Apolonia Maliszewska

ul. Piastów 5/1
57-400 Nowa Ruda
tel. (074) 872 53-64
biuro@mamiko.pl

WYWIADY


- Z polskim pisarzem MACIEJEM NOWAKOWSKIM, osiadłym w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, w miesiącu lutym roku 2004 rozmawia, dzięki uprzejmości Billa Gatesa, Anna Wójcik
- - Z Piotrem Florczykiem, poetą zza wielkiej wody, gawędzi Anna Wójcik
- Dekadentem nie jestem, raczej pesymistą. Anna Wójcik rozmawia z Wojciechem Giedrysem.
- Anna Wójcik rozmawia z Arkadiuszem Sannem
- O poezji z Anną Magdaleną Pokryszką rozmawia Anna Wójcik
- "Wolę swojego kota od przypadkowych i obcych kobiet." O [kocich łbach] z Mariuszem Appel rozmawia Anna Wójcik
- "Wierzę w moc miłości"- Z Magdaleną Goik rozmawia Anna Wójcik
- Każdy z czymś się wadzi... Z Tomaszem Hrynaczem, autorem zbioru wierszy „Enzym”, rozmawia Grzegorz Michalak.
- Wywiad z Teresą Wierzewską-Wilk autorką książki "Tydzień ważniejszy od życia"
- Poeta oficer. GW Katowice nr 189, wydanie z dnia 14/08/2006 - 15/08/2006
- W KOŃCU KULKA I TAK WPADA
- 50. urodziny „złodzieja czereśni”
- Rozmowa z Feliksem Netzem, poetą, prozaikiem i krytykiem filmowym
- Rozmowa z Grzegorzem Muchą, „Gazeta Wyborcza - Katowice” 16 stycznia 2007r.
- Rozmowa z Maciejem Frońskim Gazeta Wyborcza Katowice, nr 63, 15 marca 2007 r.
- Rozmowa z Zuzanną Turkiewicz
- Wywiad z Jackiem Ostrowskim - Karol Graczyk









ZUZANNA TURKIEWICZ ur. w 1978 r. w Nowej Rudzie (Góry Sowie). Absolwentka Liceum Ekonomicznego oraz Uniwersytetu Wrocławskiego, z wykształcenia prawnik. Z zamiłowania podróżnik i fotograf. Obecnie współpracuje z Uniwersytetem w Marburgu prowadząc prace naukowe z zakresu prawa międzynarodowego i europejskiego. Pisze od najmłodszych lat.

Rozmowa...




Jak zaczęła się Pani przygoda z pisaniem?

Moja przygoda z pisaniem zaczęła się bardzo dawno. Już jako mała dziewczynka wymyślałam sobie wierszyki. W ten sposób moje myśli były przelewane na papier, później zaczęły się przekształcać w coraz grubsze zeszyty. W wieku 13 albo 14 lat powstał mój pierwszy zeszyt. W moim debiutanckim tomiku większość wierszy pochodzi z owego okresu.

Satysfakcja z wydanej książki jest motywacją do wydania drugiego tomiku...? Kiedy można spodziewać się kolejnego tomiku?

Drugi tomik wierszy jest już również napisany, a jego wydanie, to kwestia rozłożenia w czasie. Sądzę, że wydanie dwóch tomików w ciągu jednego roku byłoby zbyt szybkie. Doszłam do wniosku, że ze względu na to, iż obecny tomik to mój debiut, chciałabym więc, aby czytelnicy oswoili się troszeczkę z moją osobą i z moim stylem pisania.

Działa Pani na tylu polach. Praca, doktorat, przygotowanie na tłumacza przysięgłego... Skąd czerpie pani tę energię?

Chyba z Bożego świata... Pewnie to też kwestia temperamentu, a przede wszystkim kwestia moich rozmów z samą sobą. Również Bóg jest dla mnie taką bardzo wielką mocą, która daje mi siły do tego by działać. No i oczywiście moi rodzice... Całe życie są dla mnie wielkim autorytetem, a wdzięczność do nich wzmacnia tą siłę.

Generalnie religia pełni bardzo ważną rolę w Pani twórczości. Można to odczytać właśnie z promowanego tomiku. Dlaczego?

Tomik „Świat jaki pamiętam...” i jego kontynuacja, czyli kolejny tomik „Gdyby nie On..." zawiera wiele treści religijnych. W obu tomikach zawarte są moje młodzieńcze przeżycia.. Wiersze te, to świat z moich dziecięcych pięknych lat, świat, który dobrze pamiętam. W drugim tomiku wiele treści również skierowanych jest do Boga.

W debiutanckim tomiku jest wiersz zatytułowany „Most przebaczenia”. Jakoś mi nie pasuje do „Świata jaki pamiętam...", o kim zatem mowa w tym wierszu?

„Most przebaczenia” ma wiele wspólnego z moimi wędrówkami po Górach Sowich. Jest to wiersz o przepięknym moście w Srebrnej Górze, który jest różnie przez ludzi nazywany, np.: „mostem śmierci”, „mostem złotej jesieni”, ja natomiast nazwałam go po swojemu, czyli tak jak w tytule. W wierszu tym jest mowa o pewnym mężczyźnie, który w czasie wojny na tym moście utracił swoje dziecko. Człowiek ten swoje przemyślenia i rozpacz przeżywał właśnie tam. Miałam okazję osobiście poznać go w momencie, kiedy przedostatni raz był w Polsce. Był to Niemiec, który w okresie wojny pracował na kolei. Sama również często tam przesiadywałam i jakaś dziwna opatrzność spowodowała, że tam się spotkaliśmy. Człowiek z wiersza „Most przebaczenia” już nie żyje, ale myślę, że jego dusza wciąż odwiedza most w Srebrnej Górze.


Zdarza się Pani wstać w nocy, żeby zapisać pomysł na wiersz?

Nie dokładałam do wierszy dat ani godzin w których powstawały, choćby ze względu na zachowanie mojej prywatności, ale nie ukrywam tu tego, że jestem „nocnym Markiem”. Wiersze odnoszące się do natury, np.: „Piramida pracy”, czy „Anioł nadziei” to wiersze, które zrodziły się podczas moich spacerów. Natomiast wiersze z kolejnego tomiku „Gdyby nie On..." to już moje pisanie nocą. Bywa tak, że budzę się w środku nocy i podrywam się do zanotowania jakiejś myśli. Z takich błysków powstają wiersze. Zazwyczaj nie poprawiam wierszy pisanych nocą. Trudniej byłoby mi z pewnością napisać wiersz z góry zakładając, iż danego dnia czy w jakimś określonym czasie ma on powstać. Pod taką presją nic bym nie stworzyła. Wszystko to, co jest przeze mnie zapisane powstało pod wpływam chwili, uchwyconego natchnienia. Nie ma nic w mojej twórczości wymuszonego, nie ma w moich wierszach słów wydzieranych z siebie na siłę.


Czy ma Pani jakiegoś ulubionego polskiego autora lub autorkę?

Mam wielu ulubionych pisarzy np: Kochanowskiego, Miłosza, Baczyńskiego, Konopnicką, a jeśli miałabym wyszczególnić któregoś pisarza z naszych terenów, to musze tu wspomnieć o Panu Karolu Maliszewskim. Uwielbiam jego wiersze. Często zagłębiam się w jego twórczość. W utworach Karola Maliszewskiego odbieram wizualne obrazy Nowej Rudy i „mądre idee” uchwycenia naszego miasta takim jakim jest, która mi się bardzo podoba w jego pisaniu.


Co Pani uważa za swój dotychczasowy największy sukces życiowy?

W tym momencie należałoby się zastanowić co znaczy dla mnie pojecie „największego mojego życiowego sukcesu”. Dla mnie sukces to pojecie względne!...hmmm????... Działam na tylu polach, że raczej nie umiem na to pytanie tak do końca odpowiedzieć... Jeżeli chodzi o sukces zawodowy to jeszcze takiego nie osiągnęłam, ale wierze z całego serca w to, że kiedyś ziszczą się moje marzenia. Obecnie skończenie doktoratu jest moim największym celem ponieważ otworzy on mi bramy do dalszego działania... .

Jakie są Pani dalsze plany i marzenia?

Jeśli chodzi o marzenia to strasznie pragnęłabym mieć psa, owczarka berneńskiego, ale ze względu na moje ciągle przemieszczanie się z miejsca na miejsce nie mogę sobie na to pozwolić.
Chciałabym również mieć dużą rodzinę! Uważam, że duże, zgodne rodziny to obecnie fenomen XXI wieku.
Jeżeli chodzi o pracę zawodową na pewno czeka mnie dalsza praca naukowa. Natomiast, jeżeli chodzi o poezję i pisanie, z pewnością będą powstawały kolejne publikacje. Jest już napisana książka, która ukaże się w niedalekiej przyszłości. Książka ta będzie poświęcona pewnej idei i ma na celu wspomagać jej szlachetną działalność. A reszta... To na razie tajemnica. Mam nadzieję, że pod koniec 2008 roku zostanie przekazana czytelnikom.

Co sądzi pani o zdaniu, że poezja jest przeżytkiem?

Ja tak nie twierdzę. Uważam, że poezja była, jest i będzie tak długo jak istnieć będą ludzie, bez względu na kulturę, kolor skóry czy wyznania. Zawsze będą ludzie pisać i czytać. Świat się bezustannie zmienia i zmienia się poezja.. Nie wydaje mi się, aby kiedykolwiek nastąpił zanik poezji w życiu jakiejkolwiek narodowości świata.

Jakieś ciepłe słowo dla czytelników Pani tomiku...

Celem naszego życia, jest odnajdywanie siebie we własnej twórczości. Forma takiego emocjonalnego zapisu, bez względu na to, czy jest to list, notatka, wiersz, jest zawsze odzwierciedleniem naszej osobowości i przeniknięciem we własne serce i duszę. Tak też było i ze mną...
Tak jak napisałam we wstępie „Świata jaki pamiętam” przekazuje w nim wszystkim czytelnikom, psychologiczną mądrość wiary w siebie i wydobywania z dna własnego serca swojego prawdziwego „ja”. Mam nadzieję, że moje wiersze będą przewodnią dla tych, którzy w poezji upatrują siły lub drogi dla siebie, albo uważają poezję za prawdziwego psychologa. Poezja jest najlepszą formą leczenia się z depresji, ponieważ daje możliwość przemyśleń i stwarza drabinę testowania własnych psychicznych możliwości. Myślę, że na pewno znajdą się osoby, które w moich wierszach odnajdą kawałek siebie, dzielnie przezwyciężając cierpienia w jakich się znajdują.
Mam nadzieję, że tomik "Świat jaki pamiętam" będzie receptą na lepsze dni. Tego z całego serca życzę wszystkim czytelnikom mojego tomiku.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

Ja również serdecznie dziękuję...





Wywiad przeprowadziła Iwona Wirzeska



Zuzanna Turkiewicz -
„Świat jaki pamiętam". Nowa Ruda : Wydaw.Mamiko, 2007













Dekadentem nie jestem, raczej pesymistą. Anna Wójcik rozmawia z Wojciechem Giedrysem.


Anna Wójcik: Kim jest Wojciech Giedrys?

Wojciech Giedrys: Nie potrafię się tak łatwo określić. Ale spróbuję. Jestem narzeczonym swojej narzeczonej, i mam nadzieję, niedługo mężem swojej żony. Tylko od czasu do czasu bywam poetą, teraz już coraz rzadziej, bo rzadziej zdarza mi się pisać wiersze. Bywam także prozaikiem, który chronicznie nie ma czasu na skończenie rozpoczętych opowiadań i powieści o Toruniu. Częściej zdarza mi się być redaktorem. Ponieważ pracuję w trzech redakcjach, dwóch pism literackich i miesięcznika kulturalnego, nie narzekam na brak czasu wolnego. I chyba w tym się najpełniej realizuję.

Kogo chce pogrzebać ten ktoś, kto mówi w Pana debiutanckim tomiku? Dlaczego uczynił on siebie dekadentem?

Tytuł Ścielenie i grzebanie mógłby również przyjąć postać – Początek i koniec. Pogrzebane zostało tutaj dzieciństwo. Właśnie o nim traktują pierwsze wiersze w tym tomie. Chciałbym, żeby było to takie symboliczne zerwanie pępowiny z tamtym światem, zarówno z Olsztynem, moją dziecięcą Arkadią, jak i rodzinnym domem. Grzebię więc wszystko to, co jest już za mną, grzebię dzieciństwo, zrzucam z siebie jego skórę. Grzebię siebie. Może zabrzmi to trochę naiwnie, ale udało mi się to także w życiu. Trudno mi to wszystko określić jako coś dekadenckiego. Dekadentem nie jestem, raczej pesymistą.

Czy „poezja naturalistyczna” jest trafną etykietą dla Pana wierszy?

Nigdy wcześniej nie spotkałem z terminem „poezja naturalistyczna” (to chyba trochę wstyd – A. W.), tym bardziej w przypadku moich wierszy. Lepszy byłby tu chyba „turpizm”. Jest go trochę w moich wierszach, szczególnie tych, które powstały kilka lat temu. Wtedy bowiem byłem zafascynowany poezją Stanisława Grochowiaka i równie dobrze mottem dla tych niektórych wierszy mogłaby być fraza pochodząca z jednego z jego wierszy: „Wolę brzydotę, jest bliżej krwiobiegu”. Teraz na poezję patrzę zupełnie inaczej i nie staram się przyciągać uwagę czytelnika tak prostymi i wyrachowanymi figurami.

W świecie Pana wierszy zatarta zostaje granica między człowiekiem a zwierzęciem, dlaczegóż ten, który mówi nie chce uwolnić siebie od nienawistnego resentymentu?

Trudno jest mi się zgodzić z takim wnioskiem, iż w moich wierszach jakoby została zatarta granica między człowiekiem a zwierzęciem. To duże uproszczenie. Faktycznie, czasami granica ta się zmniejsza, zwierzęta nabierają ludzkich cech, ludzie są animalizowani, ale tak, jak w przypadku wiersza Bajka o pszczołach i lisach jest to jedynie gra konwencją bajki albo próba demaskacji stereotypów.

Napisałam w recenzji, że podmiot liryczny opuszczony przez kolejną bezimienną kobietę próbuje na nowo określić rozmyte, rozpływające się w jego spojrzeniu kontury rzeczywistości, a teraz mam wątpliwości. Czy on próbuje? Czy też się pogrąża w upadku?

Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. W starszych wierszach nie utożsamiałem się z podmiotem lirycznym, to był mój świadomy wybór. Teraz to się zdecydowanie zmieniło. Mogę się tylko domyślać, że i próbował, i pogrążał się w upadku.

Spomiędzy brudnych ulic, domów, miast i ludzi wyłania się Matka. Konkret wśród niestałości, osoba wśród masy... Czym jest w poezji Wojciecha Giedrysa ta figura?

Kiedy układałem i wybierałem wiersze do tego tomiku w ogóle nie zauważyłem, że w prawie co drugim wierszu pojawia się matka. Dopiero po wydaniu moja narzeczona, a później kilka innych osób, zapytało mnie o to. I faktycznie, kiedy znowu przejrzałem książkę, zauważyłem, że za dużo jest tam matki, domu i dzieciństwa. Teraz nawet łapię się na tym, kiedy piszę kolejne wiersze, że uważam na te „figury” i „motywy”. Matka w tych wierszach jest bardzo ważna, oczywiście, najważniejsza jest ta z krwi i kości, a nie ze słów i metafor.

Ile w Pana wierszach z tomiku Ścielenie i grzebanie jest Marcina Świetlickiego?

Kiedyś dużo czytałem Świetlickiego, trochę słuchałem Świetlików. Ale nie wiem, na ile jest to widoczne w moich wierszach. Chciałbym, żeby mnie nie kojarzono z nim, bo takie nie były moje intencje. Teraz, szczerze mówiąc, zupełnie inaczej patrzę na jego poezję. Mogę nawet powiedzieć, że nie jest to moja bajka.

„Szelest brudnych dziesięciu złotych. Zapada się miasto. Rzesze bezdomnych. Wszystkie znaki i światła uliczne są zwrócone na mnie”; bliski jest Panu Taksówkarz Martina Scorsese?

Już tak naprawdę nie pamiętam, kiedy ostatni raz oglądałem ten film. Ale było to pewnie kilka dobrych lat temu i już prawie nic nie pamiętam – oprócz Roberta de Niro z irokezem i młodej Jodie Foster.

Czy z rozpadającej się rzeczywistości tego, który mówi w Ścieleniu i grzebaniu możliwa jest jakakolwiek ucieczka?

Nie wiem. Mam nadzieję, że jest.





Z Tomaszem Pułką rozmawia Ryszard Chłopek


Ryszard Chłopek: Tomku, Twoja notka biograficzna zamieszona na portalu internetowym „literackie.pl” jest niezwykle intrygująca, bo zaczynasz opowiadać pewną fabułę i nagle ją zrywasz. W ten sposób wprowadzasz obszar tajemnicy, o której przynajmniej częściowe dopowiedzenie chcę Cię prosić. Piszesz o swoim pradziadku Nemezym. „Nemezy” to faktycznie ładne imię, pochodzi od greckiej bogini zemsty i podobno oznacza tyle, co „uzasadniony gniew”. Smaczku tej historii dodaje fakt, że – jak piszesz – pradziadek był rzeźnikiem. To dobre imię dla mężczyzny wykonującego tę profesję. Ale tutaj opowieść się urywa...

Tomasz Pułka: Opowieść się urywa, albowiem o pradziadku (a dokładnie: "prapradziadku"; jestem niedbały) wiem tylko tyle. Znalazłem go na fotografii z 1901 roku, przedstawiającej radę gminną Sułkowic (miasteczko mojego dzieciństwa). W książce M. Stanaszka: „Sułkowice – osiedle 1000 kowali”, gdzie owa fotografia się znajduje, prapradziadek opatrzony jest adnotacją: „nestor sułkowickich rzeźników”, ma wąsy i wygląda na niezłego Sarmatę. Sam nie wiem, skąd wzmianka o nim w notce na „literackich”. Ot, ciąg myślowy.

R. Ch.: O! Stanaszek wielkim poetą był, o czym nie wiedziałem. Czy nie uważasz, że „nestor sułkowickich rzeźników” to świetna fraza?

T. P.: Absolutnie. Myślę nawet, że Andrzej Sosnowski mógłby obok między innymi: „małej śmierci w Wenecji”, „Wielkiego Banja Luki” i „Bala Anonima”, dorzucić do grona swoich bohaterów także „nestora sułkowickich rzeźników”.

R. Ch.: No właśnie. Gdybym sam znalazł taki smakowity kąsek, to chętnie bym go wykorzystał na przykład jako tytuł wiersza. Ja tu Ciebie celowo tak pokrętnie zagaduję, bo właśnie o tytuł książki chcę zapytać. „Rewers” to lewa, spodnia, odwrotna strona czegoś. Czego? Spośród wielu wyjaśnień przychodzi mi do głowy również to najoczywistsze – że to druga strona Ciebie. Ale ten trop mnie nie satysfakcjonuje. W końcu wiersze zawsze jakoś odbijają autora. Co jeszcze jest na awersie tego „Rewersu”?

T. P.: Hm, wydaje mi się, że wszystko na ten temat ujęte jest w tytułowym tekście: „Rewers należy do tej grupy słów, / która ma jeszcze nie do końca określone znaczenie. / Bo wiemy, że to jedna ze stron monety, ale czym jest moneta?”. „Rewers” jako jedno z takich słów – teleportów, które same w sobie i same dla siebie są punktem odniesienia. To ma być taki równaniowy „x”, pod który można – siebie, świat, czy tam coś innego, górnolotnego – podłożyć. Ale dobrze napisał Zdzisław Jaskuła, że jest to tym samym pytanie o awers. Świata, czy tam czegoś innego, górnolotnego.

R. Ch.: Dla Ciebie to nie ma znaczenia, co sobie ktoś bardziej lub mniej górnolotnego podłoży?

T. P.: Nie, nie ma. Zresztą – nie mam na to wpływu. Jedynie staram się, żeby konstrukcja tekstu stanowiła układ kontrolowany. Jak w pinballu – można obijać się o punkty kilka godzin, ale w końcu kulka i tak wpada. No więc gra, gra z czytelnikiem, gra z samym sobą.

R. Ch.: Nie do końca ufam temu, co mówisz. Faktycznie są w „Rewersie” teksty do tego stopnia zanurzone w żywiole języka, że mogą stać się takim białym sufitem z gabinetu Freuda, na który czytelnik może wyprojektować, co tam sobie chce i grać tym czymś do woli. Myślę o takich wierszach jak „nerw”, „Didaskalia (rallentando)”, „Rewers” i jeszcze kilka innych. Równie wiele jest jednak utworów odmiennych, zorganizowanych wokół narracji – „Wiersz o podglądaniu”, „Drugi wiersz o podglądaniu”, „szron”, „Bilet (calando)”, „Szkic z wyraźnym światłocieniem (ołówek, papier zeszytowy)”, „Wybieganie z raju” i tak dalej. W tych wierszach wyznaczasz jednak granice interpretacji. Być może one są mgliste, ale jednak są. Tam nie można podłożyć sobie czegokolwiek. Co to znaczy, że nie masz na to wpływu? To nie Ty piszesz te kawałki? Masz kogoś schowanego w szafie, kto odwala tę robotę za Ciebie?

T. P.: No oczywiście, że nie. Poszedłem po jednej linii, mówiąc przed chwilą o językowej warstwie książeczki. Ale tak, są teksty bardziej „szczere”, z zarysowaną krawędzią, chociaż w moim zamierzeniu cały tomik miał opowiadać o tym nieosiągalnym „rewersie” całością, bądź co bądź jakoś skomponowaną. Teksty, które wymieniłeś, mówiąc o „wyznaczaniu granic interpretacji” to jedna z perspektyw, i na przykład „Biletu” bym do nich na pewno nie zaliczył. I jeszcze – mimo wszystko jestem zwolennikiem „świadomego”, konceptualnego pisania. Bo stosunkowo łatwo jest napisać dobrze brzmiący, efektowny wiersz. Trudniej go obronić, będąc w zgodzie z samym sobą. No, teraz to moralizatorsko pojechałem.

R. Ch.: Czytając „Rewers” odebrałem Cię raczej jako zwolennika pisania wszelakiego – zarówno narracyjnego, jak i językowego, zrozumiałego i pozarozumowego. Zresztą to niewiarygodnie mocna mieszanka, która wydawała się niemożliwa, która jednak jest i teraz z dużym wdziękiem kotłuje mi się w głowie. Ale intryguje mnie jeszcze ta dialogowość – niemal w każdym wierszu pojawiają się wypowiedzi w drugiej osobie liczby pojedynczej. Twój bohater liryczny musi mieć słuchacza, któremu opowiada, wtłacza tę liryczną gawędę...

T. P.: Tak, dla mnie to bardzo ważne, bo i całą literaturę mam za sztukę opowiadania. Tylko tyle, i aż tyle.

R. Ch.: Literatura to zawsze sztuka opowiadania. Chyba. Mnie zastanawia to, że ta druga osoba liczby pojedynczej sprawia, iż Twój głos nigdy nie jest zdystansowany, ale bardzo gorący. Nie boisz się, że ten brak jakiegoś „chłodu” może okazać się przygniatający? Nie tylko dla czytelnika, ale także dla samego pisania.

T. P.: Nie, bo cała przyjemność to spalić się w wierszu. Im szybciej, tym lepiej. Widzę po sobie, że pisanie mnie męczy. Satysfakcjonuje wszystko co przed, ale sam proces jest męczący. Stąd pewnie to znieczulenie. Ale kolejne teksty, gdzieś tam skrobane, już powoli nabierają do siebie dystansu. Chyba.

R. Ch.: No właśnie, skądinąd wiem, że przygotowujesz już nową książkę. Podobno nieco odmienną. Opowiedz o niej.

T. P.: Pomalutku coś się zbiera, już właściwie w czasie pisania „Rewersu” cały szkic był gotowy. Tak, odmienny to zbiorek (o „książce” na razie nie ma mowy, ja nawet nie wiem, jak się Polsce książki wydaje), nawet bardzo odmienny. Bardziej przemyślany, wycyzelowany, już nie na jednym natchnieniu, jak „rewers”.

R. Ch.: Czy to znaczy, że „Rewers” powstawał w jakimś szybkim tempie? Napięciu? Na jednym oddechu?

T. P.: Tak, można tak powiedzieć. Nie był to jakiś bardzo krótki okres czasu (kilka miesięcy), ale teksty pisane były od jednej iskry. Co prawda, ten stosunkowo krótki czas pisania rekompensuje mi to wszystko, co powstało przed pierwszym wierszykiem zanotowanym w zeszycie do matematyki („wracasz do domu”) – bo trochę to w sobie ponosiłem.

R. Ch.: W tytułach Twoich wierszy często pojawiają się terminy muzyczne i plastyczne. Tęsknisz do formy jeszcze bardziej pojemnej? Same słowa Cię ograniczają?

T. P.: Nie, nawet nie. Ale bardzo lubię słuchać wierszy, czytać czyjeś teksty (swoje już niekoniecznie). Terminy muzyczne mają pomóc ewentualnemu „wykonywaniu”. A elementy plastyczne? Blisko mi do rysowanego, malowanego układania słów. Kompozycja, światłocień, kolor, etc.

R. Ch.: W niektórych wierszach opisujesz osoby będące niejako poza społeczeństwem. Myślę teraz o obu „Wierszach o podglądaniu” czy choćby „streszczeniu”. Skąd taki obszar zainteresowań?

T. P.: To nie tyle obszar zainteresowań, co po prostu jakiś sentyment (i zwyczajne podglądactwo właśnie). Dwaj sąsiedzi, dwa spojrzenia (plus babcia w „streszczeniu”). Bierne i czynne. Taka niepewność, która przewija się przecież przez całą książeczkę: czy podglądać świat, czy z nim rozmawiać. A takie dylematy najlepiej realizuje się wobec jednostkowych przypadków, nie uogólniając. Trzeba to w czymś zamknąć, znaleźć punkt odniesienia. Więc w żadnym wypadku nie są to wiersze o zabarwieniu społeczno-politycznym (zaśmiałem się w tym momencie, o czym informuję).

R. Ch.: Dziękuję za rozmowę.

T.P.: I ja również.
Wywiad przeprowadzono drogą internetową we wrześniu 2006 roku.

Wywiad ukazał się w 22(70) artPapierze z 15 listopada 2006 r.

Tomek PUŁKA.
rewers. Nowa Ruda : Wydaw.Mamiko, 2006

Ryszard CHŁOPEK. Legendy schodzą z pomników. Nowa Ruda : Wydaw. Mamiko, 2003









"Wierzę w moc miłości"- Z Magdaleną Goik rozmawia Anna Wójcik


1. „Powieść miasto i anioły” niemal w całości poświęcona jest zagadnieniu miłości. Podziela pani wiarę w nieograniczoną i dobroczynną moc tego uczucia?

Wierzę w moc miłości. Wierzę w siłę tego uczucia, ale nie jest to bynajmniej uczucie lekkie i łatwe. Miłość wiąże się z wysiłkiem, cierpliwością, często rezygnacją i cierpieniem. Z drugiej strony miłość wyzwala, daje wolność, daje siłę i energię.

2. W jaki sposób epizodyczność i fragmentaryzacja struktury powieści odpowiada postrzeganiu świata rzeczywistego?
Myślę, że tak właśnie postrzegamy rzeczywistość – fragmentarycznie. Wybieramy z niej te części, które w jakiś sposób przystają do naszego życia, pasują do naszej wizji rzeczywistości, światopoglądu.

3. Zgodzi się pani z określeniem jej twórczości jako „kobiecej prozy”?
Oczywiście, że się zgodzę, bo chciałam napisać książkę o kobiecej duszy dla kobiet. Kobiet o różnych problemach, zainteresowaniach, postawach życiowych, marzeniach.

4. Zuzanna, Jagna, Ja (również kobieta), Pisarka, Wisienka, Babcia... „seksmisja” spełniona.
Ani seksmisja, ani spełniona. Ani ja, ani bohaterki książki nie chcą żyć w świecie bez mężczyzn. Chodzi tylko o pokazanie kobiecych uczuć, ich różnorodności, rozmaitych relacji z innymi ludźmi, mężczyznami i kobietami, pokazanie ich wizji świata, ich pomysłów na życie, chodzi o pokazanie tego, że każda z nas jest trochę inna, a trochę taka sama jak inne kobiety. Moje bohaterki szukają miłości, często jest to miłość do mężczyzny (ale nie zawsze), one szukają tego uczucia w indywidualnym wymiarze, każda na swój sposób, poprzez te poszukiwania szukają także siebie, i jeszcze dalej szukają odpowiedzi czym jest dla nich miłość i jakiej miłości pragną.

5. Oto dwa fragmenty opisujące Zuzannę: „Od chwili narodzin łączyła je (Zuzannę i jej córeczkę – przyp. A.W.) Wielka Tajemnica, którą Stwórca powierzył kobietom – Tajemnica Narodzin”; oraz „Czuła się Prawdziwą kobietą i Wielką Pramatką”. Więc prawdziwa kobieta siedzi w domu, zajmuje się dzieckiem, a w ramach rozrywki wygląda przez okno obserwując przejeżdżające pociągi? Toż to czysty antyfeminizm.
Szczerze mówiąc nie wiem co robi prawdziwa kobieta, myślę że po prostu stara się nie ulegać stereotypom. Jeśli chodzi natomiast o Zuzannę to ona czuje się Prawdziwą kobietą i wielką pramatką, bo właśnie urodziła dziecko. Czuje się wspaniale i jest dumna, czuje łączność ze wszystkimi matkami. Czuje że jest tą, która wydała na świat nowe życie. Nie wiem jak się czują inne kobiety, pewnie różnie, pewnie są takie, które czują taką samą radość i takie które czują przerażenie. A poza tym Zuzanna robi potem różne inne rzeczy, spisuje opowieści, zakochuje się, nie jest wyłącznie matką. Nazwała Pani tę sytuację (Zuzannę siedzącą w domu i zajmującą się dzieckiem i czującą z tego powodu radość) - antyfeminizmem. Muszę przyznać, że mnie to zaskoczyło, dla mnie feminizm daje prawo kobiecie czuć to co naprawdę czuje, a nie to co czuć powinna. A Zuzanna czuje, że jest Kobietą, bo urodziła dziecko i czuje się z tego powodu kobieca jak nigdy dotąd, później w dalszej części książki (a właściwie na samym końcu) również się czuje bardzo kobieca, ale już w zupełnie innej sytuacji...

6. Czyniąc przeszłość jedną z czynnych bohaterek swojego utworu powołuje pani do życia człowieka historycznego. Czy rzeczywiście w świecie żyjącego współcześnie młodego człowieka wciąż gdzieś biegnącego, jest jeszcze miejsce na kontemplację przeszłości i, co ważniejsze, czy na cokolwiek może się ona przydać?
Człowiek jest osadzony w historii, czy mu się to podoba czy nie. Ale to nie przeszłość jest tutaj najważniejsza, a miejsce - Wzgórze św. Małgorzaty, a przeszłość przywołana jest po to, aby pokazać to miejsce (realne i konkretne, ale także to uogólnione, bardziej abstrakcyjne tzw. nasze miejsce w życiu). Chodzi właśnie o poszukiwanie takiego miejsca przeniesionego z płaszczyzny poszukiwań duchowych w przestrzeń geograficzną. Czy historia może współczesnego człowieka czegoś nauczyć? Upieram się, że powinna, choć jak pokazują nam co dzień Wiadomości chyba niewiele nauczyła.

7. Skąd u pani tyle duchowości, w tym naszym do bólu materialistycznym świecie?
Bardzo trudno odpowiedzieć mi no to pytanie i chyba nie bardzo potrafię. Według mnie świat jest także pełen duchowości. Powiedziałabym, że ta duchowość jest obecnie w stanie rozbudzania się. Wydaje mi się, że człowiek potrzebuje do życia duchowości tak samo jak pieniędzy.

8. Podczas spowiedzi jedna z bohaterek dowiaduje się z ust kapłana, że by rozpoznać zamysł Boga, by dążyć i dotrzeć do niego, powinna podążać za płynącymi z głębi serca pragnieniami. Być może mylę się, lecz jestem przekonana, że trudno byłoby znaleźć człowieka, który choć raz w życiu szczerze nie pragnął czyjejś, jeśli nie śmierci, to przynajmniej krzywdy.
W pewnym sensie ma Pani rację, jest tak, że myślimy o czyjejś krzywdzie w zamian za naszą krzywdę, ale to nie są pragnienia – to są emocje. A tutaj chodzi o pragnienia, które nosimy głęboko w sercu, pragnienie realizacji siebie. Bohaterka słyszy to z ust anioła, który mówi, że jeśli pragnienie jest szczere i pochodzi z głębi serca zaprowadzi nas do Boga. A więc każda próba realizacji siebie jest próbą dążenia do osiągnięcia pełni, stanu równowagi.

9. Animizm? Panteizm?
Człowiek odbiera rzeczywistość na różne sposoby, na ten odbiór mają także wpływ przedmioty, zapachy, obrazy, które budzą określone reakcje czy wspomnienia. Z drugiej strony wszystko to istnieje niezależnie od naszej interpretacji, wplecione w inne zdarzenia, życie innych ludzi. W tym sensie przedmioty, obrazy, zapachy mają pamięć różnorodnych zdarzeń, w ten sposób mogą opowiadać jakieś historie, dzięki temu jako nośniki opowieści żyją własnym życiem.

10. Pozytywistyczna wiara w ludzkie możliwości, czy egzystencjalne rzucenie człowieka w otchłań odpowiedzialności?
To jest ciekawe pytanie. Ostatnio często się nad tym zastanawiam. I z jednej strony rzeczywiście wierzę w ludzkie możliwości, powiedziałabym nawet w ludzką moc, siłę, w możliwości ludzkiego ducha i umysłu, determinację w dążeniu do szczęścia. Z drugiej strony wspominam mojego dziadka, wyjątkowego człowieka, który z odpowiedzialności właśnie uczynił fundament swojego życia, a to budzi podziw i szacunek. Jednocześnie stanowi wyrazisty drogowskaz, na często krętych drogach życia. To jest odpowiedzialność „za to co sobie oswoiłeś”.

11. Kolistość czy linearność czasu?
I kolistość i linearność oczywiście. Czas cykliczny, powtarzalny, to czas święty, czas, który organizuje rzeczywistość, wprowadza porządek w czas linearny.

12. Dyskryminuje pani byty diabelskie na rzecz anielskich. Czyżby te pierwsze były mniej interesujące?
W powieści rzeczywiście są dyskryminowane, ale przecież w dzisiejszym świecie, a także w sztuce byty diabelskie i wszelkie potwory przeżywają swój rozkwit - jeśli można tak powiedzieć. Z potworami i diabłami to jest tak, że im bardziej się o nich mówi, w tym sensie, że się je eksponuje tym bardziej rosną, nadymają się, zagarniają coraz większe części ludzkich dusz i umysłów. Czy są mniej interesujące? Dla mnie zdecydowanie mniej. Bardziej mnie interesuje w jaki sposób człowiek radzi sobie z cierpieniem dużym i małym, jakąś traumą, która się za nim ciągnie, co pozwala mu przetrwać gdy jest ciężko. Panuje rzeczywiście taka opinia, że zło jest ciekawsze niż dobro, ale mnie interesuje jak to się dzieje, że pomimo zła i cierpienia człowiek dąży do dobra.

13. Czy nie jest przesadą nazwanie róż „niezależnymi bytami”?
Nie jest moim zamiarem filozofowanie na temat niezależnych bytów, po prostu róże kwitną sobie i już.

14. Czy pisarka z pani utworu, to M. Goik tworząca „Powieść, miasto i anioły”?
Nie, absolutnie nie. Pisarka z książki to tylko pisarka. Jeśli by ją chcieć z kimś utożsamiać to raczej byłaby to Zuzanna.

15. „Dzisiaj być w wieku trzydziestu lat stało się modne. Byli już piękni dwudziestoletni, szpetni czterdziestoletni, a teraz są sfrustrowani trzydziestoletni”. Czy mogłaby pani rozwinąć tę wypowiedź?
Ta myśl jest rozwinięta do końca w książce. Teoretycznie nam pokoleniu trzydziestolatków wszystko wolno, możemy robić kariery, mieć dzieci, nie mieć dzieci, żyć w mieście, zaszyć się na wsi, ale i tak czujemy się zagubieni. Być może wynika to z faktu, że dorastaliśmy w innym świecie, a jako już dojrzałym ludziom przyszło nam żyć w całkiem innej rzeczywistości. Oczywiście mówię tu o pewnej tendencji, nie generalizuję odczuć wszystkich trzydziestolatków.

16. „Miarą człowieczeństwa jest akceptacja i miłość”. Tolerancja bez granic?
Miarą człowieczeństwa jest akceptacja i miłość – to tolerancja dla wszelkiej inności, z całą pewnością jednak nie dla patologii i dewiacji jaką jest np. zbrodnia.

17. W jaki sposób cywilizacja odbija się we współczesnej literaturze i sztuce? Czy w pani przypadku jest to pragnienie ucieczki w przeszłość?
Cywilizacja odbija się w literaturze i sztuce tak jak ją widzą artyści, najbardziej widoczne są te formy gdzie przybiera ona postać wszelkiej traumy, okaleczenia, odhumanizowania. Ale cywilizacja przynosi też nowe koncepcje jak np. ruchy altergloblistów czy zielonych. A w moim przypadku nie jest to ucieczka w przeszłość, lecz poszukiwanie tych obszarów, gdzie człowiek może siebie odnaleźć i starać się być sobą, w związkach z innymi ludźmi, w relacjach z bliskimi, często trudnych i zawikłanych, czasem bolesnych. Moim pragnieniem jest odnalezienie najpierw drogi do tego miejsca, a potem samego miejsca, gdzie człowiek żyje w zgodzie ze sobą i w zgodzie z tym kogo kocha. To idealistyczne pragnienie, ale warto szukać.

18. Czy literatura (sztuka) ma jeszcze dziś jakąś misję do spełnienia?
Może właśnie dzisiaj jest ona szczególnie potrzebna?






Rozmowa z Feliksem Netzem, poetą, prozaikiem i krytykiem filmowym. Niedawno nakładem wydawnictwa Mamiko ukazał się zbiór jego tekstów o filmie zatytułowany "Poza kadrem"

Gazeta Wyborcza – Katowice, 07-02-2007r.


Marcin Mońka: Pamięta Pan swoją pierwszą recenzję filmową?
Feliks Netz: Był rok 1966, a ja pisałem recenzję z "Popiołów" Andrzeja Wajdy, pracując jako dziennikarz w katowickiej rozgłośni Polskiego Radia. Byłem bardzo niespokojny, jak zostanie przyjęta. Pamiętam, że niezbyt dobrze wyraziłem w niej poglądy swojego ówczesnego pryncypała. Kilka dni później ukazała się druga recenzja, bardziej prawomyślna. Oczekiwano ode mnie ideologicznej recenzji, a ja stworzyłem wypowiedź pięknoducha, który uwielbiał książkę Stefana Żeromskiego. Ta sytuacja nauczyła mnie, aby nigdy nie dać się wmanewrować w czyjeś oczekiwania.

Seanse w kinie to dla Pana wciąż magiczne doświadczenie?
Oglądanie filmu w kinie jest czymś szczególnym. Wytwarza się wtedy pewna aura, nasza energia łączy się z energią innych widzów i wspólnie uczestniczymy w jakimś magicznym rytuale. Już po 20 minutach człowiek przestaje słyszeć dźwięki, np. jedzonego przez innych ludzi popcornu. Film jest czymś większym od życia. Nie interesuje mnie obraz kinowy w skali "jeden do jednego", opowiadający o naszej pospolitej rzeczywistości, która gdzieś tam skrzeczy na peryferiach. Dla takiego kina jestem obojętny.

Wszystkie filmy ogląda Pan z radością?
Nie ma oglądania kina bez zachowania pierwotnej radości. Ostatnio widziałem "Babel". Cieszyłem się, że dożyłem takiego filmu. To wspaniałe kino. Z tego filmu wyłania się piękna metafora, nawet jeśli nie wszystko zagrało idealnie.
Starzy mistrzowie - gdy wykonywali rzeźbę, na koniec pracy, gdy całość była już skończona - brali do rąk dłuto i lubili gdzieś "dziabnąć". Nie szkodzi, gdy pojawia się jakaś skaza. Nie szkodzi, gdy piękna kobieta ma lekkiego zezika. Nie przeszkadza też, gdy dzieło sztuki jest niesłychanie piękne, a jednocześnie ma jakiś mały feler. Zawsze jest dziełem człowieka.

Jak powstają Pańskie teksty?
Zaczynam od pewnego niepokoju, który wynoszę z kina. Podczas pisania trzeba być powściągliwym i skromnym, a film zawsze musi być w centrum. Oczywiście w filmach szukam siebie i chyba dlatego od lat je oglądam. Mam zawsze nadzieję, że oglądany film coś ze mną zrobi: dotknie mnie, zrani albo uniesie jeszcze wyżej. Oderwie od ziemi albo do niej przygniecie.
Film nigdy nie jest dla mnie zabawą ani rozrywką. Jest okazją do szukania siebie i swojej wrażliwości, ale jest także oknem do ukrytych światów. Jest takim okienkiem, jakim bywa poezja. I tym chyba dla mnie pozostanie.

Feliks NETZ.
Poza kadrem. Wydaw.Mamiko,2006. 200 s.






O poezji z Anną Magdaleną Pokryszką rozmawia Anna Wójcik


Czy poezja jest obecna w Pani życiu "Każdego dnia"?

       Tak i nie... może rozwinę myśl. Po raz pierwszy po pióro sięgnęłam, kiedy miałam szesnaście lat. Na przerwie między lekcjami zachwyciło mnie drzewo, które stało po drugiej stronie ulicy. Chciałam utrwalić ten moment. Podczas lekcji języka polskiego rodził się we mnie zachwyt nad poezją. Swoje pierwsze utwory chowałam do szuflady albo rozdawałam koleżankom. Po latach zrozumiałam, że poezja jest dla mnie bardzo ważna. Takie głębokie wdychanie świeżego powietrza. Tylko, że nie można codziennie żyć na takim oddechu, więc są dni odświętne, w których spadającym owocem jest wiersz i dni szare budowane w mozolnym trudzie,
kiedy ona jest nieobecna. A książki od dawna były moim drugim, lepszym światem.

W jaki stopniu przeszłość warunkuje człowieka, a na ile zdolny jest on zamknąć za sobą drzwi tak jakby zamykało się rozdział książki?

       W dużym stopniu przeszłość kształtuje człowieka, jej część to trwały zapis i decyduje o dalszych jego losach. Bywają takie wydarzenia, które są wycinkiem życia jaki można opisać i zapiąć w klamrę, a tak właśnie zamyka się w klamrę rozdział, jakąś zakończoną część książki. Ma on pozostać w takiej, a nie innej formie i nie podlega już dalszym zmianom. Tak można tylko raz zamknąć drzwi bezszelestnie, bo strony tworzonej i czytanej książki przewraca się delikatnie, w skupieniu i koncentracji. I choć jej strony można przewracać i czytać na okrągło, rozdział pozostanie taki sam. Podobnie bywa z życiem.

Istnieje wolność całkowita, choćby chwilowa podobna tej, którą opisuje wiersz zatytułowany "Tak"? A może zawsze, nawet w takich jakże cudownych, ale ulotnych chwilach zniewoleni jesteśmy naszą cielesnością?

       Wiersz "Tak" jest moją odpowiedzią na tę całkowitą wolność, na razie niestety tylko chwilową. Mogę powiedzieć, że ona jest kiedy czuje się piękno życia i chwil, jest darem, w naszym ludzkim pojęciu nieuchwytna. Nie można stać się jej właścicielem. Mnie ta chwila się przytrafiła w ząbkowickim parku, późnym wieczorem, padał deszcz i panowała cisza, słychać było tylko krople deszczu.

W "Wierszach dojrzałych" nakreślony został obraz pracy twórczej polegającej na objawionym narodzeniu się wiersza w skończonej postaci. Na ile odpowiada
to Pani twórczości?


       Chciałam nakreślić obraz swojej pracy twórczej w skończonej postaci. I ten obraz całkiem mi się udał, pomijając oczywiście inny aspekt; mozolnego trudzenia się nad warsztatem i zmagania się z tworzywem jakim jest słowo.

Czy pisanie wierszy ma jakikolwiek sens w "świecie z zasznurowanymi ustami"?

        Czasami jedyny sens. Kiedy ma się zakneblowane usta, słowo pisane może się stać jedyną niezastąpioną formą wypowiedzi, a może również ocalić życie. I tak chyba jest w moim przypadku. Pisanie mnie ocaliło od zgnilizny tego świata.


Twierdzi Pani, że "ten świat pustką ciała sieje" tymczasem grafika zdaje się sugerować, że świat przepełnia duch, dusza, Bóg czy raczej Bogini?

       To już jest Pani interpretacja wizji ząbkowickiego artysty. Narysował grafikę po przeczytaniu mojego wiersza "Każdego dnia", więc może jest to wizja, jaka pokrywa się z moim pierwotnym zamysłem, bo tomik miał swoje źródło w tym wierszu, nie znalazł się on w zgromadzonym zbiorze. Po wybraniu utworów przez krytyka, na taka wersję się zgodziłam.
Jeżeli mowa o bogini, to nawiązuje to do mojego światopoglądu religijnego, który się jeszcze zmienia. W twórczości poszukuję Wszechogarniającego Stwórcy; a Bogini?… z dwóch istniejących pierwiastków na ziemi męskiego i żeńskiego, ten drugi postrzegam jako bardziej doskonały, a więc bliższy Stwórcy, spychany jednak na margines w patriarchalnym kościele katolickim, przez który częściowo zostałam ukształtowana, bo w ramach tej struktury byłam wychowywana na katoliczkę.

Jak często ludzie stają się " niepotrzebnym przedmiotem"? Czy jest to choroba naszych czasów ?

       Tak często, że nawet tego nie chcemy już zauważać. To była i jest choroba. Egoizm i szowinizm to dwie choroby ludzkości.


Treść tomiku "Każdego dnia" kojarzy mi się bezwiednie z obrazem spokojnego, ledwie pomarszczonego przyjaznym wietrzykiem "morza", ponad którym nad niemal
bezchmurnym niebem świeci słonko. Skąd ta cisza? Przecież życie to ciągłe pasmo burz, zagubień, walki o siebie i innych cierpień i łez?


       Nie pierwszy raz spotykam się z taką oceną. Innym, którzy czytali moje wiersze, też kojarzą się ze spokojnym morzem. To dlatego, że niektóre wiersze są nieświadomym zapisem zapisem najpiękniejszych chwil, które spędziłam nad morzem. A cisza z kontemplacji. Ileś lat przebywania w pobliżu zakonnych kręgów i katolickiego kościoła, to mnie ukształtowało i odcisnęło swoje piętno. Zresztą piszę o odwiecznych problemach tego kościoła w jednym z nowych utworów "Niech zakwitną jabłonie". Jest to wiersz o księdzu pedofilu. Bóg dla mnie przewidział drogę twórczą... miejsce, w którym mieszkam również natchnęło mnie ciszą; spokojna lipowa alejka. Tak, życie to czasami tylko jedna ciągła walka o siebie i innych, a mimo to wiersze w tomiku "Każdego dnia" są tylko subtelnym zapisem chwil. Jedyny ukryty wierny obraz mojej poezji oddają słowa, które usłyszałam kiedyś od człowieka, którego spotkałam przypadkowo w drodze - Inni płaczą, a Pani pisze wiersze.

Stałym rekwizytem świata Pani liryków jest przybierająca najrozmaitsze postacie woda. Jakie jest jej znaczenie?

       W dzieciństwie spędzałam czas nad Bałtykiem, gdzie zabierał mnie mój dziadek. Z miłości do morza, z samotnych wędrówek leśnymi ścieżkami, słuchania strumyków i szumu deszczu, z wielu samotnych chwil powstawały wiersze.


Świat ludzi, miliardy istnień zredukowała Pani do jednostek: siostry, ukochanego. Tymczasem przyroda ukazywana jest w wielkiej różnorodności od stokrotki po kosmos, czyżby natura była bliższa Pani niż ludzie?

       Natura rzeczywiście jest mi bliższa niż ludzie, bo jako dziecko musiałam walczyć o swoje życie i wytrwać pozostawiana często sama sobie, poznałam bestialskie okrucieństwo i ludzką obojętność, mimo istnienia wokoło miliardów ludzi. I ciągle na to okrucieństwo "człowieka przez duże C" patrzę ze zdziwieniem i przerażeniem. I cóż w tym dziwnego, że umieściłam w tomiku dwie dla siebie bardzo ważne osoby?


Na ile ekologiczna wymowa "Katedry" jest protestem przeciwko aktowi, w którym Bóg przekazał człowiekowi wszelką władzę nad tym światem, w równym stopniu nad
kamieniem i ptakiem?


       Jeżeli wszelką, to na sto procent. Jestem ostrożna w używaniu takich słów jak wszystko, tak samo jak zawsze, na pewno i nigdy. Kiedy widzę słowo wszystko myślę o pięknym wierszu Wisławy Szymborskiej "Wszystko": Wszystko, to słowo bezczelne i nadęte pychą.../ A tymczasem jest tylko strzępkiem zawieruchy.

Człowiek, maszyna i miłość jako proces chemiczny? Wiersz "Czysta elektryka". To takie niekobiece...

       ... nawet bardzo. Coś podobnego czytałam: "Miasto, masa, maszyna" i ludzki postęp cywilizacji, ale czy ludzie wraz z postępem stają się lepsi.
Wciąż istnieją barbarzyńskie społeczności, zwyczaje; przymyka się oczy na przemoc wobec kobiet i dzieci, choćby ostatnio (rzeź gwałtów w Sudanie), handel ludźmi, miejsca na ziemi, gdzie kobiety pełnią rolę podrzędną albo nic nie znaczą, nie mają prawa głosu i prawa do wolności, mimo istnienia wielu religii i czy ten świat jest kobiecy?








Rozmowa z Maciejem Frońskim Gazeta Wyborcza Katowice, nr 63, 15 marca 2007 r.


Marcin Mońka: Pana wiersze skrzą się humorem, ironią i dowcipem. To Pana sposób na życie?

Maciej Froński, poeta i tłumacz: W życiu raz jest dobrze, innym razem źle. I jeśli mam do wyboru albo się śmiać, albo się powiesić, wybieram zdecydowanie to pierwsze rozwiązanie. Czasami jest to śmiech przez łzy, trochę wymuszony, lecz myślę, że ta droga jest dla mnie właściwa. Perspektywa twórcy pozwala z dystansu spoglądać na różne zjawiska, a zarazem tworzy dystans do siebie. Umiejętność śmiania się z siebie jest bardzo przydatna.

Mówi się o Panu: współczesny trubadur...

- Raczej odnajdywałbym się w roli sowizdrzała. Trubadur jest poetą wyrafinowanym i wykwintnym, który w bardzo elegancki sposób zabiega o względy kobiety i ma blisko na dwór władcy. Mnie zdecydowanie bliżej jest do poezji plebejskiej, sowizdrzalskiej. To te rejony: ironiczne podejście do świata, podśmiewanie się z ludzkich ambicji, pragnień, wielkich tego świata. To moja reakcja obronna.

Porównanie do trubadura jest oczywiście wielkim zaszczytem. To poezja, która bardzo mi się podoba, niedościgniony wzór. Jako tłumacz, m.in. średniowiecznej poezji włoskiej, wiem, jaka to była maestria. Sam nie poważam się zapuszczać w takie rejony. Czuję się trochę niżej i tam buszuję (śmiech).

To wiersze autobiograficzne?

- Myślę, że na tym polega poezja, choć wiele jest wierszy satyrycznych, w których autor jest słabo widoczny. Często wiersz bierze się z polemiki, czasami reaguję na zjawiska społeczne czy polityczne. Nie jestem poetą, który planuje, że od godz. 18 do 20 będzie pisać sonet miłosny w stylu Petrarki do wyimaginowanej miłości.

Najczęściej się zdarza, że natchnienie zaskakuje mnie tuż przed snem - już wyłączam komputer, a tu nagle coś mnie zaskakuje znienacka. Dużo czytam, choć kiedyś sceptycznie byłem nastawiony do tzw. kanonu lektur. Zawsze podobała mi się literatura starożytna, wyszukiwałem przekłady starożytnej poezji czy dawnej poezji włoskiej. I wiele tłumaczę, m.in. Iwana Bunina, Michaela Houellebecqa, a nawet Manu Chao.

Jako tłumacz jest Pan niewolnikiem autora czy raczej jego konkurentem?

- Raczej konkurentem. Mam taką ulubioną anegdotę: malarz Jan Styka, który był współtwórcą "Panoramy Racławickiej", słynął z bardzo głębokiej religijności. Zdarzyło się raz, że malował postać Chrystusa i ten do niego przemówił: "Styka, ty mnie nie maluj na kolanach, ty mnie maluj dobrze". I ja właśnie staram się tłumaczyć dobrze. Jeżeli przełożę wiersz dobrze, a nawet trochę niewiernie, to czytelnik zainteresowany tą poezją sięgnie do oryginału. Poezja na pewno na tym nie straci. Są oczywiście różne szkoły, ja jednak uważam, że poezja jest dziełem sztuki, a tłumacz jest artystą, nie rzemieślnikiem. I chcę zawsze oddać myśli poety, zarówno pięknie, jak i wiernie.

Maciek FROŃSKI.
Rozpoznanie bojem. Nowa Ruda : Wydaw.Mamiko, 2006




       Z polskim pisarzem MACIEJEM NOWAKOWSKIM, osiadłym w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, w miesiącu lutym roku 2004 rozmawia, dzięki uprzejmości Billa Gatesa, Anna Wójcik


1. Jak to się stało, że lekarz z Polski trafił do szpitala w RPA?
       Po studiach medycznych chciałem wyjechać za granicę. Polskie środowisko medyczne działało na mnie przygnębiająco; nie tylko z powodu niskich zarobków i powszechnego wtedy uczucia, że lekarz nie może zrealizować zawodowych ani finansowych marzeń. Nie podobał mi się też polski system pracy lekarzy, oparty podobno na organizacji pruskiej
armii; odpowiedzialny za wszystko ordynator i szpitalne obchody mnóstwa lekarzy, studentów i pielęgniarek, z których większość nie wiedziała o co właściwie chodzi. Ubiegałem się o staż medyczny w Republice Południowej Afryki, dostałem go po roku czekania i wyemigrowałem do RPA. Nie wiem czy byłbym szczęśliwym lekarzem w Polsce, bo nigdy tam jako lekarz nie pracowałem.

2. „Baie Dankie, Afryko” jest fikcją literacką opartą na przeżyciach w Republice Południowej Afryki". Tyle mówi okładka pańskiego debiutu: ile w nim fikcji, a ile autentyzmu?
       W książce jest dużo prawdy i sporo tzw. „prawdziwego zmyślenia”. To termin, który chyba wymyślił Marek Hłasko w „Pięknych dwudziestoletnich”. Epizody z pracy – postrzały, rany klute, wybite oko itd., są prawdziwe. Prawdziwa jest też strzelanina na oddziale ortopedii. Prawdziwe są opisy miejsc – tych w Południowej Afryce, ale też w Rio de Janeiro; od wielu lat istnieje na Ipanemie dyskoteka „Lord Jim”, gdzie przyjeżdża wielu Jimów z Anglii i Południowej Afryki, i faktycznie wielu z nich czuje się następnego dnia jak lordowie. Postaci są prawdziwe z dodatkiem zmyślenia, żeby uwypuklić ich prawdziwość.

3. A skąd kolejny zwrot – ucieczka do Stanów z RPA, miejsca, w którym są tanie papierosy, alkohol i budynki mieszkalne?
       Wyjechałem z moją pierwszą żoną i małym synkiem do Stanów ponieważ długoterminowa przyszłość w RPA była bardzo niepewna. Z RPA oczywiście nie uciekałem, ale wyjechałem do Stanów po zdaniu egzaminów nostryfikacyjnych i po uzyskaniu miejsca na specjalizację. W RPA panował wtedy dobrze znany mi z Polski nastrój niepewności. Wszyscy pocieszali się, że przyszłość potoczy się jak najlepiej według popularnego po
rewolucji francuskiej powiedzenia „wszystko musi się zmienić, żeby nic się nie zmieniło”. W pewnym sensie nic się radykalnie nie zmieniło, ale mieszkańcy RPA boją się przykładu sąsiedniego Zimbabwe, kraju, który po 20 latach względnego dobrobytu i bezpieczeństwa stał się piekłem na ziemi nie tylko dla białych, ale i czarnych obywateli. Wyjeżdżając z RPA byłem młody, ambitny i silny, i nie bałem się zaczynać od nowa, i „robić” 36-cio godzinnych dyżurów.
       To zaczynanie od nowa w USA bardzo mnie na początku bolało, bo w RPA osiągnąłem już pewną stabilność zawodową. Wiele rzeczy w Stanach wydawało mi się idiotycznych - stan ducha typowy dla nowego emigranta, który chyba w ten sposób broni się przed pożarciem przez szeroko rozumiana kulturę nowego kraju. Ameryka i RPA to bardzo różne kraje. Amerykańska mentalność jest dużo bardziej otwarta na cudzoziemców. Jest ich w stanie zasymilować przez umożliwienie im uzyskanego ciężką pracą sukcesu. Ze mną specjalizacje robili lekarze z krajów arabskich, Europy Zachodniej, Indii, Filipin, Ameryki Południowej, czarnej Afryki. Było też paru Czechow i Słowaków. Zdarzają się też lekarze polscy, ale jest ich ciągle bardzo mało. Wszyscy ci, pochodzący z całego świata, ludzie jakoś sobie poradzili I w tej chwili mieszczą się w jednym procencie najlepiej zarabiających mieszkańców USA.

4. Dziś nie żałuje pan podjętej decyzji? Czy teraz należy oczekiwać, że druga pana powieść będzie osadzona w jakimś zakątku stanu Nebraska?
       Po latach niemałych kłopotów, także osobistych, nie żałuję, że mieszkam w Stanach. Pamiętam jak kiedyś, jeszcze w RPA, czytałem wywiad w „Przekroju” z mieszkającym w Paryżu Wojciechem Pszoniakiem. Opowiadał o swoim wspaniałym życiu, dostępności francuskich produktów kucharskich i żonie, która jako psychoterapeutka pomaga zbłąkanym duszyczkom. Wydawało mi się to wtedy śmieszne. W tej chwili w jakiś sposób go
rozumiem. Szczęście oczywiście nosi się w sobie, ale twierdzenie, że wszystkie miejsca na Ziemi są tak samo szczęśliwe to nonsens. Akcja mojej nowej powieści toczy się w dawnej i nie tak dawnej Polsce, Paryżu i Nowym Jorku. O Nebrasce napisałem kilka opowiadań. Żeby o niej pisać, musiałbym stąd wyjechać, co zresztą się wkrótce będzie miało miejsce, bo za 3 miesiące przenoszę się do stanu Nowy Jork.

5. Po czym pojawiają się takie oto obrazy: ciało miała wysmukłe, a piersi sterczące jak u zgwałconych sanitariuszek na barykadach Powstania Warszawskiego?
       Obrazy 'wysmukłych, zgwałconych sanitariuszek Powstania Warszawskiego' pojawiły się wraz z widokiem zgwałconych, okaleczonych i pomordowanych Zulusów w szpitalu w RPA. Codzienne obcowanie z ofiarami wojny i bezmyślnej, kryminalnej przemocy wyzwala w człowieku mieszane uczucia: współczucia, ale także niechęci, a nawet pogardy. Nikt nie lubi słuchać o pogardzie jaką żywią do niego inni ludzie, z drugiej strony gniew po usłyszeniu słów pogardy może być katalizatorem zmiany na lepsze. Może wywołać w człowieku odruch
w stylu „ja ci jeszcze pokażę!”. Pierwszą reakcją na pogardę jest chęć mordowania, ale można tą chęć przetworzyć w coś inteligentniejszego - "będę więcej pracował, będę najmądrzejszy w moim zawodzie, nie dam po sobie poznać, że jestem potwornie zmęczony". Spotkałem kiedyś w szpitalu w Ameryce pacjenta, który był SS-manem tłumiącym Powstanie Warszawskie. Obecna była w nim ciągle ta SS-mańska pogarda, pogarda dla wnuka tych, których powstanie tłumił. Moim zdaniem mylą się ci, którzy wierzą w zachodzące na świecie zmiany; kiedy człowiek jest starszy widzi wokół siebie schematy życia swoich rodziców i dziadków.
       Pracowałem w RPA z grupą bardzo zresztą sympatycznych, zachodnich wtedy Niemców. Dyżury, które odbywaliśmy można określić bardzo wyczerpującymi fizycznie - pracowało się od rana, praktycznie bez przerwy do południa następnego dnia, prawie w ogóle nie śpiąc. Niemcy, widząc nas rano po dyżurze, zataczających się i nie widzących na oczy,
ze współczuciem uznawali nasze zmęczenie. I wtedy mój kolega wpadł na niezły pomysł - zaczął o tym zmęczeniu mówić w sposób pozytywny. „Tak, jestem zmęczony, ale też bardzo zadowolony z dobrze wykonanej pracy, nauczenia się nowych rzeczy i możliwości pomocy chorym ludziom”. Po takich przemowach Niemcom nie wypadało narzekać i podśmiewaliśmy się, kiedy nieprzytomni ze zmęczenia (byli trochę starsi, a więc nie tak odporni fizycznie) próbowali chwalić swoje zmęczenie, ale nie przechodziło im to przez gardło.

6. Na ile utożsamia się Pan z tyradami Grzesiuka: nie jesteśmy w stanie popełniać
wielkich zbrodni (…). Polska zbrodnia jest zawęgłowa; zaczaić się, łopatą w banię, po kieszeniach, kapuchę zabrać i w długą…?

       Słowa są oczywiście prowokujące. Nie namawiam nikogo do popełniania zbrodni. Balzac powiedział, że za każdą wielką fortuną stoi zapomniana zbrodnia. Została zapomniana ponieważ została dobrze wykonana. Takie zbrodnie mają miejsce każdego dnia - na skalę indywidualną, korporacyjną albo państwową. Istnieje w człowieku podziw dla wielkich zbrodniarzy, którzy osiągnęli sukces, takich jak Ataturk - ojciec nowożytnej Turcji, która do dzisiaj zbiera owoce jego odbicia się od zacofanego arabskiego świata; albo pogromca Indian, amerykański prezydent Andrew Jackson. Postać sadysty Jeremiego Wiśniowieckiego, krzepiła serca czytelników Trylogii, więc ta tęsknota za wielką zbrodnią istnieje też w naszych rodakach. Jeszcze raz powtórzę – nikogo do zbrodni nie namawiam; jej koncept ma służyć sprzeciwianiu się mitowi szlachetnej ofiary, w którym to moje pokolenie Polaków zostało wychowane.

7. Lubi pan Staffa?… wyciągnęła spod łóżka blaszaną miednicę, podciągnęła sukienkę i
odciągnęła majtki na bok… …o szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny…

       To zaleta posiadania dobrych polonistów w liceum; że w realnym życiu
przychodzą do głowy wyuczone poetyckie frazy.

8. Jak wygląda życie literackie w USA? Próbuje pan jakoś zaistnieć na tamtejszym
rynku, pokazać swą twórczość? Istnieje szansa trafienia na łamy literackiego pisma?

       Życie literackie w USA, jak całe życie kulturalne, akademickie, medyczne czy biznesowe, jest bardzo bogate. Mój teść wymyślił stwierdzenie, że kiedyś wychodziło tyle książek, że nie sposób było ich przeczytać, obecnie wychodzi tyle książek, że nie sposób przeczytać o nich recenzji. O jakości amerykańskiej literatury trudno mi mówić, bo pomimo ładnych kilku lat mieszkania tutaj ta literatura mnie nie interesuje. Czytam natomiast dużo literatury faktu na tematy społeczne i historyczne, i prenumeruję kilka ważnych amerykańskich pism jak „Atlantic”, “New Yorker”, “Harpers”. Interesuję się też filmem i
kupuję praktycznie wszystkie tzw. artystyczne i klasyczne filmy, które wychodzą na DVD. Łatwiej jest, pracując jako lekarz, obejrzeć film niż przeczytać książkę. Znani są tutaj, oczywiście w środowiskach kinomanów, niektórzy polscy reżyserzy filmowi, znani są też pisarze i poeci jak Zagajewski, Barańczak, Miłosz. Cytuje się czasem Gombrowicza. Na rynku amerykańskim jako pisarz zaistnieć nie próbowałem, chociaż nie jest wykluczone, że nie będę próbował tego w przyszłości. Na pewno jest to bardzo trudne, ale słowo „niemożliwe” wydaje mi się przesadzone. Moja pierwsza książka i książka druga są właściwie o Polsce. Jeżeli napiszę więcej, ich tematyka będzie może bardziej uniwersalna.

9. Baie, dankie Afryko – co oznacza ten tytuł?
      „Baie Dankie” znaczy „dziękuję bardzo” w języku Africaans. Książka jest podziękowaniem Afryce za zdobyte w niej doświadczenia. Podziękowanie nie w sensie negatywnym - w stylu „dziękuję, ja wysiadam z tego pociągu”, ale w sensie pozytywnym - za zdobyte doświadczenia zawodowe, których żniwo zbieram do dzisiejszego dnia, za doświadczenie emigracji, rozszerzenie horyzontów i dostrzeżenie życiowego jing w jang
i odwrotnie.

10. Stworzył pan barwne postacie i wpisał je w egzotyczny czarny ląd. Kim będą
bohaterowie nowej Pana książki? Też będą oszukiwać, zdradzać i odchodzić, czyli żyć pełnią człowieczeństwa?

       Moja nowa książka ma opowiadać o losach nieśmiertelnego Polaka, który urodził się na Podolu w okresie Konfederacji Barskiej i który od tego czasu mieszka na zmianę w Polsce i w Ameryce, i bierze udział w różnych historycznych wydarzeniach. Postać wzorowana jest na filmie z lat 80-tych pod polskim tytułem "Nieśmiertelny" (angielski tytuł „Highlander”). Wydarzenia inne niż przedstawione w tym filmie, ton mniej optymistyczny albo może optymizm bardziej realistyczny. Powieść z kluczem i pointa trochę oparta na wzorcach mistrzyni powieści kryminalnej Patricii Highsmith. Polski Nieśmiertelny jest trochę taki jak
jej kryminalny bohater Tom Ripley, ale dużo bardziej sympatyczny. Poza tym, też zgodnie z amerykańskimi wzorcami, sporo seksu i przemocy, chociaż mało narkotyków i rokendrola.

11. Żyją pełnią człowieczeństwa… czy tak wygląda pełnia? Przecież oni nie potrafią
znaleźć miejsca dla siebie, nie bardzo są szczęśliwi…

       Nie wiem na czym polega pełnia człowieczeństwa. Na to pytanie każdy musi sobie odpowiedzieć sam. Miejsce na ziemi można znaleźć mieszkając w Polsce albo w Bangladeszu. Można go też przez całe życie szukać i odczuwać wartość w tym właśnie szukaniu. Wydaje mi się, że mieszkanie w różnych miejscach świata te powyższe prawdy człowiekowi uświadamia. Zacytuję tutaj mojego ulubionego współczesnego filozofa Slavoja Zizka. On twierdził, że najszczęśliwsi na świecie w latach 80-tych byli mieszkańcy Czechosłowacji. Składały się na to 3 powody - 1/częściowo, ale nie do końca zaspokojone potrzeby materialne, których zaspokajanie cieszyło właśnie przez swoją częściowość, 2/ możliwość oskarżania komunistów jako przyczynę swoich niepowodzeń, 3/ świadomość
istnienia El Dorado - świata zachodu, o którym można marzyć i czasem odwiedzać. Dla emigranta to wszystko nie istnieje, zresztą nie istnieje już także dla mieszkańców Czechosłowacji. Wszyscy są chyba mniej szczęśliwi, ale za to trochę mądrzejsi. Może na zdobywaniu bolesnej czasem mądrości polega pełnia człowieczeństwa...

       Z polskim pisarzem MACIEJEM NOWAKOWSKIM, osiadłym w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, w miesiącu lutym roku 2004 rozmawiała, dzięki uprzejmości Billa Gatesa, Anna Wójcik

Maciej Nowakowski: "Baie dankie, Afryko." Mamiko, Nowa Ruda 2003, s. 162.




Każdy z czymś się wadzi...


Z Tomaszem Hrynaczem, autorem zbioru wierszy „Enzym”, rozmawia Grzegorz Michalak.





„Enzym” to...

Z tego, co pamiętam, z biologii, jeszcze ze szkoły, to są biokatalizatory. Złożone substancje białkowe
występujące w organizmach, które spełniają ważną rolę w procesie przemiany materii i regulują przebieg procesów życiowych.

Chyba nie chcesz powiedzieć, że napisałeś książkę o przemianie materii i procesach życiowych !?

Tego nie wiem, to znaczy taki był przynajmniej mój zamiar. Oczywiście, w sensie metaforycznym, poetyckim. Ale czy mi się to udało... Na to pytanie muszą odpowiedzieć już Czytelnicy. Ten zbiór, co zresztą dla mojej twórczości jest charakterystyczne, dotyka kilku zasadniczych pytań: o sens, o czas, o miłość, o prawdę chwili. Tyle że poszczególne elementy są różnie rozłożone, akcentują poszczególne kwestie. Są motywy, które systematycznie budują „mój świat”, „świat mojego wiersza”. A poza tym , każdy z czymś się wadzi! „Enzym” to figura życia. Słowo- symbol, który ma otwierać nową przestrzeń, istniejącą obok niego.

Ale ten, jak nazwałeś, „twój wiersz” jest coraz krótszy. Kiedyś operowałeś długim wersetem, teraz swoją wypowiedź sprowadzasz do zaledwie kilku wersów, tak jak w utworze „Duża woda”, który pozwolisz, że zacytuję: „Lipiec. Butla z deszczem eksplodowała równo o czwartej”. To niemalże haiku!

Podstawowym materiałem, tworzywem wiersza jest język, mimo wszystko. Dziś, po blisko jedenastu latach pisania, odsuwa mnie od tworzenia „wiersza narracyjnego”, tak go sobie pozwolę nazwać, nadmiar słów. Rozciąga „niepotrzebnie- granice świata, stwarza dodatkowy werbalny chaos, co czasami może przynieść zaskakujące efekty, ale tylko czasami. To niewątpliwie wiąże się także z dyscypliną, kontrolowaniem środków wyrazu np. metafory. Jestem po stronie tej teorii, że przestrzeń wiersza „wypełnia” niedopowiedzenie, a nie słowo.


Nadal jednak, z tego co udało mi się zauważyć istotną rolę w twoich wierszach , także tych najnowszych - dodajmy, że wydanych w Nowej Rudzie, w wydawnictwie „Mamiko”, odgrywa konkret.


Dla mnie jako poety zawsze najważniejsze są granice wiersza i jego przestrzeń. Te kategorie są nierozerwalne. Uważam, że w wierszu należy wykraczać poza siebie, by stać się w poezji sobą. To brzmi nieco paradoksalnie i tajemniczo, ale kiedy się nad tym dobrze zastanowimy, to uznamy, że słowo jest kalekie, nie rozciąga się w nieskończoność. Rejestruje to, co rozwija się przed oczami, bo ja takim poetą podglądaczem jestem. Trzeba tylko dojrzeć ten szczegół (!) i docenić. Dzięki niemu można mówić o największych sprawach, ponieważ on pozwala ujawnić nam „drugie dno”, metafizyczny sens.


Czym zatem dla ciebie jest wiersz?


To pytanie z kategorii tych najtrudniejszych, bo tak naprawdę „niedefiniowalnych” przynajmniej dla mnie. Dziś mogę powiedzieć, że wiersz to niejasny stan świadomości, to iluminacja i iluzja jednocześnie, ale czy tak będę uważał jutro, tego sam nie wiem. Bo wiersz to taki stwór ezoteryczny, materialny i niematerialny zarazem. Pisząc, opisujemy to, co zewnętrzne i to, co wewnętrzne jednocześnie. Odkrywamy tajemnicę, która tak naprawdę nigdy nie zostanie odkryta. Po nas przyjdą następni poeci, kolejni zapaleńcy, którzy do literatury będę chcieli wnieść swoją prawdę o świecie. I to jest właśnie najpiękniejsze, że człowiek wciąż pragnie wiedzieć jak najwięcej, choć zdaje sobie sprawę, że poznanie tajemnicy świata, a zwłaszcza życia jest niemożliwe, ponieważ przerasta jego możliwości percepcyjne i intelektualne, uświadamia mu jego ułomność...

Cóż więc nam pozostaje?

Wierzyć, że kiedyś dostąpimy tej łaski, a na razie czytać, na przykład, wiersze...

Zatem....

Do wierszy!





Z Piotrem Florczykiem, poetą zza wielkiej wody, gawędzi Anna Wójcik



1. Czy pośród „betonowych zapałek osiedlowych bloków”, wśród ulic metropolii, którymi płynie bezustannie anonimowy tłum człowiek potrafi odnaleźć siebie i drugiego człowieka?
Wydaje mi się, że każdy odnajduje siebie wówczas, gdy wie czego szuka. Problem jednak polega na tym, że aby móc odnaleźć siebie oraz drugiego człowieka, trzeba mieć umysł otwarty i wchłaniać w siebie wszystko, nawet to co najgorsze w naszym świecie. Wielu tego nie potrafi. Zamykają się we własnych sprawach i wydaje im się, że żyją szczęśliwie. Dla mnie wrzeszczące ulice metropolii są miejscami, gdzie życie płynnie najowocniej. Oczywiście człowiek potrzebuje też spokoju i ciszy po to, aby uporządkować swoje myśli, ale prawda jest taka, że nieważne jak wiele byśmy wiedzieli z książek i samotnych medytacji, to nic nie pomaga nam się rozwijać tak jak kontakt z drugim człowiekiem.

2. Jeden z pana wierszy mówi: „wychodzimy z kościoła wyprostowani przez krzyż”. Wiara miałaby być więc tym co pomaga nam przetrwać?
Nawet najwięksi twardziele w coś wierzą. Ludzie potrzebują szablonu, wedle którego będą mogli podążać przez życie. Uważam, że nie jest istotne czym ta wiara jest i co ona mówi, bo na to nie ma stuprocentowej recepty. Ale w coś trzeba wierzyć, bo bez wiary jest się statkiem bez kotwicy i przyjaznego portu.

3. Dlaczego wyjechał pan z Polski? Co powoduje, że młody człowiek opuszcza miejsce swego urodzenia i wyrusza do kraju, którego codzienność jest mu całkowicie obca?
Nie wyjeżdżałem z Polski jako emigrant; nikt mnie nie wyganiał i wcale nie jechałem do Stanów w wieku 16 lat szukać lepszego życia. Ciekawostką mej biografii jest fakt, że w przeszłości byłem wyczynowym pływakiem światowej klasy, i w Kalifornii znalazłem się jako obiecujący zawodnik na stażu sportowym. A że szło mi dobrze to staż był przedłużany na kolejne tury. Po ukończeniu liceum otrzymałem propozycje stypendium sportowego z wielu uniwersytetów, i z okazji tej skorzystałem.

4. Kto zagląda do księgarni typu Szwede Slavic Books? Czy w USA polski autor ma szansę zaistnieć, gdzie winien się kierować, czy istnieją polskojęzyczne literackie pisma?
Zaglądają do nich głównie ludzie, którzy obcują z literaturą lub sprawami krajów słowiańskich. Są to głównie studenci, profesorowie (bliskość uniwersytetów w Berkeley i Stanforda na pewno pomaga), oraz emigranci.
W jakimś stopniu polski autor ma szansę zaistnieć w USA jeśli ma dobry kontakt ze środowiskiem polonijnym. Jeśli mówimy o większej skali, to potrzebne jest wsparcie wpływowych ludzi, np. amerykańskich slawistów oraz tłumaczy, o których jest bardzo trudno.
Typowo literackich pism polskojęzycznych w USA raczej nie ma. Ale słynny nowojorski Nowy Dziennik w piątki zamieszcza dodatek poświęcony zagadnieniom kultury. Być może niedługo ukaże się tam recenzja mojego tomiku.

5. Z Czterech pór roku bije tęsknota za Krakowem. Czy należy się spodziewać pańskiego powrotu do Polski? Nie służą Panu Zjednoczone Stany?
Rzeczywiście w tomiku są trzy czy cztery utwory, które wspominają lub odnoszą się do Krakowa, ale do obecności tego miasta nie przywiązywałbym większej uwagi. Krakowa mi brakuje, ale nie chciałbym aby ktoś czytając mój tomik myślał, że wiersze napisał nieszczęśliwy człowiek, który by dał wszystko, aby wrócić na stare śmieci, bo tak nie jest.
Kiedy przyjechałem do Stanów było mi bardzo ciężko, ale szybko się zaaklimatyzowałem, zresztą bez potrzeby zdradzania siebie (wielki błąd wielu emigrantów), i czuję się tutaj dobrze. O powrocie do Krakowa na razie nie ma mowy. Od września rozpoczynam nowe studia, a moja żona, która jest Amerykanką i nie mówi po polsku, też wciąż się uczy.

6. Vivaldi, Vermeer, Świetlicki, Herbert- Wszyscy oni znaleźli miejsce w pańskich wierszach. Kim są dla Pana?
Są artystami, którzy poszukiwali piękna i sensu w życiu – każdy na swój sposób. Nie jest przypadkiem, że wymieniony jest malarz, kompozytor/muzyk oraz poeci, bo choć każdego z nich oceniam inaczej, to wszyscy podarowali mi (lub robią to dalej) coś wartościowego. Trudno jest zanotować zadziwiającą różnorodność świata w jednej formie, dlatego moje zainteresowania, rozgałęziają się znacznie poza literaturę.

7. Czym są Cztery pory roku? Można rzec, iż jest to krąg w którym zamknięty jest indywidualny człowiek, ludzkość i wszechświat?
Dokładnie tak. Cztery pory roku są kołami naszego samochodu, którym jedziemy przez życie. Oznaczają przemijający czas oraz różnorodność tego, z czym się stykamy. Świat jest tak skonstruowany, że co roku przyroda ofiarowuje nam mniej więcej to samo, ale to od nas zależy czy uda nam się wyłuskać to co najcenniejsze spośród powierzchownie przygnębiającej rutyny.

8. Podmiot liryczny mówi: „ja też chciałem pisać wiersze”. Ja zapytuję: po co? Po co się pisze wiersze?
Ktoś, kto pisze wiersze, robi to, bo chce się dzielić światem, który wydaje mu się przez innych niezauważany. Wierzę w poezję, która dodaje blasku do szarości, która walczy o małe rzeczy, mały świat. Poezja musi być głęboko osadzona w rzeczywistości, bo tylko w takiej czytelnik może się odnaleźć, ale z drugiej strony, nie powinno się dodawać oliwy do ognia, poprzez świadome opisywanie smutku i problemów, bez jakichkolwiek kolorów.
W szkicu, nad którym ostatnio pracuję, oznajmiam, że dla mnie pisanie wierszy jest czymś podobnym do robienia zdjęć. Cechą wspaniałych zdjęć jest przedstawienie banału, a jednak potrafią przemówić one do nas z nieprawdopodobną energią.

9. Z tomiku wylewa się tęsknota. Jest On, ale Ona tkwi w cieniu – niezależnie od tego kimkolwiek Ona jest. Dlaczego?
Droga Pani, nie bardzo wiem jak na to pytanie odpowiedzieć, tak że postanowiłem nie próbować.

10. Czy polscy pisarze w USA jakoś z sobą „żyją”, tworzą jakieś środowisko?
Raczej nie, chociaż przypuszczam, że w skupiskach polonijnych, takie środowiska być może istnieją.

11. Zadebiutował pan jako poeta: jaki dziś widok rozpościera się z pańskiego okna?
Od wydania tomiku nic w moim życiu się nie zmieniło. Dalej zadaję pytania, przyglądam się światu i czytam. Oczywiście, również piszę (chociaż bardzo powoli) i wydaje mi się, że mój kolejny tomik będzie dużo lepszy od debiutu. Zdradzę też, że miesiąc temu skończyłem pisać swoją pierwszą powieść, po angielsku. Korekta już prawie zakończona i niedługo rozpocznę poszukiwania wydawcy. Zajmuję się też translacją – przekładam świetnego amerykańskiego poetę Roberta Pinsky'ego – co sprawia mi niesamowitą przyjemność.

12. Historia a wraz z nią obyczaje panujące w kraju, w którym się urodziliśmy i wychowaliśmy warunkują niezależnie od naszej woli każde nasze działanie, także artystyczne. Czy są jakieś cechy Polaka, których chciałby się Pan pozbyć uważając je za wady, i cechy Amerykanina które dobrze byłoby nabyć?
Odkąd tutaj mieszkam zawsze uważałem, że mam w sobie dwie kultury i daje mi to szansę na studiowanie świata przez dwie pary oczu, co procentuje. Wszyscy wiemy, że żaden naród nie jest idealny i że w każdym środowisku znajdą się wyśmienite okazy jak i te gnijące. Ostatecznie trzeba wybierać to co najlepsze i na pewno, my Polacy, ale także Amerykanie, mamy bardzo wiele do zaoferowania.
Myśląc teraz jak tu odpowiedzieć na pytanie wyboru cech lub odrzuceniu wad, nie potrafię na niczym ewidentnie położyć palca. Jestem dumny ze swej polskości. Od narodu amerykańskiego nie chcę nic, w formie cech, bo wydaje mi się, że wyrosłem na człowieka dobrego. Natomiast bardzo drażni mnie w Ameryce przykładanie wielkiej wagi do spraw materialnych, co często idzie w parze z kompletną ignorancją. Prawdą jest, że prawie każdy młody Amerykanin, który kończy tutaj studia, wraz z odebraniem dyplomu rozpoczyna – czasami nieświadomie – szybki marsz w kierunku kolekcjonowania monetarnego szczęścia. Kolejne etapy życia dopingują, aby troszczyć się o zarabianie większych pieniędzy; na rodzinę, kupno domu, potem kupno jeszcze większej rezydencji, a kończąc na odkładaniu na opłacenie nauki dla swych dzieci i sporą emeryturę. Amerykanie pielęgnują ten schemat z największa pasją, a mnie wcale nie śni się odejście z tego świata z wypchanym kontem bankowym.

13. Czy poeta to ktoś kto „po rzece gardła puszcza żaglowce chleba, wskazującym palcem na przezroczystym płótnie maluje sam siebie, buduje sny z kamieni o twardych czaszkach”?
Każdy z nas odżywia się, więc „po rzece gardła puszcza żaglowce chleba”, lecz niestety wielu – zwłaszcza młodych, którzy czasami nigdy z tego nie wyrastają – poetów, zbyt często „wskazującym palcem na przezroczystym płótnie maluje samych siebie” zapominając o „budowaniu snów z kamieni o twardych czaszkach” dla tych czytelników, którzy tak bardzo czasami tego potrzebują.







Poeta oficer

Tomik "sacro casco" ukazał się w wydawnictwie Mamiko z Nowej Rudy. To czwarta, po "Blisko coraz dalej", "Niebie nad Sosnowcem" i "Wierszach podejrzanych", książka w dorobku poety z Sosnowca

Rozmowa z Wojciechem Brzoską

Marcin Mońka: Jesteś chyba najlepszym poetą wśród polskich oficerów. Praca w służbie więziennej pomaga Ci trzymać rygor podczas pisania wierszy? Jesteś zdyscyplinowanym poetą?
Wojciech Brzoska, poeta
: Bycie najlepszym poetą wśród oficerów, przy całym szacunku dla tych drugich, chwały mi chyba nie przyniesie (śmiech). A to głównie dlatego, że w branży, z tego co mi przynajmniej wiadomo, nie mam zbyt wielkiej konkurencji. Praca zawodowa pomaga mi przede wszystkim w przyziemnej egzystencji, stanowi tzw. zabezpieczenie finansowe. Poza tym pozwala chyba czasem zachować dystans do siebie i własnych problemów. A co do zdyscyplinowania moich wierszy - ocenę pozostawiam krytykom.
Choć nie podajesz w informacjach o sobie, gdzie pracujesz, w Twojej książce pojawiają się jednoznaczne sugestie, jak choćby w wierszu "meldujemy frontujemy wyglądamy tak samo jak się czujemy?". Twoi koledzy po fachu wiedzą, że piszesz wiersze?
- Moja praca, oprócz tego, co powiedziałem przed chwilą, rzadko bywa też inspiracją dla twórczości, jak chociażby w wierszu, którego tytuł przywołałeś. To akurat tekst, który powstał podczas mojego pobytu w szkole oficerskiej. Parę osób, z którymi pracuję, wie, że piszę.
Tytuł całego tomu - "sacro casco" pochodzi od jednego z zamieszczonych w książce wierszy. U zmotoryzowanych budzi jednoznaczne skojarzenia. Skądinąd wiadomo, że ten utwór był inspirowany drogową przygodą... A jak z innymi wierszami w tomiku?
- Tytuł nawiązuje bezpośrednio do popularnej nazwy ubezpieczenia samochodowego, a więc kwestii czysto finansowych, z drugiej zaś strony odsyła do sfery sacrum, wprowadza w obszar transcendencji. Zderzenie tych dwóch światów daje chyba efekt z lekka ironiczny, no bo jak to może być - ubezpieczenie od święta? Czy może raczej od świętości? Wypadki drogowe zmieniają się w wypadki metafizyczne? Wydaje mi się, że te dwa porządki: ziemski, przyziemny i niebieski, niebiański, metafizyczny i ironiczny, przenikają się nawzajem w tych 36 wierszach.
Motto w Twoim tomie to cytat z Lecha Janerki: "Bóg do niczego nie był mi potrzebny". To zarazem Twoja ideowa manifestacja?
- Wiersz "sacro casco" dedykowany jest poecie Wojciechowi Wenclowi i stanowi prześmiewczą polemikę z jego sposobem postrzegania świata i uprawiania poezji. Piotr Sommer, poeta, krytyk literacki, redaktor naczelny "Literatury na Świecie", nazwał kiedyś Wencla "płaskim ideologiem kultury". Ja piszę: "woda tych słów przemienia nas w drwinę z modlitwy (...)". Moje sacrum znajduje się w każdym razie gdzie indziej niż mojego o kilka lat starszego poetyckiego imiennika. A cytat rzeczywiście pochodzi z wywiadu z Lechem Janerką. Kiedy przeczytałem to krótkie zdanie, od razu wiedziałem, że musi uzupełnić pierwszą, egzystencjalną część motta z Emila Ciorana, która traktuje o pisaniu o śmierci.
Swoją nową książkę wydałeś u Karola Maliszewskiego w Nowej Rudzie. Tym samym okazuje się, że jesteś kolejnym poetą ze Śląska, który w tym roku wydaje książkę poza regionem. Dlaczego tak się dzieje?
- Drobna korekta: tomik "sacro casco" ukazał się w wydawnictwie Mamiko Poli Maliszewskiej, żona Karola. A dlaczego poeci ze Śląska wydają książki poza regionem? Widocznie nie ma u nas wydawnictwa, które profesjonalnie zajmowałoby się wydawaniem najnowszej poezji. To smutne, ale prawdziwe. Jedyną właściwie sensowną alternatywę na Śląsku stanowiło dla mnie wydawnictwo Instytutu Mikołowskiego, ale tam terminy były, niestety, zbyt odległe.
                                              Rozmawiał Marcin Mońka

GW Katowice nr 189, wydanie z dnia 14/08/2006 - 15/08/2006

BRZOSKA Wojciech.
Sacro casko.Nowa Ruda:Wydaw.Mamiko,2006






"Wolę swojego kota od przypadkowych i obcych kobiet." O [kocich łbach] z Mariuszem Appel rozmawia Anna Wójcik


1. Dlaczego [kocie łby] nie wykraczają poza wąskie ramy rozbitej na chwile teraźniejszości?

W końcu dopracowałem się własnych narzędzi i zacząłem obrabiać wszystko, co było pod ręką, najbliżej. Teraz szukam dalej, głębiej – głównie za sobą, w przeszłości. Następny tomik będzie inny.

2. Czy nie uważa Pan, że w tak wielkim mieście jak Warszawa po prostu nie ma miejsca na człowieka?

Miejsce na człowieka jest wszędzie. Dla mnie Warszawa to przede wszystkim Ursynów, który nie ma znamion metropolii (chociaż dochodzi tu metro), jest jej sypialnią. Ale właśnie tutaj, w czterech ścianach mieszkania, w bloku na strzeżonym osiedlu, gdzie przecież „nic nie może się zdarzyć”, być „na miejscu” to jest dopiero sztuka.

3. W jaki sposób odniesie się pan do mojego stwierdzenia, że „w dzisiejszym świecie potrzebę czułości wiążemy intuicyjnie ze słabością podczas gdy w rzeczywistości okazywanie uczuć jest oznaką siły”?

Szczerze mówiąc jest mi trudno wyobrazić sobie rzeczywistość, w której okazywanie uczuć jest oznaką siły. Może głupoty, odwagi – to prędzej. Z kulturowego i biologicznego punktu widzenia sprawa wygląda tak, że samiec musi zapewnić pożywienie i dach nad głową, więc jeśli kobiety chcą równouprawnienia, to z całym dobrodziejstwem inwentarza i wtedy nikt nikomu nie okazuje uczuć, nawet dzieci, bo nie mają od kogo się uczyć. Na szczęście są koty!

4. Jest poezja wyrazem heroizmu, na który twórca musi się zdobyć by część siebie odsłonić światu, czy raczej ucieczką w świat marzeń duszy zbyt słabej, by mogła sprostać rzeczywistości twardo stąpając po ziemi?

Poeci to ekshibicjoniści, więc obnażanie(się), albo sprawia im frajdę - jeśli są dobrzy, albo frustruje - jeśli są kiepscy, ale o heroizmie nie może być w tym wypadku mowy. Czym jest „świat marzeń”? Ja od najmłodszych lat marzyłem o tym, żeby zostać pisarzem i musiałem zacząć twardo stąpać po ziemi, aby osiągnąć upragniony cel. Dopiero wtedy marzenia się spełniły.

5. Co powoduje, że, jak wielokrotnie Pan tego dowodzi, boimy się siebie wzajemnie?

A dlaczego boimy się ognia? To kwestia wiedzy, doświadczenia. Do tego wszystkiego dysponujemy jeszcze wyobraźnią. Przepis gotowy: mnożenie potworów staje się dziecinnie łatwe.

6. W jednym z wierszy znajduję podobną konstatację: „życie to gra o sumie zerowej”. Skąd ten brak wiary w ludzkie możliwości, skąd fatalizm przeczący przyrodzonemu młodości rozbuchaniu sił życiowych?

Zwrot do tej frazy zaczerpnięty został z „teorii gier”, z ekonomii, ale nie oznacza on bynajmniej środka osi współrzędnych. „Suma zero” to wynik działania dwóch przeciwległych wartości. Czarne-białe, życie-śmierć, orzeł-reszka. Świat może mieć różne natężenia, ale tak czy inaczej znosi się: wzmocnienia dodatnie równają się ujemnym. Musi być zachowana równowaga, jak w części współczulnej i przywspółczulnej układu nerwowego.

7. Jesteśmy jako ludzie osobnymi monadami, światami, których nie można połączyć mostem? Może istnieje jednak płaszczyzna, na której możliwe jest prawdziwe spotkanie z drugim człowiekiem?

Spotkanie – tak, przeniknięcie – nie. Możemy się ocierać o siebie, dotykać – to wszystko. Kiedy jesteśmy najbliżej, to każdy dorosły wie, ale czy to szczyt naszych możliwości (i oczekiwań)? Tego nie wiem.

8. Bezustannie dyskredytujemy tradycję reprezentowaną przez naszych pradziadów, dziadów i nawet rodziców. Świadomie odsuwamy ją od siebie skazując na zapomnienie i niebyt. Wydawać by się mogło, że to wynik prostego, nieodwołalnego następstwa pokoleń. Czy jednak obecni dwudziesto-, trzydziestolatkowie zdolni są wykrzesać z siebie dość fantazji, by pozostawić po sobie coś więcej niż tylko amorficzną papkę?

Następstwo pokoleń polega na tym, że zrywamy (w pewnym sensie) z rodzicami, ale nawiązujemy do dziadków, to całkiem jak z epokami historycznymi. Ja jako trzydziestolatek nie odcinam się od przodków, ale nie bawi mnie martyrologia. Dziadkowie są ok., natomiast „dziadom” mówię stanowcze i zdecydowane – nie!

9. Kim jest kobieta? W Pana wierszach jawi się ona jako konieczny punkt odniesienia w życiu każdego mężczyzny, a mimo to podmiot liryczny wciąż spotykając nowe kobiety stale się z nimi rozmija.

Płciowość to orbitowanie: kręcimy się obok siebie, wokół tego samego, a jak się zderzymy – tragedia, koniec świata! Dodatkowy kłopot to fakt, że kobiety lubią być gwiazdami, wtedy za bardzo zbliżyć się nie można.

10. Woli Pan koty od kobiet?

Wolę swojego kota od przypadkowych i obcych kobiet. Gdyby nie obawa, że zostanę uznany za obłąkanego, to pewnie jemu właśnie zadedykowałbym następny tomik (choć pośrednio tak zrobiłem, bo książka będzie nosić tytuł „KOTOCHWILE”)

11. Czy nie jest hipokryzją wyznanie „nie chcę być szczęśliwy”, przecież ostatecznym celem wszelkich ludzkich działań jest właśnie szczęście?

Ten cytat to wyrwany z kontekstu fragment. „Nie chcę być szczęśliwy, ani nieszczęśliwy”, co oznacza, że mam ochotę na czasowe trwanie w próżni, chwilę świętego spokoju, intelektualny niebyt, emocjonalną hibernację.

12. Jako poeta maluje Pan obrazy słowami, a mimo to wielokrotnie zdają się one bliższe być kinu niż literaturze, z czego to wynika?

No proszę! Wystarczy wyrzucić z literatury patos, egzaltację, abstrakty i robi się niezłe kino!

13. Co znaczy „czas relatywnie bezwzględny”? Bezwzględność wyklucza relatywność. Jestże tu drugie dno?

Świadomie zestawiłem słowa, będące pozornie w logicznej opozycji, ale przecież „bezwzględny” znaczy także „okrutny”.

14. Przedmioty ożywają, co więcej stają się częściami ludzkiego ciała. Czy nie ma możliwości wyrwania się ze szponów wszechwładnego konsumpcjonizmu?

Dla mnie „konsumpcjonizm” to takie postindustrialne opium dla mas, wygodna furtka dla obiboków. Jeśli kogoś bawi, co mi do tego? Ale niszę, choć niezmiernie trudno, można znaleźć – taką egzystencjalną norkę, z której wyściubia się nos tylko wtedy, gdy jest to absolutnie konieczne.

15. Naturalizm...fizjologizm...[kocie łby]...Mariusz Appel?

Ciąg przyczynowo-skutkowy podany w odwrotnej kolejności.

16. Ile świadomości jest w Pańskiej ekshibicjonistycznej niedoskonałości?

Chodzi Pani o „świadome bycie niedoskonałym”, czy może o „świadomość bycia niedoskonałym”? Pierwszego nie uskuteczniam, drugie jest faktem.

17. Przygniata pesymizm, smutek, fatalizm i poczucie braku nadziei wypełniających [kocie łby]. Czy tak powinno wyglądać życie?

W [kocich łbach] nic nie przygniata, co najwyżej przebija – melancholia. A melancholicy muszą być na świecie. Tak samo jak cholerycy i flegmatycy – dla równowagi. Nie wiem jak życie powinno wyglądać, wiem jak ja życie widzę.


Mariusz Appel :
[kocie łby]. Nowa Ruda : Wydaw.MAMIKO, 2004. Seria : poezja polska. -62 s. :150x210
ISBN 83-915155-6-7







Wywiad z Jackiem Ostrowskim - Karol Graczyk


Jacek Ostrowski – lat pięćdziesiąt, pisarz, informatyk, były przedsiębiorca, pracownik poczty, hodowca kaczek, kierowca i przedstawiciel handlowy. Debiutował w zeszłym roku w książką
„IPN” napisaną w trzy tygodnie. Podobno w biurkach na druk czekają kolejne.

Faktycznie do tej pory imałem się wielu zawodów, ciągle szukałem, nieraz życie zmusiło mnie do wykonywania różnych fachów. No cóż, jak większość ludzi w moim wieku, których zaskoczyła transformacja starałem się zaadoptować, odnaleźć w nowej rzeczywistości.

Ma Pan korzenie macedońskie, niemieckie i litewskie, chociaż jest rdzennym Polakiem. Czuje się Pan związany mentalnie z któryś z państw swoich przodków?

Jeśli spojrzeć na definicje rdzennego mieszkańca, to nim nie jestem. Jeden dziadek był Litwinem ze znanej rodziny Gedroyciów, zaś jego żona, czyli moja babka pochodziła w prostej linii z niemieckiej rodziny osiadłej na ziemiach polskich. Rodzice drugiej babki przywędrowali z ojczyzny Aleksandra Macedońskiego. Został jeszcze jeden dziadek i tu też jest ciekawa historia. Jego ojciec, a mój pradziadek służył w armii carskiej aż 25 lat. Ja urodziłem się w Polsce i z urodzenia czuję się Polakiem. Jednak uczuciowo jestem związany z krajami swojego pochodzenia, a szczególnie z południem Europy. Ciągnę do przysłowiowych korzeni i prawie każdy urlop staram się tam spędzać. Odnośnie mentalności, to proszę sobie wyobrazić mieszankę zimnego Niemca, impulsywnego Południowca, typowego Polaka z zadziornym Litwinem…
Proszę mi wierzyć, że ciężko to wszystko trzymać w ryzach.


W życiu był Pan kontrolerem urzędu pocztowego, kierowcą, hodował kaczki, próbował sił w handlu, później było jeszcze przedstawicielstwo handlowe i wreszcie po skończonych studia w kierunku, został Pan informatykiem. Ciągle szuka Pan swojego miejsca, czy już znalazł?

Wszystko to, co przeżyłem jest moim bogactwem. Przez całe życie zbierałem doświadczenia, poznawałem ludzi jak i samego siebie. Na swojej drodze spotkałem wiele ciekawych postaci, mnóstwo dziwnych, radosnych jak i tragicznych zdarzeń. Mam spory bagaż doświadczeń i teraz mogę to wykorzystać do pisania książek. To jest mój następny przystanek. Czy ostatni? Tego nie wiem.

Czuje się Pan literatem, czy jest pisanie jest bardziej odskocznią od codzienności? Jaką rolę pełni w Pana życiu?

Od dziecka dużo czytałem i marzyłem o pisaniu. W wieku może dziesięciu lat miałem już na „koncie” co najmniej dwukrotne przeczytanie Trylogii. W wieku dwudziestu lat miałem zaliczone wszystkie ważniejsze dzieła najwybitniejszych pisarzy, Stary Testament i dobierałem się do Ulissesa. Na nim „ległem”, ale nie ukrywam, że zniechęcił mnie do tego świętej pamięci Kałużyński twierdząc, że tylko Słomczyński czytał, bo musiał ( był tłumaczem). Zawsze kochałem książki i chciałem je pisać. Czy jestem literatem? Dobre pytanie, na które nie znam odpowiedzi. Ja jestem jak chuligan, tylko swoją agresję, swoje emocje zamiast na przechodniu wyładowuję na papierze.
Piszę dwadzieścia, trzydzieści stron ciurkiem, nic nie słyszę i nic nie widzę poza ekranem komputera. Nieraz są to naprawdę ostre teksty. Później przychodzi czas refleksji, opamiętania. Zaczynam przeglądać tekst i usuwać najmocniejsze kwestie. Jeśli taki typ chuligana może być literatem, to nim jestem.

Swoją debiutancką książkę „IPN” napisał Pan w trzy tygodnie. Aż tak pochłonęła Pana sfera polityczna? Wcześniej nie pisał Pan książek o zabarwieniu politycznym.

To nie tak. Polityka jest dla mnie szambem i raczej mam złe zdanie o tych, co w tej kloace grzebią. Mało mnie to obchodzi do momentu, kiedy zaczynają tym kałem obrzucać przechodniów. Chcą się sami bawić, to Bóg z nimi, ale kiedy zaczynają wciągać do tego postronnych ludzi, to już jest draństwo do kwadratu. Z tym nie mogę się zgodzić i stąd moja książka. Usiadłem i jak ten chuligan wyładowywałem swoje emocje, tyle że w trzy tygodnie. Żyję w Polsce i chcąc nie chcąc uczestniczę w tym wszystkim, nie sposób się odizolować.


Podobno ma Pan szuflady pełne książek, które czekają na wydanie. Od jak dawna Pan pisze i ile tych książek jest rzeczywiście?

Pierwszą napisałem dwadzieścia pięć lat temu. Książka „Planeta Modliszek” opowiadała o walce o przetrwanie małej grupki ludzi po gigantycznej katastrofie nuklearnej. Powieść przeleżała w szufladzie do dnia dzisiejszego.
Są jeszcze dwie inne powieści pisane w różnym czasie, oraz wiele opowiadań.
Czekają i może kiedyś ujrzą światło dzienne.



„IPN” opowiada historie czasów polskiego komunizmu, jak już wspomnieliśmy, jest poniekąd książką polityczną. Neguje Pan tamte czasy, jednocześnie nieraz widać analogie do czasów dzisiejszych. Więc jak to jest, a jak powinno?

W „IPN” chciałem pokazać, że metody działania służb specjalnych jak ich cele są jednakowe bez względu na to kto rządzi. Niszczą uczciwych, hołubią łobuzów. Bohaterowie mojej książki wplątani są w dziwne układy. Jedni lawirują, inni stawiają jawny opór, a jeszcze inni czerpią korzyści i to całymi garściami.
To są prawdziwi ludzie ze wszystkimi wadami, jak i zaletami, a ich problemy to problemy milionów Polaków żyjących w tamtym okresie. Złamani podnoszą głowy i stawiają czoła aparatowi przemocy, ale później w wolnej Polsce zostają dopadnięci przez spadkobierców bezpieki i zniszczeni teczkami.





Był Pan naocznym świadkiem tego, co działo się w latach siedemdziesiątych, osiemdziesiątych. Czy próba stworzenia IV RP mogła być niebezpieczna lub analogiczna do tego, co działo się w tamtych czasach?

Już sama nazwa IV RP jest dla mnie śmieszna. Polska jest jedna i nie można jej dzielić na pierwszą, drugą, czy czwartą. Chęć odcięcia się od korzeni wywołuje pewien paradoks. Trochę to przypomina dziecko, które wyrzeka się swojej ułomnej matki. Wychowała je jak mogła najlepiej, dała wykształcenie, ale ono się jej wstydzi i wszystkim mówi, że to wstrętna macocha. PRL nie był idealny, chwilami zbrodniczy, ale to była wtedy jedyna Polska, nie było alternatywy. Nowa władza stara się wmówić młodemu pokoleniu, że wszystko było złe i jedynie ona jest idealna. Identycznie mówili prominenci PRL-u, to są te same przemówienia, tylko inni ludzie. Analogie są widoczne gołym okiem, ale to widzą tylko ci, którzy pamiętają władzę komunistów. Reasumując, tamte działania władzy starały się trzymać naród za mordę, dzisiejsze skoro są zbliżone - prowadzą do tego samego.
W mojej najnowszej książce jedno z opowiadań przedstawia mroczną wizję IV RP.


Na światło dzienne wychodzi właśnie Pana druga książka, „Polskie pieskie życie”, o czym tym razem?

To jest książka bardzo zróżnicowana tematycznie. Dwanaście opowiadań i mnóstwo tematów do przemyśleń. Już samą okładką chciałem prowokować, zaczepiać typowego Polaka. To jest jednak dopiero początek przygody z nami samymi i nie tylko. Są to historie nieraz absurdalne, często niedopowiedziane, momentami wywołujące protest czytelnika. Jest kilka lżejszych historyjek, ale po chwili poznajemy następnego bohatera, następny zły charakter. Pewna osoba po przeczytaniu tej książki zarzuciła mi fascynację złem, ale to nie tak. Staram się tylko obnażać złe cechy naszych charakterów, nasze ułomności.

Czy opowiadanie „Wariat” nie jest ponownie nawiązaniem do polityki? Bardziej ogólnym, niż dzisiejszym?

„Wariat” to opowiadanie sprzed dwudziestu lat i mimo upływu czasu nic się nie zestarzało. Pokazuje bezradność jednostki wobec systemu. Problem stary jak świat i wciąż aktualny.


Jak wyglądają kolejne plany wydawnicze?

To zależy od czytelników , jeśli będą chcieli czytać kolejne książki , to będą je mieli w księgarniach. Tylko wtedy wydawanie ma sens.

Jacek OSTROWSKI. Polskie pieskie życie. Wydawnictwo Mamiko, 2007




Pomysł wywiadu z autorem - Apolonia Maliszewska. Wywiad przeprowadził i zamieścił na stroniePolskie Kulturalne PodziemieKarol Graczyk.


            1.Główną bohaterką
"Tygodnia ważniejszego od życia" jest Emilka, na jej życiu skupia się przeważająca część powieściowej fabuły. Po cóż więc sięgnęła Pani swą opowieścią aż do lat międzywojennych?

Musiałam przedstawić fakty, które doprowadziły do tego, że Emilka była
taka, a nie inna. Lubię ludzi i oni odpłacają mi tym, że chętnie się
zwierzają. Wiele historii, które opisuję w swoich książkach jest opartych
na prawdziwych wydarzeniach, oczywiście nieco nagiętych, by pasowały do
fabuły. Niemniej wiem, że za grzechy dzieciństwa płacimy w życiu dorosłym.


            2. Czy trudne dzieciństwo jest dostatecznym usprawiedliwieniem krzywd, które wyrządzamy innym?

Nic nie usprawiedliwia wyrządzania komuś krzywdy. Ale ludzie mają
różne charaktery. Są tacy co mszczą się tylko za wyrządzone im krzywdy. A są
także tacy, którym sprawia radość zadawanie bólu innym.


            3. Emilka jest kobietą silną, piękną, dobrze wykształconą i niezależną finansowo. Mężczyźni z którymi się spotyka tracą dla niej głowę, podczas gdy ona pozostaje chłodna i wyrachowana. Bohaterka traktuje seks niemal jak sport, nie łącząc z nim żadnych uczuć czy też zobowiązań, tymczasem mężczyźni, których spotyka na swej drodze już po pierwszej nocy pragną siłą zaciągnąć ją do ołtarza. Skąd to odwrócenie ról? Czy „kobiecenie” mężczyzn, i nabieranie przez kobiety cech męskich faktycznie odzwierciedla obraz współczesnego świata?

A nie jest to problemem numer jeden dzisiejszych mężczyzn? Oczywiście nie
możemy generalizować. Ale jest ich coraz więcej, tych co
mają problemy z dzisiejszą wyemancypowaną kobietą. Problem narasta już
od lat. Pamiętam ze studiów (kiedy to było?) kolegę, który powiadał, że żadna z jego koleżanek nie nadaje się na żonę. Jego będzie głupia i brzydka, ale za to zależna od niego!


            4. Nie sądzi Pani, że świat w którym żyje główna bohaterka jest tak bardzo zepsuty, że niczym biblijne miasta rozpusty powinien zostać zgładzony gniewem wszechmocnego?

Tak Pani uważa? To co powie Pani o dzisiejszej Polsce, gdzie w biały
dzień można zostać napadniętym i ograbionym, gdzie w wiadomościach słyszy się
tylko o aferach wśród polityków itp. Czy to jest lepszy świat?


            5. Zawsze byłam przekonana, że granicą której nie wolno przekroczyć nawet w imię największej miłości jest własna godność. Postępki Sarah, matki Emilki oraz Loli jej ciotki całkowicie temu przeczą. Matka Emilki upokarza się do tego stopnia, że nie protestuje kiedy jej własny mąż kocha się namiętnie z jej córką w pokoju obok. Jak to możliwe?

A jak to jest możliwe, że wiele matek siedzi cicho, gdy jej dziecko
jest wykorzystywane przez własnego ojca? Takie rzeczy też się zdarzają.
Uczucia są bardzo skomplikowaną sprawa i często kochając szaleńczo
zapominamy o własnej godności.


            6. Wierzy Pani w miłość od pierwszego spojrzenia taką jak ta która połączyła Clarka i Emilkę?

Wierzę, bo moja miłość od pierwszego spojrzenia jest ze mną już prawie 40 lat!

            7. Jak z etycznego punktu widzenia czytelnik powinien ocenić Clarka, mężczyznę w podeszłym wieku, który najpierw deprawuje dwudziestoletnią dziewczynę, a później przez lata zdradza żonę?

Gdy mówimy o wielkich uczuciach nie myślimy o etyce. A Clarka ja widzę
jako mężczyznę zaplątanego w uczucie, z którym nie umie sobie poradzić, natomiast ocenę jego osoby pozostawiam czytelnikowi.


            8. W jakim stopniu za losy bohaterów Tygodnia ważniejszego od życia odpowiadają rzeczywiste postaci, Pani bliscy i znajomi oraz sama autorka?

W żadnym stopniu moi bliscy. Jedynie postać Emilki oparłam nieco na losach
znajomej, jednak gdybym opisała jej prawdziwe życie, to nikt by w tę kreację nie
uwierzył. Życie i ludzie czasami bywają okrutniejsi niż literacka fikcja.


            9. I wszyscy żyli długo i szczęśliwie ?

Gdyby miała Pani do wyboru dwie takie same książki, tylko jedną z
happy endem, a drugą z zakończeniem fatalnym, po którą sięgnęłaby Pani? Moje
przyjaciółki wybierają zawsze pierwszą opcję.


            10. Czy moralność i problemy, z którymi borykają się młodzi ludzie w Austrii i w Polsce różnią się? Jeśli się nie mylę, częściowo właśnie o tym mówi Pani w powieści Kundle – czyli, na miłość trzeba poczekać!

Nie jeśli chodzi o moralność, tak jeśli chodzi o problemy. Na pewno
młodzi Austriacy mają dzisiaj trochę lepiej niż ich rówieśnicy w
Polsce. Co do powieści Kundle - to tytuł ten ma pokazać, że w
dzisiejszej Europie jest coraz więcej ludzi z międzynarodowym pochodzeniem.
I ten problem tożsamości narodowej jest jednym z tematów poruszanych w tej
książce.


            11. Proszę uchylić rąbka tajemnicy i opowiedzieć nieco o swym warsztacie pisarskim: skąd potrzeba pisania, w jakich okolicznościach powstała pierwsza książka (kolejne). Do jakich źródeł sięga autorka tworząc rzeczywistość powieściową, domy w których mieszkają bohaterowie, miasta które odwiedzają, ich samych? Czy jest to wyłącznie pamięć miejsc znanych teraz lub dawniej, czy też sięga Pani również po przewodniki lub albumy zdjęciowe?

Jestem grafikiem z zawodu, więc kreatywność mam wpisaną w metrykę. Od
zawsze pisałam wesołe wierszyki dla swych znajomych na ich uroczystości.
Podobało się to bardzo i namawiali mnie, abym wydała z tymi wierszykami
książkę. Napisałam więc fraszki na każde imię polskie i wydalam tę książkę
w Krakowie. Później napisałam pierwsza powieść 4m, o
losach czterech kobiet, które z miłości wyjechały z kraju. Materiału miałam i mam dużo, bo ludzie chętnie opowiadają mi swoje historie. A co do miejsc? Oboje z mężem uwielbiamy podróże i przed moją chorobą dwa razy do roku wyjeżdżaliśmy w dalekie kraje. Poza Australią i południową Ameryką zwiedziliśmy już prawie wszystko. Nie musze więc sięgać
do przewodników, tylko do swej pamięci.


„Tydzień ważniejszy od życia”. Teresa Wierzewska –Wilk. Nowa Ruda : MAMIKO, 2005 r. 288 s.








50. urodziny „złodzieja czereśni”


Adam Lizakowski urodził się 24 grudnia 1956 roku w Dzierżoniowie na Dolnym Śląsku. Od 1981 roku przebywa poza granicami Polski. Debiutował kilkoma wierszami w warszawskim „Tygodniku Kulturalnym” (1980r.) u Tadeusza Nowaka. W latach 1993 – 1996 był wydawcą i redaktorem chicagowskiego pisma poetyckiego pt. "Dwa Końce Języka" oraz założycielem grupy poetyckiej „Niezapłacony Rent” Jest tłumaczem poezji amerykańskiej min: Walta Whitmana, Langstona Hughesa, Carla Sandburga, chińskiego filozofa Lao Tse oraz, średniowiecznego perskiego poety Rumiego. Także przełożył na język polski poezję Adriana Wiśnickiego, młodego poety o polskich korzeniach, urodzonego w Chicago.

Adam Lizakowski był kilkakrotnie nagradzany za swoją twórczość np.
(tylko pierwsze miejsca): Golden Poetry Award - Sacramento. 1987
  Golden Poetry Award - Sacramento. 1990 r. Międzynarodowy Konkurs Poetycki im. Marka Hłaski w Wiedniu. 1990 r. Międzynarodowy Konkurs pt. Zachodnie losy Polaków im. gen.   Stanisława Maczka na pamiętnik emigranta z lat 1939-1989, w roku 1996. Nagroda Fundacji Władysława i Nelli Turzańskich, /Kanada / przyznana za szczególne osiągnięcia w dziedzinie kultury polskiej /2001r/. Adam Lizakowski otrzymał nagrodę za „całokształt twórczości poetyckiej, ze szczególnym uwzględnieniem tomów „Złodzieje czereśni. Wiersze i poematy” oraz „Legenda o poszukiwaniu ojczyzny”, charakteryzujących się niezwykłą precyzją słowa i stanowiących oryginalną, inspirujacą artystycznie formę ekspresji dla wyrażenia pełnej skali doświadczeń emigracyjnej egzystencji”.


Medal za Zasługi dla Miasta Dzierżoniowa, nadany przez Radę Miasta tej miejscowości w 2005r.

A. Lizakowski jest autorem ponad dziesięciu książek m.in. prozy „Zapiski znad Zatoki San Francisco”, zbioru opowiadań „Kuzyn Józef”, oraz poezji: „Złodzieje czereśni”, „Współczesny prymitywizm”, „Chicago miasto nadziei”, „Legenda o poszukiwaniu ojczyzny”, a na początku roku 2007 ma się ukazać jego nowa książka poetycka pt. „Dzieci gór sowich”.
O jego twórczości pisali uznani krytycy i poeci różnych pokoleń: np. Czesław Miłosz, Kazimierz Braun, Janusz Drzewucki, Marek Skwarnicki, Wojciech A. Wierzewski, Adriana Szymańska, Beata Hebzda Sołogub, Edward Zyman, Paweł Tański, Janusz Kryszak, Grażyna Drabik, Jacek Hilger Stanisław Bereś, Alicja Wołowicz, Zbigniew Andres, Mieczysław Orski, Stanisław Dłuski, Jerzy Sikora, Karol Maliszewski, Aleksander Fiut, Anna Frajlich –Zając, Wacław Iwaniuk, Izabela Joanna Bożek, Anna Kowalik, Artur Curyło, Jan Wolski.

Twórczość Lizakowskiego była tematem kilku prac magisterskich m.in. na uniwersytetach w Krakowie, Rzeszowie, Lublinie, Warszawie, Toruniu, Wrocławiu,. Od roku 1991 poeta mieszka w Chicago, w którym czuje się bardzo dobrze. Uważamy jest przez literacką krytykę polską za jednego z najważniejszych poetów przebywających poza granicami Polski.

Bogusława Michalska: Pięćdziesiąt lat to dużo dla poety czy mało?
Adam Lizakowski : Zdecydowana większość poetów nawet do tego wieku nie dożywała, a jeśli nawet to ich twórczość kończyła się przed 30 rokiem życia. Jednak średnia wieku Noblisty to prawie siedemdziesiątka. Dla mnie osobiście pięćdziesiątka to dopiero początek przygód z poezją i życiem. Czuję, że wreszcie mam o czym pisać, że mam już własny rozpoznawalny styl.
B.M. Ponad 20 lat temu w „Złodziejach czereśni” pisałeś: Milionowe nakłady, poetyckie sukcesy, zdjęcia na okładkach gazet, najpiękniejsze kobiety, sława, pieniądze, marzenia o dalekiej ciepłej Kalifornii. Co udało ci się z tego zrealizować?
A.L. Mieszkałem w San Francisco, najpiękniejszym mieście świata ponad dziewięć lat. Dużo podróżowałem po Kalifornii od Meksyku, San Diego aż po granicę ze stanem Washington, poznałem w miarę dobrze Zachodnie Wybrzeże Ameryki. W San Francisco poznałem osobiście najważniejszych poetów XX w .Ameryki: Allena Ginsberga, Lawrence Ferlinghetti założyciela jednej z najsławniejszych księgarń świat City Lights Bookstore. W pomieszczeniach tej księgarni czytali swe utwory prawie wszyscy amerykańscy poeci, pisarze, o których dzisiaj Ameryka się uczy w szkołach m.in.: Jack Kerouac, Neal Cassady, Kenneth Rexroth, Kenneth Patchen, Denise Levertov. Moje oczy dużo widziały, oglądały świat prawie że bajkowy, to dla mnie bardzo ważne. A to, co ponad 20 lat temu pisałem, to była jawna prowokacja losu, wciąż czekam na spełnienie, mam dużo życia przed sobą, wierzę, że wiele z tych „planowanych naiwnych marzeń” będzie zrealizowanych
B.M. Prosto z Wiednia z obozu dla uchodźców z azylem politycznym w kieszeni poleciałeś w roku 1982 do San Francisco. Generał Jaruzelski „dopomógł” wprowadzeniem stanu wojennego.
A.L. Tak. Wprowadzając stan wojenny generał „dopomógł” setkom tysięcy młodym ludziom w decyzji emigracji. To on otworzył dla nas granice wielu państwa dla mnie Stanów Zjednoczonych, Kalifornii, San Francisco.
B.M. Będąc tam musiałeś poznać Czesława Miłosza.
A. L. Faktycznie musiałem go poznać, to był jeden z punktów mojego planu jeszcze zanim wyjechałem z Pieszyc tej malutkiej miejscowości na Dolnym Śląsku.
B.M. Poznałeś Poetę gdy studiowałeś w Berkeley, czy jeszcze wcześniej?
A.L. Poznałem Go dwa lata wcześniej podczas z jednego z wieczorów poezji w San Francisco. W ten sam wieczór poznałem też Josifa Brodskiego, było to międzynarodowe spotkanie poetyckie zorganizowane przez Amnesty International.
B.M. Podejrzewam, że San Francisco zrobiło na tobie wielkie wrażenie, tym bardziej, że trafiłeś do najbardziej poetyckiego miasta świata. Tam się narodziłeś jako poeta emigracyjny.
A.L. Nie tylko San Francisco, ale i Kalifornia, potrafi zrobić wrażenie, nie tylko na ubogim emigrancie z Polski. Czegoś takiego nie ma na całym świecie i faktycznie jest to wspaniałe miejsce na ponowne narodziny, nie tyko poetyckie. Z czasem w San Francisco, czułem się tak jak u siebie w Pieszycach. Dużo o tym piszę w tomiku pt. „Złodzieje czereśni”, który właśnie powstał w San Francisco.
B.M. Jakim był Czesław Miłosz człowiekiem, tak prywatnie? Wielu czytelników jego poezji wciąż zadaje sobie te pytanie? Wiele osób to bardzo ciekawi, dla wielu był niedostępny i wyniosły.
A.L. Był wspaniałym człowiekiem, tak samo jak jego poezja, a dla mnie osobiście czymś wyjątkowym, takim wcieleniem bóstwa, przed którym zawsze miałem i mam wielki respekt i szacunek.
B.M. Opowiedz, więc coś więcej o swoim „bóstwie”.
A.L. Poproszę o inny zestaw pytań.
B.M. Adriana Szymańska pisała w recenzji o twoich wierszach w „Przeglądzie Powszechnym” /1993/: „Lizakowski jest być może pierwszym z prawdziwego zdarzenia polskim poetą imigracyjnym. Taka była m.in. motywacja komisji kwalifikacyjnej wnioskującej niedawno o przyjęcie poety do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich….On po prostu pozwala się wchłaniać Ameryce, sam wchłaniając w siebie jej rozległe pejzaże i jej frustrującą, poddaną kultowi dolara osobowość”. Lubisz Amerykę, a może nawet ją kochasz, dużo w twojej twórczości jest o Ameryce.
A.L. Bardzo podoba mi się Ameryka, chociaż wiele moich wierszy temu zaprzecza, bo przecież Ameryka to nie tylko miłość do dolara, ale także poniewierka, upodlenie, wyrzeczenie samego siebie, zdrada samego siebie, dla wielu nawet zgoda na dobrowolne niewolnictwo poprzez ciężką pracę, za niskie stawki, nie raz wręcz głodowe, bez weekendów, wakacji, odpoczynku, itd. Dlatego dużo piszę o Ameryce z punktu emigranta, który zaczynał swoje życiu tutaj od zera. Piszę o naszych rodakach, nie zawsze w takim świetle, jakby oni chcieli to widzieć, ale zawsze piszę uczciwie i obiektywnie.
B.M. Lubisz Amerykę, ale chciałbyś, aby była bardziej matką niż macochą, a czy lubisz Polonię?
A. L. Lubię Polonię, chociaż w mojej twórczości nie ma żadnego zachwytu nad Polonią, natomiast wytykam jej według mnie jej wady i przywary, intelektualne lenistwo, brak zrozumienia znaczenia kultury tutaj tworzonej. Uważam, że każdy to może robić i mieć własne zdanie na temat Polonii, tym bardziej, że jestem jej członkiem od ponad 25 lat.

B.M . To co uważasz się na nauczyciela, wychowawcę Polonii, albo takiego policjanta, co to wszystkim mówi co mają robić. Czy czasem nie pragniesz przypisać sobie więcej niż możesz, gdy jest mowa o Polonii? Czy to nie ambicja bycia jej „jedynym głosem” nie wysuwa się na pierwsze miejsce w twojej twórczości? Wiesz, że nikt nie lubi gdy się go krytykuje, poucza, wytyka palcem.
A.L. Nigdy nie było i nie jest moim celem być poetyckim wychowawcą, nauczycielem, kronikarzem Polonii amerykańskiej. Jestem polskim poetą piszę o tym co mnie inspiruje, i powiem więcej, nie lubię gdy ktoś przedstawia mnie mówiąc: to nasz polonijny poeta, albo coś w tym rodzaju. Moją ambicją, moimi marzeniem jest być poetą bezinteresownym w tym co robię, być ponad tym o czym piszę.
B.M. Być poetą, to często znaczy mieć też ambicje, czucie się lepszym niż inni.
A.L. Jak wiesz poeci należą do świata w którym ambicje odrywają wielką rolę, do tego dochodzą marzenia, pragnienie sukcesu, chęć zwrócenia na siebie uwagi, itd.. Zdaję sobie z tego sprawę dlatego przede wszystkim poszukuję prawdy o tym kim jestem, jacy my Polacy jesteśmy, co znaczy być Polakiem, patriotą poza granicami Polski, o tym jest moja poezja, moja twórczość, tak mi się wydaje, niczego sobie nie przypisuję.
B.M. Masz dużą świadomość, bycia emigrantem, emigracja to twoja pasja, szczególnie widać to w tomie pt. „Chicago miasto nadziei”, w listach poetyckich do Pieszyc, niewielu polskich poetów drugiej połowy XX w., tak dobitnie o tym pisze, czy nie ma masz poczucia obnażania się przed obcymi?
A.L. W mojej twórczości nie ma ekshibicjonizmu, piszę jak emigrant, bo nim jestem, ani Miłosz, ani Zagajewski czy Barańczak w tym znaczeniu jak ja jestem nie byli emigrantami. Oni przybyli do Ameryki na zaproszenie szacownych instytucji, na gotowe, oni nie szukali pracy, stołu, łyżki, koca, mieszkania, poduszki pod głowę, itd. Są jeszcze poeci z londyńskich kontynentów, jest śp. poeta z Kanady W. Iwaniuk, który według mnie najwięcej mówił w swojej twórczości o emigracji. Dodałbym jeszcze śp. K. Wierzyńskiego,śp. J. Łobodowskiego z Hiszpanii inni bardzo tęsknili za Polską, utrata Polski, tęsknota za nią była siłą napędową ich twórczości. Niestety bardzo mało wiem o rówieśnikach poetach polskiego pochodzenia mieszkających i tworzących w Nowym Jorku czy Los Angeles nie mówiąc już o Kanadzie. Nie wiem o czym oni piszą, co ich interesuje, nie ma też jakiegoś wiarygodnego źródła na które można byłoby się powołać, aby być obiektywnym. Ja chcę ze swojego „garba emigracji”, uczynić siłę tak jak to doradzał Gombrowicz, aby ze swoich słabości robić siłę.
B.M. Czy to jest dobra recepta na przetrwanie przez następne pięćdziesiąt lat?
A. L. Nie wiem czy na następne pięćdziesiąt lat, ale jest to dobra recepta na przetrwanie, na tworzenie i przynajmniej staranie się bycie sobą. W moim przypadku trwać to znaczy tworzyć.
B.M. Jest grudzień 2006r. za kilkanaście dni kończysz pięćdziesiąt lat, dwudziesty szósty rok na emigracji, powiedź tak szczerze, co najbardziej przez ten czas ci się najlepiej udało, powiodło, i co było twoją największą porażką?
A.L. Pięćdziesiąt lat to kawałek czasu, dwadzieścia pięć lat poza ojczyzną, i to te najpiękniejsze lata w życiu człowieka, to też kawałek czasu, nie wiem, czy potrafię, ot tak ci odpowiedzieć. Wiem, że stąpam twardo po ziemi. Jestem na tyle świadom tego, co robię, że nikt nie może mnie do niczego zmusić, ale, aby odpowiedzieć musiałbym się chwilę zastanowić
B.M. To masz trzy minuty na zastanowienie się.
A.L. Dobrze
B.M. Czas już minął.

A.L. Nie mam zamiaru mówić o swoim osobistym życiu. Oddzielać życie poety Adam Lizakowskiego od życia Adama Lizakowskiego, w chwili obecnej wydaje mi się to nie możliwym. Dużo w tym wszystkim jest sprzeczności, bólu i brutalności dnia codziennego, życia. Czasem życie kłóci się z poezją, czasem poezja kłóci się z życiem. W chwili obecnej nie jestem w stanie omówić tych sprzeczności, ale one są i widać je gołym okiem. Choćby to, że bardzo lubię Amerykę, ale myślę bardzo poważnie o powrocie do Polski, lub w Polsce bardzo mi się podoba, ale w Ameryce moim amerykańskim przyjaciołom mówię o niej jak o kraju zza siedmiu gór i rzek, jakimś mało rzeczywistym. Polska jest dla mnie wyjątkowo dziwna, nieprzejrzysta, nie potrafię zrozumieć jej przywódców, ani narodu. Polska to dla mnie tajemnica i tak do końca nie wiem, czy w Polsce jeszcze jest komunizm czy go już nie ma. Upadek komunizmu to jest sukces nie tylko mój osobisty, ale wszystkich Polaków, a porażka to, że wciąż nie mamy takiej ojczyzny o jakiej przez wiele lat marzyliśmy, i to jest największa moja /nasza / porażka. Takie są moje sprzeczności, zresztą sprzeczności towarzyszą mi przez całe życie. Czasem nawet myślę, że cała moja twórczość zbudowana jest z sprzeczności i wtedy czuję się bardzo nie swojo, bo nie potrafię poradzić sobie z tym.

B.M. Mówisz o sprzecznościach, bólach, brutalności, o tym, że w twórczości twojej nie ma miejsca na sentyment. Pozwól, ze raz jeszcze powołam się na Czesława Miłosza, który w liście do Marka Skwarnickiego tak napisał o tobie: 1. Niech ta liczna diaspora emigrantów po r. 1980 wyda choć jednego poetę, który by był brutalnym głosem jej bólów. 2. Polskiej poezji dzisiejszej potrzeba odtrutki na literackość, jakiegoś mięsa rzeczywistości, a to znajduję u Lizakowskiego. Czy świadomie podporządkowujesz się słowom Miłosza?

A.L. Zapomniałaś dodać, że jest to tylko fragment listu, który został napisany przez p. Miłosza do M. Skwarnickiego w 1989 r. Dowiedziałem się o jego istnieniu dopiero z książki Marka pt. „Mój Miłosz”, wydanej w 2004 r., w której ten list został opublikowany. Pan Miłosz w nim prosi Marka, aby ten przekazał kilka moich wierszy do „Tygodnika Powszechnego”. Nie może więc być mowy o jakimkolwiek podporządkowywaniu się Miłoszowi, on po prostu chciał mi pomóc przez podawanie moich wierszy do druku, czy to do Paryża czy to do Krakowa.

B.M. Naprawdę?.

A.L. Naprawdę. W swojej poezji czuję ogromne wsparcie w rzeczywistości, w zwykłych, normalnych ludziach, im się podporządkowuję, kiedy mam nawet tak prosty i zwyczajny przykład jak ustne opowiadanie kogoś o brutalności swojego brata. Nie jestem w stanie zbudować takiej narracji, w której musiałbym wymyślać cały wiersz od początku do końca. Mój umysł nie jest w stanie wyprodukować fikcji. Zawsze staram się bazować na czymś, co już istnieje. Nigdy np. nie napisałbym abstrakcyjnego wiersza. Potrafię robić tylko przeróbki rzeczywistości, jej się podporządkować, czyli temu co już istnieje A może nawet nie chcę, po co wymyślać rzeczy, po co je pomnażać.

B.M. W słowie wstępnym do tomiku „Chicago miasto nadziei” prof. Janusz Kryszak pisze: Bohaterem tych wierszy, powtórzmy, jest Chicago – sweet home Chicago. Na jego cześć układa Lizakowski swą pieśń pochwalną. Dalej dodaje, że tkankę tego miasta tworzą głownie emigranci…a ty jesteś nie tylko emigrantem, ale i poetą, piszesz o tym, próbując nadać artystyczny, literacki kształt temu miastu, drugiej Warszawie. Czy tak naprawdę emigracja to wdzięczny temat, taki ważny dla ciebie, że go drążysz od ponad dwudziestu lat.

A.L. Przecież wiesz, że emigracja to mój nie jedyny temat, są jeszcze moje ukochane Pieszyce, jest Polska, są podróże, jest proza, przekłady, dramat, sztuki teatralne, inne tematy tzw. zastępcze, ale emigracja, Chicago te tematy są mi faktycznie najbliższe. Chicago to nie tylko miasto, ale przede wszystkim ludzie i energia, ta energia to nie tylko energia poezji, ale ludzi, przybyszów ze wszystkich stron Polski i świata. Próbują ją wyłapać, każdy z nas przywozi tutaj swą energię, marzenia, sny, pragnienia, a ja o tym chcę pisać, czy jest coś w tym złego? Chyba nie, dziwi mnie to, że milionowa społeczność polska, tak mało tutaj znaczy. Ta ludzka energia zgromadzona tutaj jest jakby pożywką dla mojej twórczości.

B.M. I tak uciekło ci dwadzieścia pięć lat życia na emigracji i pięćdziesiątka na karku, na pisaniu o emigrantach i emigracji. Czy tak będzie nadal, nic się nie zmienisz?
W listach poetyckich do Pieszyc, piszesz, że czujesz się w Ameryce obywatelem drugiej kategorii. Jak możesz w takim razie zachować swoją tożsamość?

A.L. Zbyt dosłownie traktujesz to co piszę w pierwszej osobie. Utożsamienia autora z ja lirycznym jest tutaj nie na miejscu: romantycy w większości sugerowali, że to właśnie oni odpowiadają podmiotowi lirycznemu. Nie jestem romantykiem. Piszę, że czuję się obywatelem drugiej kategorii, utyskuje na Amerykę, ale jestem tutaj już 25 lat, ja i prawie milion Polaków w Chicago podobnie myśli, jesteśmy i nie wracamy do ojczyzny. Parę razy już powiedziałem, że świetnie się tutaj czuję, nie udaję nikogo innego niż jestem. Zachowałem swoją tożsamość, będąc w Polsce nigdy nie czułem się tak mocno Polakiem jak w Ameryce. Nie planuję niczego zmieniać. A co nie podoba ci się moja poezja?

B.M. Bardzo mi się podoba. Twoje wiersze, to nie tylko poezja, ale są to rozmyślania małe traktaty socjologiczno - filozoficzne o ludziach, szczęściu ludzkim, historii, przypadku, losie człowieka, który znalazł się daleko od swojej rodziny, ojczyzny, miejsca urodzenia, etc. Poruszasz w nich nie tylko problemy związane ze mną, ale z nami wszystkimi, nie tylko Polakami. Poezja twoja to rozmyślania nad kartką papieru o emigrantach, których coraz więcej jest na świecie, na tym polega twój poetycki uniwersalizm.
A.L. Czyli, warto było przylecieć do Ameryki, do Chicago i pisać o tym o czym polska diaspora tyko mówi od 150 lat.
B.M. Czyli, niczego nie żałujesz, nawet tego, że nie jesteś na pierwszych stronach gazet, ani nie masz milionowych nakładów swoich książek. Myślę, że nie ma czego żałować, może to i lepiej, że w Chicago, nie ma stałych miejsc spotkań poetyckich, dyskusji poetów, krytyków, recenzentów, przecież czułbyś się bardzo źle w takim salonie literacko – poetyckim. Ty sam jesteś dla siebie klasą.
A.L. Ważne jest, aby robić swoje, i mieć dużo zdrowia, bo ono jest najważniejsze. Róbmy swoje jak śpiewa Młynarski.

B.M. Dlatego życzę ci jak najwięcej zdrowia i pozytywnej energii. Następnych pięćdziesięciu lat czernienia kartek papieru.


Rozmawiała Bogusława Michalska. Absolwentka filologii polskiej UW. Mieszka w Warszawie, obecnie przebywa w Chicago.
Grudzień 10/ 2006





Anna Wójcik rozmawia z Arkadiuszem Sannem


1. Bohater powieści „Exodus” powstaje z martwych dzięki zawarciu osobistego przymierza z Bogiem. Od tego momentu jego postępowanie staje się zgodne z wykładnią Pisma Świętego, którego lekturze oddaje się każdego dnia. Czy w Pana życiu wiara również odgrywa tak dużą rolę?

Arkadiusz Sann: Rzeczywiście, Rafał Geluk odradza się duchowo podług tych samych wskazówek, jakich udzielił Nikodemowi Jezus z Nazaretu, o czym możemy przeczytać w Ewangelii Jana (rozdz. 3). „Exodus” sugeruje, że Słowo Boże jest pokarmem duchowym i jako takie może pomóc człowiekowi wydźwignąć się z jego nieszczęść. Na początku powieści mój bohater ukazany jest jako człowiek nie mający żadnego punktu oparcia. Znalazł go, gdy uwierzył. To bardzo istotny element w mojej książce. Dobry kontakt z Bogiem to wspaniała rzecz, o co i ja również zabiegam.

2. Zakładam, że Bóg istnieje, gdzie więc należałoby doszukiwać się jego siedziby, w tym świecie, w ludziach, w naturze, czy poza nim? Czy istota boska może ingerować w życie człowieka tak namacalnie jak ma to miejsce w przypadku Rafała Geluka?

Wielu mądrych ludzi próbowało odpowiedzieć sensownie na pytanie Gdzie jest Bóg? Spinoza na przykład twierdził, że Bóg jest wszędzie; Karol Marks uprościł sprawę dowodząc, że Boga po prostu nie ma. Jakkolwiek i cokolwiek by o Bogu mówić, On pozostaje dla nas, ludzi, nieuchwytny i nieokreślony, ponieważ nie jest Istotą materialną, a zatem – nieadekwatny do naszych pojęć czasu i przestrzeni. Dwa plus dwa równa się cztery i sumy tej się nie zmieni. Dla Istoty Najwyższej dwa dodać dwa da sumę taką, jaką Ona sama zechce. Jeśli chodzi o ingerencję bożą, to sprawa wygląda mniej skomplikowanie – Bóg wejrzy na człowieka, o ile ten wyrazi taką wolę. Rafał Geluk to właśnie czyni.

3. Z religijnego punktu widzenia, niezależnie od wyznawanej religii, ateista jest człowiekiem pozbawionym zasad moralnych, a więc po prostu złym. Jak się Pan odniesie do kantowskiej wiary w możliwość oparcia moralności wyłącznie na człowieku i jego rozumności?

Każdy z nas ma jakieś zasady moralne. Twierdzić, że ateiści są ludźmi z gruntu złymi to duże uproszczenie. Znam wielu ateuszy, którzy są sympatycznymi osobami. A teraz przyjrzyjmy się Kantowi, czy rzeczywiście j e s t człowiek w stanie oprzeć moralność na sobie samym. Kant twierdzi, że owszem, podając swój imperatyw kategoryczny: postępuj tylko według takiej zasady, co do której byś chciał, aby stała się prawem powszechnym.
My dziś wiemy, że były pewne prawa, które zdawały się słusznymi, lecz w konsekwencji prowadziły do zguby. O słusznej sprawie dyskutowali żywo zarówno stalinowcy jak i faszyści. W dużym uproszczeniu komunizm wydał gułagi, narodowy socjalizm – obozy zagłady. Żałosnym jest to, że wszystkie te hekatomby opierały się na etycznych wytworach człowieka. Sam Immanuel Kant pewnie by gorzko zapłakał, gdyby mu przyszło wszystko to zobaczyć.


4. Bohater „Exodusu” marzy o studiowaniu filozofii wierząc, że wiedza może ulepszać świat i samego człowieka. Czy Pan również jest zwolennikiem sokratejskiego intelektualizmu etycznego?

Trudno nie zgodzić się z twierdzeniem, że wiedza ulepsza świat i samego człowieka. Etyka sokratejska ujmowała pojęcie dobra jako wyraz rozumu, a nie w o l i; to, co dobre u Sokratesa, pokrywało się z twierdzeniem prawdziwości, a zatem zło w ujęciu tego filozofa wynikało z niewiedzy. W takim schemacie dobro i zło są kwestią umysłowego rozeznania, nie jest natomiast normatywem postępowania.

5. Poznając różne religie i poddając się ich obrządkom zatracamy istotę wiary, której fundamentalnym założeniem jest jedyność prawdziwego Boga. Zgodzi się Pan ze mną?

Sądzę, że należy tu wyraźnie rozgraniczyć dwie sprawy. Otóż poznawanie różnych religii to nie to samo, co poddawanie się ich obrzędom. To są dwie różne kwestie; pierwsza dotyczy „teorii”, druga zaś praktyki. W ujęciu czysto teoretycznym poznawać inne wyznania to dążenie bardzo potrzebne, bo rozszerzamy swe horyzonty myślowe, poznajemy innych ludzi, idee. Monoteizm obowiązuje chrześcijan, wyznawców judaizmu oraz muzułmanów; pozostałe religie wyrosły z innych pni.

6. Mistrz Szen istotę tao i zarazem istotę mądrości określa słowami: Aby się wypełnić na nowo musisz stać się pusty. Wypełniając się odnajdziesz siebie. Ale nie ma odnajdywania bez utraty. Co Pan na to? Interesuje się pan tao, czy to wyłącznie literacka fikcja?

To się wiąże trochę z pani poprzednim pytaniem. Interesuję się tao w kontekście historycznym. Warto wiedzieć, w jaki sposób myślano i mówiono w Państwie Środka na przełomie IV i III w. p.n.e.; również sam Lao Tsy jest ciekawą postacią. Poza tym wiele elementów tao świetnie koresponduje i uzupełnia to, co podkreślał Jezus z Nazaretu.

7. Odmalowane w książce postaci Holendrów z ich brakiem problemów, są nieludzkie i jednowymiarowe w zestawieniu z pełnokrwistymi bohaterami wykreowanymi przez polską, nawet tę komunistyczną, rzeczywistość. Zdają się oni ledwie muskać powierzchnię oceanu życia podczas gdy my zanurzamy się w najgłębsze jego otchłanie sięgając niekiedy dna. Czy nie sądzi Pan, że jest to jedną z największych naszych zalet, bowiem by dostrzec i zrozumieć niebo trzeba wpierw poznać piekło? Dobro nie istnieje bez zła, prawda bez kłamstwa, cnota bez grzechu.

To, co serwuję czytelnikowi w „Exodus” jest wiernym przekazem moich doświadczeń z Holandii. Nie próbowałem w powieści wydawać surowych, krytycznych ocen; chciałem, aby czytelnik sam mógł tego dokonać. To nie jest tak, że my Polacy jesteśmy „gorącej krwi”, a Holendrzy – „zimnokrwiści”, nie można tej kwestii generalizować. Błędem jest twierdzić, że Polak to pijak albo złodziej, a Holender to zasuszony, zmumifikowany stwór, gapiący się w telewizor. Tendencyjne opinie zawsze prowadzą do wniosków nieprawdziwych. Mamy swoje zalety, mają je również Holendrzy. „Exodus” ukazuje dwa różne światy z ich problemami i sukcesami, inaczej powieść byłaby rażąco sztuczna.

8. Rafał Geluk zostaje porzucony przez żonę, która prócz majątku zabrała mu dwójkę ukochanych dzieci. Później na swej drodze spotkał kolejno egoistyczną Yvonne, perwersyjną Wilmę, wyrachowaną Minie i sprytną Marajkę, by na koniec spotkać miłość swojego życia. Sugeruje Pan, że większość kobiet to dewiantki, których nie sposób kochać bo one same nie mają pojęcia czym jest miłość, czy też po prostu bohater ma w tym względzie wyjątkowego pecha?

To trochę brzmi jak zarzut mizoginii. Prawda jest taka, że kobiety na Zachodzie bardzo różnią się od naszych żon i matek. Wymownym tego przykładem są małżeństwa mieszane – żona Polka to w Holandii rarytas dla mężczyzny. Yvonne, Wilma, Marajka – to przykłady źle pojętej emancypacji, co w Holandii jest bardzo częstym zjawiskiem. Rafał Geluk poznaje to na własnej skórze.

9.Odnoszę wrażenie, że spomiędzy wersów przebija przekonanie o elitarnym charakterze miłości. Czy mimo tego bohater nie jest zbyt okrutny gdy podsumowując związek ze swoją pierwszą żoną stwierdza: Popełniłem błąd biorąc za żonę dziewczynę z rodziny alkoholików...?

Myślę, że słowo okrutny jest zbyt przesadzone. Może mój bohater jest niesprawiedliwy w tym miejscu, ale i jego ex-małżonka taką była.

10. Nie sądzi Pan, że schemat życia Holendrów to po prostu konsumpcyjne bagno, w którym człowieczeństwo określa marka i kolor samochodu, firmowe ubrania, nowa komórka? Można zakochać się w aucie, w rzeczy absolutnie martwej – to słowa głównego bohatera.

Holendrzy są dość różni, podobnie jak i my, Polacy. Rzeczywiście, można zobaczyć w Holandii konsumpcyjne bagno, ale prawda jest też i taka, że wiele cennych i wartościowych zasad moglibyśmy się od tego narodu uczyć.

11. Holendrzy (...) są dumni z tego, że są Holendrami. To jest ta ich narodowa duma. Polak na zachodzie zawsze czuje się gorszym. Z czego to wynika?

Ano z naszego onieśmielenia. Jesteśmy wciąż zakompleksieni i tego nie można ukryć. Przez pięćdziesiąt lat bez mała dreptaliśmy ku lepszej Polsce, podczas gdy Zachód uprawiał sprint. Kiedy maluch był marzeniem Polaka, na zgniłym Zachodzie rozbijano się wysokiej klasy limuzynami. W pewnym sensie przechlapaliśmy kawał czasu, skutkiem czego popadliśmy w poczucie gorszości. Poczucie bycia gorszym wynika z założenia, że ktoś jest od nas lepszy (tu również kłania się etyka). Poczucie niższości wynika z poczucia winy (jesteśmy gorsi, a nie powinniśmy). Chcę tu jasno powiedzieć, że cały ten syndrom Gorszego Polaka wynika z w a r t o ś c i o w a n i a materialistycznego, gdzie wartością nadrzędną jest przedmiot, a nie podmiot. To u nas nabytek nie tak całkiem nowy, bardzo też upowszechniony na Zachodzie. Nie – być, lecz mieć doprowadza nas do frustracji i zgrzytania zębami.

12. Kreśli Pan negatywny obraz społeczeństwa postkomunistycznego, w którym uczciwość uważa się za słabość i frajerstwo, dobroć i zgodę za archaizm, szacunek i grzeczność za służalczość, rzetelność i pracowitość za nadgorliwość. Przeciwstawiony mu jest obraz wzorowego społeczeństwa holenderskiego. Czy rzeczywiście system społeczny może czynić ludzi złymi lub dobrymi i czy stosunki życzliwości panujące w kraju tulipanów nie są po prostu obłudnie wkalkulowane w prawa kapitalistycznego rynku?

Nie tyle system społeczny czyni człowieka dobrym lub złym, ile mechanizmy tego systemu. W bloku komunistycznym przecedzano wszystko przez sito właściwej polityki, dzisiaj takim sitem jest ekonomia. Nierzadko zysk stawiany jest – w tym ostatnim przypadku – ponad człowiekiem. I tu się z panią zgodzę: uśmiech na twarzach wielu ludzi Zachodu nie wynika wcale z ich zadowolenia, ale z przyczyn czysto pragmatycznych (uśmiechaj się lub giń!).

13. Czy nie sądzi Pan, że podział na dobrych i złych Polaków za granicą pokrywa się z podziałem na dobrze sytuowanych i wykształconych oraz biednych i niewykształconych w Polsce? Rację miałby więc jednak Marks twierdząc, że byt określa świadomość.

Założenie, że dobry to ten wykształcony i dobrze sytuowany osobnik, a zły to nieuk i biedak – jest w gruncie rzeczy błędne. Znam wielu niewykształconych, a mądrych ludzi, wielu ubogich, lecz o dobrym sercu; spotykałem też wykształconych oszołomów i bogatych, nadętych bufonów, znudzonych życiem. Marks się mylił, to nie byt określa świadomość, to ś w i a d o m o ś ć o k r e ś l a b y t.

14. Czy najważniejszym przesłaniem „Exodusu” jest przekonanie, że tylko ten znajdzie szczęście w świecie kto wpierw odnalazł je w samym sobie?

Przesłaniem „Exodusu” jest ukazanie tej ważnej prawdy, że przemiany materialne (piękniejsze domy, lepsze samochody, telefony komórkowe etc.) n i e czynią nas l e p s z y m i, podobnie jak nowy garnitur nie czyni nicponia aniołem. Nie tędy droga.

15. Czym jest historia, jak bardzo potrafi wpłynąć na jednostkę i na ile możemy zrzucić na nią winę za to jacy jesteśmy?

Zrzucanie winy na historię to tyle, co obarczanie konia odpowiedzialnością za to, że wóz się przewrócił. To m y tworzymy historię, czy tego chcemy, czy nie.

16. Pański bohater stając się bezdomnym zdaje się ponosić karę za swój uprzedni pogardliwy stosunek do biednych zamieszkujących dworzec, znaczyłoby to, że istnieje w świecie sprawiedliwość?

Bezdomność Rafała Geluka nie jest żadną karą, raczej splotem pewnych nieszczęśliwych wypadków. A o tym, że istnieje Sprawiedliwość można się dowiedzieć na końcu „Exodusu”.

17. Niegdyś życie kreowało sztukę, dziś relacja ta zdaje się być odwrócona, życie zaczyna być cieniem i naśladowcą sztuki. Dzieło literackie potrafi zmienić diametralnie bieg życia jednostki, nieprawdaż?

W rzeczy samej dzieło literackie potrafi wycisnąć na człowieku wyraźne piętno, bo sam tego doświadczyłem niejednokrotnie. Chciałbym, aby i mój „Exodus” był takim dobrym wiatrem w żagle moich czytelników.






Rozmowa z Grzegorzem Muchą, „Gazeta Wyborcza - Katowice” 16 stycznia 2007r.


Marcin Mońka : Ernest Hemingway powiedział, że "istnieją tylko trzy rzeczy, o których warto napisać: miłość, śmierć i pieniądze". Dodałeś do tej listy jeszcze kobiety i czas...

Grzegorz Mucha, prozaik : Czas i kobiety są ściśle związane z tematami Hemingwayowskimi. Bez kobiet i czasu nie ma miłości. A wielość kobiet, które przewijają się w książce, różni się wiekowo między sobą, więc każda z nich ma swój odmienny czas. Także mężczyzna, który staje się głównym bohaterem opowiadań, odczuwa jego upływ.

Piszesz o kobietach, ale mężczyzna jest nieodłącznym elementem każdego opowiadania. Do jakiego stopnia ta książka jest autobiograficzna?

- W każdym z opowiadań pojawia się sytuacja, która wydarzyła się naprawdę. To jednak przestrzeń literatury, gdzie nawet drobne wydarzenie zostaje obudowane innymi, których w ten czy inny sposób doświadczyłem. I w tym sensie jestem gdzieś tam pomiędzy bohaterami. Choć, oczywiście, nie można łączyć narratora tych opowiadań z autorem. Opisałem różnorodne postaci mężczyzn: z częścią z nich się utożsamiam, są jednak i takie, którymi pogardzam.

W notce biograficznej podajesz informację, że jesteś człowiekiem "po przejściach". Czy to relacje z kobietami tak Cię doświadczyły, że postanowiłeś pisać?

- Pod tymi tzw. przejściami rozumiem w ogóle nieposkładany życiorys, który prowadzi czasem ludzi do pisania - wielość zajęć czy miejsc, w których się było, itd. Ilekroć zaczynałem pisać, to właśnie temat kobiet wydawał mi się szalenie wdzięczny, ciekawszy od tematów stricte społecznych. W literaturze interesują mnie przede wszystkim relacje międzyludzkie, i tak się złożyło, że są w nich najczęściej kobiety.

Narratorem większości Twoich opowiadań jest mężczyzna, który często jawi się nam niczym wszechmocny demiurg. Nie boisz się feministek?

- W ogóle cieszyłbym się, gdyby sięgnęły po tę książkę. Starałem się zrozumieć kobiety, bo zwłaszcza teraz mają bardzo indywidualistyczne podejście do świata, kariery, kierowania swoimi losami itd. Wiele z nich jest takich, jak pokazałem je w książce. Domyślam się, że nie wszystkie mogą spodobać się czytelniczkom i być może nie będzie to ulubiona książka kobiet. Choć przyznam, że bardzo mi na czytelniczkach zależy.

Grzegorz MUCHA.
Kobiety i czas . Wydawnictw Mamiko, 2006. -160 s.







© 2001 - 2017 - Mamiko