryzmy ani stojących na półce słoików z przetworami.  
       
  Bóg
     Wisi nad drzwiami. Jest umocowany na krzyżu. W Jego twarzy jest tyle bólu, że nie mogę na Niego patrzeć. Ale czasami patrzę. Jest mi Go wtedy bardzo żal. Zastanawiałem się nawet, czy Go nie oderwać od tego krzyża, ale chyba tak nie wolno robić. To musi być strasznie niewygodnie tak wisieć przybitym za dłonie i stopy. Kiedyś stanąłem niechcący na desce z gwoździem. Zardzewiały gwóźdź przebił podeszwę trampka, potem stopę - i wyszedł wierzchem buta. Bardzo mnie bolało. Zostawiałem za sobą krwawe ślady.
     Podobno On umarł za mnie. To ładnie z Jego strony, ale wcale Go o to nie prosiłem. I chyba bym nie poprosił, bo teraz czuję się winny. A może właśnie o to w tym chodzi?  

Fragmenty książki "poMazaniec", wyd. Mamiko, Nowa Ruda 2009




Sławomir Matusz - "Pieśni odejścia i powrotu"




Sławomir Matusz (ur. 1963 w Sosnowcu) - poeta, eseista, krytyk literacki. Stypendysta Zarządu Województwa Śląskiego w 2008 roku. Jest autorem tomików wierszy Nie podaję nikomu ręki (1985), Mistyka zimą (1990), Szare mydło (1993), Podtrzymanie, podniesienie (1994), Wakacje (1995), Przewrotka aniołów (1999), Elegia transgeniczna/ Transgenische Elegie (2000), Mięśnie twarzy. Wybór wierszy z lat 1983-2001 (2002), Serdeczna mammografia (2003), Cycek Boży (2007), 5.31. Ojciec Konrad (2008) oraz zbiór Narkoeseje (2004), Pieśni odejścia i powrotu. (2010).
Przygotowuje do druku tom Licznik Geigera. 20 najważniejszych współczesnych wierszy polskich w interpretacjach – publikowany we fragmentach w „Migotaniach, przejaśnieniach” i „Akcencie” oraz tomik wierszy Piosenka o okienkach.

Wiersze, artykuły i szkice publikował m.in. w „Twórczości”, „Toposie”, "Akcenie", kwartalniku „44”, "Migotaniach, przejaśnieniach", „Czasie kultury”, „Portrecie”, „Opcjach”, „FA-arcie”, „Kartkach”, Śląsku”, „Undergroucie”, toruńskim kwartalniku „Teka”, „Zeszytach poetyckich”, „Akcencie”, „Pro Arte”, „Kulturze”, magazynie „Teraz” (Filadelfia), „Gościu Niedzielnym”, „Gazecie Wyborczej” i wielu innych. Prezentowany w antologiach „Macie swoich poetów” (1996), „antologia nowej poezji polskiej” (2000), „Zagłębie poetów” (2002) "Zderzenia poetyckie 2009" (2009). 
O twórczości S. Matusza  pisali między innymi: Krystyna Kłosińska, Marian Kisiel, Edyta Antoniak, Karol Maliszewski, Piotr Bratkowski,  Janusz Drzewucki, Bożena Budzińska, Grzegorz Olszański, Maciej Szczawiński, Paweł Dunin-Wąsowicz.
Stanisław Burkot (UJ) zaliczył trzy tomiki S. Matusza do najważniejszych książek poetyckich lat '80 i '90 (St. Burkot Literatura polska po 1939 roku, PWN 2006). 

Wiersze S. Matusza tłumaczono na niemiecki, angielski, szwedzki, słoweński i czeski. Był Stypendystą Zarządu Województwa Śląskiego w 2008 r. Jest autorem nazwy i formuły Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „Przeciw poetom” im. Witolda Gombrowicza. Należy do Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem, Górnośląskiego Towarzystwa Literackiego.


Strona autorska:
www.poezja-slask.webpark.pl
Sławomir Matusz



Pieśni odejścia i powrotu



Druga elegia dla Edyty


Będę Cię szukał wszędzie –
bo moje szukanie jest pełne
prawdy i miłości. Będę błądził,
bo błądzenie jest szukaniem Ciebie.
Szukał w zapoznanych kątach domu:
szufladach ze zdjęciami, na twardym
dysku, w zapomnianych ulicach miasta
– gdzie koty nie chodzą, miejscach
spacerów i spotkań, listach, wspólnie
czytanych książkach, szafach z ubraniami,
koszulce na oparciu krzesła i niebieskim
staniczku pachnącym piersią.
Szukał w kwiatach na oknie
i ziołach w kuchni, wylizanych
garnkach, a pobielonych pleśnią.

Będę znajdował Twoje ciepło –
w poręczy schodów, poduszce, solniczce,
słuchawce telefonu, filiżance z nie dopitą
herbatą, łyżeczce którą musnęłaś ustami,
pasku od sukienki, odbiciu na obrączce
– bo dobry Bóg daje znaleźć szukającym.

Będę wertował słowniki, podkreślał
zaklęcia i słowa, które słyszałem od Ciebie,
głoszone z miłością, nadzieją, dobre słowa,
pisane na urodzinowym bileciku:
By powoli porządkować kochając;
w powieści Nabokowa: Ufając Tobie
zawierzam Bogu, że „szach i mat”
w grze o tę miłość należy do nas...
Na nowe życie z prawdą i miłością. Damy radę.

Damy radę. Będę pisał na wodzie,
palcem na piasku, na skałach, na murach
kościołów, na murach tego miasta –
aż do krwi, aż do kości. Żłobił aż miasto
zrozumie tę miłość. Damy radę – będę
pisał na kamieniach polnych w drodze
do Lisowic, szukając Ciebie, prosząc ojca.
Moje szukanie jest pełne prawdy i miłości.
Będę szukał wszędzie Twoich ust i słów,
Twojej rady i śmiechu. Twojej ręki, zawstydzenia,
radości i stóp do całowania w zimnej pościeli.

Będę rwał zęby smokom, wypalał cegły,
nosił wodę, karmił wspólnie łabędzie, całował
szyję i oczy, i usta, nosił ciało nadziei – całował
pępek świata i strugał kołyskę. Mojaś Ty, Plenna –
odbiorę owoc, jaki dasz. Będę Cię szukał

w trzewiach i trzewikach,
rozłożonych udach, w kwileniu,
bólu, odurzeniu sobą, we włosach i duszy,
w splątaniu ramion, losów i uczuć,
pieśni razem śpiewanych – aż zaplotą
się w jedną pieśń, której słowa: damy radę.

Będę szukał wszędzie, bo moje szukanie
jest pełne prawdy, miłości, zawierzenia i płaczu.
Bo moje szukanie jest pieśnią, płaczem, jest życiem.
Po śmierci Matki nie płakałem tak, jak
teraz płaczę, bo zostawiła mnie z Tobą.



15 i 16 czerwca 2009 r.




Zmarła 10 marca 2007 o godz. 5.31

                                                       pamięci Matki

Chciałem, żeby jeszcze zaznała radości, żeby coś zobaczyła pod koniec życia - zobaczyła jeszcze raz Kraków, pojechała do Pragi, pojechała na południe Europy - nigdy nie była za granicą a zbierała pocztówki; żeby przestała palić i była zdrowsza, mniej się kłóciła, żeby nie jadła tyle białej chemii.
Chciałem, by przed śmiercią zobaczyła Barnabę, by zobaczyła, że mnie się zaczyna układać. Cieszyłem się, że zaprzyjaźniły się z Edytą.
 
Że mogą ze sobą gadać po 2-3 godziny - podczas kiedy ostatnie parę lat my ze sobą nie mogliśmy wytrzymać 10 minut. Była harda, w ostatnich latach nieprzystępna. Liczyłem, że pierwszy kryzys chorobowy ją zmieni - że zrozumie i poczuje potrzebę opieki.
 
Że to zauważy i jeszcze raz doceni. Naprawdę tego chciałem - myślałem o tym.
Cieszyła się "Cyckiem Bożym" - choć nie wiem czy go czytała - żartowała z Edytą, że sam jestem taki Cycek Boży. Mnie tego nie mówiła.
 
Miałem nadzieję na to, że doczeka jeśli nie jakiejś mojej nagrody, to przynajmniej nominacji do Nike. Że będzie dumna, chociaż przez chwilę. To miało być dla Niej i dla Barnaby. Nawet jej nie zdążyłem o tym powiedzieć.






Modlitwa

                                                       dla Edyty Antoniak


Panie Boże pomóż abym nie zmarnował
żadnego dnia i jej uczucia. Abym pamiętał
o jej dwunastoletniej tułaczce i nie zaniedbał
niczego, aby stworzyć jej dom. Abym ręki
nie podniósł, nie skrzywdził słowem i ścierpiał
gorzkie żale – lepiej ją rozumiał. Aby nie cierpiała
biedy i poniżenia ze strony głupich i złych ludzi.
Aby mogła być szczęśliwą matką i nie doświadczyła
więcej samotności. Bo każdy człowiek złożony jest
i prosty zarazem – w czystości serca pragnie prostych rzeczy
błądząc często. Tak ja pobłądziłem pragnąc tego,
co ona, dla niej. Otoczony chmarą złych ludzi, którzy
czynili krzywdę jej i mnie, trwoniłem czas – wdając się
w próżne dyskusje z nimi, miast ją ratować – serce szczerze
mnie kochające. Sam tułacz, porzuciłem knajpy i tawerny,
ale nabrałem złych manier człowieka który śpi z zawiniątkiem
pod głową – by w razie niebezpieczeństwa szybko się oddalić.
Wiedziałem co to dom – ale prawie go nie zaznałem
nosząc swoje rzeczy pół życia na kiju. Uwolnij mnie
Panie Boże od koszmarów dzieciństwa i wieku młodego.
Uwolnij od pomyłek w wieku dorosłym. Uwolnij od tytoniu.
Uwolnij moje oczy od pokus, na które tracę czas. Uwolnij mnie
od nieprzyjaciół. Abym mógł okazać wdzięczność Mojej Pani
i dać to, na co zasługuje – miłość, bezpieczeństwo
dostatek, macierzyństwo, spokój. Aby stał się DOM,
o którym oboje marzyliśmy. Aby zdziercy i oszuści,
poborcy podatków i komornicy go nie nachodzili, a nasze dzieci
rosły szczęśliwe. Abym widział uśmiech, a nie lęk
przed kolejnym dniem na jej twarzy. Panie Boże, daj nam miłość
w całej krasie i okazałości – pozbawioną leków, lęków i poniżenia.
Miłość może być głęboka ale i głodna, zagubiona.
Spraw, aby nasza miłość nie była bezdomna i przepełniona
trwogą. Panie Boże spraw abym nie zapomniał tej modlitwy,
a ona odmawiała ją ze mną codziennie, i nie brakło nam siły,
i bym nie zmarnował kawałka kamienia i grudki gliny
tak nam potrzebnych, by zbudować dom.
Tak mi dopomóż. Jak możesz, dopomóż nam więcej.


MATUSZ Sławomir. Pieśni odejścia i powrotu. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2010. (Poezja polska). ISBN 978-83-60224-46-5





Grzegorz Woźny - "Landszaft"







prywatne życie aniołów


w długim zdaniu moszczę papucie w kroku spokojniejszy
spostrzegam klucze do pokoju aniołów
bardziej gotowy do snu w oniryczne katastrofy bydlęce rogi
niechby strach ostateczny popatrzył na swoją dłoń
filmowe ujęcie z oczu King Konga a kruszyna sączy wystraszoną
bieliznę
niepostrzeżenie wycierając małym palcem zabrudzone szminką
kąciki ust
żeby ten dreszcz na który we dnie nie ma czasu był
opatrunkiem kleił dziarskie piekielne poparzenia
masochistyczne złudzenie że świat tonie w cierpieniu
masz nowe wiadomości odczytać odczytać i znowu
sześćdziesiąt dziewięć wskazówek na lepsze życie
albo znacznie więcej powodów międzyludzkich
najdoskonalsza pierwsza liczba przestaje być stałą parafrazą
ku uciesze społecznej informacji tam dociera
doskonały kształt jajka w konflikcie z kulą pęka
podczas pilnej obserwacji Andrzeja siedzącego na progu
trzyschodka w Głuszycy
ten ma dopiero palec mały serdeczny

i krwawiący kciuk od obgryzania paznokcia
materiały dydaktyczne krążą od ręki do ręki
wiedza z tabeli piękna i mądra jak studium wiru Leonarda
maszyny hydrauliczne pękają podobne komarom wyciśniętym z ręki
ssące rozlewiska starszych słuchaczy studiów uniwersyteckich



niebo


wskazując palcem nie widzę obcego
jak chrust przynosi z dalekiego lasu
a żart w ustach zmęczył go szukając
w powtórkach na przyjemne spotkanie
to na ciebie patrzę z wycinanek
i znam precyzyjne zagięcia
aby wzór równomierny pomnożył
odbicia jak ta gałąź
sucho rozmienia ogień
nie podaję ręki zieleni
bo mleczne drzewo bez liści
rośnie w czystym strumieniu
w najdalszym środku nocy



słowa do melodii


niewidzialny poszedłby
za mną gdziekolwiek jesteś
gdziekolwiek poszłaś
zanurzyłby czy wśliznął
ostrą dłoń w jej dłonie
a potem ostrą dłoń
w koronki królowej
niepomarszczonej i niezmiętej
wielce pani panującej
medal chcę nowy medal
w jego imieniu jak wuj
mój dziadek pokrzyżowany
virtuti za ręce
potem niewidzialny
spytałby o migawki
jak biegną skrawki równowagi



lokaj


szal na biegunach
w białe liście
haft bieliźniany
cypry karaiby
samochód
jak na ulicy swędem
cudze słowa
ze wszystkich naczyń
po kucyku po kucyku
zamknięty oddech
świeży czy nie
od tej strony
na grzędzie
ogryzki
wypowiedzi



***
róże kręgle
potoczyste panie
cyranki goździki
farbą w pionie
akwarelą
w doniczkach
chwilowe wianki
budzące królowanie
przy drzewach krzakach rynnach
bielących zwiotczałe gałązki
styropianu
wnet kobieta
myje głowę
za grosz dla niej
nachalna bielizna
rumian
drżąco rozczesywany
serdecznymi opuszkami
w niej chleb zieleni się
kakao
tam krągły garncarz
poklepuje wianki
oliwa sączy
wolno wysycha
tylko na słowo
nadający się kolor



WOŹNY Grzegorz. Landszaft. Nowa Ruda : Wydawnictwo MaMiKo, 2010. -250 s.




Renata Blicharz - "Czarna aureola"



Renata Blicharz debiutowała w 1983 r. Jest absolwentką Uniwersytetu Opolskiego, mieszka w Opolu. Jej teksty były drukowane w prasie opolskiej i ogólnopolskiej. Została nagrodzona i wyróżniona w ponad trzydziestu konkursach poetyckich i literackich. Jej wiersze znajdują się także w licznych antologiach i almanachach. Zajmuje się też dziennikarstwem, jest autorką recenzji, felietonów, wywiadów z ludźmi kultury i sztuki. Od 2007 roku współpracuje z Opolskim Kwartalnikiem Kulturalnym "Prowincja". Wydała dwa tomiki "Pocztówka z bajki" 1997 oraz "Kolekcjonerka" 2006.



W kamienicy na Starym Rynku

Kobiety w tym domu
liczą zgubione pary rękawiczek parasolki i miłości
wspominają utracone szczęścia
z każdym codziennym przebudzeniem
coraz bardziej zacierają się
rysy niegdysiejszych kochanków
wielowarstwowe wymiary miłosnych słów
głębie dawnych pocałunków i dotyków

Kobiety w tym domu
noszą suknie wciąż ciemniejsze
i coraz częściej otulają ich ramiona
szydełkowe szale
coraz bardziej wełniane

Rano robią zakupy w sklepie naprzeciwko
potem okruszki rozmowy z sąsiadem
okruszki dla gołębi w rynku
kawałeczki dla kaczek w parku
Wieczorem otwierają okno patrzą
jak spadają płatki śniegu albo gwiazdy
uśmiechają się do swoich odległych
wspomnień które ludzie nazywają marzeniami
albo prowadzą z sobą milczące rozmowy
a rozumienie spraw tego świata
rozpościera się nad nimi jak pajęczyna

Później
kiedy zamknięta w pięść garść nocy
nie chce sypnąć piaskiem na powieki
oglądają stare wciąż bezsenne fotografie
i właśnie wtedy

mimo że przybył znów jeden dzień
właśnie wtedy
ubywa im -
wiele lat



Renata Blicharz. Czarna aureola. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2009




Ryszard Częstochowski - "Przebudzeniem jest śmierć"






Autor i Wydawnictwo MaMiKo dziękują Urzędowi Miasta Bydgoszczy za pomoc w wydaniu książki.


NOTKA AUTORA


Dziękuję tobie stwórco, że mi kazałeś
być człowiekiem bardzo się tego obawiałem,
broniłem przed tym i płakałem ,gdy się tutaj
rodziłem , buntowałem przed pomysłem
bytu , bo po co cierpieć , ale to zesłanie do
żyjących dało mi nowe doświadczenie
mimo , że nie chciałem tego bytu.
( z nie opublikowanej powieści autora
„Brzytwą przez ciało „)




Urodził się na ulicy braci śniadeckich Numer 47
W mieście nad brdą
Do gazet trafił już w 1957 roku Gdy ściągnął na siebie wrzątek
A matka w pośpiechu nie
Zauważyła niczego
Potem przeszedł jeszcze tysiące ulic
W całej europie i za nią
Aby wrócić niedaleko
Punktu wyjścia
Zawsze jesteśmy skazani na powrót
Z ciałem lub bez





Anno domini 2008


PRZETRWANIE czyli mieszkańcy miasta B.

przetrwać wilgotną jesień oto cel
wytrwać mroźną zimę
dotrwać do wiosny
trwać
pójść nad rzekę
na wzgórza
latem pojechać nad morze
zobaczyć przestrzeń
ogarnąć całą
ludzką chęć przetrwania
bez wiary się nie da

wiedział to k.
z miasta b.
zamknął się na tydzień
w mieszkaniu i już
nie wyszedł z niego ale go
inni
do lodówki wynieśli
choć u niego też wiało
chłodem niczym w kostnicy
żadnej różnicy



MODLITWA

boże trzeba pięknie umrzeć
ale jak to zrobić
boże trzeba być pięknym
ale jak to zrobić
boże trzeba się pomodlić
do ciebie
ale jak to zrobić
boże trzeba uwierzyć
w ciebie
ale jak to zrobić
boże trzeba zapomnieć
o sobie
ale jak to zrobić
boże trzeba kochać polskę
ale jak to zrobić
boże trzeba kochać bliźnich
ale jak to wszystko zrobić
kiedy krew zamiast łez
spada z oczu prosto
na kulę ziemską


PRAWDA


Na tym świecie nie kłamie jedynie wiatr
Który wieje z całych sił na mont blanc
Nie mając żadnych szans go przewrócić

W tym świecie mówi prawdę jedynie deszcz
Zatapiając w powodzi słów boskie milczenie
Prawda dla człowieka to tylko narzędzie
W walce kto lepiej skłamie
Ten wygra
Ale co wygrasz że przegrałeś ?





Ewie Lipskiej


PRZESŁANIE


Pisać tak żeby prosty człowiek
Pomyślał
Że też tak potrafi
Głupi żeby powiedział że
To żadna sztuka
Zły żeby cię obraził
Mądry żeby ci dłoń uścisnął
Dobry żeby cię poklepał
Po ramieniu i
Rzekł abyś się poprawił i
Już o ten świat tak się nie
Martwił
Bo on był gdy nie było ciebie
I pewnie trwać będzie
Gdy już ciebie nie będzie


CZĘSTOCHOWSKI Ryszard. Przebudzeniem jest śmierć. Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2010.




Grzegorz Kwiatkowski - "Eine Kleine Todesmusik"


Grzegorz Kwiatkowski (ur. 1984) - poeta, muzyk. Wydał tom wierszy &#8220;Przeprawa” (2008) oraz &#8220;Eine Kleine Todesmusik” (2009). W przeszłości muzyk na ulicach Liverpoolu. Obecnie członek zespołu TrupaTrupa. Zgłoszony do Paszportów Polityki (2009). Laureat Nagrody Miasta Gdańska dla Młodych Twórców (2009). Stypendysta Fundacji Grazella (2009). Laureat ogólnopolskich nagród poetyckich (m.in. Władysława Broniewskiego, Witolda Gombrowicza, Złoty Środek Poezji). Dwukrotnie nominowany przez Gazetę Wyborczą do nagrody Sztorm Roku (2008, 2009). Nominowany do nagrody Splendor Gedanensis (2009). Publikował m.in. w Tygodniku Powszechnym, Gazecie Wyborczej, Dzienniku, Dwutygodniku, Toposie i Odrze.


c h ł o p c z y k

wstawał wcześnie rano ze swoją babcią by sprzątać ulicę
a kiedy mróz ściął rzekę pomagał jej roznosić świąteczny opłatek

ten chłopczyk nie nawykł do brania ale do dawania
dlatego nigdy później nie potrafił uszczęśliwić żadnej kobiety




D i t e r L i t w a n n , u r . 1 9 6 4 z m . 2 0 0 3

spojrzała w okno i wykrzyczała:
jaka piękna tęcza

nie podszedłem do okna
nie ruszyłem się z miejsca

od tej pory zacząłem zjadać swoje zapasy

jeżeli mówiłem jej: odejdź
to znaczy że naprawdę potrzebowałem pobyć sam

tamtego dnia śniły mi się setki luster:
w każdym inna ale ta sama osoba

zbudziło mnie jej chrapanie

dwie minuty później
w moim sercu
wybuchła bomba



a u t o r

podczas spaceru nad rzeką zobaczył topielicę
w białej szacie poprzeszywanej wodorostem

natychmiast pobiegł do domu po płótno farby i pędzle
i wrócił nad rzekę gdzie do wieczora łowił wzrokiem

ludzie z miasteczka dziwili mu się bardzo
ale on widział jak unosiła się pięć centymetrów nad wodą

obraz zawisł w kościele świętego Jerzego w Tinben
gdzie można oglądać go po dziś dzień:

Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny
obraz z roku 1680
autor: nieznany



U v e

Uve idzie z dzieckiem na łąkę
gdzie wiatr zagłuszy jej płacz

Diter naostrzył latawiec
chce na niego złapać jaskółkę

Uve przyciska dziecko do piersi
wiatr ustaje latawiec spada

Diter Diter niemądry chłopcze
na swój latawiec upolowałeś
płaczącą jaskółkę i jej pisklę


Grzegorz Kwiatkowski -
"Eine Kleine Todesmusik" . Mamiko, 2009




Zofia Bałdyga - Współgłoski



Zofia Bałdyga, 1987, Warszawa. Autorka tomiku „Passe-partout” (2006). Uczestniczka poetycko-muzycznego projektu Elektroliryka. Studiuje bohemistykę. Jej wiersze przełożone zostały na czeski, szwedzki i ukraiński. Prowadzi stronę autorską w serwisie www.literackie.pl. Mieszka w Warszawie.


W maju 2010 roku Wydawnictwo MaMiKo wydało "Współgłoski".



Kilka wierszy z wydanego tomu.


(lekcja)

Ile funkcji ma język? Przeżywamy palcami, odrastając.
Dwadzieścia lat temu nie zajmowałam się niczym konkretnym.
Teraz nie chcą wybaczać, bohaterowie nie kleją się na ślinę.
Szczegóły opadły, resztki zostały w kącikach.

Chcę mieścić się w garści, grać w niebieski teatr
o którym gatunki i rodzaje pisały obraz na idealne podobieństwo.
One też tylko powtarzały: że jest.



(zaświeć)

M.

A ty, chciałbyś być metaforą?

Jeśli jestem zadzwonię i zaśpiewam wierszem
bo wiersz ukrywa więcej.
Upada daleko. W wybrane powietrze.
Bez mimiki, maski, makijażu.

Zostanę modelką, bo modelki nie mówią.




(osobisty dowód)

Jesteś pierwszym wersem.
Wciąż wracam goniąc.
Ani duże
ani małe słowa.
Jeśli pytasz o rodzaj może
rozdarta w poszukiwaniu skóra.

Widziane od środka:
rozdarte poszukiwaniem góry, doliny
na końcu języka nie różnią się niczym.




(weź mnie w nawias)

Zaczynam cię od cytatu, świadoma.
Poczuję tyle, ile umiem napisać.
Język jest szorstki i głęboko sięga.
Zaznacza obecność. Boli tylko trochę.
Trochę nie da się opowiedzieć.
Negocjacje znaczeń odbędą się w sali lustrzanej.




( tekst na inną okazję)

Kobieta w ciąży jest pauzą. To nie tylko przypadek.
Przejście na kolejną stronę.

Nie używając słów, obfituję w szczegóły.
Cztery szminki i osiem zapalniczek.
Dwa ślady ugryzień między kartkami książki
której nie napiszę, bo była zadana do domu
zmyślona na miejscu.

Kobieta w ciąży zbiera piasek na czarną godzinę
i chowa go w muszlach. Przesypuje czas.
Opowiada dom szeptem w tak niewygodnej dla mnie pozycji.



Zofia Bałdyga "Współgłoski". Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2010. (Poezja polska)
ISBN 978-83-60224-53-3









Patryk Zimny - Uchoko



Patryk Zimny – ur. w 1988r. w Lęborku. Student historii na Uniwersytecie Gdańskim. Laureat kilkunastu konkursów m.in. TJW „Złoty Środek Poezji” w Kutnie 2009, „ Białej Lokomotywy” w Aleksandrowie Kujawskim.
Inicjator i prowadzący cyklu spotkań poetyckich w Lęborku „Wiatr w słowa”. Publikował m.in. w „Autografie”, „Dzienniku Bałtyckim: Dodatek Literacki Gdynia”, „Przeglądzie Oświatowym”. Stypendysta (poezja) Samorządu Województwa Pomorskiego 2010.


debiut


Ukrywam się nimi. Mają rację, jestem
jeszcze chłopcem od czytania starszych.

Ukrywam się wierszem przed debiutem.
Wystraszyć? Zaskoczyć? Pokazać język?

Oni mimo wszystko czytają. Tak mi się zdaje.
Też ukrywają mnie przede mną. Przed wejściem.

Przed zgubą. Tak właśnie myślę.



gabriel


stałem przy jego łóżku z poczuciem nonszalancji
leży tak już parę dni pyta kiedy pójdzie do domu
mówię spokojnie póki co musisz zostać w szpitalu
nie pamięta dlaczego tu trafił jest jeszcze słaby
prosi mnie bym go podrapał w lewą łydkę
muszę więc iść tak z nonszalancją
nie umiem powiedzieć:
straciłeś nogi




chleb powszedni. ballada


wczoraj znów szli do tej samej piekarni
na drugi koniec miasta po stary chleb
przeceniony o połowę

od deszczu mieli przemoczone kurtki
wielki wór z pozaszywanymi dziurami
trampki kupione za dychę chyba pół roku temu

siebie mieli i pięć złotych
gromadzili w tej monecie powietrze braci
spokojny sen bez burczenia w brzuchu

do sklepu wchodził tylko najstarszy
za każdym razem widząc w kasjerce drugiego głodnego
co myśli żeby nie wziął łapczywie za dużo

po zdobyciu paru bochenków
bracia wracają do domu
z sejfem na karku

dzisiaj też pójdą
po doceniony
o połowę

chleb




Puch

Oli
nie zapomnę puchu na ustach
nie oderwę pamięci twojego wzroku
który się tarzał po morskim piasku
wiedziałaś że masz kilka najdłuższych
siedem minut abym potrafił czekać
nie zapomnę papierosów gęstych w powietrzu
ani parasolki koloryzującej głowy
zostanie słonecznik na złotym łańcuszku
deszcz chwytany w objęcia włosów
paru uciekinierów z cd
oksywski ogród w ruchu drzew
kiedy zapomnę jak się nazywam
spalę wszystkie wiersze tobą otwarte
i wtedy znów będzie

puch na ustach
szminka życia





zastępstwo



nic ma nic trudniejszego
niż rola ojca od urodzenia
właśnie tak

utrzymywanie familii swoim byciem
podpisywanie się imieniem i nazwiskiem
na świstku od renty

pokazywanie braciom pierwszych oznak męskości
siostrze reprymenda za pyskówkę matce
której brakuje nerwów

nie ma nic trudniejszego
od zastępowania

sam o tym wiem najlepiej
uczeń ojców znajomych
obserwator serialu tata a marcin powiedział

nie jest mi jednak przykro
ja umiem i wiem
co to znaczy szukać wzorców

nie ma nic trudniejszego
nic





ZIMNY Patryk. "Uchoko". Nowa Ruda : Wydawnictwo Mamiko, 2010. (Poezja polska)
ISBN 978-83-60224-51-9






© 2001 - 2009 - Mamiko