Apolonia Maliszewska

ul. Piastów 5/1
57-400 Nowa Ruda
tel. (074) 872 53-64
biuro@mamiko.pl

ZAPOWIEDZI


- Jan Baron - "Korekta"
- Antoni Olgierd Misiak - Teoria przemian
- Marzena Orczyk-Wiczkowska - "Grypsy z panoptikonu"
- Bartosz Suwiński - "Sehir"









Jan Baron - "Korekta"




Jan Baron, ur. w 1985 roku. Publikował wiersze m.in. w "Śląsku", "Cegle", "8 Arkuszu Odry".
Absolwent edytorstwa. Na stałe mieszka w Rudzie Śląskiej.




Korekta

Poprawiam biogramy zmarłych.
Błędy nieliczne, ale dotkliwe.
Dotkliwość uchybień skłania do tkliwości
i nieszczerych postanowień poprawy.

Poprawiam biogramy zmarłych,
usuwam zdania w czasie teraźniejszym.
Nekrologi nie mieszczą się już w gazetach,
nekrologi nie mieszczą się w poezji,
muszą mieścić się w głowie.





Z domu ojca

1. Święto przemienienia

Kiedy zmarła matka, zapewniano, że spotkam ją w niebie.
Pół roku później miałem nową mamę. Od razu
rozpoczęła porządki: umyła podłogi, z szaf zniknęły
niepotrzebne ubrania, w oknach pojawiły się czyste firanki.
Ojciec był zachwycony. “Niebo, niebo!” – powtarzał.

2. Wiersz dla dzieci

Córeczko albo synku, pamiętam początek:
w złotym środku lata nie myślałem o tobie
i nie bałem się wcale rozmnożenia smutku.
Pamiętam początek: środek słotnego lata,
mgła po naszej stronie.

3. Ojcowizna

Stół będzie nakryty jak należy. Już tatuś zadba,
przed każdym obiadem będę robił przegląd,
czy sztućce, serwetki, talerze i dzieci dobrze ułożone.

Jestem na swoim, bo mam wszystko: to, co wyniosłem z domu,
również to, co było powodem, że z domu się wyniosłem.






Oswojenie


Przed nocą z gór schodzą pasterze. Ich psy
miały być groźne; sięgam po kamień,
kiedy zaczynają się łasić.






Na tym weselu nie wypada tańczyć

Nadal słyszę kroki w przedpokoju,
pewnie ojciec znów stoi przed lustrem zdziwiony,
bo nie wie, kim jest ten stary. Trze oczy,
jakby chciał usunąć tkwiące w nich obce ciało.
Wchodzi do kuchni. Idę za nim,
podnoszę z podłogi wyplute jedzenie.
W nocy, obudzony uderzeniami w drzwi,
prowadzę z powrotem do łóżka. Jego ręka
kurczowo trzyma się mojej. Trzymam się ojca,
chociaż już nie muszę.



Stan zwyczajny

Nigdzie nie wyjeżdżam. Nigdzie już nie wyjeżdżam. Nie wiem, po co tu przyszedłem. Dworzec kolejowy w Katowicach uchodzi za miejsce brudne i nieprzyjemne. Uchodźże. Ze schodów zstępują dwaj Żydzi jak z obrazka. Starszy – długobrody, w futrzanej czapie; młodszy o twarzy ledwie powleczonej zarostem, po obu jej stronach kołyszą się kręcone warkoczyki, taszczy walizkę. Pewnie wiedzą, po co tu przyszli i zaraz ich nie będzie.
W dworcowym antykwariacie kupuję z przeceny Stan wyjątkowy, zbiorek nieaktualnych, zupełnie mi zbędnych wierszy Kornhausera. Paragon, niezdarnie zgarnięty ze stołu, opada na posadzkę, wirując w powietrzu jak – na myśl przychodzą tylko tanie porównania – jak piórko, które wydostało się z pierzyny czy poduszki lub – jeszcze banalniej – jak listek. Schylam się, podnoszę, podnoszę głowę i uśmiecham się do miłej dziewczyny od książek, dziewczyna uśmiecha się do mnie. Wiem, po co tu przyszedłem i zaraz mnie nie będzie.





Antoni Olgierd Misiak - Teoria przemian



Antoni Olgierd Misiak
ur. 1939: zapisuje notatki od chwili przerwania studiów na Politechnice
Wrocławskiej w 1960 r. Debiut 1976 "Życie Literackie" opowiadanie
"Polowanie". Uczestniczy w konkursach literackich i otrzymuje
wyróżnienia m.in. w turnieju "Czerwonej Róży" Gdańsk, "Odgłosach" 1974 i
1976, turnieju o Laur Gryfa Słupskiego 1978, 1980. Po przejściu na
emeryturę wydał "Piątą wyprawę Krzysztofa Kolumba", obecnie przygotowuje
do druku "Teorię Przemian" oraz "Metropolię" i "Santiago".



TEORIA PRZEMIAN

Cień Autora tańczył na białych ścianach. Światło kołyszącego się kandelabra zawieszonego przed głównym ołtarzem wprawiało go w ruch razem z cieniem wiszącej obok kadzielnicy.

Złudzenie tańca było tak sugestywne, że wizja ogrodu, którą przywołał widok bluszczu oplatającego pień starej lipy rosnącej przy kościelnej bramie ukryła się ponownie w podświadomości.

W bocznej kaplicy Proboszcz opowiadał kilku znajomym o skrzyni znalezionej w ruinach Spalonego szpitala. Swoje opowiadanie urozmaicił demonstracją przeraźliwego głosu rozlegającego się przy otwieraniu skrzyni. Głos zagłuszył organowy koncert Bacha grany przez studenta konserwatorium .

Scena ta w połączeniu z fragmentami zapamiętanej rozmowy stanowi kanwę opowieści. Autor umieszcza w niej dodatkowo zauważone w miejskim muzeum zdjęcie zmumifikowanych koni odkrytych po osunięciu klifowego brzegu. Opis przy zdjęciu głosi, że sądząc po uprzęży mogły to być konie Saracenów. Autor zapisuje kilka podyktowanych wyobraźnią zdań mających rozpocząć opowiadanie;


Widziano konie Saracenów wchodzące w morze. Za nimi była łuna pożaru barwiąca wodę i mgła idąca do brzegu, jeźdźców nie było. Może jakieś cienie na plaży dawały złudzenie ruchu. Dzwonił dzwon Jakuba, ale nikt nie śmiał wyjść do pożaru. Świtem ogień sam zgasł. Ucichł też straszliwy krzyk pochodzący nie wiadomo skąd. Ludzie wyszli z domów. Klasztor nie spłonął. W gwiazdozbiorze Kasjopei zapłonęła nowa gwiazda.
Potem już po poznaniu Narratora, Autor włącza do opowiadania jego tekst i nim rozpoczyna opowieść;

Graliśmy w brydża ktoś powiedział zaraz spadnie deszcz. Tak napisał Narrator czternastego czerwca na rachunku za kawę i mineralną wodę, odruchowo dodając; Do dziesiątej brakowało dwunastu minut.

W pobliżu jakiś dzieciak grał na skrzypcach powtarzając tą samą melodię. Nad lasem widać było burzową chmurę. Dziewczyna z wiklinowym koszykiem po-śpiesznie dopijała kawę. Wędrowiec z muszlą na szyi czytał zdjętą z wieszaka gazetę. Plakat z reprodukcją portretu Jacqueline1 przyklejony taśmą samoprzylepną na szybie drzwi kawiarni zachęcał do obejrzenia wystawy sztuki dwudziestego wieku. W okiennej wnęce ratuszowej wieży wędrowny sokół rozszarpywał gołębia. Stado przerażonych gołębi krążyło nad wieżą. Na pobliskim placu robotnicy wyciągnęli z ruin kolorową skrzynię.

Narrator łączy z tym zapamiętany z porannego spaceru obraz koni wynurzających się z mgły i jeźdźców osłaniających kapturami twarze przed chłodem.

Autor czytając tekst Narratora zatrzymuje się na postaci dziewczyny. Wyjmuje ją z tekstu, łączy w wyobraźni z czytającym gazetę chłopcem / bo tak dostrzega osobę wędrowca/. Spojrzenia dziewczyny
i chłopca spotykają się . (...)




Marzena Orczyk-Wiczkowska - "Grypsy z panoptikonu"


Marzena Orczyk-Wiczkowska

Rocznik siedemdziesiąty. Poetka, przed debiutem książkowym. Laureatka konkursów literackich i poetyckich, m.in. ogólnopolskich konkursów: im. R. Wojaczka, St. Grochowiaka, K. Ratonia, De-konstrukcje, M. Kajki, M. Hłaski, H. Snopkiewicz. Nominowana do nagrody głównej w konkursie im. J. Bierezina w 2006 r. Nagrodzona „Przepustką Literacką” przez miesięcznik „Zwierciadło” oraz Nagrodą Prezydenta Dąbrowy Górniczej za osiągnięcia w dziedzinie kultury.

Dotychczasowe publikacje: „Fraza”, „Nowe Zagłębie”, „Migotania, Przejaśnienia”, „Arkadia”, „Śląsk”, „Kursywa”, „Opozycja”, „Megalopolis”, „Neurokultura”, „Pkpzin”.

Z zawodu psycholog. Mieszka i pracuje w Dąbrowie Górniczej.


Pięć wierszy z zapowiadanego tomu:


suchy lód

tak właśnie jest na końcu: kasztan spada. parki pustoszeją. brodzisz
wśród żółto-brązowych liści. szelest w tobie jak w naczyniach połączonych.
tam brakuje, tu więcej. to samo ze słońcem. na drugiej półkuli lato,
tutaj ziemia zmyta deszczem. gładzisz czule kota i jakoś sobie płynie
ten czas, od soboty do soboty. w niedzielę tańczą. kiedy padają zmęczeni,
gubisz drogę, jak na pikniku pod wiszącą skałą, z tą różnicą,
że ty jednak wracasz, chociaż nic nie jest już takie samo.
powoli odwracają się bieguny, zmienia klimat, nastawienie.
jesteś teraz komórką w oceanie metanu. masz w sobie pamięć
przyszłych roślin, zwierząt, ludzi. obejmujesz korę drzewa, turysto, stwórco.
żywica zabarwia skórę, zostawia niezmywalny stempel. tu byłem, tam też,
w tysiącach miejsc, w których niebo pachnie mocniej, woda zapala się.
teraz tylko pogłos, martwe powidoki. widzieć wszystko to tak, jakby nagle
stracić całą świeżość. nieobecność nas konserwuje, jak suchy lód.



tetrapharmakon


bez względu na suche deski, którymi opalasz dom,
bez względu na chimerycznych bogów i czarne krawaty
ubierane w ostatnią podróż, bez względu na krótkie
i długie dystanse - nie ma śmierci. jest pałeczka w sztafecie,
ogniwo twarde, gorące. jest kwas trawiący metal i papier,
który spala się szybko. wiadomość dostarczona spartanom
to tylko czysta kartka. trzcina i trawa. sianem pachnie żłóbek.
spokojnie. spokojnie. kumaryna uśpi nas. lulilulilaj.
bez względu na śmierć, śmierci nie ma?



marilyn monroe staje przed trybunałem


pytacie mnie o te i inne sprawy. naprawdę nie wiem,
co mam wam powiedzieć, zwłaszcza, że nie żyję
od dłuższego czasu. spytajcie swoich przewodników duchowych.
nie jestem przecież żadnym filozofem, chociaż widzę więcej,
niż wam się wydaje. byłam rybką pływającą w turkusowych akwariach,
drusillą panteją, waniliową słomką, przez którą mleko smakuje lepiej
(dociekliwi zawsze będą się zastanawiać, czy słomka ma tego świadomość).
mimo wszystko czytałam klasyków. byłam nawet trochę oswojona
ze śmiercią. jak było z tą śmiercią? spójrzcie na falującą na wietrze sukienkę.
czy to nie wystarczy? jesteśmy dopóki lakier na paznokciach schnie,
szminka zostawia ślad.



pisać


pisać śliną, zostawić mokry ślad
na liściu - to bardziej trwałe.
papier schnie, marszczy się, żółknie.
zabija go czas, jak wszystkie błyskotki,
miłości i śmierci. przewracasz kolejną
kartkę, łamiesz na pół historię.
litery rozbiegają się, ulatują jak mole,
zabijane jednym klaśnięciem.



mówi się

                                                „Płomień przeszywa krew.
                                  Przejść na drugą stronę, obchodząc śmierć”
                                                               E.Cioran


mówi się. do ucha ścian, na wskroś weneckich luster
przez ściśnięte gardło. rozbieżnie i wspak. mówi się -

to tak, jakby ktoś zasadził w tobie drzewo.
drzewo rośnie wraz z tobą: im więcej słów wypowiadasz,
tym bardziej cię uwiera. im bardziej uwiera,
tym bardziej chcesz objąć je w sobie, potrząsnąć i złapać
dawno opadły owoc, pomarszczony jak malutka
główka złego indianina z bajki, której nie pamiętasz.

a jeśli nie pamiętasz, to tak, jakby wcale nie było
tej całej podróży, jakby nie było ciebie.
jakby mówiło się tylko dla zabawy, a nie do wyczerpania.
jakby uschły wszystkie gałęzie,
a całe źródło nagle wyparowało.

gdy nie ma źródła, nie trzeba nic obchodzić?

jeśli tak – przejść na drugą stronę oznacza:
nie mieć innego wyjścia, bo płonie w tobie ogień,
a przeznaczeniem każdego drzewa jest spłonąć.

bo utkwił w tobie gwóźdź i rysuje cię do krwi.
bo metal jest silniejszy od drewna.

bo ziemia zamienia metal w odwieczny kształt nocy.





Bartosz Suwiński - "Sehir"



      Nazywam się Bartosz Suwiński (ur. 1985; mieszkam w Opolu), i jestem doktorantem na Uniwersytecie Opolskim. Przygotowuję dysertację o poezji Krystyny Miłobedzkiej.
      Poezję, prozę, szkice krytyczne i naukowe publikowałem min. w "Kresach", "Frazie", "Toposie", "Ricie Baum", "Wyspie", "Pograniczach", "Red", i tomach pokonferencyjnych. Oczekuję na druk swoich tekstow w "Śląsku" i "Polonistyce".
Stale współpracuję ze "Stronami".


Wybrane wiersze z zapowiadanego tomu.



Świt

Ornat wschodu zapięty
na pierwszy promień słońca.

Kolejna warstwa świtu zrzucona
z ramion, ciśniętą w kąt jak pusta butelka.





Morze

Odpryski nieba na załamujących się
falach powtarzanych jak oddech.

W dali bruzda za którą nie ma nic, co jest.
To, co układa się w porządek znaczeń, rozprute niebo.




Miraż

Gazela śmierci ciemnej na pustyni
reszty twoich dni. Skorpiony kłują usta
modlitwy o deszcz. Pieśni nawianych piasków,
oazy grobów rozsypanych jak proch.

Nie lękaj się gdy zbłądzi karawana,
kiedy podejdą hieny, zapada się miraż.





Ogień

Noc, drepta kości jak torf.
Miękko ściele się głowa na poduszce,
cicho płoną resztki tego, co jutro
złoży się (we mnie) od nowa.

Co porzucone dla nas utyka szczeliną
dnia, światło nie może się zapodziać,
więcej.
Makata

Wychudzona szkapa
skubie trawę
obok kaplica dach ze strzechy
porośnięty mchem

koń chyli głowę a
pot spływa na ziemię
gdzie
piasek zapomnieć chce suszę
a wiosna jak zeschnięte strupy
opada z drzew.





Sierpniowa etiuda

Krowa z dzwoneczkiem. Mężczyzna
zdejmuje kapelusz, kłania się.
Wilk liczy owce. Brakuje.
Podnosi krzyk do ust.

Zbiera zioła.
Słomkowy kapelusz przetkany
piołunem. Ciężki warkocz opada
na plecy. Na tyłku pot.

Gałąź ugina się od jabłek:
biała larwa,
tańczy w środku.



Bartosz Suwiński






© 2001 - 2009 - Mamiko